1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Aplikacje randkowe - czy miłość z Internetu to przyszłość?

Aplikacje randkowe - czy miłość z Internetu to przyszłość?


Najtrudniejsze na pierwszej prawdziwej randce jest to, że trzeba się otworzyć przed totalnie obcym człowiekiem. Że nie wiadomo, jak ten ktoś się zachowa. (Ilustracja: Piotr Kowalczyk)
Najtrudniejsze na pierwszej prawdziwej randce jest to, że trzeba się otworzyć przed totalnie obcym człowiekiem. Że nie wiadomo, jak ten ktoś się zachowa. (Ilustracja: Piotr Kowalczyk)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Aplikacje randkowe kojarzą coraz więcej par na całym świecie. Czy Internet pomaga, czy przeszkadza w nawiązywaniu głębszych relacji? A może je bezpowrotnie zmienia? Czym taka miłość różni się od tej tradycyjnej? I wreszcie – czy to przyszłość?

 

Miłość internetowa - bez romantyzmu?

Bogna, lat 38, romanistka, rozwiedziona, pracuje na uniwersytecie, ma dorastającego syna: – Jakie szanse na poznanie mężczyzny ma kobieta pracująca w babskim gronie, a po pracy pędząca do dziecka? Żadne. Nawet jak rozglądałam się czasem za mężczyznami, to widziałam samych zajętych albo egoistów. Pomyślałam: „Co będę kombinować, jestem samodzielną matką i niech tak zostanie”.

Któregoś wieczoru weszła na portal randkowy. Tak dla hecy. W życiu nie myślała, że portal to dobry pomysł na szukanie partnera, nie ma takiej opcji. Teraz takie myślenie ją śmieszy. Ale wtedy traktowała Internet jak gazetę i sklep w jednym. No a miłości nie szuka się przecież w sklepie. Tego wieczoru jednak odpowiedziała na kilkadziesiąt pytań dotyczących wyglądu, wykształcenia, poglądów, pasji, palenia, picia, posiadania dzieci. Uff, niech im będzie, odfajkowane. Portal szczycił się tym, że dzięki wyczerpującej ankiecie i stworzonemu na tej podstawie profilowi psychologicznemu kojarzy ze sobą odpowiednich ludzi. Akurat. Nie dowierzała.

– Jak już zrobiłam taki wysiłek, to pomyślałam: „Czemu nie potraktować tej przygody bardziej serio? Nie udało mi się znaleźć bratniej duszy w realu, to może znajdę w Internecie?”. Jedno wiedziałam: nie piszę się na żadne sex friends, średnio wierzę w taki układ. To ma być ktoś do rozmowy, przytulenia się, do seksu, oczywiście, także, ale jak już przyjdzie miłość.

Większość panów stroszyła piórka już na fotkach: prezentowali się w wypasionych samochodach, na tle znanych zabytków, w markowych ubraniach. Tych odrzucała na wstępie. Inni sprytnie się kamuflowali: bejsbolówka ukrywała łysinę, odpowiednie ujęcia dodawały wzrostu albo ujmowały tuszy. W ciągu pierwszego roku spotkała się z trzema.

– No cóż, nigdy nie było wielkiego wow. Tego brakowało mi w internetowych początkach. Romantyzmu. Każde spotkanie to był dla mnie stres, lęk przed rozczarowaniem oraz przed tym, jak zostanę oceniona. Teraz myślę, że brak tego wow na początku nie jest taki zły. Bo przychodzi później jako efekt poznawania się, a nie przyczyna.

Z pierwszym chłopakiem, Ernestem, była rok. Nie wyszło. Może dlatego, że w ankiecie napisała: nie ma znaczenia, ile dzieli nas kilometrów, czy ktoś wierzy, czy nie, z jakiej rodziny pochodzi. Ernest mieszkał na drugim końcu Polski, był buddystą neofitą, pochodził z bogatej rodziny. Okazało się, że dzieli ich zbyt dużo.

– Rozstaliśmy się w miłej atmosferze, co nie świadczy o wysokiej temperaturze związku – śmieje się Bogna. – Ale dzięki temu doświadczeniu byłam mądrzejsza.

Za drugim razem uściśliła wymagania: wyższe wykształcenie, z jej miasta lub okolic, niewierzący, o lewicowych poglądach, powinien czytać i chodzić do kina.

– Paweł miał imponujący profil, pięknie pisał, ale byłam sceptyczna. Że za bardzo się stara. Za serio. Teraz inaczej to wszystko czytam. Paweł jest uderzająco uczciwy, nie ściemnia, no a poza tym to ścisły umysł. Ujął mnie tym, że napisał: „Nie szukam związku z określoną datą ważności, zależy mi, żeby z kimś BYĆ, nawet jeśli to będzie tylko przygoda”. A jednocześnie był jak z kosmosu: inżynier od budowy dróg i mostów, koleś w kasku i kamizelce! Długo się bujaliśmy, żadne nie chciało zrobić kroku dalej. Dla mnie to była jednak komfortowa sytuacja. Miałam dużo czasu, żeby poprzyglądać się jemu, sobie, nam razem. Ma fajną, akceptującą mamę, czytamy te same książki, lubimy podobne kino, mamy lewicowe poglądy. Po siedmiu tygodniach Paweł rozłożył mnie kompletnie pytaniem: „Czy możemy czulej się pożegnać?”. Trzy lata temu zamieszkaliśmy razem. Ma świetną relację z moim synem. Cieszę się, że jest nam super, i zupełnie nie zaprzątam sobie głowy tym, czy to związek na całe życie.

Bogna mówi, że zgodziła się na rozmowę z dwóch powodów: żeby obalić mity narosłe wokół związków z aplikacji. I żeby zaapelować do kobiet o rozwagę. Mężczyzn atrakcyjnych, na poziomie, wolnych jest jak na lekarstwo. Wielu już na wstępie pisze bez ogródek: „Mam żonę, ale nic nas nie łączy”. Kobiety w necie, jak to Bogna określa, szybko się przeterminowują. Termin przydatności mężczyzn jest dużo dłuższy – mówi sarkastycznie. Ale – zauważa – i to się powoli zmienia. Bogna zwraca uwagę na wybór portalu – są dla ludzi o poglądach konserwatywnych, lewicowych, dla tych szukających otwartych związków.

– Warto przyłożyć się do ankiety, w moim przypadku miało to ogromne znaczenie. Gdy za drugim razem sprecyzowałam wymagania, oszczędziłam sobie wielu rozczarowań. Wypełnianie ankiety okazało się ciekawym doświadczeniem. Rzadko kiedy człowiek zastanawia się nad sobą, o co mu chodzi i kogo chciałby mieć za partnera. W ankiecie musi to przemyśleć. Oczywiście, są ludzie udający kogoś innego, są oszuści. Ale czy nie ma ich w realu? Gdy poznajemy kogoś u cioci na imieninach, oceniamy go po wyglądzie, elokwencji, liczą się jeszcze feromony. To wszystko może rozpalić ogień, który jednak równie szybko może zgasnąć. Bo nie wzięliśmy pod uwagę różnic. Teoretycznie w realu są uczciwe zasady gry: zakochujemy się w prawdziwym tembrze głosu, co jest romantyczne. Ale w tym momencie nie mamy tego, co dostajemy na wstępie w aplikacji – istotnych danych o tej osobie: jaki ma stosunek do religii, rządu, dzieci. Co jest ważniejsze?

Bogna przestrzega, że w Internecie trzeba uzbroić się w cierpliwość. Bycie aktywnym na portalach randkowych to ciężka praca, pełna upokorzeń. 90 procent jej potencjalnych narzeczonych to pomyłka. Spotykając się z kimś takim, czuła się jak… kobieta na sprzedaż! Różowo nie jest. Zanim pozna się kogoś, kto rokuje, trzeba czytać ewidentnie naciągane profile, dawać odpór jawnym mizoginom, od których roi się na takich portalach. To oczywisty ich minus. Wiele razy była bliska rezygnacji. Potem potraktowała aktywność na portalu jako niezłą lekcję o narodowej mentalności, kulturze.

– W sumie to dla mnie pouczające doświadczenie. I owocne. Długo wstydziłam się przyznawać, gdzie się poznaliśmy. Paweł nigdy nie miał z tym problemu, więc ja też w końcu przestałam. Na miłość nie ma mądrych, więc nie będę się mądrzyć. Mój przykład pokazuje, że związek z mężczyzną, którego znałam od dziecka, się nie sprawdził, a ten z Internetu ma się dobrze. Miłość internetowa jest możliwa.

Miłość z Internetu otwiera możliwości

Michał (lat 28, programista) – przystojny brunet z modnym kilkudniowym zarostem. Zaprasza mnie do mieszkania. Uprzedza, że jego dziewczyna (Marta, równolatka, zgrabna blondynka, urzędniczka) ma problem z mówieniem komuś obcemu o ich związku, ale będzie nam towarzyszyć. Obydwoje to tak zwane słoiki: on spod Rzeszowa, ona ze Szczecinka. Do Warszawy przyjechali za pracą. Podobnie jak wielu znajomych.

– Nagle zobaczyłem, że wokół mnie są same pary. Plus ja – śmieje się Michał. – W końcu przestałem chodzić na imprezy, jeździć z nimi na urlopy. W pracy było podobnie: sami faceci, zajęte kobiety albo nie dla mnie.

– Może byłeś zbyt wymagający? – pytam.

– Jedynym moim wymaganiem było to, żeby się zakochać. Nie chciałbym być z kimś tylko dlatego, żeby nie być samemu. To słabe.

– Czyli idealista?

– Raczej realista. Obserwuję różne pary i nie są to budujące przykłady związków. Ludzie kłócą się, zdradzają, ale trwają razem. Prawdę mówiąc, wolałbym być sam. Dlatego nie szukałem na siłę. A poza tym jestem nieśmiały, mało przebojowy, w towarzystwie nie umiem zagadać, zbajerować.

Im bardziej zdawał sobie z tego wszystkiego sprawę, tym bardziej zamykał się przed ludźmi. Czasem wychodził z kolegą z pracy na piwo. I kiedyś ten kolega przyznał, że poznał swoją żonę przez Internet. Co więcej – że wszystkie dziewczyny poznawał w ten sposób. „Nie ma się czym stresować” – rzucił w odpowiedzi na Michała wątpliwości. Michał wcześniej nie brał pod uwagę takiej formy zawierania znajomości, ale kolega wzbudził jego ciekawość. „Co mi tam, spróbuję”, pomyślał. Założył konto, doładował na pół roku. I czekał. Kolega po kilku miesiącach pyta: „No i co?”. „Nic”. „Jak to nic!”. Obejrzał profil Michała i się roześmiał: „Bez zdjęcia, z takimi informacjami o sobie nie masz szans. Daj, to ci pokażę”. I zademonstrował Michałowi, jak to się robi.

– Wyrzuciłem, oczywiście, potem te jego bajery. Obrałem inną taktykę. Bo wcześniej liczyłem trochę na cud. Potem zrozumiałem, że sukces zależy od tego, jak się zaprezentuję. O tym, co napisać, myślałem cały dzień. Przyłożyłem się. Postawiłem na szczerość. Wrzuciłem trzy zdjęcia, jedno było robione po maratonie, ale wyciąłem medal, żeby nie było, że się przechwalam.

Michał nie lubi owijać w bawełnę, więc od razu wychodził z propozycją spotkań. W sumie – w ciągu roku – spotkał się z kilkudziesięcioma dziewczynami.

– Oczywiście, trochę się stresowałem, ale przede wszystkim byłem ciekawy, kogo zobaczę. Nie pomagało mi to, że jestem mało wylewny, że nie umiem gadać o niczym i udawać, że potrafię być bardziej atrakcyjny, niż jestem. Ze zdziwieniem odkryłem, jak dużo fajnych dziewczyn szuka faceta w Internecie! Bo obawiałem się, że będą tam tylko te z problemami. Owszem, takie poznałem, ale więcej spotkałem tych successful. Na przykład adwokatkę, trzy lata starszą, megaprzebojową. Nawet mi się podobała, ale ja jej chyba mniej, bo na kolejne spotkanie po prostu nie przyszła. Była też fajna studentka medycyny. Spoko dziewczyna, ale też nam się nie kleiło. Odrzucałem i byłem odrzucany. Któregoś dnia zobaczyłem Martę. Ze zdjęcia – dla mnie zdjęcia były dość istotne – patrzyła fajna dziewczyna. Pamiętam dwie informacje, które napisała o sobie: że ważne jest dla niej małżeństwo i że jeździ na snowboardzie. Pierwsza informacja mnie wystraszyła, druga wpędziła w kompleksy, bo na snowboardzie nie jeżdżę. Ale poszedłem za ciosem.

Marta: – To Michał pierwszy do mnie napisał, wymieniliśmy dwie wiadomości i się spotkaliśmy. Był jedyną osobą  z netu, z którą się umówiłam. Wcześniej zadzwonił, żeby potwierdzić spotkanie, co mnie ujęło.

Pamiętają ten dzień dokładnie: Było popołudnie 4 listopada, deszcz, zimno. Michałowi w ogóle nie chciało się jechać. Ale ma zasadę, że dotrzymuje słowa. Pojawił się przed czasem, żeby zająć stolik w kawiarni. Marta przyszła punktualnie. Pierwsza myśl Michała: „Jest wyższa ode mnie”. Jej myśl: „Fajny, ale dobrze, że wokół jest dużo ludzi”.

Michał: – Marta tym się różniła od innych dziewczyn, że mało mówiła. Więc cały czas to ja się produkowałem. Ja, który nie lubię dużo gadać! A ona z kamienną twarzą pisała SMS-y. Było mi głupio spytać, czy się nudzi.

Marta: – Odpisywałam mojej starszej siostrze, która denerwowała się bardziej niż ja. Michał potem przyznał: „Musi coś być z nią nie tak, skoro siostra ją kontroluje”. Zbierał u mnie punkty od początku. Po tej pierwszej randce odprowadził mnie do domu. A to był kawał drogi, z centrum na Ochotę.

Michał: – Najśmieszniejsze było to, że drugi raz zaprosiłem Martę na film „Kobieta, która odeszła” Lava Diaza. Cztero-godzinne slow cinema. Poleciła mi go kuzynka, która interesuje się kinem. Powiedziała półżartem: „Jak dziewczyna wytrzyma ten film, to znaczy, że rokuje”.

Wytrzymała. Teraz sama ciągnie go na tego typu filmy.

– Co jest trudnego w takiej formie poznawania się? – pytam.

Dla Michała – że trzeba się otworzyć przed totalnie obcym człowiekiem. Że nie wiadomo, jak ten ktoś się zachowa. On kilka razy czekał w umówionym miejscu bez skutku. To frustrujące.

– Na początku, kiedy przeglądałem oferty, miałem wrażenie, jakbym w sklepie wybierał towar. Długo było mi trudno to handlowe skojarzenie przełamać. Niefajne są też te wszystkie, skądinąd konieczne, filtry: Piszę, że szukam blondynki o niebieskich oczach, lubiącej kino, i tym samym odrzucam z błahych powodów superdziewczyny. Marta też nie mieściła się w moim filtrze, bo ma brązowe oczy i nie interesowała się kinem. Minusem jest też to, że można szukać bez końca. Bo, a nuż, znajdzie się ktoś ciekawszy. To pułapka.

Marta: – Dla mnie supertrudne było przełamanie się, żeby w ogóle się zapisać. Miałam szczęście. Michał zauroczył mnie po pierwszym spotkaniu. Więcej na portal nie weszłam.

Obydwoje chętniej mówią o zaletach portali randkowych. Zwłaszcza o tym, że gdyby nie Internet, nigdy by się na siebie nie natknęli. Podkreślają, że portal wymusił na nich określenie swoich preferencji. Marta śmieje się, że wcześniej do końca nie wiedziała, kogo szuka. Michał zauważa, że nie można mieć zbyt dużych nadziei względem tego narzędzia. Nie zagwarantuje, że poznamy miłość życia, ale otwiera takie możliwości.

– Ludzie decydują się na byle jakie związki z lęku przed samotnością, wolą to niż szukanie kogoś przez Internet. Oczywiście, na portalach też wchodzi się w słabe związki, ale mam wrażenie, że tu więcej osób nie godzi się na niesatysfakcjonującą relację. Nasze rodziny mówią, że oboje jesteśmy do siebie podobni. I coś w tym jest. Dostrzegam w Marcie cechy, których w sobie nie lubię – śmieje się Michał.

Marta wyraźnie zaciekawiona: – O, pierwsze słyszę! Co to takiego?

Michał: – Ciężko ci się zebrać, masz słomiany zapał. Ja też tak mam. Myślę, że jesteśmy dobrą parą. Jak się rozglądam po znajomych, to nieskromnie powiem, że najlepszą. Ponieważ Marta zaznaczyła, że małżeństwo jest dla niej ważne, więc bez dwóch zdań ślub weźmiemy. Tylko bez wesela.

– O tak, o weselu nie ma mowy – potwierdza Marta.

– No widzisz, jak się zgadzamy? Ale nie pisz, że to dzięki temu, że poznaliśmy się przez Internet. To w ogóle nie ma znaczenia.

Do niedawna pary z Internetu, na pytanie, jak się poznali, kluczyły, tak jakby ten fakt przynosił ujmę. Dziś to już nie jest wstydliwa sprawa. (Ilustracja: Piotr Kowalczyk) Do niedawna pary z Internetu, na pytanie, jak się poznali, kluczyły, tak jakby ten fakt przynosił ujmę. Dziś to już nie jest wstydliwa sprawa. (Ilustracja: Piotr Kowalczyk)

Tinder - emocje na maksa

Ewa, lat 50, najogólniej: artystka. Ma dwie dorosłe córki, duży, nowoczesny dom pod Warszawą i godną pozazdroszczenia pewność siebie. Ta pewność to rzecz nabyta. Całkiem niedawno. Ewa potrafi określić, kiedy dokładnie. Po rozwodzie (ze znanym artystą). I dzięki Tinderowi.

– Nie wiesz, z czym to się je? To ci pokażę. Mam jeszcze konto, choć od kilku miesięcy nie korzystam.

Wyciąga najnowszy model iPhone’a i demonstruje: – Wybierasz, czy szukasz dziewczyn, czy chłopaków. O, zobacz, ilu ich w pobliżu (zaznaczyła, że interesują ją mężczyźni w promieniu 30 km). Zdjęcia są na pierwszym planie. Krótka piłka: jak się ktoś nie podoba, przesuwamy w lewo, jak wydaje się interesujący – w prawo. O, kończymy, bo zaraz ktoś może mnie wypatrzyć.

Ewa ma zasadę: jak jest z kimś, to zero Tindera. A od trzech miesięcy jest z Maćkiem. Było tak: Wróciła do domu po kilkunastu dniach ciężkiej harówki na planie. W domu dudniła pustka. Otworzyła butelkę wina, weszła na Tindera, a tu propozycja: „Przyjedź do mnie, posłuchamy Bacha”. Nie mam siły, ty do mnie wpadnij. Przegadali całą noc. Kilka dni potem Maciek wprowadził się do niej. Osiem lat młodszy. Ewa nie ukrywa na Tinderze swojego wieku, ale też wymagań: on ma być młodszy.

– Większość moich dawnych znajomych mężczyzn jest po rozwodzie. I wszyscy, dokładnie wszyscy, mają teraz dużo młodsze kobiety, część – któreś z kolei. Dlaczego facetom wolno, a nam nie? No powiedz. Na początku miałam zaznaczony wyższy przedział wiekowy. Ale moi rówieśnicy i starsi wkurzali mnie, bo tylko narzekali, jakie to straszne życie mają ze swoimi żonami.

– Umawiałaś się z żonatymi?

– Mało mnie interesowało życie rodzinne facetów, bo umawiałam się tylko na seks.

– Tylko?

– Na początku tak, byłam wolna, co w tym złego? Psychoterapeuta powiedział mi później, że chciałam w ten sposób potwierdzić swoją atrakcyjność, odbudować poczucie własnej wartości zniszczone po latach zdradzania mnie przez męża, wysłuchiwania, jaka jestem do niczego.

– Czyli robiłaś innym kobietom to, co robił ci mąż.

– Nie zawsze wiedziałam na wstępie, z kim mam do czynienia. Nie oczekiwałam miłości po grób, ale uczciwości – ktoś może się ze mną spotykać na seks, nic więcej. Kiedy jednak wypłakiwali mi się w mankiet, że żona ich nie rozumie, kończyłam. Tu nie chodzi o etykę, bo to ich życie, ale to było naprawdę słabe robić za psychoterapeutkę. Dlatego mam dosyć starszych panów.

Ewa zna te stereotypy: kobieta taka jak ona – atrakcyjna, o takim statusie materialnym i zawodowym – nie powinna mieć problemu ze znalezieniem partnera w realu. Ale ona miała. Ćwiczy kiedyś na siłowni i mówi żartem do trenera: „Znajdziesz mi faceta?”. On: „Wystarczy, że pstrykniesz palcem, i większość tu trenujących poleci na ciebie”. Ona: „Myślisz, że któryś z nich zakłada, że jestem sama?”. „Zapewniam cię, że nikt”. „ To co, mam sobie wypisać na czole: weź mnie? Zachowywać się wyzywająco? Zaproponować randkę? Powiedzą, że jakaś nienormalna albo puszczalska”.

Trener uśmiał się strasznie, ale ona uważa, że taka jest prawda: kobiecie w realu trudno zainicjować znajomość bez ryzyka osądzania. A poza tym – skąd ona ma wiedzieć, że ktoś, kogo spotyka na premierach, festiwalach, jest wolny? Wolnych, atrakcyjnych facetów tyle co kot napłakał. Co zatem pozostaje? Jeden biegun to samotność. Drugi – Tinder. Ewa twierdzi, że Tinder jest dzisiaj niezastąpiony. Dla wielu kobiet takich, jaką ona była po rozwodzie: poranionych, zakompleksionych, to terapia. Ona dzieli swoją tinderową aktywność na trzy etapy: kompulsywną, opartą na złudzeniach i świadomą. Na pierwszym etapie dominowała ekscytacja seksem.

– Liczyłam się wtedy tylko ja i moje odczucia. Dałam sobie prawo do satysfakcji, niemyślenia o facecie, tylko o sobie. Bo wcześniej uważałam, że powinnam robić wszystko, żeby mąż czuł się dobrze. Przez ostatnie pięć lat małżeństwa nie sypialiśmy ze sobą, czułam się aseksualna. Po rozwodzie mieszkałam sama w wielkim domu, bo córki studiowały za granicą. Samotność bolała mnie wręcz fizycznie. Były okresy, kiedy codziennie umawiałam się z kimś innym, to wciągało jak narkotyk.

W drugim etapie górę brała nadzieja, że spotka kogoś niezwykłego. Ale poznawała na ogół facetów, których nie chciała więcej widzieć. Czasem ktoś jej się spodobał, było fajnie, ale nagle znikał. Dopadały ją wtedy doły. Od dwóch lat jest na etapie świadomej aktywności w Tinderze. I wie, że tam, tak jak w życiu, cudów nie ma. I, paradoksalnie, właśnie na tym etapie zdarzył się cud, spotkała Maćka. Mają podobne gusta, poglądy, temperamenty. Jest im dobrze. Po prostu.

– Masz do Maćka zaufanie? Nie boisz się, że umawia się z kimś na boku? Bo mówiłaś, że to uzależniające.

– To byłby koniec naszego związku. Pewnie znów szukałabym kogoś na Tinderze. Ale tam są emocje na maksa: pożądanie, ekscytacja, spełnienie, ale też wstyd, upokorzenie, poczucie winy. Nie da się znosić takiego emocjonalnego tygla przez całe życie. Najpiękniejsze są stabilizacja, spokój, pewność, bezpieczeństwo. Tinder to tylko środek do tego celu, a nie cel sam w sobie.

 

 

 

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Samorealizacja versus związek – czy to musi oznaczać wybór?

Rozwiązaniem wielu konfliktów okazuje się kompromis, który często nie wydaje się idealny dla żadnej ze stron. Jednak należy pamiętać, gdy oboje partnerzy coś dają z siebie, automatycznie otrzymują. (Fot. iStock)
Rozwiązaniem wielu konfliktów okazuje się kompromis, który często nie wydaje się idealny dla żadnej ze stron. Jednak należy pamiętać, gdy oboje partnerzy coś dają z siebie, automatycznie otrzymują. (Fot. iStock)
Co robić, gdy dochodzi do kolizji tych dwóch fundamentalnych wartości? Takie pytania zadają sobie Hubert i Hanna. Ich sytuację komentuje psychoterapeuta.

Na komodzie w sypialni Huberta i Hanny stoi fotografia. Obydwoje są na niej uśmiechnięci, objęci, w tle góry. – To wejście na Orlą Perć – mówi Hania. – Dawne czasy, jeszcze studenckie. Nieważne, czy to były polskie Tatry czy włoskie Dolomity – było nam dobrze, byliśmy razem. Łączyły nas przeżycia, przygoda...

Wspólna pasja sprawiła, że już na samym początku znajomości pojawiła się cudowna nić porozumienia. Zaiskrzyło między nimi właśnie na szlaku.

– Góry obnażają człowieka, bezlitośnie odsłaniają słabości. A, w moich oczach, Hubert ich nie miał. Odważny, silny, pomysłowy, z poczuciem humoru i do tego opiekuńczy. Po prostu nie sposób było się w nim nie zakochać – wspomina Hania. – Imponowało mu, że ja, taka drobna kobieta, wspinam się bez użalania i strachu.

Jej miłość do gór wygasła z końcem studiów. Zdecydowała się zostać na uczelni. Doktorat, dziecko, życiowy zwrot, nie dało się tego pogodzić ze wspinaczką. Po urodzeniu Michała życie stało się bardziej cenne. Mówi, że nie żałuje i nie tęskni. Za górami. Bo za tamtym Hubertem ze szlaku – tak. On nadal się wspina i to coraz wyżej, coraz częściej. Wyjeżdża na coraz dłużej i coraz dalej.

– Góry są dla mnie przeciwwagą tego, co robię na co dzień. W agencji reklamowej pracuję głową, siedzę za biurkiem – mówi Hubert. – Wspinaczka to dla mnie wyzwanie. Kiedy trzeba zmagać się z wysokością, zmęczeniem, kiedy wydaje ci się, że nie postawisz kolejnego kroku… Uzależniłem się od tego pokonywania słabości. Dzięki temu czuję, że żyję. Nie umiem tego przełożyć na żadne inne doświadczenie. Gdy widzę wysoką górę, wiem, że muszę na nią wejść. A Hania jest o to zła.

„Dla ciebie pasja jest ważniejsza”

Kiedyś łączyły ich góry, teraz kłótnie o nie. Ona ma do niego dużo żalu. Może długo wymieniać sytuacje, kiedy choroba dziecka, problemy na uczelni czy po prostu święta pokazały, że rodzina przegrywa z pasją męża. Czuje, że w udziale przypadł jej kierat codziennego życia. Narzeka, że Hubert nie daje jej poczucia bezpieczeństwa. Jego wyprawy postrzega jako zabawę, nieodpowiedzialność. Im bardziej nakłania go, by zrezygnował z wyjazdu, tym on więcej uwagi i czasu poświęca górskim wspinaczkom. Na zarzuty Hanki Hubert odpowiada, że przecież rodzina jest dla niego bardzo ważna. Według niej to puste słowa.

Dlaczego Hanka jest rozgoryczona?

Jarosław Józefowicz: Zrozumiała jest złość Hanki. Wartość rodzicielska leży u sedna człowieczeństwa. Wydaje się naturalne, że kobieta oczekuje, żeby jej partner podzielał taki sposób patrzenia na życie. Aby w momencie, gdy pojawia się dziecko, inne sprawy, na przykład samorealizację, postawił na drugim miejscu. Góry, jej zdaniem, są dla Huberta dziecięcą zabawką. Tymczasem to nie same zabawki są tu istotne, ale stan ducha kogoś, kto umie się nimi bawić.

Tak naprawdę jest dwóch Hubertów. Jeden, który pragnie żyć na łonie rodziny, i drugi, który pozwala sobie nie patrzeć na zobowiązania, tylko iść w góry. Hanka jest jedna i to właśnie ta jednostronność jest dla niej tak trudna. Relacja z Hubertem dostarcza jej cennej informacji: jak chce poszerzyć swój sposób funkcjonowania. Nasze marzenia, ale i frustracje, kryją w sobie głębokie tęsknoty. Za ich pośrednictwem coś w nas woła o zaistnienie. Pytanie, czy potrafimy usłyszeć ten głos?

Hanka boi się, bo nie wie, jak się rozwinąć, i swoje obawy przenosi na męża, próbując ściągnąć go do poziomu swoich ograniczeń. To zawsze łatwiejsza droga – ja czegoś nie mam, to ty też nie będziesz mieć. O wiele trudniejsze jest przedzieranie się przez własne blokady i lęki oraz sięganie po coś, czego potrzebuję, by spotkać się w punkcie: ty coś masz i ja też mam, cieszmy się tym. Chodzi oczywiście o wymiar psychiczny, a nie o to, że ona ma wrócić do wspinania się po górach. Dla Hanki mogłoby to oznaczać na przykład wprowadzenie do życia nuty szaleństwa albo wyjście poza zwykłe poczucie kontroli lub nieprzywiązywanie się w tak dużym stopniu do codzienności.

„Nie żyjesz naszym życiem”

Gdy Hubert wraca z wyprawy, przez jakiś czas w domu jest wesoło. Hanka lubi słuchać śmiechu synka, kiedy bawi się razem z tatą. Hubert ma niesamowite pomysły na zabawy z Michałem. Nagle dom zapełnia się ludźmi, którzy oglądają slajdy i zdjęcia z gór. Małżonkowie wychodzą na kolacje, stęsknieni cieszą się seksem… Ale nagle czar pryska, na scenę życia wkracza codzienność. Psuje się pralka, dziecko zapada na kolejną tej jesieni anginę. I Hubert traci swoją kreatywność, luz i dobry humor, staje się złośliwy, rozdrażniony, smętny. Słyszy od żony: „Tak, zbudować z synkiem wieżę z klocków do samego sufitu to potrafisz, ale nie wiesz, na co ostatnio chorował. Nawet nie pamiętasz, że ma alergię na laktozę. Nie masz pojęcia, gdzie w domu jest mąka ani ile płacimy za czynsz. Orientujesz się tylko, gdzie są twoje zabawki”.

Skąd się bierze pasja Huberta?

J.J.: Poprzez fascynację górami Hubert może konsekwentnie bronić tego, co dla niego ważne, świadomie nie dawać się ograniczać. A może cały czas pozostaje dużym chłopcem, który umie podążać jedynie za swoimi marzeniami i ma trudność z byciem dorosłym? W takim wypadku wyjaśnieniem będzie jakiś defekt wyniesiony z domu rodzinnego. Przykładowo dla mężczyzny wychowanego przez nadopiekuńczych rodziców, który nie miał nigdy okazji zmierzyć się z życiem, wszystko, co wykracza poza postawę chłopca, jest przerażające. Mógł też w dzieciństwie być zmuszany do odpowiedzialności, np. jako starszy brat opiekujący się rodzeństwem. Dlatego w dorosłym życiu codzienne trudności straszą go przymusem, pojawia się reakcja zastałego buntu.

Aby odnaleźć się w tym konflikcie, trzeba pamiętać o zasadzie równowagi. Wartości, które rozdzielają Hankę i Huberta – codzienna odpowiedzialność i uskrzydlająca samorealizacja powinny w zharmonizowany sposób istnieć w życiu każdego z nich, nie zaś rozdzielać się na dwa przeciwstawne obozy. Konflikt między nimi może prowadzić do oddalenia. Mogą pojawić się takie uczucia jak zazdrość o zainteresowania, niezrozumienie, złość – szczególnie wtedy, gdy stoi za nimi poczucie odrzucenia. A także lęk przed rozstaniem.

Hanka musi poczuć się ważna

J.J.: Mówiąc: „nie jedź”, Hanka wysyłała Hubertowi komunikat: „pokaż mi, że jestem ważniejsza niż te góry”. Nie pomoże sama rezygnacja z wyjazdu, bo Hanka żyje z deficytem poczucia bycia ważną. Tak się dzieje, kiedy w odpowiednim czasie nie zostaliśmy w wystarczającym stopniu obdarzeni miłością, akceptacją. W tym przypadku oznacza to, że Hania musi wykonać porządną pracę nad sobą. Postawa Huberta może złagodzić trudne uczucia i jedynie pomóc rozwiązać sytuację.

Frustracja Hanki nie musi być wynikiem jej trudnej przeszłości, lecz teraźniejszych problemów, usprawiedliwionego poczucia zagrożenia. Hubert wysyła jej sprzeczne sygnały. Mówi, że jest ważna, natomiast zachowuje się w sposób, który wcale tego nie potwierdza. Dobrze by było, żeby Hubert zastanowił się, skąd wzięła się ta niespójność. Może mu coś w ich relacji przestało pasować? A może boryka się z problemem, który go przerasta i nie potrafiąc sobie z nim poradzić, ucieka w Himalaje?

Nasuwa się proste rozwiązanie: wspólna pasja. Ale to niekoniecznie musi zadziałać. Tu bardziej chodzi o rodzaj bycia. O to, czy kiedy przebywamy razem, to jesteśmy dla siebie ważni. I nie ma znaczenia, czy osiągamy ten stan jeżdżąc na nartach czy przygotowując wspólnie posiłek, siedząc razem na kanapie i rozmawiając czy nie mówiąc nic. Nieważne gdzie, ważne jak. A do tego nie potrzebujemy gór, tylko siebie.

Jak rozmawiać z partnerem o swoich pasjach?

To ćwiczenie pozwoli ci reagować na marzenia partnera, ale też wyrażać własne. Słuchając, nie omawiaj poszczególnych spraw z partnerem, ani ich nie komentuj. Ćwiczenie nie ma służyć udowadnianiu racji. Kiedy jedna strona skończy, zamieńcie się rolami.

Zapytaj partnera:

  • Dlaczego to marzenie jest dla ciebie ważne?
  • Jaki jego aspekt jest dla ciebie najważniejszy?
  • Dlaczego jest on tak ważny?
  • Czy wiąże się z tym jakaś historia? Jeśli tak, to jaka?
  • Czy coś w twoim życiu ma z nim związek?
  • Powiedz mi, co czujesz w związku z tym marzeniem.
  • Czy nie powiedziałeś mi jeszcze o jakichś uczuciach związanych z tym marzeniem?
  • Czego teraz pragniesz?
  • Jakie jest w tej chwili twoje największe marzenie?
  • Jakbyś się czuł, gdyby udało się je zrealizować?
  • Czy jest w nim jakiś głębszy zamysł lub cel?
  • Czy wiąże się ono z twoimi wierzeniami lub systemem wartości?
  • Czy obawiasz się tego, że ktoś odrzuci twoje marzenia? A może boisz się czegoś innego?

Gdy opowiecie sobie już o swoich marzeniach, sprawdźcie, do jakiego stopnia jesteście elastyczni, by wspomóc partnera w jego dążeniach.

Jaki poziom jesteś w stanie osiągnąć?

Poziom pierwszy: Szanuję twoje marzenia.
Poziom drugi: Szanuję twoje marzenia i chcę się więcej o nich dowiedzieć.
Poziom trzeci: Mogę do pewnego stopnia wspomagać cię w twoich dążeniach finansowo lub w inny sposób.
Poziom czwarty: Możemy do pewnego stopnia wspólnie realizować twoje marzenia.
Poziom piąty: Jestem gotowy. Zróbmy to razem.

Pamiętaj, że chodzi tu o kompromis, który często nie wydaje się idealny dla żadnej ze stron. Jednak, gdy oboje partnerzy coś dają z siebie, automatycznie otrzymują. W ćwiczeniu chodzi przede wszystkim o to, by mieć poczucie, że partner rozumie, szanuje i popiera nasze marzenia. To może uzdrowić konflikt o pasję.

Źródło: John M. Gottman, Julie Schwartz Gottman, Joan DeClaire, „10 sposobów, które pomogą naprawić nasze małżeństwo”, wyd. Media Rodzina.

  1. Seks

Niskie libido – o co należy siebie zapytać?

Przyczyn niskiego libido jest całe mnóstwo, poczynając od zdrowotnych, psychologicznych po społeczne czy kulturowe. (Fot. iStock)
Przyczyn niskiego libido jest całe mnóstwo, poczynając od zdrowotnych, psychologicznych po społeczne czy kulturowe. (Fot. iStock)
Zmniejszone potrzeby seksualne mogą się pojawiać tymczasowo w różnych okresach życia. Zdarzają się momenty, w których jedna sfera staje się najważniejsza i podporządkowuje się jej inne.

Tymczasowa koncentracja na pracy, nauce czy dziecku w sposób oczywisty może wpływać na potrzeby seksualne i nie ma w tym nic dziwnego ani złego (jeżeli zawsze spędzasz długie godziny w pracy, nie oszukuj się – z jakiegoś powodu nie masz ochoty wracać do domu). Co jednak zrobić, kiedy pozostaje się w satysfakcjonującym związku i teoretycznie chce się uprawiać seks, ale w praktyce okazuje się to niemożliwe i prowadzi nie tylko do obniżenia nastroju, lecz także do pogorszenia relacji między partnerami/partnerkami?

Przyczyn niskiego libido jest całe mnóstwo, poczynając od zdrowotnych, psychologicznych po społeczne czy kulturowe. Jeżeli znajdziemy się takiej sytuacji, to nie powód do paniki i zadręczania się. Warto wtedy spokojnie zastanowić się nad całą naszą sferą seksualną i emocjonalną oraz dokonać swoistego bilansu. Jeżeli wnioski sprawią, że coś w sobie zmienimy albo przekształcimy relację z partnerem, doświadczenie to okaże się zbawienne.

Dobra relacja i możliwość komunikowania swoich potrzeb dają podstawę do satysfakcjonującego seksu. Jeżeli w związku jest przemoc, jedna ze stron zmusza drugą do niechcianych zachowań seksualnych albo nie potrafimy pokazać, że coś nam nie odpowiada, potrzeby seksualne w sposób naturalny będą minimalne.

W pierwszej kolejności trzeba zadać sobie następujące pytania:

  • czy od początku uważałam partnera/partnerkę za atrakcyjnego/atrakcyjną fizycznie i seksualnie? Czy w naszej relacji dominowała raczej czułość i przyjaźń?
  • czy byłam zadowolona podczas naszych pierwszych kontaktów fizycznych? Jakim kochankiem okazał się mój partner? Czy mojej partnerce zależy głównie na swojej przyjemności?
  • czy wspólnie dbaliśmy o siebie podczas seksu? Czy także poza sypialnią partner okazuje mi szacunek i przywiązanie? Czy przedyskutowaliśmy sprawę antykoncepcji i czuję w pełni bezpieczna?
  • czy możemy otwarcie rozmawiać i wyrażać swoje potrzeby? Czy jestem przekonana, że kobieta ma prawo domagać się satysfakcjonującego seksu i to robię? Czy mówienie o seksualności wywołuje u mnie wstyd i wolę nic nie mówić? Czy komunikowałam to, czego chcę i czy było to brane pod uwagę?
  • czy mój partner zmienił się? Czy jest w nim coś, co mnie szczególnie niepokoi? Czy pojawia się coraz więcej napięć i konfliktów? Czy moja partnerka robi coś, co mnie denerwuje i nie możemy dojść do porozumienia?
  • czy zmieniłam się fizycznie? Czy chętnie oglądam się nago i akceptuję swoje ciało? Czy podczas seksu koncentruję się na tym, jak wyglądam i czy widać moje fałdki, cellulit i rozstępy zamiast skupić się na przyjemności?

Odpowiedzi na te pytania mogą boleśnie nas zaskoczyć. Warto badać swoje reakcje, szczególnie wtedy, kiedy czujemy jakiś dyskomfort. Nie próbujmy same przed sobą tłumaczyć partnera lub partnerkę: „ale ja go kocham”, „nie wyobrażam sobie, że mogłabym ją zostawić”. Nierozwiązane problemy seksualne same się nie rozwiążą. Konfrontacja z nimi to podstawa poradzenia sobie.

Zbyt łatwo wpada się w pułapkę najłatwiejszego rozwiązania. Wydaje się nim medycyna – kobiety szukają cudownego leku, który przywróci libido i energię. Na forach internetowych można znaleźć wiele pytań o dostępne na rynku suplementy. Jak sama nazwa wskazuje nie mają one statusu leków, czyli udowodnionego działania, więc ewentualnie można je potraktować jako placebo i przyjmować przez krótki czas. Nawet jeżeli naukowcy wymyśliliby cudowną pigułkę (a jeszcze do tego nie doszło), to i tak jej przyjmowanie jest rozwiązaniem tymczasowym.

  1. Psychologia

Kto trzyma kasę w waszym związku?

Dopóki traktujemy związek jak inwestycję, gdzie walutą są nasze oczekiwania i projekcje, dopóty nie będzie to czysta relacja, tylko handel wymienny. Warto to sobie uzmysłowić. (Ilustracja: iStock)
Dopóki traktujemy związek jak inwestycję, gdzie walutą są nasze oczekiwania i projekcje, dopóty nie będzie to czysta relacja, tylko handel wymienny. Warto to sobie uzmysłowić. (Ilustracja: iStock)
Związek partnerski to także model finansowy. Jego kształt świadczy o relacji ludzi. A kłótnia o pieniądze to tak naprawdę kłótnia o uczucia – twierdzi coach Beata Markowska.

Kobietom zarzuca się, że są materialistkami. Z drugiej strony to one rodzą i wychowują dzieci, więc chcą, by partner otoczył rodzinę opieką, zapewnił przetrwanie. Czysta biologia.
I ten model w dużej mierze jest realizowany! Mężczyznom to na ogół nie przeszkadza, póki czują się panami domu, kobietom też – póki są paniami domu. Problem zaczyna się wtedy, gdy różnice postrzegania kwestii finansowych zaczynają parę dzielić. Bo jemu się np. nie podoba, że ona za dużo wydaje albo ona uważa, że on próbuje ją stłamsić. To jest jeden model społeczny – ale jest i drugi. Realizowany zwłaszcza w dużych miastach – to „równouprawnienie”, czyli sytuacja, w której obie osoby zarabiają.

No tak, ale jak wynika z badań, gros obowiązków w domu i tak spada na kobietę, nawet gdy zarabia i współfinansuje dom. Ma więc dwa etaty, ale ten domowy – nieopłacany.
Otóż to. Jeśli ona też zaopatruje dom w wartości materialne, to powstaje problem, kto ma ten dom „obsługiwać”, tworzyć ciepłą, przyjazną atmosferę, otaczać opieką dzieci. To jest zajęcie, „etat”, którym współczesna kobieta chciałaby podzielić się z mężem. Pytanie, czy mężczyźni są gotowi na tę zmianę i czy potrafią przejąć tę funkcję? Nie jest to problem, z którym mierzą się związki na poziomie indywidualnym, ale fragment większej całości, systemu. Jeśli kobiety nie zrezygnują z polowań na mamuta, to potrzebny będzie nowy model, adekwatny do zmian społecznych. Wątpię, by wrócił czas patriarchatu, w którym role były jasno określone i odpowiednio przydzielone. Transformacja jest nieuchronna.

Jest jeszcze trzeci model – związki, w których to kobieta zarabia więcej, a nawet takie, że tylko ona pracuje i utrzymuje męża i dzieci.
Ten model może, choć nie musi, rodzić szereg konfliktów w relacjach. Gdy mężczyzna mniej zarabia, może czuć się upokorzony przez kobietę, jego męskość (tak to może odczuwać) zostaje podważona. Jeśli jeszcze na dodatek będzie miał wrażenie, że jego kobieta go nie podziwia, nie adoruje – może go to skłonić do szukania rekompensaty poza związkiem. Zapragnie kogoś, kto się nim zachwyci.

A jeśli nie poszuka nowej wybranki, to w stosunku do tej stałej może być złośliwy, niemiły, żeby jakoś wyrównać tę stratę i poczuć się lepiej…
To prawda. Skoro ona ma wyższą rangę społeczną, on będzie chciał w relacji upokorzyć ją, umniejszyć, pokazać, że na czymś się nie zna, że jest gorsza. Zamiast podskoczyć do jej poziomu, ściągnie ją do swojego. To typowa metoda radzenia sobie z kompleksami.

A co sądzisz o takim podejściu, że żadne z partnerów nie jest ekonomicznie zależne od drugiego? To podobno prawdziwe partnerstwo. Ludzie są ze sobą dlatego, że chcą, a nie dlatego, że boją się zostać sami.
Moim zdaniem wtedy jest to pewien układ, nie związek. Każdy jest panem i władcą w swoim państwie. Możemy się czasem spotkać, nawet możemy mieszkać razem, współfinansować różne przedsięwzięcia, ale gdzieś postawione są granice do własnego świata każdego z partnerów. Najczęściej nieprzekraczalne. Tymczasem w związku chodzi o to, aby z rozmysłem stworzyć wspólną przestrzeń. Jeśli jej brak lub jest ona marginalizowana, zdominowana przez części odrębne każdego z partnerów, wówczas trudno mówić o związku. Bardziej o transakcji, umowie.

Rozwód to prawdziwy sprawdzian wiedzy o partnerze i jego stosunku do pieniędzy. Dawni małżonkowie potrafią toczyć boje nawet o sztućce, kołdry i telewizory! Walczą o podział majątku, alimenty dla siebie i dzieci, nie przebierając w środkach. Dlaczego?
Pieniądze mogą być narzędziem zemsty na partnerze czy partnerce, odwetem za to, że zabiera marzenia o relacji, z którą się pragnęło z nim czy z nią stworzyć. I nie ma znaczenia, kto podejmuje decyzję o rozstaniu. Zawsze winna jest ta druga strona. Nie ma też znaczenia, czy realizacja tego marzenia była blisko, czy i tak nie udałoby się nam go osiągnąć. Nawet jeśli małżeństwo nie było idealne, a obraz rodziny daleki od tego z reklamy, to na poziomie marzeń działa wiara, że tak. Gdy mydlana bańka pryska, otwiera się pole do popisu dla Wewnętrznego Krytyka. Sala sądowa staje się zatem areną, na której odgrywamy się za doznane upokorzenia, te realne lub domniemane, za utracone marzenia i brak wiary w siebie.

Czy spisanie przedślubnej intercyzy jest dobrym rozwiązaniem? Zabezpiecza przed spodziewaną krzywdą?
Jeśli ktoś ma przykre doświadczenia, a co za tym idzie, lęki związane z byciem wykorzystanym, intercyza będzie dobrym rozwiązaniem. Ale przed lękami się nie ucieknie. Będą się mnożyć, mutować. Rzeka pełna lęków czasem wzbiera i nawet jeśli jakiś fragment naszego życia zostanie ochroniony wałami przeciwpowodziowymi (w tym przypadku intercyzą), to żywioł i tak znajdzie inny, słabszy fragment życia, żeby zaatakować.

Dlaczego boimy się być choćby trochę zależni? Przecież po to właśnie jesteśmy razem, żeby się wspierać, pomagać sobie, a nie wykorzystywać czy krzywdzić.
Oparcie w partnerze, zaufanie jest podstawą dobrego związku. Z tym że jest różnica między byciem dopełnianym przez drugą osobę, a poczuciem zależności i obawą, że bez partnera sobie nie poradzę. Także finansowo. Z zupełnie innego miejsca tworzą się związki, gdzie każda ze stron jest spełnioną osobą, dającą sobie radę w życiu, potrafiącą się utrzymać, na której poczucie niezależności nie wpłynie fakt, że parter odejdzie, bo ona już tej niezależności doświadczyła i odnajdzie się w świecie. A z zupełnie innego, gdy ta druga osoba ma nam coś dać. Coś, czego sami nie mamy, na przykład bogactwo. Staje się wówczas protezą nieużywanych, czasem wypartych, kompetencji życiowych.

Dopóki traktujemy związek jak inwestycję, gdzie walutą są nasze oczekiwania i projekcje, dopóty nie będzie to czysta relacja, tylko handel wymienny. Warto to sobie uzmysłowić. A kwestie finansowe to taki sam temat jak inne, choć traktowane są niekiedy bardziej intymnie niż seks. Jeśli stanowią dla partnerów problem, trzeba go rozwiązać. I sprawdzić, jakie prawdziwe obawy za sobą niosą (strach przed odrzuceniem, lęk o przyszłość, brak zaufania itd.). Szczerze ze sobą o tym rozmawiać, zamiast zamiatać pod dywan, konstruując tym samym bombę z opóźnionym zapłonem.

  1. Seks

W seksie trzeba dać sobie przestrzeń

Namiętność nie wygasa zupełnie, ale by płonęła, musi być stale podsycana. Uniemożliwiają to ukryte urazy, pod którymi są zranienie lub strach. (Fot. iStock)
Namiętność nie wygasa zupełnie, ale by płonęła, musi być stale podsycana. Uniemożliwiają to ukryte urazy, pod którymi są zranienie lub strach. (Fot. iStock)
Partnerzy znacznie częściej zaczynają romansować z innymi nie wtedy, kiedy się od siebie oddalają, ale kiedy są zbyt blisko – twierdzi szwedzka seksuolog dr Dagmar O’Connor.

Nawiązując do tytułu pani najsłynniejszej książki: naprawdę można kochać się z tą samą osobą do końca życia i wciąż to lubić?
Jak najbardziej. Choć trzeba przyznać, że obecnie żyjemy o wiele dłużej niż nasi przodkowie – oni dożywali ledwie 30 lat, wcześnie zakładali rodziny, mieli dzieci i wcześnie umierali. Dziś zdarza się, że wiążemy się z kimś, mając powiedzmy dwadzieścia kilka lat, i stajemy przed perspektywą co najmniej kilkudziesięciu lat wspólnego życia. To prawdziwe wyzwanie dla związku. Bo jak tu fascynować się sobą i seksem przez tak długi czas? Z mojego doświadczenia, a zajmuję się terapią par od 40 lat, wynika, że małżonkowie znacznie częściej zaczynają romansować z innymi nie wtedy, kiedy się od siebie oddalają, ale kiedy są zbyt blisko.

O, to ciekawe!
Jest oczywiście różnica między jednym romansem w życiu a notorycznymi zdradami. Jeśli zawsze wikłasz się w trójkąty, to znaczy, że wiecznie jesteś niezadowolona z tego, co masz.

Najważniejszą rzeczą w związku jest przestrzeń. Jeżeli jedna osoba zbytnio zbliża się do drugiej, tamta odsuwa się od niej, i na odwrót. Są osoby, które nie potrafią inaczej wywalczyć dla siebie przestrzeni niż poprzez sprowokowanie konfliktu. Uczę ich tego, by komunikowali się ze sobą na temat swoich potrzeb, żeby mogli rozpoznawać, kiedy zaczynają się dusić w parze, i wtedy na przykład szli na samotny spacer, poczytali sobie książkę, pobyli choć przez chwilę „poza związkiem”.

Ludzie, którzy nie są w kontakcie ze swoim Wewnętrznym Dzieckiem, czyli nie zdają sobie sprawy ze swoich uczuć, mówią zwykle: „Kłótnia wybuchła nagle, po prostu się zdarzyła”. Mówię im wtedy: „Nie, to nieprawda, to się nie dzieje ot, tak. Co się wydarzyło przed kłótnią?”. I wtedy słyszę: „To był taki piękny dzień, byliśmy sobie tacy bliscy, trzymaliśmy się za ręce”. I już wiem, że byli ze sobą za blisko, więc żeby się od siebie odseparować, musieli doprowadzić do kłótni.

Znam jedną parę, która za każdym razem, gdy miała bardzo bliski, zmysłowy seks, rozkręcała kłótnię. W końcu umówili się, że kiedy zrobi się między nimi naprawdę błogo i intymnie, jedno z nich pójdzie na przechadzkę wokół bloku.

Inna kobieta kończyła każdy związek, gdy czuła, że wchodzi w zaawansowaną fazę. Wspólnie odbyłyśmy podróż do jej przeszłości. Okazało się, że kiedy była dorastającą dziewczynką, lubiła siadać ojcu na kolanach – nie było w tym nic zdrożnego – czysta miłość córki do ojca. Jednak wtrąciła się matka. Zaczęła krzyczeć na ojca: „Koniec z tym, ona już dojrzewa!”. I zepchnęła ją z kolan taty. Wytworzył się w niej taki schemat: kiedy będziesz z kimś za blisko, on cię odepchnie. Dlatego porzucała mężczyzn, żeby nie być porzuconą.

Czy każdy ma problem ze zbyt dużą bliskością w związku?
Tak, jeśli nie zna siebie dobrze. Intymność z drugą osobą można nawiązać dopiero wtedy, gdy nawiąże się ją ze sobą samym. Nie wiem, czy uda się to przetłumaczyć na polski, ale słowo „intimacy” (z ang. „intymność”) dla mnie znaczy tak naprawdę „into me see” (z ang. „zajrzeć w głąb siebie”). To prawdziwe znaczenie tego słowa.

W niektórych związkach mąż kupuje żonie podpaski, a ona chodzi po domu w maseczce upiększającej. Czy takie zachowania nie zabijają namiętności?
Wszystko zależy od tego, co kogo podnieca. Niektórych mężczyzn podnieca na przykład, kiedy kobieta paraduje w maseczce albo załatwia przy nich czynności fizjologiczne, inni przerażeni wykrzykną: „nie, nie, błagam o więcej prywatności”.

Granice intymności to indywidualna sprawa. Może ona wyrastała w rodzinie, gdzie drzwi były zawsze otwarte, a on musi mieć swoją strefę intymną, swoją prywatność nawet podczas porannego golenia. Trzeba się nawzajem poznać. Wiele osób nie robi tego przed ślubem. Nie pyta swojego partnera o jego upodobania. Bo najważniejsze, że jest porządnym człowiekiem. Ale co to w ogóle znaczy „porządny człowiek”? Może ona wcale nie chce „porządnego człowieka”, tylko „człowieka, który przejmie kontrolę”.

Inni po latach wspólnego życia nie czują się już jak mąż i żona, ale bardziej jak brat i siostra lub matka i ojciec. Pisze pani o tym także w swojej książce…
Myślę, że jeśli małżeństwo czuje się niczym brat i siostra, to musiało być to w ich związku już od początku. Badania pokazały, że wieloletni partnerzy nie widzą siebie nawzajem takimi, jacy są obecnie, ale mają przed oczami obraz drugiej osoby z czasów, kiedy się w niej zakochały. Ta pamięć tkwi w ich głowach. Seksualna atrakcyjność nie jest bowiem związana z wiekiem.

Pracowałam z parami, u których zanikła namiętność. Zaczynałam od informacji o tym, że sam fakt, że ona kiedyś była, oznacza, że może powrócić. Namiętność nie wygasa zupełnie, ale by płonęła, musi być stale podsycana. Zwykle uniemożliwiają to ukryte urazy, a pod złością i agresją bardzo często kryje się zranienie lub strach, a te z kolei w większym stopniu wiążą się z tym, co wydarzyło się w dzieciństwie, niż z tym, co stało się w związku. Jeśli człowiek je zrozumie, zaakceptuje i wybaczy, złość i agresja znikną i namiętność będzie mogła powrócić.

A co z parami, którym sen z oczu spędza strach przed niewiernością partnera?
Mówiłyśmy wiele o potrzebie przestrzeni. Niektóre osoby realizują ją poprzez odsuwanie od siebie partnera na zasadzie: „on mnie już nie kocha, na pewno mnie zdradzi”. Trafiła do mnie kiedyś kobieta, która była przekonana, że mąż jej nie kocha. Tak naprawdę to on wręcz zaciągnął ją na terapię. Kochał ją bowiem ponad życie. I robił wszystko, żeby jej to okazać. A ona go wiecznie odsuwała.

Większość par, które do mnie przychodzą, ma taki problem: on obawia się, że jej nie zaspokoi, ona, że on ją zawiedzie. Co zrobić z takim połączeniem? On musi przyjrzeć się jej problemowi, ona – jego. Jeden trop jest taki: on lub ona w ten sposób budują dystans, drugi: on lub ona nie jest tą właściwą osobą. Ale skoro żyjesz z kimś przez 20 lat, naprawdę sądzisz, że to nie jest dla ciebie właściwa osoba? A może problem tkwi w tobie? Czy to samo myślisz o swoich dzieciach: „to nie jest odpowiednie dziecko dla mnie”? Po prostu je akceptujesz takim, jakie jest.

Wiele par przychodzi do mnie, bo staje przed decyzją: rozwieść się czy nie? Mówię im wtedy: „Tak naprawdę nie interesuje mnie, czy się rozwiedziecie, czy nie. Chcę tylko, żebyście zrozumieli, dlaczego kiedyś wybraliście tego mężczyznę i tę kobietę. A potem możecie podjąć dowolną decyzję”. Zaznaczam, że mam dość wysoki wskaźnik osób, które jednak pozostają razem.

W książce radzi pani, by małżeństwa, które ze sobą prawie nie sypiają, zaczęły od sesji wzajemnego dotykania. Sam dotyk i długo, długo nic więcej.
Tak…, jak się potem okazuje, wiele z nich podczas takich sesji płacze, bo dawno ich nikt tak nie dotykał, trudno też im skupić się na własnych odczuciach, boją się, że w ten sposób okazują się egoistami. A przecież żeby czerpać satysfakcję z seksu, trzeba być egoistą! Jeśli nie wiesz, co sprawia ci przyjemność, jak możesz dać ją drugiej osobie?!

Podobno bardziej obawiamy się bycia dotykanym niż dotykania innych?
To, co najczęściej obserwuję, to jednak strach przed dotykaniem samych siebie. A dotyk potrafi być bardzo relaksujący, dawać spokój, poczucie bezpieczeństwa, pocieszenie. Nie musisz czekać, aż ktoś ciebie dotknie, możesz objąć sama siebie. Jeśli nie znasz mocy swojego dotyku, co wniesiesz do związku?

Dagmar O’Connor, szwedzka seksuolog z tytułem doktora, członkini Amerykańskiego Towarzystwa Psychologicznego. Szkoliła się u Mastersa i Johnson, pionierów badań nad naturą ludzkiej reakcji seksualnej. Zajmuje się psychoterapią indywidualną i terapią małżeństw. Jej książka „Jak się kochać z tą samą osobą do końca życia i wciąż to lubić” ukazała się po raz pierwszy w 1985 roku i stała się światowym bestsellerem.

  1. Psychologia

Ghosting – co to dokładnie jest? Jak reagować na takie zakończenie relacji?

Ghosting powoduje wiele przykrych uczuć. Jak reagować, gdy ktoś kończy relację w tak egoistyczny sposób? (fot. iStock)
Ghosting powoduje wiele przykrych uczuć. Jak reagować, gdy ktoś kończy relację w tak egoistyczny sposób? (fot. iStock)
Choć to niedojrzała i tchórzliwa praktyka, to zdążyliśmy się już przyzwyczaić do tego, że ktoś przestaje dzwonić i odpowiadać na SMS-y po drugiej czy trzeciej randce. Amerykanie, którzy lubią mieć wszystko nazwane, wymyślili nawet na to określenie „ghosting” (od „ghost” – duch). Gorzej, że – jak pisze Hanna Samson – niektórzy uważają to bezsensowne zagranie za dobrą metodę zakończenia stałego związku.

Ghosting - co to jest i jak wygląda w praktyce?

Scenariusz zwykle jest podobny: poznali się na imprezie lub przez Internet, poszli do łóżka, było super, potem spotkali się jeszcze raz czy dwa, czasem nawet snuli wspólne plany, a potem on nie daje znaku życia. Ona czeka – jeden dzień, drugi, tydzień – nic, zero telefonów, e-maili, SMS-ów. Zniknął niczym duch. Jako najbardziej prawdopodobne wyjaśnienie przychodzi jej do głowy, że na pewno zginął w wypadku... Bo jak inaczej zrozumieć to zniknięcie, którego nic nie zapowiadało? Ale jednak nie, żyje, widać jego aktywność na Facebooku. Nie odpowiada tylko na jej wiadomości i nie odbiera od niej telefonów – jeśli przypadkiem ona ma jego numer komórki. Podobne katusze przeżywa zresztą także wielu mężczyzn, choć mniej otwarcie się do tego przyznają. Ghosting to bardzo przykre przeżycie.

Sylwia, lat 34, prawniczka, wciąż nie może uwierzyć w to, co się stało. – To niemożliwe! – powtarza przez łzy. – Przecież było świetnie, umawialiśmy się na wspólny wyjazd, zrobiłam rezerwację, mówił, że z nikim nie było mu tak fajnie. On nie mógł mi tego zrobić! – Ale zrobił – stwierdzam. – Dlaczego? Co ze mną jest nie tak? – pyta zrozpaczona.

No właśnie, tak jest najczęściej. Zamiast się zezłościć na faceta, który nie miał odwagi powiedzieć, że to koniec, szukamy w sobie winy za nie swoje grzechy. Co zrobiłyśmy nie tak? Jaki popełniłyśmy błąd? Czym go zniechęciłyśmy do siebie? Ghosting jest perfidny, bo nie pozwala zrozumieć, co się stało oraz jakie są jego przyczyny. Nie mamy szansy, by zapytać o powody, jesteśmy zdane na własną fantazję. Stawiamy dziesiątki hipotez, zatruwamy się tą historią miesiącami i ostatecznie stanowi ona dla nas dowód, że to my nie jesteśmy dość dobre, to my nie potrafimy stworzyć związku i jesteśmy generalnie nieudane. A on? A on już dawno jest gdzie indziej i nie zawraca sobie głowy naszymi uczuciami.

Może nie z tobą coś jest nie tak, ale z nim? – podrzucam Sylwii. – Tak? To powiedz mi, dlaczego to zrobił? Dlaczego mówił, że jest mu ze mną fajnie? – odpowiada. – Może było mu fajnie, ale nie chce się angażować?Dlaczego?Może ma żonę i dzieci? Albo dziewczynę? – mówię w końcu. – No wiesz!No wiem, że to się zdarza. A ty wiesz o nim tyle, ile ci powiedział. – A jeśli nie ma żony ani dziewczyny? – drąży Sylwia. – Może spotyka się z wieloma dziewczynami równolegle, by podbudować swoje ego. Czuje się atrakcyjny, bo tyle kobiet zdobywa! Zobaczył, że się angażujesz, a on nie jest zainteresowany związkiem, wystarczy mu jedno lub dwa spotkania. Gdyby powiedział ci, że tak z nim jest, pewnie straciłby w twoich oczach…Albo bym chciała go zmienić! – zaczyna odzyskiwać poczucie humoru. – No właśnie! Wiedział, co robi, znikając bez słowa!

Śmiejemy się, ale tak naprawdę nie ma w tym nic zabawnego. Jeśli angażujesz się emocjonalnie w relacje z facetem, o którym nic nie wiesz, niesie to ze sobą ryzyko zranienia. Jeśli jesteście ze wspólnego środowiska, macie wspólnych znajomych, to po pierwsze – wiesz o nim więcej, a po drugie – nie tak łatwo będzie mu zniknąć, stosując taktykę ghostingu, nie narażając się na ostracyzm.

Ghosting - psychologia „podłego rozstania”

Znajomości z Internetu mają to do siebie, że sprzyjają niebraniu za nie odpowiedzialności, nawet jeśli spotkacie się w realu. Zresztą, co to za real, jeśli nie znacie swoich znajomych, wiecie o sobie tylko tyle, ile opowie druga strona? To nadal nie jest znajomość z prawdziwego życia. I nawet jeśli jedna ze stron uważa, że znalazła odpowiedniego partnera, druga może chcieć poszukiwać dalej, bo kto wie, czy z następną osobą nie będzie jeszcze lepiej?

Niedawne badania użytkowników jednego z popularnych portali randkowych wykazały, że blisko 80 proc. z nich przyznaje, że dopuściło się ghostingu. Dwa lata wcześniej takich osób było o 60 proc. mniej! Wygląda na to, że ghosting staje się modną metodą kończenia znajomości, na którą już nie mamy ochoty. A w dodatku wygodną – choć jedynie dla tego, kto znika. Nie musi się tłumaczyć, uzasadniać swojej decyzji ani konfrontować się z uczuciami drugiej strony. Nie musi zajmować się zarzutami, że zawiódł jej oczekiwania albo że stwarzał pozory. Nic nie musi, po prostu znika, a druga strona niech sama sobie radzi. Zdarza się nawet, że osoba, która znika, uważa, że jest w porządku. Nie dręczą jej wyrzuty sumienia. Nie oskarża się o egoizm ani brak empatii. Wręcz przeciwnie, uważa, że jej zachowanie świadczy o delikatności i trosce o drugą osobę, podając to jako główne przyczyny ghostingu. Wybiera zniknięcie, zamiast otwartej odmowy kontaktu, bo nie chce sprawiać nikomu przykrości! Ale przecież sprawia! Unika konfrontacji z uczuciami drugiej strony, ale one od tego nie wygasają. Wybiera łatwe dla siebie rozwiązanie – ghosting – skazując drugą stronę na domysły, co utrudnia jej zamknięcie sprawy.

Ryzyko ghostingu jest, niestety, wpisane w znajomości internetowe czy imprezowe. Niepokojące jest to, że zdarza się również w długotrwałych związkach, których końca, przynajmniej dla jednego z partnerów, nic nie zapowiadało.

Eliza, lat 47, oddana swojej pracy scenografka, od blisko 20 lat była w związku z dwa lata młodszym Piotrem. Mieszkali osobno, co było ich wspólnym wyborem, spotykali się raz u niej, raz u niego, chodzili razem do teatru i na imprezy, wspólnie spędzali wakacje, ich rodziny się znały i lubiły, no po prostu dobry związek, w którym Eliza chciała przeżyć resztę życia. Piotr był czuły, oddany, troskliwy, mieli wspólne zainteresowania, rytuały i poczucie humoru, które sprawiało, że często rozśmieszali się nawzajem i lubili ze sobą przebywać. Taki związek nie trafia się często i obydwoje to doceniali. Piotr mówił wiele razy, że kocha Elizę i jak się cieszy, że na siebie trafili. Aż nagle przestał dzwonić, nie odbierał też telefonu. Eliza najpierw myślała, że jest bardzo zajęty, bo miał jakiś nowy projekt w pracy, ona też była zajęta, więc nie robiła problemu. Potem się zjawił. Przywiózł jej książki, które były u niego w domu, bo robił porządki i postanowił jej oddać. Nie wzbudziło to jej podejrzeń, sama nieraz domagała się zwrotu. Wydawał się stęskniony, planowali wspólne wakacje, miał kupić bilety. I znowu zniknął. Dzwoniła do niego kilka razy, nie odbierał, pisała SMS-y i nic, pomyślała, że może ma depresję, zaczęła się niepokoić, pojechała do niego, ale nikt nie otworzył, choć w domu paliło się światło. Miała swoje klucze, ale Piotr dorobił nowy zamek, co też jej nie zdziwiło, bo wspominał o włamaniach na osiedlu. Zadzwoniła do matki Piotra, ale ta nie wiedziała, co się z nim dzieje. Znów dzwoniła do niego kilka razy, w końcu ktoś odebrał telefon. – Piotr nie może rozmawiać, bo się kąpie. Mówi żona, czy coś przekazać? – Eliza pomyślała, że to żart. – Proszę przekazać, że druga żona się o niego niepokoi. – Przekażę – powiedziała kobieta i się rozłączyła.

I znowu cisza. Eliza wysłała SMS-a, zadzwoniła i nic. Po kilku dniach zatelefonowała do pracy i dowiedziała się, że Piotr wyjechał w podróż poślubną do Norwegii. Nie była w stanie uwierzyć, nie wiedziała, jak sobie z tym poradzić, łudziła się, że to głupie żarty, ale fakty były faktami. Piotr nie dzwonił i nie odbierał telefonu. W końcu Eliza też przestała dzwonić. Dotarło do niej, że Piotr naprawdę ożenił się z inną kobietą. Zaczęła się obwiniać, że była nieuważna, zbyt zajęta sobą. I pewnie coś w tym było, co nie zmienia faktu, że po 20 latach Piotr zniknął jak duch. Bez uprzedzenia i bez żadnych wyjaśnień. Bez słowa.

Ghosting podszyty tchórzem - jak reagować?

Wpadli na siebie przypadkiem po roku, usiedli w kawiarni. Piotr krótko wyjaśnił, że nie wiedział, jak jej o tym powiedzieć. Nagle poczuł, że chce założyć rodzinę, mieszkać razem, mieć dziecko. Nie chciał jej ranić, bo ona już pewnie nie mogła mieć dziecka, zresztą nigdy nie chciała. On też, ale to się zmieniło. Poznał młodszą kobietę i rozpoczął nowe życie.

Nie chciałem cię ranić – powtórzył. – I myślisz, że mnie nie zraniłeś? – zapytała Eliza, która z tą raną borykała się przez rok. Przecież wiedział, że rani, ale nie miał odwagi skonfrontować się z uczuciami Elizy. Wolał zniknąć jak duch. A może raczej jak tchórz?

Nieraz słyszałam o kończeniu związku SMS-ami i już to wydawało mi się absurdalne. Czy szacunek dla drugiej osoby i dla tego, co nas łączyło, nie wymaga osobistego poinformowania o swojej decyzji? I pozwolenia, by ta osoba wyraziła to, co czuje, skoro to ja jestem adresatem tych uczuć? Mamy prawo zmieniać zdanie i podejmować decyzje niezgodne z oczekiwaniami bliskich osób, ale tylko wtedy, gdy jesteśmy gotowi ponosić ich konsekwencje. Również takie, jak zmierzenie się z uczuciami innych. Ghosting, chowanie głowy w piasek nie zmniejszają cierpienia do niedawna bliskiej osoby, a wręcz przeciwnie. Zostawia ją w poczuciu krzywdy i bezradności, nie pozwala zrozumieć, co się stało i jak sobie z ghostingiem poradzić. Można zerwać kontakty po uczciwym rozstaniu, ale zerwać je przed rozstaniem, to zadbać o własny komfort kosztem drugiego człowieka.

Towarzyszyłam Elizie przez rok, nim znów nabrała zaufania do siebie i ludzi. Ale podobnych historii znam więcej. Mówię wtedy oszołomionym kobietom, które nie mogą uwierzyć, że to koniec, magiczne zdanie: „Jeśli to była miłość, to tak się nie skończy”. To zdanie daje nadzieję, ale w psychologii ma też drugie dno, które wyłania się, gdy on wybiera ghosting i nie wraca – skoro nie była to miłość, to nie ma czego żałować.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się