1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Ona ma dzieci, on ma portfel. Idzie konserwatywna rewolucja

Ona ma dzieci, on ma portfel. Idzie konserwatywna rewolucja

Ilustracja Rafał Kucharczuk
Ilustracja Rafał Kucharczuk
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Kobiety nie chcą już pracować na dwa etaty, ale do partnerstwa w związkach ciągle daleko. Kiedy więc klimat społeczny i rozwiązania prawne ułatwiają im decyzję, rezygnują z pracy i zostają w domu. Konserwatyści każą nam wierzyć, że to najlepsze rozwiązanie. Ale czy może wtedy być mowa o równości  w rodzinie? A co, jeśli związek się rozpadnie? Kiedy dzieci dorosną? Co na tym zyskujemy, a co tracimy? Jakie podejmujemy ryzyko?

Umawiamy się na niedzielny obiad, dzieciaki rozkładają talerze, nakładają kurczaka, ziemniaki, sałatkę. Joanna, 46-latka z Warszawy, uczy syna i córkę obowiązków domowych. – Matka nie jest służącą – powtarza. Ma dla nich dużo czasu, może cierpliwie tłumaczyć, zachęcać, bo od kiedy się urodzili, nie pracuje.

Najpierw miała zostać w domu z synkiem na pierwsze dwa lata, jednak zaszła w drugą ciążę i została na kolejne dwa. W planach wciąż jednak był powrót do pracy, Joanna była samodzielna, zdolna, świetnie zarabiała. Przerwa w pracy miała być chwilowa. Jednak trwa od sześciu lat. Zanim Joanna po dwóch latach spędzonych z córką zdążyła rozejrzeć się za nowym zawodowym wyzwaniem, coś się zmieniło. Przede wszystkim ona – kiedyś liberalna światopoglądowo, teraz w wiecznie żywych światopoglądowych debatach zajmuje stanowisko na prawo. Na procesję może pójść, na czarny protest na pewno nie. – Zrobiłam się konserwatywna – przyznaje. Zmieniło się jej podejście do życia. Już nie praca, której oddawała się z pasją, jest najważniejsza. Od kiedy urodziła dzieci, to one stały się sensem. – Muszę się nimi zająć – mówi. – Ich rozwojem, edukacją.

Dzieci rzeczywiście potrzebują wsparcia, jednak Joanna mogłaby to pogodzić z pracą, gdyby chciała. Rzecz w tym, że nie chce, uważa, że wtedy coś zaniedba i że od jej obecnej koncentracji na dzieciach zależy to, jakie będą miały życie. – Dopóki mój mąż może na nas zarobić, ja zajmę się dziećmi, bo to jest inwestycja w ich przyszłość – mówi. A ona, jej życie? – Nie czuję, że coś tracę, uważam, że dobrze wybrałam – odpowiada.

Małgorzata jest wciąż zmęczona. Ma 36 lat, studia na prywatnej uczelni. Niedokończone, bo przerwała je najpierw na podróże, a potem na dwa porody i pierwsze lata opieki nad dziećmi. – Muszę zadbać o dom, o dzieci, a wieczorem padam na twarz – wylicza na dowód, jak bardzo jest zajęta. Przyznaje, że ją wykańczają też crossfit, joga i bieganie, które intensywnie trenuje.

Nie musi sprzątać sama, płaci za to komuś innemu. Nie musi sama zajmować się dziećmi, bo ma nianię. Dzięki temu może tak zorganizować czas, żeby zadbać o ich rozwój i niczego nie przegapić. W pierwszym roku życia zabierała je na bobomigi. – Świetna metoda wspierająca rozwój – zachwala. Polega na tym, że dorosły kontaktuje się z dzieckiem za pomocą gestów na wzór języka migowego, dzięki temu dziecko może pokazać, że pada deszcz, chociaż jeszcze nie umie mówić. Woziła je też na zajęcia umuzykalniające dla najmłodszych do trzech lat. Zabierała do fizjoterapeuty, który uczył, jak układać maluchy przy raczkowaniu, żeby wydobyć z nich talenty.

Nie pracowała nigdy. Nie musiała i nie chciała. W czasie rozmowy wyrywa jej się, że zawsze wiedziała, że to mąż będzie zarabiał na dom, dlatego chciała znaleźć człowieka, który umie to zrobić. I znalazła. Małgorzata uważa, że ma szczęśliwe małżeństwo, jest tylko jedna rzecz, która jej przeszkadza – mąż dużo pracuje, rzadko bywa w domu i właściwie tylko ona zajmuje się dziećmi.

– Jego wszyscy pytają o ostatnie kontrakty, a mnie, jak tam dzieci – mówi zniesmaczona Magda, 50-latka, niepracująca żona dobrze zarabiającego grafika. – Przecież ja też mam zainteresowania, czytam, oglądam, słucham, ale nawet dla bliskich znajomych jestem już tylko matką.

Jednak nie pracuje z własnej woli, tak wybrała. Mówi, że musi. Ma troje dzieci, jedno z ADHD, więc trzeba się nimi zająć. – Tylko dlatego nie pracuję – podkreśla. Uważa, że ma potencjał, talent, że byłaby dobrą architektką, ale dostała w życiu inne zadanie. Nie narzeka, skupia się na nim. Rodzina to dla niej największa wartość, mówi o tym otwarcie, choć wie, że nie każdy taką deklarację przyjmuje z szacunkiem.

Kobiet, które z własnego wyboru nie pracują, jest w Polsce dużo. Jak mówią ekonomiści – za dużo. Biernych zawodowo jest aż 4 mln Polek w wieku 20–64 lata. 37 proc. z nich uzasadnia to obowiązkami rodzinnymi.
(raport Deloitte „Ukryty potencjał polskiego rynku pracy. Kobiety nieaktywne zawodowo”).
Inne badania przeprowadzone przez Biuro Rzecznika Praw Obywatelskich na temat godzenia ról rodzicielskich z zawodowymi pokazują z kolei, że mimo popularyzacji feminizmu i postulatów równościowych Polacy wciąż są przekonani, że zadaniem kobiety jest wychowywanie dzieci, a mężczyzny – zarabianie na dom. Ten wciąż żywy stereotyp był jednym z powodów, dla których ojcowie nie korzystali z dłuższych niż dwa tygodnie urlopów opiekuńczych po narodzinach dziecka. Ci, którzy brali udział w badaniu, mówili o presji, jaką wywierają na nich pracodawcy. „Mój pracodawca ma zakorzenione stereotypy. Jak mówię, że idę do domu z dzieckiem posiedzieć, bo żona wychodzi, to on mówi: Niech bierze dziecko, od czego ona jest? Ma siedzieć w domu i się opiekować”.

Matki biorące udział w badaniu mówiły też o silnych stereotypach wciąż tkwiących w mężczyznach: „Mimo że my jesteśmy rocznikowo młode dziewczyny i niby walczymy z tym, ale tak naprawdę i tak jesteśmy kurami domowymi. My się zajmujemy dziećmi, domem i powielamy te stereotypy”. „On by się załamał, ja to wiem, że jak on by nie był tym takim głównodowodzącym, głównofinansującym, czułby się dużo gorzej, niekomfortowo”. „Jego ego by spadło po prostu”.

Badanie było przeprowadzone w 2015 r., od tamtej pory w Polsce jeszcze bardziej utrwaliła się tradycyjna wizja rodziny. Media publiczne promują konserwatywne postawy, Kościół jest traktowany przez władzę jak partner polityczny, a sami biskupi upominają się publicznie u polityków o uchwalanie ustaw, które dotyczą spraw światopoglądowych. Konserwatywni działacze mają wpływ na zajęcia, jakie odbywają się w szkołach, podobnie jak konserwatywni kuratorzy oświaty. Można więc założyć, że tradycyjne podejście do ról, jakie w rodzinie zajmują kobieta i mężczyzna, stało się jeszcze bardziej powszechne niż cztery lata temu.

W ubiegłym roku badacze GUS zadali pytanie: „Czy zdecydowałaby się pani zrezygnować z pracy zawodowej, żeby w większym stopniu zająć się domem i wychowaniem dzieci, jeśli mąż czy partner zarabialiby wystarczająco dużo, żeby was utrzymać?”.

  • 26 proc. kobiet odpowiedziało, że zdecydowanie tak,
  • 16 proc., że raczej tak,
  • 25 proc. raczej nie,
  • a 27 proc. zdecydowanie nie.
Choć tych drugich było nieco więcej, to i tak w sumie 42 proc. kobiet pracuje tylko albo głównie z powodu konieczności, a nie z wyboru. Tylko połowa kobiet pracuje dlatego, że chce, a tylko jedna czwarta jest co do tego absolutnie przekonana.

Konserwatywny model

– To nieuchronne, że przekaz konserwatywny będzie wpływał na postawę kobiet wobec pracy – mówi Dorota Wiśniewska-Juszczak, psycholożka społeczna z Uniwersytetu SWPS w Warszawie. – Jeśli nie widzimy tego wokół siebie, to dlatego, że ulegamy błędowi fałszywej powszechności. Ja, psycholożka pracująca na uczelni w dużym mieście, spotykam osoby o podobnych poglądach na rozwój osobisty jak moje, realizujących się zawodowo i naukowo. Może mi się wydawać, że wszędzie jest tak jak w moim świecie. Jednak to mały wycinek. Ludzie uczą się przez modelowanie płynące z obserwacji bliskich osób, ale także z mediów, z dyskursu społecznego, przyjmują nagłaśniany model. Jeżeli dotyczy on tego, jaka jest rola rodziny, rzutuje to na ich poglądy i postawy wobec partnerów. Politycy sprawujący władzę w państwie mają dostęp do mediów, dzięki temu mogą kształtować postawy. Określają rolę rodziny w społeczeństwie, kobiety w rodzinie, osadzają to w tradycji katolickiej.

– Konserwatywny model wychowywania dziewcząt, w którym rola matki i żony postrzegana jest jako kluczowa, wcale nie słabnie – mówi Małgorzata Druciarek, kierowniczka Obserwatorium Równości Płci w Instytucie Spraw Publicznych. Z prof. Beatą Łaciak, socjolożką z ISP, analizowała podręczniki szkolne napisane do nowej podstawy programowej pod kątem równości płci. – Wciąż jest w nich pielęgnowany tradycyjny podział na role męskie i żeńskie, archaiczny, konserwatywny – mówi. – Nasze tradycyjne wychowanie jest teraz podtrzymywane przez politykę. Polityka rodzinna utrwala konserwatywny model rodziny, wzmacnia opiekuńczą rolę kobiet. Państwo nie oferuje wystarczających usług opiekuńczych dla dzieci, sejm nie wprowadził niezbywalnego urlopu ojcowskiego, który wpłynąłby na aktywność kobiet na rynku pracy. Państwo całkowicie zaniedbało też ofertę usług opiekuńczych dla osób starszych i to wciąż kobiety zajmują się rodzicami, dorosłymi dziećmi z niepełnosprawnościami, a państwo nie robi nic, żeby to zmienić. Wręcz ułatwia kobietom przejęcie tych obowiązków, obniżając wiek emerytalny, dzięki czemu mogą zakończyć pracę, żeby mogły zajmować się wnukami.

Ilustracja Rafał Kucharczuk Ilustracja Rafał Kucharczuk

– Sytuacja ekonomiczna i społeczna polskich rodzin coraz częściej umożliwia utrzymywanie ich przez jedną osobę. Chęć do wejścia w taki układ jest zauważalna szczególnie wśród młodszych kobiet – przyznaje Anna Bojanowska-Sosnowska, badaczka polityki społecznej, wiceprezes Fundacji „Ambitna Polska”. – Są gotowe zostać w domu z dziećmi. Rząd ułatwia podjęcie takiej decyzji. Stwarza możliwości i kreuje trendy. Zachętą do pozostania w domu będą udogodnienia finansowe, a te widać coraz wyraźniej.

Bo nie ma partnerstwa

Niemal wszystkie partie w programach wyborczych umieściły rozwiązania przeznaczone dla kobiet. W sprawie pracy zazwyczaj dotyczyły one zapowiedzi likwidacji luki płacowej, parytetu w zarządach firm, możliwości elastycznych godzin pracy czy też pracy z domu. Program PiS mówił zarówno o równych płacach, jak i o telepracy dla rodziców, podkreślał jednak, jak ważne jest, aby kobiety mogły godzić obowiązki zawodowe z macierzyńskimi. O możliwości łączenia pracy z ojcostwem w programie specjalnych rozdziałów nie było. No i jest program 500 plus, który zdaniem specjalistów ułatwia decyzję o rezygnacji z pracy zawodowej, i program Mama 4 plus zapewniający emeryturę kobietom, które nie pracują, ale mają co najmniej czworo dzieci.

Możliwość godzenia roli rodzinnej z zawodową jest, oczywiście, niezbędna, by każdy rodzic mógł pracować. Potrzebne do tego jednak jest też to, by te role łączyły zarówno kobiety, jak i mężczyźni. To realnie istniejące partnerstwo sprawia, że można zająć się zarówno pracą, jak i domem. A z partnerstwem w Polsce jest tak, że nawet, jeśli istnieje, to raczej w deklaracjach.

– W sferze deklaratywnej partnerstwo wskazywane jest jako wymarzony model – mówi Małgorzata Druciarek. Ale przypomina badania CBOS z ubiegłego roku, z których wynika, że prace domowe to wciąż zadanie kobiet.

  • w 82 proc. domów wyłącznie kobiety piorą,
  • w 81 proc. prasują,
  • w 65 proc. tylko one gotują,
  • w 61 proc. sprzątają.
– W ankiecie była też kategoria, że część obowiązków pary wypełniają wspólnie. Tylko co to znaczy „wspólnie”? – pyta Małgorzata Druciarek. Bo może to oznaczać, że mężczyźni „pomagają”, czyli zrobią coś od czasu do czasu na prośbę kobiet.

W komunikacie z badań eksperci CBOS napisali: „Spodziewaliśmy się zmian w zakresie wykonywania czynności domowych w związku z tym, że polskie rodziny deklarują realizowanie partnerskiego modelu rodziny. Okazuje się jednak, że opiera się on głównie na pracy zawodowej obojga małżonków bez większego wpływu na współdzielenie obowiązków w domu”.

– Dołożyłyśmy sobie drugi etat, a mężczyźni się w tym odnaleźli, my doczepiłyśmy drugi wagonik, a oni nie – mówi Małgorzata Druciarek. Nic więc dziwnego, że teraz kobiety się z tego krzywdzącego układu wycofują i rezygnują z pracy.

Po co się męczyć

– Ja nie wyobrażam sobie życia bez mojej pracy, jednak wiem, że są zajęcia, które nie pasjonują i wykonuje się je niechętnie, takie łatwiej rzucić – mówi Dorota Wiśniewska-Juszczak. – Za to jednak między innymi odpowiadają menedżerowie. Jeśli kobiety mają szefów, którzy utrudniają wykonywanie codziennych obowiązków, nie wzmacniają w kobietach ważności tego, co robią, to one czują się w pracy niedoceniane albo nic niewarte, a realizują się jako matki, wolą zostać w domu. Ja to rozumiem. Badania jednak pokazują, że to krótkoterminowa satysfakcja.

Katarzyna, matka dwójki dzieci w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym, wzięła udział w warsztatach rozwojowych dla matek. Wszystkie kobiety w sali miały dzieci w podobnym wieku, wszystkie miały problem ze znalezieniem czasu dla siebie i satysfakcji z życia. Czuły się przemęczone, wypalone, opowiadały o marzeniach, których nie mają jak spełnić, a były to marzenia drobne, na przykład wyjazd w góry. Jedno je różniło – Katarzyna miała problem ze znalezieniem czasu dla siebie, bo dużo pracowała i czuła, że nie wypełnia dobrze swojej roli macierzyńskiej, więc w wolnym czasie angażowała się tylko w nią. Pozostałe kobiety nie pracowały i zazdrościły Katarzynie, że może robić jeszcze coś innego niż tylko zajmować się dziećmi. – Chociaż nie musiały łączyć biura z domem, to nie miały czasu na kino, bo do wieczora czekały, aż mąż wróci, a dziecko zaśnie – opowiada Katarzyna. – Miały w ciągu dnia dużo zajęć, były zmęczone, ale czuły, że nikt ich nie podziwia. Jedna z tych kobiet, prawniczka, opowiadała, że odeszła z kancelarii po urodzeniu dziecka, po pięciu latach chciała wrócić, ale tylko na pół etatu, bo dziecko. Nikt nie był zainteresowany. Ta kobieta bała się zmienić swoje dotychczasowe życie, ale jednocześnie męczyła się z nim. Czuła, że jest już tylko matką i że to za mało, bo przecież umie robić jeszcze inne rzeczy.

– Praca zawodowa daje możliwość używania posiadanych umiejętności – mówi Sylwiusz Retowski, psycholog pracy z Uniwersytetu SWPS w Sopocie. – Owszem, możemy być dumni z tych wykorzystywanych w życiu domowym, ale poczucie bycia docenianym w pracy bardzo wzmacnia samoocenę.

Jednak kobiety często nie czują się doceniane w pracy zawodowej. Nie mają motywacji, by w niej pozostać, zwłaszcza w małych miastach czy na wsi, gdzie nie ma dużej oferty miejsc zatrudnienia. Wybierając między powrotem do niestabilnej, nieciekawej, nisko płatnej pracy a pozostaniem w domu, decydują się na to drugie. Praca nie jest komfortem ani zabezpieczeniem finansowym, nie realizują się w niej.

Według Anny Bojanowskiej-Sosnowskiej brak determinacji, żeby pracować zawodowo, bierze się też z obserwacji życia matek i babć. – W czasie ich dzieciństwa w Polsce było bezrobocie, matki szarpały się, żeby utrzymać pracę albo chwytały się zajęć dorywczych, poniżej kwalifikacji. Później przeszły na emeryturę i często nie są w stanie się z niej utrzymać, trzeba im pomagać, dokładać do leków czy zakupów. Pracowały, a jednak nie mają finansowego zabezpieczenia. Ich sytuacja nie jest znacząco inna, niż gdyby nie pracowały. Często nie widzą różnicy między własną wypracowaną emeryturą a rentą rodzinną, czyli emeryturą po mężu, jaką dostają koleżanki, które nigdy do pracy nie poszły.

Kolejnym argumentem jest luka płacowa, czyli to, że kobiety zarabiają średnio 8 proc. mniej niż mężczyźni, a na stanowiskach menedżerskich prawie 28 proc. To sprawia, że kiedy trzeba wybrać, kto zostanie w domu, zostają kobiety. – Luka płacowa nie wynika z polityki naszego rządu, ona występuje w większości krajów – mówi Sylwiusz Retowski. – Jednak już rząd odpowiada za to, że drobne elementy polityki społecznej są tak ułożone, iż kobiety, które są aktywne, tracą. Jeżeli mają wykonywać pracę nisko płatną, bez perspektywy na podniesienie kompetencji, to rezygnują.

– Prowadzenie domu i wychowywanie dzieci wydaje się wielu osobom łatwiejszą ścieżką niż łączenie kariery z życiem rodzinnym – dodaje Anna Bojanowska-Sosnowska. – Kobieta może powiedzieć, że poświęciła się rodzinie, to mocne uzasadnienie dla jej decyzji.

Portfel daje władzę

– On jest fajnym facetem, nie mam problemu z dostępem do jego konta, nie wydziela mi pieniędzy – podkreślają często kobiety, które świadomie wybierają, że same nie będą zarabiać. Konserwatywna rewolucja zakłada, że obie strony w związku mają równe prawa, decyzje podejmowane są wspólnie, role rozdzielone za obopólną zgodą, a partnerzy szanują nawzajem swoje zadanie.

Jednak według psychologów dla poczucia wspólnoty w utrzymywaniu domu nie ma znaczenia, czy kobieta zarabia mniej niż partner, ważne, że też bierze na siebie ten ciężar, bo to daje poczucie współodpowiedzialności. A odpowiedzialność to poczucie władzy. Jeśli ona nie zarabia na dom, nie ma władzy. – Dużo kobiet wyraża dezaprobatę wobec tych tez, podkreślają, że w zdrowym związku nie chodzi o władzę – mówi Dorota Wiśniewska-Juszczak. – Jednak chodzi o poczucie wpływu: na wychowanie dzieci, na decyzje, także finansowe. Badania, które realizowały moje magistrantki, pokazują, że satysfakcja ze związku jest pochodną poczucia wpływu, a ono nie wynika z realizacji zadań domowych. Mam dostęp do zasobów, ale sama nie wyposażam w nie rodziny, więc nie mam poczucia wpływu. Zasobem są nie tylko pieniądze. To także własne, pozadomowe sprawy.

Jeżeli para prowadzi życie także poza domem, obie osoby korzystają z zasobu, jakim jest własny rozwój. Jeśli robi to tylko jedna osoba, a druga w tym czasie zajmuje się dziećmi, trudno powiedzieć, że żyjemy w związku partnerskim.
Kiedy jedna osoba ma dostęp do zasobów, a druga nie, tworzy się zależność, którą można porównać do zależności z przełożonym. Ten, kto dostarcza zasobów, chce decydować, na co zostaną przeznaczone, staje się szefem. – I wtedy pojawia się patriarchat, kobieta będzie grała na rzecz wspólnoty, rodziny, męża, a na swoją już nie – kwituje Dorota Wiśniewska-Juszczak.

Sylwiusz Retowski dodaje, że według teorii dotyczącej dobrostanu człowieka praca daje nam pewnego typu „witaminy”, dzięki którym jesteśmy w dobrej kondycji psychicznej, mamy poczucie kontroli nad życiem, jesteśmy zadowoleni z relacji społecznych, czujemy się sprawiedliwie traktowani. Daje nie tylko dochody, ale ma też ważne cechy, których nie można zastąpić obowiązkami domowymi.

Ilustracja Rafał Kucharczuk Ilustracja Rafał Kucharczuk

Drogi się rozchodzą

W związku, w którym jedno z partnerów żyje domem i rodziną, a drugie pracą, mogą pojawić się różnice zdań co do tego, co jest ważne. Czy terapia wygaszania odruchów niemowlęcych u starszych dzieci, ponoć pomocna w nauce i rozwoju, na pewno jest potrzebna naszemu dziecku? Czy w domu rzeczywiście jest niezbędny remont? Ten, kto poświęca większość swojej energii na sprawy domowe, a nie angażuje jej w sprawy zewnętrzne, inaczej ocenia, co jest ważne, niż osoba, która prowadzi swoje życie także poza domem.

– Praca to cele stawiane przez podmioty zewnętrzne – mówi Sylwiusz Retowski. – Daje też kontakty interpersonalne nieograniczone do domowników czy sąsiadów. W domu zewnętrznych celów nie ma, chyba że chodzi o oczekiwania partnera czy dzieci, ale to nie jest szeroki świat. Badania nad bezrobotnymi pokazują, że ograniczona dostępność kontaktów interpersonalnych jest bolesna, sprawia, że człowiekowi brakuje szerszego kontekstu społecznego. To może mieć zły wpływ na związek, bo jeśli partner rozwija się, ma znajomych, a partnerka jest pasywna, jej życie ogranicza się do domu, to istnieje ryzyko, że drogi życiowe tych dwóch osób zaczną się rozchodzić, a osoba pasywna stanie się mniej atrakcyjna.

Czy można być partnerką, żyjąc w innym świecie niż mąż? Czy można zrozumieć, co dla niego oznacza szef, deadline, zespół, projekt, jeśli samej się tego nie doświadcza? To podobna trudność, jak zrozumienie wagi spraw domowych, jeśli się nie bierze w nich udziału. Partnerstwo polegające na dobrowolnym podziale ról jest wpisane w konserwatywną rewolucję, jednak w rzeczywistości jest trudne do osiągnięcia. – Spajają nas podobieństwo poglądów i doświadczenie, nie tylko w związkach. Kiedy żyjemy w zupełnie innych światach, trudno je zespolić – mówi Dorota Wiśniewska-Juszczak.

Załóżmy najgorsze – dwa światy się rozeszły. Mąż zabiera swoją pracę i swoje pieniądze i odchodzi. Żona zostaje w domu, na który już nikt nie zarabia. Co może zrobić? – Walczyć o alimenty? Pójść do pracy? Łatwo powiedzieć, bo taka kobieta często nawet nie umie nazwać swoich kompetencji w sposób atrakcyjny dla pracodawcy – mówi Anna Bojanowska-Sosnowska. – To nie jest tak, że nic nie umie. Ma umiejętności, tylko nie potrafi ich zdefiniować. Nie powie, że jest kreatywna, bo tak o sobie nie myśli, jak ma to zresztą uargumentować na rozmowie kwalifikacyjnej? Nie powie przecież, że wymyślała przez lata zabawy dla dzieci. Nie przedstawi się jako dobra organizatorka, bo nie wie, jaki podać przykład. Umie sporo, ale nie wierzy w siebie. I nie ma CV.

– Decyzja o tym, żeby nie pracować, jest ryzykowna – dodaje Anna Bojanowska-Sosnowska. Argument z emeryturą jest w tym kontekście już oczywisty. Podobnie jak argument pustego gniazda, które zostaje, kiedy dzieci, w które angażowało się całą energię, odejdą z domu.

Drżyjcie, mężowie

Podporządkowanie całego życia jednej sferze zawsze jest ryzykowne, to zagrożenie również dla tych osób, które koncentrują się wyłącznie na pracy. Chodzi o to, żeby nie opierać się na jednym filarze. – Kiedy żyjemy jednostronnie, to w razie porażki w tej jednej jedynej sferze tracimy cały sens życia – mówi Sylwiusz Retowski. – Poza powodami ideologicznymi trudno znaleźć uzasadnienie dla takiego wyboru. Zarówno koncentracja wyłącznie na pracy, jak i wyłącznie na domu jest ryzykowna.

Według Doroty Wiśniewskiej-Juszczak patriarchat, który łatwo może się zrodzić w związku, w którym kobieta nie realizuje się zawodowo, nie służy także mężczyznom. – Tylko garstka spośród nich może być pewna swoich dochodów na zawsze. Większość musi o nie wciąż walczyć. Może też pojawić się choroba albo zmęczenie, wypalenie. Jeśli człowiek nie może odpuścić nawet w takiej sytuacji, władza, którą ma, staje się obciążeniem.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

W Warszawie zakwitło dziwidło olbrzymie!

(Fot. Wikipedia US Botanic Garden)
(Fot. Wikipedia US Botanic Garden)
Dziwidło olbrzymie – największy kwiat świata o woni padliny, zakwitło tej nocy w Ogrodzie Botanicznym Uniwersytetu Warszawskiego. Można je podziwiać jeszcze dzisiaj (od godz. 10), zanim definitywnie zamknie swój kwiatostan.

Kwitnące dziwidło olbrzymie zadziwia i fascynuje – przyciąga odmiennością, odrzuca wstrętną wonią. Kiedy kwitnie trudno przejść obok niego obojętnie. Jego kwiatostan jest bowiem największy w świecie roślin (ma do 3 m. wysokości, 1,5 m. średnicy), a przy tym wygląda jak kawał padliny i „pachnie” jak ona. W dodatku bardzo intensywnie. Na Sumatrze, skąd roślina pochodzi, woń jej kwiatostanu jest wyczuwalna z odległości nawet 3 km! W ten sposób przywabia zapylacze – muchy i inne padlinożerne owady. Nęci je nie tylko „aromatem”, ale i ciepłem panującym we wnętrzu kwiatostanu (czyli w pochwie). Temperatura może tam osiągnąć nawet 40 st.C! Roślina wie co robi, włączając „ogrzewanie”, ciepło potęguje bowiem jej brzydki zapach.

Łacińska nazwa dziwidła - Amorphophallus (od amorphos - podobny i phallus - penis) w pełni oddaje wygląd kolby kwiatostanu, wyrastającej z nabrzmiałej pochwy, skrywającej właściwe kwiaty – żeńskie i męskie. Niestety, roślina zakwita tylko raz na kilka lat, w dodatku jest kwiatem jednej nocy – spektakl zaczyna się po południu, a kończy następnego dnia.

Tej nocy dziwidło zakwitło w Warszawie - w szklarni tropikalnej Ogrodu Botanicznego UW. I to jako pierwsze w Polsce! Zainteresowanie było ogromne! O północy, kiedy zamknięto kolejkę, ostatni chętni czekali na wejście ponad 2 godziny. Kwitnienie można było też śledzić on line pod linkami: https://youtu.be/bFKASNfwE4A i http://bit.ly/dziwidlo_live.

Kwiat jednej nocy

Tym razem roślina zadziwiła nawet swoich opiekunów – Joannę Bogdanowicz i Piotra Dobrzyńskiego. Według ich prognoz miała bowiem zakwitnąć w nocy z wtorku na środę. – Z dziwidłem nigdy nic nie wiadomo, ono robi co chce i kiedy chce – śmieje się Piotr – wiele zależy od warunków, w jakich żyje, głównie od temperatury, oświetlenia i wilgotności.

Każdy okaz rozwija się z bulwy, która też jest rekordzistką w świecie roślin – może ważyć do 100 kg! Najpierw jednak wyrasta z niej mały liść w kształcie parasola. Po kilkunastu miesiącach zamiera, oddając substancje zapasowe bulwie, która wchodzi w okres spoczynku. Potem wydaje nowy, znacznie większy liść. Trwa to kilka lat. Kiedy bulwa odpowiednio dojrzeje, zamiast liścia wyłania się z ziemi kwiatostan.

Kwitnienie wygląda spektakularnie! Kolba stopniowo się wydłuża (o kilka cm dziennie), a pochwa nabrzmiewa. Aż wreszcie któregoś popołudnia zaczyna się otwierać (i pachnieć). Wieczorem w pełni prezentuje swój aromat i urodę, a w nocy powoli zaczyna się zamykać. Następnego dnia spektakl się kończy. Na koniec płatki ponownie lekko się rozchylają, by uwolnić uwięzione we wnętrzu owady. Kwitnąca roślina przyciąga tłumy zwiedzających, a jej kwitnienie jest ogromnym wydarzeniem w życiu każdego ogrodu.

Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)

Dziwna historia dziwidła

Choć stołeczne dziwidło mieszka w szklarni już od kilkunastu lat, pracownicy ogrodu niewiele mieli okazji, by zawrzeć z nim bliższą znajomość. Prawie połowę tego czasu roślina spędziła bowiem w głębokim uśpieniu, „liżąc rany” po nieszczęśliwym wypadku.

- Bulwa jest prezentem od pewnego mieszkańca stolicy, który przywiózł ją z Sumatry. Przez kilka pierwszych lat rozwijała się prawidłowo co roku wydawała liść – wspomina Piotr. Aż do czasu, gdy w szklarni pojawiła się ekipa TV, by nagrać kolejny program botaniczny. Ogromna donica z bulwą trochę jej zawadzała, lekkomyślnie wyniesiono ją więc na mróz.

W efekcie bulwa przemarzła i zaczęła gnić, co gorsza w miejscu, gdzie powstaje pąk. Pracownicy chuchali na nią i dmuchali, posypywali rany sproszkowanym węglem drzewnym, a nawet układali ją w… hamaczku, by się przewietrzyła. Mimo to przez kilka lat nie dawała znaków życia. Ogrodowa legenda głosi, że gdy utracono już nadzieję, odtańczono nad nią… taniec rytualny (niektórzy twierdzą, że pożegnalny). I o dziwo bulwa wkrótce ożyła, wydając liść, który bywa prawie tak intrygujący, jak kwiatostan. Jego „ogonek” dorasta bowiem do 7 m. wysokości, oczywiście u starszych okazów.

Ale powróćmy do naszego dziwidła. Gdy liść zanikł bulwę wykopano i stwierdzono, że… obumarła. Wcześniej jednak zdążyła wydać nową bulwkę – młodą i rwącą się do życia. To właśnie ona wytworzyła liść, a teraz zakwitła.

- Nasza roślina jest młoda i po przejściach, przy ostatnich pomiarach jej bulwa ważyła więc „tylko” 23,5 kg. A po sezonie spędzonym w hamaczku schudła o 1,5 kg, na skutek utraty wody, co wbrew pozorom wyszło jej na zdrowie – śmieje się Piotr.

Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)

Uchodźca z Sumatry

Dziwidło jest endemitem – rośnie dziko tylko na Sumatrze, można je też spotkać na Borneo. Nie występuje nigdzie indziej, co najwyżej w ogrodach botanicznych.

- Niestety może się zdarzyć, że te niesamowite rośliny będzie można podziwiać tylko w szklarniach – poważnieje Piotr. Na Sumatrze masowo wycinane są lasy pod plantacje palm olejowych. Wraz z nimi ginie wiele gatunków zwierząt i roślin – między innymi dziwidło, które nie jest nawet pod ochroną.

Dlatego tak ważne jest, by rośliny te przetrwały i rozmnażały się w ogrodach botanicznych, co nie jest łatwe. To co widzimy podczas kwitnienia nie jest kwiatem, lecz kwiatostanem, złożonym z kolby i pochwy okrytej okrywami, które po rozchyleniu się wyglądają jak płatki. Prawdziwe kwiaty (żeńskie i męskie) ukryte są we wnętrzu pochwy – damskie poniżej męskich. Niestety, nie są one gotowe do rozrodu w tym samym czasie. Kiedy kwiaty męskie sypią pyłkiem, żeńskie są już nieaktywne. I pyłek przepada.

Aby doszło do zapylenia, musi rosnąć obok siebie kilka okazów w różnej fazie rozwoju. To się często zdarza w tropikalnym lesie deszczowym, ale nie w szklarni. Ogrodnicy pomagają roślinom jak mogą – zbierają pyłek i przechowują go w lodówce, by w odpowiednim momencie zapylić roślinę pędzelkiem, przez wycięte w pochwie okienko. Ogrody botaniczne coraz częściej współpracują ze sobą w tej dziedzinie.

Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)

Zapylenie i vitro

- Nasze dziwidło jest jednak samotne, więc nie ma szans na zawiązanie nasion i potomstwo. Co najwyżej możemy próbować pobrać pyłek i przechować go do następnego kwitnienia. Ale czy dotrwa do tego czasu w lodówce? Nie wiadomo. Najważniejsze jednak, że nasz okaz wreszcie zakwitł! – cieszy się Piotr. Teraz zostanie wpisany na listę kwitnących dziwideł i będzie można rozpocząć współpracę z innymi ogrodami.

Kiedy dziwidło przekwitnie, jego kwiatostan zostanie ścięty, umieszczony w słoju i utrwalony w specjalnym preparacie, a potem wystawiony dla zwiedzających. Komu więc nie udało się go teraz obejrzeć, będzie miał ku temu już wkrótce okazję podczas kolejnych wizyt w Ogrodzie Botanicznym UW.

Szklarnia tropikalna Ogrodu Botanicznego UW jest otwarta w weekendy (godz. 10-20). Obecnie, z uwagi na duże zainteresowanie dziwidłem, można ją zwiedzać codziennie (10–15). Dzisiaj prawdopodobnie będzie czynna do godziny 20 (zależnie od rozwoju sytuacji).

Ceny biletów: normalny 12 zł (w weekendy 20 zł), ulgowy 6 zł (w weekendy 10 zł).

  1. Styl Życia

Alicja w krainie czarów – klimat Prowansji na warszawskim Ursynowie

Stylistka Alicja Radej razem z mężem Darkiem stworzyła dom marzeń. Niemal każdy element został dotknięty ręką właścicieli. Stół w kuchni Alicja znalazła w mieszkaniu starego zielarza. Pod olejną farbą w kolorze musztardy zobaczyła arcydzieło. Meble kuchenne przyjechały z Włoch, ale początkowo były w brązowym kolorze. Złoty włoski taborecik kupiony został na targu staroci w Bytomiu. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)
Stylistka Alicja Radej razem z mężem Darkiem stworzyła dom marzeń. Niemal każdy element został dotknięty ręką właścicieli. Stół w kuchni Alicja znalazła w mieszkaniu starego zielarza. Pod olejną farbą w kolorze musztardy zobaczyła arcydzieło. Meble kuchenne przyjechały z Włoch, ale początkowo były w brązowym kolorze. Złoty włoski taborecik kupiony został na targu staroci w Bytomiu. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)
Metafizyka – tym słowem można określić uczucie, jakiego doznaje się, wchodząc do mieszkania Alicji Radej. W jednej magicznej chwili przenosimy się z warszawskiego Ursynowa do francuskiej Prowansji. Tylko zamiast przez lustro przechodzimy przez czarodziejskie drzwi...

Drzwi od zewnątrz nie wyróżniają się spośród innych na piątym piętrze ursynowskiego bloku. Ale w środku stanowią kolaż ulubionych zdjęć i cytatów domowników. Jeden z nich najbardziej oddaje ducha tego domu: „Przyzwoitość. Lojalność. Uczciwość. Prawość. Szlachetność. Wierność prawdzie. Empatia”.

Ołtarzyk stanowi centralne miejsce domu. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Ołtarzyk stanowi centralne miejsce domu. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)

Dom niewątpliwie pachnie Francją. W dzień przez tiulowe firany z falbanami, które czasem bywają narzutą na kanapę, wpadają tu ciepłe promienie słońca, odbijając się w drewnianych, bielonych i patynowanych meblach oraz przeróżnych wysmakowanych drobiazgach. Wieczorem można okryć się pikowaną narzutą boutis, wtulić głowę w poduszkę z motywem Toile de Jouy, zatopić się w przepastnym „ludwiku” i przy świetle kryształowego żyrandola cieszyć oko paradą dekoracyjnych przedmiotów.

Łóżko Darek zrobił sam i uzupełnił ozdobnymi ornamentami, które kupił na Kole. Alicja zadbała o haftowaną pościel i bukiet gipsówki, który zawiesiła u wezgłowia. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Łóżko Darek zrobił sam i uzupełnił ozdobnymi ornamentami, które kupił na Kole. Alicja zadbała o haftowaną pościel i bukiet gipsówki, który zawiesiła u wezgłowia. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)

W poszukiwaniu spokoju

– Dom to dla mnie sanktuarium, nie tylko miejsce zaczepienia. Urządziłam go z czułością i rozwagą, wyczuleniem nie na mody, ale na to, czego faktycznie potrzebujemy – mówi Alicja Radej. Choć nie jest wielki, spokojnie mieści czteroosobową rodzinę i dwa przygarnięte psiaki. Ważnym miejscem w domu jest tak zwany ołtarz. Tego typu ołtarze były obecne w wielu kulturach na przestrzeni wieków, i nadal są. To miejsce, które emanuje spokojem na cały dom, wspomaga refleksję, przypomina o najważniejszych wartościach, celach życiowych, łącząc to, co duchowe, z fizycznym. Aby powstał, nie trzeba wiele. – U mnie jest to blat komody w centrum domu. Znajdują się tu cenne dla mnie i duchowo ważne przedmioty oraz zdjęcia najbliższych. Codziennie rano zapalam tutaj świece w intencji zdrowia i pomyślności rodziny i świata. Układam kwiaty, palę kadzidła. Ta chwila wypełnia dobrą energią na cały dzień – opowiada Alicja. – Bliska jest mi filozofia buddyjska, zgodnie z którą żyjemy: „Zmniejsz swoje pragnienia, a zmniejszysz swoje cierpienia”. Ale ponieważ wierzę, że trzon duchowy wszystkich religii jest jeden – bycie dobrym człowiekiem – otaczają mnie również figurki i obrazki z Biblii, mam kilka rzeźb Maryi, jest Święty Michał Archanioł. Mój dom rodzinny w Cieszynie był zresztą bardzo religijny i uduchowiony. Przeprowadzka do Warszawy 15 lat temu nie zmieniła tej potrzeby duchowości, a może nawet ją pogłębiła – dodaje.

Zamiast sofy w salonie stoi łóżko ze złoconą ramą. Stąd Alicja ogląda filmy. Nad ulubionym 'ludwikiem' wisi gobelin. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Zamiast sofy w salonie stoi łóżko ze złoconą ramą. Stąd Alicja ogląda filmy. Nad ulubionym "ludwikiem" wisi gobelin. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)


Kontakt z przyrodą ma dla Alicji niezwykłe znaczenie. I choć w dużym mieście jest to trudniejsze niż na wsi, Alicja nie tylko codziennie spaceruje po rezerwacie przyrody, do którego ma niedaleko, lecz także otacza się naturą w domu. Lubi kwiaty. W swojej książce „Prosto z roślin” akcentuje szacunek dla zwierząt i roślin, zapraszając do empatycznego spojrzenia nie tylko na naszych braci mniejszych, ale na całą Matkę Ziemię i w końcu na siebie samych, bo też zasługujemy na zdrowe życie, pełne harmonii.

Kryształy na domowym ołtarzyku. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Kryształy na domowym ołtarzyku. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)

Moc kryształów

Innym ważnym elementem są kryształy. – To naturalne klejnoty, które rodzi sama natura. Ich wkomponowanie w dom było wyzwaniem, bo chciałam uniknąć efektu sklepu geologicznego czy chatki nowoczesnej wiedźmy – kontynuuje Alicja. Kryształy używane są w holistycznym leczeniu od tysiącleci. Odkrywanie ich tajemnic oraz stosowanie ich dla podnoszenia poziomu własnej harmonii to jej ogromna pasja. Śmieje się, że niezła z niej sroka, choć tak naprawdę wybiera je z wielką rozwagą. – Ich piękno fascynuje mnie od lat. Dobrze się czuję w ich towarzystwie i pomagam innym korzystać z ich leczniczych dobrodziejstw. Kryształy mogą nam towarzyszyć na wiele sposobów. Przy medytacji, w kąpieli, podczas relaksacji – jestem przekonana, że każdy odczuje ich wpływ. Może to właśnie one emitują dobrą energię, bo wszyscy mi mówią, że nasz dom działa terapeutycznie – dodaje. A może to kwestia kolorów? Dominują tu pudrowe barwy nawiązujące do azjatyckich klimatów, które są Alicji także duchowo bliskie, i nieco pozłoty, symbolizującej słońce, jasność i radość. Jej zdaniem wnętrze ma wzbudzać emocje, inspirować i działać na zmysły. – W ludziach, przyrodzie, ale i w przedmiotach codziennego użytku zawsze szukam piękna – tłumaczy.

Suszone kwiaty, torebeczki z targów staroci, lustr w drewnianej ramie - Alicja dba o każdy szczegół. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Suszone kwiaty, torebeczki z targów staroci, lustr w drewnianej ramie - Alicja dba o każdy szczegół. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)

Wanna z szyldem

Przedmioty w tym domu nie mają raz na zawsze określonych funkcji: to, co wczoraj było narzutą, dziś jest obrusem, a jutro być może stanie się zasłoną. W roli jedynie dekoracyjnej występuje tutaj... zastęp emerytowanych zegarów; wszak szczęśliwi czasu nie liczą, ale mogą przyglądać się pięknej tarczy czy wahadłu.

Wieszak bardziej dekoracyjny. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Wieszak bardziej dekoracyjny. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)

Meble i ozdoby wędrują z salonu do sypialni, z sypialni do kuchni. – O każdym przedmiocie w moim domu mogę opowiedzieć historię, bo to głównie rzeczy z odzysku, wiekowe rzemiosło albo meble, które wykonał mój mąż. Także drzwi są jego dziełem – wylicza Alicja. – Moje ukochane materiały to drewno, len, stare szkło, antyczne koronki, ręcznie tworzona ceramika i stara porcelana. Lubię spękania, sprucia czy wypłowienia – to dla mnie znaki życia przedmiotów, ich historii.

Łazienka w stylu prowansalskim. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Łazienka w stylu prowansalskim. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)

W urządzaniu liczą się też zabawa konwencją i humor. Stąd za przedmioty dekoracyjne robią w mieszkaniu Alicji cekinowe torebki wizytowe w stylu vintage czy hinduskie elementy ubioru. Z kolei nad wanną znalazł się stary szyld „Nieupoważnionym wstęp wzbroniony”. – Chętnie zestawiam to, co zgrzebne, z pałacowym, rustykalne – z etnicznym. I lubię, gdy całość jest ciepła, przyjazna oraz kobieca – mówi właścicielka.