1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Strach przekuty w gniew

Strach przekuty w gniew

Elisabeth Åsbrink, szwedzka pisarka i dziennikarka. (Fot. Roberto Ricciuti/Getty Images)
Elisabeth Åsbrink, szwedzka pisarka i dziennikarka. (Fot. Roberto Ricciuti/Getty Images)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Szwecja to dla nas kraj równouprawnienia, mrocznych kryminałów i dobrego designu. Reportażystka Elisabeth Åsbrink burzy te stereotypy i stara się pokazać prawdziwą twarz tego kraju. Zastanawia się nad definicją szwedzkiej tożsamości.

Elisabeth Åsbrink potrafi słuchać jak nikt. Bardzo aktywnie. Zadaje właściwe pytania, zwraca uwagę na szczegóły. Po chwili łatwo się pogubić, kto z kim przeprowadza rozmowę, kto kogo odpytuje. Gdy historia mojej rodziny zostaje już wyłożona niczym karty na stół, a ja zachodzę w głowę, jak to się stało, Åsbrink zaczyna mówić o swojej i daje mi jeszcze więcej.

Od lat krytycznie wypowiadasz się o szwedzkiej historii i wizerunku Szwecji jako sprawiedliwego społecznie państwa, które zawsze postępuje przyzwoicie. Czy wytykano ci kiedyś, że pozwalasz sobie na krytykę, a nie jesteś prawdziwą Szwedką? Przecież jestem.

Mieszkasz w Szwecji od zawsze, ale nie masz szwedzkich rodziców.  To prawda. Moi rodzice – Angielka i Węgier – zawsze mówili o Szwecji jak o jakimś innym kraju, jakby w ogóle w niej nie mieszkali. To było dla mnie mylące, bo w końcu urodziłam się w Szwecji [śmiech]. Oni mieli swoje ojczyzny, do których w rozmowach wracali, a ja przez długi czas czułam się jak obcokrajowiec. W dodatku dopóki nie poszłam do szkoły, nawet nie próbowałam szwedzkiego jedzenia, które wydawało mi się dziwne. Moje włosy były inne, ciemne i kręcone. Zawsze chciałam być, jak Agnetha z zespołu Abba, wysoką blondynką, a nie byłam [śmiech]. W dodatku do 14. roku życia odsuwałam od siebie myśl, że jestem Żydówką.

Dlaczego? Nie chciałam dźwigać tego ciężaru. Dopiero kiedy skończyłam 14 lat, zrozumiałam, że to moje dziedzictwo i muszę wziąć za nie odpowiedzialność. Bo moja rodzina zginęła w Holokauście. A mając 22 lata, pojechałam do Egiptu. W zderzeniu z tamtą rzeczywistością zrozumiałam, jak inny jest mój sposób myślenia. Że chcę być wolną, niezależną finansowo kobietą, chcę wchodzić w związki bez konieczności zawierania małżeństwa, chcę móc studiować, pracować i mieć dzieci – to Szwecja obudziła we mnie te idee, a przez lata się one umocniły. Nagle okazałam się bardzo szwedzka.

W książce 'Made in Sweden...' autorka burzy wiele stereotypów dotyczących Szwecji (Fot. Getty Images) W książce "Made in Sweden..." autorka burzy wiele stereotypów dotyczących Szwecji (Fot. Getty Images)

W wydanej właśnie w Polsce książce „Made in Sweden. 60 słów, które stworzyły naród” piszesz, że jako dziecko często pytano cię, skąd jesteś, ale potem już nie. Co się wydarzyło pomiędzy? Dwie rzeczy, natury ogólnej i prywatnej, obie w tym samym czasie. Ta pierwsza wtedy, gdy Szwecja zaczęła przyjmować imigrantów z Grecji, Turcji, Włoch, a kiedy miałam 25 lat, także z Somalii. Przyjezdni wyglądali jeszcze bardziej egzotycznie niż ja, więc nagle przestałam się wyróżniać. W tym czasie zaczęłam też pracować w radiu i telewizji jako dziennikarka. Mój status społeczny wzrósł i przestano mi zadawać takie pytania.

Czy myślisz, że twoi rodzice traktowali Szwecję jako miejsce tymczasowe do życia? Może matka tak o tym myślała, ale ojciec uciekł z komunistycznych Węgier, aresztowaliby go, gdyby wrócił do kraju. Niemniej rodzice zawsze czuli się – i czują – bardzo odrębni od Szwedów, jakby zawsze byli obcy. I myślę, że to po nich odziedziczyłam. 

Jesteś jednocześnie szwedzka i obca w swoim kraju? Tak, ale w moim przypadku to akurat dobrze. Pisarz powinien mieć w sobie takiego obcego, innego. Jako pisarka jestem jednocześnie w środku sytuacji i patrzę na nią z zewnątrz, a to ważne, żeby móc widzieć rzeczy obiektywnie.

Holokaust jest obecny w tym, co piszesz. Jak twoi rodzice na to zareagowali? Do książki „W Lesie Wiedeńskim wciąż szumią drzewa” potrzebowałam wypowiedzi matki, która zwykła mówić, że jej ciemna karnacja to rezultat hiszpańskich korzeni. Odmówiła, mówiąc, że ludzie się dowiedzą, że jest Żydówką. Uspokoiłam ją, że nikt nas ze sobą nie połączy, bo przecież wyszłam za mąż i mam inne nazwisko. Na co ona odrzekła: „A to dobrze, nikt nie pomyśli, że jesteśmy spokrewnione”. Po publikacji „W Lesie...” to właśnie naziści mnie atakowali, próbując rozpętać antysemicką kampanię, ale to się na szczęście nie udało. Krytykowano mnie też za zbyt negatywne podejście do szwedzkiej historii, ale muszę przyznać, że najbardziej negatywne komentarze dostaję za krytyczne pisanie o Polsce i Węgrzech. Obywatele tych państw myślą, że jestem po prostu Żydówką, a nie Szwedką. Za to dziś mój strach przekuwam w gniew. Wkurzają mnie wszelkie przejawy rasizmu. I nie chodzi tylko o antysemityzm, ale o każdy rasizm, zwłaszcza teraz, gdy w Szwecji mamy nazistów na ulicach, co jest szokujące.

Opowiedz o tym. Ostatnio w centrum Sztokholmu jakaś kobieta wdała się w rozmowę z grupą rozdającą ulotki z nazistowską treścią. Zauważyłam, że jeden z nich nagrywa ją z ukrycia w celach propagandowych. Pomyślałam, że muszę ją chronić, więc zaczęłam filmować jego. To tacy ludzie jak oni zamordowali moich przodków, trzy osoby z mojej rodziny zostały zagazowane w Auschwitz. Dlatego nie pozwolę się zastraszać, nie pozwolę im niszczyć mojego życia i demoralizować społeczeństwa. Ostatnio zostali zaatakowani moi przyjaciele, namalowano im swastyki na drzwiach. To okropne. I chociaż sama bardzo się boję, to jestem też strasznie wkurzona. 

W „Made in Sweden...” burzysz liczne stereotypy dotyczące Szwecji jako kraju, gdzie kobiety i mężczyźni mają równe płace i jest świetny socjal. W Polsce symbolem tego, co dobre w Szwecji, od lat jest Ikea. Można powiedzieć, że Ikea jest lustrem, w którym przegląda się Szwecja. No i sztandarowym produktem eksportowym. Łączy w sobie wszystko: świetny pomysł biznesowy, młodych projektantów, którzy kopiują światowe trendy, no i meble na każdą kieszeń. To genialny biznes, ale cieniem kładzie się na nim karta jej właściciela Ingvara Kamprada. Kiedy pisałam „W Lesie Wiedeńskim wciąż szumią drzewa”, spotkałam się z nim. Wówczas już wszyscy wiedzieli o jego sympatiach faszystowskich podczas drugiej wojny światowej. 

Nie on jeden. To prawda, w Szwecji jest wielu ludzi, którzy dali się uwieść nazistom, lubili Niemców, bali się Stalina, więc postawili na Hitlera. Także reżyser Ingmar Bergman w wieku 16 lat był nazistą, ale szybko zmienił zdanie. Za to Kamprad w rozmowie ze mną wszystkiemu zaprzeczał, dopóki nie udowodniłam, że był aktywnym nazistą jeszcze długo po wojnie. I w tym sensie Ikea i Kamprad są lustrem Szwecji, bo Szwecja wciąż nie rozliczyła się ze swojej przeszłości. Przychodzą do mnie ludzie, mówiąc, że nie rozpoznają swojego kraju w mojej książce. 

Każdy chce myśleć dobrze o sobie i swoim kraju. No tak, to normalne, ale ważne, żeby znać swoją historię – nie po to, żeby się obwiniać, ale żeby podejmować właściwe decyzje dziś. Myślę, że Szwecja ma nieczyste sumienie, bo zgodziła się niemal na wszystko, czego zażądał od niej Hitler, a jednocześnie zachowała neutralność i współpracowała z aliantami. To oznaczało, że po wojnie kraj był w bardzo dobrej sytuacji: nie został zbombardowany, nie miał obozów, szybko też zaczął się wzbogacać i to zostawiło część winy w naszej zbiorowej świadomości. Mój mąż jest Duńczykiem i powtarza, że gdyby zapytać Duńczyka, co dla niego jest najważniejsze, to odpowiedziałby, że słowa: „Jestem wolny”. Dla Szweda to będzie: „Jestem dobry”. W Wielkiej Brytanii: „Jestem niezależny”. Co by to było dla Polaka?

„Mam rację”. Doskonale, bo te wszystkie stwierdzenia nie są prawdziwe: Duńczycy nie są wolni, Szwedzi dobrzy, Brytyjczycy niezależni, a Polacy nie mają zawsze racji. 

Piszesz w książce, że język to władza, bo kształtuje rzeczywistość, nazywa ją. Co stało za napisaniem książki „Made in Sweden...”, która pozornie wygląda jak leksykon wpadających w ucho ciekawostek? Moja książka jest reakcją na to, że prawicowi populiści w Szwecji zaczęli mówić o szwedzkich wartościach na zasadzie: to jest szwedzkie, a to nie, dzieląc świat na biało-czarny. 

Ludzie lubią proste odpowiedzi. Oczywiście, i szybko pojawiły się głosy, że wartości, o których mówią populiści, są uniwersalne, a nie szwedzkie. Ale z tą opinią też się nie zgadzam. Oczywiście, możemy mówić o wartościach, które są szczególnie polskie czy szwedzkie, bo wynikają z historii, geografii, polityki czy nawet klimatu. Ale jest coś, czego prawicowi populiści nigdy nie zrozumieją – wartości się zmieniają. Szwedzkie wartości w połowie XIX wieku, które mówiły, że kobiety nie mogą dysponować swoim dochodem, dziś tymi wartościami już nie są. Ale wytłumaczę ci, o co mi chodzi. Kiedy zaczęło się państwo polskie?

W X wieku. A to, co robią populiści, to biorą jakiś wycinek z waszej historii i mówią: „To jest Polska”. I Polską nie jest to, co było na początku, ani to, co jest teraz, tylko ten fragment, który im pasuje. To samo zrobili w Szwecji. I dlatego kończę książkę fragmentem o języku suedi, który oznacza „szwedzki”, a pochodzi z języka arabskiego. Dziś to drugi najliczniej reprezentowany język w Szwecji. Nagle cały kontekst imigrancki przestaje być niebezpieczny, a staje się ciekawy, prawda?

Ciekawy, a jednak przez wielu trudny do zaakceptowania. Jak myślisz, dlaczego? Z tego samego powodu, dla którego ludzie boją się wszelkich ruchów. Ja jestem za nie wdzięczna, na przykład za kobiecy ruch wyzwoleńczy, który u nas powstał dość późno, w 1974 roku. Wcześniej Szwedki jeździły dokonywać aborcji w komunistycznej Polsce. Wtedy w Polsce kobiety miały więcej władzy, by samodzielnie decydować o swoim ciele niż dziś. 

To prawda. To wszystko rozbija się o lęk przed zmianą, ale wiąże się z pewnym myślowym błędem. Wydaje nam się, że jest jakiś czas w naszej przeszłości, kiedy wszystko działało, jak należy, i było dobrze. A potem ludzie namieszali i teraz to trzeba sprzątać. A przecież tego porządku nigdy nie było! Żyjemy w niepokojących czasach, kiedy wiele rzeczy się zmienia, rosną różnice w dochodach i niesprawiedliwość społeczna. Ludzie martwią się o to, co stanie się z ich rodziną, i chcą czuć się bezpieczni, dlatego każdą zmianę uważają za złą. 

W wywiadach powtarzasz, że Szwecja przeżywa kryzys tożsamości i że jedynym wspólnym mianownikiem, który łączy starą Szwecję z dzisiejszą, jest chyba już tylko Astrid Lindgren. W pewnym sensie, bo chodzi o romantyczną wizję wiejskiej, sielskiej Szwecji, którą można znaleźć w jej cudownych książkach dla dzieci. Od tego czasu Szwecja przeszła kilka intensywnych przemian. Sama dorastałam w niekomercyjnym społeczeństwie i cieszę się, że pewne rzeczy się zmieniły, nawet takie trywialne jak to, że alkohol jest bardziej dostępny czy że w telewizji jest więcej kanałów, które otwierają nas na świat. Z drugiej strony – takie obszary jak edukacja czy zdrowie przeszły w ręce prywatnego biznesu, co uważam za niekorzystne. A w 2016 roku przybyli do nas uchodźcy, którzy zmienili i zmieniają Szwecję. Jest jeszcze podwalina, która stoi u podstaw idei obywatelskości Szwecji.

Co masz na myśli? W Europie i Szwecji zawsze przyjmujesz obywatelstwo swoich rodziców, nieważne, gdzie się urodzisz. W krajach imigranckich, jak USA czy Kanada, obywatelstwo opiera się na terytorium. Dla mnie, osoby, która urodziła się w Szwecji i została uznana za Węgierkę, to piękna idea, że zostajesz obywatelem kraju, w którym przychodzisz na świat. Nie liczy się etniczność, tylko konstytucja i zasady, których ty przysięgasz przestrzegać. Mam nadzieję, że za 20 lat Szwecja zaakceptuje swoją tożsamość – miejsca, dokąd przyjeżdżają ludzie z całego świata, by zacząć nowe życie i wychowywać dzieci. Dziś przeżywamy w Szwecji zderzenie starego wizerunku z nową rzeczywistością i to się musi zmienić. 

Jaką wartość, według ciebie typowo szwedzką, cenisz najbardziej? Wiarę w drugiego człowieka. Według badań większość Szwedów wierzy, że może zaufać obcej osobie. Ufam, że jeśli zostawię tu torbę i za chwilę po nią wrócę, to ona wciąż tu będzie. To dla mnie coś pięknego, ta idea, że świat jest dobrym miejscem i że możesz polegać na ludziach, których nie znasz.

Elisabeth Åsbrink, rocznik 1965 r.; szwedzka pisarka i dziennikarka, autorka książek: „Czuły punkt. Teatr, naziści i zbrodnia”, „W Lesie Wiedeńskim wciąż szumią drzewa”, „1947. Świat zaczyna się teraz”. Laureatka Nagrody Augusta oraz Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego.

 

'Made in Sweden, 60 słów, które stworzyły naród”, książka Elisabeth Åsbrink ukazała się nakładem wydawnictwa Wielka Litera. "Made in Sweden, 60 słów, które stworzyły naród”, książka Elisabeth Åsbrink ukazała się nakładem wydawnictwa Wielka Litera.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Autyzm - osobna perspektywa

Szybka diagnoza autyzmu i i podjęcie leczenia ułatwia samodzielne funkcjonowanie w codziennym, dorosłym życiu. (Fot. iStock)
Szybka diagnoza autyzmu i i podjęcie leczenia ułatwia samodzielne funkcjonowanie w codziennym, dorosłym życiu. (Fot. iStock)
Niektórzy nie mówią. Inni komunikują tylko podstawowe potrzeby. A są i tacy, którzy obudzeni w środku nocy podadzą ci wysokość temperatury na powierzchni Marsa czy gęstość zaludnienia w środkowych Chinach. Osoby ze spektrum autyzmu to grupa niejednorodna. Ale jedno mają wspólne: inaczej postrzegają świat. Mają swoją własną perspektywę. Odmienną od naszej, osób neurotypowych. 2 kwietnia to Światowy Dzień Świadomości Autyzmu.

Słowo „autyzm” pochodzi od greckiego autos – ja sam. Ci ludzie są „osobni”. Mają kłopoty z nawiązywaniem relacji. Z byciem z drugą osobą. Dopasowaniem się do cudzych potrzeb. Czytaniem i rozumieniem tych potrzeb.

Często wyróżnia ich zachowanie. Czyli coś, co w języku medycznym nosi nazwę stereotypii. Wykonywanie pewnych gestów, zawsze tych samych, określony sposób poruszania się. Potrzeba stałego porządku – zarówno w mieszkaniu, jak i w trybie dnia. Utartych ścieżek. To zapewnia poczucie bezpieczeństwa. Widzą świat w czerni i bieli, nie potrafią dostrzec palety szarości, zrozumieć subtelności czy niejednoznaczności ludzkich zachowań.

– Osoby z zaburzeniami ze spektrum autyzmu mają trudności z adekwatnym reagowaniem w sytuacjach społecznych i dostosowaniem się do reguł społecznych, kłopoty z rozpoznawaniem emocji i interpretowaniem zachowania innych osób, rozumieniem żartów, przenośni. Są bardzo przywiązane do rutyn, planów i źle znoszą niespodziewane zmiany – mówi Katarzyna Rogodzińska, psycholog z Centrum Zdrowia Psychicznego (CM Damiana) w Poznaniu.

Dokładnych przyczyn powstania autyzmu ciągle nie znamy. Uważa się, że podłoże ma charakter genetyczny, ale wykrycie konkretnego genu nie musi oznaczać, że dziecko będzie mieć zaburzenia ze spectrum autyzmu. Bo znaczenie mają też czynniki środowiskowe. Muszą pojawić się konkretne warunki i bodźce, które spowodują mutację genu.

Autyzm dotyka jedno na sto dzieci w Europie. Najczęściej diagnozuje się go w dzieciństwie, ok. trzeciego roku życia.

Choć Anna Prokopiak, prezes Fundacji Alpha, zajmującej się pomocą osobom ze spectrum autyzmu, uważa, że można wcześniej. I że przynosi to świetne rezultaty. – Mówię o małych, rocznych dzieciakach. Bo jest już potwierdzone, że autyzm można w pewnym stopniu „ominąć”. Że można nie doprowadzić do rozwoju wszystkich objawów. Niesamowite, jak plastyczny jest mózg dziecka. Jeśli w pierwszym roku życia uchwycimy trudności związane z komunikacją, z nawiązywaniem relacji, to już wiemy, w jaki sposób zintensyfikować relacje z takim małym człowiekiem, żeby rozwijać te obszary, które szwankują. Kiedy startowaliśmy z fundacją, przychodziły na diagnozę dzieci 10-letnie, dziś przyprowadzane są dwulatki. I wiem, że one będą chodzić do szkół integracyjnych albo i zwykłych, że poziom ich trudności związanych ze spektrum nie będzie tak bardzo nasilony. I mam nadzieję, że będzie coraz lepiej.

Katarzyna Rogodzińska potwierdza: – Autyzm nie mija z wiekiem ani też nie da się go wyleczyć, jednak można wspierać osoby z ASD (autism spectrum disorder), zmniejszając natężenie objawów. Ważne jest wczesne podjęcie terapii, dzięki której możliwe jest wspieranie tych umiejętności dziecka, których rozwój nie przebiega prawidłowo. Podjęcie leczenia ułatwia samodzielne funkcjonowanie w codziennym, dorosłym życiu.

I często to się naprawdę udaje. Możliwe jest nie tylko samodzielne życie, ale i tworzenie szczęśliwych związków. Mówi Anna Prokopiak: – Autyzm częściej dotyka mężczyzn. I teraz pytanie, w jakich mężczyznach się zakochujemy. Lubimy tych tajemniczych, przystojnych, trochę zagadkowych. Oni właśnie tacy są. Ale potem, w życiu, szukamy romantyczności, niespodzianek, cudownych gestów, spontaniczności. Mężczyzna ze spektrum nigdy taki nie będzie. Będzie chciał wszystko z góry zaplanować. Co bywa trudne, bo w życiu fajne są zaskoczenia, subtelności, które osobie z autyzmem trudno zrozumieć. Ale pamiętam też rozmowę z kobietą, która się śmiała: mój mąż jest zawsze słowny, jak powie, że zrobi, to zrobi na pewno. Da się więc w trudnościach znaleźć pozytywy.

Oczywiście nie ma sensu tworzyć zbyt słodkiego obrazka, bo takie sytuacje to jednak bardziej wyjątek niż reguła. Rzeczywistość jest taka, że osoby ze spektrum autyzmu są najczęściej samotne. Szukają przyjaźni, bliskości, ale że nie są łatwymi partnerami, często są odrzucane, ranione. I po iluś zranieniach wycofują się do swojej skorupy. A samotność, szczególnie w okresie dorastania, powoduje narastanie trudności psychiatrycznych.

– Trudność polega na tym, że tu często nie widać problemu. Kiedy ktoś porusza się na wózku, rozumiemy, że potrzebuje windy czy podjazdu. A tego, że osoba ze spektrum potrzebuje ściśle określonych reguł, nie widzimy. Więc nie rozumiemy.

Warto ludzi z autyzmem zauważyć. Nie tylko 2 kwietnia.   

  1. Kultura

Hedy Lamarr - piękny umysł

Grała tak dużo, że praktycznie 
nie schodziła z planu. Jak wytrzymać tak zabójcze tempo? Wytwórnie miały na zmęczenie gwiazd swoje sposoby. 
Hedy przyjmowała ogromne ilości leków pobudzających. (Fot. Forum)
Grała tak dużo, że praktycznie nie schodziła z planu. Jak wytrzymać tak zabójcze tempo? Wytwórnie miały na zmęczenie gwiazd swoje sposoby. Hedy przyjmowała ogromne ilości leków pobudzających. (Fot. Forum)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Chciała być znaną aktorką i nią została. To marzenie się na niej zemściło. Jednak biografia Hedy Lamarr ma swój happy end. Dożyła czasów, kiedy zaczęto o niej mówić i pisać już nie jak o ofierze złotej ery Hollywood, lecz o wynalazczyni, która przyczyniła się do postępu technologicznego.

Jest 20 stycznia 1933 roku. Adolf Hitler wie już, że za kilka dni zostanie nowym kanclerzem Rzeszy i przejmie w państwie pełnię władzy. Ma więc wszelkie powody do radości, a jednak tego właśnie dnia jest wściekły. Przyczyną jego złego humoru jest „Ekstaza”, bezwstydny film Gustava Machatego. A może nawet bardziej chodzi o dziewczynę grającą główną rolę. Niespełna 19-letnią, piękną, bynajmniej nie aryjskiej urody. W filmie widać ją nagą, całkiem przekonująco odgrywającą orgazm. Hitler jest oburzony i zniesmaczony, zakazuje wyświetlania „Ekstazy” na terytorium Rzeszy. Ciekawe, w jaką furię wpadłby, wiedząc, że dokładnie siedem lat później ta sama dziewczyna, znana już wtedy jako hollywoodzka piękność, opracuje wynalazek, który mógł odmienić bieg historii. I doprowadzić do upadku nazistów znacznie wcześniej, niż to się faktycznie stało.

Co powie Hitler

Zanim stała się Hedy Lamarr, nazywała się Hedwig Kiesler. Jedynaczka z zamożnej wiedeńskiej rodziny żydowskiej. Miała pokojówkę, guwernantkę, można się domyślać, że ją rozpieszczano, skoro tuż po tym, jak kończy 16 lat, oznajmiła rodzicom, że przerywa naukę, by poświęcić się aktorstwu. I jeszcze w tym samym 1930 roku zadebiutowała w filmie „Pieniądze na ulicy”. To może nie wybitna kreacja, ale Kiesler przykuła uwagę i widzów, i reżyserów na tyle, że w roku następnym otrzymała propozycje czterech kolejnych ról.

Wiedeń początku lat 30. z pewnością nie był miastem pruderyjnym. Najbardziej rozrywkowe miasto Europy. Wystawy, koncerty i, rzecz jasna, kabarety wypełnione ludźmi praktycznie całą dobę, przy stolikach gangsterzy dobijający targów z politykami, przemysłowcy flirtujący z aktorkami, wszystko to w rytmie jazzu, uważanego wówczas za wysoce nieprzyzwoity. „Wiedeń ma zbyt dużą kulturalną siłę przyciągania” – będzie wkrótce narzekać Hitler, bezskutecznie próbując nadać podobną rangę Berlinowi. Młodziutka Hedwig bryluje na wiedeńskich salonach, jej kariera wspaniale się zapowiada. Do czasu, kiedy przyjmie rolę we wspomnianej „Ekstazie”. Może i oglądano ten film w Wiedniu na zamkniętych pokazach, może i robił na świecie furorę – wychwalał go między innymi Henry Miller, reżyser Machatý dostał za niego nagrodę na Biennale Filmowym w Wenecji, a w paryskim Théâtre Pigalle „Ekstaza” nie schodziła z ekranu przez 22 tygodnie – tyle że w coraz bardziej zależnej od Berlina Austrii liczyło się przede wszystkim zdanie Hitlera. Hedwig z dnia na dzień staje się więc postacią niewygodną, niemile widzianą, filmowcy nie mają odwagi proponować jej ról.

Kadry z zakazanego przez Hitlera filmu „Ekstaza” z 19-letnią Hedy, wtedy jeszcze Hedwig Kiesler (1933). (Fot. Getty Images) Kadry z zakazanego przez Hitlera filmu „Ekstaza” z 19-letnią Hedy, wtedy jeszcze Hedwig Kiesler (1933). (Fot. Getty Images)

Wizyty w fabryce broni

W 1933 roku zmienia także stan cywilny. Wychodzi za mąż za niejakiego Fritza Mandla. Starszy od niej o 13 lat bogaty przemysłowiec dorobił się na handlu bronią i zajmuje się nowymi technologiami wojskowymi, które jego firma projektuje i sprzedaje III Rzeszy. Co Hedwig w nim widzi? Tu sprawa jest złożona. Jedną z najbardziej dokuczliwych wad Mandla jest jego chorobliwa zazdrość. Całymi dniami trzyma żonę pod kluczem, zabiera ze sobą nie tylko na oficjalne przyjęcia, lecz także na wizytacje do fabryk i laboratoriów. Mandl stara się zadbać o to, żeby o dotychczasowym aktorskim dorobku Hedwig zapomniano. Do legendy przeszło, jak próbował wykupić wszystkie rozesłane po świecie kopie „Ekstazy” – na szczęście bezskutecznie, choć wykładał sporą gotówkę.

Jakie znaczenie miało to, że był nazistą? Austria, wzorem Niemiec, stawała się krajem coraz brutalniejszego antysemityzmu, nad żydowską rodziną Kieslerów krążyło widmo prześladowań. Małżeństwo z Mandlem w pewnością chroniło Hedwig, zwłaszcza że jej mąż był człowiekiem bardzo wpływowym, znającym osobiście nazistowskich przywódców, podobno także Hitlera.

A jednak z biegiem czasu stawało się jasne, że nawet wpływy męża to niedostateczna ochrona. Z miesiąca na miesiąc atmosfera w kraju się zagęszczała, nie brakowało przypadków wydawania władzom żydowskich współmałżonków. 13 marca 1938 roku Hitler oficjalnie wcielił Austrię do III Rzeszy. A 24-letnia Hedwig Kiesler postanowiła uciec.

Lamarr w obiektywie Toni Frissell po pierwszym hollywoodzkim sukcesie w filmie „Algier” (1938). (Fot. Getty Images) Lamarr w obiektywie Toni Frissell po pierwszym hollywoodzkim sukcesie w filmie „Algier” (1938). (Fot. Getty Images)

Niebo z akcentem

Jak sama wspominała, uśpiła w tym celu pilnującą ją pokojówkę, dosypując jej czegoś do herbaty. Uciekła pociągiem do Paryża. Przez jakiś czas miała z czego żyć, bo zabrała ze sobą kosztowności, którymi hojnie obdarowywał ją Mandl. Tylko co dalej, jak przetrwać w tak trudnych czasach? Wkrótce trafiła do Londynu, gdzie przebywał akurat Louis Burt Mayer – jeden z szefów hollywoodzkiej wytwórni Metro-Goldwyn-Mayer przyjechał do Europy w poszukiwaniu nowych talentów. Hedwig wystarała się o spotkanie. Początkowo rozmowy szły opornie, bo film „Ekstaza” był zakazany także w USA, ale koniec końców wynegocjowała odpowiednią stawkę i wraz z Mayerem znalazła się na statku płynącym do Hollywood.

Ameryka tamtych lat była nie mniej purytańska niż III Rzesza. A jednak, mimo skandalizującej reputacji, Hedwig (a właściwie już Hedy Lamarr, bo pod takim pseudonimem pojawiła się w Hollywood), została przez branżę filmową przyjęta życzliwie. Jeszcze w tym samym roku zagrała u boku Charlesa Boyera i Sigrid Gurie w kasowej produkcji „Algier”, która spodobała się widzom, natychmiast więc pojawiły się kolejne propozycje ról dla Hedy. Wystąpiła też między innymi z Clarkiem Gable’em w „Gorączce nafty” i „Towarzyszu X”, z Judy Garland w „Kulisach wielkiej rewii”, grywała ze Spencerem Tracym. Nawet jeśli nie stała się pierwszoplanową gwiazdą, była bardzo znana. Na każdym kroku podkreślano jej urodę. Filmy z udziałem Lamarr reklamowano jako produkcje z „najpiękniejszą kobietą w Hollywood”. Zgodnie z obowiązującą w tamtych czasach manierą dziennikarze nazywali ją też „marzeniem 50 milionów mężczyzn” czy „niebem z akcentem”. Bez wątpienia miała w sobie coś wyjątkowego. To ona wiele dekad później będzie inspiracją dla Ridleya Scotta – pierwowzorem zmysłowej kruczowłosej Ruth z kultowego „Łowcy androidów”. Ona także (razem z Jean Harlow) zainspirowała Boba Kane’a do stworzenia słynnej komiksowej serii „Catwoman”.

Jaki mamy dzień?

Sukces miał swoją cenę. Lamarr kręciła średnio cztery filmy rocznie, co oznaczało, że praktycznie nie schodziła z planu. „Zazwyczaj nie wiedzieliśmy, jaki jest dzień ani która godzina, bo kręciliśmy także w weekendy” – wspominała. Jak wytrzymać tak zabójcze tempo? Wielkie wytwórnie miały swoje sprawdzone sposoby. Hedy korzystała z usług między innymi Maxa Jacobsona, który do historii przeszedł jako „Dr Feelgood” lub „Miracle Max”. Ten zatrudniany przez studio MGM lekarz specjalizował się w zapewnianiu wyczerpanym sławom chwil chemicznego szczęścia, a ze swoimi problemami zwracali się do niego Truman Capote czy Marlena Dietrich. Hedy regularnie przyjmowała ogromne ilości leków, na przemian pobudzających i uspokajających, do tego dochodziły alkohol i narkotyki. Pełna hipokryzji branża chętnie plotkowała też o jej życiu erotycznym. Miała opinię nimfomanki. Wyszła za mąż jeszcze pięć razy, sama przyznała się do setki kochanków. Mówiła: „Nie chcę być przez mężczyzn czczona. Chcę, by reagowali na mnie cieleśnie, i chcę ich odrzucać”.

W 1944 roku skończyła trzydziestkę. Jak na standardy Hollywood nie była już najmłodsza, czuła na plecach oddech konkurencji. W połączeniu z niemal permanentnym odurzeniem bądź kacem tworzyło to mieszankę mocno depresyjną. Zwłaszcza że z biegiem czasu pojawiało się coraz mniej filmowych propozycji. Jej kariera blakła, coraz częściej brakowało Hedy pieniędzy. Lata 50. to już czas w jej życiu mroczny i pełen frustracji. Uzależnienia sporo kosztowały, zaczęła się obsesja na punkcie zabiegów upiększających i operacji plastycznych, nieraz przyłapywano ją na sklepowych kradzieżach. Upadek Lamarr musiał być uderzający, skoro w 1966 roku Andy Warhol nakręcił film „Hedy” – historię schyłku popularności, pełną gorzkiej ironii.

Nie miała nawet pojęcia, że w czasie, kiedy rozgrywał się jej dramat, w wojskowych laboratoriach trwały prace nad wynalazkiem jej pomysłu, który kilka dekad później miał zmienić codziennie życie ludzi.

Hedy na plaży podczas festiwalu w Wenecji (druga połowa lat 50.). (Fot. Forum) Hedy na plaży podczas festiwalu w Wenecji (druga połowa lat 50.). (Fot. Forum)

Spotkanie przy winie

Wiemy, że lubiła wymyślać nowinki z różnych dziedzin. Stworzyła na przykład tabletkę musującą, która rozpuszczona w wodzie nadawała jej smak zbliżony do coca -coli, myślała o urządzeniu pomagającym osobom starszym i z niepełnosprawnością ruchową przy korzystaniu z wanny. Ale do historii przeszedł zupełnie inny jej wynalazek. Na ten pomysł wpadła prawdopodobnie już w trakcie małżeństwa z Mandlem. W fabrykach jej męża pracowano nad urządzeniami służącymi do naprowadzania pocisków i torped metodą radiową. Hedy wiedziała, że stosowane wówczas metody są niedoskonałe, bo radiowy sygnał przeciwnik mógł zakłócić, wysyłając swój, na tej samej częstotliwości. Już wtedy myślała o lepszych rozwiązaniach, ale dopiero w Stanach pojawiła się okazja, żeby wrócić do tematu. Kluczowe okazało się przypadkowe spotkanie George’a Antheila, muzyka, eksperymentatora, którego awangardowe kompozycje potrafiły wywoływać uliczne zamieszki. Antheil był nie tylko muzycznym wizjonerem, ale też zdolnym technikiem, sprawnie przetwarzającym istniejące instrumenty bądź tworzącym zupełnie nowe, w poszukiwaniu świeżych brzmień. Oboje pochodzili z Europy Środkowej, oboje zetknęli się z grozą III Rzeszy, niezobowiązująca rozmowa przy butelce wina szybko zamieniła się w konkretną dyskusję nad kwestiami technicznymi. Okazało się, że Lamarr ma doskonały pomysł, jak zwiększyć skuteczność alianckiego ostrzału, Antheil zaś potrafi pomysł ten zrealizować pod kątem technicznym. Kilka kolejnych tygodni oboje spędzili w hotelowym pokoju, pracując nad wynalazkiem.

Pomysł był taki: żeby uniemożliwić zakłócenie radiowego sygnału naprowadzającego pociski, należy emitować go na zmiennych częstotliwościach. Antheil postanowił zastosować perforowane paski od pianoli – uzyskiwał w ten sposób możliwość nadawania na 88 częstotliwościach, dokładnie tylu, ile klawiszy liczy pianola. 10 czerwca 1941 roku Lamarr i Antheil złożyli wniosek patentowy systemu FHSS (Frequency Hopping Spread Spectrum), a po jego uzyskaniu natychmiast przekazali go armii amerykańskiej.

I co? I nic. Armia nie zdecydowała się wcielić pomysłu w życie, choć zaledwie pół roku później japoński atak na Pearl Harbor sprawił, że USA przystąpiły do wojny. Chyba jednak już wówczas przeczuwano, że pomysł Lamarr i Antheila może mieć w przyszłości jakieś znaczenie militarne, skoro go utajniono. Po raz pierwszy zdecydowano się na jego wykorzystanie dopiero podczas blokady Kuby, ale na swój globalny sukces musiał czekać jeszcze dobre trzy dekady.

W latach 90. zwrócono uwagę, że FHSS może doskonale sprawdzać się nie tylko w kwestiach militarnych, ale we wszystkich technologiach związanych z łącznością bezprzewodową. Prace nad udoskonaleniem systemu ruszyły ostro do przodu, w efekcie nastąpił rozwój Internetu, telefonii komórkowej. Gdyby nie pomysł Lamarr, nie byłoby Wi-Fi, Bluetootha, GPS-u i dziesiątków rzeczy, bez których dziś trudno wyobrazić sobie życie.

Bogata już byłam

Antheil tego nie dożył – zmarł pod koniec lat 50. Za to Hedy zdążyła jeszcze zobaczyć globalne skutki swojego młodzieńczego pomysłu, a nawet skorzystać na nich zarówno finansowo, jak i, a może przede wszystkim, wizerunkowo. Na przełomie lat 80. i 90. jeśli ktoś jeszcze o Lamarr pamiętał, to głównie w związku z nagłaśnianymi przez prasę kradzieżami sklepowymi. Hedy kreowano na jedną z wielu ofiar złotej ery Hollywood, postać godną współczucia, a jednocześnie żałosną.

I nagle nazwisko ponadosiemdziesięcioletniej gwiazdy wróciło w zupełnie innym kontekście. Stała się symbolem technologicznego postępu. W 1998 roku firma Corel wykorzystała twarz Hedy Lamarr na okładce CD z programem „Corel Draw”. Nawiasem mówiąc – bezprawnie, co kosztowało Corela 5 milionów dolarów i znowu uczyniło Hedy osobą majętną. To akurat nie było, według niej, aż tak istotne. „Bogata już byłam” – mawiała często z lekceważeniem. Zmarła dwa lata później, w styczniu 2000 roku, na granicy XXI wieku, który tak wiele jej zawdzięcza.

  1. Zdrowie

Ile w nas małpy, ile człowieka? – tłumaczy genetyk, prof. Ewa Bartnik

Naszym dziedzictwem jest nie tylko to, co dostajemy w genach bezpośrednio od rodziców, ale także geny wszystkich wcześniejszych zdobywców Ziemi, począwszy od pierwszych zwierząt, które przed pół miliardem lat wyszły na ląd z oceanu, a skończywszy na naszych wymarłych krewniakach, neandertalczykach czy denisowianach. (Fot. iStock)
Naszym dziedzictwem jest nie tylko to, co dostajemy w genach bezpośrednio od rodziców, ale także geny wszystkich wcześniejszych zdobywców Ziemi, począwszy od pierwszych zwierząt, które przed pół miliardem lat wyszły na ląd z oceanu, a skończywszy na naszych wymarłych krewniakach, neandertalczykach czy denisowianach. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
To niby-śmieciowe DNA wcale nie było końcem zaskoczeń. Jeszcze ciekawsze fakty wyszły na jaw, kiedy porównaliśmy nasz świeżo odczytany genom z genami naszych najbliższych ewolucyjnych krewniaków, czyli innych naczelnych. Stało się jasne, że różni nas mniej, niż kiedykolwiek nam się wydawało – z szympansami i gorylami dzielimy 98–99 procent genów.

Tylko 1, góra 2 procent genów sprawiły, że staliśmy się Homo sapiens. Jakie to geny? To pytanie, które narzuciło się samo, a poszukiwaniem tak zwanych genów człowieczeństwa przez lata zajmowało się wiele zespołów badawczych na całym świecie.

Geny człowieczeństwa

O ile na początku wyobrażaliśmy sobie, że znajdziemy jeden, przełomowy gen, który uczynił nas tym, czym jesteśmy, to dzisiaj wiemy już, że takiego genu po prostu nie ma. Za różnice między nami a szympansami odpowiada co najmniej kilka bardzo ważnych genów, ale żaden z nich w pojedynkę nie da nam wyraźnego „człowieczeństwa”. Prawda jest też taka, że te porównania są niezwykle trudne technicznie, bo o ile bez problemu znajdziemy ten czy inny gen w DNA człowieka, szympansa, goryla lub bonobo, to już nawet drobne zmiany w genach – na przykład dotyczące jednej litery – mogą nam łatwo umknąć. Dlatego zamiast porównywać budowę poszczególnych genów, w poszukiwaniach różnic między człowiekiem a małpami naukowcy skoncentrowali się na identyfikowaniu tych genów, które my mamy, a inne naczelne nie, albo odwrotnie – tych, które istnieją u małp, a u nas są one nieobecne, zagubione w toku ewolucji. Dzięki temu wiemy, że ogromna większość genów szympansa występuje u człowieka i na odwrót. Jednak człowiek utracił pewne geny – nie mamy owłosienia na ciele, utraciliśmy szereg receptorów węchowych. Przeciętne białko ludzkie różni się dwoma aminokwasami od swojego szympansiego odpowiednika, a aż 29 procent białek jest identycznych.

Pytanie tylko, które geny mogły okazać się kluczowe dla rozwoju naszego gatunku. Pewnie nie była to mutacja pozbawiająca nas owłosienia na ciele, a raczej geny związane z rozwojem mózgu, mowy, wyprostowanej postawy.

Jednym z tych, którym przypisuje się duży udział w tworzeniu naszego „człowieczeństwa”, jest gen FOXP2, który prawdopodobnie miał związek z wykształceniem się zdolności Homo sapiens do sprawnego posługiwania się mową. Genetycy stwierdzili, że w genie tym zaszły duże zmiany po oddzieleniu się linii ewolucyjnych przodków człowieka i szympansa – oznacza to, że w tym czasie gen zmienił swoją funkcję, ewoluował. Co więcej, udało się też zaobserwować, czym jego brak może skutkować u ludzi. Mutację w tym genie wykryto bowiem u pewnej rodziny w Anglii. Okazało się, że mutacja spowodowała zanik mowy i niezdolność do tworzenia struktur gramatycznych i składniowych. Ale żeby sytuacja była jeszcze bardziej skomplikowana, gen ten – choć nie odgrywa żadnej roli u małp – jest bardzo aktywny u ptaków śpiewających, a laboratoryjne próby z jego aktywacją u myszy spowodowały, że gryzonie zyskiwały szeroką gamę wokalizacji. Wygląda więc na to, że gen dziedziczony jest przez zwierzęta na naszej planecie od bardzo dawna, tylko u różnych gatunków ujawnia się z różną siłą.

Genetycy porównujący geny ludzkie i szympansie zwrócili uwagę również na gen MYH16, kodujący jedną z form łańcucha ciężkiego białka miozyny u człowieka. Kiedyś, około 2,5 miliona lat temu, u naszych przodków zaszła w nim zmiana, która wpłynęła na osłabienie mięśni szczęki, zmniejszenie twarzoczaszki i wzrost mózgoczaszki – czyli sprawiła, że mamy delikatniejsze twarze niż małpy, mniej wydatne szczęki oraz dużo miejsca w czaszce na rosnący mózg. Ale znowu – czy ta właśnie zmiana była kluczowa w naszej ewolucji? Tego nie możemy powiedzieć.

Ludzkie DNA

Dzisiaj istnieją już całe listy genów, które miały swój prawdopodobny udział w kształtowaniu naszych ludzkich cech. W jednej z ostatnich prac na ten temat autorzy dzielą zidentyfikowane dotychczas „geny człowieczeństwa” na trzy grupy. Pierwsza z nich, która na pewno miała udział w powstaniu Homo sapiens, obejmuje tylko dwa geny – FOXP2 oraz gen CMAH, mający swój udział w budowaniu naszej odporności. Kolejna, większa nieco grupa to 18 genów, których wpływ określany jest jako „prawdopodobny, mający pozory słuszności”. Jest jeszcze trzecia grupa 15 genów, których oddziaływanie określa się słowem „możliwe”. I znowu podkreślmy niezwykle ważną rzecz – nie same sekwencje genów odpowiadają za to, jak wygląda i zachowuje się człowiek. Ważna jest też ekspresja genów – wyglądający tak samo gen może u różnych gatunków zachowywać się zupełnie inaczej, może produkować swoje białko w innym miejscu w organizmie, na innym etapie rozwoju zarodka. To są zmienności, które mogą zaważyć i na wyglądzie, i na zdolnościach intelektualnych każdego gatunku.

Nie tylko wygląd czy budowa ciała są zresztą tutaj ważne. Udział w budowaniu sukcesu Homo sapiens miały też z pewnością geny dające nam długowieczność. Warto bowiem podkreślić, że żyjemy niemal dwukrotnie dłużej niż nasi najbliżsi krewni w zwierzęcym świecie. Oznacza to także, że mamy więcej czasu na przekazywanie swojego kulturalnego dorobku kolejnym pokoleniom. Bo przecież nie tylko geny, ale i kultura odgrywa olbrzymią rolę w ukształtowaniu się naszego gatunku. Gdybyśmy nie wychowywali się w otoczeniu ludzi, którzy od naszego urodzenia do nas mówią, przekazują nam swoją wiedzę i zwyczaje, sami też nie bylibyśmy ludźmi. Gdyby, jak głosi słynna legenda, Romulus i Remus zostali wychowani przez wilczycę w lesie, z pewnością nie zbudowaliby Rzymu, ale biegali po polanach, polując na zające.

Geny neandertalczyków – ile ich mamy?

Odczytanie genomu człowieka nie dostarczyło więc zbyt wielu informacji na temat naszej wyjątkowości, ale dokonało czegoś innego – uświadomiło nam, jak bliskie pokrewieństwo łączy nas z innymi istotami zamieszkującymi naszą planetę. Nie możemy już wyprzeć się tego pokrewieństwa. Naszym dziedzictwem jest nie tylko to, co dostajemy w genach bezpośrednio od rodziców, ale także geny wszystkich wcześniejszych zdobywców Ziemi, począwszy od pierwszych zwierząt, które przed pół miliardem lat wyszły na ląd z oceanu, a skończywszy na naszych wymarłych krewniakach, neandertalczykach. Dzięki zsekwencjonowaniu genomu neandertalczyka w 2012 roku przez zespół prof. Svantego Pääbo z Instytutu Maksa Plancka w Lipsku wiemy już z całą pewnością, że przedstawiciele tego gatunku, czy jak dzisiaj mówi się częściej podgatunku Homo sapiens, byli pod względem genetycznym prawie identyczni jak my. Na przykład mieli identyczną jak Homo sapiens wersję genu FOXP2, umożliwiającą sprawne porozumiewanie się, a przecież w konfrontacji z nami wyginęli. Czy to coś w genach sprawiło, że my wygraliśmy w ewolucyjnym wyścigu, a nie Homo neanderthalensis? Bardzo wątpliwe. To raczej nasza kultura – w tym przypadku kultura wojowniczości i zdobywania świata – wzięła górę nad nieco być może mniej pod tym względem zapalczywymi neandertalczykami.

Odczytanie DNA Homo neanderthalensis pokazało nam coś jeszcze bardziej szokującego – podczas naszych pierwszych spotkań z nimi, które nastąpiły około 50 tysięcy lat temu, tuż po tym, jak człowiek rozpoczął wędrówkę z Afryki na inne lądy, mogło być naprawdę gorąco! Porównanie naszych genów z genami neandertalczyka jasno bowiem wykazało, że te dwa podgatunki człowieka uprawiały ze sobą seks. Było to częste do tego stopnia, że do dziś w naszych genach nosimy nawet 4 procent genów neandertalskich, w tym geny, które dały nam odporność na nowe choroby, nieobecne w Afryce. To jednak musiał być seks pełen przemocy – wydaje się, że dochodziło głównie do gwałtów, których dopuszczali się neandertalscy mężczyźni na ludzkich kobietach. Gdyby w procederze tym brały udział neandertalskie kobiety, przekazałyby nam one zapewne choć odrobinę mitochondrialnego DNA. A badania wykazały, że w naszych genach nie ma śladów po mtDNA neandertalek. Czyżby były aż tak nieatrakcyjne, że żaden mężczyzna Homo sapiens nie zdecydował się na gatunkowy skok w bok? Kto wie, choć bardziej prawdopodobne, że zadziałał tu przypadek. Po prostu żadna z kobiet, które urodziły się ze związku neandertalki i człowieka, nie miała nieprzerwanej do obecnego czasu linii córek – a to przecież jest niezbędne do zachowania neandertalskich mitochondriów, przekazywanych wyłącznie z matki na córkę.

Tak wyglądała czaszka neandertalczyka - wymarłego przedstawiciela rodzaju Homo z plejstocenu. (fot. iStock) Tak wyglądała czaszka neandertalczyka - wymarłego przedstawiciela rodzaju Homo z plejstocenu. (fot. iStock)

Rdzenni mieszkańcy Afryki to jedyna czysta rasa Homo sapiens

Swoją drogą, kiedy patrzę na te badania, przypomina mi się mój nieżyjący już tata – prawnik, specjalista od apartheidu. Młodszym czytelnikom wyjaśniam, że była to totalitarna ideologia rządów Republiki Południowej Afryki, która zakazywała między innymi łączenia się w pary ludzi rasy białej i czarnej, aby zachować „czystość” białych na Czarnym Lądzie. Mój ojciec walczył z tą ideologią z humanitarnego, prawniczego punktu widzenia. Gdyby zobaczył wyniki sekwencjonowania genomu ludzkiego, zapewne miałby wielką satysfakcję. Dowodzą one bowiem, że jedyną naprawdę czystą rasą Homo sapiens są rdzenni mieszkańcy Afryki. My wszyscy, którzy z Afryki wyszliśmy, aby zdobywać inne lądy, jesteśmy zwykłymi mieszańcami, noszącymi w swoich genach – co już wiemy z całą pewnością – nie tylko DNA neandertalczyków, ale też i denisowian, jeszcze bardziej prymitywnego gatunku człowieka, o którego istnieniu dowiedzieliśmy się z analiz genetycznych kopalnych fragmentów dwóch kosteczek palca oraz zęba, znalezionych w 2010 roku w Denisowej Jaskini na Syberii. Tak, z nimi też uprawialiśmy seks. I to pewnie nie koniec erotycznych interakcji Homo sapiens z wymarłymi krewniakami. Tata byłby bardzo zadowolony.

  1. Styl Życia

Sisu, hygge, niksen, ikigai - sposoby na szczęście i odporność psychiczną z różnych stron świata

Pragniemy, aby nasza psychika była odporna na zawirowania losu i spadki nastroju, a jednocześnie wspierała nas w poszukiwaniu szczęścia i walce ze stresem. (Fot. iStock)
Pragniemy, aby nasza psychika była odporna na zawirowania losu i spadki nastroju, a jednocześnie wspierała nas w poszukiwaniu szczęścia i walce ze stresem. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 10 Zdjęć
W czasach pandemii szukamy różnych sposobów na to, jak wzmocnić naszą psychikę. Pragniemy, aby była odporna na zawirowania losu i spadki nastroju, a jednocześnie wspierała nas w poszukiwaniu szczęścia i walce ze stresem. Poszczególne nacje mają na to swoje recepty. Poznajcie je! 

Sisu - fiński sposób na odporność psychiczną

Fot. iStock Fot. iStock

Sisu podsumowuje fiński charakter i opisuje postawę życiową, którą charakteryzuje hart ducha, niezłomność i umiejętność dostrzeżenia wyzwań w przeszkodach. Jedna z badaczek sisu, Emilia Lahti, definiuje to pojęcie jako zespół cech zapewniających psychiczną twardość i zdolność radzenia sobie z silnym stresem, a jednocześnie umiejętność stawiania czoła przeciwnościom losu, które wydają się niemożliwe do pokonania. Katja Pantzar, dziennikarka, która przeprowadziła się z Kanady do Finlandii, określa sisu jako siłę woli, determinację, żeby się nie poddawać i nie iść na łatwiznę.

Hygge - duński sposób na spokojne życie

Fot. iStock Fot. iStock

Co sprawia, że Duńczycy są uważani za jeden z najbardziej zadowolonych narodów w Europie? Umiejętność cieszenia się prostymi przyjemnościami i spędzanie czasu w gronie najbliższych. Mają nawet na to własne słowo – hygge. Choć próżno szukać jego odpowiednika w słowniku języka polskiego, zdaniem aktorki Marie Tourell Soderberg można uchwycić jego sens w codziennym życiu. W skrócie: hygge to taka przerwa, podczas której zapominasz o tym, co musisz i co powinnaś i po prostu jesteś sobą, tu i teraz.

Lagom - szwedzki sposób na szczęście

Fot. iStock Fot. iStock

Lagom to skandynawski sposób na znalezienie złotego środka, umiejętność określenia, ile wystarczy nam do szczęścia i kiedy powiedzieć „dość”. Słownik szwedzko-polski określa sprawę jasno: lagom to „umiarkowanie, wystarczający, odpowiednia ilość; właśnie tyle, ile trzeba”. Może się to odnosić do liczby pochłoniętych mięsnych pulpetów, temperatury kaloryfera, a także do wysokości zarobków. Lagom to po prostu szwedzki sposób na życie – zamiłowanie do tego, co funkcjonalne, lecz dyskretne, i organiczna wręcz niechęć do przesady. W każdej dziedzinie życia.

Niksen - holenderska sztuka nierobienia niczego

Fot. iStock Fot. iStock

Holenderskie słowo niksen to określenie na chodzenie z głową w chmurach, rozkoszne zbijanie bąków, myślenie o niebieskich migdałach, które nie ma nic wspólnego z nieprzyjemną nudą. Natomiast niejedno je łączy z medytacją – mówi Olga Mecking, autorka książki na temat tego zjawiska. To przede wszystkim nicnierobienie bez powodu. „Bo tak” – jak mówią dzieci. Zgodnie z tą definicją np. oglądanie wiadomości w telewizji nie jest niksen, ale jeśli telewizor jest włączony, a my myślami jesteśmy gdzie indziej – to już jak najbardziej.

Skogluft - norweski sposób na zdrowie i przyjazne wnętrze

Fot. iStock Fot. iStock

Jeśli chcesz niewielkim kosztem sprawić, by twoje mieszanie stało się oazą spokoju, zdrowia i dobrej atmosfery – spodoba ci się koncepcja skogluft (norw. leśne powietrze). To termin stworzony przez JØrna Viumdala, norweskiego inżyniera, który pracuje z roślinami od ponad 30 lat. Kryje się pod nim koncepcja mądra i prosta: chodzi o wprowadzenie do pomieszczeń, w których najczęściej przebywasz, roślin i światła. Konkretnych roślin i konkretnego światła.

Gioia di vivere - włoski sposób na radość życia

Fot. iStock Fot. iStock

W pierwszej połowie 2020 roku nasze serca były z Włochami. Podziwialiśmy ich hart ducha i umiejętność cieszenia się życiem, mimo przeciwieństw. Italianistka Julia Wollner przekonuje, że kilka ich narodowych cech moglibyśmy przyswoić sobie na stałe. Włoski styl życia opiera się na celebrowaniu drobnych gestów, codziennych rytuałach oraz zmysłowym odczuwaniu świata, któremu tak blisko do filozofii mindfulness. To zmysły dostarczają paliwa słynnej włoskiej gioia di vivere, czyli radości życia.

Ikigai - japoński sposób na szczęście

Fot. iStock Fot. iStock

Rób rzeczy dla siebie, a nie dla poklasku. Graj, gdy nikt nie słucha, pisz opowiadania, których nikt nie przeczyta, a satysfakcja wewnętrzna pozwoli ci z radością iść przez życie. Na tym właśnie polega ikigai – mówi Ken Mogi, autor książki „Ikigai, japońska sztuka szczęścia”. Ikigai to słowo określające przyjemności i istotę życia. W dosłownym tłumaczeniu iki znaczy „żyć”, a gai to „powód”. Mówi się, że ikigai to system motywacyjny, dzięki któremu rano wstajemy z łóżka.

Shinrin-yoku – japoński sposób na bliskość z przyrodą

Fot. iStock Fot. iStock

Odkąd pamiętasz, czujesz się w lesie dobrze? Naukowcy na całym świecie od lat udowadniają, że odseparowanie się od dzikiej przyrody nas osłabia. Nie dziwi więc coraz większa popularność warsztatów i terapii opartych na kontakcie z naturą. Jedną z nich jest shinrin-yoku (shinrin to po japońsku „las”, a yoku – „kąpiel”), czyli japońska sztuka kąpieli leśnych, polegająca na zanurzeniu się w lesie wszystkimi zmysłami.

Kintsugi - japoński sposób na życiowe trudności

Fot. iStock Fot. iStock

Kintsugi jest dawną japońską sztuką odbudowy tego, co zostało zniszczone. Gdy uszkodzi się ceramika, mistrzowie kintsugi naprawiają ją, używając złota oraz pozostawiając ślady swoich działań, ponieważ ich zdaniem taki przedmiot jest jednocześnie symbolem kruchości, siły i piękna. Ceramika, tak jak i ludzie, jest krucha, a zarazem mocna i piękna. Tak samo jak nasze życie, może się zniszczyć, jednak można zreperować uszkodzenie, jeśli zna się na to sposób.

  1. Psychologia

Jak zachować zdrowie psychiczne?

Pełne zdrowie psychiczne to klucz do szczęścia. Po czym je rozpoznać? (fot. iStock)
Pełne zdrowie psychiczne to klucz do szczęścia. Po czym je rozpoznać? (fot. iStock)
Albert Ellis, psycholog, psychoterapeuta, twórca terapii racjonalno - emotywnej, wymienił 13 elementów, które znacząco wpływają na stan psychiczny.

Uznany przez Amerykańskie Towarzystwo Psychologiczne za jednego z najbardziej wpływowych psychologów XX wieku - Albert Ellis zgłębiał tajniki ludzkiego umysłu. W szczególności interesowały go tajniki umysłu chorego, zaburzonego, pełnego lęków, napięć i fobii. W toku swych zawodowych poczynań zadał sobie trud zdefiniowania człowieka zaburzonego, zarówno w sferze społecznej, poznawczej jak i emocjonalnej.

Według Ellisa człowiek zaburzony przejawia zachowania autodestrukcyjne uniemożliwiające samorealizację, przeżywanie szczęścia i spełnienia w życiu. Twierdził on, że negatywne emocje wywodzą się z błędnej interpretacji świata, a nie z samej rzeczywistości. Negatywne przekonania są drogą do niewłaściwej i irracjonalnej percepcji samego siebie, tym samym mogą prowadzić do zaburzeń neurotycznych, depresyjnych, czy cierpienia.

Skoro błędne przekonania są źródłem lęku, to jakie przekonania są właściwe? Czym w takim razie jest zdrowie psychiczne?

Według Ellisa osoba zdrowa psychicznie myśli w sposób logiczny, tak samo również działa. Nie jest autodestrukcyjna, nie zachowuje się wrogo, depresyjnie czy lękliwie. Może się rozwijać, uczyć na własnych błędach i brać, w sposób rozsądny to, co najlepsze z życia.

Albert Ellis wymienił 13 obszarów, które pozwalają cieszyć się lepszym samopoczuciem i pozostać w zdrowiu psychicznym.

1. Dbanie o własne dobro

To prawo do bycia sobą. To JA jestem kowalem swojego losu, biorę sprawy w swoje ręce i piszę scenariusz do filmu „moje życie”, bez niepotrzebnych powinności, zewnętrznych przymusów czy zachowywania konwenansów. Moje potrzeby wyznaczają moje cele. Szanuję innych, ale przede wszystkim respektuję siebie.

2. Przystosowanie społeczne

Człowiek to nie samotna wyspa, dlatego inni potrzebni są mu do szczęścia. JA lubię ludzi, a oni lubią mnie. Dobre relacje interpersonalne, współpraca, obcowanie z drugim człowiekiem - definiują przystosowanie społeczne.

3. Autonomia

Mam świadomość własnego JA, niezależności, zdrowej potrzeby akceptacji, przyjęcia odpowiedzialności za własne życie. Zachowuję własną przestrzeń w związku i odcinam pępowinę od rodziców.

4. Tolerancja

Tolerancja to prawo do inności, prawo do błędu, pomyłek, wybaczania. Daję to prawo sobie i innym. JA nie potępiam, nie oceniam, pamiętam, że tak jak i JA, każdy jest tylko człowiekiem.

5. Akceptowanie dwuznaczności i niepewności

Przekonanie, że świat ma charakter probabilistyczny i nic na ziemi nie jest całkowicie konieczne i pewne. JA eksploruję świat, smakuję mądrze życie i nie przestaję się uczyć.

6. Giętkość myślenia

Jestem ciekawy poznawczo, otwarty na zmiany i nowości. Słucham siebie, ale i słucham innych, jestem otwarty na nowe idee i poglądy.

7. Myślenie naukowe

Stawianie hipotez to moja specjalność. Myślę krytycznie, racjonalnie i obiektywnie - to mój sposób na pojmowanie świata i rozumienie siebie.

8. Zaangażowanie

Czyli aktywność w działaniu, zarówno w pracy jak i prywatnie. Odważnie zdobywam świat, cechuję się kreatywnością i nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych. Szukam lepszego życia i robię wszystko, aby tak było.

9. Podejmowanie ryzyka

Pomimo, że istenieje ryzyko niepowodzenia są cele, które chcę osiągnąć. Bez naiwności, ale z rozwagą, bez pyszałkowatości, ale z pokorą podejmuję nowe wyzwania.

10. Samoakceptacja

Akceptuję siebie w pełni i bezwarunkowo (przeszłość, dokonania, wygląd). Kocham i lubię siebie, nie narcystycznie i zuchwale, ale rozsądnie i dojrzale. Zdrowa samoocena przekłada się przecież na relacje z innymi ludźmi.

11. Hedonistyczne, ale rozsądne nastawienie do życia

Poszukuję przyjemności tylko wtedy, gdy to jest najlepsze rozwiązanie dla mnie. Nie bawię się w miałkie przyjemności, które do niczego nie prowadzą. Nie ma sensu też zadręczać się przekonaniem, że przyjemność jest czymś złym.

12. Brak perfekcjonizmu i utopijnych poglądów

Akceptuję, że nie da się być najlepszym we wszystkim. Wiem, że perfekcjonizm czy idealizm istnieją tylko w filmach albo w snach. Dążę ku temu, co ma sens. Moja świadomość pomaga mi zrozumieć, że czasem dobrze, znaczy tyle samo, co idealnie.

13. Przyjmowanie odpowiedzialności za własne trudności

Nie obwiniam innych za całe zło tego świata. Widzę, gdzie jest granica mojego JA, co jest w zasięgu mojej ręki, a co staje się trudnością, na którą nie mam wpływu.