1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Maja Włoszczowska: na sto procent

Maja Włoszczowska: na sto procent

Maja Włoszczowska od lat utrzymuje się w czołówce najlepszych kolarek górskich na świecie (Fot. Maria Eriksson)
Maja Włoszczowska od lat utrzymuje się w czołówce najlepszych kolarek górskich na świecie (Fot. Maria Eriksson)
Jest jedną z najlepszych kolarek górskich na świecie i najpopularniejszych sportsmenek w Polsce. W zeszłym roku wydała książkę o tym, jak trenować jej dyscyplinę. Ale też o codziennym życiu zawodniczki. O pasji, nagłych zachwytach, rywalizacji i chwilach, kiedy cały romantyzm znika.

Wyobrażasz sobie, jak wyglądałoby twoje życie, gdyby nie kolarstwo górskie?
Skończyłam matematykę finansową i ubezpieczeniową, więc pewnie trafiłabym do jakiejś dużej instytucji finansowej. Biegałabym teraz w żakieciku i butach na wysokim obcasie.

Kiedy zdobywałaś srebro na igrzyskach w Rio de Janeiro, przed telewizorami kibicowało ci pięć milionów Polaków. Niezły ludzki kapitał. Może powinnaś zostać polityczką?
Nie, dziękuję. W polityce jednak zawsze trzeba się układać, iść na kompromisy. Nie mówię tego z pogardą, nawet na przykładzie związków sportowych widzę, jaka to sztuka – nie sposób wszystkim dogodzić, środki finansowe są ograniczone, zawsze ktoś jest pokrzywdzony. Już bardziej widzę siebie w biznesie, gdzie są prostsze, bardziej przejrzyste zasady.

Sport jest wolny od kompromisów? Jednoczy, jest ponad podziałami: liczą się udział i zaangażowanie.
To ta bardziej romantyczna wizja. Sprawdza się, kiedy uprawiasz jakąś dyscyplinę dla siebie. Inaczej, kiedy pojawiają się duże pieniądze. Sport jest wbrew pozorom bliski biznesowi. Przynajmniej w wydaniu zawodowym. My, zawodnicy, mamy przecież sponsorów, dla których nasze wyniki są wymierną korzyścią z reklamy. Sukcesy mają konkretną wartość. Poza tym sport jest tak samo brutalny i bezwzględny jak biznes. Weźmy ostatnie igrzyska zimowe w Pjongczangu i naszych sportowców. Uważam, że oczekiwania wobec nich były absurdalnie zawyżone i to, z jakim hejtem się spotkali, będąc jeszcze tam, na igrzyskach, i ciągle jeszcze walcząc, było straszne. Te wszystkie komentarze, że pojechali sobie na wycieczkę za publiczne pieniądze… Tam, gdzie wszyscy oczekują wyniku, nikt nie myśli o wzniosłych hasłach, cały romantyzm znika.

Od ciebie też wymaga się wyników, a oczekiwania tylko się zwiększają.  Jak sobie z tym radzisz?
Przed ostatnimi igrzyskami w Rio de Janeiro ostro pracowałam nad tym, żeby nie przygniotła mnie presja. Żebym – zamiast myśleć, że na moje przygotowania poszło pół miliona złotych – nie zapominała, dlaczego do sportu w ogóle trafiłam.

Dlaczego?
Kierowały mną czysta radość i pasja. O to w końcu chodzi w kolarstwie górskim. No, chociażby ostatnio – byłam na zgrupowaniu w Hiszpanii, niedaleko Alicante. Ptaszki śpiewają. Jadę wąziutką ścieżką, z boku przepaść, ale bezpiecznie jak na moje umiejętności. Z prawej góry, z lewej góry, na wprost morze. Bajka. Nie dość, że miałam za sobą porządny trening i satysfakcję, że wykonałam kawał dobrej roboty, to jeszcze przede mną była ciekawa technicznie trasa. Kiedy widzisz trudny zjazd, pełno kamieni, głazów, poplątanych korzeni i w pierwszej chwili wydaje ci się, że tego się nie da przejechać, a potem odkrywasz, że się da. To jest taki wyrzut endorfin! Uwielbiam to uczucie.

Rzeczywiście można zapomnieć o stresie, punktach w rankingu?
Na samym początku kariery nie myślałam o konkretnym wyniku, chciałam po prostu jeździć. Biorę udział w igrzyskach? Super! Potem, jak się pojawiły oczekiwania, sponsorzy, zaczęłam patrzeć na sport jak na pracę, a nawet w pewnym momencie jak na więzienie, do którego trafiłam. Tak, jakbym znalazła się w sytuacji bez wyjścia.

Jak z niej wybrnęłaś?
Pamiętam, jak moja mama, kiedy jej w kółko powtarzałam, że muszę jechać na trening, muszę na zawody, w końcu mi powiedziała: „Ale dlaczego ty mówisz: muszę? Przecież nic nie musisz”. Często powtarzam sobie w duchu tamte jej słowa. Pamiętam też, jak zaczęłam pracę z moim trenerem Markiem Galińskim i jak Marek podczas treningów potrafił krzyknąć do mnie: „Zobacz, jaki widok! Patrz!”. On, taki skrupulatny, co do minuty, co do jednego wata – bo monitorujemy treningi miernikami mocy – rozpisywał treningi, a potrafił zwyczajnie się zachwycić, dodać nam te pół godziny wysiłku tylko dla pięknego widoku, fajnej trasy. Cieszył się, że sarna przebiegła, że pięknie. Nigdy tego nie zapomnę. Także na ostatnie igrzyska udało się stworzyć ekipę autentycznych pasjonatów.

Jak smakuje zwycięstwo?
Czasem ważniejsze jest to, żeby pokonać własne ograniczenia. Właśnie mam za sobą pierwsze zawody Pucharu Świata. Początek sezonu, wydawało mi się, że zupełnie nie mam formy, że będę walczyć o życie i ledwo dwudziestą lokatę. Bardzo ciężko było mi przekroczyć granicę bólu, bo jechałam w swojej strefie komfortu, zaskoczona i szczęśliwa, że nawiązałam walkę z pierwszą dziesiątką. Aż w końcu pomyślałam sobie: „Jesteś w RPA, przyjechałaś na drugi koniec świata. Daj z siebie wszystko”. Ostatnie kilometry to była niesamowita walka, ta jakość ścigania, te emocje i to, jak mi się udało pokonać ból!

Kiedy zaczyna boleć?
Jeśli się walczy na sto procent, boli cały czas. Jedziesz ze świadomością, że cierpienie skończy się na linii mety, ale też satysfakcja, że ten ból pokonujesz, jest nieprawdopodobna.

W twojej karierze były momenty, które wyglądały naprawdę groźnie. Jak wtedy, kiedy sześć lat temu przed igrzyskami w Londynie uległaś poważnej kontuzji nogi. Pojawiły się plotki, że nie będziesz chodzić.
Tak, to było trudne, ale psychicznie o wiele trudniejszym dla mnie momentem była nieoczekiwana śmierć Marka Galińskiego. Marek został moim trenerem w 2011 roku, właśnie przed Londynem. A po mojej kontuzji nigdy nie miał wątpliwości, czy moja kariera będzie miała ciąg dalszy. Po tym, jak w 2013 roku zginął, zaczął się dla mnie okres, kiedy bardzo trudno było mi się zmotywować do treningu. Razem z moim ówczesnym trenerem Michałem Krawczykiem postanowiliśmy jednak, że nie możemy odpuścić. Nie tego by chciał Marek. Zawsze nam powtarzał w trudnych momentach: „Po prostu rób swoje”. Zrobiliśmy więc bransoletki z tym hasłem. Do igrzysk w Rio de Janeiro przygotowywaliśmy się zgodnie z jego myślą szkoleniową i ideologią życiową. Mój ostatni olimpijski medal to także jego zasługa.

Medal tym cenniejszy, że zdobyty po takiej przerwie – ośmiu latach od ostatniego olimpijskiego podium. Wróciłaś na igrzyska w wielkim stylu. Mimo że po drodze tu, w kraju, musiałaś o siebie ostro walczyć.
Dostałam informację, że nie będę miała finansowania z Polskiego Związku Kolarskiego. Słyszałam, że się mówi, że nie rokuję. Że Włoszczowska się już skończyła. Do dziś nie wiem, czy to dlatego straciłam finansowanie, ale całe życie miałam wsparcie i nagle je straciłam, akurat w momencie, kiedy wychodziłam z kontuzji.

Przyjęłaś to do wiadomości i…
I za własne pieniądze pojechałam na zgrupowanie do Sierra Nevada i opłaciłam fizjoterapeutę. Trenowałam. A zaraz po tym, jak zdobyłam drugie miejsce w Pucharze Świata, odebrałam telefon z pytaniem, czy czegoś nie potrzebuję, i finansowanie wróciło.

Nie miałaś żalu?
Miałam to gdzieś, chciałam trenować. I umówmy się – nie bez znaczenia było to, że mogłam pozwolić sobie, żeby kupić bilet na zgrupowanie, opłacić fizjoterapeutę. Wiem, że utalentowani sportowcy z wielu dyscyplin nie są w tak uprzywilejowanej pozycji. Już podczas studiów byłam w stanie się utrzymać. Jak miałam ochotę na lody i nie stać mnie było na magnum, kupowałam sobie big milka, ale nigdy nie miałam takiej sytuacji, żeby zostać zupełnie bez pieniędzy i musieć oprócz studiów i intensywnego trenowania jeszcze dodatkowo pracować. Z tej perspektywy łatwiej się mówi, że nie ma się żalu.

(Fot. Maria Eriksson) (Fot. Maria Eriksson)

„Nie podobało mi się to, że taką drogę wybiera. Moje obawy się potwierdziły – kiedy potem patrzyłam na życie sportowca z bliska, widziałam, jakie są jego koszty. Z mojego punktu widzenia bilans zysków i strat przemawiał na niekorzyść. Ale Majki nie dało się zatrzymać”. To słowa twojej mamy, które wyczytałam w twojej książce. To paradoks, bo jednocześnie o mamie mówisz, że wychowała cię na mistrza.
Ona ma niesamowitą intuicję. Przed mistrzostwami świata, które wygrałam, wysłała mi SMS: „Możesz spać spokojnie”. Przed Pekinem przepowiedziała mi srebro. Z kolei przed wypadkiem miała niedobre przeczucie. Często jeździ ze mną na zawody, kibicuje. Nie jest typem matki, która się użala. Potrafi mnie pocieszyć, ale częściej słyszałam od niej: „Weź się w garść. Zamiast się mazać, pomyśl, jak rozwiązać problem”. Zresztą nie musiała tego mówić, swoją postawą życiową uczyła mnie takiego podejścia. Wiele jej zawdzięczam. Jej i całej rodzinie. Teraz mam już mojego mężczyznę, który mnie przywozi, zawozi, pomaga, ale przez lata robił to mój brat Michał. Taty było w moim życiu mniej, ponieważ rozstali się z mamą, kiedy byłam dzieckiem, ale mogłam na niego liczyć. Dużo w moje życie wniósł też partner mamy, czyli Krzysiek Zalewski, który teraz jest moim trenerem. Można powiedzieć, że jesteśmy sprawnie funkcjonującą ekipą. Mam szczęście, bo nigdy nie odczuwałam w domu presji. To kompletnie nie ten model, jaki się teraz często widuje. Rodzice zapisują dziecko do klubu i to im bardziej zależy, oni są bardziej zapaleni. Cisną, mają zawyżone ambicje. To ma nawet swoją nazwę – Komitet Oszalałych Rodziców. Mnie to nigdy nie spotkało.

Jaka byłaś w dzieciństwie? Poznałabym cię od razu na zdjęciach?
Niekoniecznie. Byłam najpierw pampuchem, potem chudzielcem, potem w podstawówce przez jakiś czas znowu bardziej przy kości. Na pewno zawsze spędzałam dużo czasu na podwórku. Mój brat jest o trzy lata starszy, ganiałam z nim i z jego kolegami. W istotne bójki się może z nimi nie wdawałam, ale swoją szkołę na podwórku dostałam. Pamiętam też, że często zdarzało mi się wywracać. Na rowerze, w płetwach na molo na wakacjach.

Płakałaś?
Wstawałam i ruszałam dalej. To może zbyt proste – że nauczyłam się nie poddawać wtedy, w dzieciństwie, jak zdzierałam sobie kolana, ale coś w tym jest. Poza tym lubiłam się uczyć.

Byłaś kujonką?
Mogę chyba tak powiedzieć [śmiech]. Trochę to się zmieniło, jak zaczęłam jeździć na rowerze. Był jeden taki trudny moment – stwierdziłam, że nic więcej mnie nie interesuje. Nie idę na porządne studia, stawiam na rower.

To była twoja wersja młodzieńczego buntu?
Coś w tym rodzaju. Mama straciła nade mną kontrolę. Nie to, żeby ją zawsze miała, ale miała chociaż poczucie, że ją ma, a wtedy straciła też to poczucie. Natomiast żebym chodziła na wagary albo ciągnęło mnie do używek, to nie. Może właśnie sport mnie przed tym uchronił? Odnalazłam sposób, żeby wyładować energię, która gromadzi się w tak młodym człowieku.

Ile czasu średnio spędzasz na wyjazdach?
Gdybym wszystko zsumowała, wyszłoby, że ze dwa miesiące jestem w domu. Teraz nie ma mnie na przykład już od 11 tygodni. Przyjechałam ze zgrupowania prosto do Warszawy i mam ze sobą w walizce tylko ciuchy kolarskie i dresy. Te dżinsy i sweter, które włożyłam, to moje jedyne cywilne ciuchy, a będę tu trzy dni, chciałabym się normalnie ubrać. Poprosiłam Przemka, żeby coś mi przywiózł z Jeleniej Góry, tylko w ogóle zapomniałam, co mam w szafie. Nie byłam mu nawet w stanie wytłumaczyć, co mógłby wziąć.

Ludzie cię podziwiają, ale jednocześnie wielu z nich nie rozumie twojego poświęcenia.
Znajomy dziennikarz sportowy powiedział kiedyś, że prowadzę klasztorne życie. Nie obraziłam się, miał rację. Mój typowy dzień wygląda tak, że wstaję, robię rozruch, jem śniadanie, odpisuję na mejle, jadę na trening, wracam, jem obiad, idę na drzemkę, budzę się, drugi trening, kolacja, odpisuję na mejle, czytam książkę, spać. Teoretycznie udałoby się znaleźć w tym grafiku trochę czasu, mogłabym gdzieś iść, ale jestem tak zmęczona po wysiłku fizycznym, że nie mam siły. Albo się boję, że coś złapię. Mam tak słaby układ odpornościowy, że wystarczy, że wyjdę gdzieś, gdzie jest dużo ludzi, i już jestem chora. Muszę na siebie chuchać i dmuchać, żeby utrzymać formę.

Twój partner jest pilotem rajdowym. Wie, co to wyścig, adrenalina. Dzięki temu wasz związek jest możliwy?
Przemek [Zawada – przyp. red.] jest przede wszystkim mądrym życiowo człowiekiem, rozumiejącym potrzeby innych, dlatego jesteśmy razem. Karierę pilota rajdowego wyciszył, występuje w rajdach od czasu do czasu, natomiast kiedy zaczął się ze mną spotykać, zaraził się rowerem. Jak na amatora całkiem poważnie trenuje. To też na pewno pozwala mu lepiej mnie zrozumieć.

Kolarstwo to twoje życie?
Nie przeraża mnie to stwierdzenie, mogę się pod nim podpisać. Co nie znaczy, że moje życie się skończy, jeśli skończę karierę sportową.

W jakim wieku idą na emeryturę rowerzyści górscy?
Norweżka Gunn-Rita Dahle, która cały czas utrzymuje się w światowej czołówce, jest dokładnie dziesięć lat ode mnie starsza. Niemka Sabine Spitz – o 11 lub 12.

Pójdziesz w ich ślady?
Nie. Mój deadline to igrzyska w Tokio. Prawdę mówiąc, zastanawiałam się, czy nie skończyć kariery już po tym ostatnim sezonie.

Bo? Jestem w tym wieku… Wróć! Jestem ciągle młoda, silna, więc wielu rzeczy chciałabym jeszcze spróbować. Kitesurfingu, wspinaczki…

Ty znowu o sporcie. A ja chciałabym wiedzieć, co robisz poza nim.
Ostatnio wzięłam udział w TVN-owskim „Agencie”. Nagrania do programu wypadły akurat podczas przerwy między sezonami. Napisałam i wydałam właśnie książkę, zajmuję się organizacją wyścigu w Jeleniej Górze. Uprzedzę twoje pytanie, które pada praktycznie w każdym wywiadzie. Mam też w głowie hasło „rodzina”. Co nie znaczy, żebym czuła wielką potrzebę, silny instynkt macierzyński.

W tym kraju to odważna deklaracja.
Jestem po prostu realistką. Do tej pory przez tyle lat było tak, że to wokół mnie wszyscy biegają, ułatwiają mi życie. To ja mam być wyspana, najedzona. Dba o to sztab ludzi. Co nie znaczy, że nie chcę mieć dzieci i że ich nie będę miała.

Medale medalami, a w Tour de France nie mogłabyś się ścigać.
To kolarstwo szosowe, różni się od górskiego.

No i jesteś kobietą.
Tak, to wyścig tylko dla mężczyzn. Zawodniczki szosowe walczą o swoje prawa, w tej chwili są już jakieś zalążki większych wyścigów dla kobiet, ale dysproporcja jest jednak olbrzymia. Inaczej niż w naszej dyscyplinie, gdzie mamy pełne równouprawnienie. Mamy takie same puchary świata – tego samego dnia. Są transmisje, te same nagrody. Świecimy przykładem. Jestem przedstawicielką zawodników w komisji MTB Międzynarodowej Unii Kolarskiej i jeżeli tylko gdzieś widać, że równouprawnienia nie ma, walczę, chociaż w przypadku kolarstwa górskiego do niewielu rzeczy można się przyczepić. Wyższe są tylko stawki kontraktów, ale to już sprawa rynku. Męskie zawody ogląda więcej widzów, więc sponsorzy są hojniejsi.

A dlaczego nie możecie się ścigać z mężczyznami?
Mężczyźni podczas zawodów w tym samym czasie co my robią o jedno okrążenie więcej. To realne ograniczenia fizyczne, tego nie przeskoczymy. Nie ma najmniejszych szans, żebyśmy miały takie same osiągi. Mogę porywalizować co najwyżej z 18-letnim juniorem, choć już nie takim z podium. Panowie są szybsi i silniejsi.

Jak to w końcu jest – sport wyczynowy kształtuje charakter czy odwrotnie: musisz mieć mocny charakter, żeby zabrać się do zawodowstwa?
Chyba jednak to drugie. Ale mocny charakter niezbędny jest przede wszystkim, żeby wytrwać. Łatwiej osiągnąć jeden dobry wynik niż utrzymywać się na wyższym poziomie przez wiele lat. To jest mój powód do dumy. Że od kilkunastu lat jestem stale w światowej czołówce. W top 5, w gorszych latach w top 10.

Przed tobą dopiero co rozpoczęty sezon, ale trzymam kciuki nie tylko za dobre starty. Czego ty sama byś sobie życzyła?
Żeby się nigdy nie zestarzeć.

A z tych realnych marzeń?
Żeby się fajnie zestarzeć. I nie poczuć, że coś mnie ominęło.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Damski rower damka - czy warto?

Fot. materiał partnera
Fot. materiał partnera
Rower damka wydaje się być prawdziwym strzałem w dziesiątkę dla kobiet, które cenią sobie połączenie atrakcyjnego wzornictwa oraz świetnych parametrów użytkowych. W dzisiejszych czasach mamy do dyspozycji jednoślady w nowoczesnym wydaniu, a więc znalezienie czegoś odpowiedniego dla siebie, to tylko kwestia czasu. Pierwszym krokiem jest oczywiście określenie osobistych preferencji oraz oczekiwań. Należy zastanowić się, jakie trasy najczęściej pokonujemy. Poniżej przedstawiono najważniejsze zalety omawianego typu pojazdu.

Wysokiej jakości damki znajdziesz na stronie Antymateria.

Prosta konstrukcja

Rower damka wyróżnia się prostą konstrukcją, co można uznać za ogromną zaletę. Ograniczona ilość komponentów sprawia, że jednoślad jest lekki i wygodny w prowadzeniu. Wykonywanie manewrów podczas przemierzania ciasnych uliczek nie będzie stanowić żadnego wyzwania. Oczywiście wiele zależy od producenta dwóch kółek. W tym temacie lepiej nie ryzykować! Postawmy na zaufaną markę, która cieszy się pozytywną opinią klientów. Tylko wtedy będziemy mieć pewność, że rozsądnie zainwestowaliśmy gotówkę. Czasami lepiej zapłacić nieco więcej, jeśli zależy nam na inwestycji na długie lata.

Niska waga

Rower miejski nie może być ciężki. Dużą uwagę zwróćmy na materiał ramy, ponieważ to on decyduje o masie całkowitej.  Damka z aluminiową ramą to często spotykane rozwiązanie. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że jest to materiał lekki, a jednocześnie trwały. Przetrwa nawet najbardziej intensywne użytkowanie, co zmniejsza ryzyko pojawienia się problematycznych usterek. Nie oznacza to jednak tego, że z góry powinniśmy odrzucić ramę stalową. Jej najważniejszą zaletą jest nieprzeciętna stabilność. Ponadto, jest ona sporo tańsza, co wpływa na cenę pojazdu. Wiele zależy od tego, jak zbudowana jest rama. Może okazać się, że konstrukcja stalowa posiada porównywalny ciężar, co aluminiowa.

Wygoda użytkowania

Rower damski damka zapewnia ponadprzeciętną wygodę użytkowania. Atutem jest możliwość jazdy w ergonomicznej pozycji. Cyklista nie musi pochylać się nad kierownicą. Oczywiście jej położenie można lekko modyfikować, tak aby dopasować posiadane dwa kółka do indywidualnych preferencji. Model dla kobiet powinien także posiadać właściwie wyprofilowane siodełko. Najczęściej jest ono nieco szersze, niż w przypadku siodełka męskiego. Nie może być jednak zbyt szerokie, gdyż będzie wywoływać liczne obtarcia oraz odparzenia. Dużą rolę odgrywa również jakość tworzywa, z którego zostało ono wykonane. Powinno być trwałe i niepodatne na negatywne oddziaływanie czynników zewnętrznych. Powierzchnia nie może pękać np. pod wpływem ciężaru użytkownika lub warunków otoczenia. Nie każdy wie, że istnieje coś takiego, jak siodełka testowe. Ułatwiają one bezbłędny dobór pasującego modelu.

  1. Styl Życia

Wiele dobrych wiadomości. Roczny horoskop dla Bliźniąt

Większość Bliźniąt w czasie nadchodzących 12 miesięcy może liczyć na trwałe efekty swoich starań. Bliźnięta przekonają się, że kryzysowe czasy mogą okazać się niepowtarzalną szansą na wprowadzenie w życie korzystnych zmian i pójście do przodu. (Ilustracja: iStock)
Większość Bliźniąt w czasie nadchodzących 12 miesięcy może liczyć na trwałe efekty swoich starań. Bliźnięta przekonają się, że kryzysowe czasy mogą okazać się niepowtarzalną szansą na wprowadzenie w życie korzystnych zmian i pójście do przodu. (Ilustracja: iStock)
Bliźnięta czeka jeden z lepszych okresów być może od wielu lat. Dzieje się tak przede wszystkim dzięki harmonijnym tranzytom dwóch planet społecznych: Jowisza i Saturna, które przemierzają znak Wodnika. Trygony, jakie tworzą i będą tworzyć do Bliźniąt, są sprzyjające i mają wyjątkowo mocne działanie.

Trygon Jowisza zaktywizuje wrodzone umiejętności i talenty komunikacyjne Bliźniąt, ale też przyspieszy wiele spraw. Wniesie do życia więcej dynamizmu i luzu: życie potoczy się lżej, przyjemniej, efektywniej. Jowisz sprawia, że minimum wysiłku nagradzane jest maksimum korzyści. Bliźnięta będą cieszyć się wielością kontaktów oraz lukratywnych okazji biznesowych czy relacyjnych. Trygon Jowisza do Słońca w tradycyjnej astrologii nazywa się królewskim aspektem, czyli wyjątkowo szczęśliwym. To te momenty, kiedy życie pozytywnie nas zaskakuje. Zawsze jednak warto wspomóc farta – prezent od Jowisza – przemyślanymi działaniami i świadomymi decyzjami.

Na Bliźnięta działa też obecnie Saturn. Planeta ta ma swoją ponurą sławę, ale tym razem oddziałuje harmonijnie, dlatego Bliźnięta poczują jej łaskawszą stronę. Czyli? W życiu zapanuje kojąca stabilizacja, ład, ich umysł zostanie zaangażowany do osiągania konkretnych celów. Ze swoją tendencją do tymczasowości i totalnego bałaganu Bliźnięta będą Saturnowi za to wdzięczne. Wpływy Saturna pozwolą im uporządkować chaos, para nie będzie szła w gwizdek. Korzystnego działania Saturna doświadczą w 2021 roku przede wszystkim Bliźnięta urodzone w pierwszej dekadzie, a w przyszłym roku te z drugiej dekady. A zatem z jednej strony Jowisz przyniesie nowe perspektywy i możliwości, z drugiej – Saturn wcieli je w życie. To będzie doskonała okazja, żeby w spektakularny sposób zawalczyć o swoje. Ambitne działania biznesowe mają zielone światło. Ograniczenia lockdownu spłyną po Bliźniętach jak woda po kaczce. Ten czas wyzwoli w nich skuteczną przedsiębiorczość. Bliźnięta dostają właśnie od planet szansę, żeby osiągnąć sukces, zdobyć zaszczyty i dobra materialne.

Bliźnięta urodzone między 9 a 15 czerwca są pod wpływem kwadratury Neptuna, przez którego rzeczywistość może się nieco rozmywać. Wpływów tej duchowej planety często nie odczuwamy w bezpośredni sposób, w postaci jakichś negatywnych wydarzeń, ale Neptun może Bliźniętom przynieść nieefektywne rozprężenie. Jak się to objawia? Spadkiem energii witalnej i zawirowaniami emocjonalnymi. Bliźnięta działają na dużych obrotach, a Neptun będzie im to utrudniał. Sprawność ich błyskotliwego umysłu może szwankować, a nerwowość, lęki i fobie nasilą się. Bliźniętom z drugiej dekady od maja do lipca 2021 roku może usuwać się grunt spod nóg – do działania Neptuna bowiem dołączy Jowisz, który wyjdzie z Wodnika i wejdzie w znak Ryb, tworząc kwadraturę. Końcówka wiosny i większość lata może przynieść im gorszy czas, który najlepiej wykorzystać na zdystansowanie się i porzucenie zbyt dużych oczekiwań. W sierpnia Jowisz znowu wróci do Wodnika, przynosząc dobrodziejstwa Bliźniętom z trzeciej dekady. Od początku 2022 roku planeta ta ponownie wkroczy w Ryby i jej kwadratura zostanie z Bliźniętami na dłużej, czyli do czerwca, a potem od października do końca roku. Bliźnięta powinny w tym okresie działać metodycznie, wystrzegając się popadania w przesadę i życzeniowe myślenie.

W sierpniu i pierwszej połowie września, kiedy Mars utworzy nieprzyjemną kwadraturę, Bliźnięta czekają turbulencje. Wtedy tłumione trudne emocje ujrzą światło dzienne, przez co można się trochę pogubić. Za to od połowy września fantastyczny trygon Marsa w Wadze będzie sprzyjał wszelkim inicjatywom. Dość trudnym momentem będzie 4 grudnia, kiedy dojdzie do kolejnego zaćmienia, tym razem Słońca w Strzelcu. Dodatkowa opozycja Marsa w tym znaku może przynieść Bliźniętom konflikty, spadek sił i poczucie niepotrzebnego szarpania się z własnymi emocjami i ludźmi wokół. Końcówka roku zapowiada się zatem jako czas dużego napięcia. Poprawa sytuacji nastąpi około marca 2022, kiedy Mars znajdzie się w Wodniku i razem z Saturnem utworzą serię trygonów do drugiej dekady Bliźniąt. Do połowy kwietnia 2022 roku Bliźnięta mogą zaliczyć spektakularne sukcesy na polu zawodowym. Potem obecność Jowisza i Marsa w Rybach przyniesie zawirowania i brak oparcia w faktach.

Podsumowując: większość Bliźniąt w czasie nadchodzących 12 miesięcy może liczyć na trwałe efekty swoich starań. Nie trzeba będzie gimnastykować się kosztem przeciążeń nerwowych i emocjonalnych. Dlatego warto z siebie dać dużo. Bliźnięta przekonają się, że kryzysowe czasy mogą okazać się niepowtarzalną szansą na wprowadzenie w życie korzystnych zmian i pójście do przodu.

Piotr Gibaszewski, astrolog, autor corocznych prognoz dla Polski i świata. Wykładowca w Studium Psychologii Psychotronicznej.

  1. Styl Życia

Równowaga między pracą a odpoczynkiem i codzienny rachunek sumienia. Sposób na życie według św. Hildegardy

Według programu św. Hildegardy oprócz diety i rachunku sumienia potrzebna jest też równowaga między pracą a snem, między brakiem ruchu a aktywnością fizyczną. Ważny jest codzienny spacer, który poprawia krążenie i uspokaja. (Fot. iStock)
Według programu św. Hildegardy oprócz diety i rachunku sumienia potrzebna jest też równowaga między pracą a snem, między brakiem ruchu a aktywnością fizyczną. Ważny jest codzienny spacer, który poprawia krążenie i uspokaja. (Fot. iStock)
Odpowiednia dieta, równowaga między pracą a odpoczynkiem i codzienny rachunek sumienia – sposób na zdrowe życie? Tak twierdziła wieki temu św. Hildegarda. Jej współcześni naśladowcy mówią, że miała świętą rację.

„Za panowania Henryka IV w Świętym Cesarstwie Rzymskim żyła w Galii Bliższej dziewica słynąca ze swego szlachetnego urodzenia i świętości. Na imię jej było Hildegarda. Jej rodziciele, Hildebert i Mechthylda, choć ludzie możni i ze sprawami światowymi obeznani, mieli na względzie dary należne Stwórcy, oddali przeto córkę w służbę Bogu. Jeszcze w dziecięctwie od spraw ziemskich się odsunęła, odgrodzona od nich przedziwną czystością…” – tymi słowami Gottfryd, mnich z Góry Świętego Dyzyboda, sekretarz Hildegardy, rozpoczął pierwszą księgę dzieła „Żywot świętej Hildegardy”.

Z braku harmonii

Alfreda Walkowska od ponad 25 lat popularyzuje w Polsce wiedzę o osobie i dziele św. Hildegardy. W książce „Powrót do harmonii” opisała podstawowe założenia jej programu. Jak się zaczęła jej przyjaźń ze średniowieczną wizjonerką?

– Mieszkałam wtedy w Niemczech. Po urodzeniu dzieci moje zdrowie zaczęło nieco szwankować – wspomina. – Miałam problemy z kręgosłupem, trzustką, krążeniem. Zaczęłam szukać pomocy medycznej. Tymczasem wybrałam się z moimi małymi dziećmi na pieszą, 30-kilometrową pielgrzymkę, podczas której po raz pierwszy usłyszałam o Hildegardzie. Był to czas mojego dojrzewania duchowego. Mieszkałam przy uniwersytecie i miałam dostęp do biblioteki, więc zaczęłam o niej czytać i sprawdzać na sobie jej metody leczenia. Okazały się tak skuteczne, że mogłam się obyć bez medycyny konwencjonalnej, także przy różnych dolegliwościach moich dzieci.

Grono korzystające z pomocy Hildegardy szybko się powiększało. Przyjaciele Alfredy prosili ją o pomoc w rozwiązywaniu problemów zdrowotnych. – Na początku skupiałam się na dolegliwościach fizycznych, z czasem zaczęłam odkrywać, jak duży wpływ ma na nie obszar duchowy. Poprzez muzykę Hildegardy, jej obrazy i wizje, zaczął docierać do mnie porządek świata.

– Po powrocie do Polski stwierdziła, że brakuje tu specjalistów i literatury na ten temat. Sprowadzała książki, dokształcała się i służyła radą wszystkim, którzy tego potrzebowali. W końcu chętnych zrobiło się tylu, że powstał kłopot z przekazem informacji na temat programu zdrowia św. Hildegardy. Postanowiła, że zajmie się tym profesjonalnie.

Obecnie Alfreda Walkowska prowadzi Polskie Centrum św. Hildegardy w Legnicy, w którym m.in. propaguje naturalny system leczenia, przywracający harmonię ducha i ciała.

Czym jest zdrowie?

„W samym centrum wszechświata umiejscowił Bóg człowieka, jako najważniejsze ze stworzeń. Swoją postawą jest on wprawdzie niewielki, ale siłą swojej duszy potężny. Jego głowa jest zwrócona do góry, a stopy oparte są pewnie na twardym podłożu. Ma on moc wprawiać w ruch tak to, co w dole, jak i to, co w górze. Ze względu na siłę swojego wnętrza jest w stanie zrealizować każde dzieło” – pisze Hildegarda.

Jesteśmy całością – duszą i ciałem. Zdrowie to harmonia obu tych sfer. Hildegarda wyróżnia cztery podstawowe obszary, w których funkcjonuje człowiek: najbliższe otoczenie, kontakt z naturą, wszechświatem i Bogiem. Według niej, zamiar Boży był taki, żeby człowiek żył w zgodzie z każdym z nich, był zdrowy i szczęśliwy. Ale ludzie popełnili grzech pierworodny i doszło do zakłócenia pierwotnego stanu.

Skąd się bierze choroba?

Choć Hildegarda za praprzyczynę choroby uznaje grzech pierworodny, to jednocześnie twierdzi, że możemy powrócić do zdrowia i harmonii. Na nasz stan w 10 procentach wpływa środowisko, w kolejnych 10 – obciążenia genetyczne, a w pozostałych 80 procentach – styl życia. Ten z kolei zależy od diety, czystego sumienia, higieny i proporcji między pracą a odpoczynkiem. Gdy równowaga tych wszystkich obszarów zostaje naruszona, w organizmie gromadzą się soki chorobotwórcze, zmniejsza się viriditas, czyli nasze siły witalne, dochodzi do zaburzenia funkcjonowania w tych czterech podstawowych obszarach. Następnie tracimy harmonię w innym, na który składają się: ziemia, powietrze, woda i ogień. Z nich zbudowany jest cały wszechświat. W konsekwencji dochodzi w nas do zaburzenia równowagi czterech soków ustrojowych: krwi, śluzu, żółci i czarnej żółci.

Jak powrócić do zdrowia?

To proste – należy cały ten proces odwrócić, uporządkować siebie i swoje życie. Musi także pojawić się chęć wyjścia z choroby. Potem zmiana diety, odpowiednie środki lecznicze, post czy określone zabiegi proponowane przez Hildegardę. Następnie chory powinien uporządkować sferę swoich cnót i grzechów, zrównoważyć pracę i odpoczynek. Wtedy powróci harmonia czterech obszarów, zostaną wydalone soki chorobotwórcze, zwiększą się siły żywotne, pojawi się równowaga pomiędzy czterema elementami… I tak choroba opuści ciało i duszę.

Kluczową rolę w procesie zdrowienia odgrywa silna wola. Alfreda Walkowska wierzy, że jeśli chory zacznie się porządkować, Bóg poczuje się zaproszony do jego życia i będzie w nim działać, ale to my jesteśmy odpowiedzialni za swoje zdrowie, za to, jak funkcjonujemy i korzystamy z zasobów Matki Ziemi.

– Hildegarda przeniknęła całe moje życie – przyznaje Alfreda. – W domu stosuję się do jej zaleceń dietetycznych, doświadczam dobroczynności postów i zabiegów. Niedawno moja córka zachorowała na ciężką grypę, miała 40 stopni gorączki. Jak radzi Hildegarda, poiłam ją herbatą malinową i porzeczkową, bo zawierają dużo witaminy C, galgantem z koprem na regulację krążenia i obniżenie temperatury, podawałam korzeń goryszu i robiłam okłady. Po 5 dniach powróciła do szkoły. Dietę hildegardową stosuję też w odżywianiu mojej sparaliżowanej od dziesięciu lat mamy. Podaję jej galgant, napój pietruszkowy, okładam plewami orkiszowymi. Jej stan jest stabilny, nie ma odleżyn.

Dieta Hildegardy

Program dietetyczny niemieckiej wizjonerki, to odżywanie rozumiane jako wzmacnianie viriditas – boskiej, życiodajnej siły. Hildegarda wszystkim bez wyjątków zaleca orkisz, który zawiera mnóstwo pełnowartościowego białka (uwaga: obecnie na rynku jest wiele odmian orkiszu skrzyżowanego z pszenicą, co ułatwia uprawy i podnosi plony, ale pozbawia go właściwości leczniczych).

Ważne miejsce w tej diecie zajmują też kasztany jadalne, koper włoski i różne przyprawy. Jej szczegółowy program dietetyczny uwzględniał subtilitet, czyli subtelności, które sprawiają, że pewne produkty są dobre dla konkretnych osób. Hildegarda brała pod uwagę różne uwarunkowania, które decydują o tym, jak czuje się dana osoba: jej stan zdrowia, płeć, wiek, pracę, porę roku i dolegliwości. Potem podpowiadała, co i w jakich proporcjach stosować. Jej dieta nie wyklucza jednak żadnej grupy pokarmów. Je się wszystko: zboża, warzywa, owoce, nabiał, mięso, ale z pewnymi zastrzeżeniami (warzywa tylko sezonowe, mięso: delikatniejsze dla kobiet, np. ptactwo, cięższe dla mężczyzn).

Hildegarda spisała konkretne wskazówki, co, kiedy i ile należy jeść przy danym schorzeniu. Na wzmocnienie systemu nerwowego i antystresowo zaleca gaszone wino i ciasteczka, które najlepiej przygotować samemu (mąka orkiszowa, masło, gałka muszkatołowa, cynamon i goździki; we właściwych proporcjach). Kto ma kłopoty z krążeniem powinien pić napój pietruszkowy (wino, pietruszka, ocet winny i miód; w odpowiednich proporcjach). Osoby cierpiące na chorobę nowotworową – ograniczyć białko zwierzęce i zadbać o stałą dostawę dobrej jakości orkiszu z białkiem budulcowym. Chorym na wątrobę zaleca spożywanie w dużej ilości kasztanów z miodem. Dobrze robi też post, nazywany przez Hildegardę „operacją bez noża”. To silny środek leczniczy, który oczyszcza i regeneruje organizm, ale są też pewne przeciwwskazania do jego stosowania. Według Hildegardy post wykluczają: choroby psychiczne, ostre infekcje, wyniszczenie organizmu, choroba nowotworowa, gruźlica i ogólnie zły stan zdrowia. Jeśli ktoś musi zrezygnować z postu, może zastąpić go zabiegami – stawianiem baniek, moczeniem stóp, pielęgnacją jamy ustnej, masażami i moksowaniem (rozgrzewaniem różnych punktów ciała).

Program dla ducha

– Ważne jest, co człowiek je i pije, bo to wpływa na jego umysł, duszę i ciało. Trzeba też dbać o higienę i czystość duchową: medytować, modlić się i regularnie robić rachunek sumienia, najlepiej przed snem – inaczej problemy się odkładają, nawarstwiają i dają podłoże do rozwoju choroby – tłumaczy Alfreda. Dlatego równolegle do programu żywieniowego, dobrze jest wprowadzać porządek wewnętrzny.

Hildegarda zestawiła ludzkie grzechy i cnoty. Królową wszystkich cnót nazwała umiar: należy go zachować i w modlitwie, i w pracy, i w wypoczynku. Brak umiaru w jedzeniu powoduje kłopoty z wątrobą, a w następstwie z krążeniem. Wielkie spustoszenie czynią też i inne grzechy. Na przykład tchórzostwo zżera człowieka, a lęk zakleszcza go i hamuje przed życiem, co wymaga wprowadzenia odwagi. Rozpasanie z kolei domaga się dyscypliny i porządku. Pycha, duma i hardość – pokory. Zgorzkniałość, nieżyczliwość i zazdrość – miłości. Rozpacz i desperacja – nadziei. Apatia, gnuśność i letarg – męstwa, energii, a ból istnienia – radości.

– Gdy przyjmuję ludzi w moim gabinecie i porządkuję ich sposób odżywiania, podpowiadam też delikatnie rachunek sumienia i spowiedź – mówi Alfreda Walkowska. – Nie da się oddzielić duszy od ciała.

Program dla ciała

Oprócz diety i rachunku sumienia potrzebna jest też równowaga między pracą a snem, między brakiem ruchu a aktywnością fizyczną. Ważny jest codzienny spacer, który poprawia krążenie i uspokaja.

– Gdy do tych programów dołączymy wszelkie formy ruchowe, obszar cielesny i duchowy zaczną się powoli równoważyć – zapewnia terapeutka. – Będziemy dobrze funkcjonować i pozytywnie oddziaływać na otoczenie. Nasza praca stanie się bardziej wydajna i twórcza, powrócimy do harmonii z naturą, zacznie się dobrze dziać w całym kosmicznym wymiarze naszego świata.

– Codziennie dziękuję za pomoc, jakiej doświadczam od Hildegardy – wyznaje Alfreda. – Ona w prosty sposób pokazuje mi, co robić, żeby być szczęśliwą na tej ziemi. Co nie znaczy, że żyję w pełnej szczęśliwości. Jestem tylko człowiekiem. Spotykają mnie różne choroby, dolegliwości i problemy, ale teraz zupełnie inaczej do nich podchodzę. Robię, co mogę, zawierzam problemy Bogu i żyję dalej.

Życie św. Hildegardy

Urodziła się w 1098 roku w nadreńskim Bermersheim, niedaleko Alzey. Była dzieckiem chorowitym, cierpiała na różne dolegliwości. W wieku ośmiu lat Hildegarda znalazła się w klasztorze. W 1141 roku w jednej z wizji ujrzała potężny ogień i nadzwyczajnie jasne światło, w których objawił jej się Bóg. Usłyszała wówczas słowa: „Zapisz to, co słyszałaś i widziałaś”. Tak powstało pierwsze dzieło Hildegardy – „Scivias” („Poznaj drogi Pana”). Potem pojawiły się kolejne dzieła teologiczne: „Liber vitae meritorum” („Księga zasług życia”) i „Liber divinorum operum” („Księga dzieł Bożych”). A także 70 pieśni, dramat „Ordo Virtutum”, komentarz do reguły benedyktyńskiej, życiorysy świętych oraz dzieła naukowo–medyczne: „Przyrodoznawstwo”, „O przyczynach i leczeniu chorób”.

Warto przeczytać: Alfreda Walkowska, „Powrót do harmonii”, wydanie drugie, wydawnictwo Polskie Centrum św. Hildegardy, 2008.

Alfreda Walkowska – doktor nauk teologicznych; tytuł naukowy otrzymała na podstawie dysertacji o św. Hildegardzie przedstawionej na Papieskim Wydziale Teologicznym we Wrocławiu; twórczyni Polskiego Centrum św. Hildegardy z siedzibą w Legnicy; wydawca, tłumaczka i konsultantka książek o Hildegardzie, znawczyni dzieła św. Hildegardy; inicjatorka i prezes pierwszego polskiego Stowarzyszenia „Centrum św. Hildegardy w Polsce”.

Artykuł archiwalny.