1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Cudowna moc tańca - działa na ciało, duszę i relacje

Cudowna moc tańca - działa na ciało, duszę i relacje

Ilustracja iStock
Ilustracja iStock
Zobacz galerię 8 Zdjęć
Dziś obchodzimy Międzynarodowy Dzień Tańca. Co tańczyć? Jak tańczyć? Z kim? To nieistotne. Daj się porwać muzyce. Bo każdy taniec ma działanie terapeutyczne.

Taniec to...

Sposób na młodość. To udowodnione naukowo. Taniec hamuje procesy starzenia. Grupa naukowców z Magdeburga porównała sprawność mózgu tancerzy sportowych i 12 osób z grupy kontrolnej. W badaniu wykorzystano obrazowanie mózgu. Tancerze okazali się inteligentniejsi i ciałem, i mózgiem! Ale to nie wszystko. Opracowano specjalny kurs choreografii dla osób po sześćdziesiątce i okazało się, że ich wyniki poprawiły się już po tygodniu.

Magdalena Przybysz, choreografka, jest na to idealnym przykładem. Wygląda na nastolatkę. I pracuje z samymi nastolatkami. Prawie. – Zauważyłam, że osoby, które regularnie tańczą, zachowują młody wygląd – mówi Magda. – Ilekroć spotykam tancerzy, mylę się w oszacowaniu ich wieku o jakieś 5–10 lat!

fot. iStock fot. iStock

Sposób na radość. Ale młody wygląd to nie jest jedyna nagroda gwarantowana w tańcu. Taniec sprawia radość. Po prostu. I chodzi nie tylko o endorfiny, jakie wydzielają się praktycznie przy każdym ruchu. Chodzi o cudowne połączenie muzyki, ruchu, choreografii, która trenuje szare komórki oraz o przyjemność bycia z partnerem lub grupą, jeśli nie tańczymy solo.

„Dirty dancing”, „Zapach kobiety”, „La La Land”… Są takie filmy, którym trudno się oprzeć. Chwytają za serce i inspirują do tego, by wstać z kanapy, nawet gdy jesteśmy najbardziej zmęczeni i sfrustrowani. A „Taniec z gwiazdami”? Gromadzi tłumy widowni w każdym kraju, w którym ma swoją edycję. Poprawia humor, jak najlepszy antydepresant.

fot. iStock fot. iStock

Sposób na stres. Praktycznie każdy ruch, w którym serce zaczyna bić szybciej i bije tak co najmniej 20 minut, zapewnia spadek kortyzolu, czyli hormonu stresu. Ale taniec daje coś jeszcze. – Na zajęciach czy podczas projektów spotykam miłośników wszelkich form tańca: od towarzyskiego, poprzez współczesny, aż po praktyków jogi, sztuk walki czy swobodnej improwizacji tanecznej. Ale też i... filozofów, architektów, biznesmenów, czyli jednym słowem ludzi, którzy chcą się za pomocą ekspresji w ruchu odstresować – opowiada Magda Przybysz. – „Ciało nigdy nie kłamie”, jak powiedziała wybitna choreografka tańca nowoczesnego Martha Graham. Kiedy tańczysz, otwierasz się na spontaniczny przepływ, uruchamiasz najbardziej pierwotne instynkty. Nie da się martwić kredytem do spłacenia czy troszczyć o przyszłość i jednocześnie wczuwać w rytm i płynące emocje. W pewnym momencie umysł musi odpuścić. Taniec sprawia, że jesteśmy w chwili obecnej.

fot. iStock fot. iStock

Sposób na relacje. I chodzi tu nie tylko o miłość. Choć oczywiście o nią też. Ale również o przyjaźń, więzi rodzinne, społeczne. Taniec tworzy szczególną chemię między ludźmi. – Ma też ogromną moc budowania więzi w grupie – przyznaje Magda Przybysz. Hormony szczęścia i wyrażane emocje robią swoje: tworzy się wspólnota. Pewnie dlatego coraz więcej wydarzeń w tańcu współczesnym jest bardzo czułych na kontekst środowiskowy, powstaje wiele kampanii i projektów, które mają nie tylko wartość estetyczną, ale także społeczną, np.: flash moby szerzące jakąś ideę czy warsztaty angażujące i włączające do aktywności różne społeczności, np. seniorów oraz samotne matki.

fot. iStock fot. iStock

Bez wymówek

Masz jeszcze wątpliwości? Ach tak, pewnie chodzi ci o to, że nie każdy potrafi tańczyć. Nieprawda!

– Wbrew powszechnym opiniom każdy z nas ma go we krwi – zapewnia Magda Przybysz. Żaden „brak poczucia rytmu” czy sztywność w ciele nie jest wymówką.

– Taniec zaczyna się od... stania, oddechu, pulsu, chodzenia, stopniowo przeradza się w ruch, aż zaczyna sam płynąć – przekonuje Magda. – Jeśli tylko otworzysz umysł i stopniowo odpuścisz kontrolę, zaczniesz tańczyć sam w sposób spontaniczny. Taniec uwalnia zatrzymaną w ciele emocję i pomaga wyrazić za pomocą ruchu to, czego nie da się wyrazić słowami. Kusząca perspektywa, prawda?

Magdalena Przybysz, choreografka, psycholożka, animatorka wydarzeń tanecznych dla dorosłych i dzieci.

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Co nas pociąga w balecie? Rozmowa z Iriną Kolganovą - instruktorką fitnessu

Irina Kolganova prowadzi zajęcia z pilatesu baletowego w Akademii Sound Therapy soundtherapy.pl (Fot. Albert Zawada/materiały prasowe Sound Therapy)
Irina Kolganova prowadzi zajęcia z pilatesu baletowego w Akademii Sound Therapy soundtherapy.pl (Fot. Albert Zawada/materiały prasowe Sound Therapy)
Przyciąga na swoje zajęcia dziewczyny, bo wszystkie chcą wyglądać jak ona - mieć superwyprostowaną sylwetkę i emanować gracją.

Irina Kolganova urodziła się w Irkucku, absolwentka Rosyjskiej Akademii Kultury i Sztuki. Od ponad 10 lat mieszka w Polsce. Jest instruktorką fitnessu. W Akademii Sound Therapy w Warszawie prowadzi zajęcia z pilatesu baletowego.

Co pilates i balet mają ze sobą wspólnego? Całkiem sporo - cały sekret piękna baletnic tkwi w połączeniu ich siły i delikatności. To umiejętność zgrania mocy mięśni głębokich korpusu z precyzyjnymi ruchami nóg oraz delikatnymi ruchami rąk i głowy. Harmonia siły, precyzji i wdzięku - to jest istota treningu baletowego. Na zajęciach pilatesu również pracujemy z mięśniami głębokimi, stabilizujemy sylwetkę, wzmacniamy kręgosłup. Na pilatesie baletowym dokładamy do tego elementy z baletu.

Balet stał się w Polsce bardzo modny - nie tylko wśród małych dziewczynek, również  dorosłych kobiet. W dużych miastach jak grzyby po deszczu powstają klubu barre, w grafikach pojawiają się zajęcia z fitnessu baletowego. Kiedy wyjeżdżałam z Rosji ponad 10 lat temu to zjawisko tam było już bardzo dobrze znane. Balet był modny wśród dorosłych i w klubach fitness. Sama prowadziłam indywidualne lekcje z baletu dla dorosłych zamożnych Rosjanek.

Czego szukały na tych lekcjach? Był to dla nich po prostu dobry trening kondycyjny, kształtujący sylwetkę, ujędrniający ciało. Dodatkowo balet w Rosji jest niezwykle elitarną dyscypliną - treningi indywidualne na pewno były dla tych pań bardzo nobilitujące. Myślę jednak, że atrakcyjność baletu - nawet w takim amatorskim, rekreacyjnym wydaniu - polega na tym, że ćwicząc go, można poczuć się bardzo kobieco. Jestem przekonana, że robiąc baletowe figury każda dziewczyna może odkryć swoją delikatność, zmysłowość, grację… Zwróć uwagę, że baletnice wyglądają tak, jakby były zawieszone w powietrzu, są trochę oderwane od Ziemi. Na scenie wygląda to pięknie - szczupłe, lekkie i powabne ciała fruwają a jednocześnie czujemy, że są bardzo silne. Może również to pociąga kobiety w balecie…

Tańczysz od dziecka? Tak. Od 7 roku życia tańczyłam w lokalnym zespole. Każdy z mojej podstawówki „coś” tańczył, albo grał na jakimś instrumencie. Pochodzę z małej miejscowości na Syberii. W Rosji tak jest, albo raczej było, że dzieci w ten sposób spędzały wolny czas. Poza tym, w tamtym czasie w telewizji były tylko dwa kanały: wiadomości i kultura. W programie kulturalnym można było zobaczyć opery, balet czy jazdę figurową na łyżwach. W moim domu oglądało się przeważnie balet. Jest on częścią naszej rosyjskiej kultury, dumy narodowej.

Irina Kolganova (Fot. Albert Zawada/materiały prasowe Sound Therapy) Irina Kolganova (Fot. Albert Zawada/materiały prasowe Sound Therapy)

Wybór studiów nie był dla Ciebie trudny? Był dość naturalny. Po liceum tanecznym, ukończyłam Akademię Kultury i Sztuki w Ułan Ude - to uczelnia, która kształci przyszłych tancerzy, baletmistrzów, choreografów. Po studiach pracowałam z dziećmi, byłam nauczycielką tańca dla dzieci.

Teraz pracujesz z dorosłymi. Przyznaję - jest dużo łatwiej. Po przyjeździe do Polski próbowałam uczyć baletu dzieci, ale troszkę zaskoczyło mnie tutejsze, zupełnie inne, podejście do tematu. Większość szkółek baletowych jest po prostu sposobem na miłe spędzenie czasu wolnego przez dzieci. Ciężko wprowadzić dyscyplinę na zajęciach. Zaskoczył mnie też fakt, że rodzice mogą obserwować trening, przebywać na sali. Nie oceniam tego, ale instruktorowi to nie ułatwia zadania. W Rosji jest zupełnie inaczej - nawet jeśli rodzice wiedzą, że ich dziecko nie trafi na deski teatru Balszoj.

Tęsknisz za baletem? Za tańcem klasycznym? Im jestem starsza, tym bardziej tęsknię. Najbardziej brakuje mi ćwiczeń przy muzyce klasycznej granej na żywo. Dźwięki wydobywające się z pianina na sali treningowej połączone z ruchem mają terapeutyczne działanie. Dlatego zachęcam wszystkich do ćwiczeń, zwłaszcza w trudnych czasach.

 

  1. Psychologia

Twoja relacja z ciałem - czy dobrze się w nim czujesz?

Jak odczuwasz swoje ciało? Jak je traktujesz? Relacja z ciałem wiele mówi nam o naszym podejściu do życia i natury. Jeżeli chcemy dobrze się w nim poczuć, zwróćmy uwagę na sygnały płynące z ciała. (Ilustracja: Getty Images)
Jak odczuwasz swoje ciało? Jak je traktujesz? Relacja z ciałem wiele mówi nam o naszym podejściu do życia i natury. Jeżeli chcemy dobrze się w nim poczuć, zwróćmy uwagę na sygnały płynące z ciała. (Ilustracja: Getty Images)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Jaki jest najbardziej niedoceniany naturalny zasób na ziemi? Nasze ciała. Mają niemal nieludzką cierpliwość. Znoszą to, że je źle karmimy, krytykujemy ich wygląd, wyczerpujemy do granic możliwości pracą. O ile mniej stresująco by się nam żyło, gdybyśmy zawarli z nimi pokój i zaczęli traktować je, jak żywe, czujące istoty, którymi przecież są – mówi Caroline Carey, trenerka Movement Medicine.

Ciało może być zasobem w walce ze stresem?
Podstawowym. Ale nie podoba mi się tak sformułowane pytanie. Rozumiem, że to terminologia coachingowa, ale mimo wszystko wolałabym rozmawiać o ciele jako jednym z najcenniejszych darów, jakie otrzymaliśmy, przychodząc na świat. Mówienie o zasobach za bardzo przypomina eksploatację, czyli to, co zwykle z ciałem robimy. Uważamy je za oczywistość, coś, co ma nam służyć. Myśląc w ten sposób, dajemy sobie prawo, by je wykorzystywać, a w rezultacie nadużywać go, zupełnie jakby było czymś podrzędnym, od nas niezależnym, a nie żywym, czującym tworem, najbardziej oczywistą częścią nas samych.

Myślałam o tym, jak mało we mnie wdzięczności dla mojego ciała. Zmuszam je do pracy, źle je karmię, nie śpię tyle, ile powinnam. A ono cały czas mi służy.
Traktujemy ciało tak, jakby było niezniszczalne. Nie szanujemy go. Podobnie zresztą postępujemy z Ziemią. Dla mnie to się łączy. Sprzyja temu nasza konsumpcyjna kultura, ale przede wszystkim antropocentryczne podejście. Fakt, że człowiek stawia siebie ponad wszystkimi innymi istotami, a ducha nad materią – ciałem. Głowa, czyli rozum, rządzi wszystkim i widać, do czego to prowadzi. Zasoby są na wyczerpaniu. Szczególny wpływ na nasz stosunek do ciała ma religia. Wychowałam się w Irlandii i choć byłam protestantką, chodziłam do katolickiej szkoły. Tam słyszałam, że ciało jest siedliskiem żądz, czyli zła, grzechu, że mam je zakrywać, by nie kusić chłopców. Moja mama była pruderyjna, nie rozmawiała ze mną o kobiecej fizjologii, seksualności. Jak wiele dzisiejszych kobiet wyrosłam w poczuciu wstydu, winy, strachu przed własnym ciałem i jego chęciami. Dziś to nieco złagodniało, ale nadal ciało jest jedynie mniej ważnym opakowaniem dla ducha.

Mam wrażenie, że dziś przesadzamy w drugą stronę, bo opakowanie zdaje się ważniejsze niż zawartość. Należy za wszelką cenę mieć ciało młode, gładkie, jędrne, szczupłe...
Coś jednak łączy te pozornie sprzeczne podejścia: w obu ciało traktowane jest przedmiotowo. Na skutek takiego myślenia większość ludzi jest od ciała odcięta i nawet nie zdaje sobie z tego sprawy. Sama doświadczałam tego przez lata. W dzieciństwie byłam molestowana seksualnie przez dziadka. Nie umiałam sobie poradzić z sytuacją, więc uciekałam z ciała, odcinałam się od uczuć i żyłam w świecie fantazji. Całe szczęście uwielbiałam też tańczyć i jeździć konno. Dzięki temu zachowałam jednak jakiś kontakt z ciałem, ale nie w sensie połączenia ze swoją kobiecością, zmysłowością, uczuciami. Ta sfera cielesności była dla mnie zakazana, zbrukana. Długie lata pracowałam, by odzyskać dostęp do samej siebie.

Co pomogło?
Przede wszystkim praca z ciałem. Szczególnie taniec, który w bezpieczny sposób pomógł mi wyrazić te trudne uczucia, których w dzieciństwie nie umiałam ogarnąć i uwolnić się w ten sposób od poczucia winy. Teraz prowadzę tą drogą innych. Ludzie zwykle odcinają się od ciała, bo boją się swoich reakcji emocjonalnych, przez co tracą zupełnie połączenie z tym, co się w nich dzieje. Stąd między innymi tak wielka popularność horrorów czy sportów opartych na adrenalinie. Ludzie przekraczają próg strachu czy nawet bólu, byle tylko poczuć cokolwiek. Przecież żyć to znaczy czuć.

Niektórym się wydaje, że żyć to znaczy myśleć...
Serdecznie takim osobom współczuję. Radość życia to przede wszystkim doznania fizyczne. Możemy je poczuć tylko poprzez ciało. W szkole baletowej uwielbiałam tańczyć polkę, wirować coraz szybciej, by potem zatrzymać się i czuć, jak w moim ciele wszystko tańczy, serce bije jak szalone, energia krąży. To było ekstatyczne doznanie, którego nie rozumiałam. Dopiero później dowiedziałam się, że podczas intensywnego ruchu mózg wydziela endorfiny, nazywane hormonami szczęścia. Mamy to doznanie w zasięgu ręki.

Tyle że nie zawsze o tym pamiętamy. Ostatnio miałam prowadzić zajęcia ruchowe, a byłam bez energii. Bałam się, że nie dam rady. By sprawdzić, ile czasu zajmą ćwiczenia, zaczęłam sama je robić. I w cudowny sposób wróciły mi siły. Rozbawiło mnie to. Przecież wiem, że ruch tak działa, a tak trudno mi było się przełamać...
Tak już mamy, że kiedy jesteśmy w dołku, wolimy raczej się położyć, niż energicznie maszerować po pokoju... Ja wypracowałam sobie taki odruch, że kiedy jestem zmęczona albo nie potrafię sobie emocjonalnie dać z czymś rady, biegnę do ogrodowej jurty i tańczę. Wyrzucam z siebie to, co mnie boli, całą sztywność. Ruch szczególnie dobrze robi na zmęczenie emocjonalne związane z tym, że trzymamy długo na wodzy jakieś uczucia, choćby frustrację czy gniew. Jakbyśmy się starali utrzymać na sznurku wściekłego psa i w dodatku tak, żeby nikt go nie zauważył. Warto w odosobnieniu to spętane zwierzę wypuścić na wolność. Niech sobie potupie, potańczy, pokrzyczy, pomacha rękami. Tyle się wtedy uwalnia energii! Najzdrowszy sposób na odreagowanie. W dodatku nikomu innemu się przy tym nie dostanie...

A jak ktoś nie lubi tańczyć?
Jest joga, tai-chi, bieganie... Ja tańczę, bo moje ciało to kocha. Poza tym taniec to coś więcej niż fizyczna aktywność, kształtowanie mięśni, kondycji. To praca ze sobą. Podczas swobodnego tańca możemy doświadczać różnych ruchów, rytmów, obserwować swoje reakcje, emocje, jakie się pojawiają, bawić się i poszerzać swój repertuar. Eksperymentowanie z ruchem przekłada się na psychikę. Osoby o sztywnych poglądach mają zwykle usztywnione ciało, bo boją się „ruszyć” poza znane terytorium. Kiedy uwalniają ciało, stają się też stopniowo bardziej elastyczni mentalnie, twórczy. Najbardziej niesamowitą właściwością ciała jest to, że można poprzez nie wpływać bezpośrednio na umysł. To ogromny, wspaniały zasób, szczególnie ważny dziś. Świat jest coraz bardziej chaotyczny, często nas zaskakuje – to właśnie nazywamy stresem. A bywa, że jest to po prostu sytuacja nowa, taka, jakiej nie przewidzieliśmy. Gdy jesteśmy elastyczni, otwarci, nie przeraża nas to – wiemy, że sobie poradzimy. Sztywność, czyli przywiązanie do tego, jak ma być, utrudnia życie.

Ciało jest tak niezwykłe, a my traktujemy je jak coś oczywistego...
Albo wręcz coś, co nam przeszkadza, staje na drodze do spełnienia. Gdybym była ładniejsza, miała większe piersi, była szczuplejsza, byłabym szczęśliwsza. To smutne, że nie kochamy naszych ciał, nie cenimy tak, jak na to zasługują. Jedną z najważniejszych rzeczy, jakie możemy zrobić, żeby lepiej się czuć, jest nauczyć się akceptować swoje ciało. Wierzę, że urodziliśmy się dokładnie z takim ciałem, jakie jest nam potrzebne, byśmy mogli osiągnąć to, do czego jesteśmy stworzeni. To niby oczywiste, ale proszę spojrzeć, jak wygląda nasz świat. Ile pieniędzy wydajemy na to, by wyglądać inaczej? Ile energii inwestujemy w myślenie: „ach, jak ja źle wyglądam”. Co by sobie wstrzyknąć, podciągnąć, wyciąć, jak się odchudzić, żeby upodobnić się do dziewczyny z okładki? Brak akceptacji własnego wyglądu to olbrzymie źródło stresu. Podstępnego, codziennego stresu, który podkopuje dobre samopoczucie, poczucie wartości, zjada nas od środka. Moim zdaniem za mało się o tym mówi, lekceważy się coś, co jest źródłem złego samopoczucia i wielu chorób. Odrzucamy nasze ciała, odnosimy się do nich źle. Więc one źle się czują. Nie kwitną, tylko więdną. W końcu zaczynają chorować. A my się wtedy dziwimy. Co się dzieje? Dlaczego? To niesprawiedliwe. Głupie ciało!

Oj, trochę chyba pani przesadza...
W żadnym razie. Ciało to najbardziej nadużywana, niedoceniana część nas.

No ale dbamy o nie, wcieramy kremy, chodzimy na siłownię...
Większość dba o ciało nie z miłości do niego, tylko z jej braku. Bo im się nie podoba to, co mają, chcą to zmienić. Ta niewypowiedziana, podświadoma niechęć gdzieś się w nich odkłada i przekłada na kiepskie mniemanie o sobie w ogóle, na złe samopoczucie, brak satysfakcji. Proszę spojrzeć na mnie. Mam 51 lat, przechodzę menopauzę. Moje ciało się zmienia, skóra, napięcie mięśniowe, włosy, wszystko. Najłatwiej w takiej sytuacji narzekać albo próbować się od siebie odcinać, brać leki, by zagłuszyć czy próbować powstrzymać tę rewolucję, która się we mnie odbywa. Ale mi zależy na kontakcie ze sobą, nie chcę przegapić tak ważnego momentu w moim życiu. Bo teraz przekształcam się w kobietę dojrzałą, starszą. U Indian 52 lata to był moment, w którym kobieta przechodziła do starszyzny plemiennej. Symbolicznie oznaczało to, że zgromadziła mądrość i mogła się nią dzielić z innymi. Dla mnie to oznacza przede wszystkim, że już nie będę miała więcej dzieci – a mam sześcioro, więc czuję się nasycona. Czas, by moja kreatywność zaczęła się wyrażać w inny sposób. W sumie się cieszę, że ciało przechodzi tę zmianę, bo w naturalny sposób kieruje moją uwagę na inne obszary życia i doświadczenia. Obserwuję to z wielkim zainteresowaniem. Myślę o tym, w jaki sposób to mnie zmieni, jakie ta zmiana znajdzie odbicie w moim ciele. Ciało to przecież zapis naszych doświadczeń.

Nie boi się pani starzenia się?
Boję się. Zmiany przybliżają mnie przecież do śmierci. Nie chcę, by moja skóra się pomarszczyła, włosy stały się białe... Boję się utraty urody, niedołężności. Czuję ten strach, ale przepuszczam go przez siebie, nie skupiam się na nim, nie pozwalam mu sobą zawładnąć. Bo jeśli pozwolę, by mną kierował, mogę próbować zatrzymać czas. I w ten sposób zaprzeczę sama sobie, zacznę żyć, udając kogoś, kim nie jestem. Nie obchodzi mnie to, że nasza kultura próbuje mnie zmusić, bym wyglądała na 20 lat. Jestem sobą, tańczę swój taniec.

Pamiętam jak wróciłam z Hawajów. Uwiodło mnie to, że wszyscy są tam tacy pogodni. W jednej z tamtejszych książek znalazłam radę: jeśli chcesz się dobrze czuć, chwal swoje ciało, dziękuj mu na głos. „Kochane ciało, dziękuję, że jesteś takie sprawne, piękne, że wczoraj siedziałeś do późna, a dziś wstałeś tak wcześnie w dobrym humorze, lubię cię za to, jak sprawnie sprzątasz” itp.
Cudny pomysł! Uniknęlibyśmy wielu stresów, gdybyśmy tak robili. Zachęcam do prowadzenia dialogu ze swoim ciałem. Mówmy mu dobre rzeczy, ale też słuchajmy tego, co chce nam przekazać. Gdy nauczymy się słuchać ciała i reagować na drobne sygnały z niego płynące, nie będzie chorować. Bo choroba to nic innego jak głośny krzyk, który mówi nam, że coś źle się dzieje. Te pierwsze znaki, jak np. ból głowy, zwykle mówią: hej, potrzebuję nieco uwagi, chcę pobyć sam przez chwilę, mam dość hałasu itd. A my zagłuszamy ten głos, biorąc pigułkę, i uważamy, że ciało nas zdradza, bo nie pozwala nam żyć. Ciało to nasz barometr. Uczy nas naszego własnego tempa, tego, co dla nas dobre.

A jeśli mój naturalny rytm jest inny niż ten, jaki wymusza otoczenie? Rodzina, praca?
Warto zadbać o równowagę. Dziś ja się dostosuję, jutro dostosuj się ty. Jeśli zarwę noc, muszę ją kiedyś odespać. Jako matka szóstki dzieci przeszłam niezłą szkołę. Zrozumiałam, że to się samo nie stanie, muszę zadbać o swoje potrzeby, mówić o nich głośno, stawiać granice i nie poświęcać się dla wszystkich w imię idei bycia dobrą matką. Ciało było moim najlepszym nauczycielem. Mówiło na przykład: jeszcze mogę to zrobić bez szczególnego problemu, ale też: mogę to zrobić, jeśli chcesz, ale to oznacza, że jutro padnę. I padało. Sygnały z ciała są czytelne. Jeśli nauczymy się z nim rozmawiać, poprowadzi nas do dobrego, spełnionego życia.

Caroline Carey, pisarka, poetka, terapeutka. Certyfikowana nauczycielka Movement Medicine, 5 Rytmów oraz Sacred Trust. Twórczyni Alchemy in Movement. Prowadzi warsztaty i sesje indywidualne. Jej pasją jest taniec, medytacja, uwalnianie ciała i odkrywanie twórczej indywidualności. W 2010 r. wydała autobiografię „Ms’Guided Angel”. Mieszka w Seaford w Wielkiej Brytanii. Ma sześcioro dzieci i wnuki. 

Movement Medicine to praktyka świadomego spontanicznego ruchu i tańca, stworzona przez Yacov’a i Susannę Darling Khan, by wspierać w uwolnieniu napięć w ciele oraz pogłębianiu połączenia z naturalną energią życiową. Pomaga osiągnąć równowagę miedzy ciałem, sercem, umysłem i duchem.

  1. Styl Życia

Co nam daje nauka tańca?

Taniec daje nam wiele emocji. Wyrzuca złość, doda radości – w ruchu wyzwalają się przecież endorfiny. (Fot. Getty Images)
Taniec daje nam wiele emocji. Wyrzuca złość, doda radości – w ruchu wyzwalają się przecież endorfiny. (Fot. Getty Images)
Na podstawowym poziomie chodzi o naukę kroków. Na wyższym – o akceptację siebie. Amatorzy, których uczy tańczyć Piotr Lewandowski, rozkwitają, nabierają pewności siebie i rywalizują w turniejach z zawodowcami.

Od jak dawna tańczysz?
Grubo ponad 20 lata.

Kto przychodzi na twoje zajęcia i – choć to może dziwnie zabrzmi – po co?
Motywacje są bardzo różne. Zaczyna się zwykle od podstawowej – by nauczyć się tańczyć. Ale w trakcie kursu uczestnik odkrywa coraz to nowsze rzeczy, które daje taniec. Do mnie przychodzą prawie same panie. I wszystkie przyznają, że dzięki tańcowi zaczynają się czuć bardziej kobieco. Nagle zauważają swoje biodro, gdy się porusza. Stają się bardziej świadome swojego ciała.

Bardziej sexy?
Tak, ale na początku, widząc siebie w lustrze, są onieśmielone. Każdy ma swoje kompleksy. Taniec uczy, by nie zwracać na nie uwagi. Akceptować siebie, skupić się na tym, co jest do wykonania. Wyrzucić emocje i czerpać przyjemność z ruchu. I tutaj bardzo istotną rolę odgrywa trener. On jest nie tylko nauczycielem tańca, ale także coachem, a nawet psychologiem. Musi wyczuć, w jakim nastroju jest dana osoba. Zbudować w niej poczucie wartości, pewność siebie – i dopiero wtedy można przechodzić na wyższe poziomy nauki. Czasami kursantki przychodzą z jakąś blokadą. I wtedy niczym psychoanalityk muszę nad tym popracować. Ostatecznie w tańcu problem albo zostanie zasymilowany, albo kobieta wyrzuci go z siebie.

Kozetkę psychoterapeuty zamieniasz na lustro w sali tanecznej?
Dokładnie. Mam znajomego neurologa, który mówi, że taniec to doskonała terapia, i gdyby mógł, to przepisywałby go każdemu. Był ze mną na kilku wyjazdach warsztatowych w Toskanii i widział, jakiej metamorfozie ulegają kobiety.

Wróćmy do motywacji tańczących. Jakie są te mniej oczywiste?
Wiele osób traktuje taniec jak formę fizycznej aktywności. Zwłaszcza panie. Już po kilku zajęciach poprawia im się sylwetka i jędrność ciała. Zawodowi tancerze słyną przecież ze smukłych kształtów.

W Pro-Am, systemie, który propaguję, uczymy tańca podczas indywidualnych lekcji z zawodowcem. Dla niektórych to kolejny etap rozwoju tanecznego. I to dynamicznego rozwoju – doświadczony kursant kolejne poziomy pokonuje o wiele szybciej. Ale również amatorzy radzą sobie świetnie. Do tego stopnia, że występują podczas branżowych turniejów lub pokazów, oczywiście w parze z zawodowcem. To taki „Taniec z gwiazdami” w mikroskali. Dla wielu to spełnienie marzeń. Wiek nie gra roli. Przychodzą do nas także osoby starsze, już na emeryturze. Mamy na przykład 71-latka, który tańczy od 10 lat. Jest zachwycony. Niedługo będzie brał udział w turnieju.

Czy mężczyźni także budują swoją pewność siebie poprzez taniec?
Taniec w ich przypadku jest jednym ze sposobów, w jaki mogą zaimponować kobiecie. Mam mnóstwo kursantów, którzy przychodzili na zajęcia bez koordynacji ruchowej i poczucia rytmu. Ale wystarczyło nauczyć ich kilku prostych ruchów, dać podstawę w krokach, by poczuli się komfortowo na parkiecie.

Kiedyś chodziłem na milongi. Imponowała mi pasja, z jaką ludzie podchodzą do tanga, i ogromny międzypokoleniowy przekrój – od nastolatków po siedemdziesięcioparolatków.
Bo tak naprawdę taniec nie zna granic, a już na pewno nie są to granice wiekowe. Dla pań najważniejsze jest to, by mieć dobrego partnera, i wsłuchać się w niego. A na milongi chodzą pasjonaci, panowie, którzy potrafią prowadzić w tańcu, więc kobiety czują na parkiecie duży komfort. Poza tym tango uczy obecności. Partnerzy są nie tylko wewnętrznie skupieni, ale też maksymalnie skoncentrowani na sobie jako parze. Uczestnicy milong, sals czy zajęć w ramach Pro-Amu tworzą bardzo barwne, wesołe społeczności. Bo taniec to jest styl życia. Ludzie, którzy tańczą, mają nie tylko wspólną pasję, ale też jeden język, powiedziałbym nawet „slang”, i wspólne doświadczenia. Tworzą fora, blogi taneczne, opisując metamorfozę, jaką przeszli pod wpływem tańca – wrzucają swoje zdjęcie „przed” i „po”. To są też wspólne imprezy, turnieje, szukanie nowinek... Pod wpływem grupy chcą się jeszcze bardziej doskonalić. Zaczynają dbać o siebie, lepiej się odżywiać, wysypiać – w tańcu narzędziem jest w końcu ciało. Kobiety szyją sobie specjalne stroje, robią makijaże, fryzury – taniec staje się dla nich świętem, odpoczynkiem od codzienności.

Czy zdarza się, że na zajęcia do Pro-Am trafiają ci, którzy mają jakiś życiowy zakręt?
Różnie to bywa. W naszym systemie tańca uczą się osoby o zróżnicowanym statusie społecznym i sytuacji życiowej. Są single, którzy potrzebują się wyszaleć, i pracujące kobiety z dziećmi, które chcą mieć chwilę dla siebie. Na zajęciach odnajdują się na nowo. Znam kobiety, które dotychczas nie wyjeżdżały nigdzie same, tylko z rodzinami, nawet na zakupy. A teraz, dzięki tańcowi, zaczynają dostrzegać swoje potrzeby. Taniec staje się odskocznią od szarego życia. Wentylem bezpieczeństwa dla problemów. Czasami dzwoni do mnie kursantka i mówi: „Chcę umówić się na lekcję. Dzisiaj. Mam w pracy taką zadymę, że muszę to gdzieś odreagować”.

Umożliwiacie waszym kursantom udział w profesjonalnych turniejach. Co im to daje, oprócz – jak przypuszczam – ogromnej tremy?
Nie bez powodu w parze jest zawsze amator i profesjonalny tancerz. Oboje się wspierają, przy czym gwarantuję, że to amator ma mniejszą tremę. Nikogo nie namawiamy na udział w turnieju po miesiącu czy dwóch nauki. To byłoby zbyt stresujące. Czas przygotowania jest bardzo indywidualny. Znam osoby, które po trzech miesiącach czuły się już na siłach, a są takie, którym to zajęło rok, półtora. Turnieje są dodatkową motywacją i prawdziwą próbą charakteru. Jeśli uda ci się opanować stres i dobrze wypaść, zaczynasz wierzyć, że nie ma rzeczy niemożliwych. Po czymś takim nauka na zwyczajnej sali tanecznej to już czysta przyjemność.

Kilka lat temu znajomy, Michał Malitowski, zaprosił mnie do programu „Got to dance”. Wystąpiłem w nim ze swoją partnerkę z Pro-Amu, panią po 40, poważną business woman, z mężem, rodziną. Rano przyszliśmy na nagranie, a tam tłum ludzi, na dodatek same zespoły. Tu się rozgrzewają, tu grają, tam scena i kamery… Moja partnerka wpadła w panikę. W parę godzin musieliśmy się ogarnąć. Wieczorem było nagranie na żywo i wszystko ostatecznie fajnie wyszło. Dlatego jestem zdania, że na pokazach czy konkursach ludzie mogą się sprawdzić w nowej roli, zmierzyć ze strachem. Uczą się radzić sobie z trudnymi emocjami.

Poza tym atmosfera na turniejach jest bardzo nobilitująca. Staramy się je zresztą właśnie dlatego urządzać w niecodziennych miejscach. Były już w Filharmonii w Szczecinie czy w Kopalni Soli w Wieliczce, 128 metrów pod ziemią. W takim otoczeniu uczestnicy czują, że te emocje, te chwile są bezcenne. Wyjeżdżamy też na pokazy za granicę – z pierwszą kursantką z Pro-Amu byłem w Hongkongu. Łączymy to także z podróżami pod hasłem „weekend dla siebie”.

A jak sam wspominasz zawodowe turnieje, w których brałeś i bierzesz udział?
Pamiętam szczególnie dobrze Mistrzostwa Niemiec w Mancheim. Miałem wtedy 14–15 lat. Z moją partnerką udało mi się wejść do finału. Cała sala pełna. Kilka tysięcy osób. Duża orkiestra, muzyka na żywo. Pary przedstawiane z imienia i nazwiska. Kiedy to się dzieje, to na parkiecie tracisz niemalże świadomość. Odpływasz i nie wiesz, co się z tobą dzieje. A masz zatańczyć. Robisz to więc w jakiejś euforii, której nie jesteś w stanie kontrolować. Bo technicznie to wszystko już dawno masz wyćwiczone.

Podobne odczucia miałem podczas Mistrzostw Polski na warszawskim Torwarze. Pełna sala ludzi, 3–4 tys. osób, telewizja. W takich warunkach włada tobą podświadomość. To jest nie do opisania. Trzeba to poczuć. Czujesz się jak podczas premiery na scenie. Bo tancerz jest aktorem. Odgrywa różne role. Raz jest romantycznym kochankiem, a raz dzikim torreadorem. Przepuszcza przez ciało muzykę – jedno z drugim musi być więc zsynchronizowane. Czysta symbioza. Do tego jeszcze dochodzi interakcja z otoczeniem – gdy ogląda cię 2 tys. osób, czujesz ogromną dawkę energii, jeśli potrafisz przeciągnąć ją na swoją stronę, wygrywasz.

Znasz jakąś osobę, która dzięki nauce tańca przeszła prawdziwą metamorfozę?
Nawet kilka. Wszystkie niezwykle się otworzyły, nabrały pewności siebie, ale też i pokory. Stały się dojrzalsze emocjonalnie – otwarcie mówią, co czują.

Szkoła tańca szkołą życia?
My mówimy: „dance ma sens”. Siedemdziesięciolatek, o którym wspominałem, twierdzi, że odkąd w wieku 60 lat zaczął tańczyć, zaczął żyć. Przeżywa teraz swoją drugą młodość. Tyle tylko, że nie ma o czym rozmawiać z rówieśnikami: oni opowiadają o serialach, chorobach i wnukach, a on ma mnóstwo energii i nowych celów do osiągnięcia. No i prawdziwą pasję – taniec.

O co ty byłbyś uboższy, gdyby nie taniec?
Na pewno o wiele emocji. Bo taniec cię na nie otwiera. W dzień je zwykle skrywamy, na parkiecie uwalniamy. Dlatego taniec tak odstresowuje i relaksuje. Wyrzuci z ciebie złość, doda radości – w ruchu wyzwalają się przecież endorfiny. Poza tym taniec to forma sztuki, tańcząc, stajesz się artystą. Kontaktujesz się nie tylko ze swoim umysłem i ciałem, ale też z duszą. Ja, gdy wchodzę na parkiet, od razu się uśmiecham.

Piotr Lewandowski zawodowy tancerz najwyższej międzynarodowej klasy tanecznej S, instruktor, finalista turniejów tanecznych w Polsce i w Europie. 

  1. Styl Życia

Flamenco ma się we krwi

Emila chętnie tańczy z mantonem, dużą haftowaną chustą. Ta odmiana flamenco wymaga elegancji i gracji. (Fot. Julia Zabrodzka)
Emila chętnie tańczy z mantonem, dużą haftowaną chustą. Ta odmiana flamenco wymaga elegancji i gracji. (Fot. Julia Zabrodzka)
Zobacz galerię 10 Zdjęć
Flamenco jest dla mnie jak język obcy. Nigdy nie pozbędę się akcentu, ale najważniejsze, bym miała coś do powiedzenia – przekonuje pochodząca z Peru Tatiana. Przyjechała do Sewilli uczyć się flamenco najbardziej hiszpańskiego z tańców, podobnie jak Polka Emilia, Greczynka Georgia i dziesiątki innych cudzoziemek. Czy udało im się spełnić marzenia? 

Z fotografii spogląda starsza pani o wyrazistych rysach i dobrotliwym uśmiechu. To René, w połowie Peruwianka, w połowie hiszpańska Cyganka. Jej ojciec pochodził z Kadyksu, dzieciństwo spędziła w Andaluzji. Kiedy miała prawie 18 lat, poznała Peruwiańczyka, z którym wyjechała do Ameryki Południowej. Rodzina nigdy nie przebolała straty córki, a René – tego, że bliscy nie zaakceptowali jej wyboru. Odcięła się od wszystkiego, co zostawiła w andaluzyjskim domu. Z jednym wyjątkiem – zabrała ze sobą muzykę.

Zdjęcie pokazuje mi jej wnuczka Tatiana. – Babcia miała ogromny dom i swoje przyzwyczajenia. Od rana słuchała flamenco. Jadłyśmy śniadanie, a ona włączała na cały regulator Paco de Lucíę. Czasem śpiewała – wspomina, gdy spotykamy się w peruwiańskiej restauracji w Sewilli. – Miała dziesięcioro wnucząt i lubiła pokazywać nam swój świat. Czasami zabierała nas do teatru. Na przedstawieniach wszyscy zasypiali, tylko ja oglądałam z otwartą buzią. Po spektaklu brała mnie za rękę i szłyśmy we dwie za kulisy przywitać się z jej znajomymi śpiewaczkami. Tak zaczęła się moja miłość do tańca i spektaklu – opowiada nad koktajlem pisco sour.

(Flamenco jest dla mnie jak język obcy. Nigdy nie pozbędę się akcentu, ale najważniejsze, bym miała coś do powiedzenia – przekonuje pochodząca z Peru Tatiana. Fot. Julia Zabrodzka) (Flamenco jest dla mnie jak język obcy. Nigdy nie pozbędę się akcentu, ale najważniejsze, bym miała coś do powiedzenia – przekonuje pochodząca z Peru Tatiana. Fot. Julia Zabrodzka)

Być może to babcia sprawiła, że jako 18-latka Tatiana miała jedno marzenie: podróż do Andaluzji. Rodzice spełnili je w ramach urodzinowego prezentu. – Pamiętam, że wysłałam mamie zdjęcie z Sewilli, z ulicy Rocío w Trianie. „Popatrz, twoja ulica” – żartowałam, bo nazywa się Rocío. Napisałam też, że czuję, jakbym wróciła w miejsce, które dobrze znam – dodaje całkiem poważnie. Był rok 1993. – Znajomy, trochę mistyk, powiedział mi potem, że w poprzednim życiu mieszkałam w Sewilli i nie dziwi go, że chcę tam wrócić.

(Miłość do flamenco rozbudziła w Tatianie babcia. Fot. Julia Zabrodzka) (Miłość do flamenco rozbudziła w Tatianie babcia. Fot. Julia Zabrodzka)

Nie stało się to jednak od razu. Tatiana na dobre przyjechała tu dopiero w 2011 r., już jako dojrzała bailaora, ale także jako poobijana życiem kobieta. – Byłam w trakcie rozwodu. Taniec stał się formą ucieczki, terapii – wspomina. Tak dołączyła do zastępów cudzoziemek, które w stolicy Andaluzji szukają swojego miejsca w życiu i na scenie flamenco.

Do źródeł flamenco

Emilię Hiszpania wzywała drobnymi znakami. Pierwszy łatwo było przeoczyć. Kaseta wideo z tancerką w czerwonej sukni (komunijny prezent), piękny Hiszpan na obozie tanecznym, wreszcie lekcje flamenco, które dziwnie wciągały. Potem były studia na iberystyce, pierwsza podróż autostopem do Andaluzji, zwiedzanie La Manchy, droga do Santiago de Compostela, wreszcie stypendium w Grenadzie. Wszystko zdawało się ciążyć ku Hiszpanii, ale Emilia wybrała rodzinny Wrocław. Dziesięć lat temu wydawało się, że ma ułożone życie: wykładała na filologii hiszpańskiej, nieźle zarabiała, uczyła tańczyć, występowała. Mogła pozwolić sobie na regularne wyjazdy. Ale to nie wystarczyło. – Ciągnęło mnie strasznie. Pewnego dnia – pamiętam, że była ósma rano, stałam na światłach w drodze na zjazd studentów zaocznych – podjęłam decyzję: w przyszłym roku wyjeżdżam. Wiedziałam, że jeśli tego nie zrobię, zawsze będę żałować. Tego samego dnia poszłam do szefa. W 2011 r. przyjechałam do Sewilli.

Aby kroki flamenco wybrzmiały we właściwym rytmie, potrzeba wielu godzin ćwiczeń przed lustrem i z metronomem. Fot. Julia Zabrodzka Aby kroki flamenco wybrzmiały we właściwym rytmie, potrzeba wielu godzin ćwiczeń przed lustrem i z metronomem. Fot. Julia Zabrodzka

Georgia zaczęła najpóźniej, miała 21 lat. Nic nie wskazywało, że flamenco wywróci jej życie do góry nogami. – Interesowało mnie raczej malarstwo, grafika. Ale chciałam coś zrobić z ciałem i poszłam do akademii tańca w dzielnicy – wzrusza ramionami. – Zawsze myślałam, że aby naprawdę tańczyć, trzeba zacząć w wieku trzech lat. Zapisałam się na zajęcia i nagle odkryłam, że we flamenco jest inaczej. Zobaczyłam różne kobiety: grube i chude, starsze i młodsze.

Zakochiwała się powoli, ale po trzech latach miała już pewność. W 2010 r. wylądowała w Hiszpanii. – Pierwszy raz wyprowadziłam się z domu, od mamy. Miałam rozwinąć skrzydła, ale nie znałam języka ani ludzi. Było bardzo ciężko. Koledzy i koleżanki ze szkoły tańca, niemal sami obcokrajowcy, byli lepsi niż moja nauczycielka z Aten. Po trzech miesiącach napisałam jej, że nie mam siły, jestem wyczerpana – wspomina. Nie pomogła zmiana szkoły i miasta ani związek, który okazał się porażką. – Po roku wróciłam do Grecji z depresją. Poniosłam totalną klęskę: w tańcu, w miłości. Myślę, że wszyscy cudzoziemcy przez to przechodzą. Próbujemy zaistnieć w czymś, co nie przynależy do naszej kultury – wyjaśnia. Po trzech latach Georgia podjęła kolejną próbę. W 2015 r. trafiła do Sewilli. – Przyjechałam i zostałam na dłużej. Bo to jest źródło.

(Georgia od dwóch lat zarabia, tańcząc flamenco na ulicach Sewilli. Fot. Julia Zabrodzka) (Georgia od dwóch lat zarabia, tańcząc flamenco na ulicach Sewilli. Fot. Julia Zabrodzka)

Ja tańczę flamenco!

Sewilla przyciąga przede wszystkim najlepszymi szkołami tańca. W najsłynniejszej, Fundacji Cristiny Heeren, zajęcia trwają cały dzień. Rano kilka godzin tańca, wieczorem teoria. – Przez pierwsze dwa tygodnie tak dostawałam w kość, że po zajęciach byłam w stanie tylko spać – wspomina Emilia. Do tego dochodzą ćwiczenia w studiu. – Ludziom trudno zrozumieć, że można zamknąć się w czterech ścianach, włączyć metronom i godzinami ćwiczyć. Ale ponoć te samotne godziny spędzone z lustrem i miarowymi uderzeniami mechanizmu są najważniejsze. Trzeba „oczyścić stopy”, jak mówi Georgia, by tupanie wybrzmiało we właściwym rytmie i czasie. Trzeba przyswoić poznany na lekcjach materiał, wybrać to, co ci odpowiada, znaleźć swój styl.

Momentem próby jest pierwszy występ na scenie. Georgia dostała swoją szansę dość szybko, po trzech miesiącach – w jednym z lokali, w których obcokrajowcy tańczą, by się sprawdzić. W Sewilli jest ich kilka, co jakiś czas jedne się zamykają, wkrótce powstają nowe. Spektakle to część nauki. – Nie masz jak dostać informacji zwrotnej, jeśli nie pokażesz się publiczności – tłumaczy Tatiana. – Ten pierwszy występ to zawsze walka ze wstydem, niepewnością, brakiem wiary w siebie. Doświadczenie, którego wszyscy potrzebujemy. A ponieważ miejscowi zdają sobie z tego sprawę, wiele osób to wykorzystuje – wyjaśnia. Bo, jak dodaje, na takich występach artyści zwykle niemal nic nie zarabiają.

(Georgia długo występowała tylko z gitarzystą. Dziś zwykle tańczy także z akompaniamentem cajonu (skrzyni perkusyjnej) i śpiewaka, często na zmianę z inną tancerką. To już prawdziwy uliczny spektakl całego zespołu. Fot. Julia Zabrodzka) (Georgia długo występowała tylko z gitarzystą. Dziś zwykle tańczy także z akompaniamentem cajonu (skrzyni perkusyjnej) i śpiewaka, często na zmianę z inną tancerką. To już prawdziwy uliczny spektakl całego zespołu. Fot. Julia Zabrodzka)

Emilia też szybko dostała propozycję pracy w jednym z tych efemerycznych barów. – Pamiętam, że za pierwszym razem pijany facet wlazł mi na scenę. Ale miałam już za sobą dziesięć lat tańczenia na bankietach w Polsce, więc byłam otrzaskana – wspomina, a ja nie mam wątpliwości, że Emilii nic nie może przestraszyć. – Byłam taka dumna: tańczę w Sewilli! Medal powinnam dostać, nikt mnie nie wygwizdał, przeżyłam – śmieje się, chociaż sytuacja nie była wcale zabawna. Gaża tancerki często zależała od sprzedaży biletów, a ta od liczby rozwieszonych przez nią plakatów. – Ileż razy oplakatowałam całą Trianę i Santa Cruz! Z setkę plakatów trzeba było wydrukować i rozkleić przed koncertem – opowiada. A plakaty to nie koniec. Tancerka opłacała studio, w którym odbywają się próby, a także muzyków. Czasem brali po 30 euro, a w kasie z biletów było ledwie 50. Po całej operacji z plakatami i promocją jako tancerka była stratna. Ale to jej najbardziej zależało na występie, więc przełykała gorzką pigułkę.

Milion wspaniałych tancerek flamenco

Większość tancerek przed przyjazdem do Sewilli długo oszczędza. Przy intensywnej nauce i darmowych występach nie mają czasu ani siły na poważną pracę. Budżet lepiej łatać, ucząc tańca na wakacyjnych kursach u siebie w kraju albo łapiąc się drobnych fuch. Emilia spędziła tak pierwsze dwa lata, dodatkowo pisząc jeszcze doktorat o historii flamenco. Rano taniec, po południu biblioteka. Ciągle cieszyła się z każdego występu, ale z czasem entuzjazm opadł. Nauka wysysała z niej energię. – Codziennie ktoś cię ocenia, codziennie mówi: „źle”. To było frustrujące. Zrealizowałam swoje marzenia i ciągle słyszałam: „Źle, nie nadajesz się” – wspomina. – A ja poświęciłam pracę i dotychczasowe życie, żeby tu być. Kupiłabym sobie małe mieszkanko we Wrocławiu za pieniądze, które przetańczyłam w Sewilli.

Po czwartym roku dopadły ją wątpliwości. – Zaczęłam myśleć, że skończę czterdziestkę i dalej będę chodzić do brzydkiego studia w dresie, dzielić mieszkanie z obcymi ludźmi i występować za grosze – opowiada. – Zastanawiałam się, po co tu jestem. W Sewilli jest przecież milion wspaniałych tancerek. Kilka prowadzi swoje szkoły, większość jakieś zajęcia, godzinkę tu, godzinkę tam, ale mam wrażenie, że cienko przędą. Chciałam być artystką niezależną, a wiedziałam, że nigdy taką nie będę, tańcząc w barach za 20 euro – opowiada. Buty odwiesiła na kołek.

(Fot. Julia Zabrodzka) (Fot. Julia Zabrodzka)

Georgii też kończyły się oszczędności. Postanowiła, że będzie utrzymywać się z tańca – a skoro nie może w barach, to spróbuje na ulicy. – Zarabiam tak od ponad dwóch lat. Ile osób przyjdzie na mój występ w tablao? Pięcioro znajomych i kilku turystów? A przez dwie godziny występu na ulicy przewija się niezły tłum – przekonuje. Ma to jednak swoją cenę. Gdy obserwuję Georgię tańczącą na Plaza de España, co chwila ktoś wyciąga telefon, robi zdjęcie, nagrywa filmik. – Cóż, nie bardzo mi się to podoba – przyznaje tancerka. – Tańcząc, staram się coś wyrazić, a nagle widzę telefon. Nie oczy, które patrzą, które coś czują, tylko telefon. To zrywa porozumienie między tancerką a odbiorcą. Na scenie jest inaczej, tam ludzie przychodzą, by cię zobaczyć. Tu są przypadkowi przechodnie, hałas, nie ma porządnej podłogi. Ale to dobre ćwiczenie – kończy. Podobną drogę mniej lub bardziej świadomie wybiera wielu przyjezdnych. W Sewilli powstało nawet nieformalne stowarzyszenie ulicznych tancerzy. Choć występy są nielegalne, mają swój grafik, wewnętrzne zasady i godziny pracy. To rozwiązane tymczasowe, ale jednak ciągle flamenco.

(We flamenco potrzeba połączenia dumy i uczucia. Fot. Julia Zabrodzka) (We flamenco potrzeba połączenia dumy i uczucia. Fot. Julia Zabrodzka)

We flamenco trzeba mieć coś do powiedzenia

Dziś flamenco nie ma już stricte hiszpańskiego charakteru. Do Sewilli przyjeżdżają muzycy i tancerze z całego świata. – W szkole, do której chodziłam, byli prawie sami cudzoziemcy. Mnóstwo Japończyków, którzy mają obsesję na punkcie flamenco. A Hiszpanów garstka – wspomina Georgia. – Ale turyści w tablaos chcą oglądać Hiszpanów. Latynosom jest łatwiej z ich hiszpańskobrzmiącymi nazwiskami. A mojego nikt nie jest w stanie wymówić – wzdycha. Głębszy problem leży jednak według niej gdzie indziej. – Różnica między Cyganami a nie-Cyganami, flamencos puros a cudzoziemcami, istnieje. We flamenco potrzeba połączenia dumy i uczucia. Gdy widzisz tańczącą Cygankę, wiesz, że duma jest prawdziwa, ona ma do niej prawo. Bo to jej taniec, kultura. Myślę, że my czasem mylimy dumę z próżnością, to ona przez nas przemawia. Chcę wyglądać jak flamenca, ale nią nie jestem. Widziałam to w sobie: wychodzę z podniesioną głową, ale w głębi duszy się boję.

(Fot. Julia Zabrodzka) (Fot. Julia Zabrodzka)

– Dla niektórych ludzi flamenco to forma wyrazu, która nie przynależy do konkretnej grupy czy regionu – twierdzi Emilia. – Ale zdarza się, że nauczyciele są służbowo uśmiechnięci, bo obcokrajowcy im płacą, a potem celowo źle uczą, by uczeń nie przerósł mistrza. Bywa różnie, ale na koniec dnia wszyscy jesteśmy dla nich güiris, obcy.

– Niektórzy twierdzą, że jak nie jesteś Cyganem, nie możesz tańczyć flamenco. Moim zdaniem to myślenie zaściankowe – oburza się Tatiana. – To obcokrajowcy utrzymują tę sztukę przy życiu, dają jej energię. Flamenco jest jak język, dla mnie – język obcy. Jeśli się go nauczysz, możesz mówić, co ci się podoba. Jasne, masz akcent i nigdy się go nie pozbędziesz. Ale to nie sprawia, że ludzie nie mogą cię zrozumieć. Ważne, byś miała coś do powiedzenia – przekonuje. Sama nadal wypowiada się za pomocą tańca, choć już nie w Sewilli. Nie była w stanie utrzymać się tu na własnych warunkach. Po trzech latach wyjechała do Francji. Prowadzi szkołę tańca, występuje na festiwalach, pracuje jako terapeutka. I wraca, kiedy tylko może. – Oczywiście, że tęsknię. Lata w Sewilli to był najszczęśliwszy czas w moim życiu – wyznaje.

Gitarzysta Oscar Guzmán akompaniuje Tatianie podczas próby przed spektaklem w wynajętym na kilka godzin. (Fot. Julia Zabrodzka) Gitarzysta Oscar Guzmán akompaniuje Tatianie podczas próby przed spektaklem w wynajętym na kilka godzin. (Fot. Julia Zabrodzka)

Emilia nie chciała wyjeżdżać i tęsknić. – Postanowiłam zdobyć porządną pracę. Zostać nauczycielką – opowiada. Łatwo powiedzieć! W Hiszpanii to posada, o którą biją się wszyscy: dobrze płatna, stabilna, pozostawiająca dużo czasu wolnego. By ją zdobyć, trzeba zdać państwowe egzaminy. Emilia usiadła do książek i siedziała nad nimi kilkanaście miesięcy. Ale dopięła swego. Od ponad roku uczy hiszpańskiego – Hiszpanów, w sewilskiej szkole. Ostatnio nawet wróciła do tańca. Znów chce jej się występować, ćwiczyć w studio. Wygląda na to, że do flamenco trzeba oczyścić nie tylko stopy, ale i głowę.

 

 

  1. Styl Życia

Barre - balet dla każdego. Rozmowa z tancerką Dorotą Mentrak-Bączkowską

Dorotą Mentrak-Bączkowską prowadzi Barre Body, zajęcia przy drążku z elementami tańca klasycznego. Współzałożycielka rodzinnego studia ruchu - Kultura Fizyczna w Warszawie (kulturafizyczna.com.pl)(Fot. Karolina Synowiec)
Dorotą Mentrak-Bączkowską prowadzi Barre Body, zajęcia przy drążku z elementami tańca klasycznego. Współzałożycielka rodzinnego studia ruchu - Kultura Fizyczna w Warszawie (kulturafizyczna.com.pl)(Fot. Karolina Synowiec)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Prostuje, wysmukla, wzmacnia, wycisza… Co jeszcze może dać ciału i duszy trening Barre?  

Barre Body to twoja autorska metoda? Trening typu Barre jest popularny na całym świecie, trudno tu więc mówić o autorskiej metodzie. „Barre” (czytaj: bar) z francuskiego oznacza drążek, przy którym ćwiczą tancerki, wykonując całą lekcję tańca klasycznego, ale niektórzy łączą tę nazwę również z angielskim „bare foot”. Ćwiczy się bowiem boso, w skarpetkach lub w baletkach. Jest wiele wersji treningu Barre – jedne są bardziej zbliżone do jogi czy pilatesu, inne do fitnessu, w moich zajęciach, które nazwałam „Barre Body”, kładę nacisk na taniec klasyczny. Nie ma u mnie maty, wszystko się dzieje wokół ciała i drążka, który jest dla nas partnerem – pomaga znaleźć balans, a także ułatwia stretching.

Podczas twoich zajęć ćwiczy się na stojąco. Czy to znaczy, że chodzi w nich o właściwą postawę? Chodzi o to, żeby się cały czas wyciągać do góry i stabilizować kręgosłup. Zależało mi też na wyrwaniu kobiet z fitnessowej rutyny – chciałam, żeby te zajęcia różniły się od typowych treningów, podczas których zwykle najpierw jest rozgrzewka na stojąco, a potem wszystkie ćwiczenia wykonuje się w pozycji leżącej czy siedzącej. Tu cały trening bez chwili przerwy odbywa się w pionie – kiedy stoimy, bardziej mobilizujemy kręgosłup oraz mięśnie brzucha, tym samym koncentrujemy się na postawie. Dużo ćwiczeń jest wykonywanych we wspięciu na palcach, czyli na relevé, więc ćwiczymy też równowagę.

Dorota Mentrak-Bączkowska - pedagog baletu, tancerka, choreografka. (Fot. Karolina Synowiec) Dorota Mentrak-Bączkowska - pedagog baletu, tancerka, choreografka. (Fot. Karolina Synowiec)

Które mięśnie wzmacnia taki trening najbardziej? Łatwiej byłoby powiedzieć, których mięśni nie wzmacnia. Kiedy uczyłam się w szkole baletowej, nie zdawałam sobie sprawy, jak głęboko porusza on mięśnie całego ciała. Dopiero gdy dorosłam i stałam się już profesjonalną tancerką, a potem nauczycielką, zrozumiałam, jaki to dar znać i rozumieć zasady tańca klasycznego. Owszem, na pierwszy rzut oka jest skomplikowany i bardzo ważna jest przy nim precyzja – ale drążek pomaga to zadanie uprościć. To balet, który każdy może zatańczyć. Nawet jeśli nigdy wcześniej nie miał z nim do czynienia.

Naprawdę każdy? Oczywiście! Wiem od moich kursantek, że zanim zaczną trenować, pierwszą myślą, która się pojawia, jest: „Przecież to nie dla mnie. Nie mam wyglądu baletnicy”, „Jestem na to za stara” czy „Na pewno nie dam rady”. A potem okazuje się, że nie jest potrzebny ani specjalny strój, ani określony wygląd, ani nawet określone umiejętności. Lubię mówić, że do zajęć potrzebny jest tylko barre, czyli drążek, i body, czyli ciało. Poza tym dużo tłumaczę, pokazuję i poprawiam, a kiedy widzę, że dane ćwiczenie jest dla kogoś na tym etapie za trudne, upraszczam je.

Przychodzą kobiety, które przyznają, że udział w takich zajęciach to spełnienie dziecięcego marzenia o balecie? Tak! Przychodzą i bardzo często te zajęcia stają się dla nich wstępem do nauki tańca klasycznego. Wiele kobiet przychodzi jednak z czystej ciekawości i chęci odmiany. Dla niektórych takie zajęcia to prawdziwe wyzwanie. Balet sam w sobie jest bardzo wymagający: tempo ćwiczeń jest spokojne, ale wymaga precyzji, dopracowania detali i wytrwania w danej postawie – nie każdy daje radę. U mnie na Barre Body jest ciut szybciej, ciut intensywniej, kładę odrobinę mniejszy nacisk na precyzję, gdyż w tym treningu chodzi również o swobodę ruchu, o flow. No i można naprawdę poznać podstawy tańca klasycznego i terminologię, gdyż wszystkie ćwiczenia mają francuskie nazwy.

Po pierwszych zajęciach może więc pojawić się refleksja, że w porównaniu na przykład z innymi zajęciami tanecznymi typu zumba, niewiele się tu dzieje… Nie pamiętam, żeby ktoś powiedział, że się na tych zajęciach nie zmęczył (śmiech), natomiast tempo jest rzeczywiście wolniejsze i znacznie większy nacisk kładę na świadomość ciała niż na intensywność ćwiczeń. Moim kursantkom zawsze radzę: „Proszę sobie dać czas na to, by poczuć różnicę. Ona przychodzi, gdy już nauczymy się wykonywać sekwencje prawidłowo. Wtedy nagle trening staje się wymagający, a korzyści szybciej widoczne”. Zwłaszcza jeśli wcześniej się chodziło na zajęcia typu kardio czy power, na których już po kilku minutach ma się zadyszkę. To jest po prostu zupełnie inna jakość ruchu.

Skoro chodzi o wolniejsze tempo i świadomość ciała – można te zajęcia potraktować relaksacyjnie? Chciałabym, żeby tak właśnie były również traktowane. Jako trening w rytmie slow. Tym bardziej że muzyka klasyczna, która jest dla nich akompaniamentem, ma właściwości relaksujące, nie jest inwazyjna, a badania potwierdzają, że jest w stanie nawet obniżyć zbyt wysokie ciśnienie krwi.

Jakie zmiany można zaobserwować po kilku tygodniach ćwiczeń? Na pewno zaobserwujemy, że odruchowo będziemy chodzić wolniej i z prostymi plecami. Może nawet „urośniemy” o kilka centymetrów. Powinnyśmy zaobserwować też większe umięśnienie nóg i pośladków – w balecie mocne nogi to podstawa, bez dobrego plié nie można tańczyć! Ćwicząc taniec klasyczny, ćwiczymy też uda wewnętrzne, czyli przywodziciele, mięśnie rzadko wzmacniane.

No i stopy! Często zapominamy o stopach. Uwalniamy je z obuwia dopiero w domu, przed snem. Tymczasem właściwy ruch stóp jest w stanie zapoczątkować dobre zmiany w całym ciele. Jednocześnie przy wyciąganiu stóp pointe (z fr. czubek) napinamy całą nogę: łydkę, kolano, udo. Dobra praca stóp na balecie to praca i bezpieczeństwo dla całego ciała.

Barre, czyli trening przy drążku, stał się popularny dzięki filmowi „Czarny łabędź” z Natalie Portman. Aktorka, przygotowując się do roli baletnicy, ćwiczyła pod okiem tancerki Mary Helen Bowers, która po raz pierwszy opracowała program zawierający zaczerpnięte z baletu aktywności. Trening jest jednak przeznaczony dla amatorów.