1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. My Polacy - jacy jesteśmy?

My Polacy - jacy jesteśmy?

Jacy są Polacy? Czy wiemy, co nas wyróżnia na tle innych narodów? (fot. iStock)
Jacy są Polacy? Czy wiemy, co nas wyróżnia na tle innych narodów? (fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Z okazji Święta Niepodległości warto pochylić się nad naszym narodowym charakterem. Co sprawia, że my Polacy jesteśmy szczęśliwi właśnie tu, pod polskim niebem? Jaki kolor i wzór ma nasze szczęście? Co to właściwie za filozofia? Jak można by ją nazwać? – docieka dziennikarka Jolanta Maria Berent.

Każdy naród czymś się wyróżnia i określa się na swój sposób. Każdy buduje własną rzeczywistość tak, by czuć się w niej możliwie najlepiej. Południowcy (Włosi, Hiszpanie) stawiają na pasję i spontaniczność, Niemcy na Ordnung, dla Amerykanów życiowa wytyczna to keep smiling. Od jakiegoś czasu powstają kolejne książki o szczęściu ubranym w narodowe flagi. Duńska formuła to hygge, szwedzka – lagom, japońska – ikigai. Zainspirować się to dobra rzecz, ale dobrze też skupić się na naszym narodowym przepisie na szczęście. Sprawdzającym się w naszej kulturze, klimacie, pasującym do języka, historii, charakteru. Beata Chomątowska, Dorota Gruszka, Daniel Lis i Urszula Pieczek uznali, że zamiast szukać wzorców na zewnątrz, lepiej zwrócić się ku temu, co już znamy. Przyjrzeć się, jakimi zasobami dysponujemy. Tak odkryli nasze przewodnie hasło, które ujęli w tytule książki: „Jakoś to będzie. Szczęście po polsku” (wyd. Znak).

Skrajność to nasza specjalność

Zdaniem specjalisty od budowy marek krajów, Wally’ego Olinsa, Polskę charakteryzuje bogactwo pozornie przeciwstawnych cech: „Polacy są pełni pasji i idealistyczni, ale także praktyczni i zaradni, polski charakter cechuje ambicja, ale też praktyczna przyziemność. Te napięcia wyzwalają niepokój, który nie pozwala zadowolić się stanem istniejącym, a także kipiącą energię, która zawsze pobudza do działania”.

A więc twórcze napięcie! Ponoć gwarantuje rozwój, ale daje nam też odwagę (żeby nie powiedzieć brawurę!), spryt i... kłótliwość. Sprawia, że często balansujemy na krawędzi – w sporcie, sztuce, biznesie. Sięgamy po różne style – w modzie i w kuchni. Czemu się zresztą dziwić, skoro mamy tak urozmaicony krajobraz, a nasze miasta są tak różne od siebie jak choćby Gdynia i Kraków. Czy to z tego powodu aż 83 proc. Polaków uznało się w 2015 roku za szczęśliwych?

Według Chomątowskiej, Gruszki, Lisa i Pieczek kluczowe jest raczej przekonanie, że jakoś to będzie, że tak czy inaczej sobie poradzimy. Czasem na przekór wszystkim i wszystkiemu. Często ratując się humorem, podlanym obficie ironią. Polak bywa przekorny. No i sarkastyczny – podobno żart po polsku musi być wredny, obrazoburczy. Mówi się wręcz o „szyderze”. Zdaniem twórcy satyrycznego ASZdziennika, Rafała Madajczaka, ta szydera uruchamia w określonych momentach instynkt samozachowawczy: „Nie ma traumy, której nie próbowalibyśmy w ten sposób obłaskawić: czy to trudnej sytuacji życiowej, czy klęsk żywiołowych czy historycznych, czy każdej innej beznadziei”.

Nie narzekam? – to nie dla Polaków

Oprócz szyderstwa znakomitym sposobem na beznadzieję jest też narzekanie. To, że uwielbiamy narzekać – na pracę, zdrowie, polityków, sąsiadów (i na to, że wszyscy wokół narzekają) – powszechnie wiadomo. Dlaczego mielibyśmy nagle owemu narzekalstwu nadać wartość, uznać za element szczęścia? „Jakoś to będzie. Szczęście po polsku” wysuwa tezę, że narzekanie daje pewne korzyści terapeutyczne. Że kiedy pozrzędzimy, doświadczamy ulgi – daliśmy wyraz swojemu bólowi, czujemy się zrozumiani, może nawet dowiedzieliśmy się, że inni mają gorzej. Prawdopodobnie chodzi o to, że dostaliśmy uwagę, ktoś nas wysłuchał – za darmo. Sama pamiętam pewnego taksówkarza, który w drodze na lotnisko opowiedział mi pół (ciężkiego) życia, po czym, bardzo zadowolony, zaproponował sporą zniżkę za „miłą rozmowę”. Jeśli wierzyć autorom książki, nasze narzekanie rządzi się określonymi prawami: rzadko obejmuje rodzinę, przyjaciół i to, co „najbliższe ciału”, czyli na przykład ulicę, na której mieszkamy, osiedle. „To wyjaśnia, dlaczego choć od lat deklarujemy, że sprawy w Polsce i na świecie idą w złym kierunku, jednocześnie uważamy, że nam samym i naszym bliskim żyje się coraz lepiej. Jesteśmy optymistami na lokalną skalę”.

Narzekanie ma też związek z naszym idealizmem (zdaniem słynnego psychiatry prof. Antoniego Kępińskiego trudno nam zaakceptować świat z jego niedoskonałościami, chcielibyśmy go zmienić). Ale też ze szczerością: wolimy mówić wprost, a kiedy słuchamy kogoś, kto prawi bez owijania w bawełnę, ponoć uważamy go za bardziej wiarygodnego. „Jedno jest pewne: w Polsce narzekanie pełni dość szczególną rolę, specyficzną dla naszej kultury – pozwala nam nawiązywać i pogłębiać relacje” – czytamy w książce. „Jeśli na przykład na pytanie: Co słychać? odpowiemy: wszystko dobrze – będzie to najprawdopodobniej oznaczało, że chcemy trzymać rozmówcę na dystans. Tymczasem narzekanie może być formą zagajenia, zaproszeniem do rozmowy, otwarcia się”.

Polak potrafi. Jakoś to będzie. Chcieć to móc. Polacy nie gęsi i swój język mają. Te powiedzenia znamy wszyscy. Przekładają się one na nasze narodowe cechy. (fot. iStock) Polak potrafi. Jakoś to będzie. Chcieć to móc. Polacy nie gęsi i swój język mają. Te powiedzenia znamy wszyscy. Przekładają się one na nasze narodowe cechy. (fot. iStock)

Wiodące hasło Polaków: Chcieć to móc

Podejście „jakoś to będzie” z jednej strony wskazuje na gotowość, by zaufać życiu, z drugiej zaś – na naszą zaradność. Bo przecież Polacy potrafią sobie poradzić niezależnie od sytuacji: historycznej, ekonomicznej czy choćby atmosferycznej. Czym właściwie jest zaradność? Można by rzec, że to swoista mieszanka zmysłu praktycznego i kreatywności. By zobrazować ten koncept, autorzy książki sięgają aż do roku 1943, kiedy to Karol Borsuk, jeden z najbardziej znanych przedstawicieli warszawskiej szkoły matematycznej, przedwojenny profesor Uniwersytetu Warszawskiego, łamał sobie głowę, jak wyżywić rodzinę. Aż wpadł na zbawienny pomysł: wykorzystując wiedzę z rachunku prawdopodobieństwa, stworzył grę planszową „Hodowla zwierzątek”. Były dwunastościenne kostki i karty z wizerunkami zwierząt – hodowlanymi, drapieżnikami i chroniącym inwentarza psem. Gra nieźle się sprzedawała – pozwalała zapomnieć o okupacyjnej rzeczywistości. Podczas Powstania Warszawskiego niemal wszystkie egzemplarze „Hodowli” spłonęły, ocalała tylko jedna gra w innymi mieście. Dzięki temu istnieje dziś znany na całym świecie „Superfarmer”.

Niewątpliwie brak to największy nauczyciel zaradności. A że większość Polaków do niedawna nagminnie doświadczała braku, naszą zaradność widać m.in. w kuchni, która słynie z najbardziej wymyślnych przetworów i z niezliczonej liczby przepisów na potrawy z najprostszych produktów: ziemniaków, kapusty, kaszy. Kreatywność rozwijała się też w dziedzinie mody (w czasach PRL-u niemal każda Polka miała własną krawcową, do której nosiła wykroje z zagranicznych magazynów) czy choćby transportu (głównie za sprawą fiata 126p, w którym jakimś cudem mieściły się całe rodziny i tzw. gabaryty).

Polaka trudno przekonać, że czegoś się nie da. Jest on raczej rzecznikiem idei, że chcieć to móc. Szuka nieszablonowych rozwiązań. Improwizuje. A nawet szarżuje. Od czego w końcu słynna ułańska fantazja? Zdaniem autorów „Szczęśćia po polsku” to „połączenie odwagi, nieskrępowanej wyobraźni i umiłowania wolności”. Jest tu energia i gorliwość. Zadziorność i ekspansja. Wreszcie – młodzieńcza porywczość, gotowa ujawnić się w każdym wieku. Czy bez niej byłyby możliwe takie wyczyny jak przepłynięcie Oceanu Atlantyckiego kajakiem? Aleksander Doba dokonał tego w wieku 64 lat. Po czym wyznał: „Wydaje mi się, że nieodłącznym składnikiem ułańskiej fantazji jest spontaniczność, która pozwala dążyć do celu, podejmować ryzyko i ciągle podnosić sobie poprzeczkę. Chodzi przede wszystkim o ciekawość świata. Zawsze powtarzam, że rzecz nie w tym, żeby robić coś za wszelką cenę, ale by poznawać swoje możliwości i czuć się wolnym”.

Jesteśmy indywidualistami, dlatego największe szczyty zwykle osiągamy samotnie. Jak te, które zdobyli himalaiści: Jerzy Kukuczka, Wanda Rutkiewicz, Andrzej Bargiel. Ostatni zasłynął z tego, że jako pierwszy zjechał na nartach z ośmiotysięcznika Broad Peak i że podczas wypraw nie używa butli tlenowej. Z psychologicznego punktu widzenia ułańska fantazja to pewien rodzaj brawury, który sprawia, że wychodzimy poza własne lęki i ograniczenia. Po to, żeby zachłysnąć się życiem.

„Żółć” – najbardziej polskie słowo?

Wygląda na to, że Polacy są dość skomplikowani, pełni sprzeczności. Jak nasz język, często wskazywany jako najtrudniejszy do nauki na świecie. Nie bez powodu w Internecie pojawiło się jakiś czas temu hasło: „I speak Polish. What’s your superpower?” („Mówię po polsku. A jaka jest twoja supermoc?”). Przypadki, końcówki i wyjątki... Dużo neologizmów, ale i wulgaryzmów, dzięki których dajemy upust silnym emocjom. Ekspresja, zadziorność – tego nam nie brakuje. A skłonność do przeklinania wynika w dużej mierze – jak twierdzi (za Stephenem Burgenem) Michał Rusinek – z religijności danej kultury. Rzecz w tym, że jeśli użycie pewnych słów wiąże się z łamaniem tabu, czujemy większą pokusę, by po nie sięgać.

Najbardziej polskie słowo? Jeden z bohaterów „Ziarna prawdy” Zygmunta Miłoszewskiego twierdzi, że to „żółć”. Po pierwsze pokazuje oryginalność polszczyzny (wszystkie znaki są polskie). Po drugie oznacza pewien charakterystyczny dla Polaków stan, który mieści w sobie złośliwość, narzekalstwo, przekorę. A słowo „szczęście”? Już tylko żeby je wymówić, trzeba się co nieco nagimnastykować. Czyż można więc dziwić się, że Polaków niełatwo zadowolić? Ale w grudniu ich szczęście wygląda podobnie. Ma zapach świerku, barszczu, siana i grzybów. To czas, kiedy spoglądamy w stronę Nowego Roku z wiarą, że jakoś to będzie.

Z ciekawostek: czy wiecie, że „Katechizm polskiego dziecka” z 1912 r. „Kto ty jesteś? - Polak mały. Jaki znak Twój? – Orzeł biały”… zawiera też wersję dla „dziewczątek”: „– Kto ty jesteś? – Polka mała.– Jaki znak twój? – Lilia biała”... (fot. iStock) Z ciekawostek: czy wiecie, że „Katechizm polskiego dziecka” z 1912 r. „Kto ty jesteś? - Polak mały. Jaki znak Twój? – Orzeł biały”… zawiera też wersję dla „dziewczątek”: „– Kto ty jesteś? – Polka mała.– Jaki znak twój? – Lilia biała”... (fot. iStock)

Co najbardziej cieszy Polaków? - badania

Według badania Vienna Life i IMAS International, przeprowadzonego z okazji Dnia Dobrej Wiadomości w 2017 roku, najbardziej cieszy nas informacja o wyjeździe na urlop (31 proc.) lub o zwykłym odpoczynku i braku jakiejkolwiek aktywności (16 proc.). Kobiety w wolnym czasie chciałyby czytać książkę lub prasę (15 proc., mężczyźni – 5 proc.), młodsi wybierają chwile w gronie przyjaciół (16 proc.) oraz uprawianie sportu (14 proc.). Polacy po 55. roku życia wolą czynności związane z hobby (12 proc.), oglądanie telewizji, filmów lub meczów (8 proc.). Na trzecim miejscu w rankingu dobrych wiadomości znalazł się spacer na łonie natury (14 proc.).

W innym badaniu (z 2017 r.), przeprowadzonym dla marki Beckers, Polacy deklarowali, że kolorów ich życiu dodaje szczęście i zdrowie bliskich (72 proc.), na drugim miejscu znalazła się wygrana w totka (63 proc.), na trzecim – wyjazd na wakacje (53 proc.). Kolejne miejsca zajęły: nowe mieszkanie (43 proc.), sukces w życiu zawodowym (41 proc.), nowy samochód (38 proc.) i nowe ubranie, buty lub torebka (22 proc.).

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Koziorożec - materialista przez duże M

Koziorożec i rządzący nim Saturn każdemu niosą ważne zadania karmiczne. (fot. iStock)
Koziorożec i rządzący nim Saturn każdemu niosą ważne zadania karmiczne. (fot. iStock)
Od 22 grudnia Słońce świeci już w znaku Koziorożca. Zasada Koziorożca wieje chłodem na tyle konsekwentnie, że zamraża. Sprawia, że to, co zmienne, płynne, radosne kamienieje, zatrzymuje się, poważnieje. Archetyp ten wprowadza do zbiorowej świadomości pojęcie struktury, porządku, norm społecznych. Spróbuj mu się sprzeciwić, a znajdzie dla ciebie odpowiedni paragraf.

Twórca formy, struktury i reguł

Koziorożec to najbardziej namacalny konkret, odwrotność fiu bździu. Słowo „porządek” jest w swej istocie koziorożcowe. Archetyp ten określa życie zewnętrzne. Wibrującą energię zaklina w strukturę, temu co nieokiełznane nadaje formę, niezmierzonemu przypisuje stosowną miarę, nieokreślonemu przypina etykietę. Koziorożec świetlaną przyszłość, kuszącą niepewnością, zaplanuje i włoży w stosowne ramy. Porządnie skontroluje, ustalając właściwy tor biegu spraw. Lubi kalendarze, terminarze, arkusze Exela, tabelki, słupki, wykresy, kontrakty, umowy, którymi ogranicza siebie, innych oraz świat. Jest urodzonym przewodniczącym protokołu. Po co mu to? Dla przewidywalności, dla bezpieczeństwa.

Siła stabilności

Koziorożec kocha bezwzględność zasad, którym daleko od pojedynczego unikalnego człowieka. On, w swej prawdziwej naturze, jest wolny, bo każdego ranka rodzi się na nowo. Może w jednej chwili zmienić wszystko, wystarczy, że wejrzy w swoje wnętrze, by dobrą myślą i uczuciem pokolorować rzeczywistość na dowolny odcień różu. Koziorożec temu zaprzecza. On hołduje stałym rytuałom, jest esencją rutyny, jest ciężką powtarzalną monotonną pracą. Wierzy jedynie w to, co na pewno jest namacalne. Wydaje się, że takie podejście do życia mu się podoba. W tym jego ulubionym kieracie brak jest indywidualnego podejścia, przestrzeni dla różnorodności i pozwolenia, żeby każdy decydował o sobie. Koziorożec służy nadrzędnemu prawu, nade wszystko społeczności. Chodzi mu o większą całość, o porządek państwowy na przykład, o koncerny, korporacje, szczeble kariery, naukowe stopnie, dobro ogółu, interes firmy. Z lubością ustanawia prawa, normy, regulaminy. Są one niczym klamra, spinająca i kontrolująca przejawy życia. To Koziorożec wymyślił savoir vivre, językowe reguły oraz system kar.

Zagęszcza, koncentruje, krystalizuje

Koziorożec, jako dziewiąty znak, rozpoczyna końcową ćwiartkę Zodiaku. Metaforyczna droga rozwoju człowieka wkracza na ostatnią prostą. Poprzedzające Koziorożca znaki, krok po kroku, rozprawiły się z ludzkim ego i jego bolączkami. Ostatecznie Ryby, dwunasty znak, mają rozpuścić egzystencję w niebycie. Zanim jednak to zrobią, materia musi się maksymalnie zagęścić. Zakasując rękawy, robi to Koziorożec reprezentujący żywioł statycznej ziemi. Do akcji wkracza materialista przez duże M. Wszystkie dotychczasowe zasady zbiera w jedną niepodważalną strukturę. W tej części zodiakalnego koła, którą rozpoczyna Koziorożec, brakuje żywiołu ognia, który ma moc stwórczą, inicjującą, gorącą, niemożliwą do zinwentaryzowania. Ziemia zawsze studzi ogień – po ognistym Baranie w Zodiaku następuje materialny Byk, który uczy posiadania, tego co poprzednik zdobył z impetem, a egotycznego Lwa hamuje skromność Panny służącej przede wszystkim innym. Koziorożec natomiast mówi: „Nie przesadzaj” Strzelcowi, po którym się pojawia. Strzelec jest uosobieniem wszelkiej ekspansji i porywania się z motyką na słońce, ma też nieograniczone wewnętrzne wglądy. Koziorożec lęka się braku granic, boi się też tego, co kosmiczne. Jak Kozica jest niesamowicie wytrwały, żeby piąć się w górę. Powodują nim ambicje, by znaleźć się na szczycie społecznej drabiny. Niewiele mu potrzeba w tej wędrówce, skubnie trochę trawy, schrupie suchą gałązkę.

Asceta i pracoholik

Koziorożec to asceta i pracoholik, uwielbia się dobrowolnie wyrzekać. Można widzieć w tym rodzaj siły, jednak on tchórzliwie wsłuchuje się w odgłosy serca, zagłusza jego bicie pracą w imię jakiejś mozolnej idei. Przychodzi wreszcie moment, gdy tłumione impulsy biorą górę. Koziorożec wtedy staje się prostacki i prymitywny w swej lubieżności. Obejmuje swój przeciwległy biegun i jest nie do poznania. Do chwili, kiedy znowu stanie się zachowawczy, posypie sobie głowę popiołem i wypisze na sztandarze, że trzeba być moralnym. Mały procent obsady Koziorożca w horoskopie urodzeniowym objawia się w człowieku radosną niefrasobliwością, nieskrępowanym artyzmem, umiejętnością życia bez zegarka i reguł. Ktoś taki zwykle żyje na marginesie społeczeństwa i tylko od niego zależy, czy potraktuje to jak przekleństwo czy błogosławieństwo.

Saturn i energia kamienia

Koziorożec rządzi złowieszczą planetą Saturn, która posiada energię kamienia. Jest panem ograniczeń, hamulców. Symbolem konserwatyzmu, tradycji, status quo, obyczajności. Wyznacza stosowne miejsce i czas. Saturn to przecież Chronos, bóg władający zegarem. Czy jest coś bardziej metodycznego i bez uczuć? Koziorożec jest postrachem wszystkiego, co figlarne i zbędne, bo istnieje tylko dla przyjemności i tylko przez chwilę. Koziorożec jest długodystansowcem, królem stanów chronicznych. Jemu trudno jest cokolwiek puścić, mógłby się tego nauczyć od Ryb, władających mglistym Neptunem. Nie przepada za zmianami, które znowu są miłością Wodnika i Urana. Postępuje tak ze strachu. Saturn w horoskopie urodzeniowym to miejsce, wskazujące temat pracy terapeutycznej. Ważne jest w jakim znaku Saturn się zatrzymał w momencie narodzin i w jakim domu astrologicznym przebywa. Gdy to rozszyfrujemy, wiemy z czym należy iść do psychologa bądź życiowego doradcy.

Saturn, zasada Koziorożca, taki niby mocny, jest po prostu naszym największym lękiem. Im bardziej coś na zewnątrz mocne i twarde, tym wewnątrz bardziej trzęsie się jak galaretka. Archetyp Koziorożca to strażnik psychicznego progu. Oddziela to, czego najbardziej się boimy. A właśnie ta jakość najbardziej potrzebna jest nam do szczęścia, rozwoju, życia pełnią. W młodości jest brzemieniem, bo stawia opór, opóźnia, utrudnia. Saturn straszy tym, co zaklął w kamień. Mniej więcej do połowy życia można udawać, że tego problemu nie mamy. Z witalnością charakteryzującą młodzieńcze lata omijamy trupa. Ale około czterdziestki on i tak upomni się o swoje. Na jego bezwzględność można przecież liczyć. Gdy Saturn oddziałuje tranzytem, możesz poczuć, jakby ktoś otworzył drzwi zamrażarki. Wymiata wówczas z życia wszelkie oznaki nietrwałości, emocjonalności, bylejakości zamiecionej pod dywan pozorów. Zostawia tylko to, co ma trwałe fundamenty. Zostawia Prawdę. Jest jej wielkim nauczycielem i nie jest przez to lubiany. Podobnie jak Koziorożec, którego szanuje się za autorytet, powagę i za to, że jest wpływowy, ale się go nie kocha.

Gdy Słońce wchodzi w znak Koziorożca, obejmując rządy nad niebem, ma miejsce najciemniejsza najdłuższa noc w roku.
Największa ciemność pojawia się po to, by zajaśniało światło. Bo światłość nastanie dopiero wtedy, kiedy zmierzysz się z ciemnością. Ze swoim lękiem. Jak umrzesz w nim. Saturn jest planetą śmierci jako absolutnej manifestacji czasu. Uśmierca to, co nie jest twoje, najpierw obdarzając cię utrapieniem, wyrywając z wygody (Koziorożec i komfort nigdy nie chodzą w parze). Podobnie działa Skorpion, król egzystencjalnych kryzysów, który uczy skrajnych stanów psychicznych, zmuszając do zanurkowania w bolesne uczucia. Różnica między nimi polega na tym, że Koziorożec nie bawi się w głębię. On obnaża, ogałaca z fałszywej powłoki. Jest profesorem przedmiotu, który zwie się cierpliwość. W jej nauce brak mu wyrozumiałości, on w ogóle jest niezwykle surowy. W prezencie ma dla ciebie samotność, izolację, bezruch, rozstanie.
Gdy archetyp Koziorożca ma coś do powiedzenia w pył obraca się to, co nie jest prawdziwe.
Zostajesz na mroźnej pustyni, zostajesz z niczym. Czego się uczysz? Wytrwałości, koncentracji, powagi, odpowiedzialności. Dojrzałości. Saturn to lekcja dorosłości. To tak naprawdę zdolność do bycia samemu, kiedy znamy już swoją siłę, bo dotknęliśmy prawdy o sobie. To czystość i jasność. Najpierw jednak trzeba odrobić trudne koziorożcowe lekcje. Całkowicie je przyjąć, akceptując swój największy lęk. Wtedy czarna bryła węgla pod wpływem ciśnienia twojego cierpienia przemieni się w diament.

  1. Psychologia

Jak role pełnione w dzieciństwie przenoszą się na dorosłe życie?

Rodzina, często nieświadomie, przydziela nam pewne role. Wielu z nas odgrywa je później przez całe życie. (fot. Getty Images/ Gallo Images)
Rodzina, często nieświadomie, przydziela nam pewne role. Wielu z nas odgrywa je później przez całe życie. (fot. Getty Images/ Gallo Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Które dziecko ma najlepiej: najstarsze, średnie, a może najmłodsze? Czy jedynacy naprawdę są samolubni i trudni we współżyciu? Jakie realne profity mamy z posiadania siostry lub brata? Dlaczego, choć czasem ich nie cierpimy, to zawsze stajemy po ich stronie? I jaką rolę w tym wszystkim odgrywają rodzice? Wyjaśnia psychoterapeutka Ewa Chalimoniuk.

Czy jest prawdą, że rola, jaką pełnimy w rodzinie, przenosi się na rolę, którą pełnimy w społeczeństwie?
Jak poradzimy sobie w dorosłym życiu, w pewnej mierze wynika z tego, jaką pozycję zajmowaliśmy w rodzinie, ale to bardziej złożona kwestia. Pierwszy czynnik, który trzeba wziąć po uwagę, to kolejność urodzenia, drugi to płeć, a trzeci fakt, czy wszystkie dzieci w rodzinie były zdrowe i pełnosprawne. To wszystko składa się na naszą pozycję w rodzinnym domu.

Wiele się mówi o specyficznych cechach, jakie kształtują się w nas w zależności od tego, którym z kolei dzieckiem byliśmy w rodzinie.
Tyle tylko, że tych cech nie nabywa się automatycznie wraz z przyjściem na świat, tylko są one wzmacniane – lub nie – przez rodziców i proces zmian, jaki zachodzi w rodzinie. Na przykład pierwsze dziecko bardzo często ma cechy przywódcze i jest odpowiedzialne – a w dorosłości nawet nadodpowiedzialne – za innych. Jeżeli ponadto długo pełniło rolę jedynego dziecka w rodzinie, to złość i zazdrość, że przestało być najważniejsze, może spowodować, że ta jego odpowiedzialność nabierze cech władczości i kontroli. Rodzice w pewien sposób to wzmacniają, kiedy powierzają mu opiekę nad młodszym rodzeństwem. Już czterolatek może dostawać zadania potrzymania butelki z mlekiem czy poukładania zabawek, a starsze dzieci być oddelegowywane do pilnowania młodszych czy pomocy w lekcjach. Jeśli zadania są odpowiednie dla wieku dziecka, to jest to naturalne, a jednocześnie rozwojowe: wykształcają się w nim jakieś predyspozycje: bycia pomocnym, rozważnym czy kontrolującym. Jeśli dzieci zostają jeszcze za to pochwalone, to się tego uczą i stopniowo staje się to ich wyposażeniem w dorosłym życiu. Z perspektywy najstarszego dziecka wygląda zwykle tak: „Musiałem to małe wszędzie za sobą ciągnąć, stale się za mną pałętało”. Środkowe dziecko z kolei ma często doświadczenie bycia niewidzialnym, ale jednocześnie dzięki temu jest świetnym obserwatorem i negocjatorem, bo musiało nim być, by dogadać się ze starszym i młodszym rodzeństwem. W dorosłym życiu daje mu to nieocenioną umiejętność ogarniania całości, widzenia szerokoaspektowego, nie zero-jedynkowego, ale też mediacji, dogadywania się, współpracy. W wielu zawodach to się bardzo przydaje.

O najmłodszych mówi się, że im wszystko wolno, są wiecznymi dziećmi, zawsze ktoś im pomoże i zajmie się nimi.
Z kolei one same mówią, że czuły się zawsze nie tak dobre jak inni, bo nie mogły dogonić starszych. Zostaje w nich taki bolesny kawałek bycia wyłączonym z życia rodzeństwa, dopominania się o to, by być traktowanym poważnie. Starsi bracia, jeśli zabierali młodszego na boisko, to robili mu łaskę, poza tym nie wpuszczali go do swojego pokoju, musiał po nich donosić ubrania, mówili o nim pogardliwie „mały” – najmłodsi mają doświadczenia bycia lekceważonym. Z drugiej strony jest w nich poczucie, że cokolwiek by się działo, ktoś im pomoże. Taka ufność może być życiowym atutem.

Ale to nie jest cały obraz. Dochodzi chociażby płeć – chłopcy nadal zajmują w rodzinie zwykle wyższą pozycję niż dziewczynki, im się na więcej pozwala, wybacza psoty i nieposłuszeństwo. Mają więcej swobody.

Wracając do pierwszego pytania, w życie zawodowe czy związki wchodzimy z określoną pozycją, wyniesioną z domu: pozycją lidera, kozła ofiarnego, mediatora, niewidzialnego, wiecznego dziecka czy maskotki. Na ile ta pozycja wpływa na nasze podejście do życia, przekonałam się podczas warsztatów, jakie prowadziłam na temat rodzeństwa na Uniwersytecie SWPS. Wszyscy uczestnicy mieli się podzielić na grupy jedynaków, najstarszych, średnich i najmłodszych dzieci w rodzinie, z rozróżnieniem na płeć. I okazało się, że w grupie najmłodszych dziewczynek wszystkie są w związkach, co było na tyle wyjątkowe w stosunku do pozostałych grup, że w żadnej innej taka prawidłowość się nie powtórzyła. Wszyscy byliśmy zdziwieni, tymczasem one patrzyły zdziwione na nas: „Ale jak to? Miałabym być sama? Przecież zawsze ktoś będzie chciał ze mną być i się mną opiekować. Tak jest zbudowany świat”. Były przekonane, że znajdą partnera, przecież są tak cudowne.

W związkach chcemy odtworzyć sytuację z domu?
Nie robimy tego świadomie, szukamy tego, co już znamy, a znamy na przykład taką sytuację, że zawsze ktoś się mną opiekował albo że ja zawsze to robiłam. Dlatego też bardzo często najstarsze córki wchodzą w związki z jedynakami lub młodszymi braćmi, a najmłodsze z najstarszymi braćmi. Nieświadomie ten klucz gdzieś działa. Czy w życiu nam to później służy? Nie zawsze, bo nas nie rozwija. Na przykład jedynak, którego mama była na każde skinienie, może mieć żonę, która będzie dla niego jak mama, a nie żona. Ona z kolei zajmowała się wszystkimi w domu i teraz też nie wychodzi z tej roli… no, chyba że się zbuntuje.

Sama jestem jedynaczką. Rodzeństwo to dla mnie obszar nieznany i fascynujący. Jako dziecko marzyłam o tym, żeby mieć brata czy siostrę i z ciekawością obserwowałam znane mi rodzeństwa. Dla mnie to była mieszanka przyciągania i odpychania, wspólnych tajemnic, ale i częstych kłótni, miłości i nienawiści. Czy to jest reguła?
To, jakie relacje będzie ze sobą miało rodzeństwo zależy przede wszystkim od tego, w jakiej rodzinie dorastają dzieci. Ogromny wpływ na to, jak się będą układały losy sióstr i braci, mają rodzice. To, jak widzą dzieci, zwłaszcza na ile postrzegają je jako autonomiczne istoty, i to, jak się między nimi układa w parze. Na ile udało im się nie rozgrywać dziećmi jakiejś wewnętrznej walki między sobą, nie wciągać ich w sojusze przeciwko partnerowi, nie dzielić ich na „moje” i „twoje”. Przyciąganie i odpychanie, o których pani mówiła, ta miłość przeplatająca się z wrogością w relacjach siostrzanych i braterskich, mogą wynikać z różnych zaszłości i tego, jaką narrację na ten temat mieli rodzice. Czasem – nieadekwatnie do rzeczywistości – w domu jest podział na starsze dziecko i młodsze, mimo że jest między nimi różnica zaledwie roku czy dwóch, i wtedy to „starsze” dostaje obowiązki opiekuńcze wobec „młodszego”, mimo że samo jest jeszcze dzieckiem – z jednej strony ma z tego powodu gratyfikację w postaci bycia tym ważniejszym, z drugiej strony może cały czas zazdrościć bratu czy siostrze, że mają u rodziców fory.

Jeśli rodzeństwo nie jest w stanie w dorosłym życiu porozmawiać o tym w dojrzały sposób, uznać, że rodzice świadomie lub niezamierzenie „wrobili” nas w tę sytuację i napisać nową narrację na temat swojej relacji – to amplituda między miłością a nienawiścią może się utrzymywać przez cały czas. Ale niekiedy rzeczywiście nie da się tego od nowa poskładać. Bo rodzice nie są w stanie zmienić swojego zachowania, co przez postronnego obserwatora i jedno z dzieci może być postrzegane jako krzywdzące, lecz drugiemu wydaje się zupełnie naturalne. Na przykład ukochany synek dostaje mieszkanie, wsparcie finansowe, a siostra jest jakby osierocona i musi sobie radzić sama.

Rodzice są przekonani, że jej nie trzeba pomagać, bo ona i tak sobie świetnie radzi.
A synkowi ciągle coś się nie udaje, więc trzeba mu pomagać. Taki jest mit w tej rodzinie, mit, który nigdy nie został tak naprawdę zweryfikowany. Rodzice często patrzą na dzieci przez filtry, które nie zawsze są obiektywne. Tym bardziej warto w dorosłym życiu od nowa prześledzić historię własnego dzieciństwa i swojej relacji z rodzeństwem, ale ze świadomością, że każde kolejne dziecko rodzi się w innej rodzinie.

Nawet jeśli w tej samej?
Dzieci przychodzą na świat w jednej rodzinie, ale nigdy nie jest to ta sama rodzina. Wyobraźmy sobie parę, która niedawno się poznała, są w sobie po uszy zakochani i nagle dowiadują się, że będą mieli dziecko. Albo są wniebowzięci i szczerze cieszą się na tę zmianę, albo budują swoją relację na przekonaniu, że musimy być razem, bo przytrafiła się ciąża, albo myślą: „Wprawdzie nie planowaliśmy tego, ale to przypieczętuje nasz związek, który i tak mieliśmy zalegalizować”. Jak widać, w tym momencie dziecko już dostaje jakąś historię o tym, jak i po co przyszło na świat. Czy jest chciane, czy nie; czy pojawia się we właściwym momencie, czy nie – bo jego rodzice są na studiach i dziecko mieli raczej w odległych planach albo ojciec dziecka właśnie uległ wypadkowi, ma złamaną nogę i trzeba się nim opiekować.

Poza tym każde kolejne dziecko rodzi się w innej rodzinie nie tylko dlatego, że jest już na świecie jego brat czy siostra, ale też dlatego, że rodzice się zmieniają, a ich związek ewoluuje: najpierw to może być małżeństwo studenckie, potem młodzi z własnym mieszkaniem, natomiast przy narodzinach kolejnego dziecka jest już małżeństwo, w którym to on stracił pracę, a ona utrzymuje rodzinę. Czy zmarła babcia, która wcześniej matkowała dzieciom, by mama mogła kształcić się lub pracować. W każdej z tych sytuacji dziecko na dzień dobry dostaje inne wyposażenie.

Czy już wtedy pojawiają się pierwsze oczekiwania – jaką rolę to dziecko ma spełniać w rodzinie?
Tak, i czasem te oczekiwania stają się bardzo nieadekwatne do jego możliwości. Często słyszy się, że ta czy tamta dziewczyna złapała chłopaka na dziecko, bo już chciała być żoną. Wtedy dziecko – nawet jeśli w dobrej wierze – jest użyte po to, by stworzyć małżeństwo.

I jego rolą jest łączyć rodziców?
Niekoniecznie, bo związek rodziców może się już w tym czasie ukształtować. Niemniej jednak nawet jeśli rodzice są razem i są z tego powodu zadowoleni, fakt, że to dziecko do tego doprowadziło, sprawia, że ono ma już jakąś nieadekwatną rolę w rodzinie. Niektóre dzieci przeżyją tę sytuację jako wyróżnienie i podbije to ich ego, a dla innych może być to ciężar, który bardzo skomplikuje im życie.  Mogą też czuć się w obowiązku jednać zwaśnionych rodziców, kiedy się kłócą. Jest też mniej pozytywny wymiar takiej roli – kiedy na przykład matka, której bardziej zależało na związku, w sytuacjach kryzysowych szantażuje emocjonalnie ojca dziecka, mówiąc: „I co, swoją ukochaną córeczkę zostawisz?”. Dziecko jest używane do zatrzymywania ukochanego mężczyzny, jest „po coś”. I to jego życiowy bagaż. Ale każdy z nas jakiś ma.

Drugie dziecko pary przychodzi na świat w zupełnie innej rodzinie – rodzinie z małym dzieckiem.
Pierwsze dziecko mogło pełnić rolę łącznika między rodzicami, ale mogło też czuć się pępkiem świata, darem, który przydarzył się zakochanej parze. I nagle po dwóch latach temu królewiczowi lub królewnie rodzi się rywal: do miłości mamy, uwagi taty, ich czasu, do zabawek, do przestrzeni w pokoju. To dobrze i źle. Dobrze, bo rodzeństwo staje się dla niego takim poligonem, na którym uczy się bycia w relacji, tego, że czasem trzeba coś dać i z czegoś zrezygnować, żeby coś dostać w zamian – czyli z braciszkiem można się fajnie bawić w pociąg, ale trzeba będzie mu oddać też część zabawek. Źle, bo od teraz musi ciągle o coś i z kimś rywalizować. Co prawda dzieje się to w naturalny sposób i najczęściej w bezpiecznych warunkach, jeżeli rodzina jest bezpieczna, czyli kiedy rodzice mogą w każdej chwili wkroczyć i pogodzić strony. W konsekwencji do szkoły czy przedszkola dziecko wchodzi już z pierwszym doświadczeniem socjalizacji i nie przeżywa tak bardzo, że nagle musi się liczyć z innymi i że pani wychowawczyni jest nie tylko dla niego.

Bo z rodzeństwem można było to wcześniej przećwiczyć na „domowym ringu”…
Właśnie. Z drugiej strony jeśli rodzice będą rozwijać rywalizację między rodzeństwem i oceniać: „zdolny”, „mniej zdolny”, jeśli nie będą na tyle przytomni, by dostrzegać osobiste atuty danego dziecka, czyli to, co je wyróżnia, a nie co sprawia, że jest lepsze czy gorsze od swojego brata – naruszy to w nim bazowe poczucie wartości, a brata czy siostrę zamieni we wroga numer jeden. Łatwiej jest czuć wrogość czy złość w stosunku do brata niż do rodziców, stąd małe dzieci wszystkie frustracje, których doświadczają z powodu bycia odmiennie traktowanym, kierują przeciwko sobie, a nie na rodziców. Oczywiście czasem bezpośrednią przyczyną złości jest także rodzeństwo, bo jeżeli starsze dziecko nie potrafi pogodzić się z tym, że ma konkurenta do miłości rodziców, i bezkarnie terroryzuje młodsze, to maluch będzie odczuwał lęk i poczucie krzywdy, że nikt za nim nie staje. Albo na odwrót: jeśli starsze będzie musiało we wszystkim ustępować młodszemu i ze wszystkiego rezygnować, a mały będzie się panoszył, bo jemu wszystko wolno – to w starszym zrodzi się poczucie bezradności i krzywdy.

Ale tego chyba nie da się uniknąć?
Nie, to jest niemożliwe. Dlatego moja rada jest taka: to, że dzieci się ze sobą biją i kłócą, jest zupełnie naturalne. Małe kotki czy pieski też się bez przerwy podgryzają. Trzeba tylko zachować czujność, żeby nie widzieć ich konfliktów zero-jedynkowo, że któreś będzie zawsze pokrzywdzone, a któreś zawsze winne, bo to nigdy nie jest takie proste. Amplituda relacji między rodzeństwem jest zmienna: najpierw się kochają, a potem piorą, ale to jak najbardziej OK.

Poza tym jest szansa, że tej miłości z czasem zacznie być między nimi więcej.
To drugi największy profit z posiadania rodzeństwa. Oprócz tego, że jest ono naturalnym poligonem doświadczania relacji, to jak coś się złego w rodzinie dzieje, np. rodzice piją, to dzieci, nawet jeśli się kłócą, bardzo za sobą stają. Jak nie mają rodziców, którzy są dysfunkcyjni, i nie mogą na nich polegać, to mają przynajmniej brata lub siostrę. Czyli miłość, więź, bliskość. Sama pani przyznała, że tęskniła za rodzeństwem. Wszyscy tęsknimy za tym, żeby mieć się z kim bawić, z kim wymieniać swoje spostrzeżenia, komu ponarzekać na mamę i tatę. Grupa odniesienia jest nam bardzo potrzebna. W każdej rodzinie bywają kryzysy, ale jeśli w domu panuje otwartość na wyrażanie miłości, ale i złości, to brat czy siostra w takich kryzysowych sytuacjach mogą stać się prawdziwymi przyjaciółmi. Można im się zwierzyć z trudnych rzeczy, takich, o których się nie rozmawia z nikim innym. To poczucie, że nie jest się w tym samym, stanowi ogromną wartość. Brat czy siostra to ktoś taki jak ja, tylko mniejszy, starszy czy o trochę innym charakterze.

Genetycznie – najbliższy krewny.
Dlatego rodzeństwo zawsze będzie jakoś tam się kochać i jednocześnie walczyć ze sobą o pozycję w rodzinie, ważność, uwagę i miłość rodziców, ale z reguły będzie też wobec siebie lojalne. Jeżeli nawet w domu dzieci mają ze sobą na pieńku i mówią: „Ja go nie kocham, ja go nie chcę”, to rzadko się zdarza, żeby nie stanęły za sobą, gdy atakuje je ktoś obcy. To działa trochę na zasadzie: „Ja mogę bić mojego brata, ale jak go uderzy jakiś chłopak na boisku, to stanę w jego obronie”. Ta lojalność pozostaje, czasem na całe życie.

Nie musimy się z rodzeństwem lubić, bo nasze charaktery czy systemy wartości są tak różne, że trudno się ze sobą kolegować, także w dorosłym życiu, ale zawsze będziemy stawać po swojej stronie. A jak tej lojalności zabraknie, to zostaje wielkie poczucie winy. Choć trzeba zaznaczyć, że trudniej jest zbudować więź z rodzeństwem, gdy rodzice nastawiają dzieci przeciwko sobie i kiedy różnica wieku między dziećmi jest większa niż 7 lat. Wtedy rodzeństwo przez dłuższy czas nie ma ze sobą kontaktu mentalnego, tak jakby każde z dzieci było jedynakiem. Ale to może się zmienić w dorosłym życiu.

Porozmawiamy o jedynakach. W społeczeństwie mają raczej czarny PR: samolubni, egoistyczni… Nawet jeśli, to czy to do końca ich wina?
Jedynacy mają i dobrze, i źle. Dobrze, bo od małego pozostaje na ich wyłączność cała uwaga rodziców i są na wyjątkowej pozycji, w której nikt im nie zagraża, ale niosą też swój ciężar. Gdy rodzice zawodzą, to jedynacy są zupełnie pozbawieni wsparcia. Jeżeli brakowało im do zabawy kuzynów albo jeśli rodzice nie mieli tyle czasu czy możliwości, by zapewnić im stały kontakt z rówieśnikami, to wchodzą w okres przedszkolny i szkolny niewyposażeni w umiejętność radzenia sobie z rówieśnikami i muszą się tego uczyć. A to nie jest przyjemna nauka. Często już jako kilkulatki mają percepcję dorosłych lub są bardziej infantylne niż inne dzieci, bo dużo czasu spędzają z rodzicami i dziadkami, czują się więc przy dzieciach trochę nieadekwatnie – z jednej strony są lepsi, bo dojrzalsi od tych „maluchów”, z drugiej gorsi, bo mogą być mało samodzielni, słabo radzący sobie w różnych sytuacjach, nie umieją się odnaleźć w takich zabawach jak przepychanki, dają się wkręcać w różne sytuacje, biorą wszystko na poważnie. I na długi czas zostaje w nich ta tęsknota za rodzeństwem.

Czy mają z góry określoną rolę do pełnienia?
Niekoniecznie. Wszystko zależy od rodziców, którzy mogą dawać jedynakowi taki przekaz: „Masz przynieść chlubę domowi, bo mamy tylko ciebie”, ale mogą też wrabiać go w rolę najmłodszego, na zasadzie: „Nie wolno ci się usamodzielnić, zawsze masz być naszym dzieckiem”. Zwykle jak małżeństwo jest nieudane i w parze coś szwankuje, to dziecko bywa wciągane do koalicji z jednym z rodziców i na przykład chłopiec zostaje uwiedziony przez mamę przeciwko ojcu. Często dla takich chłopaków, którzy słyszeli od mamy: „Ty jesteś moim mężczyzną, jesteś lepszy od taty”, to duże obciążenie, któremu chłopiec nie umie sprostać. Z tego powodu ma wewnętrzny problem poczucia swojej realnej siły i wartości. Syn zdewaluowanego przez mamę ojca doświadcza utraty możliwości identyfikowania się z mężczyzną, który powinien być dla niego najważniejszy. Niestety, wielu ojców odsuwa się lub porzuca wtedy synów, zamiast o nich walczyć. Tacy chłopcy w dorosłości mogą borykać się ze swoją tożsamością, mieć tendencję do wchodzenia w związki trójkątne. Ale bywają też dziewczynki uwiedzione w kontrze do ojca czy dziewczynki uwiedzione przez ojca przeciwko matce, który powtarza im: „Teraz ty jesteś moją kobietą, jesteś fajniejsza niż mama”…

Jak widać, jedynacy mają przechlapane, bo z jednej strony są pępkiem świata, a z drugiej są wikłani w gry między małżonkami. Ale są też profity – jedynacy często mają predyspozycje do tego, by samemu sobie świetnie organizować czas, być ciekawymi sami dla siebie. Rzadko się nudzą, bo od zawsze musieli ubogacać sobie samotne spędzanie czasu, wymyślając, tworząc, poszukując nowych bodźców i wrażeń. Sporo z nich dzięki temu nieustannie robi wiele nowych rzeczy i cały czas rozwijają siebie i swoje życie.

Ale mają też poczucie, że ktoś inny nigdy nie zrozumie ich tak dobrze, jak oni rozumieją siebie. Bo nie było tego lustra w postaci rodzeństwa.
Tak, nie było z kim zweryfikować poglądu na swój temat. Jedynak ma tylko swój wizerunek siebie, pozytywny lub nie, i nie zawsze jest on prawdziwy. Ktoś, kto ma braci i siostry, może przejrzeć się w wielu oczach i szybciej się osadzić w sobie, stwierdzić: „O, taki jestem, a taki nie, to jest we mnie fajne, a to niekoniecznie, a to tylko mi się wydaje”. Jedynak dostaje feedback tylko od rodziców, stąd może mieć problem z ugruntowanym poczuciem własnej wartości. Może żyć długo w błędnym wyobrażeniu o sobie, zadawać sobie ciągle pytanie: „Czy ja jestem coś wart, czy tylko mi się tak wydaje?”.

Czyli najpierw poczucie satysfakcji: „Wow, coś mi się udało”, by zaraz potem pewność siebie zjechała w dół, bo może to nie jest prawda?
Tak, i te skoki bywają bardzo duże i frustrujące. Szczególnie jak ktoś miał rodziców, którzy nie dawali jasnych i prawdziwych komunikatów. Normalna, zdrowa sytuacja jest wtedy, kiedy mama dwulatka mówi:  „Super!”, kiedy maluch zbuduje wieżę z klocków, ale też mówi: „Wiesz, to już nie było fajne”, kiedy ten sam dwulatek w złości porozrzuca klocki po pokoju. Co innego matka, która zachwyca się wszystkim, co dziecko zrobiło. I to dziecko potem nie wie, czy to, co robi, jest wartościowe czy nie, bo nie dostaje adekwatnego feedbecku, zawsze jest „super”.  Na dodatek nie ma rodzeństwa, które by powiedziało: „E tam, matka cię zawsze chwali”.

Matki potrafią chwalić nieadekwatnie, ale też z lęku, że wychowają rozpieszczonego jedynaka, wszystko umniejszać. Cokolwiek by dziecko zrobiło, zawsze jakiś Kowalski zrobił to lepiej. Niektóre matki, nie tylko jedynaków, mają problem z separacją, uważają, że dziecko jest jakby częścią ich i nie ma autonomii. One wiedzą, co to dziecko czuje i jak podchodzi do pewnych spraw, bo one jakby były tym dzieckiem. Bardzo trudno się spod tego jarzma miłości wyrwać. Dlatego dobrze jest mieć u boku też ojca, babcię czy rodzeństwo, zobaczyć, jaka jest mama w stosunku do innych, i jak mnie widzą ci inni, by móc powiedzieć sobie: „Nie, nie zwariowałem, czuję coś innego niż mama mi wmawia”. Brak wieloobrazowego odbicia w oczach innych jest częstym deficytem jedynaków, stąd ich problem z opanowaniem swojego egocentryzmu i lekceważeniem innych osób.

Czyli: warto mieć rodzeństwo!
Ostatnio pojawiło się bardzo dużo filmów o rodzeństwie. Mój ulubiony to ten, w którym Agata Kulesza mówi do swojej siostry: „Jedna z nas na pewno musiała być adoptowana”, czyli „Moje córki krowy”, ale ciekawy jest też  film „Barany. Islandzka opowieść” o braciach, którzy nie rozmawiali ze sobą latami i jako dojrzali samotni mężczyźni podejmują współpracę w imię ważnej dla ich rodziny kwestii. Widocznie we współczesnym świecie, kiedy o bliskie relacje jest trudno, zaczynają być w cenie relacje rodzinne. I dobrze. Często słyszy się opinię, że rodzeństwo jest nam najbardziej potrzebne w dzieciństwie, kiedy kształtuje się nasz charakter, i na starość, kiedy rodzice już zwykle nie żyją, koleżanki mają swoje życie, a jeszcze dzieci wyjdą z domu i nie daj Boże mąż czy żona nas opuści. Rodzeństwo pozwala nie czuć się samotnym, mieć jakieś oparcie w drugiej osobie – osobie, która zna nas od małego.

Dlatego warto w dorosłym życiu porównać te wszystkie narracje z naszego dzieciństwa: naszą narrację, narrację siostry i brata, z cierpliwością, bez komentowania, że tak było lub nie. Być może wtedy perspektywa każdego z nas trochę się rozszerzy i stanie się bardziej plastyczna. Bliżej nam będzie do siebie i do zrozumienia, czemu mój brat czy siostra są tacy, jacy są, zobaczyć, że co innego ich ukształtowało.

Ewa Chalimoniuk certyfikowana psychoterapeutka PTP związana z Laboratorium Psychoedukacji w Warszawie. Prowadzi terapię indywidualną, rodzinną i grupową. Specjalizuje się w pracy z osobami po stracie i z doświadczeniem traumy.

  1. Psychologia

Czy masz odwagę zmieniać swój charakter? Dlaczego warto to robić?

Nasze cechy charakteru nie muszą być wyznacznikiem na całe życie. Warto pracować nad ich zmianą, jeśli jest nam ze sobą niewygodnie. (fot. iStock)
Nasze cechy charakteru nie muszą być wyznacznikiem na całe życie. Warto pracować nad ich zmianą, jeśli jest nam ze sobą niewygodnie. (fot. iStock)
Nie bój się porzucić człowieka, którym jesteś, na rzecz człowieka, którym chcesz być. To ukoronowanie skutecznego działania.

Magda ma 29 lat, jest z wykształcenia filologiem, pracuje w firmie importującej środki chemiczne. – Rok temu spotkałam kolegę z liceum – opowiada. – To był zawsze taki typ clowna – leń i zgrywus. Tymczasem teraz robi doktorat, ożenił się, buduje dom. Nie mogłam uwierzyć, że to ten sam człowiek. Co się stało ze „starym” Piotrem albo raczej: skąd się nagle wziął ten nowy? Dało mi to do myślenia, a wręcz wytrąciło mnie z równowagi. Ja też tak chcę!

Kto powiedział, że całe życie masz być tą samą osobą? Coś ci się w sobie nie podoba, zmieniaj się do woli! Zwłaszcza jeśli zmiana ma dotyczyć złych nawyków, które utrudniają ci życie. Pomyśl: skąd pewność, że właśnie teraz jesteś prawdziwą sobą, może musisz ją dopiero odkryć…?

Jaka jesteś? - Często mylimy prawdę o sobie z wymyślonym wizerunkiem

Zacznij od tego, kim jesteś dziś. Z wymienionych poniżej określeń wybierz i zakreśl kluczowe cechy swojego charakteru: miła, ładna, mądra, przyjacielska, rozsądna, punktualna, pracowita, prawdomówna.

To, co przed chwilą zrobiłaś, to nie jest twój portret, tylko twoja wizja samej siebie. Nie jesteś taka, ty tylko tak siebie widzisz. Nauczyłaś się i przyzwyczaiłaś tak siebie postrzegać. Te cechy automatycznie z siebie wydobywasz, jesteś biegła w ich używaniu. Tak o sobie myślisz, ale czy wiesz, na ile jest to zgodne z prawdą? Każdy z nas – w zależności od wypadkowej wielu zmiennych w rodzaju: okoliczności, bieżących rezerw psychicznych, kondycji fizycznej i zdrowotnej, aktualnego paradygmatu postrzegania sytuacji, siły motywacji – wykazuje najróżniejsze cechy, czasem nawet takie, których w ogóle nie kojarzy ze sobą, jak: agresja, zrzędliwość, upór, złośliwość, egoizm.

Magda: – Do siebie nie ma człowiek takiego dystansu, ale patrzyłam kiedyś na mojego męża. Kiedy ma umyć samochód, to aż kipi energią. Jest taki zorganizowany i pełen wigoru. Lubi o sobie mówić, że niczego nie zostawia na ostatnią chwilę, i rzeczywiście nie zostawia.

Mąż Magdy wyraźnie unaocznia psychologiczną prawdę: Jesteś taki, jaki myślisz, że jesteś. Zachowujesz się zgodnie z wizją siebie samego. W każdym jest wszystko: odwaga i tchórzostwo, pewność siebie i nieśmiałość, wrażliwość i grubiaństwo. To od nas zależy, na co nastawimy reflektor własnej uwagi. Cechy, na których się skupiamy, silniej wykształcamy, czyniąc z nich filary postrzegania siebie, a inne „leżą odłogiem”. Niektórych używamy nawykowo, innych bardzo rzadko. Dlatego, jeśli chcesz być szczęśliwa, nie blokuj się myślą, że pewne cechy są ci dane, wdrukowane, trwale zaszczepione. Ludzie się zmieniają. Jaskrawym przykładem jest realizacja roli ojca. W pierwszej relacji z dzieckiem mężczyzna może być archetypem złego rodzica, podczas gdy w nowej relacji z kolejnym dzieckiem staje się nagle mądrze kochającym ojcem. Mówimy, że ludzie się zmieniają, ale w rzeczywistości chodzi o to, że przeformatowali wizję samych siebie. Jeśli zgadzasz się z poglądem, że człowiek nie musi być całe życie uwięziony w jednej osobowości, że ma prawo porzucić swoją starą wersję dla nowej, lepszej – możesz zrobić kolejny krok.

Porzuć swoją starą wersję i stań się tym, kim chcesz

– Moim wielkim życiowym celem jest poprawa relacji z bratem – stwierdza Magda. – Dręczę się tym od lat, ale do tej pory nie umiałam ruszyć z miejsca. Grzebałam się wciąż w przyczynach tego stanu rzeczy, w urazach i próbach zmiany zachowania brata. Wiedziałam, oczywiście, że sporo winy jest po mojej stronie, w końcu zrozumiałam, że zmiana musi zacząć się ode mnie. No dobrze, tylko od czego zacząć?

Z perspektywy skutecznego działania droga do zmiany osobowości wiedzie poprzez twój osobisty cel. W przypadku Magdy wizja jest jasna: dobre relacje z bratem. Ty, jeśli już umiesz odróżniać wizje od toksycznych fantazji, wybierz jedną, najbliższą ci dziś wizję. Co byś chciała skutecznie zrealizować w swoim życiu? Wybierz jedną rzecz. Teraz następny krok: zapomnij, że ten cel dotyczy ciebie. Stań z boku i odpowiedz na pytanie: Jaka osoba może to osiągnąć? Zachowaj się jak pracodawca czy dyrektor castingu. Osoby o jakich cechach szukasz? Potraktuj ten problem abstrakcyjnie i wypisz te cechy. W ten sposób stworzysz portret psychologiczny osoby, która bez trudu osiągnie cel, który wybrałaś.

Magda: – Po zadaniu sobie pytania, kto skutecznie poprawi relacje z bratem, wypisałam: „ktoś tolerancyjny, nieoceniający, ale słuchający; ktoś, kto pierwszy podejmuje kontakt; ktoś, kto w ogóle wie, w jakiej rzeczywistości żyje jego brat; ktoś umiejący zamknąć za sobą drzwi przeszłości; ktoś chwalący się bratem, chętnie pokazujący go znajomym; ktoś lubiący i akceptujący ważne dla niego sprawy”.

Kiedy przestajesz myśleć w kategorii: „co JA muszę zrobić”, a zaczynasz zadawać sobie pytanie: „Co TRZEBA zrobić?”, od razu widzisz, czego do tej pory zaniechałaś.
Kolejny krok to hierarchizacja. Wybierz jedną, twoim zdaniem kluczową, cechę, która skutecznie umożliwi realizację wyznaczonego celu. Ponownie zapomnij o sobie. Myśl abstrakcyjne o problemie, a nie o swoim przypadku. Jakie konkretne zachowania trzeba podjąć, żeby w sobie tę cechę rozwinąć? Nie jest ci potrzebna żadna fachowa wiedza. Ty to wiesz. Wyobraź sobie, że chcesz wychować dziecko, żeby wyraźnie tę cechę manifestowało.

Magda: – Cecha, która według mnie jest bardzo pożądana w relacjach z tak trudnym i tak nieodpowiedzialnym człowiekiem jak mój brat, to tolerancja. Co bym robiła, gdybym u kogoś miała rozwinąć tolerancję? Starałabym się, by poznawał kultury i religie inne niż moja. Poszerzyłabym jego środowisko społeczne o ludzi, z którymi do tej pory się nie zadawał. Sprawiłabym, by słuchał zamiast mówić. Pytał, dlaczego, a nie mówił, że to głupie. Oglądał filmy, czytał książki, nie odrzucał czegoś tylko dlatego, że to nie jego klimaty. Zainteresował się czymś kompletnie nowym. Potem przełożyłam to na swój przykład. Zaczęłam od tego, że kupiłam pismo na temat motorów i je przeczytałam od deski do deski.

Zmiana jednej cechy charakteru może przynieść ogromne korzyści

Mimo że jeszcze długa droga przed tobą, jeśli teraz zaczniesz powoli robić coś, aby wypielęgnować w sobie jedną wybraną cechę, to z czasem wyraźnie przełoży się to na realizację celu.

Magda: – Przez lata przerażała mnie myśl: „Muszę wreszcie naprawić kontakty z bratem”. To mnie przytłaczało. Skupiłam się na podniesieniu u siebie poziomu tolerancji i dobre relacje przyszły same. Po prostu idąc do brata, nie odczuwam już żadnego napięcia. Jest dziś u nas w domu częstym gościem. To może dla kogoś nic wielkiego, ale dla mnie to całkowita zmiana mojego życia. I na dodatek wiele osób mi mówi, że się zmieniłam. Jestem weselsza, bardziej cierpliwa, spokojniejsza, pomysłowa – słowem: inna. Ja też to czuję. Skuteczna rewolucja w osobowości, a co za nią często idzie – rewolucja w życiu, nie musi być związana z napięciem. Zacznij od jednej cechy i po prostu sprawdź, co się stanie. Powodzenia!

  1. Psychologia

Jakie są twoje największe atuty? Ćwiczenie poprawiające nastrój

Już kilka minut skupienia na własnych talentach i predyspozycjach albo rozmowa na ich temat z przyjaciółmi czy terapeutą poprawia samopoczucie oraz redukuje objawy depresji. (Fot. iStock)
Już kilka minut skupienia na własnych talentach i predyspozycjach albo rozmowa na ich temat z przyjaciółmi czy terapeutą poprawia samopoczucie oraz redukuje objawy depresji. (Fot. iStock)
Nagły spadek nastroju? Czujesz, że zapadasz się w dół? Sięgnij do swoich mocnych stron. Masz je jak każdy. Psycholog pozytywny Jolanta Burke zaprasza do ćwiczenia.

Smutna, sfrustrowana, zmęczona... mimo, że uważam się za szczęśliwą osobę, od czasu do czasu zdarza mi się popaść w stan przygnębienia. Przytrafia mi się to zwłaszcza po maratonie ciężkiej pracy, prowadzenia domu i dbania o to, aby w burzy życia znaleźć czas dla rodziny i przyjaciół. Za każdym razem, kiedy czuję, że nad moją głową zaczynają się zbierać czarne chmury, porzucam chwilowo to co robię, biorę notes i idę do najbliższej kawiarni na kawę. Przy kubku aromatycznego napoju staram się zanurzyć w ciepłą kąpiel z dobrych myśli na swój temat.

Badania pokazują, że już kilka minut skupienia na własnych talentach i predyspozycjach albo rozmowa na ich temat z przyjaciółmi czy terapeutą poprawia samopoczucie oraz redukuje objawy depresji nawet do dwóch miesięcy. Poza tym, jak już raz zdasz sobie sprawę ze swoich mocnych stron, w przyszłości, w podobnych momentach zwątpienia, wystarczy jedynie sobie o nich przypomnieć, a dobry nastrój powróci.

24 atuty według Martina Seligmana i Christophera Petersona

Po latach badań, psychologowie Martin Seligman i Christopher Peterson z Uniwersytetu w Pensylwanii opracowali katalog 24 sił charakteru, które można przyporządkować sześciu głównym cnotom:

Odwaga:

Witalność - do wszystkiego podchodzisz z podekscytowaniem. Traktujesz życie jak przygodę i rzucasz się w jego wir pełen energii.

Dzielność
- cechuje cię spora odwaga. Nie straszne ci wyzwania, problemy ani nawet ból. Zawsze mówisz, co myślisz bez względu na konsekwencje.

Prawość
- pogardzasz hipokryzją. Prawda ma dla ciebie najwyższą wartość.

Wytrwałość - zwykle kończysz to, co zacząłeś, pomimo przeciwności.

Humanitaryzm:

Dobroć
- lubisz dzielić się z ludźmi, tym co posiadasz. Zwłaszcza jeśli potrzebują twojej pomocy.

Miłość
- doceniasz bliskie relacje z ludźmi, często okazując im troskę i uczucie.

Inteligencja społeczna - rozumiesz, co czują inni, instynktownie wiesz, jak postępować w różnych sytuacjach i jakiej spodziewać się reakcji.

Umiar:

Skromność i pokora
- nie uważasz się za nikogo nadzwyczajnego. Wolisz przebywać na drugim niż na pierwszym planie.

Samoregulacja
- jesteś zdyscyplinowany i panujesz nad swoimi pragnieniami i emocjami.

Rozwaga
- nie podejmujesz niepotrzebnego ryzyka, najpierw rozważasz wszystkie opcje.

Wielkoduszność i miłosierdzie
- przebaczasz tym, którzy cię skrzywdzili. Zawsze dajesz ludziom drugą szansę.

Mądrość i wiedza:

Zamiłowanie do zdobywania wiedzy - opanowywanie nowych umiejętności i pogłębianie wiedzy sprawia ci wielką przyjemność.

Perspektywa
- na życiowe problemy patrzysz z innej perspektywy niż inni. Ludzie wokół ciebie cenią twoje mądre rady.

Twórczość
- masz oryginalne podejście do życia, myślisz w sposób niekonwencjonalny, często posiadasz artystyczne umiejętności.

Ciekawość
- interesujesz się wieloma rzeczami, lubisz wszelkie nowości.

Otwartość umysłu - cechuje cię krytyczny umysł, potrafisz ocenić, co jest dla ciebie dobre, a co złe.

Sprawiedliwość:

Bezstronność
- traktujesz wszystkich na równi, każdego obdarzając kredytem zaufania.

Zdolność do współpracy
- lubisz pracować w zespole i jesteś lojalny w stosunku do grupy.

Zdolność do przewodzenia grupie - masz umiejętność mobilizowania innych do pracy na rzecz wspólnego dobra.

Transcendencja:

Nadzieja
- oczekujesz, że przyszłość niesie wszystko co dobre.

Wdzięczność
- jesteś wdzięczny za to co masz i kim jesteś. Chętnie okazujesz też wdzięczność innym.

Docenianie piękna i doskonałości
- jesteś w stanie dostrzec urodę i harmonię wokół siebie.

Duchowość
- wierzysz w siłę wyższą i przeznaczenie. Przeczuwasz, że wszechświat ma głębszy sens.

Humor - lubisz się śmiać i potrafisz wywołać uśmiech na twarzy innych ludzi.

Moje siły to…

Jeśli chcesz szybko poprawić sobie samopoczucie, z podanej listy wybierz 5–10 sił, które cię najlepiej opisują. Możesz to zrobić na kilka sposobów:
  1. Przypomnij sobie dokonania, z których jesteś szczególnie dumny. Zastanów się, jakich sił charakteru użyłeś, aby osiągnąć sukces. Na przykład jeśli udało ci się zrzucić kilka kilogramów, najpewniej przydała ci się samokontrola. Pomyśl teraz o innych, podobnych sytuacjach. Jeśli okaże się, że częściej korzystasz z samokontroli i sprawia ci to przyjemność, możesz ją uznać za swoją siłę charakteru.
  2. Zastanów się nad wszystkimi siłami charakteru i wybierz wśród nich pięć, na myśl o których czujesz przypływ energii, których chciałbyś doświadczać jak najczęściej i które najlepiej cię odzwierciedlają.
  3. Zapytaj znajomych i rodzinę o to, jakie siły – ich zdaniem – najlepiej cię charakteryzują.
Moje trzy główne siły charakteru to zamiłowanie do uczenia się, wytrwałość i dobroć. Ostatnio na przykład zapisałam się na kurs szermierki. Mimo że nie przyda mi się ona do pracy, mam nadzieję, że pomoże mi poprawić równowagę, koncentrację i refleks. Uwielbiam się uczyć ciekawych rzeczy i jestem podekscytowana moim nowym kursem.

Sądzę, że jestem też dość wytrwała i łatwo się nie poddaję. Kiedyś dostałam wspaniały przepis na ciasteczka czekoladowe. Niestety, mimo starań, ciągle mi się nie udawały. To mnie jednak nie zniechęciło. Kupiłam inny gatunek mąki i spróbowałam po raz kolejny. Za czwartym razem wyszły idealnie. Udoskonaliłam ten przepis tak bardzo, że znajomi uznają teraz czekoladowe ciasteczka za moje popisowe danie. Najzabawniejsze, że największą frajdę miałam właśnie wtedy, gdy ciągle mi się nie udawały, bo mogłam korzystać z jednej z moich sił charakteru.

Inną siłą, dającą mi równie tyle przyjemności, jest dobroć. Kilka tygodni temu postanowiłam zostać wolontariuszem w schronisku dla bezdomnych. Po kilku godzinach ciężkiej pracy, pomimo zmęczenia, czułam się wspaniale. Pomaganie innym dodało mi energii i uszczęśliwiło na dobrych kilka godzin. Nawet na samo wspomnienie tamtego dnia od razu poprawia mi się samopoczucie.

Przez następny miesiąc postaraj się jak najczęściej myśleć o swoich siłach charakteru. Zaproś przyjaciół na wieczorne dyskusje o tym, co was wszystkich najlepiej określa. Przekonasz się, jak wiele da wam to energii. W kolejnym odcinku cyklu przeczytasz, co możesz zrobić, aby zatrzymać ją jak najdłużej.

  1. Psychologia

Co wspólnego ma czytanie z gwiazd z psychologią?

Fot. iStock
Fot. iStock
Dla wielu z nas czytanie horoskopu to rytuał i czysta rozrywka. Część znajduje w nim jednak konkretne wskazówki, a wręcz przepowiednie. Doktor Piotr Piotrowski, filozof i astrolog, twierdzi, że horoskop ma się tak do człowieka jak zdjęcie rentgenowskie do organizmu: pokazuje jego wnętrze. Co wspólnego ma czytanie z gwiazd z psychologią – stara się ustalić Katarzyna Droga, zodiakalna Lwica.

Czym różni się horoskop profesjonalny od popularnych horoskopów publikowanych w gazetach? Horoskopy w gazetach mają się tak do profesjonalnych jak psychotesty w kolorowych magazynach do psychologii akademickiej. Są formą rozrywki, to bardziej dyscyplina dziennikarstwa niż astrologii. Natomiast horoskop profesjonalny, który stawia się konkretnej osobie, to obraz psychiki człowieka. Symbolicznie zapisana mapa nieba, która ma się tak do człowieka jak zdjęcie rentgenowskie do organizmu: pokazuje jego wnętrze.

Horoskop mówi, do czego człowiek jest przeznaczony, z jakim potencjałem się rodzi i jak może ten potencjał wykorzystać. U źródła tego poglądu leżą dwa założenia filozoficzne. Pierwsze, autorstwa Heraklita z Efezu, że charakter jest przeznaczeniem człowieka. Drugie, stoicko-hermetyczne „jak na górze, tak na dole”, że istnieje pewien rodzaj homologii kosmicznej pomiędzy tym, co się dzieje na niebie, a tym, co się dzieje na ziemi. Niebo odzwierciedla naszą psychikę, ona z kolei determinuje nasze wybory, wybory określają drogę życiową, więc również i to, co nam się przytrafia, a co identyfikujemy często jako los.

Los zapisany w gwiazdach kojarzy się z odebraniem człowiekowi wolnej woli. Jeżeli planety potraktujemy jako symbole naszej psyche, zaś horoskop jako mapę, to poznając go, zyskamy samoświadomość, która pozwoli podejmować optymalne decyzje. Poznanie przeznaczenia, korespondencji nieba i ziemi nie wyłącza wolnej woli. Wolna wola jest immanentną częścią nas samych i żaden astrolog nas z tego nie zwolni.

Sesje, które prowadzę, raczej pokazują możliwości, to, co ktoś może, a nie "powinien" czy "ma" zrobić. Na przykład okres, kiedy Uran przechodzi przez descendent, może być odbierany jako czas rozwodów. Ale możemy rozwodzić się na różne sposoby, niekoniecznie z partnerem. Może rozwiedziemy się ze złudnym wyobrażeniem na temat tego partnera? I to też będzie doświadczenie rozwodu, lecz nie w sensie destruktywnym.

Dlaczego tak właśnie działa Uran? Skąd wzięły się takie, a nie inne właściwości planet? Atrybuty i przyporządkowanie planet to oczywiście część tradycji. Nazwy planet pochodzą z mitologii rzymskiej, wpływały na nią wcześniejsze mitologie, a z psychologii głębi Junga wiemy, że mity są pewną projekcją umysłu, symboliką wyprodukowaną przez psyche. Kiedy dawno temu ktoś widział na niebie czerwoną gwiazdę, łączył ją z krwią; jeśli z krwią, to z przemocą; jeśli z przemocą, to i z wojną, z narzędziami wojennymi i tak dalej. Ten łańcuch znaczeń skojarzył ostatecznie Marsa z symbolem wojny, złości, seksualności i popędliwości.

Nieco inną historię mają planety nowożytne, odkryte później. Na przykład Uran. Odkryto go w roku 1781, w trudnym, agonalnym okresie dla astrologii, bo wkrótce po tym zamknięto ostatnią katedrę na Uniwersytecie w Salamance. Uran był tą planetą, która wywróciła cały porządek siedmioplanetarnego kosmosu do góry nogami. Okazało się, że planety widoczne gołym okiem, stanowiące w wyobrażeniu kosmologicznym starożytności i średniowiecza zamkniętą całość, nie są jedynymi ciałami niebieskimi w Układzie Słonecznym. Pojawienie się Urana po prostu zburzyło to wyobrażenie, dlatego wiąże się z rewolucją, z odwróceniem porządku i nowymi wartościami.

Dlaczego dla wykreślenia horoskopu ważne są miejsce, data i godzina urodzenia człowieka? Współrzędne geograficzne są potrzebne, by odtworzyć "fotografię nieba" w momencie urodzin. A godzina – bo potrzebujemy wyznaczyć początek horoskopu, czyli punkt, który nazywa się ascendentem. On zaś zależy od dobowego ruchu ziemi, punktu, który w chwili narodzin wschodzi na ekliptyce. Godzina urodzenia powinna być podana z dokładnością do czterech minut, liczy się tu moment pierwszego oddechu, chwila, kiedy dziecko wchłania w siebie energię kosmiczną.Niezależnie od tego, jaka była ciąża, czy poród wywoływany, czy cesarski, bierzemy pod uwagę pierwszy oddech.

Co można odczytać na podstawie takiej własnej mapy? Bardzo wiele. Profesjonalny horoskop dzieli się na 12 części, które nazywamy domami. Ascendent, czyli początek pierwszego domu, pokazuje naszą indywidualność, talenty i główny motyw życia. Zaś każdy następny dom symbolizuje poszczególne sfery życia, w skrócie: drugi dom – pieniądze, trzeci – rodzeństwo i edukację, czwarty – rodzinę, piąty – dzieci, szósty – zdrowie, siódmy – partnerstwo, ósmy – śmierć, dziewiąty – dalekie podróże, 10. – karierę i pracę, 11. – przyjaciół, 12. – wrogów.

Jeśli na przykład ktoś ma Marsa w siódmym domu, to znaczy, że partnerstwo i związki będą dla tej osoby polem walki. Można to czytać na różne sposoby: że ktoś przyciąga partnera, który prowokuje do walki albo sam wznieca konflikty. A jeśli ktoś ma Marsa w 10. domu, w obszarze działalności zawodowej, energia popędliwości posłuży do pięcia się po szczeblach kariery. I co ważne: każdy horoskop jest niepowtarzalny, bo układy planet są niepowtarzalne. Nie ma dwóch takich samych horoskopów, mogą być podobne, ale nigdy identyczne. Nie ma więc takich, które pasują do wielu osób.