1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Jak pozbyć się nadmiaru rzeczy i zapanować nad bałaganem?

Jak pozbyć się nadmiaru rzeczy i zapanować nad bałaganem?

Mieszkanie w minimalistycznym stylu (fot. iStock)
Mieszkanie w minimalistycznym stylu (fot. iStock)
Chcesz to zatrzymać? Tak! A czy ta rzecz daje ci radość? Nie, ale przywołuje wspomnienia. No dobrze, ale czy jesteś pewien, że chciałbyś zabrać ją ze sobą na dalszą drogę swojego życia? – ten krótki dialog tłumaczy nie tylko, dlaczego przywiązujemy się do przedmiotów, ale też kiedy warto im podziękować i przekazać dalej. 

Uwielbiam bałagan! Jest taki ekscytujący!” – zachwyca się drobna, uśmiechnięta Japonka, patrząc na zagracony do granic możliwości garaż swoich klientów. Takie słowa w ustach najsłynniejszej ekspertki od sprzątania, która opracowała KonMari, własną metodę porządkowania przestrzeni, segregowania sprzętów, a nawet składania ubrań – mogą dziwić. Marie Kondo, bo o niej mowa, wygląda jak nastolatka, choć w rzeczywistości ma 34 lata, dwójkę dzieci i jest właścicielką firmy medialnej KonMari Media, w ramach której wydaje książki (w tym kultową już „Magię sprzątania”), organizuje warsztaty, a ostatnio nakręciła nawet serial „Sprzątanie z Marie Kondo” (dostępny na Netflixie), i to z niego pochodzi powyższy dialog.  Ktoś złośliwy mógłby powiedzieć: „nic dziwnego, że Marie uwielbia bałagan – w końcu zarabia na nim miliony”. Jednak ważniejsze pytanie jest takie: na ile lubimy go my, mieszkańcy dostatniego Zachodu, zachłannie kupujący i gromadzący? I na ile przenosi się on na nasze wewnętrzne nieuporządkowanie?

Psychologia nieporządku

Diana Quan, autorka książki „W domu jak w raju”, powołuje się na jeden z dogmatów zen, według którego wszystko to, co widzimy, jest odbiciem naszego umysłu. (Nie trzeba chyba tłumaczyć, o czym według zen świadczy widoczny bałagan). Quan podkreśla też, że możliwa i wskazana jest droga powrotna, więc eliminując nieporządek na zewnątrz, stworzymy ład we wnętrzu, a odgracając najbliższa przestrzeń z rzeczy z naszej przeszłości – otworzymy się na nowe możliwości. „Nieporządek i gromadzenie przedmiotów są świadectwem obaw i wątpliwości. Stawiając sobie za cel osiągniecie ładu w domu, przyczyniamy się do przywrócenia nam samym jasności umysłu i witalności” – pisze. Zwraca uwagę na to, że bałagan utrudnia przepływ energii, a do naszego życia wprowadza zmęczenie, zniechęcenie, poczucie zablokowania i zagubienia. Wtóruje jej Karen Kingston, znawczyni feng shui, kolejna ekspertka w dziedzinie pozbywania się bałaganu: „Odczuwam go jako coś nieprzyjemnego, klejącego i brudnego – jakbym przedzierała się przez niewidzialna pajęczynę. To własnie to odczucie uświadomiło mi, że bałagan jest przyczyną wielu problemów” – pisze w książce „Magia porządków z feng shui”.

Wśród najczęstszych problemów, których przyczyną jest bałagan, Kingston wylicza: zmęczenie i ospałość, tkwienie w przeszłości, otyłość, niezdrowy tryb życia, ziemistą cerę czy brak równowagi w życiu. Bałagan sprawia, że inni źle cię traktują (bo im na to pozwalasz), że odkładasz wiele spraw na później (tak jak sprzątanie), częściej się kłócisz z domownikami (wiadomo, o pochłonięte przez chaos rzeczy!), nie umiesz spakować się w podroż, a nade wszystko tkwisz we wstydzie i impasie. Kingston twierdzi, że żyjąc z bałaganem i w bałaganie nie tylko musisz więcej i częściej sprzątać, ale też jesteś mniej radosny i wrażliwy, co w efekcie może być nawet przyczyną depresji. Zatrważające, prawda? Za główny cel porządków ekspertka proponuje obrać rzeczy, których nie kochasz i których nie używasz, rzeczy brudne i niepoukładane, wetknięte czy upchnięte gdzieś na siłę oraz nieukończone. Trzeba przyznać, że żadna z tych kategorii nie świadczy o nas zbyt dobrze.

Za to, jak twierdzi wspomniana Marie Kondo, kiedy zaczniemy rozważnie wybierać rzeczy, jakimi się otaczamy, będziemy świadomie kreować swoje życie i wpływać na własne samopoczucie. Bo jeśli mamy wokół tylko rzeczy, które dają radość, podobają się nam i są użyteczne, nie tylko bardziej o nie dbamy i je szanujemy, ale też tworzymy prawdziwie szczęśliwą przestrzeń.

Plaga zbieractwa

Można się pocieszać licznymi badaniami, w tym przeprowadzonymi przez University of Minnesota, które wskazują na to, że bałaganią ludzie inteligentni, a nieposprzątane biurko jest przeważnie oznaką kreatywności i skupienia na pracy… ale przyznajmy, na dłuższą metę zagracone pokoje, ze stosami książek na podłodze, o które bez przerwy się potykamy, czy ubraniami okupującymi każdy pionowo postawiony mebel – nie są dobrą przestrzenią do odpoczynku, pracy, przyjmowania gości czy choćby cieszenia się tym, co mamy. Co więcej, w takim chaosie często nie jesteśmy w stanie nawet stwierdzić, co właściwie posiadamy, i w jakiej ilości. Obrastamy kolejnymi rzeczami, które w pierwszej chwili wydaja nam się ładne, niezbędne, praktyczne lub po prostu tanie – by chwile potem odłożyć je w kąt i zapomnieć. Z jednej strony lubimy wymieniać stare modele na nowe, z drugiej – mamy głęboko zakorzenione przekonanie, że wiele z tych starych jeszcze kiedyś może nam się przydać, więc marnotrawstwem byłoby je wyrzucać. Do tego dochodzą ubrania i przedmioty odziedziczone po przodkach czy te symbolizujące nasze pierwsze miłości, pierwsze kroki w dorosłość albo kojarzące nam się z konkretnymi osobami – je najtrudniej pożegnać. Są jeszcze przedmioty znamionujące prestiż, status czy etap, na jakim jesteśmy – kupujemy je z powodów zupełnie innych niż praktyczność. Określają nas, dodają ważności, a czasem nawet zapewniają poczucie bezpieczeństwa.

Bardzo często rzeczy rekompensują nam to, czego nie mamy, są forma nagrody lub znakiem, że teraz stać nas na to, na co wcześniej nie mogliśmy sobie pozwolić. Sama nie mogłam w pewnym okresie życia powstrzymać się od kupowania nowych książek – nie wystarczyło mi przeczytać, musiałam je też mieć. Wszystko dlatego, że pamiętam czasy, gdy wiele tytułów było niedostępnych albo musiałam po nie odstać swoje w miejskiej bibliotece. Wiem, że mam ich za dużo. I wiem, że tak wielu nie potrzebuję ani one nie potrzebują mnie. Patrzę na półki uginające się pod ich ciężarem, na kurz, który muszę ścierać co chwila z grzbietów… W tym roku powiedziałam więc sobie: dość. Pora uporządkować moje relacje z książkami. Tym bardziej że według Karen Kingston, trzymając stare książki, nie mamy miejsca na nowe pomysły i nowy sposób myślenia.

Zmiana perspektywy

Nie na darmo piszę o relacjach, wszak feng shui uznaje domy i miejsca pracy za żywe byty, które wpływają na nasze życie i samopoczucie. Marie Kondo twierdzi, że miedzy nami a tym, co posiadamy, tworzy się więź. Dlatego zanim zacznie porządkować czyjeś mieszkanie, odprawia najpierw małą ceremonię przywitania nowej przestrzeni i poproszenia ją o pozwolenie na to, by zaprowadzić w niej ład. Kiedy oglądałam serial „Sprzątanie z Marie Kondo”, ten fragment za każdym razem mnie wzruszał. Uświadamiał domownikom, jak rzadko doceniają przestrzeń, w której żyją. Przeważnie na nią narzekają lub denerwują się, że jest niefunkcjonalna i tak szybko robi się w niej nieporządek. Gdy Marie Kondo prosiła ich, by wyrazili wdzięczność tym czterem ścianom, które dają im schronienie, ciepło i jednoczą jako rodzinę – przyznawali, że dzięki temu zupełnie zmieniali perspektywę. Zastanawiali się, co najlepszego robią tej cudownej przestrzeni, która tylko chce im służyć. Metoda KonMari, wbrew obiegowej opinii, niejest nauką bezwzględnego odgracania mieszkań i pozbywania się pamiątek. Uczy nas czegoś wprost przeciwnego – wdzięczności i szacunku wobec tzw. rzeczy martwych. Wybierania tych, które dają nam radość, są użyteczne i w jakiś sposób nas określają, oraz żegnania tych, które nam już nie służą i nas nie cieszą, ale tylko po uprzednim podziękowaniu im za to, co dla nas zrobiły. – Ważne jest zwłaszcza, by podziękować rzeczom, których nigdy nie użyliśmy, lub ubraniom, których nigdy nie założyliśmy. To dzięki nim zrozumieliśmy bowiem, czego nie lubimy – mówi Marie w jednym z odcinków.

Karen Kingston zwraca uwagę na iluzoryczność tych więzi. Czasami pod koniec konsultacji na temat pozbywania się bałaganu zadaje swoim klientom pytanie: Gdyby w twoim domu wybuchł pożar i miałbyś pięć minut na uratowanie najważniejszych rzeczy, co byś wyniósł z domu? „Ktoś ma tak zagracone mieszkanie, że z trudem się po nim porusza, ale gdy go pytam, co by uratował, gdyby jego dom się palił, to wiesz, jaką odpowiedź zazwyczaj słyszę? KOTA!” – pisze w książce „Magia porządków z feng shui”. Karen nazywa to „chwilą prawdy” – ten moment, w którym jej klienci orientują się, że wcale nie są tak przywiązani do swoich rzeczy. Tłumaczy to w ten sposób: „relacje miedzy ludźmi a ich dobytkiem można porównać do niekończącej się opery mydlanej, w której oni sami występują jako główne gwiazdy, a wszystkie ich rzeczy są bohaterami drugoplanowymi. Gdy scena zmienia się z <normalnej› na <stan zagrożenia›, nagle patrzą na swoje życie z zupełnie innej perspektywy, jakby obudzili się ze snu”.

Sprzątanie po szwedzku

„I co ty z tym wszystkim zrobisz po mojej śmierci?” – pyta matka w książce Marcina Wichy „Rzeczy, których nie wyrzuciłem”, omiatając wzrokiem regał z książkami. Podobnego problemu chcę swoim dzieciom oszczędzić Margareta Magnusson. „W ciągu życia zgromadziliśmy mnóstwo pięknych rzeczy – przedmiotów, których wartości nasze rodziny i przyjaciele nie będą w stanie docenić i o które nie zdołają się odpowiednio zatroszczyć. Pozwólcie, że pomogę sprawić, żeby najbliżsi zachowali po was wyłącznie miłe wspomnienia” – pisze we wstępie do „Sztuki porządkowania życia po szwedzku”. Ta niewielka książka pełna jest nieodpartego uroku, który przeniósł się na nią chyba z autorki. Margareta, jak sama pisze, jest w wieku miedzy 80 a 100 lat i postanowiła posprzątać życie przed śmiercią. I nie jest to wcale żadna makabryczna fanaberia, ale zwyczaj znany w Szwecji jako döstädning. „W języku szwedzkim termin ten oznacza, że wyrzucacie niepotrzebne rzeczy i zaprowadzacie w domu porządek, kiedy czujecie, że zbliża się chwila rozstania z ziemskim padołem” – tłumaczy Margareta.

I przekonuje, że taki przegląd warto zrobić kilka razu w życiu, nie tylko przed śmiercią, ale też podczas przeprowadzek czy w ważnych dla nas momentach. Pomaga to domknąć pewien etap, porozkoszować się wspomnieniami i otworzyć na nowe. Przez 200 stron przeprowadza czytelnika przez stopniowe odgracanie własnego mieszkania, zwłaszcza z tego, z czym zwykle najtrudniej się rozstać – rzeczy sentymentalnych. Nawiązując do idei sprzątania przed śmiercią, przekonuje, że przecież nie zabierzemy ich ze sobą do grobu, a choć maja dla nas wartość wspomnieniową, dla innych osób będą kompletnie jej pozbawione. Nie zachęca do pozbywania się wszystkiego, ale większości przedmiotów, i zostawienia sobie tych naprawdę ważnych i znaczących. Całą resztę proponuje przejrzeć, powspominać, podziękować za wspólnie spędzony czas, spalić, zniszczyć albo sprezentować komuś, kto je doceni. To pierwsze rozwiązanie dotyczy zwłaszcza korespondencji i odręcznych notatek: „Choć żyjemy w kulturze, w której każdy przyznaje sobie prawo do poznawania tajemnic innych osób, to ja się z tym nie zgadzam. Jeśli uważacie, że jakiś sekret może zakłopotać lub unieszczęśliwić waszych najbliższych, to lepiej go zniszczcie. Rozpalcie ognisko albo nakarmcie nim niszczarkę do papieru” – pisze Margareta.

Nie byłaby Szwedką, gdyby nie odwołała się do wikingów. „Kiedy grzebali zmarłych, składali z nimi do grobu wiele przedmiotów codziennego użytku. Wszystko po to, żeby zmarłemu niczego nie zabrakło w nowym otoczeniu. Możecie wyobrazić sobie podobny scenariusz dzisiaj? Z cała tą rupieciarnią, trzeba by chować w grobach wielkości stadionu olimpijskiego” – komentuje dowcipnie.

Bo przedmioty określają nas i służą nam wtedy, kiedy jest ich mało i kiedy są starannie wyselekcjonowane. I choć sama nie jestem zwolenniczką całkowitego ogołacania domowej przestrzeni z wdzięcznych bibelotów, to postanowiłam sobie jedno: przynajmniej w jak najmniejszym stopniu zapełniać ją nowymi. A to już coś, przyznacie.

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Zaklęte w szkle

Im prościej, tym czytelniej. Samo szkło jest już wystarczająco dekoracyjne.
Niewiele potrzeba, by nim zachwycić. (Fot. Karolina Lewandowska/Projekt Pracownie
Im prościej, tym czytelniej. Samo szkło jest już wystarczająco dekoracyjne. Niewiele potrzeba, by nim zachwycić. (Fot. Karolina Lewandowska/Projekt Pracownie
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Szkło jest szlachetne, trwałe i praktyczne. A szklane dekoracje pięknie odbijają światło, zwłaszcza jeśli to światło świec czy lampek, które chętnie wieszamy w domu nie tylko w czasie świąt, ale również jesienią i zimą.

Maku, pracownia szkła Matyldy Makulskiej, mieści się przy ulicy Koziej w Warszawie, a właściwie nad tą ulicą, bo znajduje się dokładnie w łuku łączącym dwie przeciwległe kamienice, tuż obok gwarnego i turystycznego Krakowskiego Przedmieścia. Zaciszna, wybrukowana Kozia ma klimat i magię dawnej Warszawy, mimo że – jak większość zabudowań na Starówce – została zniszczona i odbudowana po wojnie. Pracownia też jest zaciszna, a i proces, który się tu odbywa, można porównać do magii, bo wygląda jak ożywianie lodowych tafli.

Przejrzystość

Szkło wraca do łask, a przecież jeszcze kilka lat temu wszystkim wydawało się, że zostanie całkowicie zastąpione przez tani i praktyczny plastik. Tymczasem znowu jadamy ze szkła, przechowujemy w nim drobne przedmioty, zapasy, ozdabiamy nim wnętrza i zewnętrza. Z pozoru kruche, w rzeczywistości jest bardzo wytrzymałe i odporne, może nam służyć latami. – Ja najbardziej lubię szkło z powodu jego przejrzystości. Nie ma drugiego materiału, który dawałby taki efekt. Może poza pleksi i plastikiem, ale to nie są szlachetne materiały – zaznacza Matylda. – Szkłem otaczamy się na co dzień i nawet nie dostrzegamy, jak bardzo jest piękne i wyjątkowe. Mnie daje tyle możliwości, że ciągle coś w nim wymyślam i produkuję. Zakochała się w szkle podczas zajęć w pracowni szkła i witrażu w liceum plastycznym w Dąbrowie Górniczej. Po liceum wybrała Akademię Sztuk Pięknych we Wrocławiu. To jedyna wyższa uczelnia w Polsce, która ma wydział szkła i ceramiki. Pracownię założyła pod koniec studiów. Zaczynała z jednym małym piecem, który nadawał się tylko do wyrobu biżuterii. Dziś, już na Koziej, ma dwa duże piece (mają nawet swoje imiona: Stefan i Teodor), a w ofercie oprócz biżuterii – talerze, podstawki, zawieszki. Zwłaszcza te ostatnie zdominowały produkcję, na biżuterię zostaje mniej czasu. Nadal jednak można kupić u niej kolczyki jak sople lodu, zrobione z kawałków lustra, czy malowane i wydrapywane. Wykonuje je ze szkła z recyklingu, czyli ze ścinków, które dostaje od szklarzy albo które zostają jej samej po wycięciu na przykład talerzy.

Szklana miseczka, cena 120 zł Szklana miseczka, cena 120 zł

Kształt

Podczas pracy trochę się kurzy, dlatego większość obróbki wykonuje się w wodzie. – Pod tym względem ceramicy mają o wiele gorzej – śmieje się Matylda. – Najbardziej pyli się z powodu proszków, którymi posypuje się piec czy formy do wypiekania – dodaje. Samo szkło jest ciężkie, metr kwadratowy o grubości czterech milimetrów waży dziesięć kilo. A trzeba je przenosić, podnosić, kłaść. Matylda pracuje w technice fusingu, która polega na stapianiu w odpowiedniej temperaturze płaskiego szkła. – Moim tworzywem są gotowe tafle – to mogą być zwykłe szyby okienne lub specjalne szkło fusingowe – które wycinam, nadaję im kształt, maluję i wypalam – tłumaczy. W technice, którą wybrała, nie można wykonać na przykład wazonu, bo do tego potrzeba szkła dmuchanego, ale misę czy głęboki talerz – już tak. Przykładowo, aby zrobić talerz, najpierw z płaskiej tafli wycina się kształt. Zwykle potrzebne są dwa lub trzy szklane kółka, między którymi umieszcza się barwnik. – Ale równie dobrze może być tylko jedna warstwa. To zależy na przykład od sposobu barwienia – wyjaśnia artystka. I kontynuuje: – Do wyrobu takiego talerza potrzebujemy dwóch wypałów – jednego na płasko, by wykonać wzór, a drugiego na specjalnej formie – by uzyskać kształt. Oba wypały mają inną temperaturę. Formy są bardzo delikatne, wykonane z papieru ceramicznego i pokryte wspomnianym specjalnym proszkiem, by szkło do nich nie przywierało. Płaskie szkło układa się na powierzchni i pod wpływem temperatury dopasowuje się ono do formy pod spodem. Brzmi prosto i przyjemnie, jednak Matylda wyznaje, że od momentu, w którym wymyśli projekt, do wprowadzenia go do sprzedaży mija często pół roku. Najpierw trzeba go przetestować, czyli zrobić kilka lub kilkanaście prób ze szkłem w piecu, by zobaczyć, czy w praktyce projekt odpowiada jej tak, jak odpowiadał w teorii, albo by dopracować go tak, by wreszcie była zadowolona. I niejednokrotnie końcowy efekt to jedno wielkie zaskoczenie.

Misa „Ręka”, cena 250 zł Misa „Ręka”, cena 250 zł

Blask

Boże Narodzenie w Maku zaczyna się już pod koniec lutego – wtedy Matylda wymyśla pierwsze projekty świątecznych zawieszek, a w połowie roku zaczyna je produkować. – Talerze wychodzą u mnie zawsze jako pojedyncze krótkie serie, natomiast ozdoby choinkowe to już masowa produkcja. Dlatego już od kilku lat zlecam je do wycięcia maszynowego. Czyli robię projekty zawieszek, daję do wycięcia, a potem są już obrabiane, malowane i wypalane u mnie w pracowni – opowiada Matylda. Zawieszki mają tradycyjne kształty: bałwanka, renifera, płatka śniegu, choinki, piernikowego ciasteczka, ptaszka, niedźwiadka. W tym roku do tego grona dołączył lis. Można powiedzieć, że to nowa wersja bombki, rzadziej się tłucze, bo zrobiona jest z czteromilimetrowego szkła, podczas gdy klasyczna bombka ma grubość mniej niż milimetr. Do tego czyste, białe szkło lepiej oddaje klimat zimy i odbija blask świątecznych świecidełek. Zresztą klienci Matyldy kupują zawieszki nie tylko jako ozdobę na choinkę, wieszają je w oknach, na ścianach, ozdabiają nimi stół.

Ozdoba świąteczna 20 zł/szt. lub 150 zł/10 szt.; ozdoby wielkanocne 50 zł/3 szt Ozdoba świąteczna 20 zł/szt. lub 150 zł/10 szt.; ozdoby wielkanocne 50 zł/3 szt

Jej projekty są klasyczne i minimalistyczne, mają podstawowe kolory i proste kształty. – Pomysły przychodzą do mnie znienacka, zawsze tak miałam. Nie siedzę godzinami przy biurku, tworząc rysunek za rysunkiem. Często dzieje się to w trasie, zapisuję je wtedy szybko na telefonie. Już jakiś czas temu zrozumiałam, że jeśli chodzi o projekt, to im prościej, tym czytelniej. Samo szkło jest już wystarczająco dekoracyjne. Niewiele potrzeba, by nim zachwycić – mówi Matylda. 

www.maku-pracownia.pl

  1. Styl Życia

Cabin Porn - chata na końcu świata

W Gospodarstwie na Wzgórzu na preriach Dakoty Południowej nie ma prądu ani instalacji wodno-kanalizacyjnej. Jenna Polland, właścicielka domku, zbudowała wieżę ciśnień, dzięki której prysznic jest zasilany grawitacyjnie. Zdjęcie z książki
W Gospodarstwie na Wzgórzu na preriach Dakoty Południowej nie ma prądu ani instalacji wodno-kanalizacyjnej. Jenna Polland, właścicielka domku, zbudowała wieżę ciśnień, dzięki której prysznic jest zasilany grawitacyjnie. Zdjęcie z książki "Cabin Porn. Wnętrza, Wydawnictwo Smak Słowa.
Zobacz galerię 11 Zdjęć
Posiadanie własnej kryjówki, azylu ukrytego gdzieś wśród dzikiej natury wydaje ci się nieosiągalnym marzeniem? Każde z tych przytulnych miejsc na zdjęciach stworzyli ludzie tacy jak ty. Wymagało to czasu, entuzjazmu i dobrych przyjaciół do pomocy, ale okazało się możliwe.

Rzucić wszystko i uciec, najlepiej na łono przyrody – okazuje się uniwersalną potrzebą ludzi na każdym kontynencie. Tylko jak to zrobić, gdy nie dysponuje się odpowiednim budżetem na budowę domu? Zbudować chatkę, samodzielnie, z łatwo dostępnego drewna lub z materiałów z odzysku.

Zach Klein po sześciu latach spędzonych w Nowym Jorku i intensywnej pracy nad kreowaniem wirtualnych społeczności zapragnął zmiany. „Chodziło mi o to, by spędzać czas w gronie znajomych, dalej od pracy zawodowej, bliżej natury i ludzi, a jednocześnie uczyć się czegoś nowego. Nie mieliśmy żadnego doświadczenia w budowaniu, a jednak oczami wyobraźni widziałem las, w którym przycupnęły chatki postawione przez nas samych” – pisze w książce „Cabin Porn. Wnętrza”.

Marzenie długo dojrzewało. Zach przez ponad rok szukał ziemi w przystępnej cenie, zataczając coraz większe kręgi wokół Nowego Jorku. W końcu znalazł 20 hektarów lasu na zboczu potoku Delaware. Strome kamieniste zbocze, brak prądu i kanalizacji odstraszały innych chętnych. Niedługo po zakupie ziemi Zach stworzył stronę internetową Cabinporn.com, aby wraz ze znajomymi kolekcjonować zdjęcia miejsc, które będą inspiracją do budowy ich własnych domów. Stronę od 2010 do 2017 roku odwiedziło 10 milionów osób, a 24 tysiące przysłało zdjęcia własnych chatek.

Chatka Scotta o powierzchni 28 metrów kwadratowych w Beaver Brook w Barryville, stan Nowy Jork. Pierwsza chatka zbudowana na ziemi kupionej przez Zacha Kleina, założyciela strony Cabinporn.com. Chatka Scotta o powierzchni 28 metrów kwadratowych w Beaver Brook w Barryville, stan Nowy Jork. Pierwsza chatka zbudowana na ziemi kupionej przez Zacha Kleina, założyciela strony Cabinporn.com.

„Nie dziwi mnie, że Cabinporn.com zdobyła tak wielką popularność” – wyznaje. „Im głębiej bowiem wciąga nas świat technologii, tym bardziej uskrzydla nas natura. Owe fotografie konsekwentnie przypominają nam, że każdy z nas nosi w sobie dom gotowy do zbudowania, jeśli tylko zechcemy spróbować. Otuchą napełnia myśl, że prosta konstrukcja może zapewnić nam schronienie i pozwala serdecznie ugościć innych. Narzędzia nigdy nie były tańsze, a know-how – nigdy bardziej dostępny. Grupy społecznościowe, zarówno online, jaki i offline, pomagają nawiązać kontakty z ludźmi, którzy służą swoim doświadczeniem i pokazują, jak wiele możemy sami dla siebie zrobić”.

Wpisane w krajobraz

Drewniane chatki jak z dziecięcych rysunków, domki na drzewie czy letniskowe, ziemianki, lepianki, mieszkalne tratwy – wszystkie one mają pewne cechy wspólne. Czas. Choć chatę z drewna może postawić kilka osób w kilka dni, jeśli tylko budowniczowie mają odpowiednie narzędzia, to zwykle cały projekt zajmuje więcej czasu.

„Ptasia budka”, dom do obserwacji ptaków, zbudowany przez Damiana Maynarda w Hadelandzie w Norwegii. „Ptasia budka”, dom do obserwacji ptaków, zbudowany przez Damiana Maynarda w Hadelandzie w Norwegii.

Budowa schroniska Böseckhütte na wysokogórskim szlaku w austriackich Alpach trwała 20 lat. Ale to wyjątkowy przypadek. Najpierw jednak trzeba poznać miejsce, w którym stawiamy dom. Zobaczyć, którędy wędruje tu słońce, skąd wieje wiatr i idealnie dopasować budynek do panujących w danym miejscu warunków.

Schronisko Böseckhütte w austriackich Alpach. W środku spartańskie warunki:nie ma piecyka ani wody. Schronisko Böseckhütte w austriackich Alpach. W środku spartańskie warunki:
nie ma piecyka ani wody.

Prosta konstrukcja i materiały z odzysku. To druga wspólna cecha domków DIY, „zrób to sam”. Ben Sargent kupił dwustuletnią stajnię w stanie Nowy Jork, rozłożył ją, a następnie złożył ponownie w Górach Zielonych w stanie Vermont. Pracował dwa lata, zanim wszystkie deski trafiły na swoje miejsce. Sercem domu jest zabytkowy piecyk z płytą, która wciąż nadaje się do gotowania. Większość wyposażenia została zaadaptowana lub uratowana przed zniszczeniem, jak podłogi pochodzące z pobliskiej szkoły.

Bent Apple Farm – dom zainspirowany domkiem dla lalek, powstał z dwustuletniej stajni. Wnętrze jest celowo proste i surowe. Bent Apple Farm – dom zainspirowany domkiem dla lalek, powstał z dwustuletniej stajni. Wnętrze jest celowo proste i surowe.

W podobnym stylu swój domek, w typie Brda, czyli trójkątnego domku letniskowego, zbudowali w Anglii Siobhan i Peter. Szyby zdobyli od firmy zajmującej się podwójnym szkleniem, drewno to pozostałości z renowacji innych domów, a konstrukcję zbudowali z walijskiego modrzewia od lokalnego dostawcy.

Reclaimed A-Frame, w budowę tej chatki właściciele zainwestowali jedynie 2600 dolarów. Pembrokeshire, Anglia. Reclaimed A-Frame, w budowę tej chatki właściciele zainwestowali jedynie 2600 dolarów. Pembrokeshire, Anglia.

Chata to styl życia

Życie w zbudowanej przez siebie od podstaw lub odnowionej chacie – niezależnie od tego, czy są to amerykańskie i kanadyjskie cabins, niemieckie Hutten, angielskie cottages, rosyjskie dacze i chyżyny, czy skandynawskie hytter – oparte jest na zespoleniu z naturą i pogodą. Na minimalizacji potrzeb i rzeczy.

Bianca Apostol i Daniel Vernooij w swoim domu na czterech kołach. Gandawa, Belgia. Bianca Apostol i Daniel Vernooij w swoim domu na czterech kołach. Gandawa, Belgia.

Jeden z bohaterów książki „Cabin Porn. Wnętrza” mówi, że „czynność tak prosta, jak zaparzenie kubka porannej kawy, urasta tu do rangi misternego rytuału: trzeba porąbać drewno, powoli podgrzać wodę i doglądać zmielonych ziaren, jakby pełniło się duchową posługę”.

Domek „kukułcze gniazdo”, usytuowany wśród wierzchołków drzew, sześć metrów nad ziemią. Gjerstad, południowa Norwegia. Domek „kukułcze gniazdo”, usytuowany wśród wierzchołków drzew, sześć metrów nad ziemią. Gjerstad, południowa Norwegia.

Nahiro Nakumara, który porzucił Tokio na rzecz życia na wyspie Hokkaido, najdzikszym rejonie Japonii, podkreśla konieczność większej samodzielności i samowystarczalności. „Kiedy mieszkałem w Tokio, wszystko rozwiązywałem za pomocą pieniędzy” – mówi. „Jeśli w domu pojawił się jakiś problem, wzywałem fachowca. Teraz, kiedy coś trzeba zrobić, najpierw próbuję to zrobić sam”. A w niedogodnościach wiejskiego życia – takich jak praca w polu latem czy odśnieżanie zimą – Nahiro widzi nie ograniczenia, lecz możliwości: „Tutaj nie trzeba chodzić na siłownię”.

The Undercroft, okrągły dom inspirowany projektami ziemianek. Berllan Dawel, Walia. The Undercroft, okrągły dom inspirowany projektami ziemianek. Berllan Dawel, Walia.

Zdjęcia pochodzą z książki "Cabin Porn. Wnętrza", Wydawnictwo Smak Słowa.

Cabin Porn. Wnętrza oprac. Zach Klein, wyd. Smak Słowa Druga część albumu „Cabin Porn. Podróż przez marzenia – lasy i chaty na krańcach świata” Zacha Kleina. Tym razem możemy zajrzeć do środka niesamowitych domków. Cabin Porn. Wnętrza oprac. Zach Klein, wyd. Smak Słowa Druga część albumu „Cabin Porn. Podróż przez marzenia – lasy i chaty na krańcach świata” Zacha Kleina. Tym razem możemy zajrzeć do środka niesamowitych domków.

  1. Styl Życia

Dom Beaty Sadowskiej - opowieści ognia i gór

Mimi, suczka Beaty Sadowskiej, podobnie jak domownicy, uwielbia się wygrzewać przed kominkiem. (Fot. Celestyna Król)
Mimi, suczka Beaty Sadowskiej, podobnie jak domownicy, uwielbia się wygrzewać przed kominkiem. (Fot. Celestyna Król)
Zobacz galerię 9 Zdjęć
U podnóży Alp, z kominkiem, krowimi dzwonkami i widokiem na Mont Blanc. W tym klimatycznym górskim wnętrzu Beata Sadowska znajduje schronienie i spokój, nie tylko w czasie pandemii.

Dom jest położony na wysokości 1250 metrów nad poziomem morza, nie jest więc typowo górskim domem. To stara, prawie 300-letnia stodoła, przerobiona na mieszkania. Jak to się mówi, dom z duszą. Idealnie wkomponowany w otoczenie, zrobiony z kamienia i drewna. Kiedy pierwszy raz przyjechałam go obejrzeć, Paweł, mój partner, bał się, że mi się nie spodoba. Było wtedy strasznie zimno, a do tego lało. Pomyślałam sobie: „Boże, gdzie ja jestem?!”. Ale kiedy weszłam do środka i zobaczyłam ogień w kominku, poczułam, że tu jest właśnie moje miejsce. Od razu skradł mi serce.

(Fot. Celestyna Król) (Fot. Celestyna Król)

Ciepłolubna

Lubię przestrzenie, które są prawdziwe, nie z katalogu, nie wygładzone i nieskazitelne, ale które pokazują historię ludzi w nich mieszkających. Lubię też inteligentną architekturę, która się wpisuje w krajobraz. A ten dom tak właśnie ma. Salon połączony z kuchnią, z wielkim oknem i widokiem na Mont Blanc, jest jednocześnie kuchnią, jadalnią, pokojem dzieci, biurem moim, Pawła i jeszcze legowiskiem naszej suczki Mimi. Jest stale bijącym sercem domu. Paweł się czasem denerwuje, że szybko robi się tu bajzel, ale mu tłumaczę, że jak dom żyje, to musi być to widać.

(Fot. Celestyna Król) (Fot. Celestyna Król)

Nie lubię, jak dom jest muzeum, i nie lubię, jak jest katalogiem sztuki współczesnej. Żadna z tych historii nie jest moja. Wolę łączyć te dwa światy. Mamy tu mnóstwo starych sprzętów, ale takich naprawdę starych, jak drewniane narty, stare łyżki, zdjęcia i obrazy na ścianach. A do tego bardzo wygodne łóżko z porządnym materacem, zupełnie współczesne lampy, przy których mogę prowadzić warsztaty czy nagrywać wykłady, i sprzęt grający, bo oboje bardzo lubimy muzykę.

Wygodne łóżko to podstawa. (Fot. Celestyna Król) Wygodne łóżko to podstawa. (Fot. Celestyna Król)

Mamy też kominek. Jestem z natury ciepłolubna, a w ogień mogę się gapić godzinami. Uważam, że ma w sobie niesamowitą magię. Uwielbiam taki obrazek: dzieci siadają przed nim wieczorem na wielkich pufach i zasypiają kołysane rytmem naszych głosów, a my je tylko przenosimy potem do łóżeczek.

Nowoczesność miesza się tu z tradycją. (Fot. Celestyna Król) Nowoczesność miesza się tu z tradycją. (Fot. Celestyna Król)

Dom ma dwa tarasy, na jednym jest słońce rano, na drugim – po południu. Latem podążamy za nim, przenosząc się tam, gdzie akurat świeci. No i ta natura wokół... Wchodzi oknami, drzwiami i każdą wolną przestrzenią. Góry to kolejny żywioł, który mogłabym podziwiać bez przerwy. Z jednej strony piękne, z drugiej – budzące szacunek i uczące pokory. Oczywiście każdego, kto jest rozsądny. Nasi goście po dwóch dniach pobytu mówią, że tak odpoczęli, jakby byli tu co najmniej tydzień. Nie ma nic bardziej kojącego, a jednocześnie dodającego energii niż te dwa widoki: ogień i góry.

Drewniane drzwi w łazience prowadzą do prysznica i sauny, idealnego zakończenia górskich wycieczek. (Fot. Celestyna Król) Drewniane drzwi w łazience prowadzą do prysznica i sauny, idealnego zakończenia górskich wycieczek. (Fot. Celestyna Król)

Wspólnie z Pawłem postanowiliśmy, że odkąd pojawiły się dzieci, nie będę ekstremalnie chodzić po górach. Praca Pawła – a jest przewodnikiem wysokogórskim – jest już wystarczająco wymagająca i niebezpieczna, żebyśmy oboje się narażali. Ale nadal spaceruję i biegam po górach. To nie są żadne sporty wyczynowe, robię to wyłącznie dla siebie i odpoczynku, dla większej przestrzeni i ciszy w głowie.

'Ten obraz, podobnie jak cały dom,skradł mi serce. Nie wiem, co w nim takiego jest, ale napełnia mnie radością' - mówi Beata Sadowska. (Fot. Celestyna Król) "Ten obraz, podobnie jak cały dom,skradł mi serce. Nie wiem, co w nim takiego jest, ale napełnia mnie radością" - mówi Beata Sadowska. (Fot. Celestyna Król)

Podarowany czas

Pandemia zastała nas właśnie tutaj. Na początku, zgodnie z rozporządzeniami, mogliśmy wychodzić dwa kilometry od domu, potem na godzinę w ciągu dnia. Cieszyliśmy się zatem każdą chwilą na łonie natury. Dla wielu osób ten czas był okazją do zatrzymania się, skupienia na sobie i swoich potrzebach. Wyobrażam sobie, że tam, gdzie są patologia i przemoc, zamknięcie w domu mogło być wielkim dramatem. Z pewnością trudno było też ludziom, którzy nie lubią i nie potrafią być razem albo są przestymulowani do tego stopnia, że cisza, bezruch i spokój ich męczą. Dla mnie to był czas podarowany.

Oryginalne krowie dzwonki nad łóżkiem. Alpejskie krowy, pasąc się na pastwiskach, przemieszczając się, bez przerwy nimi dzwonią. Latem Beata uwielbia zasypiać przy tym dźwięku. (Fot. Celestyna Król) Oryginalne krowie dzwonki nad łóżkiem. Alpejskie krowy, pasąc się na pastwiskach, przemieszczając się, bez przerwy nimi dzwonią. Latem Beata uwielbia zasypiać przy tym dźwięku. (Fot. Celestyna Król)

Na co dzień kursuję zwykle między Warszawą a Chamonix, Paweł ma pracę w górach, więc często jest w terenie. Dawno się więc nie zdarzyło, żebyśmy spędzili jako rodzina tyle czasu razem. W dodatku razem z przyjaciółką właśnie na ten moment zaplanowałyśmy start naszego wspólnego dzieła – platformy poświęconej rozwojowi osobistemu Mentalist.pl. Nie przypuszczałyśmy, że tak idealnie wstrzelimy się w moment i w potrzeby ludzi. Bo nagle wszyscy zaczęli bardzo dużo czasu spędzać przed ekranami komputerów i smartfonów. Ale też zagłębiać się w siebie, stawiać sobie podstawowe, jakże ważne pytania: Kim jestem? Gdzie jestem? Z kim jestem? Chciałabym, żeby Mentalist.pl stał się przestrzenią, która będzie inspirowała do znajdywania na nie właściwych odpowiedzi. Nasi eksperci i wykładowcy mówią dużo o zarządzaniu stresem i budowaniu odporności, ale też o intuicji, szukaniu swojej drogi, zmianie. Sama w tym czasie nagrywałam dużo live’ów z psychologami i socjologami, ale też z moimi ćwiczeniami oddechowymi i rytuałami tybetańskimi. Nadal to robię.

Idealnie wkomponowany w otoczenie, surowy i prosty, a jednocześnie ciepły i przytulny – taki właśnie jest ten dom. (Fot. Celestyna Król) Idealnie wkomponowany w otoczenie, surowy i prosty, a jednocześnie ciepły i przytulny – taki właśnie jest ten dom. (Fot. Celestyna Król)

To nie tak, że nagle doceniłam ciepło domowego ogniska, bo ja je doceniam od dawna. I tak jak kocham podróże, tak uwielbiam z nich wracać. Zawsze uwielbiałam. Dom był i jest moją oazą. Ja z niego nigdy nie uciekam i wciąż z wielką przyjemnością do niego wracam. I to się nie zmieniło. 

  1. Psychologia

Sztuka samoograniczania. Skromniej znaczy lepiej

Problem z nadmiarem rzeczy wokół nas bierze się stąd, że nie znamy siebie, swoich potrzeb, nie wiemy, co tak naprawdę nam się podoba, tylko kupujemy to, co właśnie jest reklamowane w telewizji. (Fot. iStock)
Problem z nadmiarem rzeczy wokół nas bierze się stąd, że nie znamy siebie, swoich potrzeb, nie wiemy, co tak naprawdę nam się podoba, tylko kupujemy to, co właśnie jest reklamowane w telewizji. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Mamy wszystkiego za dużo, a pragniemy jeszcze więcej. Toniemy w nadmiarze, a dokładamy sobie kolejną zdobycz. A może by tak zamiast zdobywać – zacząć się pozbywać?

Pozbywanie się jest nie lada sztuką. Wiedzą o tym wszyscy, którzy muszą spakować rzeczy przed przeprowadzką albo remontem. Tego szkoda, tamto cenne, owo może się przydać. O wiele łatwiejsze jest gromadzenie. Widzimy coś i czy jest nam to potrzebne, czy nie, wkładamy do koszyka. Bo kiedyś będzie jak znalazł. Bo po okazyjnej cenie. I ani się obejrzymy, jak gromadzenie staje się swego rodzaju przymusem. Przed laty Warszawę obiegła informacja o starszej kobiecie, która do swojego mieszkania na Żoliborzu znosiła rzeczy ze śmietnika. Kiedy nie dawała znaku życia, zaniepokojeni sąsiedzi wezwali pomoc. I wtedy okazało się, że kobieta została uwięziona przez rupiecie, którymi zawaliła mieszkanie od podłogi po sufit. Znam inną starszą panią, która trzyma w kuchni zapasy cukru, mąki, kasz. Na wszelki wypadek. Z kolei pewien mężczyzna nie jest w stanie pozbyć się niczego po rodzicach, mimo że ci nie żyją od 15 lat. Mój znajomy, dziennikarz, od lat zbiera gazety. Ma ich w pokoju takie sterty, że przemieszcza się pomiędzy nimi wąskim tunelem. Gdy pytam, kiedy się ich pozbędzie, odpowiada: „Nie po to zbierałem je przez całe życie, żeby teraz wyrzucać”.

Korzystam z tego, co mam

Skąd w ludziach taka potrzeba? Psycholog Jarosław Przybylski: – Pod potrzebą nadmiernego gromadzenia rzeczy mogą kryć się różne psychologiczne problemy, a nawet choroby. Często okazuje się, że źródła manii zbieractwa sięgają przeżyć z okresu dzieciństwa. Na przykład ludziom, którzy jako dzieci nie mieli stałego domu, nieustannie się przeprowadzali albo żyli w domach dziecka, przedmioty mogą dawać poczucie stabilności, kompensować cierpienie, działać niczym lekarstwo. Tacy ludzie przywiązują się do rzeczy, ponieważ te nigdy ich nie zranią. Czasem przedmioty są czymś w rodzaju tarczy ochronnej, zasłony oddzielającej człowieka od świata, poprzez którą zbieracz chce niejako odwrócić uwagę innych od siebie i skierować ją na to, co gromadzi. Z kolei przechowywanie rzeczy po bliskich zmarłych bywa rozpaczliwą próbą odwrócenia biegu zdarzeń, zatrzymania bliskich choćby pod postacią owych rzeczy. Robienie zapasów jest natomiast domeną starszych ludzi, którzy przeżyli niedostatek, wojnę. Daje im to poczucie bezpieczeństwa i kontroli nad swoim życiem. I dopóki pozwala im normalnie funkcjonować, nie ma powodów do obaw. Gorzej, gdy staje się maniakalne, wtedy może oznaczać nawet poważną chorobę, zwaną zespołem Diogenesa.

Jak wyjaśnia psycholog, przypadłość ta polega na manii zbieractwa i zagracania swojego domu rzeczami, które chory traktuje jako absolutnie niezbędne do życia, choć nie są mu do niczego potrzebne. Choroba ta dotyka ludzi niezależnie od wykształcenia i statusu majątkowego. I co ciekawe, cierpiące na nią osoby podobnie jak hazardziści nie uważają swojego zachowania za patologiczne. Amerykańscy psychologowie badający tę chorobę odkryli, że za gromadzenie zapasów potrzebnych do przeżycia odpowiada przedczołowa kora mózgowa, ta sama, która jest też odpowiedzialna za podejmowanie decyzji, przyswajanie złożonych informacji, porządkowanie myśli. Otóż okazuje się, że u osób dotkniętych zespołem Diogenesa praca tej części mózgu jest zaburzona. Przyczyny tych zaburzeń nie poznano do końca, podejrzewa się wpływ urazów głowy i niektórych leków.

Przestać gromadzić to pierwszy niezbędny krok do uporządkowania swojego życia. Ale drugi – zacząć pozbywać się tego, co niepotrzebne – często okazuje się nie do przejścia. Dlatego na początek warto zrobić eksperyment polegający na tym, że korzystamy tylko z tego, co mamy. A mamy dużo, o wiele więcej, niż myślimy.

Przekonałam się o tym w dość spektakularny sposób w pewien piątek przed majowym weekendem z niehandlową niedzielą. Przyjaciółka zaprasza mnie na Mazury, więc nie robię zakupów. Ale nieoczekiwanie dopada mnie bolesna kontuzja i z planów nici. No i jak tu przeżyć dwa dni z pustą lodówką? Okazuje się jednak, że wcale nie taką pustą. Z tego, co w niej znalazłam, dało się wykroić śniadanie (kozi serek, maślanka), obiad (risotto z cukinią i suszonymi pomidorami), kolację (pomidory), a nawet poniedziałkowe śniadanie (reszta koziego serka). Gdybym wyjechała, to wszystko wylądowałoby pewnie w koszu. No a gdybym wiedziała, że zostanę – przeznaczyłabym kilka godzin, dużo energii i pieniędzy, żeby zaopatrzyć dom w niezbędne produkty, bez których – jak mi się wydawało – nie da się przetrwać nawet jednego dnia. Przetrwałam dwa, a mogłabym więcej. Zyskałam czas i energię. Zrobiłam miejsce na świeże jedzenie w lodówce. Zaoszczędziłam. A przede wszystkim odkryłam, że nie tylko jedzenia w lodówce mam za dużo.

Dominique Loreau w książce „Sztuka minimalizmu w codziennym życiu” stawia podobną diagnozę: Ludzie Zachodu uginają się pod ciężarem nadmiaru – stosu gadżetów, sprzętów, ubrań, które ich przytłaczają, zajmują miejsce, obciążają umysł, emocje. A każda zbędna rzecz zagraca nie tylko przestrzeń, ale też i głowę. No bo skoro już coś mam, to muszę tego używać, odkurzać, konserwować. A jeśli nie używam – to biję się z myślami: „dlaczego” i mam wyrzuty sumienia, po co tę rzecz kupiłam, skoro stoi i się marnuje. Tak czy siak owo „za dużo” zajmuje mój umysł! Dlatego autorka nawołuje: „Usuń zbędne rzeczy ze swojego otoczenia, a przegonisz je ze swojego umysłu. Stwórz wokół siebie przestrzeń, zanim dasz się wciągnąć w błędne koło, z którego będzie ci coraz trudniej wyjść. Dobra materialne ograniczają nas dużo bardziej niż zła pogoda czy brak pieniędzy!”. Proponuje zacząć od przyjrzenia się rzeczom, które nas otaczają, tym wszystkim przedmiotom codziennego użytku, drobiazgom stojącym na szafkach i biurku. I od zadania sobie pytań: Czym te rzeczy są dla mnie? Czy są mi naprawdę potrzebne?

Psycholog Jarosław Przybylski: – Problem z nadmiarem rzeczy wokół nas bierze się stąd, że nie znamy siebie, swoich potrzeb, nie wiemy, co tak naprawdę nam się podoba, tylko kupujemy to, co właśnie jest reklamowane w telewizji. A że reklam jest dużo, a każda z nich wmawia nam, że owe „dobra” uczynią nas młodszymi, zdrowszymi, piękniejszymi, szczęśliwszymi, no to lecimy, kupujemy i stawiamy na szafce jak prawdziwe trofeum.

Kim jestem i o czym marzę

Porządkowanie przestrzeni, która nas otacza, zawsze trzeba zacząć od porządkowania siebie: Kim jestem dzisiaj? Co lubię robić? Z czym (i w czym) dobrze się czuję? Co sprawia mi prawdziwą radość? W jakim kierunku chciałabym się rozwijać? Jakie są moje marzenia?

Takie pytania zadał sobie ponad 20 lat temu Janusz Olenderek, wtedy warszawianin, prezes Fundacji „Centrum Europejskie Natolin”, dziś gospodarz Ośrodka Działań Twórczych „Mandala” w Targoszowie w Beskidzie Niskim. Swojego miejsca szukał długo. Absolwent warszawskiej ASP, po studiach żył z malowania, pracował jako nauczyciel w liceum plastycznym. Życie wiódł niespieszne, na swój sposób ciekawe, ale jakby uśpione. W 1989 roku rozpoczął pracę w Urzędzie Rady Ministrów. Dwa lata później dostał propozycję objęcia stanowiska dyrektora Fundacji „Centrum Europejskie Natolin”, która koordynowała tworzenie w Warszawie filii Uniwersytetu Europejskiego w Brugii. Nagle z sielskiej rzeczywistości trafił w samo centrum wydarzeń.

– Miałem poczucie, że oto dzieje się historia i ja w niej uczestniczę – wspomina. Dostaje pensję, od której kręci się w głowie. Ma do dyspozycji biuro w stylowej rezydencji w parku Natolińskim, samochody służbowe, dwa telefony komórkowe. Spotyka ludzi z pierwszych stron gazet, pracuje w świetnym zespole. Natolin rozkwita. Staje się wizytówką Polski, gości prezydentów i premierów. – Można powiedzieć, że żyłem jak w raju. Miałem wszystko, czego dusza zapragnie, a tak naprawdę czułem, że to nie jest moje miejsce. Dusiłem się jak koń w za ciasnym chomącie. Dużo się nauczyłem, ale nie wyobrażałem sobie, że mógłbym w taki sposób spędzić całe życie. Tęskniłem do ciszy.

Do podjęcia decyzji o rzuceniu pracy dojrzewał powoli. O swoich zamiarach mówił współpracownikom, nikt jednak nie wierzył, że dyrektor może ot tak to rzucić i odejść. Do dziś niektórzy pukają się w czoło. A on odszedł. – Przełomu nie było – mówi. – To był długi proces. Zaczął się zapewne już w młodości od wielkich pragnień, żeby zamieszkać w górach. Co jakiś czas oglądałem tu różne domy, ale wtedy nie mogłem sobie pozwolić na kupno. Miałem jednak przekonanie, że kiedyś będzie to możliwe. Wszystko ma swój czas. Utkwiło mu w pamięci zdanie z jakiejś książki: Żyjmy tak, żeby na łożu śmierci mieć poczucie, że się nie zmarnowało życia, że się zrealizowało swoje marzenia. To jedno zdanie było kroplą, która przelała czarę. Porozmawiał chwilę ze sobą: „Żyję w komforcie, otoczony przyjaźnią, prestiżem, jestem przez wszystkich rozpieszczany, ale czy zrealizowałem to, o czym marzę?”. Odpowiedź brzmiała: „Nie!”.

– Dla kogoś z zewnątrz to mogło wyglądać jak desperacki krok – mówi. – Ale dla mnie to nie była żadna rewolucja, tylko ewolucja. Decyzji nie podjąłem z dnia na dzień, nie rodziła się w bólach, nie analizowałem argumentów za i przeciw. Po prostu odszedłem w głębokim przeświadczeniu, że tak należy zrobić. A wszystko dlatego, że zadałem sobie pytanie: Kim jestem i o czym marzę?

Zamykam przeszłość

Psycholog Jarosław Przybylski: – Posiadanie rzeczy stabilizuje i porządkuje nasze życie, daje też poczucie bezpieczeństwa. Więc nie chodzi o to, aby kompletnie wyzbyć się wszystkiego. Chodzi o to, aby pozbyć się nadmiaru rzeczy, bo wszelki nadmiar wprowadza w naszą codzienność chaos, przytłacza nas i zamyka w uciążliwej rutynie.

Od czego zacząć? Może właśnie od przejrzenia lodówki? To świetne miejsce do trenowania pozbywania się tego, co niepotrzebne. Jak słusznie zauważa Dominique Loreau, zawsze znajduje się w niej coś, co nadaje się do wyrzucenia, natychmiast. A my, choć otwieramy lodówkę tak często (a może właśnie dlatego), już nawet nie widzimy w niej tego, czego nigdy nie używamy, co sobie stoi, aż spleśnieje. Autorka proponuje przyjrzeć się zawartości naszych lodówek i na początek opróżnić tylko jedną półkę. Prawda, jaki miły i zachęcający widok? No to opróżnijmy drugą i trzecią. Taki lodówkowy remanent powinien natchnąć nas do zmiany przyzwyczajeń w robieniu zakupów. Czyli do kupowania tylko tego, co zużyjemy. Bo jak powiedział Seneka: Nigdy nie jest mało tego, co starcza. Eksperyment z lodówką pokazuje, że mniej naprawdę znaczy więcej – mniej zbędnego jedzenia oznacza więcej miejsca na półkach, więcej ładu, ale też czasu i pieniędzy w portfelu. Podobny efekt możemy uzyskać, przeprowadzając remanent w całym domu. A potem przyjdzie kolej na porządkowanie życia.

Jak się do tego zabrać? Dominique Loreau w książce „Sztuka minimalizmu w codziennym życiu” pisze: „Jeśli naprawdę pragniesz zmienić swoje życie, usunąć z niego wszystko, co powoduje w nim szeroko pojęte zatłoczenie, jeśli chcesz, żeby twoje życie nabrało rozpędu, zyskało nową jakość, najbardziej radykalnym sposobem jest wyjechać w długą podróż”.

Taką metodę praktykuje wielu Amerykanów. Raz na jakiś czas rzucają pracę, pozbywają się wszystkiego, co mają, często nawet domu, i wyruszają w długą, trwającą czasem lata wyprawę. A wszystko po to, aby przemyśleć swoje życie. Ci, którzy odbyli taką podróż, twierdzą, że w starych dekoracjach, wśród starych rzeczy i nawyków żadnej zmiany przeprowadzić się nie da.

Nie każdy może pozwolić sobie na tak radykalne rozwiązanie. Ale każdy może spróbować choć raz w życiu zafundować sobie jakiś dłuższy wyjazd. Opuszczenie domu na dłużej zmusza nas do uporządkowania go przed wyjazdem, dokonania selekcji tego, co ze sobą zabierzemy, a więc do przejrzenia rzeczy w bardziej wnikliwy sposób, niż to robimy zazwyczaj. To idealna okazja do pozbycia się tego, co nie jest nam już potrzebne. Do zamknięcia za sobą nie tylko tych prawdziwych drzwi, ale także tych symbolicznych, za którymi zostawiamy przeszłość. Podobno to nieporównywalne do żadnego innego uczucie. Lekkości, radości, wolności. Jarosław Przybylski: – Już Horacy powiedział, że najlepszy jest umiar, złoty środek. A my dzisiaj kompletnie o tym zapomnieliśmy, chcemy więcej i więcej. Współczesny człowiek dał się owładnąć konsumpcyjnemu szaleństwu – kupuje nawet to, co zupełnie nie jest mu potrzebne. Bo akurat jest promocja albo coś ładnie wygląda. I w ten sposób zawala dom gadżetami, których nigdy nie używa. Gdzie tu zdrowy rozsądek?   

Dominique Loreau w książce „Sztuka umiaru” pisze: „Aby czuć się dobrze, powinniśmy unikać wszelkiego nadmiaru w naszym życiu. Oznacza to również uświadomienie sobie, że w życiu nie ma wzlotów bez upadków, ale nie ma też samych upadków bez wzlotów! To my jesteśmy panami i strażnikami ciała i umysłu. Tylko my jesteśmy w stanie się o nie zatroszczyć i dobrze je poznać. Jedynie my sami możemy uświadomić sobie naszą tożsamość kulinarną, nasze upodobania, aspiracje i myśli”.

Wiele osób, zwłaszcza młodych, może zbulwersować problem, który poruszam. Już to słyszę: „Samoograniczanie się? Z czego? Przecież jestem na dorobku, nie mam stałej pracy, oszczędności, swojego mieszkania, rodziny”.

To wszystko prawda. Ale ja widzę także drugą stronę medalu: rozbuchane oczekiwania młodych, którzy chcą mieć wszystko już, natychmiast. Którzy bez ogródek werbalizują swoje roszczenia: „Skoro skończyłam trzy kierunki, znam cztery języki, zjeździłam pół świata, to należy mi się ciekawa, dobrze płatna praca”. Pytam wtedy: „A co naprawdę lubisz robić? Co jest twoją pasją?”. I tu zapada na ogół cisza. Albo pojawia się święte oburzenie: „Powinnam dostać pracę, jestem przecież bardzo dobrze wykształcona!”.

Psycholog Jarosław Przybylski: – Młodzi ludzie nie mają dzisiaj wymarzonej sytuacji, ale czy młodzi mieli ją kiedykolwiek? Po co im ten nadmiar kierunków studiów, wszelkiego rodzaju kursów, warsztatów? Czy nie lepiej skupić się na jednej dziedzinie, ale penetrować ją do głębi? Albo – tak jak to bywa w wielu krajach – po maturze dać sobie prawo do rocznej przerwy, rozejrzeć się, zastanowić, co chciałbym robić, popracować w wymarzonym miejscu. I dopiero wtedy zadecydować. Moim zdaniem młodych ludzi gubi dzisiaj nadmiar możliwości i niedostatek wiedzy o sobie. Studiują po kilka kierunków, a nie mają pojęcia, kim są, co im leży na sercu. A od tego trzeba zacząć.

  1. Styl Życia

Na lepszy rok. Kalendarz od polskich twórców na świąteczny prezent

Kalendarz Wycinki w termosie x Papierniczeni. (Fot. materiały prasowe)
Kalendarz Wycinki w termosie x Papierniczeni. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 9 Zdjęć
Rok 2020 dał nam wszystkim w kość. Sprawmy więc, by 2021 był zdecydowanie spokojniejszy, zdrowszy, bardziej inspirujący - po prostu piękniejszy. A dobrym tego początkiem będzie kalendarz na prezent komuś bliskiemu lub samemu sobie. Oto nasz wybór najpiękniejszych kalendarzy od polskich twórców na 2021 rok. 

Wycinki w kalendarzu

Kalendarz 'Wycinki w termosie' 2021, Papierniczeni X Wycinki w termosie, cena: 85 zł. Kalendarz "Wycinki w termosie" 2021, Papierniczeni X Wycinki w termosie, cena: 85 zł.

Ten kalendarz będzie idealny nie tylko dla miłośników "Wycinków w termosie", czyli genialnych kolaży słownych z wycinków prasowych, które tworzy Gosia Konieczna, ale również dla minimalistów. Niemal wszystkie wycinki powstały z myślą o kalendarzu i nie były dotąd publikowane. Kalendarz zawiera 70 kolaży – po jednym na każdy tydzień oraz dwanaście otwierających każdy miesiąc – które wspierają, bawią, wprowadzają w zadumę, inspirują i odwracają perspektywę. Kalendarz ma piękną, grafitową okładkę i można go kupić w dwóch wersjach - z detalami w kolorze szaro-srebrnym lub szaro-złotym. Jest dostępny na stronie papierniczeni.pl.

Ekologia i minimalizm

Ilustrowany kalendarz 2021, KOI Book, cena: 120 zł. Ilustrowany kalendarz 2021, KOI Book, cena: 120 zł.

Ekologiczny, unikatowy, tworzony ręcznie kalendarz z przepięknymi ilustracjami wspaniałej artystki - Anny Bartosiewicz. Jest wykonany z papieru z renomowanej i najbardziej ekologicznej papierni na świecie – Munken Pure, a okładka została zrobiona z papieru pochodzącego z recyklingu. Prostota, minimalizm i ekologia - połączenie idealne. Do kupienia na stronie internetowej Targów Rzeczy Ładnych.

Wzory z natury

 

Wyświetl ten post na Instagramie.
 

Post udostępniony przez Pan Kalendarz (@pan_kalendarz)

Pan Kalendarz powstaje nieprzerwanie od 2013 roku, a zaprojektowała go grupa znajomych ze studiów: Ola Dębniak-Gocławska, Palina Rek-Gromulska oraz Joanna Walczykowska i Mateusz Kowalski. Kalendarz na 2021 rok jest uniwersalny, jednak, dzięki okładkom w kolorze głębokiego granatu, idealny jako prezent dla mężczyzn. Dostępny w trzech wzorach okładki - kąty, porost i woda. W środku każdego z nich przejrzysty układ, ciekawe ilustracje, kiszonka na drobiazgi oraz dużo miejsca na notatki, zapiski i bazgroły. Do kupienia na pankalendarz.com, cena: 70 zł.

Kwiaty w torebce

Kalendarz Ana Rudak, Papiery Wartościowe, cena: 119 zł. Kalendarz Ana Rudak, Papiery Wartościowe, cena: 119 zł.

To zdecydowanie mój faworyt. Okładka, na którą nie można się napatrzeć. Jej przepiękny wzór zaprojektowała Ana Rudak. Każdy miesiąc to w tym kalendarzu osobny rozdział - rozpoczyna go ogólny plan miesiąca, a następnie plan tygodnia na jednej stronie (z lewej strony karty) oraz miejsce na notatki (z prawej). Na końcu kalendarza znajduje się plan na 2022 rok oraz notatnik. Do kupienia na stronie internetowej Targów Rzeczy Ładnych oraz papiery.pl. Warto sprawdzić również inne wzory kalendarzy od Papierów Wartościowych - są przepiękne!

Nowoczesny, na ścianę

Kalendarz ścienny, Kal-Store, cena: 129 zł. Kalendarz ścienny, Kal-Store, cena: 129 zł.

Kalendarz ścienny, który świetnie będzie pasował zarówno do nowoczesnych, jak i klasycznych wnętrz. Kal to minimalistyczny i ponadczasowy kalendarz ścienny, zaprojektowany tak, by wyraźnie przypominać to co ważne. Składa się z metalowego haczyka i sześciu dwustronnych arkuszy wysokogatunkowego papieru o gramaturze dobranej tak, by zachował niezmienny kształt, nie gniótł się i nie zawijał. Czytelna siatka każdego tygodnia pozwala przejrzyście zaplanować każdy dzień i miesiąc – dzięki czemu staje się wygodnym organizerem. Do kupienia na stronie internetowej Targów Rzeczy Ładnych oraz kal-store.com.

Naturalnie piękny

Patrząc na ilustrację na okładce aż czuje się spokój, zupełnie jak podczas zachodu słońca wysoko w górach. W Pracowni Zeszytów Ireny Dżyga-Rudzkiej powstały ręcznie oprawiane kalendarze z pięknymi, naturalnymi okładkami. Kalendarze wyjątkowe, bo przeplatają się w nich drobne, słowne kolaże. Takie prawdziwe – wycięte z papieru nożyczkami, ułożone w kompozycje i zeskanowane do projektu. Na każdej lewej stronie znajduje się rozpiska dni tygodnia, po prawej pusta strona w kropki na notatki. Miesiąc zaczyna się skrótowym, poglądowym kalendarzem. Na końcu kalendarza znajduje się kolorowanka antystresowa, trackery nawyków oraz kalendarz skrócony na 2022 rok. W kalendarzu jest 11 dodatkowych stron na notatki. Do kupienia na stronie internetowej notebooks-design.com, cena: 129 zł.

Kobiecy kalendarz

 

Wyświetl ten post na Instagramie.
 

Post udostępniony przez Marta Chmielecka (@pod_kloszem)

Kalendarz ścienny firmy Pod kloszem to dwanaście kobiecych ilustracji, które w oryginale zostały narysowane cienkopisem. Każda kobieta symbolizuje inną cechę - może to być wielozadaniowość, asertywność, uważność, empatia czy siła. Pięknie dopełni wnętrze, a jednocześnie nacieszy oko. Do kupienia na stronie podkloszem.pl, cena: 89 zł.

Kalendarz roślinny

Ilustrowany roślinny eko-kalendarz na 2021, Aleksandra Stanglewicz, cena: 99zł. Ilustrowany roślinny eko-kalendarz na 2021, Aleksandra Stanglewicz, cena: 99zł.

Coś dla miłośników roślin, botaniki, miejskich ogrodów i domowych dżungli albo po prostu osób, które tęsknią za kontaktem z naturą. Ilustratorka Aleksandra Stanglewicz stworzyła wyjątkowy kalendarz z pięknymi, ręcznie malowanymi akwarelowymi roślinami. Króluje w nim zieleń, prostota i... ekologia. Bo kalendarz został wydrukowany na najwyższej jakości ekologicznym papierze recyklingowym. Co więcej, powstał w duchu less waste, bo każdą z 12 ilustracji będzie można wyciąć, oprawić i powiesić na ścianie. Do kupienia na stronie pakamera.pl.