1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. "Moją karmą jest leczyć innych" - reportaż o polskiej lekarce, która w Indiach leczy trąd

"Moją karmą jest leczyć innych" - reportaż o polskiej lekarce, która w Indiach leczy trąd

W Jeevodai trędowaci, wypędzenie ze swoich wiosek, odzyskują godność, prawa, które odebrano im tylko dlatego, że dotknęła ich choroba (Fot. Adam Rostkowski)
W Jeevodai trędowaci, wypędzenie ze swoich wiosek, odzyskują godność, prawa, które odebrano im tylko dlatego, że dotknęła ich choroba (Fot. Adam Rostkowski)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
„Trędowaty” znaczyło „nieczysty”. Dziś choroba ta nie stanowi zagrożenia, ale budzący lęk związany z nią mit, funkcjonujący od tysięcy lat, to coś, co wyplenić najtrudniej. Helena Pyz, polska lekarka od 30 lat pracująca w Indiach, wie o tym doskonale. Walczy z uprzedzeniami, walczy z wykluczeniem. – Hinduizm uczy, że każdy ma w życiu jakieś zadanie do wypełnienia. To karma. Moją karmą jest leczyć innych – mówi.

Trzy lata temu Helena Pyz postanowiła zabrać młodzież ze swojej szkoły w Indiach do Polski. Wystąpiła o wizy i usłyszała w konsulacie, że ma „wydać  zaświadczenie, iż nie stanowią oni zagrożenia dla zdrowia publicznego”. 

– Wściekłam się – wspomina. – Od tylu lat walczę z wykluczeniem osób dotkniętych trądem, pochodzących z rodzin trędowatych. Leczę trąd, więc co nieco wiem, a urzędniczka, która nie ma pojęcia o tej chorobie, nie chce wydać wiz bez jakiegoś zaświadczenia. Takie żądanie to absurd, brak elementarnej wiedzy, a tej można wymagać od dyplomaty w Indiach, gdzie ludzie ciągle jeszcze chorują na trąd. Wystarczy wpisać w wyszukiwarkę hasło „trąd dzisiaj”, by takich pytań nie zadawać. Człowieka z rodziny, gdzie było zapalenie płuc albo żółtaczka, nikt tak nie zapyta. Skąd mogę mieć pewność, że tamta pani nie zarażała mnie podczas rozmowy grypą lub katarem? 

To efekt pokutującego od tysięcy lat mitu o trądzie. Ta choroba zawsze wzbudzała lęk i odrazę, zwłaszcza że oszpecała i nie było na nią lekarstwa. Wystarczy zajrzeć do Biblii, by przeczytać: „Trędowaty, dotknięty tą plagą, będzie miał rozerwane szaty, włosy nieuczesane, brodę zasłoniętą i będzie wołać: »Nieczysty, nieczysty!«. Przez cały czas trwania tej choroby będzie nieczysty. Będzie mieszkał w odosobnieniu. Jego mieszkanie będzie poza obozem” (Księga kapłańska 13,45–46).

– Dziś takie zachowanie to czysta głupota – upiera się Helena. – Nie można zarazić się chorobą od kogoś, kto jest z niej wyleczony – dodaje. 

W 1986 roku Helena pracowała jako internistka w podwarszawskiej przychodni rejonowej. Nic nie wiedziała o trądzie, nigdy nie myślała o pracy z trędowatymi w odległym kraju. 

Na jakimś spotkaniu usłyszała o księdzu Adamie Wiśniewskim, lekarzu. Zbudował w Indiach osadę, gdzie leczył trąd, założył szkołę dla dzieci z kolonii dla trędowatych. Niestety, zachorował na raka. Potrzebny więc był lekarz, który zastąpi księdza Wiśniewskiego. 

– Powiedziałam, że jeśli nie mają nikogo lepszego, to mogę pojechać – wspomina Helena. – Wiele się nie zastanawiałam. To był impuls. 

Nie dane jej było poznać księdza Adama. Zmarł, kiedy Helena czekała na urzędowe zaproszenie i wizę. Wyleciała z Warszawy 14 lutego 1989 roku, gdy w Polsce trwały obrady okrągłego stołu. Miała 41 lat.

– Bilet do Delhi kosztował tysiąc dolarów, kupiłam po państwowym kursie wymiany: 105 zł za dolar. Było mnie na to stać. Gdybym musiała nabyć dolary na czarnym rynku, nie dałabym rady.

Podróż trwała trzy doby. Do Delhi leciała z dwoma międzylądowaniami: w Moskwie i w Taszkiencie. W Taszkiencie tankowano samolot, więc pasażerowie musieli opuścić pokład. 

– Wyszliśmy na śnieg i mróz – opowiada Helena. – A kilka godzin później, gdy wylądowaliśmy w Delhi, uderzył mnie żar. Nigdy wcześniej nie doświadczyłam takiego gorąca. Na lotnisku czekała na mnie siostra Barbara Birczyńska, współpracownica księdza Adama. Przespałyśmy noc w Delhi i rano udałyśmy się na dworzec kolejowy. A tam smród, brudno, tłok i nieprawdopodobny hałas. I język nieprzypominający niczego znajomego. Kupiłyśmy herbatę i to było kolejne zaskoczenie. Zemdliło mnie, nie wiedziałam, że można pić taki ulepek. 

Po 32 godzinach podróży dotarły do Rajpuru, dziś dwumilionowego miasta w środkowo-wschodnich Indiach, ale wtedy jeszcze o rozmiarach większej wioski. Przesiadły się w samochód dostawczy, jakby ze ściętą maską. Silnik znajdował się w środku, w kabinie pasażera.

– Przez całą drogę miałam wrażenie, że wjedziemy w tłum i rozjedziemy ludzi. Za oknem wszystko było inne. Sucho, płasko, żadnej zieleni – wspomina Helena.

Na czerwonej ziemi Jeevodayi stanęła w południe. Otoczyła ją chmara ludzi, dorosłych, dzieci. Dźwięki niezrozumiałych słów tylko przepływały przez jej uszy, ale widziała radość, że przyjechał ktoś nowy. 

Helena lubi powitanie 'namaste', składanie rąk zamiast uścisku dłoni. Nie ma wtedy bariery i oporu przy podaniu ręki białemu czy kobiecie (Fot. Adam Rostkowski) Helena lubi powitanie "namaste", składanie rąk zamiast uścisku dłoni. Nie ma wtedy bariery i oporu przy podaniu ręki białemu czy kobiecie (Fot. Adam Rostkowski)

Na zdjęciach i filmach wioska przypomina piękny zielony park. Ale gdy w 1969 roku ksiądz Adam Wiśniewski postanowił stworzyć miejsce dla trędowatych, trafił na kawałek pustynnej ziemi. Nazwał go Jeevodaya, co znaczy w sanskrycie „świt życia”. Postawił trzy wojskowe namioty. W jednym mieszkał on z chłopcami, w drugim siostra Barbara z dziewczynkami, trzeci służył za kaplicę.

Zaczęli od wiercenia studni. Gdy znaleźli źródło czystej i zdrowej wody (w Jeevodayi, co w Indiach absolutnie unikalne, pije się wodę prosto z kranu), zrozumieli, że dobrze wybrali. Potem ksiądz Adam posadził drzewa, które dawały schronienie w upał, a także owoce, którymi można się pożywić. Zbudował domy. W Jeevodayi rosną bananowce, kilka odmian mango, warzywa, jest pole ryżowe; dzisiaj uprawy nie wystarczają, by wykarmić wszystkich mieszkańców. 

– Kiedy przyjechałam, było tu 150 dzieci – mówi Helena. – W kolejnych latach ich przybywało, zrobiło się 400, a liczę tylko te, które mieszkają w internacie. Pochodzą z kolonii trędowatych. W większości są zdrowe. To ich rodzice i krewni byli dotknięci trądem. 

Gdy okaleczony chorobą rodzic chce zapisać dziecko do publicznej szkoły, zatrzaskują się przed nim drzwi. Zdrowi ludzie przeganiają chorego, nie chcą, by ich córka lub syn dzielili ławkę z dzieciakiem z rodziny trędowatych, choć to niczym nie grozi. 

– Przyjmujemy dzieci z kolonii trędowatych, bo inni ich nie chcą – tłumaczy. – Oraz z rodzin znajdujących się w wyjątkowo trudnej sytuacji, jak np. wdowa z pięciorgiem dzieci czy rodzice chorzy psychicznie. Nasza szkoła i przychodnia są za darmo. Utrzymujemy się z datków darczyńców, obecnie głównie z Polski.

Trądem można zarazić się drogą kropelkową. To choroba bakteryjna, prątki przypominają te gruźlicze. Dzisiaj jest całkowicie wyleczalna. Kuracja kosztuje maksymalnie około 100 dolarów. Po zdiagnozowaniu podaje się pacjentowi antybiotyk i sulfonamidy. Leczenie trwa od pół roku do roku, antybiotyk należy przyjmować raz w miesiącu. Ważne, by chorzy zgłaszali się regularnie na wizyty kontrolne. 

Helena mieszka w Indiach 30 lat, a stale dowiaduje się o nich czegoś nowego. (Fot. Adam Rostkowski) Helena mieszka w Indiach 30 lat, a stale dowiaduje się o nich czegoś nowego. (Fot. Adam Rostkowski)

– Pierwsze objawy to odbarwione plamki widoczne na ciemniejszej skórze – opowiada doktor Helena. – Są charakterystyczne, bo miejsca dotknięte chorobą tracą unerwienie, nie pocą się, wypadają z nich włosy. Osoba, która traci czucie w stopach czy dłoniach, łatwo je rani, kaleczy, parzy. Nieunerwione palce się deformują, odpadają albo – spotkałam się i z takimi sytuacjami – odgryza je szczur. Wtedy łatwo o zakażenie, grzybicę, infekcję, bakterie. Czucie nigdy już nie wraca, rany trzeba opatrywać do końca życia. Widoczne zmiany stanowią stygmat. Ale od okaleczeń, nawet paskudnie wyglądających, nikt się nie zaraża.

W Indiach od wieków (ale nie pocieszajmy się zbytnio; tak było również w Europie) trędowatego wygania się ze społeczności, z wioski, z rodziny. Chory za życia ma status zmarłego. Trafia do kolonii, gdzie mieszkają inni trędowaci. Albo na ulicę. Żyje, jeśli coś użebrze.

Jeśli udaje się wykryć chorobę we wczesnym stadium, chory ma szansę, że nikt nie dowie się, że leczył się na trąd. Ale są zarażeni, którzy ukrywają się w domach, w zamknięciu. Nie pójdą do lekarza ze strachu przed odrzuceniem, a to wcześniej czy później i tak ich czeka. 

Trudno mieć kontrolę nad ponad tysiącem uczniów; w Jeevodayi działa szkoła podstawowa i średnia. Dlatego każdego obowiązuje regulamin i określony co do minuty plan dnia. 

– Mieszkam w tym samym domu co starsze dziewczynki – mówi Helena. – Słyszę, jak świergolą już od 5 rano. Żeby wszystkich zebrać w jednym miejscu, o 6.30 spotykamy się w kościele na mszy świętej. Tak łatwiej utrzymać porządek – podkreśla. – Potem dzieci sprzątają swoje pokoje i jedzą śniadanie. O 8.30 apel i rozchodzą się do klas. Około południa – obiad, później jeszcze jedna czy dwie lekcje i gry sportowe na boisku. O wpół do szóstej ponownie wszyscy gromadzą się na modlitwie w kościele. Później kolacja i czas na odrabianie lekcji. Młodsi gaszą światło o 22, starsi pół godziny później.

Udział w mszach nie oznacza, że w Jeevodayi dzieci są katolikami. Nikt tu nikogo do wiary nie zmusza.

Helenie udało się przekonać sąsiadów, że dzieci z rodzin trędowatych nie są „nieczyste”, nie roznoszą choroby, niczym nikomu nie grożą. Pracownicy mieszkający poza ośrodkiem – nauczyciele, rolnicy, księgowy – zdali sobie sprawę, że nikt z nich nie zaraził się trądem, a mieszkańcy osady są tacy jak oni, nawet można z nimi jeść posiłki. Zaczęli dopytywać, czy mogliby przysłać swoje dzieci na naukę. Opowiadali innym o tym wyjątkowym miejscu.

Szkoła Heleny ma w okolicy wielką renomę, poziom nauczania jest tu wyższy. Zajęcia trwają od rana do popołudnia, a nie trzy lekcje, jak w szkołach państwowych. Już w pierwszym roku po wybudowaniu nowej szkoły uczyło się tu dwa razy więcej dzieci dojeżdżających niż tych z internatu. 

W szkole uczą się zarówno dzieci z rodzin trędowatych, jak i te zdrowe (Fot. Adam Rostkowski) W szkole uczą się zarówno dzieci z rodzin trędowatych, jak i te zdrowe (Fot. Adam Rostkowski)

Razem się uczą, bawią. Dzieci z internatu, a więc te napiętnowane trądem, odwiedzają swoich kolegów i koleżanki w ich domach. To jest sukces Heleny.

W osadzie Jeevodaya najważniejsi są trędowaci. Choroba wprawdzie ustąpiła, ale zdecydowali się zostać albo po prostu nie mieli dokąd wracać. Pozakładali rodziny. Mieszkają tu i pracują. Jeden jest kierowcą, inny prowadzi aptekę, kolejny stróżuje, uprawia ryż. 

Gdy podopiecznych było mniej niż dzisiaj, gotowały im trędowate kobiety. Na przygotowanie posiłku potrzeba jednak czasu. Gdy przybywało uczniów, było go coraz mniej. Kobiety z pozbawionymi czucia dłońmi nieraz niechcący oblewały się wrzątkiem, kaleczyły. Wprawdzie nie czuły bólu, lecz parzyły się i raniły. 

Dlatego dzisiaj trędowate zajmują się przesiewaniem ryżu. Każdego dnia trzeba oczyścić od 70 do 100 kilogramów. Inne pracują w polu albo zostały krawcowymi. 

Helena zajmuje się sprawami administracyjnymi. Dobija się do urzędów, by wywalczyć dopłatę do żywności albo zwolnienie z cła. Załatwia leki. Co roku musi składać podanie o przedłużenie wizy. Przez kilkadziesiąt lat nauczyła się funkcjonować w odmiennym od europejskiego systemie, choć nadal często się wkurza, bo jako kobiecie, niepełnosprawnej i obcej, jest jej bardzo trudno.

Miała dziesięć lat, gdy zachorowała na polio i przestała chodzić. Dzieciństwo spędziła w szpitalach. Chyba to zdecydowało, że postanowiła studiować medycynę. Po przyjeździe do Indii utykała, z czasem poruszała się za pomocą kul, a dziś głównie jeździ na wózku. 

– Żyję tu już 30 lat. Nauczyłam się hindi, więc wszystko rozumiem, ale ciągle czuję się inna. Choć w Indiach oficjalnie został zniesiony system kastowy, to jednak nadal kasta, z której się pochodzi, określa miejsce w społeczeństwie. A ja jestem poza kastami. Biała, ale to wcale nie znaczy, że lepsza. Gdy idę do urzędu, słyszę, jaką wspaniałą wykonuję robotę, a potem ten sam pochlebca odprawia mnie z kwitkiem i każe przyjść po podpis następnego dnia. Przychodzę następnego i słyszę to samo. Poruszam się wolniej niż inni, a nikt mnie w tutejszym tłoku nie przepuści, nie pomoże, nie otworzy drzwi.

Choć w Indiach zniesiono system kastowy, kasta ciągle określa miejsce w społeczeństwie, a Helena czuje się poza kastami (Fot. Adam Rostkowski) Choć w Indiach zniesiono system kastowy, kasta ciągle określa miejsce w społeczeństwie, a Helena czuje się poza kastami (Fot. Adam Rostkowski)

Sanitariusze i pielęgniarki, z którymi pracuje Helena, bardzo ją szanują. Ale już niekoniecznie tutejsi lekarze. Denerwuje ich, gdy wyraża głośno swoje zdanie. I nie dotyczy to tylko lekarzy mężczyzn w zmaskulinizowanym świecie hinduskiej medycyny. 

Wiele lat temu została zaproszona do Sister Doctors Forum of India – katolickiej organizacji lekarek sióstr zakonnych. Jest ich około tysiąca. Są potrzebne, bo zgodnie z tutejszym obyczajem kobiety powinny leczyć się u kobiet, zwłaszcza ginekolożek i położnych. Helena nie jest zakonnicą, jednak już w 1980 roku na stałe związała się z Kościołem. Pod koniec studiów wstąpiła do Instytutu Prymasa Wyszyńskiego, złożyła śluby wieczyste nakazujące życie w czystości, posłuszeństwie i ubóstwie, według rad ewangelicznych. Ale nie mieszka w klasztorze, tylko we własnym domu, nie podlega przełożonej zakonu. Siostry z Forum też traktują ją jak odszczepieńca – ale raczej nie dlatego, że jest osobą świecką, ale że pracuje z najbiedniejszymi, z trędowatymi, no i za darmo. Siostry zarabiają pieniądze dla swoich zakonów, ale nie stykają się z trędowatymi. 

Na początku pobytu Helenę dziwiło, że nikt tu nie mówi: „dziękuję”. Gdy ktoś przyniósł jej posiłek do pokoju, spytała, jak jest w ich języku dziękuję. Dhanyavād było pierwszym słowem, którego się nauczyła. Potem dzieciaki biegały za nią i wołały: „Ta, co dziękuje”. – Już mnie to nie zaskakuje. Hinduizm uczy, że każdy ma w życiu jakieś zadanie do wypełnienia. To się nazywa karma. Moją karmą jest leczyć innych. Nie trzeba za to dziękować. 

 

Ale sama uczy dzieci, jak być wdzięcznym. Jeśli mama gotuje im obiad, zasługuje na podziękowanie. – Chcę też, by dzieci pamiętały, skąd pochodzą. To ważne, by rozjeżdżały się do domów na wakacje, a umiejętności, które zdobywają w szkole, wykorzystywały w koloniach. Tak mogą choć odrobinę zmienić tamtejszy świat na lepszy. Gdy moi absolwenci pytają, czy mogą swoje dzieci przysłać do nas na naukę, odmawiam.

– Jak to? – nie rozumiem.

– Tłumaczę, że ich rodzice nie mieli wyboru – wyjaśnia Helena. – Oni nie są trędowaci, więc nikt ich nie wyklucza. Mogą zarabiać na życie, stać ich, by wspierać rodzinę, kształcić córki i synów w normalnych szkołach. 

19 lat temu ktoś podrzucił do Jeevodayi wygłodzone niemowlę – Filipka. Prawie od razu umarł na rękach Heleny. Dziesięć dni później przyniesiono jej Patrycję. Miała cztery miesiące, ważyła 1800 gramów, kasłała, nie miała mięśni. Ale wydobrzała, mieszka dalej w Jeevodayi.

Parę lat po Patrycji pracownicy ośrodka znaleźli Snehę – dziewczynka nie miała zawiązanej pępowiny, jej główka była roztrzaskana. Ktoś próbował ją zabić. Przecież gdyby to był wypadek, rodzice sami poszukaliby pomocy. 

Mała przeżyła. Trzy lata temu przeszła w Polsce operację, chirurdzy załatali dziurę w głowie specjalną protezą. 

Sieroty stały się córkami Heleny. Zapewne jej karmą było zostać mami – matką-opiekunką dla kilku dziewczynek. Jest dla nich jedyną bliską osobą. Ale mami wołają do Heleny wszystkie dzieci w Jeevodayi. 

– Wytknięto mi niedawno, że choć jestem w Indiach 30 lat, mało wiem o Hindusach. To prawda, ciągle coś mnie zaskakuje. Ale chyba wiem już wystarczająco dużo, żeby pomagać tym ludziom. Nie tylko jako lekarka, ale człowiek, doradca, ktoś bliski. Przecież wspólnie tworzymy rodzinę.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Palestyńskie kobiety w walce o swoje miejsce w społeczeństwie

Basma Abu Gelmin. Stworzyła miejsca pracy dla kobiet z Beit Furik, niedawno kandydowała też do lokalnego samorządu. (Fot. Katarzyna Boni)
Basma Abu Gelmin. Stworzyła miejsca pracy dla kobiet z Beit Furik, niedawno kandydowała też do lokalnego samorządu. (Fot. Katarzyna Boni)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Ich historie nie są historiami z bajki, bo nie pojawia się żadna wróżka, która odmieniłaby trudny los. Palestyńskie kobiety same walczą o swoje miejsce w społeczeństwie. Silne, zdeterminowane, odważne. Jeszcze parę lat temu słyszały, że nie wolno im wychodzić z domu. Dzisiaj szefują małym biznesom, kandydują do lokalnych samorządów, są zapraszane na międzynarodowe konferencje.

Betlejem to jedyne miasto na świecie, w którym bożonarodzeniowe ozdoby na ulicach nie wadzą nawet latem. Beżowe kamienne chodniki aż się świecą – tak są wyślizgane stopami pielgrzymów. Z rynku idę w stronę bazyliki Narodzenia Pańskiego. To kamienna ściana z niepozornymi drewnianymi drzwiami, trzeba się pochylić, żeby przez nie wejść. Mijam bazylikę, idę wzdłuż ulicy w górę, w dół, w górę, w dół. Zanim dojdę do Al Basma Center w Bajt Sahur, jednej z dzielnic Betlejem, porządnie się zmęczę. Ze wzniesień widzę spaloną ziemię Palestyny – ma beżowy odcień. Tak samo jak betlejemskie chodniki i ściany.

Na tej beżowej pustyni Al Basma Center to oaza. Na podwórku pod plastikowymi płachtami rosną rzędy sałat, pomidorów, ogórków. Rośliny nie rozwijają się w ziemi, ich korzenie są umieszczone w rurkach, którymi płynie woda z nawozem – dzięki temu można je hodować wszędzie: na dachu, na balkonie, na podwórku. W Palestynie, gdzie trudno i o wodę, i o ziemię, taki pomysł budzi ogromne zainteresowanie. A to tylko jeden z wielu projektów centrum założonego 30 lat temu przez Basmę Giacaman. Wchodzę do chłodnego budynku. Basma czeka na mnie z mocną arabską kawą.

Oswoić lęk przed nieznanym

Basma Giacaman zawsze stawiała na swoim. Miała 23 lata, kiedy wyszła za mąż i zamieszkała u teściowej. – Miałam zmywać, kiedy ona coś ugotuje, i prasować, kiedy coś upierze. Chciała decydować, w co się ubieram i jak się maluję. To było 33 lata temu. Kiedy powiedziałam, że się wyprowadzamy, nie chciała nas puścić. Dużo mnie to wszystko kosztowało, ale nie wyobrażałam sobie życia z nią pod jednym dachem. Z mężem wynajęliśmy mieszkanie. Jego pensja starczała tylko na niezbędne wydatki. Dla mnie po studiach na kierunku praca socjalna nie było zatrudnienia.

Więc Basma sama je sobie stworzyła.

Basma Giacaman. Uprawy hydroponiczne pozwalają jej podopiecznym uczyć się prostych obliczeń i dbać o rośliny. (Fot. Katarzyna Boni) Basma Giacaman. Uprawy hydroponiczne pozwalają jej podopiecznym uczyć się prostych obliczeń i dbać o rośliny. (Fot. Katarzyna Boni)

W 1987 roku przy Bethlehem Arab Society for Rehabilitation założyła Al Basma Center (Centrum Basmy) – dla dorosłych osób z niepełnosprawnością intelektualną. Wtedy w Betlejem nie było takich ośrodków. Kiedy niepełnosprawni intelektualnie dorastali, musieli opuścić ośrodki opiekuńcze. Zostawali z rodziną, która często nie wiedziała, jak się nimi zajmować. Bracia wstydzili się siostry z porażeniem mózgowym, ojciec ukrywał syna z zespołem Downa. Taka „choroba” w rodzinie mogła uniemożliwić małżeństwo. Pierwszym podopiecznym Basmy został Sama, który cierpi na uszkodzenie mózgu. Słowa wymawia niewyraźnie, nie do końca panuje nad ciałem. Ale ze wszystkich osób w ośrodku to on pierwszy wyciąga rękę, żeby się przywitać i przedstawić. Jego bracia chowali go w pokoju – nie chcieli, żeby o chorym bracie dowiedziały się przyszłe narzeczone. Czasem Sama mówił Basmie: „Moi bracia biją mnie po głowie, bo boją się, że będą mieć takie dzieci jak ja”.

Dzisiaj do Al Basma Center przyjeżdża codziennie 37 osób. Centrum zapewnia im dzienną opiekę i zajęcia. A nawet pracę. Jej podopieczni robią kilimy ze starych ubrań, mydełka w kształcie róży i bożonarodzeniowe – betlejemskie – pocztówki. – Nie wyobrażasz sobie, jak oni są szczęśliwi – mówi Basma. – Są dumni z siebie, bo mają zajęcie. Pracę. Tak samo jak ich ojcowie.

To dla podopiecznych Basma zaczęła projekt uprawy bez ziemi. Uczą się, jak dbać o rośliny, dozować wodę, wyliczać dawki nawozu. Mają własne pomidory, sałatę, pietruszkę, słodką paprykę, nawet szafran. Ludzie zaglądają z ulicy zaciekawieni. Pytają, jak zrobić taką uprawę. Podziwiają warzywa, chwalą ogrodników. 30 lat temu bali się z nimi rozmawiać. Zdarzało się, że zamiast studentów Uniwersytetu w Betlejem, którzy w Al Basma Center mieli odbyć staż, zjawiali się rodzice i mówili: „Moje dziecko nie będzie tu przychodzić!”. Ludzie bali się kontaktu z niepełnosprawnymi. – Zmieniałam to krok po kroku – opowiada Basma. – Ktoś wejdzie do środka, zobaczy, jak moi podopieczni pracują przy krosnach, i opowie sąsiadowi. Ktoś inny zobaczy, jak śpiewają, i przyprowadzi dzieci. Pomogło też to, że pojechaliśmy z naszym amatorskim teatrem do Holandii. Dla ludzi z okolicy to był szok. Niektórzy nigdy nie wyjechali dalej niż do sąsiedniego miasta, a ich niepełnosprawne dziecko jedzie do Europy! Teraz walczę o to, żeby jedna z moich dziewczyn została zatrudniona w kuchni, w której przygotowywane są gotowe obiady dla pracujących kobiet, żeby mogły chodzić do pracy albo spędzać czas z dziećmi. Osoba niepełnosprawna intelektualnie dostanie umowę o pracę. Jeśli mi się uda, to będzie chyba pierwszy taki przypadek w całej Palestynie.

Basma wie, że w konserwatywnym społeczeństwie to głównie matki zajmują się niepełnosprawnymi dziećmi. Dlatego organizuje dla nich spotkania przy kawie. Zaczynają mówić o tym, o czym z nikim jeszcze nigdy nie rozmawiały. Co to znaczy kąpać dorosłego syna? Co to znaczy być w pogotowiu 24 godziny na dobę? Kobiety stworzyły gorącą linię, razem jeżdżą też na organizowane przez Basmę wycieczki. Ostatnio wybrały się na kilka dni do Izraela. Basma co roku powtarza, że to już ostatni raz, bo kosztuje ją to zbyt dużo nerwów. I co roku organizuje kolejny rodzinny obóz. – Same kobiety i dzieci, bez mężów. Jesteśmy i chrześcijankami, i muzułmankami. Gdybym zapraszała również mężczyzn, część z nas nie mogłaby pojechać. Z niektórymi zmianami musimy jeszcze poczekać.

Ostatnio Basmę zaproszono na konferencję do Szwecji, żeby opowiedziała o swojej pracy. Już po raz drugi. Było jej głupio, bo taki wyjazd musi kosztować dużo pieniędzy, ale powiedziała, że bez męża nie pojedzie. Ona już cztery razy była w Holandii i dwa razy w Stanach. A jej mąż nigdy nie opuścił Palestyny. Po raz pierwszy pojadą razem.

Palestyńskie organizacje i spółdzielnie, między innymi Al Basma Center, już od czterech lat są wspierane przez Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej. Uprawy sałaty bez ziemi, czyli hydroponiczne, to ich pomysł. – W ramach programu Polska Pomoc, finansowanego przez MSZ, wspieramy głównie kobiety, które próbują zmienić coś wokół siebie – opowiada Anna Radecka, koordynatorka palestyńskich projektów. – I inwestujemy w kobiece kooperatywy. Chcemy, żeby mężczyźni zobaczyli, że kobieta też może przynosić do domu pieniądze.

W Palestynie działa prawie tysiąc kooperatyw. W Polsce trochę kojarzą się z socjalizmem, a trochę z hipsterami, ale tutaj to najprostszy sposób na pracę. Nie potrzeba wielkiego kapitału – wystarczy pomysł i skromne wpisowe. Wsparcie – zarówno finansowe, jak i intelektualne – oferuje pomoc międzynarodowa; a ta działa w Palestynie na dużą skalę. PCPM wspiera 16 kooperatyw. A poprzez nie – zmianę palestyńskiego świata. – Obserwuję, jak zmienia się sytuacja kobiet – opowiada Anna Radecka. – Nie spotykają się już tylko na plotki, ale żeby zrobić coś konkretnego. Czują, że mają wpływ na otaczającą rzeczywistość. Widać, że są pewniejsze siebie. Nawet lokalne władze zaczynają pytać je o zdanie.

Ale nie wszystkie palestyńskie kobiety słyszą słowa zachęty, kiedy zamierzają stworzyć coś własnego. Zwłaszcza jeśli mieszkają na bardziej konserwatywnych terenach, poza dużymi miastami. – Kiedy mój ojciec dowiedział się, że chcę pracować w sklepie, powiedział „nie” – Iman, szefowa kooperatywy Al Jiftlik, poprawia ręką różowy hidżab. Ubrana jest w czarną tradycyjną suknię – abaję. Skórę też ma czarną, co tutaj, na północy Palestyny, niedaleko rzeki Jordan, zdarza się nie tak rzadko, jak wyjaśnia mi Cesar, mój tłumacz. Muzułmanie pielgrzymowali tu z Afryki już od VIII wieku, a Turcy osmańscy sprowadzali afrykańskich niewolników i żołnierzy – dziś afropalestyńska społeczność liczy trochę ponad dziesięć tysięcy osób.

Był 2007 rok, Iman miała 38 lat, razem z innymi kobietami z wioski Al Jiftlik spotykała się na szykowanie makdousu – miejscowej specjalności: bakłażanów nadziewanych masą z papryczek i orzechów przechowywanych w oliwie. Pewnego dnia, kiedy plotkowały w kuchni, któraś rzuciła, że fajnie byłoby zacząć robić te bakłażany na zamówienie. Taka produkcja na małą skalę. A tak w ogóle to dlaczego by nie otworzyć sklepiku? Miały dość pomagania mężom na roli, mają już swoje lata. Pragnęły czegoś swojego, gdzie same sobie będą szefowymi. Chciały zmiany. Ale ich rodziny o zmianach nie chciały słyszeć.

Iman oraz Dalal przed wejściem do sklepiku, o którego otworzenie walczyły. (Fot. Katarzyna Boni) Iman oraz Dalal przed wejściem do sklepiku, o którego otworzenie walczyły. (Fot. Katarzyna Boni)

Ojciec Iman wiedział lepiej niż ona. Muzułmańskiej kobiecie, uważał, nie wypada iść pięć kilometrów do pracy ani obsługiwać nieznanych ludzi w wioskowym sklepiku. Nie wypada jej ściągać na siebie uwagi. Nie tylko Iman miała problemy. 43-letnia Dalal, matka pięciu synów i dwóch córek, która tak samo jak Iman dziś pracuje w sklepie, słyszała od męża: „Jesteś potrzebna w domu. Po co ci to?”. Jej dzieci przychodziły do sklepiku i krzyczały: „Wracaj do domu!”. Niektóre kobiety musiały zrezygnować – rodziny zabroniły im opuszczać domy. Wydawało się, że całe Al Jiftlik jest przeciwko nim. Nawet lokalny samorząd nie chciał wydać licencji. „Kooperatywy nie mogą tworzyć same kobiety!”, wołano. Członkami muszą być mężczyźni. Dlaczego? Iman nie jest pewna: – Samorząd nie podał żadnych powodów, może uważali, że tylko mężczyźni zapewnią sprawne działanie? A może chcieli nas zniechęcić? Ogłosiłyśmy nabór. Wpisowe to prawie 600 dolarów, w zamian co roku dostaje się udział w zyskach.

Znalazło się czterech mężczyzn, którzy zaufali kobietom. Chcieli je wesprzeć. Wpłacili wpisowe. Samorząd wydał licencję 12 sierpnia 2008 roku. Ojciec Iman zgodził się, ale niechętnie. Wyznaczył jej godzinę policyjną: o 11 masz być w domu i basta. Mąż Dalal wiedział, że potrzebują pieniędzy.

Kobiety dostały wsparcie od Oxfamu i od palestyńskiej organizacji non profit The Applied Research Institute – Jerusalem (ARIJ). Zaczęły od gotowania na zamówienie, ale robienia interesów musiały się nauczyć. Raz ktoś zamówił u nich sos chili, po faszerowanych bakłażanach ich najpopularniejszy produkt. Wziął całą dostawę i po prostu nie zapłacił. Zapamiętały na całe życie, że trzeba podpisywać umowy. Otworzyły też wymarzony sklep. W centrum wioski, obok kliniki i szkoły. Sprzedają szampony, mydła, plastikowe miski, słodycze, napoje, ryż, czipsy. Na początku do środka nie wszedł żaden mężczyzna, choć do kolejnego sklepu będzie z 30 minut na piechotę. Za to kobiety pracujące w klinice naprzeciwko sklepiku były zadowolone. – Za pierwszą wypłatę kupiłam sobie nowy hidżab. I telefon – śmieje się Iman, pokazując telefon w różowym pokrowcu.

Dalal zapłaciła za studia córki. Chce, żeby skończyła college, zanim wyjdzie za mąż. – To duża zmiana. Kiedy ja wychodziłam za mąż, miałam 16 lat. Dzisiaj czekamy do dziewiętnastki. Ciągle jeszcze żyjemy w społeczeństwie, w którym słowo męża jest ostateczne. Ale to się powoli zmienia, właśnie dzięki edukacji.

Także dzięki Facebookowi. Kiedyś przed ślubem kobieta poznawała tylko teściów – reszta była loterią. A teraz? Młodzi rozmawiają ze sobą w Internecie, umawiają się na kawę. A jeśli córka nie chce, rodzice nie zmuszą jej do małżeństwa.

– Przekonałyśmy nasze rodziny do tego, co robimy. Teraz wystarczy, że powiem: „Idę do Al Jiftlik”, i ojciec o nic nie pyta. Zgodził się nawet, żebym jechała do Jordanii na szkolenie. Pęka z dumny, że córka jest szefową – opowiada Iman.

– Postawiłyśmy na swoim – śmieje się Dalal. – Udowodniłyśmy sobie, że możemy stworzyć coś, na czym nam zależy, wyjść poza schemat. A osobiście? Zdobyłyśmy szacunek i zaufanie rodzin. I pewność siebie. Pamiętam, jak na początku wstydziłam się rozmawiać z dostawcami – obcymi mężczyznami. Byłam przerażona, jak z nimi negocjować, jak się w ogóle do nich odezwać? Dziesięć lat później nie robi to na mnie najmniejszego wrażenia – ot, jeden z elementów mojej codzienności.

Do kooperatywy Al Jiftlik należy 16 kobiet i czterech mężczyzn. Ich sklepik podczas przerwy szkolnej zapełnia się dzieciakami, potem robi się spokojniej, ale i tak co chwilę ktoś zagląda. – Klientów stale przybywa. Mężczyźni już dawno przestali kaprysić i też u nas kupują – mówi Dalal. – Ale do spółdzielni nie dołączają nowi członkowie. Może mężczyźni boją się, że kobiety miałyby wtedy za dużo władzy? – kwituje.

Na przekór tradycji

W 2016 roku Basma Abu Gelmin kandydowała do rady miasta Beit Furik. To nieduże miasto niecałą godzinę drogi od Ramallah, stolicy Palestyny. Jej program? Zaangażowanie kobiet w lokalne sprawy. – W końcu kobiety to połowa miasta, czemu nie miałyby decydować na równi z mężczyznami? – 49-letnia kobieta głos ma spokojny i stanowczy. Opowiada mi o synu, który siedzi w więzieniu za napisanie antyizraelskiego hasła na Facebooku. I o braku wody. Latem często się zdarza, że odkręcasz rano kran, z którego nie kapie nawet kropelka. Nie można gotować, nie można korzystać z toalety, nawet zębów nie umyjesz. Ziemi, na której zasadziło się winogrona, pomidory, ogórki i melony, też nie można nawodnić. Przyczyną są nasilające się ostatnio susze, owszem. Ale sprawy nie ułatwiają też władze izraelskie, które zakazują pogłębiania studni. I bez ostrzeżenia odcinają wodę. Jedyne wyjście to zamówić izraelski beczkowóz, który za opłatą napełni zainstalowane na dachach domów zbiorniki.

Basma Abu Gelmin. Stworzyła miejsca pracy dla kobiet z Beit Furik, niedawno kandydowała też do lokalnego samorządu. (Fot. Katarzyna Boni) Basma Abu Gelmin. Stworzyła miejsca pracy dla kobiet z Beit Furik, niedawno kandydowała też do lokalnego samorządu. (Fot. Katarzyna Boni)

Basma nie lubi siedzieć bezczynnie. Kiedy w miasteczku zaczęło brakować pracy, sama stworzyła sobie miejsce, w którym zarabia. Od kiedy w 2002 roku Izrael zaczął budować mur (przez jednych nazywany murem bezpieczeństwa, przez drugich – separacji), stawiać punkty kontrolne i wydawać restrykcyjne zezwolenia na przekraczanie granicy – na Zachodnim Brzegu wzrasta bezrobocie. W Palestynie blisko co trzecia dorosła osoba nie ma pracy. – Mężczyźni cały dzień siedzą w domu. Zaczynamy się kłócić, atmosfera staje się nie do zniesienia – opowiada Basma. – W 2012 roku razem z moimi przyjaciółkami wymyśliłyśmy, że otworzymy lokalny sklepik z domowym jedzeniem. Każda z nas jest matką, każda z nas gotuje. To miała być dodatkowa praca, która nie będzie nam przeszkadzała w zajmowaniu się domem.

Plan Basmy i jej przyjaciółek był prosty. Jeśli któraś ugotuje więcej jedzenia, przyniesie je do sklepiku. Myślały, że to wystarczy. Po roku sklep zbankrutował. – To wtedy mój mąż Raed zwątpił w to, co robię. Kiedy wymyślałam nowe pomysły na biznes, on tylko kręcił głową. Kiedy wszyscy naokoło mówią: „przestań”, ciężko jest wierzyć w to, co się robi – Basma się zamyśla.

Ale ona się nie poddała. Postanowiła poszukać pomocy. Skontaktowała się z ARIJ-em. – Przeszkolili nas w zarządzaniu, planowaniu, księgowości – wylicza. – Zaczęłyśmy jeszcze raz.

Kobiety stworzyły nowy plan. Co najchętniej kupowali ich klienci? Maftoul, rodzaj kuskusu z pszenicy. To tradycyjne jedzenie. Każde miasto ma własny przepis. Basma do ugotowanego kuskusu dodaje cieciorkę, zielony groszek, cebulę i kalafiora. Podaje go z zupą. Kobiety postanowiły skupić się tylko na szykowaniu maftoulu. Narzędzi do jego produkcji dostarczyło Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej, które współpracuje z ARIJ-em. To wystarczyło. I przekonało ludzi w miasteczku. Zobaczyli, jak do wynajętego przez kobiety budynku przyjeżdżają lodówki, chłodnie, szafy, garnki, sita i specjalne ramy do suszenia ziaren. Zdobyte dzięki ich uporowi. Dzisiaj kobiety z Beit Furik rocznie sprzedają ponad tonę maftoulu – również w większych palestyńskich miastach: Nablusie i Ramallah. A mąż Basmy znalazł zatrudnienie – pracuje dla spółdzielni jako kierowca. Rozwozi zamówione dostawy.

Maftoul, tradycyjny palestyński kuskus z pszenicy. (Fot. Katarzyna Boni) Maftoul, tradycyjny palestyński kuskus z pszenicy. (Fot. Katarzyna Boni)

Mawasem, czyli Pory Roku, marka stworzona przez kooperatywy współpracujące z Polskim Centrum Pomocy Międzynarodowej. (Fot. Katarzyna Boni) Mawasem, czyli Pory Roku, marka stworzona przez kooperatywy współpracujące z Polskim Centrum Pomocy Międzynarodowej. (Fot. Katarzyna Boni)

– Zmiany są powolne, ale są – twierdzi Basma. – Zgodnie z tradycją w Palestynie wydane za mąż córki przestają być częścią rodziny – dziedziczą synowie. Ale ostatnio coś się zmienia. Ojcowie coraz częściej starają się zadbać również o przyszłość córek. Dają im choćby niewielką część ziemi, żeby miały na czym postawić dom. Ja dostałam od ojca takie zabezpieczenie. Zaczynamy domagać się tego, co nasze. Niestety, czasem kończy się to tragicznie. W 2010 roku moja znajoma zażądała od ojca należnego jej kawałka ziemi. Odmówił. Poszła więc do rodzinnego sądu i ułamała gałązkę z drzewa oliwnego. Chciała pokazać, że się nie boi. Że jeśli będzie musiała, weźmie to, co jej się należy. Kiedy wróciła do domu, czekało na nią dwóch siostrzeńców. Pobili ją tak, że straciła przytomność. Jej ciało włożyli w oponę, którą podpalili i potoczyli w dół wzgórza. Powiedzieli, że to zabójstwo honorowe. Rodzina ma do tego prawo – jeśli brat, mąż lub ojciec zabił, żeby ratować honor rodziny, nikt się nie będzie w to mieszać. Nawet sąd. Ale całe miasto wiedziało, że to nie honor, tylko skąpstwo. Czułam się bezradna – Basma rozkłada ręce.

Zorganizowała więc warsztaty: z praw człowieka, z praw kobiet, z praw spadkowych. Ta śmierć nie poszła na marne. Dzisiaj, żeby w Palestynie sprzedać dom czy ziemię, na umowie musi być zgoda żony albo córek.

Choć w 2016 roku Basma przegrała w lokalnych wyborach, to już szykuje się do kolejnych. W międzyczasie planuje nowe działania. Maftoul to produkt sezonowy, a kobiety chciałyby pracować i zarabiać przez cały rok. Zrobiły już badanie rynku i zdecydowały, że przeszkolą się w produkcji sera. W Beit Furik każdy robi go sam, ale już w Ramallah, stolicy Palestyny, zapotrzebowanie jest ogromne. A to tylko godzina drogi od miasteczka. Z produkcją ruszą na wiosnę 2018 roku.

– Kobiety nie chcą już być kurami domowymi – stanowczo stwierdza Basma. – Kończą studia, stają się świadome swoich praw. Mam nadzieję, że takie zabójstwo jak to sprzed ośmiu  lat już nigdy się nie powtórzy. W Beit Furik na takie coś nie będzie już zgody.

Wtóruje jej Anna Radecka: – Kobiety są dumne z tego, że nie muszą patrzeć, jak mąż wylicza im pieniądze, że same sfinansowały sobie kurs prawa jazdy albo studia dla dzieci. To są nieodwracalne zmiany.

A Basma Giacaman z Betlejem dodaje: – Dzięki pracy kobiety stają się niezależne. Do tej pory to mąż decydował, jak wydawać pieniądze: „Tego nie potrzebujemy, to mi się nie podoba, tamtego nie lubię”. A teraz kobieta może używać włas-nych pieniędzy tak, jak chce. Mąż musi się liczyć z jej zdaniem.

A to dopiero początek zmian.

 

 

 

  1. Styl Życia

Kobiety w drodze

Trakt Pamirski, Tadżykistan. Magdalena i Karolina tworzą pierwszy polski kobiecy duet w Mongol Rally, sierpień 2019. (Fot. Karolina Jonderko)
Trakt Pamirski, Tadżykistan. Magdalena i Karolina tworzą pierwszy polski kobiecy duet w Mongol Rally, sierpień 2019. (Fot. Karolina Jonderko)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Magdalena Gorlas i Karolina Jonderko to pierwsza kobieca drużyna z Polski, która wzięła udział w rajdzie charytatywnym Mongol Rally. Prawie sześć tygodni spędziły razem w małym samochodziku, pędząc szosami Iranu, po bezdrożach Pamiru i przez pustynie Mongolii. Przejechały razem niemal 18 tysięcy kilometrów. Co przywiozły z tej szalonej eskapady?

Magdalena Gorlas i Karolina Jonderko to pierwsza kobieca drużyna z Polski, która wzięła udział w rajdzie charytatywnym Mongol Rally. Prawie sześć tygodni spędziły razem w małym samochodziku, pędząc szosami Iranu, po bezdrożach Pamiru i przez pustynie Mongolii. Przejechały razem niemal 18 tysięcy kilometrów. Co przywiozły z tej szalonej eskapady?

Z podróży wróciły na początku września, emocje już trochę opadły i teraz siedzą przede mną na kanapie, przerzucając się opowieściami: przyjaciółki, współpracowniczki, pasjonatki fotografii, ale też reporterki – Karolina jest fotografką, a Magda dziennikarką i specjalistką od PR-u. Od lat podróżowały, same lub razem, wyjeżdżając w świat, a częściej w Polskę, by tropić kulinarne (i nie tylko) opowieści publikowane na łamach prasy. Kiedy podróżujący stopem przez Syberię kolega Karoliny opowiedział jej o spotkaniu z uczestnikami Mongol Rally, od razu poczuła, że ten rajd to najlepszy pomysł na ostatnią epicką podróż jej starego samochodu, prowadzonego przez ich babski duet. Magda zgodziła się bez wahania, szczególnie że słynie z powiedzenia: „Tak daleko, jak stąd do Ułan Bator”, i zawsze marzyła o jurtach, przestrzeni oraz dzikich koniach Mongolii.

Mongolia. Dzikie wielbłądy dwugarbne spacerują leniwie koło szosy. Widok zapierający dech w piersiach. (Fot. Karolina Jonderko) Mongolia. Dzikie wielbłądy dwugarbne spacerują leniwie koło szosy. Widok zapierający dech w piersiach. (Fot. Karolina Jonderko)

Rajd jest pomysłem brytyjskiej organizacji The Adventurists, założonej przez podróżniczych zapaleńców i wymyślającej niestandardowe wyprawy, np. tuk-tukiem przez Indie. I choć w nazwie pada słowo „rajd”, nie o ściganie się tutaj chodzi, ale o przygodę i pomaganie innym. Zasady są trzy: mały samochód o pojemności silnika do 1,2 litra, brak ekipy serwisującej i zbiórka tysiąca funtów na cele charytatywne. Połowa trafia do Cool Earth – organizacji zajmującej się ratowaniem lasów deszczowych. Drugą część polskie uczestniczki, jak przystało na „psiary”, przekazały Fundacji dla Szczeniąt „Judyta”.

– Podobał nam się charytatywny wydźwięk i gotowy format, w który możesz się włączyć – mówi Magda, a Karolina dodaje: – Na przejściach granicznych strażnicy wiedzą, czym jest Mongol Rally, i nie robią kłopotów. Do problematycznych autorytarnych krajów, jak Turkmenistan, bez wsparcia Mongol Rally raczej nie dostałybyśmy wizy. Kolejna sprawa: w drodze zawsze mogłyśmy liczyć na pomoc innych uczestników i przez cały czas byłyśmy z nimi na łączach.

Z Pandziochą w Pamirze

– Decyzję o udziale podjęłyśmy błyskawicznie – mówi Karolina. – Potem przyszły trudniejsze rzeczy. Na trzy miesiące przed wyjazdem mój ukochany 18-letni opel, zwany Zielonym Klockiem, trafił do kasacji. Mój tata miał nim wypadek. Tacie na szczęście nic się nie stało, ale musiałyśmy zdobyć inny samochód. Od kolegi kupiłyśmy używanego fiata pandę w świetnym stanie. Nazywałyśmy go Pandziocha (czasami Pandolino) i na najgorszych odcinkach rajdu błogosławiłyśmy, bo Zielony Klocek na pewno by się na nich rozleciał.

Przygotowania trwały wiele miesięcy: logistyka, wizy, szczepienia, remont i usprawnienie samochodu, zbieranie funduszy. – Zbierałyśmy środki między innymi na Polak Potrafi i szukałyśmy partnerów – opowiada Magdalena. – Pomogli ci, do których przemówiła idea naszej wyprawy, więc chcieli dołożyć do niej cegiełkę. Wykorzystałyśmy też nasze oszczędności.

Pierwsza edycja Mongol Rally odbyła się w 2004 roku i wtedy wzięło w niej udział zaledwie kilka zespołów. W 2019 roku startowało 290 ekip, wśród nich polskie dziewczyny. – Rzadko dojeżdżają wszyscy – śmieje się Magda. – Bezdroża, góry, skały, rzeki, zapadnięte drogi robią swoje. Znasz punkt startu i mety – w tym roku były to odpowiednio czeska Praga oraz Ułan Ude na Syberii, ale jak tam dojechać, to już twoja głowa. Nie ma jednej trasy, są tacy, którzy wyjechali z nami 21 lipca i kończyli rajd w październiku, chociaż oficjalne zamknięcie mety było w połowie września.

Być częścią wspólnoty

Wsparcie innych uczestników jest nieocenione, kiedy jedziesz z Pragi przez: Węgry, Serbię, Macedonię, Grecję, Turcję, Iran, Turkmenistan, Uzbekistan, Tadżykistan, Kirgistan, Kazachstan, Mongolię, Rosję. – Zachwyciła mnie wspólnota – wyznaje Karolina. – Czasami, jak w Pamirze, dla wsparcia łączyliśmy się w konwoje. I właśnie tam, gdzie przejeżdżałyśmy najgorsze drogi bez szwanku, nagle pod sklepem szkło wbiło się nam w oponę. Ale drużyna z Irlandii wymieniła ją nam w półtorej minuty. Potem, podczas przeprawy przez rzekę, z kolei ekipa z Norwegii straciła chłodnicę i potrzebowała naszej pomocy, bo tylko Magda tłumaczyła z rosyjskiego. W Azji Centralnej fakt, że jesteś z Polski i znasz rosyjski, otwiera ci wiele drzwi.

Wygląda na to, że każdy ma jakąś „supermoc”, z której pozostali mogą skorzystać.

– Tam nie było podziałów – mówi Magda. – Razem funkcjonowali ludzie z różnych krajów, w różnym wieku, bez względu na płeć, religię, zamożność. Na trasie spotykałyśmy mnóstwo bardzo młodych ludzi, byli też tacy jak my, między trzydziestką a czterdziestką, i starsi. Wystarczy wspomnieć drużynę z Holandii, w której byli 30-letnia Rosalie i jej 69-letni tata. Poznałam ją na czacie „Kobiety w Mongol Rally”, a potem spotkałyśmy się w Uzbekistanie i po prostu padłyśmy sobie w ramiona, jakbyśmy się znały od wieków. Nigdy też nie zapomnę, jak włoska drużyna robiła nam na kolację makaron w pokoju hotelowym w Iranie. Smakuje naprawdę wyjątkowo, kiedy jesz go głodna o północy, a gotuje trzech przystojnych Włochów.

Kobiecy wątek

W rajdzie kobiety stanowią mniejszość. Dlaczego? – Może się obawiają, że to za duży wysiłek, że jest zbyt niebezpiecznie? – zastanawia się Karolina. – Po drodze też niektórzy się dziwili, że jedziemy same. Pewne kraje nie są uznawane za przesadnie przyjazne kobietom. Ale poza granicą turkmeńsko-irańską, gdzie jakiś żołnierz chciał mnie pocałować, właściwie nie zdarzyły się zaczepki. Przeciwnie, zazwyczaj panom włączała się opiekuńczość. Właściciel hotelu w Turcji jeździł z nami, żeby załatwić winietę na autostradę i nawet za nią zapłacił, bo nie zdążyłyśmy wymienić pieniędzy. W Pamirze sklepikarz przyniósł nam chleb na drogę z domu, bo w sklepiku wszystko było wyprzedane.

Nawiązywały też relacje z kobietami innych kultur. Magda w podróży lubi robić zdjęcia ludziom i zawsze pyta ich o zgodę, a wtedy wywiązuje się rozmowa. – Wzrusza mnie, że nie mając wspólnego języka, można nawiązać tak serdeczne kontakty – mówi. – Przed hotelem w Iranie spotkałyśmy kobiety, które przyszły tam z dziećmi do restauracji, i spędziłyśmy z nimi trzy godziny, paląc sziszę. Rozmawiałyśmy, używając języka ciała i Google Translatora. Zachwyciły mnie kobiety z Turkmenistanu – różnorodne piękno bez względu na wiek.

Uzbekistan. Podczas drogi spotykałyśmy wiele otwartych i serdecznych ludzi, którzy zapraszali nas do domów. (Fot. Karolina Jonderko) Uzbekistan. Podczas drogi spotykałyśmy wiele otwartych i serdecznych ludzi, którzy zapraszali nas do domów. (Fot. Karolina Jonderko)

Serdeczność tych kobiet zapamięta na długo, zwłaszcza że Turkmenistan to nie jest miejsce sprzyjające przełamywaniu dystansu: – Godzina policyjna, pełno wojskowych, musisz poruszać się wyznaczonymi drogami. Kult jednostki na każdym kroku: wszystkie samochody i budynki są białe, bo „prezydent lubi biały kolor”. Internet zablokowany, dochodzą jedynie mejle.

W drodze, po drodze, przy drodze

Można książkę napisać o samym przekraczaniu granic: ile papierów, jakich, dlaczego. Prześwietlenia i bieganie godzinami z punktu A do B, do C. Tu niebieski papierek, tu zielony, tu piecząteczka. – W Turkmenistanie zamontowano nam nadajnik GPS, żeby mogli nas śledzić – opowiada Karolina. – Do Iranu wjeżdżałyśmy z Turcji ubrane normalnie, ale na granicy musiałyśmy się przebrać w długie spodnie i tuniki, wyjść z samochodu mogłyśmy tylko z zakrytymi włosami. Ludzie byli tam niesamowicie serdeczni, zapraszali do domu, obdarowywali perfumami przez okno, ale kiedy na granicy z Uzbekistanem mogłyśmy wreszcie zdjąć w okropnym upale chusty, odetchnęłyśmy z ulgą.

Spały gdzie się dało: w hotelach, hostelach, u znajomego znajomych, u napotkanych ludzi, w samochodzie albo w namiocie, np. rozbitym tuż przy „Wrotach Piekieł”, czyli płonącym dole po wydobyciu gazu ziemnego na pustyni Kara-kum w Turkmenistanie. Kraje zmieniały się jak w kalejdoskopie. Z potężnych i surowych gór Pamiru wjeżdżało się do Kirgistanu, gdzie wysokie góry były już zielone. Potem pojawiły się jurty i biegające wolno konie. Zmieniały się drogi i styl jazdy. W Iranie z trzech pasów robiło się osiem, w nocy ludzie jeździli bez świateł, w Uzbekistanie szosy były podziurawione jak po deszczu meteorytów. Zgodnie twierdzą, że ubezpieczyciele powinni dawać im teraz 90 procent zniżki za bezawaryjną jazdę we wszelkich warunkach.

Turcja. Dziesiątki balonów wznoszących się o wschodzie słońca nad skałami Kapadocji to przeżycie nie do opisania. (Fot. Karolina Jonderko) Turcja. Dziesiątki balonów wznoszących się o wschodzie słońca nad skałami Kapadocji to przeżycie nie do opisania. (Fot. Karolina Jonderko)

Gdzie było najtrudniej? Karolina: – W Kazachstanie wielu naszych straciło zawieszenie. Pamir był trudny ze względu na jeżdżenie na niebotycznych wysokościach bez asfaltu. W Mongolii znikają drogi: była jedna, a są cztery. I pytanie: jechać w prawo czy w lewo, czy prosto? Raz, w Pamirze, przedzierałyśmy się przez rwącą rzekę, która jeszcze dzień wcześniej, przed deszczem, była strumykiem, a teraz nurt zepchnął nas na głaz, który uszkodził nam osłonę na silnik.

Karolina opowiada ze śmiechem: – Przyjeżdżamy z naszym pokiereszowanym autem do kirgiskiego miasta, a z warsztatu wychodzi macho, cały wytatuowany, ogrodniczki na szelkach, koszulka na ramiączkach. Spojrzał z dezaprobatą na Pandziochę: „Nikt takimi tutaj nie jeździ”. Ale naprawili pięknie, i to za grosze.

Co zostaje

Ciemne strony? Jadąc po osiem godzin i dłużej ciężkimi drogami, często były zmęczone. Przeżyły kilka silnych zatruć pokarmowych, Karolina do teraz chodzi po lekarzach. Ale zatruta czy nie, musisz prowadzić. Karolina mówi: – W ogóle w drodze mniej się patyczkujesz, masz tam inne problemy: gdzie zatankować, gdzie spać, gdzie zjeść. To upraszcza życie.

Drużyny po drodze często się rozpadały, pojawiały się w sieci wołania: „Zostałem sam, kto mnie przygarnie?”. Dziewczyny bywają pytane, jak im się udało przetrwać w duecie. Magda: – Poważnie pokłóciłyśmy się podczas podróży tylko raz. Znamy się wiele lat, przerobiłyśmy ze sobą dużo sytuacji. Jak tylko zeszło z nas ciśnienie przygotowań, to reszta była już w jakiś sposób prosta. Nasza przyjaźń wręcz się umocniła.

– Ja mam ogromny niedosyt – wzdycha Karolina. – Mogłabym jeszcze pół roku jechać, żeby nasycić się miejscami, krajobrazami, ludźmi. No, ale to był rajd. Poza tym Magda miała tylko sześć tygodni urlopu, a ja wernisaż swojej wystawy, na który dojechałam 45 minut przed rozpoczęciem.

Magdalena mówi, że chciałaby wrócić do Uzbekistanu. – To dla mnie magiczne miejsce, może dlatego, że zaczęłyśmy od miasta Chiwa, które było bardzo kameralne i miało urok „Baśni z tysiąca i jednej nocy”. Dalej Pamir oraz majestatyczne piękno gór. I wymarzona Mongolia. Odwiedziłyśmy tam między innymi ludzi, którzy polują z orłami. Pojechałyśmy po kompletnej „tarce” do wsi, gdzie odwiedziłyśmy ich w jurcie, spróbowałyśmy potraw: kumysu (herbaty z masłem, mlekiem i solą) oraz sera.

W Mongolii spotkałyśmy ludzi, którzy polują z orłami. (Fot. Karolina Jonderko) W Mongolii spotkałyśmy ludzi, którzy polują z orłami. (Fot. Karolina Jonderko)

Ale największe wrażenie zrobiły na nas, spotykane już od Kirgistanu, dzikie konie żyjące na wolności. To widok, z którym nic się nie równa. Czujesz, czym może być wolność, której my w cywilizacji już nie doświadczamy w taki sposób.

Kirgistan. Zwierzęta na wolności, w tym konie, zrobiły na nas podczas podróży największe wrażenie. (Fot. Karolina Jonderko) Kirgistan. Zwierzęta na wolności, w tym konie, zrobiły na nas podczas podróży największe wrażenie. (Fot. Karolina Jonderko)

Karolina: – Dla mnie odkryciem było to, że wszędzie są dobrzy ludzie, po prostu. Chcą pomagać. Jak wracasz z takiej wyprawy, zyskujesz też zupełnie inny ogląd swojej sytuacji. Widzisz, że za bardzo się spinamy. Teraz, jak mnie ktoś wkurza, robię sobie „autokorektę”: wracam do tego momentu, kiedy siedzę w pandzie i mówię do siebie: „Czym ja się w ogóle przejmuję?”. Zwiększył nam się dystans do wielu spraw, także ten geograficzny. Kiedyś wydawało nam się daleko w Bieszczady, teraz podróż na drugi koniec Polski nie jest już kłopotem. Świetnie udało nam się przetrwać wyprawę. Także Pandziocha dała radę. Przyjechała do domu, pokonując w drodze powrotnej Rosję, i żyje. Musi tylko pójść do mechanika i będzie śmigać jak nowa. Ktoś spytał, czy chcemy ją sprzedać. No way! Jesteśmy drużyną!

  1. Styl Życia

Wiele dobrych wiadomości. Roczny horoskop dla Bliźniąt

Większość Bliźniąt w czasie nadchodzących 12 miesięcy może liczyć na trwałe efekty swoich starań. Bliźnięta przekonają się, że kryzysowe czasy mogą okazać się niepowtarzalną szansą na wprowadzenie w życie korzystnych zmian i pójście do przodu. (Ilustracja: iStock)
Większość Bliźniąt w czasie nadchodzących 12 miesięcy może liczyć na trwałe efekty swoich starań. Bliźnięta przekonają się, że kryzysowe czasy mogą okazać się niepowtarzalną szansą na wprowadzenie w życie korzystnych zmian i pójście do przodu. (Ilustracja: iStock)
Bliźnięta czeka jeden z lepszych okresów być może od wielu lat. Dzieje się tak przede wszystkim dzięki harmonijnym tranzytom dwóch planet społecznych: Jowisza i Saturna, które przemierzają znak Wodnika. Trygony, jakie tworzą i będą tworzyć do Bliźniąt, są sprzyjające i mają wyjątkowo mocne działanie.

Trygon Jowisza zaktywizuje wrodzone umiejętności i talenty komunikacyjne Bliźniąt, ale też przyspieszy wiele spraw. Wniesie do życia więcej dynamizmu i luzu: życie potoczy się lżej, przyjemniej, efektywniej. Jowisz sprawia, że minimum wysiłku nagradzane jest maksimum korzyści. Bliźnięta będą cieszyć się wielością kontaktów oraz lukratywnych okazji biznesowych czy relacyjnych. Trygon Jowisza do Słońca w tradycyjnej astrologii nazywa się królewskim aspektem, czyli wyjątkowo szczęśliwym. To te momenty, kiedy życie pozytywnie nas zaskakuje. Zawsze jednak warto wspomóc farta – prezent od Jowisza – przemyślanymi działaniami i świadomymi decyzjami.

Na Bliźnięta działa też obecnie Saturn. Planeta ta ma swoją ponurą sławę, ale tym razem oddziałuje harmonijnie, dlatego Bliźnięta poczują jej łaskawszą stronę. Czyli? W życiu zapanuje kojąca stabilizacja, ład, ich umysł zostanie zaangażowany do osiągania konkretnych celów. Ze swoją tendencją do tymczasowości i totalnego bałaganu Bliźnięta będą Saturnowi za to wdzięczne. Wpływy Saturna pozwolą im uporządkować chaos, para nie będzie szła w gwizdek. Korzystnego działania Saturna doświadczą w 2021 roku przede wszystkim Bliźnięta urodzone w pierwszej dekadzie, a w przyszłym roku te z drugiej dekady. A zatem z jednej strony Jowisz przyniesie nowe perspektywy i możliwości, z drugiej – Saturn wcieli je w życie. To będzie doskonała okazja, żeby w spektakularny sposób zawalczyć o swoje. Ambitne działania biznesowe mają zielone światło. Ograniczenia lockdownu spłyną po Bliźniętach jak woda po kaczce. Ten czas wyzwoli w nich skuteczną przedsiębiorczość. Bliźnięta dostają właśnie od planet szansę, żeby osiągnąć sukces, zdobyć zaszczyty i dobra materialne.

Bliźnięta urodzone między 9 a 15 czerwca są pod wpływem kwadratury Neptuna, przez którego rzeczywistość może się nieco rozmywać. Wpływów tej duchowej planety często nie odczuwamy w bezpośredni sposób, w postaci jakichś negatywnych wydarzeń, ale Neptun może Bliźniętom przynieść nieefektywne rozprężenie. Jak się to objawia? Spadkiem energii witalnej i zawirowaniami emocjonalnymi. Bliźnięta działają na dużych obrotach, a Neptun będzie im to utrudniał. Sprawność ich błyskotliwego umysłu może szwankować, a nerwowość, lęki i fobie nasilą się. Bliźniętom z drugiej dekady od maja do lipca 2021 roku może usuwać się grunt spod nóg – do działania Neptuna bowiem dołączy Jowisz, który wyjdzie z Wodnika i wejdzie w znak Ryb, tworząc kwadraturę. Końcówka wiosny i większość lata może przynieść im gorszy czas, który najlepiej wykorzystać na zdystansowanie się i porzucenie zbyt dużych oczekiwań. W sierpnia Jowisz znowu wróci do Wodnika, przynosząc dobrodziejstwa Bliźniętom z trzeciej dekady. Od początku 2022 roku planeta ta ponownie wkroczy w Ryby i jej kwadratura zostanie z Bliźniętami na dłużej, czyli do czerwca, a potem od października do końca roku. Bliźnięta powinny w tym okresie działać metodycznie, wystrzegając się popadania w przesadę i życzeniowe myślenie.

W sierpniu i pierwszej połowie września, kiedy Mars utworzy nieprzyjemną kwadraturę, Bliźnięta czekają turbulencje. Wtedy tłumione trudne emocje ujrzą światło dzienne, przez co można się trochę pogubić. Za to od połowy września fantastyczny trygon Marsa w Wadze będzie sprzyjał wszelkim inicjatywom. Dość trudnym momentem będzie 4 grudnia, kiedy dojdzie do kolejnego zaćmienia, tym razem Słońca w Strzelcu. Dodatkowa opozycja Marsa w tym znaku może przynieść Bliźniętom konflikty, spadek sił i poczucie niepotrzebnego szarpania się z własnymi emocjami i ludźmi wokół. Końcówka roku zapowiada się zatem jako czas dużego napięcia. Poprawa sytuacji nastąpi około marca 2022, kiedy Mars znajdzie się w Wodniku i razem z Saturnem utworzą serię trygonów do drugiej dekady Bliźniąt. Do połowy kwietnia 2022 roku Bliźnięta mogą zaliczyć spektakularne sukcesy na polu zawodowym. Potem obecność Jowisza i Marsa w Rybach przyniesie zawirowania i brak oparcia w faktach.

Podsumowując: większość Bliźniąt w czasie nadchodzących 12 miesięcy może liczyć na trwałe efekty swoich starań. Nie trzeba będzie gimnastykować się kosztem przeciążeń nerwowych i emocjonalnych. Dlatego warto z siebie dać dużo. Bliźnięta przekonają się, że kryzysowe czasy mogą okazać się niepowtarzalną szansą na wprowadzenie w życie korzystnych zmian i pójście do przodu.

Piotr Gibaszewski, astrolog, autor corocznych prognoz dla Polski i świata. Wykładowca w Studium Psychologii Psychotronicznej.