1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Runmageddon - bieg, który pomaga radzić sobie w życiu

Runmageddon - bieg, który pomaga radzić sobie w życiu

Patrycja, zanim zaczęła startować w runmageddonach, była szarą myszką (Fot. Igor Kohutnicki)
Patrycja, zanim zaczęła startować w runmageddonach, była szarą myszką (Fot. Igor Kohutnicki)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Runmageddon na depresję, prawdziwą, potwierdzoną klinicznie. Na przemoc domową, którą można pokonać jak ubłoconą przeszkodę na zawodach. Żeby znaleźć miłość na trasie. Albo nową pasję w wieku 80 lat! Cztery historie kobiet, które w biegach przeszkodowych odkryły sposób na przeszkody w życiu.

Przed runmageddonem były kimś innym, niż są dzisiaj. Zdecydowały się na start w największym cyklu biegów przeszkodowych w Polsce trochę z przypadku albo z chęci spróbowania czegoś nowego. Na runmageddonie biegania jest niewiele, najkrótszy dystans to tylko skromne trzy kilometry. Ale na tych trzech kilometrach jest 15 przeszkód: drążki, po których chodzi się na rękach, ścianki albo liny, na które trzeba się wspiąć, tyrolki, po których zjeżdża się z dużej wysokości, albo błotniste rowy. Te ostatnie przeszkody na runmageddonie uwielbiają fotografowie – wychodzą z nich ubabrani błotem ludzie, zmęczeni i szczęśliwi. Trudno o lepszą metaforę tego, co ekstremalny sport może zmienić w pozasportowym życiu.

Donata: biurwa, ale nie kura
Donata Chmielorz przed pierwszym startem w runmageddonie była „typową biurwą”, sama tak o sobie dziś mówi. W państwowej spółce zajmowała się wynajmowaniem nieruchomości. Dwa lata temu przeprowadzili się z mężem do domu i do dziś chlubi się, że „nie ma sznurków na pranie”. Czyli nigdy nie chciała się stać kurą domową. Wolała wyjść na zajęcia sportowe – akrobatykę, stretching, pole dance, czyli taniec na rurze. Donata nie lubi biegać. Drażni ją, że dla biegaczy jest wszystko, nawet u niej w pracy dostają dofinansowanie do zawodów. – Dofinansujecie mi start w runmageddonie? – rzuca trochę w złości, a trochę dla żartu. Bieg przeszkodowy wybiera sobie, żeby być na kontrze. A dział HR odpowiada: – Tak, dofinansujemy. Skoro się powiedziało A, to trzeba powiedzieć R. Donata startuje w pierwszych zawodach w czerwcu 2017 roku w Gliwicach.
Sylwia: depresja w łóżku
O Sylwii Jakubowskiej trudno powiedzieć, kim była przed runmageddonem. Bo pięć lat temu była pełną marzeń i radości 25-latką z Międzyzdrojów, pracownicą urzędu miejskiego. Wszystko się zawaliło, kiedy jej mama umarła na białaczkę – na rękach Sylwii – i nagle dziewczynie spadł na głowę cały dom, młodsi bracia w liceum i ojciec w rozsypce. – Kiedy im się zaczęło poprawiać, zachorowałam na depresję. Leżałam po kilka godzin w łóżku, nie jadłam, wyłączałam się. Pół roku to trwało – opowiada Sylwia. – W końcu koleżanka z pracy poradziła, żeby pójść do psychiatry. Bałam się, że powiedzą, że jestem stuknięta, nienormalna. A okazało się, że to depresja ze stanami lękowymi, dostałam antydepresanty. Odzyskałam radość, ale czułam, że to sztucznie napompowane. Wychodziłam ze znajomymi do pubu, ale dla świętego spokoju. Aż dziewczyna brata wyciągnęła mnie na runmageddon do Warszawy. Na starcie pomyślałam: „Co ja tutaj robię?”.
Patrycja: myszka na crossficie
Szara myszka – tak określa siebie sprzed runmageddonu Patrycja Kotas z Katowic. Skończyła kosmetologię, poszła do firmy jako sekretarka, obecnie nadzoruje budowy. Nie miała do czynienia ze sportem, ale kiedy bieganie zrobiło się modne, pomyślała, że spróbuje. Kupiła buty, ładne, ale za małe – i po kilku treningach straciła paznokcie. Potem nabawiła się kontuzji, fizjoterapeuta namówił ją na siłownię, żeby wzmocniła mięśnie. Stamtąd trafiła na crossfit (dynamiczne zajęcia z ciężarami). I w końcu trener crossfitu w 2015 roku namówił całą ekipę na start w runmageddonie, który akurat odbywał się w pobliskich Gliwicach. Nie spodziewała się, kogo – i co – spotka na trasie.
Aleksandra: królowa nordic walking
– Jestem pielęgniarką, pracowałam w służbie zdrowia, potem w biurze. Zawsze lubiłam się ruszać. Męża poznałam na górskiej wycieczce, jeździłam na nartach, na rowerze, na łyżwach. Nie leżałam. Już na emeryturze koleżanka namówiła mnie na kijki – Aleksandra Raczyńska z Katowic opowiada, jak wciągnęła się w nordic walking. W 2013 roku poszły razem na zajęcia w parku Śląskim i Aleksandra się zachwyciła, że to taka prozdrowotna aktywność, endorfiny, czysta radość. O nordic walkingu może opowiadać długo. Zrobiła kurs instruktora i teraz to ona prowadzi te zajęcia w parku Śląskim. Wie, jak ta aktywność pomaga ludziom z osteoporozą, zapaleniem stawów, chorobą wieńcową. Aleksandrę nazywają w Polsce Królową Nordic Walkingu. Tyle że to jej nie wystarcza, jest głodna wrażeń: – Morsuję, chodzę po górach, tańczę w konkursach. Zaczęłam biegać, w Biegu Katorżnika pokonałam babki z młodszej kategorii wiekowej. Muszę sobie czymś wypełnić tę emeryturę. O runmageddonie dowiedziała się, surfując w Internecie. Okazało się, że jej dwaj wnukowie jadą na zawody. – A jest w samochodzie miejsce dla mnie? – zapytała. I pojechali na zawody z babcią Aleksandrą.

Aleksandra nie zamierza przechodzić na sportową emeryturę, choć skończyła 80 lat. (Fot. Sandra Biegun) Aleksandra nie zamierza przechodzić na sportową emeryturę, choć skończyła 80 lat. (Fot. Sandra Biegun)
Donata: kat w domu
Pierwszy runmageddon – tzw. Intro w Gliwicach w czerwcu 2017 r., 3 km i 15 przeszkód – to męczące bieganie po hałdach. Ale najważniejsze są dla niej przeszkody: – Pokonuję jedną i biegnę do kolejnej. To mój cel. Możesz być w hipotermii, możesz być zmęczona, ale dajesz radę. I nagle Donata odkrywa, że to dotyczy nie tylko zawodów: – Kiedyś, jak się pojawiały w moim życiu przeszkody, przytłaczało mnie to. Teraz potrafię z nimi walczyć. Tak naprawdę to w sport się zaangażowała po tym wszystkim, co było z ojcem. A z ojcem trwała wieloletnia gehenna przemocy domowej: – Był katem, pił, znęcał się nad nami psychicznie i fizycznie. Nieraz chowaliśmy się przed nim z mamą i bratem. A na zewnątrz człowiek trzymał uśmiechniętą maskę, że wszystko jest w porządku. Wreszcie, jak miałam dwadzieścia parę lat, a mój brat już z nami nie mieszkał, bo go ojciec wyrzucił z domu, zadzwoniłam na policję. To trudna decyzja, bo ojciec sam jest policjantem. Ale właśnie zmienia się prawo i sprawca przemocy może zostać wyrzucony z własnego mieszkania i otrzymać sądowy zakaz zbliżania się do rodziny. Sąd potwierdza winę ojca Donaty, daje mu wyrok w zawieszeniu i zakaz zbliżania się. – Mam trzyipółletnią córkę, mój cel to pokazać jej, że kobieta może być silna i niezależna – mówi Donata. Mama po uwolnieniu się od oprawcy wpadła w depresję. To dla niej zaczęła trenować – żeby pokazać, że można się trzymać. Z mamą już w porządku, rozwija pasje, których nie mogła ujawniać w przemocowym domu. Chodzi na taniec, na aerobik. – Uparła się nawet, że wystartuje kiedyś ze mną w runmageddonie. Ale z troski o jej kręgosłup się nie zgodziłam – mówi Donata.
Sylwia: cegiełki wiary w siebie
– Jak się czujesz? – pyta Sylwię Emilka w połowie sześcio-kilometrowej trasy na pierwszym starcie w runmageddonie. – Umarli bólu nie czują – odpowiada Sylwia i postanawia, że zamorduje dziewczynę swojego brata na mecie. Ale z każdą przeszkodą odzyskuje wiarę w ludzi. Emilka jej pomaga, pomagają inni, obcy. Za niezaliczone przeszkody jest karna seria burpeesów, czyli ćwiczeń podskok – pompka, ale wiele przeszkód Sylwia daje radę pokonać. – Mówiłyśmy potem z moją psychoterapeutką, że każda mała przeszkoda była cegiełką pomagającą w odbudowaniu wiary w siebie. W to poczucie, że chcę i mogę – wspomina Sylwia. – Dalej jestem dziewczyną z depresją, ale widzę światełko w tunelu. Wiem, że mogę wygrać. Od miesiąca nie biorę tabletek. Mam słabsze dni, ale mam też coś, co mi pomaga na co dzień – trening dwa razy w tygodniu do kolejnego startu. W tym roku chcę zdobyć Koronę – to cztery starty w runmageddonach w czterech stronach Polski – na północy, południu, wschodzie i zachodzie. I Weterana, czyli zaliczyć starty na trzech dystansach: 6, 12 i 21 km. Mam w końcu cel.

Sylwia największe emocje przeżywa na tyrolce, bo ma lęk wysokości (Fot. Maratomania.pl) Sylwia największe emocje przeżywa na tyrolce, bo ma lęk wysokości (Fot. Maratomania.pl)
Patrycja: zdjęcie w telefonie
Stoi na hałdzie w Zabrzu z aparatem. Robi Patrycji zdjęcie. „Uśmiechnij się do mnie” – prosi. Wymieniają spojrzenia i przepływa jakiś prąd. Leje deszcz, jest zimno, choć to końcówka kwietnia. Patrycja umorusana. „Znajdziesz to zdjęcie, poszukaj Foto ADHD” – tłumaczy chłopak i zaczyna wywijać rękami, jakby miał ADHD, żeby go dobrze zapamiętała. „Chodź już, bo zimno” – woła ją koleżanka. I może dobrze, bo oboje – Patrycja i Igor – potrzebują jeszcze wielu miesięcy, żeby rozwiązać swoje sprawy życiowe. Patrycja ma chłopaka, tylko im bardziej ona wciąga się w sport, tym bardziej widać, że są niedopasowani. Na kolejne zawody Patrycja nie jedzie, złamała rękę. Spotkają się rok później w Myślenicach. Ona z biegaczami wchodzi wymęczona na górę Chełm, fotograf woła: „Popatrz na mnie”. Gdzieś go już widziała? „O kurczę, to ty! Byłaś w Zabrzu. Mam twoje zdjęcie w telefonie” – krzyczy Igor. „Tere-fere, podrywacz” – myśli Patrycja. Ale on pokazuje jej fotografię z zabrzańskiej hałdy. Teraz, w myślenickim lesie, robi jeszcze lepszą fotę, zdjęcie trafia na relację na fanpage’u runmageddonu. On wpisuje jakiś komentarz, ona zaprasza go do znajomych. Zaczynają do siebie pisać. Codziennie. – Parą zostaliśmy na Runmageddonie w Szczyrku – opowiada Patrycja. – Przeprowadzam się do Igora w przyszłym roku. Na razie każdy weekend spędzamy albo w Warszawie, albo w Katowicach. No i spotykamy się na zawodach. Teraz, we Wrocławiu, pierwszy raz razem wystartowaliśmy.
Aleksandra: trzymetrowa ścianka
– Wchodzę na górę, widzę dwie liny, w dole woda. Powiedzieli mi, że ta przeszkoda się nazywa Indiana Jones. Nie było wyjścia. Najpierw poszłam na dno, potem do góry i wyszłam – wspomina Aleksandra swój pierwszy start w Kryspinowie. – To są ogromne emocje. W życiu takich nie ma. Najwięcej przyjemności sprawia Aleksandrze czołganie się w błocie pod zasiekami z drutu kolczastego. Dwie ścianki, na które trzeba się wspiąć i je przeskoczyć, omija, dostaje w zamian serię zastępczych ćwiczeń. Ale trzecia – trzymetrowa, z liną ułatwiającą wspinanie – ją kusi. – Pomógł mi ktoś i przeskoczyłam – cieszy się Aleksandra. Potem w Internecie jej wnuk widzi wpis 52-latki dumnej, że pokonała runmageddon w „takim wieku”. Wpisuje w komentarzu, że jego babcia wystartowała w wieku 79 lat. „Czy pani wie, co piszą o pani w Internecie?” – pyta koleżanka na siłowni. I Aleksandra do 2 w nocy czyta słowa podziwu i życzenia urodzinowe. I dochodzi do wniosku: – To na sportową emeryturę nie mogę jeszcze iść. Startuje drugi raz na trzykilometrowym dystansie Intro. Poznaje biegaczy z Krakowa i cieszy się, że ma nowych znajomych, reprezentuje teraz grupę biegową Dzik. Dzień przed 80. urodzinami dzwoni do niej pracownica z biura runmageddonu i proponuje darmowy pakiet na start w kolejnych zawodach. – Świetnie się składa, bo teraz chcę wystartować w Rekrucie, na dystansie 6 km – cieszy się Aleksandra.
Donata: multiring na deser
Jak się lata na rękach? Na multiringu. To dla Donaty zaczarowana przeszkoda. Bujające się drążki i stalowe kółka, po których trzeba przejść na rękach. Kilka metrów tortury dla całego ciała. Donata to uwielbia, bo ma mocny chwyt, wyćwiczyła go na pole dance. Multiring jest zwykle blisko mety, Donata czeka na tę przeszkodę jak na deser. Wie też, że skoro chce startować na dystansach dłuższych niż 3 i 6 km, musi podciągnąć bieganie. Gadają o tym z mężem, bo pasja Józka to bieganie. Pomoże jej w treningu biegowym. A ona jemu na siłowni, bo wciągnęła męża do runmageddonu, a do tego trzeba się wzmocnić. Jeśli biegną razem, to Józek zostawia Donatę za sobą, ale zwykle zatrzymuje się na przeszkodzie, gdzie Donata go dogania. I pokonują ją razem. W pierwszych startach nie udaje jej się „donieść opaski”. Opaska elity przysługuje tylko tym, którzy na trasie pokonają wszystkie przeszkody, i to bez pomocy – kto robi zastępcze ćwiczenia albo skorzysta z pomocy innego uczestnika, musi oddać opaskę. Na pierwszym starcie w Krakowie Donatę pokonuje ścianka skośna. – Było zimno, mokro. Na szczęście w kategorii open wszyscy sobie pomagają, każdy poda ci rękę, kolano – wspomina Donata. W drugim starcie w Wałbrzychu pokonuje ściankę skośną, bo jest sucho, a wtedy łatwiej się utrzymać. Przechodzi wszystkie przeszkody oprócz „wariata” – długiej, obracającej się belki z uchwytami. – Walczyłam ponad godzinę. W końcu stwierdziłam, że nie dam rady, i oddałam opaskę. Ale to było kilka metrów przed metą, ostatnia przeszkoda. Na trzecie zawody na koniec sezonu – w Siedlcach – nie chciało jej się jechać. Listopad, zimno, noga po kontuzji. Jednak znajomi ją namówili. I nie dość, że pierwszy raz doniosła opaskę do mety, to zajęła trzecie miejsce wśród kobiet. – Popłakałam się ze szczęścia. I dostałam kwalifikację na mistrzostwa Europy, które odbywają się w tym roku w Gdyni – cieszy się Donata. – Jedziemy tam całą rodziną. W Chodzieży startuje na dystansie hardcore – 21 km. Na 18. kilometrze czuje kontuzję pasma biodrowo-piszczelowego, chce zejść z trasy. Ale kolega, z którym razem biegną, oponuje: – Albo razem kończymy, albo razem schodzimy. Dociera powoli, taka zmęczona i zmarznięta, że nie ma siły się przebrać. I szczęśliwa. – Kim teraz jestem? Niezależną i silną kobietą. Mogę te wartości przekazywać córce. I mam w tej niezależności idealnego partnera – podsumowuje Donata.

Runmageddon to inaczej bieg przeszkodowy. Wielu uczestnikom pomaga pokonać trudności życiowe. (Fot. Igor Kohutnicki) Runmageddon to inaczej bieg przeszkodowy. Wielu uczestnikom pomaga pokonać trudności życiowe. (Fot. Igor Kohutnicki)
Sylwia: stanęłam na nogach
Sylwia, która na starcie pierwszego runmageddonu pomyślała: „Co ja tutaj robię?”, wspomina: – Ten pierwszy runmageddon kończyłam szczęśliwa. Po raz pierwszy od dawna. Największe emocje miała na tyrolce, bo ma okropny lęk wysokości. Zjeżdżało się z trzeciego piętra, a lina miała przynajmniej 200 metrów. Można ją było ominąć. Ale pomyślała: „Skoro jestem tu i pokonuję swoje słabości, to spróbuję”. Wpięła się, zamknęła oczy, ktoś ją popchnął i ruszyła w dół. Modliła się w duchu i nie otwierała oczu. I stanęła na ziemi mocno na nogach. Na końcu trzeba było przejść przez zimną wodę, już była wycieńczona, a dodatkowo zmarzła. – Na mecie leżałam przez godzinę pod kroplówką. O czym myślałam? O niczym. Czułam tylko zmęczenie i zimno – opowiada. Wracała ze startu z trzema myślami. Że jej się podobało. Że może pokonywać trudne przeszkody. Że ma dookoła siebie wspaniałych, wspierających ludzi. – Uwierzyłam w siebie, runmageddon dał mi nowe życie – podsumowuje Sylwia. – Teraz odzyskuję codzienne radości. Idę na siłownię, czytam, spotykam się z przyjaciółmi. Życie zaczyna się po trzydziestce, czuję to po tym biegu jak nigdy.
Patrycja: ciepła bluza
– Ja się lubię bawić na zawodach. Przebieram się, np. za Smerfetkę, zakonnicę albo Królewnę Śnieżkę, która szukała do pomocy siedmiu krasnoludków – opowiada Patrycja. Ale najbardziej pamięta te zawody, kiedy wbiegła na metę w przemokniętej męskiej bluzie. W 2017 roku, w październiku startuje w Szczyrku. Rano jest pięknie, słonecznie, staje na starcie w krótkim rękawku. Nagle jak to w górach pogoda się załamuje, zaczyna padać, na szczycie Skrzycznego robi się zero stopni. – W dodatku na drugim kilometrze w strumieniu poślizgnęłam się i wybiłam środkowy palec. Bałam się pójść z tym do ekipy medycznej, żeby mnie nie zdjęli. Więc włożyłam patyk do rękawiczki, żeby usztywnić ten palec, i obwiązałam sznurkiem. Był limit czasowy, nie wiedziałam, czy się w nim zmieszczę. Miałam dosyć, a tu taka trudna przeszkoda, długa dwukilometrowa pętla, którą trzeba było przebiec z oponą. Już chciałam zakończyć, kiedy nagle zobaczyłam, że ktoś mi robi zdjęcia. Igor. Widać potem klatka po klatce, jak zmienia mi się wyraz twarzy: od załamania po uśmiech – opowiada Patrycja. – Igor zdjął z siebie jedną bluzę, bo zawsze się ciepło ubiera, jak robi zdjęcia, i mi ją dał. Wbiegłam na metę mokrutka i szczęśliwa.
Aleksandra: spełniać marzenia
– Runmageddon nie tylko dał mi masę przeżyć, ale bardzo mnie dowartościował. Zawsze znałam swoją wartość, ale teraz myślę sobie: „Wow! Że ja tyle rzeczy potrafiłam zrobić. I że miałam odwagę, żeby spróbować je zrobić” – mówi Aleksandra. Po 80. urodzinach postanowiła realizować marzenia. Po pierwsze, przebiec maraton w Atenach, pełne 42 km 195 m. Bo skoro dystans maratonu z kijkami nordic walking pokonuje marszem w mniej niż sześć godzin, a w Grecji na maratonie obowiązuje sześciogodzinny limit, to podbiegając bez kijków, w limicie się zmieści. Po drugie, skoczyć ze spadochronem. Córka, która już to zrobiła, mówi jej: „Mamuś, zrób to”. – W życiu jest ważne, żeby mieć marzenia. I żeby je powoli spełniać. I cieszyć się tym, że się je spełnia – podsumowuje Aleksandra. – I jeżeli decyduję się iść na szczyt, to nie mogę narzekać, że droga jest trudna. ●

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Twoja relacja z ciałem - czy dobrze się w nim czujesz?

Jak odczuwasz swoje ciało? Jak je traktujesz? Relacja z ciałem wiele mówi nam o naszym podejściu do życia i natury. Jeżeli chcemy dobrze się w nim poczuć, zwróćmy uwagę na sygnały płynące z ciała. (Ilustracja: Getty Images)
Jak odczuwasz swoje ciało? Jak je traktujesz? Relacja z ciałem wiele mówi nam o naszym podejściu do życia i natury. Jeżeli chcemy dobrze się w nim poczuć, zwróćmy uwagę na sygnały płynące z ciała. (Ilustracja: Getty Images)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Jaki jest najbardziej niedoceniany naturalny zasób na ziemi? Nasze ciała. Mają niemal nieludzką cierpliwość. Znoszą to, że je źle karmimy, krytykujemy ich wygląd, wyczerpujemy do granic możliwości pracą. O ile mniej stresująco by się nam żyło, gdybyśmy zawarli z nimi pokój i zaczęli traktować je, jak żywe, czujące istoty, którymi przecież są – mówi Caroline Carey, trenerka Movement Medicine.

Ciało może być zasobem w walce ze stresem?
Podstawowym. Ale nie podoba mi się tak sformułowane pytanie. Rozumiem, że to terminologia coachingowa, ale mimo wszystko wolałabym rozmawiać o ciele jako jednym z najcenniejszych darów, jakie otrzymaliśmy, przychodząc na świat. Mówienie o zasobach za bardzo przypomina eksploatację, czyli to, co zwykle z ciałem robimy. Uważamy je za oczywistość, coś, co ma nam służyć. Myśląc w ten sposób, dajemy sobie prawo, by je wykorzystywać, a w rezultacie nadużywać go, zupełnie jakby było czymś podrzędnym, od nas niezależnym, a nie żywym, czującym tworem, najbardziej oczywistą częścią nas samych.

Myślałam o tym, jak mało we mnie wdzięczności dla mojego ciała. Zmuszam je do pracy, źle je karmię, nie śpię tyle, ile powinnam. A ono cały czas mi służy.
Traktujemy ciało tak, jakby było niezniszczalne. Nie szanujemy go. Podobnie zresztą postępujemy z Ziemią. Dla mnie to się łączy. Sprzyja temu nasza konsumpcyjna kultura, ale przede wszystkim antropocentryczne podejście. Fakt, że człowiek stawia siebie ponad wszystkimi innymi istotami, a ducha nad materią – ciałem. Głowa, czyli rozum, rządzi wszystkim i widać, do czego to prowadzi. Zasoby są na wyczerpaniu. Szczególny wpływ na nasz stosunek do ciała ma religia. Wychowałam się w Irlandii i choć byłam protestantką, chodziłam do katolickiej szkoły. Tam słyszałam, że ciało jest siedliskiem żądz, czyli zła, grzechu, że mam je zakrywać, by nie kusić chłopców. Moja mama była pruderyjna, nie rozmawiała ze mną o kobiecej fizjologii, seksualności. Jak wiele dzisiejszych kobiet wyrosłam w poczuciu wstydu, winy, strachu przed własnym ciałem i jego chęciami. Dziś to nieco złagodniało, ale nadal ciało jest jedynie mniej ważnym opakowaniem dla ducha.

Mam wrażenie, że dziś przesadzamy w drugą stronę, bo opakowanie zdaje się ważniejsze niż zawartość. Należy za wszelką cenę mieć ciało młode, gładkie, jędrne, szczupłe...
Coś jednak łączy te pozornie sprzeczne podejścia: w obu ciało traktowane jest przedmiotowo. Na skutek takiego myślenia większość ludzi jest od ciała odcięta i nawet nie zdaje sobie z tego sprawy. Sama doświadczałam tego przez lata. W dzieciństwie byłam molestowana seksualnie przez dziadka. Nie umiałam sobie poradzić z sytuacją, więc uciekałam z ciała, odcinałam się od uczuć i żyłam w świecie fantazji. Całe szczęście uwielbiałam też tańczyć i jeździć konno. Dzięki temu zachowałam jednak jakiś kontakt z ciałem, ale nie w sensie połączenia ze swoją kobiecością, zmysłowością, uczuciami. Ta sfera cielesności była dla mnie zakazana, zbrukana. Długie lata pracowałam, by odzyskać dostęp do samej siebie.

Co pomogło?
Przede wszystkim praca z ciałem. Szczególnie taniec, który w bezpieczny sposób pomógł mi wyrazić te trudne uczucia, których w dzieciństwie nie umiałam ogarnąć i uwolnić się w ten sposób od poczucia winy. Teraz prowadzę tą drogą innych. Ludzie zwykle odcinają się od ciała, bo boją się swoich reakcji emocjonalnych, przez co tracą zupełnie połączenie z tym, co się w nich dzieje. Stąd między innymi tak wielka popularność horrorów czy sportów opartych na adrenalinie. Ludzie przekraczają próg strachu czy nawet bólu, byle tylko poczuć cokolwiek. Przecież żyć to znaczy czuć.

Niektórym się wydaje, że żyć to znaczy myśleć...
Serdecznie takim osobom współczuję. Radość życia to przede wszystkim doznania fizyczne. Możemy je poczuć tylko poprzez ciało. W szkole baletowej uwielbiałam tańczyć polkę, wirować coraz szybciej, by potem zatrzymać się i czuć, jak w moim ciele wszystko tańczy, serce bije jak szalone, energia krąży. To było ekstatyczne doznanie, którego nie rozumiałam. Dopiero później dowiedziałam się, że podczas intensywnego ruchu mózg wydziela endorfiny, nazywane hormonami szczęścia. Mamy to doznanie w zasięgu ręki.

Tyle że nie zawsze o tym pamiętamy. Ostatnio miałam prowadzić zajęcia ruchowe, a byłam bez energii. Bałam się, że nie dam rady. By sprawdzić, ile czasu zajmą ćwiczenia, zaczęłam sama je robić. I w cudowny sposób wróciły mi siły. Rozbawiło mnie to. Przecież wiem, że ruch tak działa, a tak trudno mi było się przełamać...
Tak już mamy, że kiedy jesteśmy w dołku, wolimy raczej się położyć, niż energicznie maszerować po pokoju... Ja wypracowałam sobie taki odruch, że kiedy jestem zmęczona albo nie potrafię sobie emocjonalnie dać z czymś rady, biegnę do ogrodowej jurty i tańczę. Wyrzucam z siebie to, co mnie boli, całą sztywność. Ruch szczególnie dobrze robi na zmęczenie emocjonalne związane z tym, że trzymamy długo na wodzy jakieś uczucia, choćby frustrację czy gniew. Jakbyśmy się starali utrzymać na sznurku wściekłego psa i w dodatku tak, żeby nikt go nie zauważył. Warto w odosobnieniu to spętane zwierzę wypuścić na wolność. Niech sobie potupie, potańczy, pokrzyczy, pomacha rękami. Tyle się wtedy uwalnia energii! Najzdrowszy sposób na odreagowanie. W dodatku nikomu innemu się przy tym nie dostanie...

A jak ktoś nie lubi tańczyć?
Jest joga, tai-chi, bieganie... Ja tańczę, bo moje ciało to kocha. Poza tym taniec to coś więcej niż fizyczna aktywność, kształtowanie mięśni, kondycji. To praca ze sobą. Podczas swobodnego tańca możemy doświadczać różnych ruchów, rytmów, obserwować swoje reakcje, emocje, jakie się pojawiają, bawić się i poszerzać swój repertuar. Eksperymentowanie z ruchem przekłada się na psychikę. Osoby o sztywnych poglądach mają zwykle usztywnione ciało, bo boją się „ruszyć” poza znane terytorium. Kiedy uwalniają ciało, stają się też stopniowo bardziej elastyczni mentalnie, twórczy. Najbardziej niesamowitą właściwością ciała jest to, że można poprzez nie wpływać bezpośrednio na umysł. To ogromny, wspaniały zasób, szczególnie ważny dziś. Świat jest coraz bardziej chaotyczny, często nas zaskakuje – to właśnie nazywamy stresem. A bywa, że jest to po prostu sytuacja nowa, taka, jakiej nie przewidzieliśmy. Gdy jesteśmy elastyczni, otwarci, nie przeraża nas to – wiemy, że sobie poradzimy. Sztywność, czyli przywiązanie do tego, jak ma być, utrudnia życie.

Ciało jest tak niezwykłe, a my traktujemy je jak coś oczywistego...
Albo wręcz coś, co nam przeszkadza, staje na drodze do spełnienia. Gdybym była ładniejsza, miała większe piersi, była szczuplejsza, byłabym szczęśliwsza. To smutne, że nie kochamy naszych ciał, nie cenimy tak, jak na to zasługują. Jedną z najważniejszych rzeczy, jakie możemy zrobić, żeby lepiej się czuć, jest nauczyć się akceptować swoje ciało. Wierzę, że urodziliśmy się dokładnie z takim ciałem, jakie jest nam potrzebne, byśmy mogli osiągnąć to, do czego jesteśmy stworzeni. To niby oczywiste, ale proszę spojrzeć, jak wygląda nasz świat. Ile pieniędzy wydajemy na to, by wyglądać inaczej? Ile energii inwestujemy w myślenie: „ach, jak ja źle wyglądam”. Co by sobie wstrzyknąć, podciągnąć, wyciąć, jak się odchudzić, żeby upodobnić się do dziewczyny z okładki? Brak akceptacji własnego wyglądu to olbrzymie źródło stresu. Podstępnego, codziennego stresu, który podkopuje dobre samopoczucie, poczucie wartości, zjada nas od środka. Moim zdaniem za mało się o tym mówi, lekceważy się coś, co jest źródłem złego samopoczucia i wielu chorób. Odrzucamy nasze ciała, odnosimy się do nich źle. Więc one źle się czują. Nie kwitną, tylko więdną. W końcu zaczynają chorować. A my się wtedy dziwimy. Co się dzieje? Dlaczego? To niesprawiedliwe. Głupie ciało!

Oj, trochę chyba pani przesadza...
W żadnym razie. Ciało to najbardziej nadużywana, niedoceniana część nas.

No ale dbamy o nie, wcieramy kremy, chodzimy na siłownię...
Większość dba o ciało nie z miłości do niego, tylko z jej braku. Bo im się nie podoba to, co mają, chcą to zmienić. Ta niewypowiedziana, podświadoma niechęć gdzieś się w nich odkłada i przekłada na kiepskie mniemanie o sobie w ogóle, na złe samopoczucie, brak satysfakcji. Proszę spojrzeć na mnie. Mam 51 lat, przechodzę menopauzę. Moje ciało się zmienia, skóra, napięcie mięśniowe, włosy, wszystko. Najłatwiej w takiej sytuacji narzekać albo próbować się od siebie odcinać, brać leki, by zagłuszyć czy próbować powstrzymać tę rewolucję, która się we mnie odbywa. Ale mi zależy na kontakcie ze sobą, nie chcę przegapić tak ważnego momentu w moim życiu. Bo teraz przekształcam się w kobietę dojrzałą, starszą. U Indian 52 lata to był moment, w którym kobieta przechodziła do starszyzny plemiennej. Symbolicznie oznaczało to, że zgromadziła mądrość i mogła się nią dzielić z innymi. Dla mnie to oznacza przede wszystkim, że już nie będę miała więcej dzieci – a mam sześcioro, więc czuję się nasycona. Czas, by moja kreatywność zaczęła się wyrażać w inny sposób. W sumie się cieszę, że ciało przechodzi tę zmianę, bo w naturalny sposób kieruje moją uwagę na inne obszary życia i doświadczenia. Obserwuję to z wielkim zainteresowaniem. Myślę o tym, w jaki sposób to mnie zmieni, jakie ta zmiana znajdzie odbicie w moim ciele. Ciało to przecież zapis naszych doświadczeń.

Nie boi się pani starzenia się?
Boję się. Zmiany przybliżają mnie przecież do śmierci. Nie chcę, by moja skóra się pomarszczyła, włosy stały się białe... Boję się utraty urody, niedołężności. Czuję ten strach, ale przepuszczam go przez siebie, nie skupiam się na nim, nie pozwalam mu sobą zawładnąć. Bo jeśli pozwolę, by mną kierował, mogę próbować zatrzymać czas. I w ten sposób zaprzeczę sama sobie, zacznę żyć, udając kogoś, kim nie jestem. Nie obchodzi mnie to, że nasza kultura próbuje mnie zmusić, bym wyglądała na 20 lat. Jestem sobą, tańczę swój taniec.

Pamiętam jak wróciłam z Hawajów. Uwiodło mnie to, że wszyscy są tam tacy pogodni. W jednej z tamtejszych książek znalazłam radę: jeśli chcesz się dobrze czuć, chwal swoje ciało, dziękuj mu na głos. „Kochane ciało, dziękuję, że jesteś takie sprawne, piękne, że wczoraj siedziałeś do późna, a dziś wstałeś tak wcześnie w dobrym humorze, lubię cię za to, jak sprawnie sprzątasz” itp.
Cudny pomysł! Uniknęlibyśmy wielu stresów, gdybyśmy tak robili. Zachęcam do prowadzenia dialogu ze swoim ciałem. Mówmy mu dobre rzeczy, ale też słuchajmy tego, co chce nam przekazać. Gdy nauczymy się słuchać ciała i reagować na drobne sygnały z niego płynące, nie będzie chorować. Bo choroba to nic innego jak głośny krzyk, który mówi nam, że coś źle się dzieje. Te pierwsze znaki, jak np. ból głowy, zwykle mówią: hej, potrzebuję nieco uwagi, chcę pobyć sam przez chwilę, mam dość hałasu itd. A my zagłuszamy ten głos, biorąc pigułkę, i uważamy, że ciało nas zdradza, bo nie pozwala nam żyć. Ciało to nasz barometr. Uczy nas naszego własnego tempa, tego, co dla nas dobre.

A jeśli mój naturalny rytm jest inny niż ten, jaki wymusza otoczenie? Rodzina, praca?
Warto zadbać o równowagę. Dziś ja się dostosuję, jutro dostosuj się ty. Jeśli zarwę noc, muszę ją kiedyś odespać. Jako matka szóstki dzieci przeszłam niezłą szkołę. Zrozumiałam, że to się samo nie stanie, muszę zadbać o swoje potrzeby, mówić o nich głośno, stawiać granice i nie poświęcać się dla wszystkich w imię idei bycia dobrą matką. Ciało było moim najlepszym nauczycielem. Mówiło na przykład: jeszcze mogę to zrobić bez szczególnego problemu, ale też: mogę to zrobić, jeśli chcesz, ale to oznacza, że jutro padnę. I padało. Sygnały z ciała są czytelne. Jeśli nauczymy się z nim rozmawiać, poprowadzi nas do dobrego, spełnionego życia.

Caroline Carey, pisarka, poetka, terapeutka. Certyfikowana nauczycielka Movement Medicine, 5 Rytmów oraz Sacred Trust. Twórczyni Alchemy in Movement. Prowadzi warsztaty i sesje indywidualne. Jej pasją jest taniec, medytacja, uwalnianie ciała i odkrywanie twórczej indywidualności. W 2010 r. wydała autobiografię „Ms’Guided Angel”. Mieszka w Seaford w Wielkiej Brytanii. Ma sześcioro dzieci i wnuki. 

Movement Medicine to praktyka świadomego spontanicznego ruchu i tańca, stworzona przez Yacov’a i Susannę Darling Khan, by wspierać w uwolnieniu napięć w ciele oraz pogłębianiu połączenia z naturalną energią życiową. Pomaga osiągnąć równowagę miedzy ciałem, sercem, umysłem i duchem.

  1. Styl Życia

Weganie i bieganie

Sportowcy weganie mają się bardzo dobrze! (Fot. iStock)
Sportowcy weganie mają się bardzo dobrze! (Fot. iStock)
Wysiłek fizyczny powoduje stany zapalne, uszkadza tkanki, namnaża wolne rodniki. Trzeba specjalnej diety, by po wielokilometrowym biegu odzyskać siły. Czy to możliwe, gdy je się tylko rośliny? Hanna Stolińska, dietetyk kliniczny z Instytutu Żywności i Żywienia, weganka, mówi: „możliwe!”.

Skąd weganie mają siłę, żeby biegać długie dystanse? Mądrość ludowa mówi, że to mięso daje siłę.
Podobną siłę dają rośliny strączkowe: ciecierzyca, soczewica. Mają prawie tak samo wysoką kaloryczność, a  więc dostarczają tyle samo energii. Zwłaszcza ciecierzyca, która poza kaloriami ma więcej żelaza niż mięso, jest pożądana w wegańskiej diecie. Energię, którą tradycyjnie daje mięso, weganie uzyskują też z produktów zbożowych: kasz, ryżów, makaronów i  z  pieczywa. Mięso długo się też trawi i  powoduje ociężałość. Jeśli więc przed biegiem ktoś zjadłby kotlet, miałby gorszą formę niż weganin. Nawet miłośnicy białka zwierzęcego przed biegiem jedzą węglowodany. Porównując wegan i  osoby na diecie tradycyjnej, nie dostrzegamy różnic w  wydolności fizycznej czy w  tempie biegania.

Weganie biegają więc dzięki fasoli i  zbożom. A  co z tłuszczami, które są źródłem szybkiej energii?
W  diecie wegańskiej pozyskujemy je z orzechów, pestek słonecznika, dyni, sezamu. 100 gram to prawie 600 kalorii. Orzechy, zwłaszcza włoskie, i  nasiona sezamu dostarczają tłuszczów, ale też kwasów omega 3, wapnia i  witamin z grupy B. Dlatego dieta wegetariańska dobrze zbilansowana, czyli zachowująca odpowiednie proporcje składników odżywczych, może być stosowana przez kobiety w ciąży i  sportowców.

Jak zbilansować posiłki bez mięsa, jajek, sera, czyli białka?
Soczewica, ciecierzyca, fasolka, komosa ryżowa, soja – warzywa są znakomitym i wystarczającym źródłem białka. Błędnie nazywamy produkty spożywcze nazwami składników odżywczych. Na produkty zbożowe mówimy „węglowodany”, a na mięso – „białko”. To błąd. Wszystko, co żyje, składa się z komórek, a każda komórka ma mitochondrium i jądro, które są zbudowane z białka. Każda komórka ma błonę komórkową, która jest zrobiona z tłuszczu, a więc nawet truskawka ma w sobie 7 proc. tłuszczu i parę procent białka, bo ma jądra i mitochondria komórkowe. A więc każdy produkt składa się ze wszystkich składników odżywczych, tyle że w różnych ilościach. Chleb ma więcej węglowodanów, a mniej białka. Soczewica odwrotnie. Każdy produkt ma inną wartość energetyczną (jeden gram białka i węglowodanów to 4 kcal, a tłuszczu – 9 kcal), a więc daje nam inną ilość energii, siły.

Nie ma aminokwasów, które występują tylko w mięsie?
Nie, aminokwasy egzogenne, czyli te, których nasz organizm sam nie zbuduje i które musi pozyskać z jedzenia, znajdują się i w jarzynach, i w mięsie. Białko z mięsa i roślin jest rozkładane na aminokwasy, z których organizm buduje właściwe dla siebie białka. Jajko ma wzorcowy skład aminokwasów egzogennych, ale możemy zjeść kaszę z soczewicą i warzywami – to tak jakbyśmy zjedli jajko. Jeśli wybierzemy karkówkę z grilla, organizm powalczy, nim ją strawi. Owszem, dostaje energię, ale wraz z nią wiele toksyn, jak na przykład heterocykliczne aminy, które powstają, gdy tłuszcz kapie na węgiel.

Dieta wegańska sportowca nie wymaga uzupełnienia?
Wymaga suplementacji witaminy B12, bo ta znajduje się tylko w produktach pochodzenia zwierzęcego. Jej niedobór powoduje niedokrwistość megaloblastyczną. Ten minus znika jednak przy plusach. Zauważmy, że słoń czy żyrafa są roślinożerne, a nie suplementują witaminy B12. Skąd ją mają? Razem z roślinami zjadają piach i  zawarte w nim bakterie i  to one w ich przewodzie pokarmowym produkują tę witaminę.

Za piach dziękuję. Ale też ilość jedzenia w diecie wegan wydaje się niepokojąca. Bo skoro biegacz potrzebuje 4 tys. kcal, to ile musi zjeść warzyw i jarzyn? Je przez większość dnia?
Wystarczy sześć, siedem posiłków, ale regularnych. Dieta wegańska dla sportowca wymaga dziesięciu porcji produktów zbożowych, a  jedna porcja to kromka chleba lub 30 g kaszy, makaronu, ryżu. Na pewno konieczne są dwie porcje roślin strączkowych, czyli  120 g. I  przynajmniej cztery owoców. A  do tego tłuszcze, czyli orzechy, pestki, awokado, oleje: z  oliwek, sojowy, rzepakowy. Mięso nie jest potrzebne. Ważne, by przed aktywnością i  po niej weganin zjadł białko i  węglowodany.

Co to właściwie są węglowodany?
Składniki odżywcze, które rozkładają się na glukozę. Znajdziemy je w  produktach zbożowych, w  warzywach, w  owocach, ale też w  mleku, bo tam jest laktoza, czyli cukier. Dlatego jestem przeciwnikiem dosładzania jedzenia. Dziś cukier jest tak powszechny dodatkiem do żywności, że dzieci średnio spożywają 23 łyżeczki cukru, a  dorośli 32 dziennie, jedząc słodzone jogurty i  pijąc napoje.

Szkodliwe cukry są  w  zdrowej kaszy i  w  marchwi?!
Mówi pani o węglowodanach prostych: białej mące, kaszy typu kuskus, kaszy mannie, ryżu białym i produktach przetworzonych jak słodycze. Tych powinniśmy unikać w  przeciwieństwie do tzw. węglowodanów złożonych, które są w kaszach gruboziarnistych, brązowym ryżu i  pełnoziarnistym pieczywie. Mają dużo błonnika i  witamin z grupy B oraz magnez – dlatego jeśli mamy skurcze, zjedzmy kaszę gryczaną czy chleb razowy. Sportowcom zaleca się je w wieczór poprzedzający zawody oraz na kilka godzin przed biegiem. Warzywa można jeść bez ograniczeń, ale każdego dnia trzeba zjeść i  te zielone, i żółte, i  czerwone, i  fioletowe, bo mają różny skład. W  zielonych jest kwas foliowy – niezbędny dla układu nerwowego i  krwionośnego. Jest żelazo, kwasy omega 3, i chlorofil, który oczyszcza jelita. Czerwone owoce i warzywa mają z kolei karoten, witaminy A  i  C, czyli silne antyoksydanty, walczące z wolnymi rodnikami powodującymi starzenie się i  rozwój chorób. Fioletowe owoce i  warzywa: borówki, jagody, aronie, śliwki, bakłażany dają nam polifenole – antyoksydanty.

Intensywne ćwiczenia powodują m.in. rozpad włókien mięśniowych i  spadek poziomu kreatyniny, białka ważnego w budowie mięśni. Czy orzechy wystarczą do ich odbudowy?
Badania nie potwierdzają, że tylko mięso dostarcza białek, które mogą tej sytuacji sprostać. Ale istotnie, kreatyniny jest w  nim zdecydowanie więcej. To jednak znaczy tylko tyle, że weganie muszą jeść świadomie. Praktyka uczy, że przy prawidłowej wartości energetycznej można zapewnić właściwą dostawę białek z  suchych nasion roślin strączkowych. Ważne, by było tego białka 1,3 – 1,8 grama na kilogram masy ciała. Na pewno warto po biegu zjeść posiłek, który ma i  białka, i  węglowodany – na przykład kaszę z  ciecierzycą i  szpinakiem.

Wysiłek fizyczny powoduje też stan zapalny, zakwaszenie, powstanie wolnych rodników.

No właśnie! A  dieta wegańska, o  czym już mówiłam, pomaga najskuteczniej oczyścić organizm i  zniwelować wolne rodniki, bo zawiera antyoksydanty, witaminy, błonnik. Zaleciłabym ją po dużym wysiłku ludziom na tradycyjnej diecie też dlatego, że odkwasza. Moja mama miała bóle stawów, na które nic nie pomagało. Poprosiłam, żeby na miesiąc odstawiła mięso. Ból minął. Jeżeli spożywa się dużo mięsa i nabiału, to zakwasza się organizm, a  wapń z  tych produktów nie wbudowuje się w kości, tylko w przestrzenie między nimi. Stąd bóle. Dzieje się tak, gdy w  organizmie brak magnezu. Roślinne źródła białka wykluczają to, bo tam wapń  jest zawsze z  magnezem.

Czy kobietom łatwiej uprawiać sport, mimo że nie jedzą mięsa?
Kobiety są wrażliwsze na los zwierząt i nie boją się być uznane za dziwolągi. Praktyka pokazuje, że sportowcy weganie mają się dobrze. Jednym z nich jest Przemysław Walewski, maratończyk, podwójny mistrz Europy masters. Najstarszy maratończyk, 91-letni Mike Fremont, też jest weganinem.

  1. Zdrowie

Być silnym, by być pomocnym. Rozmowa z Igorem Bilinskyim, trenerem metody MovNat

Ćwiczenia prezentuje Igor Bilinskyi (fot. archiwum prywatne)
Ćwiczenia prezentuje Igor Bilinskyi (fot. archiwum prywatne)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
O idei, jaka przyświeca treningowi MovNat, rozmawiamy z jego trenerem i praktykiem Igorem Bilinskyim.

Czym trening MovNat różni się od typowych treningów siłowych czy zręcznościowych? Założenie jest takie, by pracować nad ogólną sprawnością, którą jesteśmy w stanie wykorzystać w codziennym życiu. Celem treningu nie jest rzeźbienie ciała i praca nad poszczególnymi grupami mięśni, skupiamy się na doskonaleniu pewnych umiejętności ruchowych. Te umiejętności to na przykład: chodzenie, bieganie, skakanie, balansowanie, podnoszenie różnych przedmiotów, przenoszenie ich, ale też rzucanie, łapanie, wspinanie się czy umiejętność samoobrony. Przy okazji kształtujemy szczupłą i umięśnioną sylwetkę oraz siłę, wytrzymałość czy dynamikę ruchu, ale jest to niejako produkt uboczny.

Czyli chodzi o praktyczność ruchów. Co z tego, że będę umiał podnieść sztangę, skoro w codziennym życiu muszę podnosić inne rzeczy, jak kamienie do ogródka, meble czy dźwigać zakupy? Idea, która przyświeca ruchowi naturalnemu, to „być silnym, by być pomocnym”. Kształtujemy wszechstronną sprawność po to, by być użytecznym dla siebie i dla innych. Sąsiadowi zepsuł się samochód, więc pomagamy mu nim ruszyć, albo podnosimy kanapę, by pod nią odkurzyć.

Na ile ważne jest, by ruch naturalny ćwiczyć w plenerze, blisko natury? Oczywiście można go też praktykować w pomieszczeniach, ale biorąc pod uwagę korzyści płynące z przebywania na świeżym powietrzu, zdecydowanie lepiej ćwiczyć na zewnątrz, w terenie otwartym, w lesie lub parku. Obecnie wszyscy cierpimy na przypadłość nazywaną deficytem natury. Nie jesteśmy odpowiednio dotlenieni i nasłonecznieni, w dodatku nasza psychika potrzebuje kontaktu z naturą, by zachować równowagę. Warto więc łączyć przyjemne z pożytecznym.

Jeśli nie mamy chwilowo takiej możliwości, zwykła sala treningowa czy nawet przestrzeń domowa też wystarczą. Praktyka w terenie jest bardziej wymagająca i daje większą satysfakcję. Przechodzenie po desce na sali treningowej różni się znacznie od przechodzenia po pniu zwalonego drzewa, który może być na przykład śliski, niestabilny czy obrośnięty mchem.

Mówi pan o doskonaleniu chodzenia czy biegania. Wydawałoby się, że to powinniśmy mieć zapisane w naszym DNA. A może to tak jak z oddychaniem, że choć z tą umiejętnością się rodzimy, to obecnie większość z nas oddycha źle? Wielu z nas nie potrafi chodzić. Naprawdę. Mam na myśli stawianie stóp czy postawę całego ciała. Poruszając się, powinniśmy się trzymać najwłaściwszych wzorców, podobnie jest ze wzorcem właściwego oddychania. Przeważająca większość dorosłych ludzi oddycha płytko, jedynie szczytem płuc, przez co ciało jest gorzej dotlenione, ograny nie pracują na miarę swoich możliwości, mamy też gorszą postawę. Zatraciliśmy naszą pierwotną umiejętność robienia tej rzeczy.

To super, że ludzie chcą dziś podejmować aktywność sportową, ale nie powinni rzucać się od razu na głęboką wodę, czyli pakować torbę, iść do klubu fitness i ostro trenować. Trzeba się do tego przygotować, by nie utrwalać niewłaściwych wzorców ruchowych. Ruch naturalny to praca u podstaw, od oddechu, przez przywracanie naturalnej mobilności i elastyczności ciała, po doskonalenie konkretnych umiejętności, typu wspinaczka, rzucanie czy łapanie. Kiedyś naszym przodkom zapewniały przetrwanie, dziś mogą znacznie ułatwić nam codzienność i dać oparcie w sobie. Uważam, że naszym obowiązkiem jest być sprawnym: dla siebie i dla innych. To definiuje nas jako człowieka. Ale mam tu na myśli prawdziwą sprawność, nie pozorną. Bo kto jest w stanie, obudzony w środku nocy, wybiec z domu tak jak stoi, na boso i przebiec jakiś dłuższy odcinek, by sprowadzić pomoc? Większość nie dałaby rady. MovNat wpisuje się w bardzo popularny trend sportów, jak biegi OCR, czyli z przeszkodami, które pokazują, do czego ludzkie ciało jest zdolne.

A jak pan trafił na tę metodę? Moja droga przypomina tę, którą przeszedł Erwan Le Corre, o czym wspomina w swojej książce. W wieku 13 lat trenowałem różne formy sztuk walki, stąd przyszło zainteresowanie budowaniem ogólnej sprawności człowieka. Wtedy na polskim rynku była dostępna jedynie wiedza z zakresu kulturystyki, zacząłem ją trenować, ale czułem niedosyt. Zrozumiałem, że praca nad mięśniami, zamiast nad ruchem to droga donikąd. Bardzo często osoby, które mają świetnie wyrzeźbioną sylwetkę, niekoniecznie są zdrowe i właściwie się poruszają. Potem zafascynowałem się crossfitem, bo był bardziej wszechstronny, ale też nie pasowało mi to, że w wielu przypadkach polegał na „zajeżdżaniu się na maksa”. Aż wreszcie trafiłem na filmik Erwana na YouTubie o zapomnianych ćwiczeniach pt. „The Workout the World Forgot”. Teraz przygotowuję się do certyfikacji trzeciego, najwyższego poziomu jego metody.

fot. archiwum prywatne fot. archiwum prywatne

fot. archiwum prywatne fot. archiwum prywatne

fot. archiwum prywatne fot. archiwum prywatne

Ćwiczenia prezentuje Igor Bilinskyi, trener personalny, certyfikowany trener metody MovNat, założyciel Akademii Ruchu Naturalnego MovNat Poland.

  1. Zdrowie

Slow jogging - bieg po zdrowie i dobry humor

Slow jogging to idealna forma ruchu na świeżym powietrzu. (Fot.123rf)
Slow jogging to idealna forma ruchu na świeżym powietrzu. (Fot.123rf)
Pół godziny codziennego truchtu, na tyle wolnego, byśmy mogli biegać z uśmiechem, może stanowić remedium na wiele dolegliwości. O szczegóły zapytaliśmy doktora Hiroakiego Tanakę, który wymyślił i opracował zasady slow joggingu.

Wywiad pochodzi z archiwalnego numeru "Zwierciadła". Doktor Hiroaki Tanaka zmarł w 2018 roku, przyp. red.

Czy wygodne życie nam szkodzi?
Windy, samochody i ruchome schody sprawiają, że żyje się nam dużo łatwiej niż kilkadziesiąt lat temu. Rozmaite udogodnienia mają też jednak niekorzystne konsekwencje dla naszego zdrowia, bo powodują, że brakuje nam ruchu. W efekcie wraz z wiekiem słabną i zmniejszają się całe grupy mięśni (na przykład te potrzebne do wchodzenia po schodach czy biegania), gorzej pracuje mózg i wzrasta ryzyko chorób serca.

Osobom, które odzwyczaiły się od  regularnej aktywności fizycznej, proponuje pan slow jogging. Dlaczego?
Slow jogging polega na bieganiu w bardzo wolnym rytmie (ok. 3 km/h), umożliwiającym swobodną konwersację. Po japońsku określamy takie tempo jako niko niko (czyli: z uśmiechem), bo biegamy, nie męcząc się. W taki sposób mogą biegać prawie wszyscy: osoby, które są w stanie spacerować, dadzą też radę truchtać, nawet jeżeli ukończyły już 90 lat. Uprawianie tej dyscypliny nie wymaga specjalistycznego sprzętu. Potrzebna jest jedynie chęć, by poruszać się trochę na świeżym powietrzu. Slow joggingu można się łatwo nauczyć – podstawowe wskazówki znajdziemy w internecie (np. na stronie www.slowjogging.pl). Bieganie jest czymś naturalnym dla ludzkiego gatunku, o czym czasami zapominamy.

Zawsze uważałam, że tylko duży wysiłek daje w sporcie rezultaty. Tymczasem pan przekonuje, że możemy wiele osiągnąć, nie męcząc się tak jak przy klasycznym joggingu.
Badania przeprowadzone w latach 60. XX wieku wykazały, że biegając na odcinku kilometra w tempie co najmniej 8 km/h, spalamy tyle kalorii, ile wynosi nasza waga. Z badań wykonanych na moim wydziale wynika, że przy prędkości 3–5 km/h spalamy tyle samo!

W Polsce bardzo popularne jest bieganie. Czy zalecałby pan biegaczom zwolnienie od czasu do czasu do tempa slow joggingu?
Slow jogging mogę polecić na przykład początkującym biegaczom, bo to dobry sposób, by nauczyć się pracy z ciałem i wypracować właściwą postawę. Uprawiając slow jogging, minimalizujemy ryzyko kontuzji, nie odczuwamy też presji czasu, bo wręcz nie powinniśmy biec zbyt szybko.

Mówi pan o slow joggingu jako sposobie na długowieczność. Jak pan to rozumie?
Wiele chorób cywilizacyjnych wynika z braku ruchu. Regularna aktywność fizyczna  pomaga uniknąć choroby, powstrzymuje jej rozwój lub wręcz umożliwia wyzdrowienie. Dlatego ruch zalecany jest – i to nie tylko przez japońskie środowiska medyczne – już nie tylko w ramach profilaktyki, ale także jako alternatywa dla tradycyjnej medycyny. Naturalny i nieobciążający organizmu slow jogging pozwala zrzucić zbędne kilogramy (co przekłada się na lepsze zdrowie), wspomaga odporność i wytrzymałość organizmu. Reguluje też gospodarkę hormonalną u kobiet, łagodząc na przykład dolegliwości związane z menopauzą. Slow jogging z jednej strony pomaga zebrać myśli i polepsza koncentrację, z drugiej zaś – oczyszcza z negatywnych emocji i w naturalny sposób polepsza nastrój. Nie przez przypadek biegamy przecież w takim tempie, by móc się uśmiechać.

Dr nauk med. Hiroaki Tanaka wykładał na Wydziale Nauk o Sporcie Uniwersytetu Fukuoka, był też dyrektorem Zakładu Badań o Zdrowiu i Sporcie oraz dyrektorem Instytutu Aktywności Fizycznej na Uniwersytecie Fukuoka. Specjalizował się w fizjologii sportu, z naciskiem na profilaktykę i leczenie chorób cywilizacyjnych. Był twórcą metody treningu sportowego o niskiej intensywności. Do Polski doktor Tanaka przyjechał na zaproszenie firmy Sante, specjalizującej się w żywności funkcjonalnej i propagującej zdrowy tryb życia.

Tłumaczenie wywiadu z języka japońskiego: Magda Jackowska.

  1. Styl Życia

Flow Joga – przyjemność bycia w ciele

Flow Joga stwarza idealne warunki sprzyjające pojawieniu się stanu przepływu, a tym samym potencjalnej transformacji i wewnętrznej integracji. (Fot. iStock)
Flow Joga stwarza idealne warunki sprzyjające pojawieniu się stanu przepływu, a tym samym potencjalnej transformacji i wewnętrznej integracji. (Fot. iStock)
Flow Joga to powrót do naturalności, do tego, za czym tęsknimy, nie tylko w jodze, także w życiu. Powrót do stanu jedności ciała, duszy i umysłu.

Nie można nauczyć się Flow Jogi, ale można sobie przypomnieć, że „już nią jesteśmy", można przypomnieć sobie, jak wielka przyjemność płynie z bycia w swoim ciele, w stanie flow. Wtedy tracimy poczucie czasu, jesteśmy totalnie zaabsorbowani wykonywaną czynnością.

Płynąc na fali, mamy poczucie bycia w kontakcie ze swoją prawdą, ze swoją naturą, a jednocześnie czujemy się częścią pulsującego życiem świata, częścią wspólnoty ludzkości.

Flow to naturalny stan umysłu. Pojawia się on wtedy, gdy wykonujemy jakąś czynność dla samej przyjemności wykonywania jej. Dysponujemy wówczas wysokim poziomem energii, otwieramy się na swobodny przepływ kreatywności i radości z życia. Każdy kiedyś tego doświadczył, jednak osoby, które na co dzień, w życiu prywatnym i w pracy są w stanie przepływu, należą do rzadkości.

Flow Joga stwarza idealne warunki sprzyjające pojawieniu się stanu przepływu podczas zajęć, a tym samym potencjalnej transformacji i wewnętrznej integracji. Im częściej doświadczamy flow na zajęciach jogi, tym większe prawdopodobieństwo, że flow spontanicznie zacznie pojawiać się w codziennym życiu. Wykorzystujemy do tego celu rytm, muzykę, naturalny oddech, ruch oraz uważność.

Czego uczy Flow Joga?

Flow Joga uczy, jak płynąć z nurtem życia, jak stawiać czoła wyzwaniom, nie tracąc wewnętrznego spokoju i kontaktu ze sobą na co dzień i w obliczu kryzysu. Płynięcie z nurtem życia to umiejętność stawiania czoła wyzwaniom oraz zachowanie wewnętrznego spokoju wobec zmian, jakie przynosi życie.

Swami Satchitananda powiedział: „Życie to zmiana, naucz się surfować”. Dlatego na zajęciach Flow Jogi uczymy się płynnych przejść z jednej asany w drugą, a sekwencje ruchu budowane są w taki sposób, aby każdy kolejny cykl był okazją do rozwoju (np. silniejsze mięśnie brzucha lub spokojniejszy umysł). Ważnym elementem jest też naturalny ruch, zsynchronizowany z oddechem. Ewolucyjny rozwój to budowanie pojedynczej asany, a także cyklu zajęć - etapami, krok po kroku. Uczestnicy mogą sami wybrać odpowiedni dla siebie wariant ruchu, co wiąże się i z pogłębianiem świadomości ciała, i z przyjmowaniem odpowiedzialności za nie. Zajęcia są okazją do budowania kontaktu z ciałem, zarówno poprzez asany (o sztywno określonej formie z precyzyjnym ustawieniem ciała), jak poprzez spontaniczną ekspresję, poszukiwania swojego ruchu.

We Flow Jodze kluczową rolę odgrywa oddech. Nie chodzi jednak o dążenie do oddychania w konkretny sposób (choć klasyczne pranayamy także się pojawiają), ale raczej o nabieranie szacunku do oddechu jako siły życiowej, która inicjuje każde działanie i ruch we Flow Jodze. Oddech jest traktowany jak specjalny gość, który odwiedza nasz dom (ciało). Nie będziemy mu mówić, gdzie ma usiąść i co ma zjeść. Zapraszamy go do środka, dając swobodę i uważnie słuchając.

Najprzyjemniejszym chyba elementem Flow Jogi jest stwarzanie warunków sprzyjających pojawieniu się stanu „przepływu” (z ang. flow), czyli stanu zjednoczonej świadomości. Termin może brzmieć tajemniczo, ale od dawna funkcjonuje chociażby w psychologii i opisuje sytuację, kiedy jesteśmy w pełni zaabsorbowani wykonywaną czynnością. Tracimy twedy poczucie czasu, wzrasta nasza kreatywność i efektywność działania, pojawia się radość i uważność. W jodze efektem „ubocznym” takiej praktyki jest przyjemność, poczucie bycia na fali i piękno ruchu.

Flow Joga nie mieści się na macie – choć mata niewątpliwie jest przydatna i wygodna, to może stać się ograniczeniem. Flow jest odmianą jogi, która pozwala wyjść poza utarte schematy. Ciało porusza się naturalnie, w swobodny sposób. W efekcie pojawia się poczucie wolności i przyjemność bycia obecnym w ciele. Bezpieczeństwo ćwiczącego jest uwarunkowane przestrzeganiem zasad praktyki, czyli jogicznego BHP. Piękny taniec wolności z ograniczeniami.

Flow Joga jest narzędziem poszerzania i pogłębiania świadomości. Prowadzi ku integracji wewnętrznej. Jest drogą i celem. Stwarza przestrzeń dla tego, co ludzkie i tego, co boskie, łącząc sprzeczności. Transformuje, uzdrawia, przywraca wiarę w siebie, swoją siłę i uwalnia pełnię potencjału każdego człowieka. W konkretny sposób – poprzez ciało.

Czym Flow Joga różni się od innych stylów jogi?

Joga często bywa prowadzona mechanicznie. Na polecenie: z wdechem unieś ręce do góry, większość uczestników zajęć równocześnie unosi ręce do góry, próbując dopasować oddech do wykonywanego ruchu. We Flow Jodze jest odwrotnie, ruch jest inicjowany przez oddech. Dzięki temu jesteśmy w kontakcie ze sobą i czujemy się bardziej zintegrowani. We Flow Jodze bardzo ważne są także płynne przejścia pomiędzy pozycjami oraz uszanowanie każdej fazy cyklu ruchu: wstępu, szczytowego momentu oraz zakończenia. Taki rodzaj pracy pomaga nam być w lepszym kontakcie z ciałem oraz naturą, ponieważ wszystko, co istnieje w świecie, podlega prawom natury i ma cykliczny charakter.

Dla Flow jogi charakterystyczny jest także zmysłowy, pełen gracji, spontaniczny ruch, który przypomina taniec. Ciało nie porusza się jak maszyna, ale raczej jak ciało dzikiego zwierzęcia. To szczególnie cenny element praktyki, który pozwala odblokować zastałą energię, pobudza kreatywność, ekspresję oraz pozwala nam doświadczyć wolności i przyjemności bycia w ciele.

Dla kogo nadaje się Flow Joga?

Flow Joga jest stylem jogi dostępnym i przyjaznym większości osób. Zajęcia ogólnodostępne mogą być nieodpowiednie dla ludzi z poważniejszymi problemami zdrowotnymi lub urazami. Dla nich najlepszym wyjściem może okazać się podejście indywidualne. W przypadku wątpliwości najlepiej skonsultować się z lekarzem prowadzącym oraz nauczycielem jogi.