1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Utrata pracy - jak się pozbierać?

Utrata pracy - jak się pozbierać?

fot.123rf
fot.123rf
Utrata pracy wciąż tkwi na liście najbardziej stresujących wydarzeń w życiu. Jednak coraz większa liczba osób będzie musiała nie tylko stawić czoła zwolnieniu, ale także szybko znaleźć nowe zatrudnienie. Tymczasem psychologowie zwracają uwagę na wyjątkowy poziom stresu wywołany zwolnieniem z pracy: zaczynając od strachu o brak stabilności finansowej, a kończąc na symptomach stresu pourazowego.

Dlaczego utrata pracy może być niebezpieczna dla psychiki? Jak się pozbierać po utracie pracy? Jak przekuć porażkę w szansę?

Utrata pracy uderza w przede wszystkim w nasze poczucie wartości i poczucie bezpieczeństwa. Kontrola nad własnym życiem jest dla większości osób źródłem energii i spokoju. Kiedy ja tracimy, kiedy okazuje się że nie jesteśmy w czymś wystarczająco dobrzy,  że coś przegraliśmy, przychodzi gniew, strach i ból, czyli uczucia które nas raczej blokują niż popychają do działania. Gwałtownie spada nasze poczucie wartości. Chcemy wziąć się w garść, ale dobre rady typu: „wszystko będzie dobrze” właściwie nas tylko irytują. Stres w związku z nową sytuację jest większy niż nam się wydaje.

Pamiętać o swoich mocnych stronach

Pierwszym odruchem osoby zwolnionej będzie poczucie krzywdy i poszukiwanie przyczyn zwolnienia. Ci, którzy lepiej radzą sobie w takich sytuacjach, będą szukać przyczyn zewnętrznych (słabe wyniki finansowe firmy, kiepska sytuacja na rynku). Takie podejście jest lepsze z perspektywy przystosowawczej.  Niektórzy będą szukali przyczyn wewnętrznych, czyli, po prostu, swojej winy. Czy jestem za stary, zbyt wolny, nielubiany, niezdolny?

Zrozumienie przyczyn zwolnienia jest pierwszym krokiem naprzód. Jeśli powodem jest twoja niekompetencja, brak umiejętności, czy brak wyników, trzeba ten fakt zaakceptować, ale nie koncertować się na swoich złych stronach. Tylko to, co robisz dobrze, będzie ci teraz pomocne.

Zadawać sobie pytania

Teraz, kiedy jesteś bez pracy (a raczej przed podjęciem nowej pracy), warto zadać sobie obowiązkowy zestaw pytań: jakie są moje marzenia, jakie potrzeby i czy posiadam kompetencje, żeby je zrealizować? Czy podobała mi się moja praca? Czy wolę coś zmienić czy konsekwentnie  kontynuować kierunek kariery? Gdzie (na rynku pracy) jest moje miejsce? W jakim sektorze, w jakiej branży? Gdzie ludzie z takimi kompetencjami są poszukiwani?

Oczywiście, nie wszystkie odpowiedzi są łatwe i „gotowe”. Być może jesteśmy zagubieni, nie jesteśmy pewni, czego dokładnie chcemy, mamy sprzeczne odczucia. Próbujmy do skutku, ponieważ nie da się zrobić kroku naprzód, bez podejmowania prób odpowiedzi na te pytania.

Dla wielu, ale nie dla wszystkich, utrata pracy jest prawdziwą szansą na zrealizowania własnych marzeń. Zmieniają zawód, branżę, otwierają własny interes. Warto jest poświęcić więcej czasu na przyjrzenie się sobie, zwrócenie się do wartości innych niż praca: rodzina, przyjaciele, pasja, itd. To może nas „otworzyć”, zainspirować do nowych pomysłów.

Unikać dłuższego pozostawania bez pracy

Trzeba dać sobie trochę czasu na „przetrawienie” sytuacji, ale również mieć świadomość, że, kiedy środki finansowe się skończą, będzie jeszcze trudniej. Im szybciej zaczniemy działać, tym szybciej odzyskamy poczucie kontroli nad swoim życiem.  Dłuższe pozostawanie bez pracy ma bardzo negatywne skutki psychiczne, może doprowadzić do apatii, a nawet depresji. Im szybciej zaczniemy szukać nowej pracy, tym lepiej.

Być swoim szefem

Twoją pracą jest teraz poszukiwanie pracy. Co więcej, tylko ty sam możesz się rozliczyć z efektów. Wyznacz sobie cele krótkoterminowe - dziś zrobię to, jutro co innego.  Świadomość realizowania założeń, nawet tych najmniejszych, pomaga poczuć się  pewniej. Staraj się nie stawać się w pozycji ofiary, nie epatować nieszczęściem i niepokojem. Inni akceptują cię takim, jakim ty siebie widzisz.  Rozmawiaj z ludźmi. Teraz jest czas na odświeżenie znajomości, spotkania, wymianę myśli na portalach społecznościowych. Staraj się dowiedzieć jak najwięcej o tym, co robią i gdzie pracują inni. Pamiętaj o racjonalizowaniu wydatków i odpoczynku. Szukanie pracy to ciężka i charytatywna praca, której efekty jednak trudno przecenić.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak znaleźć pomysł na siebie? Radzi trenerka Iwona Firmanty

Kreowanie zawodowego planu B, jeżeli tylko pozwolimy sobie na pewną dozę otwartości i spontaniczności, może się przerodzić w ciekawą podróż w głąb siebie. (Fot. iStock)
Kreowanie zawodowego planu B, jeżeli tylko pozwolimy sobie na pewną dozę otwartości i spontaniczności, może się przerodzić w ciekawą podróż w głąb siebie. (Fot. iStock)
Czujesz, że dotychczasowe miejsce pracy już ci nie służy? Najwyższy czas rozejrzeć się za nowym pomysłem na siebie. Jak się do takiej zmiany odpowiednio przygotować, by nie podjąć decyzji zbyt pochopnie? I jak sprawdzić, czy nowe zajęcie, które sobie wymarzyłaś, rzeczywiście jest dla ciebie?

Powody chęci zmiany mogą być różne – kryzys w branży i wieści o kolejnych zwolnieniach kolegów po fachu, pogłoski w firmie o redukcjach lub zamknięciu naszego działu albo poczucie frustracji z powodu szklanego sufitu. Niezależnie od tego, jaki jest twój punkt wyjścia, jedno w takiej sytuacji jest pewne – że masz poczucie, że stare buty zaczęły cię uwierać i chcesz wymienić je na nowe. Tylko jak przekuć to doświadczenie w pozytywną sytuację – czyli zamiast szukać czegoś po omacku, znaleźć nowy pomysł na siebie, a może nawet „stworzyć” swoją pracę marzeń?

– Sytuacja pod tytułem „Chcę stworzyć plan B, ale nie mam pomysłu na nową siebie” to bardzo częsty problem, z którym zgłaszają się do mnie klienci. Szczególnie dotyczy to ludzi z pokolenia X, ponieważ w polskiej rzeczywistości jeszcze 15–20 lat temu nie uczono młodych tego, jakimi powodami kierować się przy wyborze określonego zawodu – mówi coach i trenerka umiejętności osobistych Iwona Firmanty. – W takich historiach często powtarza się pewien schemat, np. dziewczyna, która świetnie nadawałaby się do marketingu, bo ma wspaniały kontakt z ludźmi, trafia na ekonomię i potem ląduje w firmie, która ją zabija wewnętrznie. Szczególnie jeżeli otoczenie mówi jej: „Zostaw, nie zmieniaj, to dobra firma, dobra marka, dobre stanowisko”.

Strategia Sześciu kapeluszy de Bono

Nieznajomość siebie i własnych zasobów to pierwsza bariera hamująca na drodze do trafnego przedefiniowania siebie na nowo. Drugą często są emocje, które włączają się szczególnie w sytuacji nagłych zmian w otoczeniu i powodują, że zamiast na chłodno ocenić swoje kompetencje i opracować nowy scenariusz, nakręcamy się czarnymi wizjami i przez to osłabiamy samych siebie.

Iwona Firmanty wspomina szkolenie, podczas którego jej klienci dostali informację pocztą pantoflową, że w ich organizacji szykują się degradacje i zwolnienia na wyższych szczeblach. W chwili kiedy rozeszła się pogłoska o cięciach, wszystkich ogarnął strach – przed tym, co się dalej stanie i jak sobie poradzą. Nagle poczuli utratę bezpieczeństwa, choć do tej pory byli przekonani, że w ich branży nagłe zmiany nikomu nie grożą.

– Przeprowadziłam wtedy z grupą strategię sześciu kapeluszy de Bono. Ta metoda polega na spojrzeniu na problem z sześciu stron, w zależności od tego, jaki kapelusz założymy symbolicznie na głowę – opowiada coach.

I tak w sytuacji bardzo emocjonalnej zaczyna się od kapelusza czerwonego, który odpowiada za uczucia, impulsywność. Tutaj wylewamy wszystkie emocje: „Czuję się przerażona”, „Jestem frustrowana i przybita”. Jeżeli emocje są na tyle silne, że włącza się krytykowanie, oskarżanie innych, przechodzimy do kapelusza czarnego – odpowiadającego za negatywizm. Tu można z siebie wyrzucić myśli typu: „To niesprawiedliwe, jak oni mogli nas tak potraktować?!”, „No ładnie, teraz wyląduję bez pracy i z kredytem”. Następny jest kapelusz biały – czyli poziom neutralnych faktów typu: „Nie wiem, czy ta informacja jest prawdziwa, będę mogła ją zweryfikować dopiero w poniedziałek”. Później kapelusz żółty, czyli stacja optymizmu – a więc pozytywne nastawienie do nadchodzącej zmiany. I następnie kapelusz zielony, który odpowiada za nowe możliwości: „Co mi może dać ta sytuacja? Do czego mnie zmobilizuje?”. Ostatni jest kapelusz niebieski – czyli planowanie rozwiązania ze szwajcarską precyzją.

Iwona Firmanty opowiada, że na etapie zielonego kapelusza jednej z uczestniczek szkolenia wyklarował się pomysł na własny biznes – dziewczyna w chwilach stresu piekła wieczorami ciasta, które przynosiła potem do pracy, pod wpływem namowy kolegów postanowiła przekuć swoje hobby w działanie komercyjne – i założyć własny punkt ze zdrowymi domowymi wypiekami.

Uszyj sobie nowe buty: czas na przebranżowienie

Dobrze, tylko jak dotrzeć do swojego potencjału w sytuacji, gdy wiemy, że nie chcemy już robić tego, co do tej pory, ale zupełnie nie mamy nowego pomysłu na siebie?

Iwona Firmanty radzi, żeby zacząć od zebrania wszystkich swoich zawodowych złotych monet, czyli od zastanowienia się, jakie osiągnięcia mamy już na swoim koncie i o czym możemy powiedzieć, że jesteśmy w tym naprawdę dobrzy.

– Zazwyczaj w takiej sytuacji pracę z klientem zaczynam od matrycy kompetencji. Dana osoba ocenia swoje zasoby na dzień dzisiejszy. Wyłania się z tego obraz, w czym jest mocna, co do tej pory wypracowała. I to może być pierwsza wskazówka na temat tego, w którą stronę się kierować.

Jak radzi trenerka, następna rzecz, na której powinniśmy się skupić, to zastanowić się, co takiego potrafimy robić, co może przydać się ludziom. – W dzisiejszych zabieganych czasach zarabia się albo na odciążaniu innych czy też przeciwdziałaniu lenistwu, albo na sprzedawaniu przyjemności – dodaje Iwona Firmanty.

Chodzi o to, żeby spojrzeć na siebie trochę bardziej kreatywnie – masz lekkie pióro, umiejętności copywriterskie, a nie chcesz dłużej pracować na etacie w wydawnictwie? Twoje umiejętności mogą się przydać osobom, które mają wiedzę, odniosły sukces w swoim fachu i marzą o napisaniu książki, a nie mają czasu, żeby usiąść i spisać swoje przemyślenia. A może interesujesz się zdrowym stylem życia, czytasz specjalistyczne książki – pomyśl o założeniu bloga, który będzie motywował innych do wprowadzania zdrowych nawyków.

Druga opcja to sięgnięcie do dzieciństwa i próba odkurzenia swoich pasji – co lubiłam kiedyś robić? Co mi zawsze sprawiało przyjemność? Może np. zawsze chciałam pomagać innym, ale zamiast na wymarzoną psychologię za namową rodziny poszłam na rachunkowość? Warto na chwilę przyciszyć głos rozsądku i przypomnieć sobie, co nas tak naprawdę zawsze kręciło, przychodziło z lekkością i sprawiało radość. Albo skupić się na bieżących pasjach: – Jeżeli mamy osobę, która wykonuje swój zawód jako tako, żeby mieć tylko na rachunki, ale np. ma pasję rowerową, to może się okazać, że jeżdżąc hobbystycznie np. 200 km dziennie, może zdobyć sponsorów – mówi Iwona Firmanty. – Mając sponsorów, może z kolei zarabiać na testowaniu rowerów, koszulek itp. Jeżeli chcemy zarabiać na swojej pasji, to bosko, tylko zróbmy to w taki sposób, żeby nam ona nie obrzydła – przestrzega trenerka.

Personal branding: Wyciśnij cytrynę do cna

Fajny pomysł na siebie to już dużo, ale trzeba jeszcze zadbać o to, żeby nie rzucić się przedwcześnie na głęboką wodę. Iwona Firmanty radzi, żeby zanim odejdziemy ze starej firmy, wykorzystać ją jeszcze do zbudowania swojego wizerunku, czyli do personal brandingu. – Świadomi własnej wartości, będziemy lepiej rozdawać karty, nieważne, czy planujemy zmianę branży, firmy czy przejście na freelancing – mówi Iwona Firmanty. – Dlatego póki jesteśmy jeszcze w organizacji, zbierzmy wszystkie dowody społeczne na to, że byliśmy i jesteśmy świetni, przynieśliśmy określony zwrot z inwestycji, a zatem jesteśmy cennymi fachowcami.

A zatem spisujemy wszystkie dotychczasowe osiągnięcia, żeby stworzyć mapę swoich sukcesów. To mogą być dyplomy, pochwały czy nawet projekty, które niekoniecznie przełożyły się na pieniądze, ale pozwoliły zdobyć fajne doświadczenie. – Następnie robimy „instrukcję obsługi” osób, przy których powinniśmy się wykazać takimi kompetencjami, żeby stały się naszymi osobami referencyjnymi – mówi Iwona Firmanty.

Nic tak nie uwiarygodni naszej marki, jak lista osiągnięć i pozytywne opinie wystawione w dotychczasowym miejscu pracy – i to niezależnie od tego, czy będziemy chcieli później pokazać się od najlepszej strony przed HR-owcem podczas rekrutacji do innej firmy, czy będziemy promować w Internecie swoje usługi jako freelancer.

Dobrym pomysłem jest też wykorzystywanie obecnej firmy do zdobycia kompetencji potrzebnych w nowym miejscu. – Można pójść do szefa i zaproponować, że chcemy zrobić dla niego nieodpłatnie coś, co przyda nam się w nowej branży – np. marzymy o pracy w szkoleniach, nie mamy doświadczenia, ale proponujemy szkolenie dla naszych kolegów z pracy – mówi Iwona Firmanty. – To nic, że zrobimy je za darmo – potraktujmy to jak inwestycję, która zwróci się z nawiązką w przyszłości. Możliwość wystąpienia przed grupą, sprawdzenia siebie jest bezcenna.

Inny pomysł to pomoc kolegom z sąsiedniego działu, np. pracujemy w dziale finansów, a ciągnie nas do marketingu – pójdźmy i spytajmy, czy nie przyda się dodatkowa osoba do jakiegoś projektu. Dla nich to bonusowa siła robocza, a dla nas cenny wpis do CV.

Nie odpuszczaj na finiszu

Ostatni etap to przeniesienie pomysłu z fazy wizji do etapu realizacji. – Osobom, które chcą założyć własny biznes, rekomenduję rozwiązanie, że jestem w jednej firmie, a buduję kolejną – mówi Iwona Firmanty. – Ja ten model przeszłam i się sprawdził, bez żadnych kredytów czy finansowego wsparcia osób z zewnątrz – z ciężkiej pracy mojej i zespołu ludzi, którzy mi zaufali. Kiedy inni kończyli swój dzień pracy, u mnie zaczynał się drugi etat. I wtedy nie było opcji, że się nie chce. Była chęć działania i motywacja zadbania o coś swojego, co dzisiaj jest moim źródłem dochodu i pozwala zatrudniać zespół świetnych ludzi.

Jak podkreśla Iwona Firmanty, w momencie gdy szefostwo już wie, że mamy plan B, nie powinniśmy odpuszczać, tylko tym bardziej pokazać, że jesteśmy kompetentnymi i odpowiedzialnymi ludźmi: – Każdy, kto zarządza firmą, ma podstawowy cel – zwrot z inwestycji. I owszem, może kogoś lubić, ale jeżeli ten ktoś chce odejść, to szef chce mieć pewność, że nie będzie miał luki kadrowej.

Szycie nowych butów, czyli kreowanie zawodowego planu B, jeżeli tylko pozwolimy sobie na pewną dozę otwartości i spontaniczności, może się przerodzić w ciekawą podróż w głąb siebie – uruchamiając wewnętrznego wizjonera, czyli zaprzęgając wyobraźnię do stworzenia nowych celów, możemy odkryć całkiem nowe lądy, których zupełnie się po sobie nie spodziewaliśmy. I tylko od nas zależy, co zrobimy ze  swoim odkryciem dalej – przejdziemy do realizacji czy pozostaniemy na etapie snucia marzeń.

Iwona Firmanty, trenerka umiejętności osobistych, coach kadry menedżerskiej, psycholog, socjolog, ekspertka z zakresu umiejętności interpersonalnych, komunikacji, wystąpień publicznych i budowania relacji. 

  1. Psychologia

Sytuacja kryzysowa - jak radzić sobie w trudnych sytuacjach życiowych?

Ilustracja Rafał Kucharczuk
Ilustracja Rafał Kucharczuk
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Sytuacje kryzysowe - choroba, rozwód, utrata pracy, upadek firmy – i rozpada nam się znany do tej pory świat. Zobaczyć w sytuacji kryzysowej coś pozytywnego? To ostatnia rzecz, jaka przychodzi nam do głowy. A może jednak?

Maj 2020, hotel Jaworowy Dwór w Trębkach Nowych. Pusto, cicho, tylko zieleń bezczelnie domaga się podziwu. A podziwiać nie ma kto, bo od połowy marca hotel zamknięty z powodu pandemii. Właścicielka Bożena Szok z dnia na dzień została bez środków do życia. Musiała zwolnić część pracowników, ponieważ wszystkie rezerwacje zostały anulowane. Przeżywa ten kryzys podwójnie – także jako prezes Stowarzyszenia Hotele Historyczne w Polsce, skupiającego 49 hoteli z duszą rozsianych po całym kraju, które są w podobnej sytuacji.

– Usiąść i płakać? To nie ja – śmieje się Bożena. – Przeszłam w życiu tyle kryzysów, więc przejdę i ten.

Ten pierwszy zaczął się, kiedy miała 33 lata, w przeddzień ferii zimowych jej bliźniaków, wtedy pierwszoklasistów. Cała rodzina spakowana na narty, a ona zauważa wybroczyny na całym swoim ciele. Postanawia przed wyjazdem skontrolować się u lekarza. Z pierwszych badań wynika, że to białaczka. Jeszcze tego samego dnia zostaje w szpitalu, spędzi tam, z przerwami, 13 lat. Kolejni lekarze i kolejne badania, w końcu diagnoza: małopłytkowość. Inwazyjne leczenie powoduje spadek odporności i inne choroby: zakrzepicę, raka węzłów chłonnych i skóry. A jakby tego było mało, uaktywnia się jeszcze wirus zapalenia wątroby typu C. – Moje życie to choroba i okruchy radości pomiędzy – podsumowuje tamten czas.

Jednym z takich okruchów są wakacje w Chorwacji w 2003 roku. Z mężem i dziećmi zwiedzają cały basen Morza Śródziemnego, pływając łodzią motorową. Pewnego dnia mąż Bożeny doznaje lekkiego urazu znamienia na plecach, ale rana długo się nie goi. Po powrocie do Polski okazuje się, że to czerniak. Pół roku później ma przerzuty do mózgu, a po półtora roku umiera. Świat Bożeny rozpada się na kawałki. Dzieci są już dorosłe, studiują, syn w Australii. Wydawałoby się, że karta w końcu się odwróci. Nic z tego. Bożena znów ląduje w szpitalu. Kiedy jej stan się pogarsza, dzwoni telefon ze szpitala w Sydney. Obcy głos informuje ją beznamiętnie, żeby przyjechała pożegnać się z synem, który w ciężkim stanie trafił do szpitalu z powodu powikłań po mononukleozie.

– To był najbardziej traumatyczny moment w moim życiu – mówi. – Totalny cios. Syn w końcu z tego wyszedł, ale ja myślałam wtedy, jeden jedyny raz, że już się nie podźwignę.

Jak radzić sobie w trudnych sytuacjach? Zrozumieć, co się z nami dzieje

Agnieszka Mościcka-Teske z Uniwersytetu SWPS potwierdza: – Ryzyko, że kryzys może kogoś zabić albo całkowicie wyczerpać, niestety, istnieje. Teraz na przykład obserwujemy wzrost zaburzeń depresyjnych i lękowych, a przypuszczamy, że za jakiś czas będzie przybywać zaburzeń po zespole stresu pourazowego (PTSD) – czyli u części osób obecny kryzys przełoży się na długotrwałą negatywną zmianę ich życia. Na kryzysy można bowiem spojrzeć z dwóch perspektyw: z perspektywy bezpośredniej reakcji na trudne sytuacje i tej długofalowej, zmieniającej oś w torze naszego życia, do którego jesteśmy przyzwyczajeni.

Każdy z nas doświadcza kryzysów, wśród których są te rozwojowe, czyli związane z ukończeniem szkoły, początkiem i zmianą pracy, pojawieniem się dziecka, przekroczeniem pewnego wieku (stąd kryzys wieku średniego). Erik Erikson, amerykański psycholog ubiegłego wieku, wyróżnił osiem kryzysów w życiu człowieka, a każdy powiązał z określonym etapem życia. Począwszy od pierwszego, gdy dziecko oddziela się od matki, a skończywszy na kryzysie związanym ze starzeniem się. Towarzyszą im często niepokoje egzystencjalne, pytania o sens i cel życia.

– To niełatwe przeżycia, ale stajemy przed nimi wszyscy – mówi Agnieszka Mościcka-Teske. – Są też jednak takie kryzysy, które nie zdarzają się każdemu, katastroficzne, związane z jakimś dramatycznym wydarzeniem, które zmieniają poważnie funkcjonowanie ludzi i ich stan emocjonalny.

Psycholożka zauważa, że te pierwsze, rozwojowe, są konieczne, żeby wejść na dalszy etap życia, żeby się rozwinąć. Jedni przechodzą je lepiej, inni gorzej, natomiast te katastroficzne są trudne dla większości z nas. Ważne, żebyśmy wiedzieli, co się z nami dzieje.

– Pierwsza reakcja na kryzys może być intensywna, podobna do szoku, zawsze składa się z reakcji emocjonalnej i poznawczej – wyjaśnia psycholożka. – Nasz sposób przeżywania i myślenia bywa wtedy rozpięty na wysokiej amplitudzie: od radości do smutku, od złości do odrętwienia emocjonalnego. Czasami możemy mieć poczucie, że to wszystko nie dzieje się naprawdę, że nas nie dotyczy i że my sami jesteśmy kimś innym, niż byliśmy do tej pory. Ludzie reagują tak w stanie zagrożenia.

Ten mechanizm nazywamy w psychologii derealizacją i depersonalizacją. Z grubsza polega na tym, że nasz mózg próbuje radzić sobie, oddzielając nas od realiów, fundując nam odczucie, że jesteśmy obok, że to nie my uczestniczymy w danej sytuacji, a to, co się właśnie rozgrywa, to jakiś ponury film. Czasami mózg „zamraża” nas fizycznie – leżymy na kanapie i nie możemy ruszyć ręką ani nogą. Nasze procesy poznawcze ulegają wtedy dezorganizacji, chaosowi, mamy problemy z koncentracją, kojarzeniem, utrzymaniem uwagi.

Psychologowie podkreślają, że to naturalne reakcje i że trzeba je zaakceptować. Agnieszka Mościcka-Teske: – One nie są nam dane przypadkowo. Mają nas przestawić na inne tory funkcjonowania, zmienić nasz dotychczasowy sposób myślenia, poziom energii, który wkładaliśmy w różne aktywności. Bez przesady można powiedzieć, że więcej problemów może rodzić udawanie, że nic się nie dzieje, niż pozwolenie sobie na przeżywanie prawdziwych emocji.

Coach Monika Kraft: – Nawet w najgłębszym kryzysie warto się zatrzymać i zastanowić. Co to wszystko znaczy? Dlaczego akurat na tej ścieżce się wyłożyliśmy i właśnie w ten, a nie inny sposób. Może trzeba iść inną ścieżką, może biegać inaczej, w innych butach?

W kryzysie powinniśmy więc, po pierwsze, uświadomić sobie, co się z nami dzieje, na przykład, że przeżywamy lęk. Po drugie, rozpoznać reakcje ciała, które się z nim wiążą, na przykład to, że ściska mnie w gardle na dźwięk karetki za oknem. Po trzecie, uznać, że ten symptom jest czymś naturalnym, a nie, że to oznaka mojej słabości. Po czwarte, pozwolić sobie na odczuwanie tych emocji. Bo jeśli nie damy sobie prawa do ich ekspresji, to one nie znikną w magiczny sposób, tylko będą utrzymywać się w naszym organizmie w postaci paraliżującego napięcia.

Każdy kryzys staje się tak naprawdę okazją do tego, żeby wejść na sto procent w odczuwanie ciała, zmysłów, emocji. (Ilustracja Rafał Kucharczuk) Każdy kryzys staje się tak naprawdę okazją do tego, żeby wejść na sto procent w odczuwanie ciała, zmysłów, emocji. (Ilustracja Rafał Kucharczuk)

– Nie da się oszukać naturalnych reakcji ciała i mózgu w odpowiedzi na zagrożenie – przestrzega psycholożka. – Nawet jeśli będziemy wspaniale grać, że nic się nie dzieje, to i tak fizjologia zrobi swoje. Pozwolenie jej na działanie to najbardziej naturalny sposób przejścia przez sytuację kryzysu. Warto pamiętać – i to po piąte – że w kryzysie, obok zmiany w warstwie emocjonalnej, pojawia się też zmiana naszej aktywności. Może spaść nasza produktywność, może nic nam się nie chcieć, możemy nie wykazywać elastyczności w działaniu. I to też jest OK. W kryzysie katastroficznym nasze siły nastawione są bowiem bardziej na to, żeby się ratować, a nie na to, żeby się rozwijać. Nie działajmy wbrew organizmowi. Z czasem możemy wrócić nawet do większego poziomu aktywności.

Jak radzić sobie w trudnych sytuacjach? Nie poddawać się

Intrygujące jest to, że jedni od razu się poddają, inni walczą do upadłego. Bożena Szok: – Stosowałam się przykładnie do zaleceń lekarzy, ale choroba była jakby z boku. W samym centrum było zawsze życie. Może to mnie ratowało, że zawsze myślałam pozytywnie, że chciałam iść do przodu, coś robić, także dla innych, a nie rozpamiętywać, dlaczego coś mnie spotkało.

Rok 2007, Bożena jest leczona w Instytucie Hematologii i Transplantologii. Wokół młode dziewczyny z zaawansowanymi białaczkami. Patrzy, jak cierpią, jak gasną w oczach. Zaczyna opowiadać im o swoich podróżach z rodziną dookoła świata i o tej ostatniej z mężem do Peru i Boliwii, o książkach, filmach, o teatrze. Słuchają z zainteresowaniem. Bożena zastanawia się, co jeszcze dla nich zrobić. Może salon piękności? Koleżanki przynoszą jej całe pudła kosmetyków, suszarki, szczotki.

– Pierwszego dnia kręciłyśmy loki na perukach, drugiego był temat: odżywiamy i pielęgnujemy dłonie, kolejnego robiłyśmy sobie masaże stóp. Po tygodniu podłączone do kroplówek skakałyśmy na łóżkach. Ale każdego dnia było nas mniej, jak w nierealnym świecie. Przeniosłam wtedy salon do sali obok, potem na cały oddział. Jak wychodziłam ze szpitala, to lekarze poprosili mnie, żebym odwiedzała pacjentki, bo tak dobrze działa na nie moja terapia. Przychodziłam przez kilka lat.

W kryzysie zawsze wybierała działanie. Kiedy dowiedziała się, że mąż ma przerzuty i że nie ma dla niego ratunku, zabrała go do domu, zorganizowała potrzebne sprzęty, opiekę lekarską. W jego pokoju zawsze stały świeże kwiaty, grała muzyka. Starałam się być silna także dla dzieci, które przygotowywały się do matury.

– Powiedziałam im całą prawdę. Dzięki temu w ostatnich miesiącach patrzyli na tatę ze świadomością, że odchodzi, pielęgnowaliśmy go na zmianę. Nie rozpaczałam przy nich. Zapewniałam ich, że cokolwiek się stanie, zawsze będziemy razem. I że nadal będziemy podróżować po świecie jak wcześniej z ojcem. W pierwsze wakacje po jego śmierci wyprawiliśmy się we trójkę na Sycylię.

Jak radzić sobie w trudnych sytuacjach? Znaleźć swój potencjał

Skąd czerpać siły, energię, gdy świat się wali? Bożena odpowiada: – Z tego, co wyniosło się z domu. Ona wyniosła wolność. Nikt nie przeszkadzał jej w braniu odpowiedzialności za swoje pomysły. Rajd rowerowy? Proszę bardzo. Podchody z czwórką młodszego rodzeństwa? Jak najbardziej. Kiedy coś jej się udało, rozpierała ją radość, a kiedy nie wyszło – próbowała ponownie. Potem już wiedziała, że zawsze sobie poradzi.

– Dom to podstawa – twierdzi Bożena. – Ale jak ktoś miał słabe dzieciństwo, to też nie stoi na straconej pozycji. Każdy ma jakiś potencjał, jakieś talenty, trzeba tylko postarać się je odnaleźć.

Wcześniej źródłem jej siły był mąż. Wzajemnie się inspirowali i wspierali. Pewnego dnia stanęli przed zrujnowanym dworkiem w szczerym polu w Trębkach Nowych i on zapytał: „Może go odbudujemy?”. Ona odpowiedziała bez wahania: „No pewnie!”. I tak uratowali zabytek dziedzictwa narodowego, tworząc najpierw w tym miejscu dom dla siebie, potem biznes.

– Z moim mężem wszystko było możliwie. Taka miłość zostaje na resztę życia. Ale to nie znaczy, że zamknęłam się na nowe uczucie. Mam wspaniałego partnera. Chyba jestem szczęściarą – śmieje się.

Cała ona. Nigdy się nie załamała. Wracała do domu ze szpitala i starała się żyć normalnie. Robiła wszystko na maksa, jakby jutro był koniec świata. W najtrudniejszym momencie choroby zaczęła uczyć się włoskiego, żeby móc rozmawiać, podróżując do Włoch, czytać przepisy z włoskich książek kucharskich, bo uwielbia gotować. Nie przestawała marzyć, na przykład o tym, że pojedzie na wakacje i założy narty wodne, co do tej pory jej się nie udało, a uprawia wiele sportów.

W poradzeniu sobie z kryzysem niezwykle ważne jest wsparcie społeczne, zarówno rodziny, przyjaciół, jak i to profesjonalne. (Ilustracja Rafał Kucharczuk) W poradzeniu sobie z kryzysem niezwykle ważne jest wsparcie społeczne, zarówno rodziny, przyjaciół, jak i to profesjonalne. (Ilustracja Rafał Kucharczuk)

– W najtrudniejszych chwilach pomagali mi, oczywiście, przyjaciele. Czasem wystarczył mały znak: telefon, makowiec zawiązany czerwoną wstążką, i od razu robiło się lepiej. Rok po śmierci męża nasz przyjaciel Piotr Łyszkiewicz zaprosił mnie na pierwszą edycję swojego festiwalu Ladies’ Jazz do Gdyni. Jestem tam co roku od 15 lat. Nie mogę radzić nikomu, jak przeżyć kryzys, ale wiem jedno: trzeba być szczerym wobec siebie. Jak mamy ochotę popłakać, płaczmy, jak potańczyć, róbmy to, jak chcemy być sami, odizolujmy się, byleby nie na długo, bo energia pozytywnych ludzi bardzo się w takich chwilach przydaje. Nawet w samym środku beznadziei trzeba szukać powodów do radości, choćby małych. Cieszyłam się jak dziecko na przykład z tego, że kiedy chorowałam, przyjaciele pomogli mi na święta wielkanocne przenieść łóżko z sypialni na piętrze do salonu na parterze i że mogłam być z nimi. Zawsze wymyślałam coś, na czym mogłabym się skupić, żeby nie zajmować się nieszczęściami. Wierzyłam, że one miną. No i zawsze ratowały mnie koty i jazz.

Jak radzić sobie w trudnych sytuacjach? Wyjść poza schematy działania

Agnieszka Mościcka-Teske wyjaśnia, że reakcja na kryzys zależy od wielu czynników. Po pierwsze, od tego, na ile uderza on w coś, co jest dla nas cenną wartością. Im mocniejsza jest zagrożona wartość, tym bardziej przeżywamy jej utratę. Po drugie, ważne jest nasze doświadczenie radzenia sobie z trudnymi sytuacjami, ale nie takimi, które by obciążały psychikę we wczesnych okresach rozwojowych, jak przemoc. Po trzecie, liczy się stan zdrowia, odporność fizyczna, siła. I po czwarte, ważne są nasze cechy indywidualne, które nazywamy zasobami, jak optymistyczne podejście do życia (ale nie polegające na ślepej wierze), przekonanie, że świat jest uporządkowany, że jestem skuteczna. W radzeniu sobie z kryzysem pomagają też dobre doświadczenia w relacjach z ludźmi, sukcesy na koncie, takie na miarę naszych możliwości. Bardzo ważne jest też coś, co nazywa się rezyliencją, czyli prężnością psychiczną, która polega między innymi na umiejętności radzenia sobie ze stresem, byciu świadomym swojego stanu emocjonalnego oraz na pozwalaniu sobie na jego odczuwanie i interpretację. Jeśli rozumiem, co się ze mną dzieje, mogę dzięki temu zrozumieć także to, co się może dziać z innymi ludźmi.

Ktoś może powiedzieć: „Nie radzę sobie z kryzysem, bo nie mam odpowiednich cech”. – Rzeczywiście, temu komuś może być trudniej, ale dobra wiadomość dla niego jest taka, że całe życie można wzmacniać swoje zasoby – odpowiada psycholożka.

W jaki sposób? Na przykład poprzez podejmowanie wyzwań, które wymagają od nas wyjścia poza strefę komfortu i utarte schematy działania. Stresujemy się przed nowymi rozwiązaniami? Mimo to je podejmujmy, bo w ten sposób uczymy się zaradności. Boimy się trudnych decyzji? Ale one budują naszą autonomię, która z kolei daje nam poczucie niezależności. Sami możemy wypracować sobie także inną ważną umiejętność, która pomaga, zwłaszcza w pierwszych momentach kryzysu, czyli uważność na siebie. Jest nam źle? Pomyślmy, czego chce nasze ciało: spać, poćwiczyć, przytulić się do kogoś. I adekwatnie zareagujmy.

Psychologowie zauważają, że poradzenie sobie z kryzysem może być naszym cennym zasobem. Buduje bowiem poczucie sprawczości, skuteczności. Dlatego tak ważne, żeby uczyć tego już małe dzieci. Czyli żeby ich nie wyręczać, nie pozbawiać trudnych doświadczeń, choć, oczywiście, nie mogą to być trudności permanentne, wywołujące traumy.

Jak radzić sobie w trudnych sytuacjach? Szukać wsparcia

W poradzeniu sobie z kryzysem niezwykle ważne jest wsparcie społeczne, zarówno rodziny, przyjaciół, jak i to profesjonalne. Psychoterapeuci zalecają unikanie ludzi pogłębiających nasze lęki, narzekających, a otaczanie się tymi, którzy działają na nas uspokajająco, dają poczucie bezpieczeństwa.

– W każdym kryzysie tkwi jakaś szansa – zapewnia Agnieszka Mościcka-Teske. – Pewnych działań nigdy byśmy nie podjęli, gdyby nie trudna sytuacja. Ona zmusza nas do zmiany, staje się konieczną lekcją rozwoju. Bo w procesie każdej zmiany tak naprawdę poszukujemy samego siebie, tego – jak to określa znany amerykański psycholog Martin Seligman – czym w istocie jesteśmy. Dzięki kryzysom zbliżamy się do naszych najbardziej indywidualnych potrzeb, które pozwolą nam żyć swoim życiem. Warto przez nie przejść choćby po to, żeby to odkryć.

Monika Kraft: – Każdy kryzys staje się tak naprawdę okazją do tego, żeby wejść na sto procent w perfect sense, w odczuwanie ciała, zmysłów, emocji. Zacząć widzieć, słyszeć to, co widzieliśmy, słyszeliśmy sto razy, ale co do nas nie docierało. To wspaniała szansa na prawdziwy kontakt ze sobą. Czego chcę od życia, innych, siebie? Czy żyję swoim życiem, czy cudzym? Każdy kryzys niesie wiele informacji, z których możemy skorzystać i zmienić swoje życie albo nie skorzystać i popaść w stagnację, bezruch, czyli odciąć się od swojej mocy. I wtedy nawet Budda nam nie pomoże. Bo trzeba otworzyć drzwi od środka, żeby tam ktoś mógł zajrzeć. A poza tym świat bez trudności byłby nudny, ludzie nie mieliby motywacji do działania. Kryzysy są dla nas niesamowitą informacją rozwojową, żebyśmy mogli odnaleźć siebie i dopiero na tej podstawie budować naszą aktywność.

Johanna Kern, polska reżyserka i trenerka motywacji od lat mieszkająca w Kanadzie, pisze na swoim blogu: „Jeśli twój umysł zaprząta lęk, pomyśl: To są tylko myśli, a myśli można odmienić. Nigdy nie poddawaj się, myśląc o jutrze, tylko dlatego, że coś wydaje się niemożliwe dzisiaj”.

Bożena Szok: – Kiedyś moja ciotka powiedziała: „Za jaką karę to wszystko cię spotkało”. A ja tak na to nie patrzę. Dla mnie każdy kryzys to jakaś nauka. Dzięki temu wszystkiemu, przez co przeszłam, nauczyłam się cieszyć z każdego przeżytego dnia, doceniać to, co mam. Wielu ludzi straciło teraz pracę, wiele firm jest w kryzysie. Kto pierwszy się podniesie i zacznie działać, odniesie sukces. Co ja robię? Już na początku zaangażowałam się w prace nad tarczą antykryzysową dla naszej branży. Sprzedajemy vouchery na pobyty w późniejszych terminach. Ramię w ramię z moimi pracownikami pielę ogród, sadzę kwiaty, robię porządki, żeby Jaworowy Dwór był przygotowany na przyjazd gości. Ten czas nie jest łatwy, ale staram się wykorzystać go do przemodelowania firmy i swoich nawyków. Najgorsze, co można sobie zafundować, to wymówki, że nic się nie da zrobić. Zawsze się da.

  1. Zdrowie

Stres związany ze zwolnieniem z pracy wykorzystaj w wartościowy sposób

Zwolnienie z pracy wiąże się zwykle z ogromnym stresem, który na dłuższą metę wyniszcza nasz organizm. (fot. iStock)
Zwolnienie z pracy wiąże się zwykle z ogromnym stresem, który na dłuższą metę wyniszcza nasz organizm. (fot. iStock)
Myśleć pozytywnie w sytuacji, gdy z powodu pandemii coraz więcej osób traci pracę? Łatwiej powiedzieć, trudniej zrobić. Jednak warto podjąć wysiłek, choćby ze względu na nasze zdrowie.

Stres wynikający ze zwolnienia z pracy należy do tak zwanego stresu przewlekłego. Taki stres działa przez długi czas, a konsekwencją jego działania mogą być choroby psychosomatyczne i zaburzenia psychiczne. Każda negatywna myśl, która w tym czasie przychodzi nam do głowy, przez organizm odbierana jest jako stres i wzbudza kaskadę hormonów stresowych (adrenalina, noradrenalina, kortyzol), które z kolei wykonują swoje zadania, zgodnie z ich przeznaczeniem. Adrenalina między innymi podnosi ciśnienie krwi, powoduje przyspieszenie czynności serca, czasami może przyczyniać się do wystąpienia zaburzeń rytmu serca. Noradrenalina ma podobne do adrenaliny działanie na nasz organizm, tylko znacznie silniejsze. Kortyzol powoduje podniesienie poziomu glukozy, którą potrafi wyprodukować z kwasu pirogronowego i dwutlenku węgla czy z aminokwasów. Jednorazowo to nic złego, ale jeśli ten proces trwa długo, to może przyczynić się do rozwoju cukrzycy.

Po co mówić tyle o negatywnych aspektach stresu przewlekłego, który jest wynikiem utraty pracy?

Mówimy o tym dlatego, że to najlepsza metoda radzenia sobie ze stresem po utracie pracy – świadomość, co ja sobie robię złego kiedy negatywnie myślę o mojej obecnej sytuacji. Jedna przykra myśl włącza całą kaskadę hormonów stresowych, której my nie możemy zatrzymać. Najbardziej skuteczna metoda - to tak działać, aby nie wzbudzać jej w ogóle.

Jak to zrobić?

Pierwsza zasada – przestać myśleć negatywnie.

Druga zasada – podnieść ręce do góry i krzyknąć z radością – Jak świetnie, że straciłem pracę! Czekają na mnie teraz nowe możliwości!

Wydaje się absurdalne? Jednak wówczas w naszym organizmie nie włącza się reakcja stresowa. Włącza się natomiast kreatywność. Nasz mózg zaczyna pracować dla nas. Przychodzą nam do głowy nowe pomysły, pojawiają się rozwiązania, których wcześniej nie widzieliśmy.

Dlaczego tak się dzieje? Bo jak udowadniają badania – jeśli poziom stresu rośnie, to poziom inteligencji spada. Dlatego tak ważne jest, aby nasz mózg był w fazie bez stresu.

Trzecia zasada – proponowana przez Profesora Martina Seligmana, twórcę psychologii pozytywnej – to uświadomienie sobie, jakie mam przekonanie o sobie w sytuacji utraty pracy. W większości uważamy, że jesteśmy beznadziejni, co często słyszę od moich pacjentów. Co wtedy zrobić? Można w to uwierzyć i nic dobrego się wtedy nie wydarzy lub możemy zakwestionować to błędne przekonanie.

Jak to zrobić? Trzeba sobie przypomnieć jakie mieliśmy w przeszłości sukcesy. Nie muszą to być oczywiście wielkie rzeczy typu wygranie w Lotto miliona złotych. To mogą być drobiazgi, które my za sukcesy uznajemy. Na przykład: chodząc do szkoły zdałem do następnej klasy, choć z matematyki wcale nie było łatwo, ukończyłem szkołę podstawową z wyróżnieniem, dostałem się na studia itd. Trzeba znaleźć bardzo dużo mniejszych i większych powodów do dumy. Ta długa lista naszych osiągnięć spowoduje, że poczujemy się lepiej. Dostaniemy dawkę dodatkowej energii, której wcześniej nie było. Wówczas nie zgodzimy się mentalnie ze stwierdzeniem, że jestem beznadziejny, bo mamy wiele dowodów na to, że tak nie jest. Poczujemy dodatkową siłę do działania. Skąd weźmie się ta siła? Poprzez zapisywanie naszych sukcesów w naszym mózgu zacznie wydzielać się dopamina – neurotransmiter w mózgu, który między innymi odpowiedzialny jest za wywoływanie motywacji do działania. Zwiększona ilość dopaminy w momencie utraty pracy jest dla nas niezbędna. Wtedy nasz mózg staje się kreatywny. Znajduje nowe rozwiązania. Szuka dla nas nowych możliwości.

To, co słyszę od moich pacjentów, to że w większości przypadków, w ocenie z perspektywy czasu dobrze się stało, że stracili pracę. Nowa praca daje im nowe możliwości i zwykle są bardzo zadowoleni. Niejednokrotnie cieszą się, mówiąc, że to dobrze, że stracili wtedy pracę, bo nigdy by sami nie odeszli, a teraz jest o wiele lepiej niż dotychczas.

Dobrze się dzieje, że czasami ktoś podejmuje za nas trudne decyzje, których my z obawy przed zmianą, nie podjęlibyśmy nigdy.

Elżbieta Bonder, lekarz chorób wewnętrznych, specjalizująca się w leczeniu chorób wynikających z działania przewlekłego stresu i ucząca pacjentów aktywnej profilaktyki powstawania chorób psychosomatycznych, autorka programu Stop Stres.

  1. Psychologia

Jak zachowywać się, gdy grozi ci zwolnienie z pracy?

W sytuacji zagrożenia zwolnieniem ludzie często wykonują nerwowe ruchy. (Fot. iStock)
W sytuacji zagrożenia zwolnieniem ludzie często wykonują nerwowe ruchy. (Fot. iStock)
W sytuacji zagrożenia zwolnieniem ludzie często wykonują nerwowe ruchy, donoszą, spiskują, oczerniają. Jednak takie rozpaczliwe działania zazwyczaj kończą się tym, czemu miały zapobiec: rozwiązaniem umowy o pracę.

Julia nie radziła sobie z wypełnieniem założeń szefa co do wyników sprzedażowych – nie była w stanie zdobyć oczekiwanych kontraktów i po pewnym czasie otrzymała inne zadania – z jednej strony odetchnęła, że nie musi już brać na siebie odpowiedzialności za kontakty ze strategicznymi klientami, z drugiej – miała wrażenie, że to pierwszy krok na równi pochyłej w dół. Poczuła, że grunt osuwa jej się pod nogami – zmniejszyły się zarobki, a raty kredytu – nie. Dodatkowo frustracja i stres oraz poczucie wstydu z powodu „awansu w dół” powodowały, że dalsze niepowodzenia w pracy postrzegała jako skutek złej woli współpracowników, których postępowanie spychało jej zdaniem firmę w przepaść. Należało coś z tym zrobić, ale do tego potrzebna była decyzja „góry”. Kilka kolejnych rozmów z szefem o tym, co nie działa jak należy, miało spowodować, że kierownictwo nabierze do niej zaufania i zrozumie, jak jest oddana i niezbędna firmie. Jednak po kilku miesiącach otrzymała wypowiedzenie. Co o tym mogło zadecydować?

Szefie, to ja jestem OK

Kiedy nie radzimy sobie w grupie, szukamy pomocy u zewnętrznego autorytetu, który ma władzę i może narzucać rozwiązania, rozsądzając, kto jest w porządku, a kto nie. Julia – skupiona na swoim stresie – dużo energii przeznaczała na jego „obsługę”, pracy poświęcając niewystarczającą ilość czasu, więc rezultaty jej działań zawodowych były marne. Z biznesowego punktu widzenia jej praca nie przynosiła korzyści firmie. Lęk przed utratą posady narastał, a wraz z nim chęć pozbycia się napięcia. Mając rys osobowości, który nie bardzo ufa sobie, a innym jeszcze mniej – Julia nie szukała wsparcia, współpracy i rozmowy o rozwiązaniach wspólnie z teamem, tylko skupiła się na odsunięciu katastrofy od siebie. Jako że spodziewaną katastrofą było zwolnienie z pracy, jej działanie skoncentrowało się na przekonaniu zwierzchnika, że to, co się dzieje, to nie jej wina: „Ja jestem OK, to z nimi jest coś nie tak”. Takie komunikaty przekazywała w rozmowach z szefem. Z punktu widzenia jej koleżanek i kolegów nie było to nic innego, jak zwykłe donosicielstwo. Z jej punktu widzenia była to próba zawalczenia o ochronę siebie. Rozpaczliwość takiej postawy polega na tym, że zazwyczaj prędzej czy później pracodawca zaczyna przyglądać się faktom, a nie emocjonalnym donosom. A faktami są tu wyniki pracy. Donoszenie w takim przypadku na dość krótko odsuwa katastrofę w czasie.

Podatny grunt

To, że jakiś problem znajduje swoje ujście w zastosowaniu takich rozpaczliwych schematów działania, wiąże się najczęściej z rodzajem kultury organizacji. Żeby ziarno dojrzało, muszą pojawić się określone warunki. Żeby ktoś mógł donosić, ktoś musi donosów słuchać. Te firmy, które stosują prostą zasadę savoir-vivre’u, że nie rozmawia się o kimś za jego plecami, nie stwarzają warunków dla rozwoju donosicielstwa. Jednak badania przeprowadzone w Polsce przez portal praca.wp.pl, w których wzięło udział prawie 6 tysięcy internautów, dają do myślenia.

Wynika z nich, że 29 proc. pracowników donosi szefowi o tym, co robią inni. Natomiast 21 proc. rozsiewa plotki w celu zepsucia innym reputacji. Na ile więc pewne zachowania są wynikiem jednostkowej tendencji do posługiwania się donosem, a na ile wynikają ze stworzonych przez firmę warunków, do końca nie wiadomo. Przy rozpatrywaniu tego zjawiska warto pamiętać o dwóch stronach medalu.

Nie panikuj!

Dlaczego niektórzy donoszą? Panika powoduje, że zaczynamy się zachowywać, jakby rzeczywiście w danym momencie zagrożone było co najmniej nasze życie, jeśli wręcz nie życie członków całej naszej rodziny. W dzisiejszych czasach bezpieczeństwo finansowe bardzo często utożsamiane jest z bezpieczeństwem w szerszym znaczeniu tego słowa, a utrata pracy postrzegana jest na równi z symboliczną śmiercią. Wobec takiej perspektywy łatwo przełączyć się na „rozpaczliwy” styl działania. Kurczowe trzymanie się dotychczasowego rozwiązania i nieumiejętność przekroczenia bariery strachu powoduje, że nie ma mowy o jakichkolwiek próbach przekraczania granicy komfortu, które stymulują rozwój i pozwalają znaleźć kreatywne rozwiązania. Panika wyłącza logiczne myślenie i doprowadza do stanu, kiedy łatwo popaść w działanie oparte na schemacie czysto wojennym: „Jedni przeżyją, inni zginą. Ja chcę przeżyć za wszelką cenę”.

Co zatem robić, żeby nie ulec panice? Po pierwsze nie działać pod wpływem emocji. Kiedy czujemy, że biorą górę nad rozumem, warto ochłonąć, stosując jakąś wypróbowaną technikę – liczenie do stu albo przypominanie sobie, że jest się cętką na szyi żyrafy, medytowanie lub ćwiczenie oddechu. Jednym słowem, należy doprowadzić się do stanu, kiedy uda się znowu włączyć zdrowy rozsądek. Potem, używając tego rozsądku, dobrze jest zweryfikować płynące z wewnątrz komunikaty o zagrożeniu naszego jestestwa. Kiedy targają nami emocje, dobrze jest też mieć czego się trzymać. I tu pomocne okazują się zasady, które kiedyś uznaliśmy za swoje, pod którymi się podpisujemy i chcemy, żeby tak samo były stosowane przez nas, jak i w stosunku do nas.

Trzymanie się wywiedzionej z savoir-vivre’u zasady: najpierw rozmawiamy z tym, z kim mamy konflikt i szukamy wspólnie rozwiązania, zamiast uciekać się do interwencji „z góry”, przyczynia się z jednej strony do propagowania tej dobrej praktyki w firmie, a z drugiej pozwala bez obaw spotkać się ze swoim odbiciem w lustrze następnego poranka. Takie nieobarczone wstydem spotkanie dobrze wpływa z kolei na zwiększenie poczucia własnej wartości, a to daje siłę do powiedzenia „nie” praktykom donosów i plotek, nawet jeśli w firmie jest na to przestrzeń i przyzwolenie.

Nowe rozdanie równa się nowa szansa

Chociaż Julia popełniła większość możliwych błędów, takich jak: mała wiara w swoje możliwości, popadanie w panikę w trudnej sytuacji czy chodzenie na skargę zamiast poszukiwania rozwiązania razem z innymi zainteresowanymi i poniosła konsekwencje swojego działania w rozpaczliwym stylu w postaci utraty pracy i zaufania byłych kolegów – to ciągle jeszcze ma szansę przyjrzeć się schematom, w jakie była uwikłana, i popracować nad zmianą nawyków. Jeżeli to się uda, nowa praca może okazać się właśnie wybawieniem, bo daje jej szansę na to, by w nowym miejscu zacząć funkcjonować w inny sposób.
„Wierzę, że dopóki ja służę życiu, życie służy mi” – mawia Marshall Rosenberg, propagator porozumiewania się w dojrzały, nietoksyczny sposób.
Za tymi słowami stoi przekonanie, że jeżeli wchodzimy w relacje z innymi w sposób oparty na zaufaniu i szacunku do samych siebie i do otoczenia – to rozwijają się one harmonijnie i przynoszą dobre rezultaty dla wszystkich stron. Kiedy zachowujemy się w sposób manipulacyjny albo przemocowy – sytuacje życiowe prędzej czy później wskażą nam nieskuteczność takiej postawy. Ta prawidłowość sprawdza się i w pracy, i w relacjach prywatnych, niestety – albo na szczęście.

  1. Psychologia

W jaki sposób połączyć pracę z przyjemnością?

Jak sprawić, żeby czas, jaki spędzasz w pracy, był taką samą frajdą jak tzw. czas wolny? Po pierwsze, zdefiniuj, co jest dla ciebie przyjemnością! (Fot. iStock)
Jak sprawić, żeby czas, jaki spędzasz w pracy, był taką samą frajdą jak tzw. czas wolny? Po pierwsze, zdefiniuj, co jest dla ciebie przyjemnością! (Fot. iStock)
– Życie nie zaczyna się dopiero po pracy, żyjesz przez cały czas. Kiedy to zrozumiesz, w sposób naturalny zadbasz o sferę zawodową tak, żeby się nie skrzywdzić - twierdzi life coach Joanna Godecka.

 

Czy pracę i przyjemność można w ogóle połączyć? – spytasz. Można, a nawet trzeba – twierdzi Joanna Godecka. – Nie istnieje podział na życie prywatne i to zawodowe. Życie to życie, jest jedno - dodaje.

Jak sprawić, żeby czas, jaki spędzasz w pracy, był taką samą frajdą jak tzw. czas wolny? Zdefiniuj, co jest dla ciebie przyjemnością, co możesz robić bez przerwy i niemal bez wysiłku, i zadbaj o to, żeby twoja praca zawierała te elementy. Proste. Dajmy na to, lubisz siedzieć w kawiarni i patrzeć na ludzi. Co cię w tych ludziach najbardziej interesuje? Może to, jak są ubrani? Może zgadujesz, kim dla siebie są, jakie relacje tworzą? Może po prostu słuchasz, w jaki sposób i o czym mówią? Zatem twoim atutem jest obserwowanie ludzi. To może być twój punkt wyjścia. Bo wiele wskazuje na to, że potrafisz i – co ważniejsze – lubisz obserwować. Może dobrze wyłapujesz trendy i mogłabyś prowadzić modowego bloga albo zająć się projektowaniem ubrań? Obserwowanie ludzi, ich zachowań, ich życia przydaje się też w marketingu, PR, w dziennikarstwie oraz w pisaniu książek. A także w szeroko rozumianej psychologii. Wnioski wzrokowca to twarde dane, które można wykorzystać w wielu dziedzinach. W nich właśnie możesz się spełnić.

Kariera a czerpanie przyjemności z pracy

Dobrze jest wziąć też pod lupę swoje przekonania na temat tego, czy rzeczywiście jest w tobie zgoda na to, żeby dostawać wynagrodzenie za coś, co sprawia ci przyjemność. Może praca to dla ciebie jednak duży wysiłek, zmęczenie, stres oraz masa wyrzeczeń i dopiero gdy przejdziesz tę trudną drogę, dajesz sobie prawo do odpoczynku? Z takim przekonaniem zapewne nie oprzesz kariery na przyjemności.

– Z moich obserwacji wynika, że pokutują w nas trzy błędne przekonania na temat kariery – twierdzi Joanna Godecka. – Pierwsze z nich mówi o tym, że kariera jest uwarunkowana ciężką pracą. Mnóstwo osób podkreśla, że niemal nocują w swojej firmie, a na pewno harują od świtu do nocy. Drugi mit – żeby zrobić karierę, trzeba być wredną suką, kogoś wygryźć, iść po trupach. I wtedy albo tych trupów wypatrujemy, albo stwierdzamy, że nie jesteśmy kimś, kto w ten sposób będzie robił karierę, i w ogóle jej nie robimy. Trzeci mit zakłada, że trzeba mieć farta, po prostu w czepku się urodzić. Wiadomo, szczęściarzy jest wśród nas stosunkowo niewielki procent, więc wielka kariera jest nie dla nas.

Tego typu przekonania, często nie do końca nawet uświadamiane, są przyczyną albo braku kariery, albo kariery, która nas zupełnie nie satysfakcjonuje, nie mówiąc już o sprawianiu przyjemności. Dlatego dobrze, żebyś zastanowiła się także nad tym, co dla ciebie oznacza sukces.

Cena sukcesu

Ktoś może powiedzieć, że odniósł sukces, bo pracuje na prestiżowym stanowisku, ma dom za miastem oraz na wybrzeżu, sportowe samochody i co roku wakacje na końcu świata. Ktoś inny może być zdania, że odniósł sukces, bo wstaje rano z uśmiechem, czuje, że jest wolny, robi to, co kocha, i jest otoczony fajnymi ludźmi.

– Nasze rozumienie sukcesu jest spaczone i skazuje na wspinanie się na szczyty po zdobycze głównie materialne – mówi Joanna Godecka. – Osób, które mają władzę, prestiż, są opiniotwórcze, nikt nie pyta, jak się z tym czują, bo zakładamy, że to właśnie jest szczęście. Ale czy rzeczywiście?

Nazywanie sukcesem rezultatu działań zawodowo-finansowych jest jednowymiarowe. – Czym sukces jest dla mnie? – zastanawia się Joanna Godecka. – Jest robieniem tego, co naprawdę sprawia mi przyjemność. To również ustawienie prawidłowych proporcji między komercjalizacją tego, co robię, a czerpaniem z tego radości. Często zdarza się, że kiedy przyjemność zamieniamy na narzędzie do zarabiania pieniędzy, zaczynamy za bardzo kalkulować i frajda gdzieś nam się rozpływa. Czyli potrzebny jest kompromis między pasją a jej komercjalizacją. Sukcesem jest, jeżeli możemy się na krańcu naszego życia zatrzymać i powiedzieć, że mieliśmy fajne życie, że niczego nie żałujemy. Chyba nie ma człowieka na kuli ziemskiej, który na łożu śmierci powiedziałby: „szkoda, że nie zostawałem dłużej w pracy”.

Miej świadomość, że uważając materialno-prestiżowe wartości za najistotniejsze, często odcinasz się od całej reszty swoich potrzeb: emocjonalnych, intelektualnych, kontaktu z naturą, sztuką, innymi ludźmi. Cierpią wówczas głębsze potrzeby relacyjne, mające na względzie wymianę uczuć, a nie informacji: co zrobiłam, co kupiłam, co mam w swoich ambitnych planach.

– Czasem ludzie starają się godzić taki schematycznie postrzegany sukces z resztą życia, ale jeżeli bardzo go pożądają, równowaga zaczyna się niebezpiecznie chwiać, ponieważ czas niepoświęcony pracy zaczynają uważać za bezproduktywny i rezygnują z innych aktywności, gubiąc po drodze przyjemność z życia – tłumaczy life coach.

Niepotrzebna kalkulacja

Tak możemy skończyć, jeśli wybieramy swoją aktywność zawodową, kalkulując: „Lubię malować i mam do tego talent, ale jaki artysta teraz zarabia kasę, chyba lepiej pójdę na stomatologię, bo ludzie zawsze będą mieli dziury w zębach”. Jeśli decydując się na jakąś pracę, wychodziliśmy z tego poziomu, raczej jesteśmy skazani na brak przyjemności w życiu zawodowym.

– Znam ludzi, którzy zarabiają naprawdę duże pieniądze i nie znoszą tego, co robią. Obiecują sobie, że za jakiś czas rzucą to w diabły, ale ciągle ten moment odkładają, bo potrzeby materialne rosną – mówi Joanna Godecka.

Większą szansę na to, że praca przyniesie nam przyjemność, mamy wtedy, gdy zamiast na względy prestiżowe czy finansowe postawimy na preferowany styl życia. Są ludzie, którzy dobrze czują się w strukturach, instytucjach, ramach. Lubią rano elegancko się ubrać i wyjść do pracy. Uważają, że gdy siedzą w domu, życie im ucieka. Innych to głęboko unieszczęśliwia i lepiej jest dla nich, jak pracują na własną rękę, w wolnych zawodach. Dlatego tak ważna jest świadomość siebie, własnego rytmu.

– Wszyscy mamy unikatowe cechy – mówi Joanna Godecka. – Osoba, która jest elastyczna, nie będzie czerpać przyjemności z pracy, jeśli narzucone jej będą sztywne godziny i spora kontrola. Ktoś taki potrzebuje dywersyfikacji działań, płynnego zarządzania czasem. Natomiast ktoś, kto uwielbia planować, poczuje się jak ryba w wodzie, ustalając stałą formułę działania dla innych. Warto poznać swoje predyspozycje i jednocześnie potrzeby. Jeden człowiek w chaosie czuje się rozbity, a drugi go potrzebuje, bo mu się z tego chaosu co chwila coś wyłania.

Odwagi!

Mamy też prawo powiedzieć sobie, że dziedzina, którą się zajmowaliśmy, przestała nas już fascynować. Można stwierdzić, że pasja się wypaliła i nie myśleć o tym w kategoriach straty, bo zainwestowałam czas, pieniądze, zdobyłam cenne doświadczenia i teraz będę musiała zaczynać od początku. Dajmy sobie prawo do zmian. – Nie można być życiowym konformistą. Jeżeli chcesz mieć przyjemność z pracy, trzeba być odważnym, zaryzykować – podpowiada Joanna Godecka. – Bo są takie pasje, w których od razu nie odniesiemy sukcesu rozumianego jako mnóstwo pieniędzy. Ale jeśli naprawdę chcemy to robić i godzimy się, że będziemy przez jakiś czas żyć bez nadmiaru wszystkiego, to odważnie wchodzimy na tę drogę. Jeśli jesteśmy połączeni ze swoją głębią energetyczną, ze swoimi emocjami, ze swoimi potrzebami, to zawsze wybieramy swoją ścieżkę.

Nie oczekujmy jednak, że będziemy podobali się wszystkim. Są ludzie, którzy dla otoczenia są niezrozumiali, bo robią coś swojego, często niszowego. Inni pukają się w głowę, gdy to widzą, ale to ci odważni śmieją się ostatni, bo mają z pracy przyjemność.

Jeśli chcemy połączyć przyjemne z pożytecznym i pracę z zabawą, nasza motywacja nie może wynikać z lęku czy asekuracji. Działajmy z miejsca pozytywnego wyzwania. Myślmy tak: „Robię to, bo chcę spróbować”, „To sprawia mi frajdę”, „Mam odwagę to robić”. Nie nastawiajmy się na przetrwanie, w życiu nie chodzi o to, żeby nie dać się zniszczyć, pogrążyć, wyjść obronną ręką.

– Zapragnijmy przeżyć swoje życie jak najfajniej. Niech przygody, które nam się w nim zdarzają, będą twórcze i inspirujące – mówi Joanna Godecka.