1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Scarlett Szyłogalis - kobieta, która ratuje konie

Scarlett Szyłogalis - kobieta, która ratuje konie

Scarlet Szyłogalis od lat jest bez reszty oddana zwierzętom (Fot. Agnieszka Rodowicz)
Scarlet Szyłogalis od lat jest bez reszty oddana zwierzętom (Fot. Agnieszka Rodowicz)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Mogłaby godzinami patrzeć na pasące się na łące konie. Ale nie ma na to czasu. Ciągle w ruchu, w biegu. Scarlett Szyłogalis od 24 lat ratuje konie przeznaczone na rzeź. Żeby znaleźć na to pieniądze i siłę, paktuje z diabłem i Bogiem.

I pomyśl, że one wszystkie miały być kiełbasą – mówi Scarlett, patrząc na ponad setkę koni pasących się spokojnie na łąkach pod Nieszkowicami, kilkadziesiąt kilometrów od Wrocławia. Te, które nie wymagają specjalnej opieki, mieszkają tu od wiosny do jesieni. Podchodzą, obwąchują, zaczepiają, przytulają łby do twarzy Scarlett. Niektóre są z nią od samego początku.

Powódź tysiąclecia

Pierwsze w Polsce schronisko dla starych i chorych koni Scarlett założyła w 1995 roku, po tym, jak dostała pieniądze od rodziców. Za część tej sumy kupiła kawałek łąki w podwrocławskim Jarnołtowie, ciężarówkę desek i przyczepę sosnowych bali. I wzięła się do budowy stajni. Nie było studni ani prądu. Deski musiała ciąć ręczną piłą, bale ciosać siekierą. Miała plan, żeby żyć z odsetek i co jakiś czas wykupywać kolejnego konia z rzeźni. Dlaczego postanowiła ratować akurat konie? Bo najpierw one uratowały ją.

– Byłam brzydkim i grubym dzieckiem. Nie dawałam rady na WF-ie – wspomina Scarlett. W szkole jej z tego powodu dokuczali, przezywali. Odpowiadała ciosami. Ciągle się z kimś biła. Mimo że muchy by nie skrzywdziła. Podobnie jak jej rodzina. W domu Szyłogalisów zawsze były przygarnięte psy, koty, ptaki. Scarlett znosiła wszystkie znalezione bidaki. Pewnego dnia ojciec zaprowadził ją do klubu jeździeckiego. Od tej pory chodziła tam dwa razy w tygodniu. Schudła, zapisała się na karate i dżudo, wygrywała kolejne zawody. Potem skończyła AWF, zrobiła kurs dla instruktorów hipoterapii. I wyrosła na piękną kobietę.

Wkrótce po tym, jak założyła schronisko, ojciec umarł. Scarlett, wtedy już samotna mama kilkuletniego Ikara, efektu licealnej miłości i dwumiesięcznego małżeństwa, rzuciła się w wir pracy. Schronisko nazwała Tara, tak jak plantacja bohaterki „Przeminęło z wiatrem” Scarlett O’Hary. Imię dla Scarlett wymyśliła jej matka, wielbicielka ekranizacji tej książki.

W połowie lipca 1997 roku powódź tysiąclecia zmiotła stajnie, stodoły, zniszczyła zapasy siana, owsa i słomy. Konie Scarlett zawczasu wywiozła do przyjaciół. Z drzew ściągała koty, które uciekły tam przed wodą. – Wtedy się załamałam – wspomina. Jeden jedyny raz.

Zadzwoniła prosić o pomoc Piotra Jankowiaka. Poznała go kilka miesięcy wcześniej, gdy przyszła do firmy budowlanej, w której pracował, po materiały. Młodszy o kilkanaście lat Piotr pomógł odbudować Tarę. I został. Na wiosnę powódź przyszła po raz drugi. Scarlett była wtedy w ciąży z drugim synem Dawidem. Mieszkali w nieogrzewanej komórce, bez prądu i bieżącej wody. Za to z gromadą uratowanych psów i kotów. I z końmi. Handlarze wiedzieli, że się nie targuje, bo nie chce negocjować ceny za życie. Przywozili więc do niej konie, których nie przyjmowały nawet rzeźnie. A ludzie z całej okolicy znosili inne niechciane zwierzaki.

Raj na ziemi

Początkowo niektóre konie były używane do hipoterapii i jazd. Z czasem i z tego Scarlett zrezygnowała. – Za dużo wycierpiały. Chciałam, żeby miały w Tarze raj – wyjaśnia. Dlatego też żadnego z nich nie oddała ani nie sprzedała. Zgadza się wyłącznie na adopcje wirtualne. Chętni deklarują kwotę, jaką mogą wpłacać na utrzymanie konia. Miesięczny koszt życia jednego to ok. 300 zł. Kwota drastycznie wzrasta, jeśli zwierzę wymaga specjalistycznego leczenia. A większość z nich na początku go wymaga. Tak jak Bolek, który trafił do Tary cztery lata temu w Boże Narodzenie. Pod grzywką ma kilkucentymetrowe zagłębienie. – To już nic, kiedyś mieściła się w nim cała pięść – mówi Scarlett. Kiedy Bolek był sześciomiesięcznym źrebakiem, właściciel zamknął go w ciemnej komórce i założył łańcuch, którego nigdy nie zdjął, nie zmienił na większy. Z biegiem lat łańcuch wrósł w szyję konia. Na Białej Tarze studenci weterynarii we Wrocławiu uczyli się przez lata pobierania krwi, zastrzyków, badań rektalnych… Gdy zaniemogła, rektor wydał na nią wyrok: rzeźnia. Studenci zadzwonili wtedy do Scarlett z prośbą, by klacz ratować.

Każdy koń w Tarze to dramatyczna historia. Każdy dostaje tu, razem z nowym życiem, nowe imię. Tak jak Soleil, jasna kasztanka o błękitnych oczach. Scarlett poznała ją na targu koni w Skaryszewie. Na grzbiecie miała wycięte znaki rzeźne, na głowie sznurkowy kantar. To znak, że koń przeznaczony jest do uboju. Przepiękna, smutna klacz zaczepiała nosem przechodzących ludzi, jakby prosiła o ratunek. Scarlett dwukrotnie podchodziła do handlarzy, by ją odkupić. Nie zgadzali się. Złośliwie. Udało się za trzecim razem.

– Kiedy trafia do nas zwierzę, patrzę mu głęboko w oczy, witam w Tarze i mówię, że już nie musi się bać, że wszystko będzie dobrze. I proszę o dwie rzeczy: by nie chorowało i nie umierało – mówi Scarlett. – I starają się jak mogą. Kilka koni żyło ponad 40 lat!

Widok pasących się na łąkach koni to największa nagroda i przyjemność dla Scarlett. – Mogłabym na nie patrzeć godzinami. Ale nie mogę. Zawsze mam coś do zrobienia – mówi.

Na łąkach pod Nieszkowicami konie Fundacji 'Tara' spędzają spokojnie czas od wiosny do jesieni. (Fot. Agnieszka Rodowicz) Na łąkach pod Nieszkowicami konie Fundacji "Tara" spędzają spokojnie czas od wiosny do jesieni. (Fot. Agnieszka Rodowicz)

PRL i huragan

Kiedy woda drugi raz Tarę zalała, usłyszał o niej w telewizji właściciel gospodarstwa w Porębach. Zaproponował dzierżawę murowanych stajni, stodoły, niedużego domu z gankiem i 35 ha łąk. Scarlett była w szóstym miesiącu ciąży. Rano rozbierała z Piotrem to, co zostało z Tary. W południe wzięli ślub. Scarlett była w czarnym podkoszulku, czarnych dżinsach i oficerkach. A po południu przeprowadzili się do Poręb i zaczęli wszystko od początku. Po kilku latach właściciel wypowiedział dzierżawę. Więc kolejna przeprowadzka, remonty, urządzanie schroniska. Tym razem w Nieszkowicach.

Osiem lat temu Tara znalazła miejsce w dawnym majątku, a potem pegeerze, w Piskorzynie. Fundacja, którą Scarlett założyła, dostała go w darowiźnie od Agencji Nieruchomości Rolnych. Ponad 30 ha terenu, zrujnowany pałac, stajnie, obory, świniarnie, warsztaty. Bez okien, drzwi, prądu i wody. – Wszystko zarośnięte drzewami, busz. Na całym terenie mnóstwo śmieci, porzuconych sprzętów, potłuczonego szkła. Na dodatek zaraz po tym, jak się sprowadziliśmy, przeszedł huragan, zrywając dachy budynków – wspomina Scarlett. Po latach ciężkiej pracy i niezliczonej ilości pieniędzy budynki mają nowe dachy, teren jest wysprzątany, dookoła pałacu pobudowane zagrody i kojce dla zwierząt, na łąkach ogrodzone wybiegi dla koni. Wciąż jest wiele do zrobienia, na remont czeka pałac. Brakuje czasu i pieniędzy. Te od rodziców skończyły się po dziewięciu latach. Wtedy Scarlett założyła fundację. – Ale czasy żebrania się kończą – mówi jej prezes. – Internet ułatwił zbiórki pieniędzy, potrzebujących jest masa, a portfele ludzi nie są bez dna. Z kolei umowa z ANR-em wyklucza prowadzenie na terenie folwarku działalności zarobkowej. Pat.

kiedy większość koni jest na łąkach, karmienie trwa dużo krócej. Co innego zimą, gdy na karmę czeka 180 zwierząt. (Fot. Agnieszka Rodowicz) kiedy większość koni jest na łąkach, karmienie trwa dużo krócej. Co innego zimą, gdy na karmę czeka 180 zwierząt. (Fot. Agnieszka Rodowicz)

Kawa i papierosy

Tara to schronisko dla koni, ale jeśli Scarlett spotka na swojej drodze porzuconego psa, kota czy osła, nie odmawia pomocy. Mieszka więc z nią w sumie koło 300 zwierząt.

W tym Blanka, biała krowa, której, gdy była malutka, zmiażdżono w hodowli staw kolanowy. Taurus, 12-letni ogromny wół. i jego mama Liberty, którą wielkolud do dziś ssie. Bo w Tarze nie rozdziela się rodzin. I Piotrusia, maciora, która jakiś czas temu wypadła z tira jadącego do rzeźni. Przybiega, kiedy tylko podejdzie się do jej wybiegu. Wyciąga ciekawski ryjek, łypiąc małymi oczkami. W schronisku są też kozy, kury, owce, kaczki, króliki i 180 koni.

Żeby nad tym wszystkim zapanować, Scarlett wstaje o 6 rano, pije kawę i działa. Potem jeszcze kilka razy w ciągu dnia łyka małą lub dużą czarną i pali papierosy. – Jadąc załatwiać jakieś sprawy, jem w samochodzie kupione po drodze truskawki, brzoskwinie, śliwki… Zależy, na co akurat jest sezon. Mięsa nie tykam od ponad 40 lat – mówi Scarlett. Nie jedzą go także pracujący w Tarze wolontariusze. Ani goście. Takie są tu zasady. Scarlett walczy nawet z kiełbaskami na ognisko, które przywożą przyjeżdżające z wizytą szkoły. Nie zabrania, tylko zabiera dzieci do zagrody Piotrusi. Dzieciaki głaszczą świnkę, a Scarlett pyta: – Lubicie Piotrusię? – Lubimy. – A wiecie, że właśnie jecie jej mamę? Zapada cisza. Potem widzi, że dzieci rozdają kiełbasę psom.

W tarze mieszka też ogromny wół Taurus i kilka krów, w tym jego mama Liberty. (Fot. Agnieszka Rodowicz) W tarze mieszka też ogromny wół Taurus i kilka krów, w tym jego mama Liberty. (Fot. Agnieszka Rodowicz)

– Lubię wizyty dzieci i innych gości, ale to dodatkowy wysiłek – przyznaje Scarlett. W Tarze i bez tego ciągle jest coś do zrobienia. Trzeba przygotować jedzenie dla zwierząt, nakarmić je, podać leki, wyprowadzić z boksów, posprzątać… – Kiedyś przewalały się tu tłumy wolontariuszy, bywało z 60 osób naraz. – Większość siedziała i dłubała w nosie – wspomina Scarlett.

Dziś przyjeżdża mniej ludzi, ale pracują. Ona wszystko kontroluje i nieustannie odbiera telefony. Jedzie do urzędu, banku, na pocztę, po kowala, po siano, marchew, jabłka, drewno do budowy ogrodzenia, dachówkę, leki… Nie zatrzymuje się ani na chwilę. Chyba żeby pogłaskać któregoś z psów, podrapać za uchem kota, poklepać po szyi konia. – Moje dzieciaki – mówi z czułością. Dawida, syna maturzystę, zapędza do roboty.

W tym roku odszedł Piotr. – Kiedy mu się oświadczałam, uprzedzałam, że jestem generałem. Ludzie się mnie boją – mówi Scarlett. Wytrzymał 20 lat. Przez ten czas nie obchodzili świąt, nie wyjeżdżali na wakacje, nie brali dni wolnych, nie mieli w zasadzie prywatnego życia.

– Może mu tego brakowało – zamyśla się Scarlett. Jej, jak twierdzi, nie. – Ubieram się w to, co dostanę, chodzę w tym latami. Na jedzenie przy stole szkoda mi czasu. Ale o jednym od jakiegoś czasu marzyłam. Ciepłej łazience – przyznaje Scarlett. Przez lata marzła, myjąc się wodą ze studni, w komórce, w nieogrzewanych wnętrzach. Dlatego niedawno przeniosła się ze zrujnowanego pałacu do dawnego warsztatu stojącego pośrodku folwarku. Tu ma ciepłą łazienkę i widok na wszystko. Między warsztatem a stajnią, z którą jest połączony, zrobiła przeszklone drzwi. Żeby widzieć, co się dzieje w „staruszkowie”, stajni dla najstarszych, najbardziej potrzebujących koni. Marzy, by choć przez trzy doby się wyspać. Bo co noc z niepokojem słucha dobiegających ze stajni odgłosów. Budzi ją nierówny oddech czy kaszel. Leci sprawdzić, czy ze zwierzakiem wszystko w porządku. A od rana do wieczora pracuje.

Pakt z diabłem, układ z Bogiem

Piskorzyna leży 20 km od Rawicza. – Nienawidzę tego miasta – mówi Scarlett. – Jest w nim jedna z największych rzeźni koni w kraju. A ona nie może nic z tym zrobić. Na swoim terenie musi być ostrożna, bo prowadząc fundację, ciągle o coś prosi, żebrze, załatwia z miejscowymi. Więc na razie Rawicz odpuściła.

Za to od lat walczy o zamknięcie Skaryszewa, najbardziej znanego w Polsce i największego w Europie targu, na którym handluje się końmi. – Uczepiłam się Skaryszewa, odkąd pierwszy raz zobaczyłam tam w nocy na polach kilka tysięcy koni. Świsty batów, krzyki, ogniska, przy których leje się wóda, przerażone zwierzęta. Powiedziałam: „nie”. I od tego momentu Scarlett mówi, pisze, nagłaśnia na wszelkie możliwe sposoby sprawę jarmarku końskiego w Skaryszewie. Jego zwolennicy mówią, że to trwająca od ponad 400 lat tradycja, że kupowane tam kiedyś zwierzęta służyły rycerzom. Tyle że z biegiem lat targowisko się zmieniało, a duża część sprzedawanych tu koni jest przeznaczona na ubój. Kupuje się je na wagę. Często są chore i zaniedbane. Potem, załadowane do tirów, pokonują morderczą trasę, bez jedzenia i picia, do ubojni. W Polsce, we Włoszech, Francji…

– A ja im obiecałam, że doprowadzę do zlikwidowania tego miejsca – mówi Scarlett. Pojawia się więc w Skaryszewie co roku z grupą wolontariuszy i pieniędzmi na wykup koni. Handlarze podbijają stawki do ceny „wyrobu” – kiełbasy czy pasztetu, które można z nich zrobić. W zeszłym roku Fundacji „Tara” udało się zebrać prawie ćwierć miliona złotych. – Nie jechaliśmy do Skaryszewa po kilka koni, ale po wszystkie – mówi kobieta. Wykupili ponad 60.

Scarlett walczy też o zakaz hodowania polskich koni na mięso, zabijania ich i eksportu w celach przetwórczych. Chciałaby doprowadzić do uznania ich przez polskie prawo za zwierzęta towarzyszące człowiekowi, a nie hodowlane.

Nieużywane kantary, symbol wyzwolenia koni z dominacji człowieka, na ogrodzeniu folwarku. (fot. Agnieszka Rodowicz) Nieużywane kantary, symbol wyzwolenia koni z dominacji człowieka, na ogrodzeniu folwarku. (fot. Agnieszka Rodowicz)

– Jestem gotowa zawrzeć pakt z samym diabłem, by tego dopiąć – powtarza często. Z Bogiem też próbuje negocjować: w zamian za hojnego darczyńcę lub wygraną w Lotto rzędu kilkunastu milionów obiecuje zrezygnować z palenia papierosów. Bo mimo że fundację od lat wspierają wolontariusze i sponsorzy, Scarlett co rok drży o finanse. Niemal każdy zaczyna i kończy z długami. Bo potrzeby są ogromne.

– Gdyby te 100 tys. osób, które nas lubią na Facebooku, wpłaciło po złotówce miesięcznie, nie musiałabym się martwić – wzdycha Scarlett. Ale tak nie jest. Na razie ma zamożnych znajomych, od których pożycza pieniądze i oddaje bez procentu.

A jeśli Wszechmogący nie pójdzie na układ? – Będę dalej ciężko pracować – odpowiada Scarlett. – I tylko jednego się boję. Że pewnego dnia zabraknie mi sił.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Prawdziwe piękno tkwi w naszej kobiecości i różnorodności. Wyjątkowa kampania marki L'Oréal Paris

Grażyna Torbicka i Marieta Żukowska w kampanii
Grażyna Torbicka i Marieta Żukowska w kampanii "KobieTY w roli głównej". (Fot. materiały prasowe)
Coraz więcej mówi się o kobiecej sile, wyjątkowości i potencjale, który w nas drzemie. Jednak najważniejsze w tym wszystkim jest, by każda z nas prawdziwie poczuła to głęboko wewnątrz siebie. Pomóc w tym ma najnowsza kampania marki L'Oréal Paris. 

"Dziś największą siłą jest siła kobiet" - mówi z przekonaniem Grażyna Torbicka w spocie promującym kampanię "KobieTY w roli głównej". I jakoś ciężko jest nie uwierzyć w te słowa. Tym bardziej, że wtóruje jej osiem wyjątkowych kobiet, znanych nam ze świata kultury, telewizji i Internetu.

https://youtu.be/nloEJUdaiqE

Kampania L'Oréal Paris "KobieTY w roli głównej" powstała, by docenić siłę kobiecości - dodawać kobietom pewności siebie i odwagi do odnajdowania własnej definicji kobiecości. Jej bohaterkami jest dziewięć wyjątkowych kobiet, które poprzez swoją różnorodność, pasje i historie, mają zaszczepić w nas siłę do inicjowania zmian. Marieta Żukowska, Ola Żebrowska, Magda Bereda, Karolina Gilon, Alicja Szemplińska, Anna Markowska, Olga Kleczkowska, Radzka oraz Grażyna Torbicka opowiadają nam swoje historie po to, byśmy w każdej z nich odnalazły cząstkę siebie i wyciągnęły z nich odpowiednie wnioski.

Z jednej strony Grażyna Torbicka – niezwykła osobowość, prawdziwa ikona kina, telewizji, dziennikarstwa - która niejednokrotnie musiała udowadniać swoją siłę. Z drugiej reprezentantki młodego pokolenia – piosenkarki, youtuberki, modelki, których głos trafia szczególnie do tak ważnej grupy dorastających dziewczyn. Alicja Szemplińska, Magda Bereda, Ania Markowska czy Olga Kleczkowska to kobiety, które pasją i aktywną postawą udowadniają, że wiara w swoją wartość jest prawdziwą potęgą. Z kolei Marieta Żukowska, aktorka znana z niesamowitej energii, uśmiechu i wyjątkowego uroku, przekonuje, że sekretem kobiecej siły jest miłość do samej siebie. Radzka, czyli Magdalena Kanoniak, dodaje, by pamiętać o samoakceptacji i pod żadnym pozorem nie ulegać presji otoczenia. Natomiast Karolina Gilon to symbol podążania własną drogą, którą sama sobie wyznaczyła: „To ja decyduję o tym, kim jestem”.

To, że nasza siła płynie ze wzajemnego wsparcia, potwierdza Ola Żebrowska, której nie zobaczymy w spocie marki, ale odnajdziemy w szeregach kobiet kampanii. Podczas, gdy pozostałe dziewczyny dzieliły się swoimi doświadczeniami na planie zdjęciowym, Ola pisała swój własny scenariusz historii KobieTy w roli głównej” – została po raz kolejny mamą. Ola kobiecą solidarność miała okazję odkrywać od najmłodszych lat – wychowała się w końcu wśród ośmiu sióstr!

Kampania "KobieTY w roli głównej" i manifesty jej głównych bohaterek mają przypominać o sile naszej kobiecości, którą możemy odnaleźć również w naszej różnorodności. Każda z nas ma za sobą inne doświadczenia, a mimo tego niektóre prawdy o nas i naszych potrzebach są niezwykle uniwersalne. Przez najbliższe miesiące bohaterki kampanii będą wspierać i promować kobiecą współpracę, a owoce tego będzie można odnaleźć na ich profilach instagramowych. Kampania L'Oréal Paris to wielowątkowy i wielowymiarowy kobiecy dialog, wzajemne dzielenie się własnymi historiami i doświadczeniami. My się do niego przyłączamy!

  1. Styl Życia

Ewa Pajor - drobna, ale waleczna

Ewa Pajor często za plecami słyszała: „Babochłopy!”. Złośliwych komentarzy
 w sieci dotyczących kobiecej piłki stara się nie czytać w ogóle. (Fot.Paula Duda/PZPN)
Ewa Pajor często za plecami słyszała: „Babochłopy!”. Złośliwych komentarzy  w sieci dotyczących kobiecej piłki stara się nie czytać w ogóle. (Fot.Paula Duda/PZPN)
Jest jedną z najbardziej cenionych piłkarek na świecie. Gra w ataku i na boisku potrafi zdziałać cuda. Ale też poza nim, bo historia 24-letniej dziś Ewy Pajor to świetny przykład na to, jak niemożliwe staje się możliwe. 

Pod koniec kwietnia, w czasie izolacji, doszło do historycznego wydarzenia. Media donosiły, że Ewa Pajor, od kilku lat grająca w kobiecej Bundeslidze, przedłuża kontrakt z klubem VfL Wolfsburg na warunkach, których nie zaproponowano dotąd żadnej innej zawodniczce na świecie. W kontrakt wpisano klauzulę odstępnego w wysokości miliona euro. Gdyby Ewę chciał odkupić inny klub, właśnie tyle musiałby za nią zapłacić. To najwyższy transfer w historii kobiecej piłki nożnej. Przed Polką rekordzistką była Francuzka Kadidiatou Diani ze… 150 tys. euro odstępnego. Ktoś mógłby zaoponować, że milion euro to i tak śmieszna kwota w porównaniu z transferami gwiazd męskiego futbolu, gdzie już parę lat temu przekroczono trudną do wyobrażenia granicę 200 mln. Tak, historia sukcesu Ewy to po części opowieść o tym, jak bardzo różni się sytuacja zawodowych piłkarek i piłkarzy, o przepaści trudnej do przeskoczenia. Ale to jednocześnie opowieść dająca sporo nadziei, symbol zmian, których właśnie jesteśmy świadkami. A w oderwaniu od potężnej napędzanej przez astronomiczne zyski machiny, jaką jest dziś piłka nożna, po ludzku dowód na to, ile zdziałać mogą marzenia w połączeniu z talentem i ciężką pracą.

Siła sióstr

Za bramkę służyły im albo kołki wbite w ziemię, albo ramka zbita z deszczułek oparta o ścianę obory u kolegi Patryka, który był szczęśliwym posiadaczem piłki, więc to od niego zależało, kiedy będą grać. Czasu wolnego nie było zresztą bardzo dużo, przy tak dużym gospodarstwie, jakie prowadzili rodzice Ewy. Trzeba było pomagać przy krowach i na polu. Ich rodzinna miejscowość Pęgów, między Łodzią a Koninem, to w sumie kilkanaście gospodarstw. Wokoło łąki, pola: mnóstwo miejsca na uprawianie sportów. Zimą urządzali sobie z dzieciakami mecze hokeja na zamarzniętym stawie (kije wycięli sami z kawałków drewna, do dzisiaj zostały w domu na pamiątkę), ale piłka nożna była szczególnie ważna. W ich rodzinie najbardziej wkręcone były w futbol dziewczyny, ona i trzy siostry, jedynego z piątki rodzeństwa brata bardziej interesowało gospodarstwo. A one nie przepuszczały w telewizji żadnego ważnego meczu. Oglądały wyłącznie męskie drużyny, bo zwyczajnie innych w telewizji nie pokazywano. Grać lubiły wszystkie, ale złożyło się tak, że to Ewa straciła dla piłki głowę. Można jej było powtarzać: „Wracaj ze szkoły pierwszym autobusem do domu!”, a i tak, kiedy biegała po boisku, zapominała o wszystkim innym. O kurtce, czapce. Pamięta, że spodnie praktycznie zawsze miała brudne na kolanach. Już wtedy było widać, jaka jest szybka. Dziś różni ludzie, którzy pamiętają ją z tamtego okresu, wspominają, że niektóre jej akcje na boisku wyglądały wręcz komicznie. Że kiedy dorywała się do piłki, zostawiała wszystkich w tyle.

Ewa jest w trzeciej, może nawet drugiej klasie podstawówki. Grają akurat przeciwko szóstoklasistom, wielu z nich jest od niej – dosłownie – dwa razy większych. W pewnym momencie piłka z całą siłą uderza ją prosto w twarz. Trener zerka z niepokojem, podchodzi: „W porządku? Jesteś cała? Schodzisz?”. Decyzja zajmuje jej tylko chwilę. Ewa wyciera twarz: „Nie, gram dalej”.

– Drobna, ale waleczna – śmieje się dzisiaj. – Nigdy nie odpuszczałam.

I podkreśla, jak wiele zawdzięcza trenerowi Piotrowi Kozłowskiemu. Człowiekowi, dzięki któremu dzieciaki ze szkoły w maleńkim Wieleninie nie tylko lubiły lekcje WF-u, ale i wygrywały – w różnych dziedzinach – w turniejach na poziomie wojewódzkim, a nawet ogólnokrajowym. I który słowem się nie zająknął, kiedy drobna dziewczynka oznajmiła, że chce grać w nogę z samymi chłopakami. Po prostu dał jej szansę, a potem, kiedy dziesięcioletnią Ewą zainteresował się Medyk Konin, jeden z najmocniejszych i najsłynniejszych kobiecych klubów w naszym kraju, woził ją cierpliwie do Konina na treningi, mecze, zgrupowania. Drugą z osób, które miały na Ewę ogromny wpływ, jest Nina Patalon. Znana postać kobiecego futbolu. Trenerka Medyka, selekcjonerka reprezentacji Polski, jedyna kobieta w naszym kraju z licencją UEFA Pro, Koordynatorka Szkolenia Piłki Nożnej Kobiet PZPN. Walcząca o polskie piłkarki jak lwica.

Relacja Ewy z nią jest wyjątkowa, bo też Nina Patalon jest świetna nie tylko w wyłuskiwaniu i szlifowaniu talentów. Wiele z jej podopiecznych, żeby grać w klubie, musi opuścić rodzinne strony, a słynna trenerka je wychowuje i się nimi opiekuje.

Ewa Pajor wierzy, że mentalność da się zmienić. Nawet z dnia na dzień. (Fot. Ewa-Pajor.com) Ewa Pajor wierzy, że mentalność da się zmienić. Nawet z dnia na dzień. (Fot. Ewa-Pajor.com)

Skok w dorosłość

Przepłakały całą drogę do Konina. 12-letnia Ewa razem ze starszą o rok siostrą Pauliną umówiły się, że przeprowadzają się i zamieszkają w bursie we dwie, tak będzie raźniej. Paulina specjalnie dla Ewy zmieniła szkołę. Kolejne lata spędzone w Medyku Konin to także sporo łez, ale i spektakularne sukcesy. Pajor – znowu rekord – miała 15 lat i 133 dni, kiedy zadebiutowała w ekstralidze. Strzelała bramki, będąc w jednej drużynie z trzydziestoparoletnimi, doświadczonymi zawodniczkami. Po dwóch mistrzostwach i trzech pucharach Polski dostała z Niemiec propozycję, żeby przejść do Bundesligi. Szansa nie tylko na granie z największymi gwiazdami kobiecego futbolu, ale też w warunkach, na jakie piłkarki w Polsce nie mogą liczyć. Kilkukrotnie większy zespół trenerów, fizjoterapeutów, obsługi technicznej, opieka lekarska, cała infrastruktura. Nie mówiąc już o tym, że w naszym kraju zawodniczki w zdecydowanej większości klubów nie mają szans, żeby utrzymać się z grania.

Ewa wiedziała, że takim klubom jak Wolfsburg się nie odmawia, ale też miesiącami zbierała się do decyzji o kolejnej przeprowadzce, jeszcze dalej od bliskich. Wyjechała, mając 18 lat, w środku lata. Z Pauliną. Umówiły się tak samo, jak wtedy, kiedy jechały do bursy. Że się wspierają, razem będzie łatwiej. Ewa mówi, że dzięki Paulinie zdołała w ogóle przetrwać ten początkowy czas.

Poziom był niesamowicie wysoki, na boisku wciąż słyszała, że ma grać mocniej. Tymczasem dopadł ją kryzys zdrowotny. Badania wykazały, że ma poważną anemię. To ten moment, kiedy postanowiła zrewolucjonizować dietę, przekonała się, jaki ma wpływ na formę. I jeszcze oczy – sama się dziwi, najwyraźniej grała „na pamięć”, bo widziała naprawdę słabo, nie pomagały już żadne soczewki. Klub skierował ją do specjalistów, okazało się, że ma poważne problemy ze stożkiem rogówki, do tej pory przeszła dwie operacje. Po drodze, mimo tych przeszkód, z zawodniczki, która adaptowała się do nowych warunków, Pajor wyrosła na bohaterkę. W ubiegłym sezonie zdobyła 24 bramki w 19 meczach. Od pięciu lat mieszka w żyjącym piłką i motoryzacją (ze względu na fabrykę Volkswagena) Wolfsburgu, ale jest też gwiazdą polskiego futbolu. Gra w reprezentacji kraju, ich cel to awansować do najbliższych mistrzostw Europy.

Jak najszybciej

Przyznaje, że kiedy trafiła do Niemiec, marzyła tylko o tym, żeby nie zwracać na siebie uwagi. Koleżanki w dobrej wierze dopytywały, jak się ma, a ona robiła wszystko, żeby jak najpóźniej wejść do szatni i jak najszybciej się z niej potem ulotnić. Nie miała odwagi się odezwać. Dzisiaj potrafi z tego żartować. Do Pęgowa tęsknić będzie zawsze („Cała nasza rodzina jest bardzo emocjonalna. Do tej pory, jak wyjeżdżam od rodziców, jest płacz, tacie jeszcze trudniej się powstrzymać od łez niż mamie”), ale też życie weszło na odpowiednie tory. Jej siostra w Niemczech ułożyła sobie życie, nadal lubią ze sobą spędzać wolny czas. Ewa podziwia słynne piłkarki, kibicuje im w walce o lepsze warunki w kobiecym futbolu. To wspaniale, że wykrzykują głośno, co myślą. Ona sama, zgodnie ze swoją naturą, mówi niewiele, ale uważa, że walka na boisku robi swoje. Bywało, że jeszcze w Polsce za plecami słyszała: „Babochłopy z Medyka!”. Złośliwych komentarzy w sieci dotyczących kobiecej piłki stara się nie czytać w ogóle. Wierzy, że mentalność da się zmienić nawet z dnia na dzień. Wystarczy spojrzeć, jaką popularnością cieszą się mecze ekstraklasy. Na kobiecym mundialu to, jak Brazylijki grały z reprezentacją Francji w samej Brazylii, oglądało ponad 35 mln kibiców. Ludzie chcą po prostu oglądać dobry sport.

Ewa: – Mężczyźni mają więcej siły, ale tak naprawdę niczym innym się ich piłka nie różni. My też potrafimy świetnie grać technicznie, strzelić piękną bramkę. Trzeba nas tylko zacząć oglądać.

Wie doskonale, jak potężna jest siła przykładu. W pierwszej klasie podstawówki była w szkole jedyną piłkarką. To było ważne doświadczenie, bo w mieszanych składach dziewczynki dobrze się rozwijają, mniej więcej do 15. roku życia mogą konkurować z kolegami. Ale kiedy Pajor podstawówkę kończyła, uzbierała się cała drużyna dziewczyn. Jej szkolny trener Piotr Kozłowski dzisiaj szkoli również piłkarki.

Ostatnio odezwała się do niej na Instagramie pięciolatka. Pytała, co robić, żeby być taka jak Ewa.

 

 

  1. Styl Życia

Tresować czy wychować - jak postępować z psem

Pomiędzy psem a właścicielem często występuje niemal metafizyczna więź. (Fot. iStock)
Pomiędzy psem a właścicielem często występuje niemal metafizyczna więź. (Fot. iStock)
Gryzie, niszczy, szczeka, boi się? A kiedy się z nim bawisz, czym go karmisz? Jak ty radzisz sobie z własnym lękiem czy złością – pyta psia psycholożka Anna Gadomska.

W okolicach parku zepsuł mi się samochód. Podeszłam do grupy ludzi z psami, prosząc o pomoc. Brązowy pitbul rzucił się na mnie, a ja poczułam, że to nie on, ale mężczyzna trzymający smycz czuje złość. Czy to możliwe, że pies przejmuje emocje właściciela?
Pies bywa reprezentantem właściciela i może wręcz czuć się do agresji zobowiązany, bo wyczuwa bezbłędnie to, co my czujemy. Emocje zmieniają nasz zapach, oddech, rytm serca, a psy mają węch i słuch doskonały. Pies musi mieć jednak predyspozycje, aby przejmować agresywne emocje. Pitbule są miłe dla ludzi, ale mogą być takim medium. Bonzo, także pitbul, był agresywny nawet w stosunku do podrastającej córki swoich opiekunów i dlatego zostałam przez nich poproszona o pomoc. Dom na uboczu, gdzie mieszkał, wszyscy omijali, jak się wydawało, z jego powodu. Tymczasem Bonzo był tylko delegatem problemów rodziny. Jego państwo byli niechętni bliźnim, choć sobie tego nie uświadamiali. Bonzo łapał zębami, ale nie przebijał skóry, tylko unieruchamiał człowieka – kontrolował tak otoczenie. Tak robią psy niepewne siebie i agresywne. Stąd te mity o psach, które wpuszczają gości, ale już nie wypuszczą. Jak ktoś siedzi w bezruchu, czują się pewnie, ale kiedy ktoś się poruszy, odczuwają to jako zaburzenie swojej przestrzeni i atakują. Bałam się tego psa i, powiem szczerze, tych ludzi też. Pies podchodził do mnie co chwila cały nabuzowany. Sprawdzał, prowokował wzrokiem, a domownicy patrzyli na mnie z niechęcią. Czasem ci, którzy mają konfliktowego psa, tylko po to wzywają psiego psychologa, żeby dostać potwierdzenie: „Nic się nie da zrobić”. Nie chcą refleksji: „Może warto zmienić coś w państwa zachowaniu i nastawieniu wobec Bonzo?”. I kiedy zaproponowałam konkretną pracę, stracili zainteresowanie.

Ale są chyba psy agresywne, choć ich właściciele tacy nie są?
Mam w terapii psy agresywne mające cudnych właścicieli. Czasem muszą brać leki, bo w sytuacji stresowej wpadają w amok i nie można im pomóc metodami psychologicznymi czy behawioralnymi. W wypadku agresji psa liczą się rasa, geny i przeżycia, a nawet jego dieta. Pobudliwość wzrasta na diecie wysokobiałkowej, np. suchej karmie dla psów sportowców. Jeśli je ją pies kanapowiec, to energia go roznosi. Kiedyś uważano, że pies je raz dziennie. Tak, jeśli ma w misce surowe mięso i warzywa, które długo się trawią. Jeśli to sucha karma, może czuć rozdrażnienie, kiedy spada mu poziom cukru. Niedobrze też, jeśli pies za dużo biega za piłką. Po dziesięciu godzinach w domu ma w parku sto razy pobiec za nią? To go pobudza. Bieganie to zachowanie z sekwencji łowieckiej. Pies po powrocie do domu pada wyczerpany, ale nie uspokojony.

Rzucać więc czy nie rzucać?
Rzucać, ale nie sto razy. Psy się uzależniają od piłki, mam takich pacjentów. Ważne też jest to, jak się z psem bawimy w przeciąganie, które nawiązuje do wspólnego rozszarpywania ofiary, czyli przyjemności, zapowiedzi jedzenia. Dlatego nie wyrywajmy psom na siłę zabawki. Różnica między zabawą a rywalizacją tkwi w nastawieniu właściciela. Jeśli ten nie pozwala psu zabrać piłki, to pies uczy się, że ona jest cenna. Gdy nigdy nie może jej zdobyć, staje się psem niepewnym siebie. Tłamsi w sobie negatywne emocje. Im częściej będziemy psu pozwalali zabrać zabawkę, tym szybciej się zorientuje, że sama zabawka jest nudna i służy tylko do wspólnej zabawy.

Psy przejmują od właścicieli tylko agresję czy także inne emocje?
Pomagałam właścicielce pudelka, który miał lęk separacyjny. Gdy za jego panią zamykały się drzwi, strasznie rozpaczał i niszczył wszystko. Podczas wywiadu okazało się, że wychodząc z domu, kobieta miała w sobie wiele lęku: jak ten mój piesek ma sam zostać!? To ona, a nie on, nie przecięła pępowiny. Świadomie chciała zostawiać psa i iść, ale nieświadomie cieszyła się, że ją tak kocha, że tak rozpacza. Chciała, żeby pies miał lęk separacyjny, bo jej mąż, który był w ciągłych rozjazdach, nie przeżywał rozłąki z nią. Proponuję w takiej sytuacji właścicielom: jeśli nie dacie rady sami siebie przekonać, że ani wam, ani waszemu psu nie dzieje się krzywda, kiedy zostaje sam, skorzystajcie z pomocy psychoterapeuty, tak jak korzysta z niej wasz pies.

Czy zawsze pies wyraża lęk właściciela, gdy rozpacza i niszczy, czy bywają też psy, które po prostu mają lęk separacyjny?
Psy mają problem separacyjny. Przyczyn jest wiele, jedną z nich może być zbyt wczesne zabranie szczeniaka od suki, co zaburza poczucie bezpieczeństwa. Mam klientów, którzy mają yorka z takim problemem. Udało się nam przyzwyczaić go do tego, że wychodzą do pracy. Ale jeśli wieczorem chcieliby jeszcze iść do kina, to dla tego psiaka już za dużo. Nie ma sensu próbować z nim pracować, bo on nie da rady dłużej zostawać sam. Na szczęście oni to zaakceptowali i gdy chcą wyjść wieczorem, prowadzą go do teściowej. Nadal też pracują nad jego pewnością siebie, m.in. ucząc go tropić. Ten piesek, jeśli uda mu się odnaleźć „zaginioną osobę”, jest taki dumny: uśmiechnięty pysk, ogonek do góry, rozgląda się na boki, czy wszyscy widzą, jaki jest świetny. Właścicielom psów separacyjnych proponuję, aby zrobili też budkę, zgromadzili w niej zabawki, żeby pies miał w domu miejsce, w którym czuje się super. Proponuję także masaże relaksacyjne, kojarzone z muzyką i olejkiem zapachowym. Po krótkim czasie sam zapach i muzyka koją psa.

Bajka, owczarek niemiecki, niszczyła nawet tapety. Próbowałam ją wybiegać, ganiałam za rowerem godzinami...
Próbujemy spożytkować energię psa, zamiast ją wyciszać. Pies po biegu jest na tak wysokich emocjach, że dużo trudniej mu zostać samemu. Gdyby był na spokojnym spacerze, na którym węszyłby, spotkał psiego kolegę, odniósł jakiś sukces, na przykład znalazł schowaną zabawkę, byłoby to łatwiejsze. W wypadku niszczenia ważne, czy przyczyną jest lęk, nuda, a może rygoryzm. Pamiętam boston teriera, który imprezował pod nieobecność właścicieli. Na nagraniu widać było, że piesek cieszy się, że poszli. „Wreszcie nikt mi nic nie każe i porobię fajne rzeczy”. Chłopak się realizował, kiedy zostawał sam. Potrzebna mu była podpowiedź: w co się bawić? Zabawki, z których pies musi wydobyć jedzenie, smakołyki ukryte w rolce po papierze toaletowym, gryzak w kartonie. Psy uwielbiają zdobywanie pożywienia. To dużo ciekawsze niż pełna micha.

Mówisz o psach jak o ludziach, jakby miały takie same emocje, ambicje i lęki jak my. Mają nawet potrzebę bycia sobą. Nauczyła mnie tego Tosia, pies rasy pierwotnej, a więc zwierzak niezależny. Chciałam, żeby Tosia była karnym owczarkiem. Nic z tego. Pamiętam pierwszy raz, kiedy nawiązałam z nią relację. Znalazłam ślimaka i pokazałam palcem: „Tosia, zobacz, co to jest?”. Podeszła, powąchała i po raz pierwszy spojrzała na mnie z uznaniem: „Nie jest taka głupia, umie znaleźć ślimaka. No, może się jakoś dogadamy”. To była dla mnie lekcja, że są psy, którym trzeba pozwolić być sobą i tylko tak można z nimi zbudować relację – pokazując, że ze mną może być fajnie. Psychoterapeuta ludzi musi przejść swoją terapię, by pomagać innym. Moja psychoterapia pomaga mi lepiej rozumieć zwierzaki, bo one czują i mają potrzeby jak my i mówią nam o nich na swój sposób. Tosia na przykład przyszła kiedyś podczas imprezy do salonu i położyła się na środku parkietu, jakby mówiła: „Koniec zabawy”. Ja jestem panią od psich emocji, a nie tylko od psich zachowań, czym zajmuje się trener behawiorysta. Jeśli pies szczeka, on go posadzi i będzie nagradzać dobre zachowanie. A ja skupię się na ugładzeniu jego emocji, bo wtedy zmieni się zachowanie psa, i to trwale. Jeśli szanujemy przestrzeń psa, nie narzucamy mu obecności ludzi, zacznie być spokojniejszy. I wtedy dopiero będzie czas na relacje z psami i ludźmi.

Powoli. Nic na siłę. Jeśli pracujemy tylko nad zachowaniem, to mamy bombę zegarową. Pies kontroluje zachowanie, ale wewnątrz emocje buzują.
Po co zajmować się emocjami psów? Psy się tresuje – tak powie wielu.
Żeby pies był szczęśliwy, a skoro jest członkiem naszej rodziny, to mu się należy. Bywa to niemożliwe, jeśli nie zastanowimy się nad jego emocjami. Brudzi w domu, a tresura nie pomaga? Kama została przywieziona ze wsi i kiedy nowi właściciele stawiali ją na trawniku przy Marszałkowskiej, robiła pod siebie ze strachu albo nie mogła zrobić i załatwiała się w domu. Panicznie bała się miasta, a oni tego nie rozumieli, bo atakowała psy i ludzi, więc nie wyglądała na przerażoną. Zaczęliśmy pracować nad tym, żeby poczuła się pewniej i przyzwyczaiła do hałasu. Po kilku miesiącach dostałam zdjęcie: właścicielka na rowerze w parku, a za nią biegnie Kama. I podpis: „Wreszcie jest taka, o jakiej marzyłam”.

Wolno spać w jednym łóżku z psem? Czy nie zacznie wtedy nad nami dominować?
Pies pierwszy nie powinien wchodzić do mieszkania ani jeść... Słyszę te i podobne obiegowe opinie, wynikające z teorii dominacji, która zdaje się nie mieć podstaw – jak uznał jeden z jej prekursorów, behawiorysta John Fisher. Ta teoria wzięła się z obserwacji wilków, i to w sztucznie stworzonych grupach. Od kiedy jednak obserwujemy wilki w naturze, wiemy, że stado tworzą samiec i samica alfa (choć odchodzi się już od nazwy alfa, zastępując wyrażeniem „para rodzicielska”). Pozostali to ich dzieci. Nikt się więc poza parą alfa nie rozmnaża, bo to rodzina. Co więcej, samiec wcale nie zawsze przewodzi i nie zawsze pierwszy je upolowaną zwierzynę. A więc gdzie tu dominacja? Pies jednak jak każda istota potrzebuje schematu, rutyny i albo śpi w łóżku z właścicielem, albo nie. Zasady są po to, by czuł się bezpiecznie.

Ale pies uważa, że jest szefem, skoro nie chce zejść z mojego fotela i jeszcze na mnie warczy?
A dlaczego chcesz go zgonić? Gdyby tam siedział człowiek, też byś próbowała? Możemy nauczyć psa: zejdź, albo: na miejsce. Jeśli nie słucha, może wyczuwa słabość właściciela i instynkt każe mu przejąć kontrolę. Jeśli jest agresywny, warczy, to nie rozumie, dlaczego go spychasz. Nie chce być tak traktowany. Jesteśmy tym, kto psa wychowuje, a nie tresuje. Nauczyłam się respektować zachowanie psa i jak warknie, myślę: „Nie chcesz w tej chwili kontaktu”, i próbuję ten kontakt nawiązać później, inaczej. Miałam kiedyś psa z meliny, kiedy go przytulałam, warczał. Dałam mu przestrzeń, a potem znów go tuliłam. Nic nie było złego w jego warczeniu. Nie wiadomo, kto i co mu zrobił. Po prostu ostrzegał: „Oj, nie mam ochoty na kontakt”, a ja to respektowałam i dzięki temu po kilku miesiącach pozwalał mi na wszystko.

Konflikty z rezydentem, czyli jak wprowadzić nowego psa do domu. Znam taki sposób – podajemy każdemu z psów miskę z żarciem w jednej chwili.
Ja aranżuję spotkanie na neutralnym gruncie, najlepiej, kiedy psy mogą same chcieć podejść do siebie. Potem kilka spacerów, żeby pomyślały: „Aha! Tego to znam. Jest OK”, a potem dopiero wspólnie idziemy do domu. Można też, jeśli chcemy, iść do schroniska i wybrać kilka psiaków, a potem przyjechać ze swoim i iść na spacer. Który piesek najbardziej przypadnie mu do serca, tego weźmy.

Wiedza książkowa czy intuicja decyduje o komunikacji z psem?
Tosia nie przychodziła z ogrodu, kiedy ją wołałam. Miała ważniejsze sprawy. Zaczęłam robić tak, jak poradziła Alexa Capra, włoska trenerka. Wołałam Tosię, a potem wyobrażałam sobie, że wraca z ogrodu. I tak się zaczęło dziać. Jest coś między nami i psami metafizycznego, ja to czuję, ale nie mam na to argumentów naukowych.

Anna Gadomska psycholożka zwierzęca, behawiorystka; współpracuje z Fundacją Azylu pod Psim Aniołem i Wolontariatem na rzecz Zwierząt Dotkniętych Bezdomnością „Pies na Zakręcie”. Najbardziej w zachowaniu psów interesuje ją sposób, w jaki potrafią komunikować się z ludźmi. Prowadzi konsultacje behawiorystyczne, zajęcia z tropienia i zajęcia dla psów z problemami.  

 

  1. Psychologia

Po co nam siła? Pytamy Wojciecha Eichelbergera

Fot. iStock
Fot. iStock
Nasze babcie musiały być silne. Wiadomo: wojna, potem PRL, było ciężko. A czy my też musimy takie być w czasach korporacji, konsumpcji, rywalizacji? Czym dziś jest siła kobiet? A mężczyzn? Bezwzględnością, asertywnością, elastycznością? A może spokojem – zastanawia się Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Czy siła jest kobietom potrzebna? Skąd mają ją brać?
Kobiety mają daną im od natury, wrodzoną, biologiczną siłę i zdolność przetrwania, niezbędną, by rodzić i troszczyć się o nowe życie. Mają większe jej rezerwy niż mężczyźni, co widać także w tym, że żyją prawie dziesięć lat dłużej i sześć razy rzadziej popełniają samobójstwa. Może także dlatego, że poczucie sensu istnienia i życiowej misji dostają w pakiecie z rolą matki rodzicielki.

Bezdzietne kobiety mogą być słabsze?
Biologiczna siła dawczyni życia jest dostępna kobietom niezależnie od tego, czy stają się matkami, czy nie. Ale to prawda, że większości kobiet, które zostają mamami, włącza się dodatkowe zasilanie wpływające pozytywnie także na samoocenę i poczucie sensu. Kobiety z wyboru lub konieczności bezdzietne muszą tego sensu i misji życiowej szukać świadomie. Upodobniają się w tym do mężczyzn, dla których ojcostwo rzadko bywa ukojeniem egzystencjalnych niepokojów. Na szczęście coraz więcej kobiet matek szuka pozamacierzyńskiego sensu życia, co sprzyja ich poczuciu autonomii w relacjach z mężczyznami i uniknięciu niebezpiecznego uzależnienia od roli matki.

Reshma Saujani, autorka książki „Odwagi! Nie musisz być doskonała!”, twierdzi, że poczuła siłę i zaczęła żyć tak, jak tego pragnęła, dopiero kiedy odważyła się wyjść ze strefy komfortu. Przestać realizować życie, jakie uznawało się w jej rodzinie za wartościowe i dające prestiż. Czy kobiety potrzebują odwagi, aby poczuć siłę? Czy to nie siła dodaje odwagi?

Kobiety potrzebują często wielkiej odwagi – a w ich subiektywnym odczuwaniu wręcz odwagi straceńczej – by po swoją wewnętrzną, przyrodzoną siłę sięgnąć, budować poczucie godności i autonomii. Są bowiem nadal konsekwentnie ograniczane przez stereotypy płci, uporczywie obecne w wychowaniu, edukacji i religii. Większość dziewczynek ciągle podlega ogromnej kulturowej i wychowawczej presji stereotypu kobiety miłej, uległej, poświęcającej się i spragnionej męskiej aprobaty. Wykonawczyniami tej patriarchalnej obróbki dziewczęcych charakterów są zazwyczaj – wychowane w tym samym kulturowym klimacie – ich matki, babcie i nauczycielki. Kiedy więc dziewczynki stają się kobietami, nie potrafią korzystać ze swojej siły, bo są od niej odcięte. Aby więc powiedzieć sobie i światu: „Wykorzystam swój potencjał i będę żyć po swojemu!”, muszą skonfrontować się z zapisanym w ich podświadomości odwiecznym lękiem przed wykluczeniem ze społeczności. Dlatego tak niewiele z nich zajmuje się nowatorskimi, ryzykownymi czy wymagającymi uporu i siły woli przedsięwzięciami. Kobiety rzadko domagają się wprost tego, na czym im zależy. Większość ciągle nie żyje w zgodzie z prawdziwymi potrzebami. Dzieje się tak nie dlatego, że brak im siły czy innych zalet, ale odwagi i determinacji do bezpośredniej walki. Od pokoleń przywykły bowiem do zabiegania o przychylność i akceptację mężczyzn.

W książce „Jak kobiety podejmują decyzje” Therese Huston przeczytałam, że w latach 40. XX wieku to kobiety były programistkami, a mężczyźni konstruktorami komputerów. A to dlatego, że to zajęcie nie było jeszcze prestiżowe. To Grace Hopper, matematyczka i oficer marynarki, pracująca na Harvardzie, stworzyła pierwszy program komputerowy używający słów zamiast cyfr. Takie informacje dodają siły. Ale rzadko mamy okazje je dostawać, bo zazwyczaj jesteśmy bombardowane wizerunkami „nagiej kobiecej mocy”. Jeśli masz na myśli kobiece ciała reklamujące wszystko, co się da, włącznie z blachą falistą, to jest to zdecydowanie szkodliwe z punktu widzenia odzyskiwania przez kobiety siły i godności. To uprzedmiotowienie i zredukowanie do roli seksualnego obiektu. A męskiego erotycznego zainteresowania, podniecenia, a nawet zachwytu lepiej nie mylić z wyrazami szacunku i miłości. Ważnym i koniecznym początkiem procesu odzyskiwania przez kobiety ich ukrytej siły jest odzyskanie prawdziwie kobiecej seksualności, którą patriarchat represjonował, a potem ukształtował w umysłach kobiet na modłę męskich fantazji. Batalia kobiet o odzyskanie samostanowienia w sprawie ciała, seksualności i rozrodczości trwa od początków feministycznej rewolucji, napotykając coraz większy opór męskiej konserwy. Widać to na przykładzie batalii o edukację seksualną w szkołach.
Konserwatywne organizacje dobrze wiedzą, że edukacja seksualna najbardziej potrzebna jest dorastającym kobietom, bo wzmacnia ich samostanowienie, bezpieczeństwo i wolność w sprawach ciała, rozrodczości i seksu, a tego patriarchat boi się najbardziej.

Dlaczego autentyczna kobieca seksualność budzi taki lęk?
Bo energia seksualna, zwana libido, jest sama w sobie energią życia, jego siłą napędową. Libido nie zasila wyłącznie zachowań seksualnych, zasila wszelkie przejawy naszego istnienia. Tę właściwość ludzkiego libido nazywa się zdolnością do sublimacji i to właśnie wysublimowane libido generuje zdolność do walki i obrony. Odwagę i nieustraszoność. Sprawność fizyczną i zdolność przetrwania. Niezależność. Głębokie odczuwanie ciała i życia. Równowagę emocjonalną. Zdolność do miłości. Sprawne i kreatywne myślenie. Tworzenie, a także wyzwalającą i nieegzaltowaną duchowość. Skoro tak wiele od libido zależy, to łatwo sobie wyobrazić, jakie zagrożenie dla męskich rządów nad światem i kobiecymi duszami stanowić mogą kobiety z uwolnionym wysublimowanym libido. Jest się czego bać!

Ilustracja Paweł Jońca Ilustracja Paweł Jońca

A męska siła – czy różni się czymś od kobiecej?
Męskie libido jest bardzo oględnie represjonowane przez patriarchalną obyczajowość. Męskie roznegliżowane ciało jest pod ochroną i nie pokazuje się go w przestrzeni publicznej. Najwyraźniej mężczyźni nie chcą być upokarzani rolą obiektów seksualnych. Te i inne przejawy systemowej troski o męskie poczucie godności (i niemalże sakralizowanie męskiej potencji seksualnej) sprawiają, że mężczyźni mają łatwiejszy dostęp do swojej siły, odwagi i determinacji. Od natury dane są im także większa siła mięśni i wydolność organizmu. Łatwiej im walczyć, ratować, zdobywać i, niestety, wykorzystywać fizyczną przewagę w aktach przemocy wobec kobiet. Siła i sprawność kochanka, rozpłodowca, wojownika, budowniczego czy rolnika stanowią dla wielu mężczyzn ratunek przed utratą poczucia sensu i przydatności.

Czy męska siła nie bywa często bezwzględnością?
Nie ma odwrotnej zależności między siłą a zdolnością do czułości, empatii czy troski. Zazwyczaj idą one nawet w parze. Mężczyźni obdarzeni z natury siłą i wzrostem są na ogół spokojni, wspierający i troskliwi. Natomiast ci, którzy zbudowali mięśnie na siłowniach i sterydach, bywają bezwzględni i okrutni. A wynika to stąd, że masą ciała usiłowali ukoić poczucie upokorzenia, zagrożenia i umożliwić sobie wynikającą z nich chęć odwetu. W niektórych rodzinach przez pokolenia reprodukuje się w wychowaniu dzieci, a zwłaszcza chłopców, brak ciepła, troski, bliskości, dotyku, wsparcia. A więc nie daje się im nawet elementarnego poczucia bezpieczeństwa, nie mówiąc już o miłości. Siła i bezwzględność stają się najlepszym sposobem na przeżycie w świecie, który oceniany jest jako wrogi, zimny i niebezpieczny.

Istnieje uniwersalna, ponadpłciowa siła? Jaką rolę ogrywa?
Tak, to prawdziwa siła, zwana siłą ducha. Bierze się z odkrywania przyrodzonego wszystkim poczucia wartości i godności. Ze świadomości, że świat, życie i ludzie o otwartych sercach nas wspierają. Przejawia się w zrównoważeniu, w pewności siebie. W spokoju. W optymistycznym usposobieniu. Taka siła umożliwia działanie w zgodzie z okolicznościami, a nie z wyobrażeniami o tym, co zgodne z rolą kobiety czy mężczyzny. W robieniu tego, co jest do zrobienia, z uwagą, z zaangażowaniem. Siła nie wyraża się w przemocy, w manipulacji, we władzy czy kontroli nad drugim człowiekiem. Wyraża się w obdarzaniu innych wolnością, szacunkiem, uznaniem i troską. Nie boi się uczuć. Pozwala im się wyrażać, w miarę jak przychodzą i odchodzą. Gdy trzeba, nie boi się płakać, gdy czas na to, nie powstrzymuje radości.

Uczucia nas nie osłabiają? „Nie czuć” to dla wielu „być silnym”.
To pozorna siła. Wyrzekanie się uczuć jest raczej symptomem lęku, wyrazem strategii obronnej. Ci, którzy tej strategii nie zweryfikują, prędzej czy później odkryją, że sami siebie zamknęli w pancernej skorupie oddzielającej ich od życia i od ludzi. A taka izolacja stopniowo zabiera siłę i wolność. Poza tym świadomość uczuć – pod warunkiem że nie są one nawykowe i neurotyczne – pomaga lepiej kierować życiem, czyli dążyć do tego, czego naprawdę potrzebujemy, i unikać tego, co nam szkodzi.

A co z bezsilnością? Jesteśmy bezsilni wobec zdarzeń losowych. Kiedy ktoś bliski umiera, trudno nie czuć bezsilności…
To nie jest bezsilność, to pokora uznać, że nie wszystko jest w naszej mocy, a każde życie kiedyś się kończy. Prawdziwa siła nie robi dramatu ze śmierci, jednocześnie pozwalając sobie na wyrażanie związanych z nią żalu i straty. Nie ma za to nic dobrego w bezsilności, która nie jest dowodem pokory, ale cechą charakteru. Tej trzeba się jak najprędzej pozbyć, by odzyskać przyrodzoną siłę, która zapewne została stłumiona przez wychowanie, toksyczne relacje z ludźmi.

Słychać opinie, że bezradność emocjonalna staje się przyczyną chorób somatycznych. Czy to możliwe?
Tak, bo kiedy nie stajemy w swojej obronie, gdy czujemy się bezsilni, nasz układ immunologiczny zachowuje się analogicznie. Nie broni nas. Bezradność psychiczna pociąga za sobą bezradność immunologiczną. Chorujemy, bo nasz układ odporności nie broni nas, kiedy sami siebie nie bronimy w relacjach społecznych czy politycznych. Człowiek jest całością. Psychika i ciało działają jednocześnie i spójnie. Dlatego pracując nad poczuciem wewnętrznej siły, pracujemy jednocześnie nad wzmocnieniem odporności fizycznej. Nasza uwolniona wrodzona siła jest nie tylko lekarstwem dla psychiki, ale także dla ciała.

Przyznam się na koniec: boję się tego, co nazywamy siłą kobiet. Zapewne to wynik doświadczeń jeszcze z dzieciństwa, które każą mi kojarzyć ją z ukrytą, ale okrutną rywalizacją z innymi kobietami oraz lekceważeniem mężczyzn…
Myślę, że większość polskich kobiet wykształciła szczególną siłę, wywodzącą się z pokoleniowych doświadczeń ich babć, prababć i praprababć, które nauczyły się tego, że nie można liczyć na mężczyzn. Bo ci ginęli w wojnach, w powstaniach, w pojedynkach albo topili żal i upokorzenia w alkoholu. Kobiety musiały obudzić w sobie męski aspekt, który pozwalał im radzić sobie z tym, co było obowiązkiem mężczyzn. Musiały same zarządzać domem i zarabiać, zdobywać jedzenie dla dzieci. Tworzyły więc kobiece grupy i dawały sobie wsparcie. Lecz gdy w zasięgu wzroku pojawiał się jakiś wolny, zdolny do pracy i miłości mężczyzna, stawały do bezwzględnej walki o jego względy. W Polsce gros kobiet ma w systemie rodzinnym takie doświadczenie, a więc czuje to, co ich praprababki. Ale w czasach pokoju owocuje to m.in. brakiem wsparcia dla innych kobiet, nawet własnych córek. I lekceważeniem mężczyzn. Takie nastawienie często doprowadza do rozpadu związków. Zwłaszcza że polscy mężczyźni są szczególnie wrażliwi na punkcie swojej godności.

  1. Kultura

Kobieta idzie na wojnę - film o kobiecie, która wywraca system do góry nogami

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Kobieta idzie na wojnę" (materiały prasowe)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
„Kobieta idzie na wojnę” to niesamowita opowieść o kobiecie, która w obronie środowiska naturalnego wypowiedziała wojnę potężnemu koncernowi. Film podbił dziesiątki festiwali na całym świecie i zachwycił samą Jodie Foster, która wykupiła prawa do amerykańskiego remake'u filmu.

„Kobieta idzie na wojnę” to niesamowita opowieść o kobiecie, która w obronie przyrody wypowiada wojnę potężnemu koncernowi. Film podbił dziesiątki festiwali na całym świecie i zachwycił samą Jodie Foster, która wykupiła prawa do amerykańskiego remake'u filmu.

Halla mieszka w małym islandzkim miasteczku i na co dzień jest dyrygentką lokalnego chóru. Nikt nie podejrzewa, że zawsze uśmiechnięta i pełna pozytywnej energii Halla po godzinach prowadzi drugie życie. Ukrywając się pod pseudonimem „Kobieta z Gór”, niczym superbohaterka wypowiada walkę potężnemu koncernowi, który zagraża środowisku naturalnemu Islandii.

Kadry z filmu 'Kobieta idzie na wojnę'. (Fot. materiały prasowe) Kadry z filmu "Kobieta idzie na wojnę". (Fot. materiały prasowe)

"Kobieta idzie na wojnę" to drugi film Islandczyka Benedikta Erlingssona, reżysera filmu „O koniach i ludziach”, zdobywcę wielu nagród w tym za najlepszy debiut reżyserski na MFF w San Sebastian i 5 Nagród Edda.

„Kobieta idzie na wojnę” to kolejna produkcja Erlingssona, która zachwyciła nie tylko publiczność, ale również środowisko filmowe. W ubiegłym roku  film zdobył Nagrodę Stowarzyszenia Autorów, Reżyserów i Kompozytorów (SACD) na festiwalu w Cannes, a następnie został uznany za Najlepszy Europejski Film Roku, wygrywając Nagrodę Lux. Występująca w głównej roli Halldóra Geirharðsdóttir była nominowana do nagrody dla Najlepszej Europejskiej Aktorki, konkurując z Joanną Kulig.

Zachwycona filmem "Kobieta idzie na wojnę" jest też amerykańska aktorka i reżyserka Jodie Foster. Kupiła prawa do amerykańskiego remake'u i zadeklarowała, że sama go wyreżyseruje i wcieli się w główną rolę.

Zafascynowała mnie ta bohaterka. To silna kobieta, która walczy o środowisko i potrafi zaryzykować wszystko, żeby postąpić tak, jak uważa za słuszne.
– stwierdziła Foster. Amerykańska gwiazda doceniła też obecny w filmie „fascynujący miks humoru i emocji”.

Kadry z filmu 'Kobieta idzie na wojnę' (Fot.materiały prasowe) Kadry z filmu "Kobieta idzie na wojnę" (Fot.materiały prasowe)

Film polecamy nie tylko z uwagi na ważki temat, jakim jest ochrona przyrody. Wyjątkowe wrażenie zrobiła na nas główna bohaterka - silna, zdeterminowana kobieta, gotowa poświęcić wszystko w imię wyznawanych wartości. Absolutnie zachwycające są też pejzaże Islandii, piękno przyrody wyspy zostało w filmie pokazane na tyle sugestywnie, że po projekcji ma się ochotę natychmiast polecieć na Islandię i  zobaczyć na własne oczy te szarozielone przestrzenie spowite we mgle.

Film został objęty patronatem miesięczników "Zwierciadło" i "Sens".

'Kobieta idzie na wojnę', plakat filmu (materiały prasowe) "Kobieta idzie na wojnę", plakat filmu (materiały prasowe)