1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Palestyńskie kobiety w walce o swoje miejsce w społeczeństwie

Palestyńskie kobiety w walce o swoje miejsce w społeczeństwie

Basma Abu Gelmin. Stworzyła miejsca pracy dla kobiet z Beit Furik, niedawno kandydowała też do lokalnego samorządu. (Fot. Katarzyna Boni)
Basma Abu Gelmin. Stworzyła miejsca pracy dla kobiet z Beit Furik, niedawno kandydowała też do lokalnego samorządu. (Fot. Katarzyna Boni)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Ich historie nie są historiami z bajki, bo nie pojawia się żadna wróżka, która odmieniłaby trudny los. Palestyńskie kobiety same walczą o swoje miejsce w społeczeństwie. Silne, zdeterminowane, odważne. Jeszcze parę lat temu słyszały, że nie wolno im wychodzić z domu. Dzisiaj szefują małym biznesom, kandydują do lokalnych samorządów, są zapraszane na międzynarodowe konferencje.

Betlejem to jedyne miasto na świecie, w którym bożonarodzeniowe ozdoby na ulicach nie wadzą nawet latem. Beżowe kamienne chodniki aż się świecą – tak są wyślizgane stopami pielgrzymów. Z rynku idę w stronę bazyliki Narodzenia Pańskiego. To kamienna ściana z niepozornymi drewnianymi drzwiami, trzeba się pochylić, żeby przez nie wejść. Mijam bazylikę, idę wzdłuż ulicy w górę, w dół, w górę, w dół. Zanim dojdę do Al Basma Center w Bajt Sahur, jednej z dzielnic Betlejem, porządnie się zmęczę. Ze wzniesień widzę spaloną ziemię Palestyny – ma beżowy odcień. Tak samo jak betlejemskie chodniki i ściany.

Na tej beżowej pustyni Al Basma Center to oaza. Na podwórku pod plastikowymi płachtami rosną rzędy sałat, pomidorów, ogórków. Rośliny nie rozwijają się w ziemi, ich korzenie są umieszczone w rurkach, którymi płynie woda z nawozem – dzięki temu można je hodować wszędzie: na dachu, na balkonie, na podwórku. W Palestynie, gdzie trudno i o wodę, i o ziemię, taki pomysł budzi ogromne zainteresowanie. A to tylko jeden z wielu projektów centrum założonego 30 lat temu przez Basmę Giacaman. Wchodzę do chłodnego budynku. Basma czeka na mnie z mocną arabską kawą.

Oswoić lęk przed nieznanym

Basma Giacaman zawsze stawiała na swoim. Miała 23 lata, kiedy wyszła za mąż i zamieszkała u teściowej. – Miałam zmywać, kiedy ona coś ugotuje, i prasować, kiedy coś upierze. Chciała decydować, w co się ubieram i jak się maluję. To było 33 lata temu. Kiedy powiedziałam, że się wyprowadzamy, nie chciała nas puścić. Dużo mnie to wszystko kosztowało, ale nie wyobrażałam sobie życia z nią pod jednym dachem. Z mężem wynajęliśmy mieszkanie. Jego pensja starczała tylko na niezbędne wydatki. Dla mnie po studiach na kierunku praca socjalna nie było zatrudnienia.

Więc Basma sama je sobie stworzyła.

Basma Giacaman. Uprawy hydroponiczne pozwalają jej podopiecznym uczyć się prostych obliczeń i dbać o rośliny. (Fot. Katarzyna Boni) Basma Giacaman. Uprawy hydroponiczne pozwalają jej podopiecznym uczyć się prostych obliczeń i dbać o rośliny. (Fot. Katarzyna Boni)

W 1987 roku przy Bethlehem Arab Society for Rehabilitation założyła Al Basma Center (Centrum Basmy) – dla dorosłych osób z niepełnosprawnością intelektualną. Wtedy w Betlejem nie było takich ośrodków. Kiedy niepełnosprawni intelektualnie dorastali, musieli opuścić ośrodki opiekuńcze. Zostawali z rodziną, która często nie wiedziała, jak się nimi zajmować. Bracia wstydzili się siostry z porażeniem mózgowym, ojciec ukrywał syna z zespołem Downa. Taka „choroba” w rodzinie mogła uniemożliwić małżeństwo. Pierwszym podopiecznym Basmy został Sama, który cierpi na uszkodzenie mózgu. Słowa wymawia niewyraźnie, nie do końca panuje nad ciałem. Ale ze wszystkich osób w ośrodku to on pierwszy wyciąga rękę, żeby się przywitać i przedstawić. Jego bracia chowali go w pokoju – nie chcieli, żeby o chorym bracie dowiedziały się przyszłe narzeczone. Czasem Sama mówił Basmie: „Moi bracia biją mnie po głowie, bo boją się, że będą mieć takie dzieci jak ja”.

Dzisiaj do Al Basma Center przyjeżdża codziennie 37 osób. Centrum zapewnia im dzienną opiekę i zajęcia. A nawet pracę. Jej podopieczni robią kilimy ze starych ubrań, mydełka w kształcie róży i bożonarodzeniowe – betlejemskie – pocztówki. – Nie wyobrażasz sobie, jak oni są szczęśliwi – mówi Basma. – Są dumni z siebie, bo mają zajęcie. Pracę. Tak samo jak ich ojcowie.

To dla podopiecznych Basma zaczęła projekt uprawy bez ziemi. Uczą się, jak dbać o rośliny, dozować wodę, wyliczać dawki nawozu. Mają własne pomidory, sałatę, pietruszkę, słodką paprykę, nawet szafran. Ludzie zaglądają z ulicy zaciekawieni. Pytają, jak zrobić taką uprawę. Podziwiają warzywa, chwalą ogrodników. 30 lat temu bali się z nimi rozmawiać. Zdarzało się, że zamiast studentów Uniwersytetu w Betlejem, którzy w Al Basma Center mieli odbyć staż, zjawiali się rodzice i mówili: „Moje dziecko nie będzie tu przychodzić!”. Ludzie bali się kontaktu z niepełnosprawnymi. – Zmieniałam to krok po kroku – opowiada Basma. – Ktoś wejdzie do środka, zobaczy, jak moi podopieczni pracują przy krosnach, i opowie sąsiadowi. Ktoś inny zobaczy, jak śpiewają, i przyprowadzi dzieci. Pomogło też to, że pojechaliśmy z naszym amatorskim teatrem do Holandii. Dla ludzi z okolicy to był szok. Niektórzy nigdy nie wyjechali dalej niż do sąsiedniego miasta, a ich niepełnosprawne dziecko jedzie do Europy! Teraz walczę o to, żeby jedna z moich dziewczyn została zatrudniona w kuchni, w której przygotowywane są gotowe obiady dla pracujących kobiet, żeby mogły chodzić do pracy albo spędzać czas z dziećmi. Osoba niepełnosprawna intelektualnie dostanie umowę o pracę. Jeśli mi się uda, to będzie chyba pierwszy taki przypadek w całej Palestynie.

Basma wie, że w konserwatywnym społeczeństwie to głównie matki zajmują się niepełnosprawnymi dziećmi. Dlatego organizuje dla nich spotkania przy kawie. Zaczynają mówić o tym, o czym z nikim jeszcze nigdy nie rozmawiały. Co to znaczy kąpać dorosłego syna? Co to znaczy być w pogotowiu 24 godziny na dobę? Kobiety stworzyły gorącą linię, razem jeżdżą też na organizowane przez Basmę wycieczki. Ostatnio wybrały się na kilka dni do Izraela. Basma co roku powtarza, że to już ostatni raz, bo kosztuje ją to zbyt dużo nerwów. I co roku organizuje kolejny rodzinny obóz. – Same kobiety i dzieci, bez mężów. Jesteśmy i chrześcijankami, i muzułmankami. Gdybym zapraszała również mężczyzn, część z nas nie mogłaby pojechać. Z niektórymi zmianami musimy jeszcze poczekać.

Ostatnio Basmę zaproszono na konferencję do Szwecji, żeby opowiedziała o swojej pracy. Już po raz drugi. Było jej głupio, bo taki wyjazd musi kosztować dużo pieniędzy, ale powiedziała, że bez męża nie pojedzie. Ona już cztery razy była w Holandii i dwa razy w Stanach. A jej mąż nigdy nie opuścił Palestyny. Po raz pierwszy pojadą razem.

Palestyńskie organizacje i spółdzielnie, między innymi Al Basma Center, już od czterech lat są wspierane przez Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej. Uprawy sałaty bez ziemi, czyli hydroponiczne, to ich pomysł. – W ramach programu Polska Pomoc, finansowanego przez MSZ, wspieramy głównie kobiety, które próbują zmienić coś wokół siebie – opowiada Anna Radecka, koordynatorka palestyńskich projektów. – I inwestujemy w kobiece kooperatywy. Chcemy, żeby mężczyźni zobaczyli, że kobieta też może przynosić do domu pieniądze.

W Palestynie działa prawie tysiąc kooperatyw. W Polsce trochę kojarzą się z socjalizmem, a trochę z hipsterami, ale tutaj to najprostszy sposób na pracę. Nie potrzeba wielkiego kapitału – wystarczy pomysł i skromne wpisowe. Wsparcie – zarówno finansowe, jak i intelektualne – oferuje pomoc międzynarodowa; a ta działa w Palestynie na dużą skalę. PCPM wspiera 16 kooperatyw. A poprzez nie – zmianę palestyńskiego świata. – Obserwuję, jak zmienia się sytuacja kobiet – opowiada Anna Radecka. – Nie spotykają się już tylko na plotki, ale żeby zrobić coś konkretnego. Czują, że mają wpływ na otaczającą rzeczywistość. Widać, że są pewniejsze siebie. Nawet lokalne władze zaczynają pytać je o zdanie.

Ale nie wszystkie palestyńskie kobiety słyszą słowa zachęty, kiedy zamierzają stworzyć coś własnego. Zwłaszcza jeśli mieszkają na bardziej konserwatywnych terenach, poza dużymi miastami. – Kiedy mój ojciec dowiedział się, że chcę pracować w sklepie, powiedział „nie” – Iman, szefowa kooperatywy Al Jiftlik, poprawia ręką różowy hidżab. Ubrana jest w czarną tradycyjną suknię – abaję. Skórę też ma czarną, co tutaj, na północy Palestyny, niedaleko rzeki Jordan, zdarza się nie tak rzadko, jak wyjaśnia mi Cesar, mój tłumacz. Muzułmanie pielgrzymowali tu z Afryki już od VIII wieku, a Turcy osmańscy sprowadzali afrykańskich niewolników i żołnierzy – dziś afropalestyńska społeczność liczy trochę ponad dziesięć tysięcy osób.

Był 2007 rok, Iman miała 38 lat, razem z innymi kobietami z wioski Al Jiftlik spotykała się na szykowanie makdousu – miejscowej specjalności: bakłażanów nadziewanych masą z papryczek i orzechów przechowywanych w oliwie. Pewnego dnia, kiedy plotkowały w kuchni, któraś rzuciła, że fajnie byłoby zacząć robić te bakłażany na zamówienie. Taka produkcja na małą skalę. A tak w ogóle to dlaczego by nie otworzyć sklepiku? Miały dość pomagania mężom na roli, mają już swoje lata. Pragnęły czegoś swojego, gdzie same sobie będą szefowymi. Chciały zmiany. Ale ich rodziny o zmianach nie chciały słyszeć.

Iman oraz Dalal przed wejściem do sklepiku, o którego otworzenie walczyły. (Fot. Katarzyna Boni) Iman oraz Dalal przed wejściem do sklepiku, o którego otworzenie walczyły. (Fot. Katarzyna Boni)

Ojciec Iman wiedział lepiej niż ona. Muzułmańskiej kobiecie, uważał, nie wypada iść pięć kilometrów do pracy ani obsługiwać nieznanych ludzi w wioskowym sklepiku. Nie wypada jej ściągać na siebie uwagi. Nie tylko Iman miała problemy. 43-letnia Dalal, matka pięciu synów i dwóch córek, która tak samo jak Iman dziś pracuje w sklepie, słyszała od męża: „Jesteś potrzebna w domu. Po co ci to?”. Jej dzieci przychodziły do sklepiku i krzyczały: „Wracaj do domu!”. Niektóre kobiety musiały zrezygnować – rodziny zabroniły im opuszczać domy. Wydawało się, że całe Al Jiftlik jest przeciwko nim. Nawet lokalny samorząd nie chciał wydać licencji. „Kooperatywy nie mogą tworzyć same kobiety!”, wołano. Członkami muszą być mężczyźni. Dlaczego? Iman nie jest pewna: – Samorząd nie podał żadnych powodów, może uważali, że tylko mężczyźni zapewnią sprawne działanie? A może chcieli nas zniechęcić? Ogłosiłyśmy nabór. Wpisowe to prawie 600 dolarów, w zamian co roku dostaje się udział w zyskach.

Znalazło się czterech mężczyzn, którzy zaufali kobietom. Chcieli je wesprzeć. Wpłacili wpisowe. Samorząd wydał licencję 12 sierpnia 2008 roku. Ojciec Iman zgodził się, ale niechętnie. Wyznaczył jej godzinę policyjną: o 11 masz być w domu i basta. Mąż Dalal wiedział, że potrzebują pieniędzy.

Kobiety dostały wsparcie od Oxfamu i od palestyńskiej organizacji non profit The Applied Research Institute – Jerusalem (ARIJ). Zaczęły od gotowania na zamówienie, ale robienia interesów musiały się nauczyć. Raz ktoś zamówił u nich sos chili, po faszerowanych bakłażanach ich najpopularniejszy produkt. Wziął całą dostawę i po prostu nie zapłacił. Zapamiętały na całe życie, że trzeba podpisywać umowy. Otworzyły też wymarzony sklep. W centrum wioski, obok kliniki i szkoły. Sprzedają szampony, mydła, plastikowe miski, słodycze, napoje, ryż, czipsy. Na początku do środka nie wszedł żaden mężczyzna, choć do kolejnego sklepu będzie z 30 minut na piechotę. Za to kobiety pracujące w klinice naprzeciwko sklepiku były zadowolone. – Za pierwszą wypłatę kupiłam sobie nowy hidżab. I telefon – śmieje się Iman, pokazując telefon w różowym pokrowcu.

Dalal zapłaciła za studia córki. Chce, żeby skończyła college, zanim wyjdzie za mąż. – To duża zmiana. Kiedy ja wychodziłam za mąż, miałam 16 lat. Dzisiaj czekamy do dziewiętnastki. Ciągle jeszcze żyjemy w społeczeństwie, w którym słowo męża jest ostateczne. Ale to się powoli zmienia, właśnie dzięki edukacji.

Także dzięki Facebookowi. Kiedyś przed ślubem kobieta poznawała tylko teściów – reszta była loterią. A teraz? Młodzi rozmawiają ze sobą w Internecie, umawiają się na kawę. A jeśli córka nie chce, rodzice nie zmuszą jej do małżeństwa.

– Przekonałyśmy nasze rodziny do tego, co robimy. Teraz wystarczy, że powiem: „Idę do Al Jiftlik”, i ojciec o nic nie pyta. Zgodził się nawet, żebym jechała do Jordanii na szkolenie. Pęka z dumny, że córka jest szefową – opowiada Iman.

– Postawiłyśmy na swoim – śmieje się Dalal. – Udowodniłyśmy sobie, że możemy stworzyć coś, na czym nam zależy, wyjść poza schemat. A osobiście? Zdobyłyśmy szacunek i zaufanie rodzin. I pewność siebie. Pamiętam, jak na początku wstydziłam się rozmawiać z dostawcami – obcymi mężczyznami. Byłam przerażona, jak z nimi negocjować, jak się w ogóle do nich odezwać? Dziesięć lat później nie robi to na mnie najmniejszego wrażenia – ot, jeden z elementów mojej codzienności.

Do kooperatywy Al Jiftlik należy 16 kobiet i czterech mężczyzn. Ich sklepik podczas przerwy szkolnej zapełnia się dzieciakami, potem robi się spokojniej, ale i tak co chwilę ktoś zagląda. – Klientów stale przybywa. Mężczyźni już dawno przestali kaprysić i też u nas kupują – mówi Dalal. – Ale do spółdzielni nie dołączają nowi członkowie. Może mężczyźni boją się, że kobiety miałyby wtedy za dużo władzy? – kwituje.

Na przekór tradycji

W 2016 roku Basma Abu Gelmin kandydowała do rady miasta Beit Furik. To nieduże miasto niecałą godzinę drogi od Ramallah, stolicy Palestyny. Jej program? Zaangażowanie kobiet w lokalne sprawy. – W końcu kobiety to połowa miasta, czemu nie miałyby decydować na równi z mężczyznami? – 49-letnia kobieta głos ma spokojny i stanowczy. Opowiada mi o synu, który siedzi w więzieniu za napisanie antyizraelskiego hasła na Facebooku. I o braku wody. Latem często się zdarza, że odkręcasz rano kran, z którego nie kapie nawet kropelka. Nie można gotować, nie można korzystać z toalety, nawet zębów nie umyjesz. Ziemi, na której zasadziło się winogrona, pomidory, ogórki i melony, też nie można nawodnić. Przyczyną są nasilające się ostatnio susze, owszem. Ale sprawy nie ułatwiają też władze izraelskie, które zakazują pogłębiania studni. I bez ostrzeżenia odcinają wodę. Jedyne wyjście to zamówić izraelski beczkowóz, który za opłatą napełni zainstalowane na dachach domów zbiorniki.

Basma Abu Gelmin. Stworzyła miejsca pracy dla kobiet z Beit Furik, niedawno kandydowała też do lokalnego samorządu. (Fot. Katarzyna Boni) Basma Abu Gelmin. Stworzyła miejsca pracy dla kobiet z Beit Furik, niedawno kandydowała też do lokalnego samorządu. (Fot. Katarzyna Boni)

Basma nie lubi siedzieć bezczynnie. Kiedy w miasteczku zaczęło brakować pracy, sama stworzyła sobie miejsce, w którym zarabia. Od kiedy w 2002 roku Izrael zaczął budować mur (przez jednych nazywany murem bezpieczeństwa, przez drugich – separacji), stawiać punkty kontrolne i wydawać restrykcyjne zezwolenia na przekraczanie granicy – na Zachodnim Brzegu wzrasta bezrobocie. W Palestynie blisko co trzecia dorosła osoba nie ma pracy. – Mężczyźni cały dzień siedzą w domu. Zaczynamy się kłócić, atmosfera staje się nie do zniesienia – opowiada Basma. – W 2012 roku razem z moimi przyjaciółkami wymyśliłyśmy, że otworzymy lokalny sklepik z domowym jedzeniem. Każda z nas jest matką, każda z nas gotuje. To miała być dodatkowa praca, która nie będzie nam przeszkadzała w zajmowaniu się domem.

Plan Basmy i jej przyjaciółek był prosty. Jeśli któraś ugotuje więcej jedzenia, przyniesie je do sklepiku. Myślały, że to wystarczy. Po roku sklep zbankrutował. – To wtedy mój mąż Raed zwątpił w to, co robię. Kiedy wymyślałam nowe pomysły na biznes, on tylko kręcił głową. Kiedy wszyscy naokoło mówią: „przestań”, ciężko jest wierzyć w to, co się robi – Basma się zamyśla.

Ale ona się nie poddała. Postanowiła poszukać pomocy. Skontaktowała się z ARIJ-em. – Przeszkolili nas w zarządzaniu, planowaniu, księgowości – wylicza. – Zaczęłyśmy jeszcze raz.

Kobiety stworzyły nowy plan. Co najchętniej kupowali ich klienci? Maftoul, rodzaj kuskusu z pszenicy. To tradycyjne jedzenie. Każde miasto ma własny przepis. Basma do ugotowanego kuskusu dodaje cieciorkę, zielony groszek, cebulę i kalafiora. Podaje go z zupą. Kobiety postanowiły skupić się tylko na szykowaniu maftoulu. Narzędzi do jego produkcji dostarczyło Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej, które współpracuje z ARIJ-em. To wystarczyło. I przekonało ludzi w miasteczku. Zobaczyli, jak do wynajętego przez kobiety budynku przyjeżdżają lodówki, chłodnie, szafy, garnki, sita i specjalne ramy do suszenia ziaren. Zdobyte dzięki ich uporowi. Dzisiaj kobiety z Beit Furik rocznie sprzedają ponad tonę maftoulu – również w większych palestyńskich miastach: Nablusie i Ramallah. A mąż Basmy znalazł zatrudnienie – pracuje dla spółdzielni jako kierowca. Rozwozi zamówione dostawy.

Maftoul, tradycyjny palestyński kuskus z pszenicy. (Fot. Katarzyna Boni) Maftoul, tradycyjny palestyński kuskus z pszenicy. (Fot. Katarzyna Boni)

Mawasem, czyli Pory Roku, marka stworzona przez kooperatywy współpracujące z Polskim Centrum Pomocy Międzynarodowej. (Fot. Katarzyna Boni) Mawasem, czyli Pory Roku, marka stworzona przez kooperatywy współpracujące z Polskim Centrum Pomocy Międzynarodowej. (Fot. Katarzyna Boni)

– Zmiany są powolne, ale są – twierdzi Basma. – Zgodnie z tradycją w Palestynie wydane za mąż córki przestają być częścią rodziny – dziedziczą synowie. Ale ostatnio coś się zmienia. Ojcowie coraz częściej starają się zadbać również o przyszłość córek. Dają im choćby niewielką część ziemi, żeby miały na czym postawić dom. Ja dostałam od ojca takie zabezpieczenie. Zaczynamy domagać się tego, co nasze. Niestety, czasem kończy się to tragicznie. W 2010 roku moja znajoma zażądała od ojca należnego jej kawałka ziemi. Odmówił. Poszła więc do rodzinnego sądu i ułamała gałązkę z drzewa oliwnego. Chciała pokazać, że się nie boi. Że jeśli będzie musiała, weźmie to, co jej się należy. Kiedy wróciła do domu, czekało na nią dwóch siostrzeńców. Pobili ją tak, że straciła przytomność. Jej ciało włożyli w oponę, którą podpalili i potoczyli w dół wzgórza. Powiedzieli, że to zabójstwo honorowe. Rodzina ma do tego prawo – jeśli brat, mąż lub ojciec zabił, żeby ratować honor rodziny, nikt się nie będzie w to mieszać. Nawet sąd. Ale całe miasto wiedziało, że to nie honor, tylko skąpstwo. Czułam się bezradna – Basma rozkłada ręce.

Zorganizowała więc warsztaty: z praw człowieka, z praw kobiet, z praw spadkowych. Ta śmierć nie poszła na marne. Dzisiaj, żeby w Palestynie sprzedać dom czy ziemię, na umowie musi być zgoda żony albo córek.

Choć w 2016 roku Basma przegrała w lokalnych wyborach, to już szykuje się do kolejnych. W międzyczasie planuje nowe działania. Maftoul to produkt sezonowy, a kobiety chciałyby pracować i zarabiać przez cały rok. Zrobiły już badanie rynku i zdecydowały, że przeszkolą się w produkcji sera. W Beit Furik każdy robi go sam, ale już w Ramallah, stolicy Palestyny, zapotrzebowanie jest ogromne. A to tylko godzina drogi od miasteczka. Z produkcją ruszą na wiosnę 2018 roku.

– Kobiety nie chcą już być kurami domowymi – stanowczo stwierdza Basma. – Kończą studia, stają się świadome swoich praw. Mam nadzieję, że takie zabójstwo jak to sprzed ośmiu  lat już nigdy się nie powtórzy. W Beit Furik na takie coś nie będzie już zgody.

Wtóruje jej Anna Radecka: – Kobiety są dumne z tego, że nie muszą patrzeć, jak mąż wylicza im pieniądze, że same sfinansowały sobie kurs prawa jazdy albo studia dla dzieci. To są nieodwracalne zmiany.

A Basma Giacaman z Betlejem dodaje: – Dzięki pracy kobiety stają się niezależne. Do tej pory to mąż decydował, jak wydawać pieniądze: „Tego nie potrzebujemy, to mi się nie podoba, tamtego nie lubię”. A teraz kobieta może używać włas-nych pieniędzy tak, jak chce. Mąż musi się liczyć z jej zdaniem.

A to dopiero początek zmian.

 

 

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Kobieca moc niejedno ma imię

Kobieca siła to moc płynąca z emocji, cielesności, intuicji, wglądu w siebie, proroczych snów. (Fot. iStock)
Kobieca siła to moc płynąca z emocji, cielesności, intuicji, wglądu w siebie, proroczych snów. (Fot. iStock)
Czasami myślimy o niej jak o kobiecej naturze, energii animy albo intuicji. Bardziej potrafimy ją poczuć ciałem niż rozpoznać umysłem. Kobieca moc niejedno ma imię... Psychoterapeutka Ewa Klepacka-Gryz inauguruje nowy cykl artykułów w miesięczniku "Sens".

Wiele z nas doświadczyło szczególnych momentów, w których wyraźnie poczułyśmy swoją moc np. w trakcie narodzin dziecka, ukończenia artystycznego dzieła (to tzw. euforia ostatniego pociągnięcia pędzlem) czy podjęcia jakiejś bardzo ważnej i brzemiennej w skutkach decyzji. Co najważniejsze, ta moc pojawia się zwykle wtedy, kiedy głowa odpuszcza, a czasami nawet budzi się rezygnacja: „trudno, nie dam rady”, „nie wiem, co robić”, „to wszystko, na co mnie stać”... – i nagle gdzieś w głębi siebie już wszystko wiesz!

Siła czy moc?

Męska siła kojarzy nam się z działaniem w świecie zewnętrznym, z myśleniem analitycznym. Kobieca siła to moc płynąca z emocji, cielesności, intuicji, wglądu w siebie, proroczych snów. Mężczyzna czuje się silny, kiedy ma osiągnięcia i uznanie w zawodzie, w sporcie, w życiu. Kobieta czuje swoją moc, jeśli żyje w zgodzie z własną legendą podąża świadomie wybraną przez siebie drogą, jest obecna w „tu i teraz”, potrafi zintergrować głowę, serce i ciało... Jednak taki sposób odczuwania przychodzi z wiekiem.

Jako nastolatki czy dwudziestoparolatki chętnie próbujemy swoich sił w sportach, często ekstremalnych, lubimy rywalizować z mężczyznami. Kickboxing, MMA czy choćby zwykłe sztuki walki – czemu nie? Dieta ketogeniczna, płaski brzuch i „kaloryfer” wyćwiczony w siłowni, morsowanie czy wejście zimą na Śnieżkę w spodenkach i sportowym biustonoszu – czemu nie? Przed trzydziestką nadal realizujemy swoją moc bardziej „po męsku”: w rywalizacji, wspinaniu się po szczeblach kariery, sięganiu po eksponowane stanowiska. Momentem przełomowym często bywa ciąża. Być może to wtedy po raz pierwszy zaczynamy odróżniać siłę od mocy. Moc „z brzucha” pojawia się także w momentach, kiedy budzi się nasza energia twórcza: pragnienie namalowania obrazu, napisania książki czy ekspresji emocji poprzez ruch. Pojawia się świadomość, że siła wynika z naszego działania na zewnątrz a moc płynie z ekspresji tego, co wewnątrz.

Około czterdziestki wiele kobiet nagle odczuwa potrzebę radykalnje zmiany życia. Bywa, że bilans przeszłości wcale nie wypada na plus albo pojawia się tęsknota odnalezienia czy odkrycia celu i sensu życia. Czujemy, że dotąd żyłyśmy zgodnie z nieswoim scenariuszem. Doskonale tłumaczy to Paulina Młynarska, autorka rocznego planeru „Moc kobiet” pisząc, że jedyne, co może każda z nas, to wprowadzić korektę do wręczonego nam w chwili narodzin scenariusza – gotowca, który przypisuje określone z góry role, zadania i ograniczenia. Trzeba wiele odwagi i buntowniczej energii, aby je zakwestionować. I jeszcze więcej, aby rozpoznać czy też powołać do życia nowe wewnętrzne postaci, których energia pozytywnie zasili nasze życie psychiczne”.

Po pięćdziesiątce, kiedy siła działania w zewnętrznym świecie nie jest już taka oczywista, coraz częściej i wyraźniej zdarza nam się słyszeć głos wewnętrznej mocy. Na początku to bardziej szept: ,,Czy na pewno musisz tak dużo pracować?”, „Czy dzisiaj zrobiłaś coś, co nakarmiło twoją duszę, a jeśli nie dzisiaj, to kiedy ostatnio ci się udało?”. Dopóki traktujemy wycofanie się z jakiejkolwiek aktywności za oznakę słabości, nadal bardziej jesteśmy w energii siły niż mocy. Ale pewnego dnia, kiedy coraz częściej łapiemy się na tym, że wolimy być niż mieć, być tak prosto z brzucha; zachwycić się słońcem na twarzy, wąchać deszcz, popłakać się nad zdjęciem wnuczka tuż po narodzeniu – czujemy, że wróciłyśmy do domu. Swoją moc zaczynamy odczuwać jako wewnętrzny zew, którego nie sposób nie usłyszeć.

W podróży do siebie

Od czasu covidowej zawieruchy większość moich pacjentek przychodzi z kłopotami, które tak naprawdę są opowieściami o mocy – o tym, że czasami ona je przeraża, że nie czują się gotowe do przyjęcia, otworzenia się na tak intensywną energię, że jest jakaś ogromna siła, która próbuje się wydostać z ich wnętrza, że nagle poczuły potrzebę odmienienia całego swojego życia...

Nic w tym dziwnego, kobieca moc ma potężną energię, zarówno do działania jak i bycia w swojej prawdzie, wizji, osobistym micie. Pandemia, która w każdym z nas uruchomiła najbardziej pierwotne lęki, zmiany w tzw. ustawie antyaborcyjnej, które ,,dotknęły” kobiecych brzuchów, i era Wodnika (odpowiedzialnej wolności) – sprawiły, że nie mamy innego wyjścia jak dopuścić do głosu swoją moc. I to bez względu na wiek.

Jak przekonuje Maureen Murdock, analityczka jungowska, zadaniem, jakie dziś mają do spełnienia kobiety, jest wewnętrzna podróż ku całkowitej integracji, równowadze i pełni. Dziś, wszystkie jesteśmy w podróży „do siebie i po siebie”. Dla wielu z nas wyjście na ulice i głośny protest był początkiem tej ważnej podróży. Inne, dotknięte chorobą własną lub w rodzinie przeżyły poważne kryzysy: drobne śmierci iluzji, całkowite załamanie się dotychczasowych wartości. Niektóre, na początku nieśmiało, w oczekiwaniu na pozwolenie czy akceptację zaczęły, czasami po raz pierwszy w życiu, opiekować się sobą. Pielęgnować własne potrzeby, zagłębiać się w świat książek czy muzyki. Tańczyć, oddychać, tworzyć, być. Konfrontować się z demonami przeszłości i z lękiem.

Już czas…

Agnieszka Maciąg przekonuje, że tę moc czerpiemy ze swojego duchowego Ja, które jest pełne spokoju, pewności i siły. „Świat ducha istnieje w przestrzeni pomiędzy bodźcem i reakcją. W tej przestrzeni pojawia się świadomość. To właśnie ona daje nam możliwość dokonania wyboru reakcji” – pisze w książce „Twoja wewnętrzna moc”. Czas na porzucenie, choćby symboliczne, wszystkich ról życiowych, zmierzenie się z własnymi ograniczeniami i lękami. Czas na powrót do kontaktu z własnym ciałem i odkrycie, kim tak naprawdę jestem, co chcę albo co mogę dać światu i co chcę dostać.

Przyda nam się w tym pomoc od innych kobiet. Wiele z nas już odnalazło swojej miejsce w kręgu kobiet czy innej grupie rozwojowej. Praca z baśniami, taniec 5 rytmów, medytacje, malowanie intuicyjne – każda metoda, która porusza naszą duszę jest dobra.

Potrzebujemy wysłuchania a właściwie usłyszenia swojej indywidualnej narracji o mocy, poczucia i uwierzenia, że naprawdę ją mamy. Każda z nas musi sama odkryć swój wzorzec. Ale warto słuchać opowieści, zarówno tych przekazywanych w baśniach, jak i opowieści kobiet, które chcą się dzielić swoim doświadczeniem.

Opowieści o mocy zaczniemy od tej, która budzi się w reakcji na krzywdy z przeszłości. To moc, którą czujesz w biodrach, brzuchu, udach… To ona pozwala ci mocno stanąć na ziemi, poczuć jej energię. Odwrócić się za siebie, otworzyć drzwi do dziecięcego pokoiku i poczuć tamten ból. Popatrzeć na matkę i ojca, którzy nie umieli ochronić przed krzywdą a może nawet byli jej sprawcami i przede wszystkim zrozumieć i zaakceptować, że w dorosłym życiu nikt nie da ci tego, czego nie dostałaś od rodziców. Ty już to wiesz, bo czujesz swoją moc.

Gdzie czujesz swoją moc?

Mocno stań na nogach. Poczuj kontakt z podłożem. Lekko ugnij nogi w kolanach, zamknij oczy. Pozwól ciału odkryć swój balans i poddaj się kołysaniu. Poczekaj cierpliwie, aż poczujesz się wygodnie w tej pozycji. Lewą dłoń połóż na brzuchu, prawą na sercu. Poczuj, gdzie znajduje się twój ośrodek mocy. Czy leży w brzuchu? W sercu? A może jeszcze w innym miejscu? Jak to jest czuć moc w ciele?

Ewa Klepacka-Gryz, psycholog, terapeutka, autorka poradników psychologicznych, trenerka warsztatów rozwojowych dla kobiet.

Zapraszamy do dzielenia się swoimi opowieściami o budzeniu mocy. Czekamy na listy od kobiet, które odkryły swoje własne metody pracy z mocą, również te, które pracują w tym temacie z innymi kobietami. Piszcie na adres sens@grupazwierciadlo.pl.

  1. Styl Życia

I ty możesz zostać liderką przyszłości

Zdjęcie z nagrania z udziałem Anity Kucharskiej-Dziedzic na Wydziale Nauk Politycznych 
i Dziennikarstwa UAM w Poznaniu; od lewej: Karolina Zgoła – makeupistka, Żenia Aleksandrowa – kierowniczka produkcji, Anita Kucharska-Dziedzic,  Aleksandra Hirszfeld – reżyserka, i Sonja Orlewicz-Zakrzewska – operatorka. (Fot. materiały prasowe)
Zdjęcie z nagrania z udziałem Anity Kucharskiej-Dziedzic na Wydziale Nauk Politycznych i Dziennikarstwa UAM w Poznaniu; od lewej: Karolina Zgoła – makeupistka, Żenia Aleksandrowa – kierowniczka produkcji, Anita Kucharska-Dziedzic, Aleksandra Hirszfeld – reżyserka, i Sonja Orlewicz-Zakrzewska – operatorka. (Fot. materiały prasowe)
I ty możesz zostać liderką przyszłości – przekonuje filozofka Aleksandra Hirszfeld, która wspólnie z Magdą Sobolewską realizuje projekt mentoringu kobiet „Entuzjastki”. W naszym wywiadzie wyjaśnia, jakie przywództwo jest dziś potrzebne światu.

Co zainspirowało panią do zostania aktywistką?
Zawsze interesowały mnie sprawy społeczne, mam to zapewne w genach. Mój pradziadek, Antoni Niwiński, był działaczem społecznym. Prababcia Helena jedyną nauczycielką w szkole wiejskiej. Babcia i mama wybrały medycynę, zatem etos niesienia pomocy był w naszej rodzinie od zawsze. Moja mama jest też osobą wyjątkowo sprawczą. Ma cechy liderki przyszłości: jest energiczna i decyzyjna, a jednocześnie swoją aktywność wykorzystuje do tego, aby pomóc światu wokół. Jest też niezwykle empatyczna wobec zwierząt. Dokarmia psy, przynosi potrzebujące pomocy koty do domu i leczy. Myślę, że postawa mojej rodziny, zwłaszcza mamy, była dla mnie najbardziej motywująca.

Nie każda kobieta, która chce być liderką, ma taką inspirację.
No właśnie! Dlatego nasz projekt „Entuzjastki” narodził się po to, aby inspirować kobiety do aktywności. Na razie składają się na niego wywiady ze stoma polskimi liderkami z różnych sfer życia społecznego, ekonomicznego i politycznego, kobietami, które są jednocześnie wrażliwe na dobro wspólne. Pokazując ich przykład, chcemy podpowiadać, jak każda z nas może pokonywać problemy, które pojawią się na naszej drodze. W wywiadach można dostrzec cechy charakterystyczne dla kobiet, które są i liderkami, i aktywistkami, a swoje przywództwo opierają na tzw. kompetencjach miękkich, etyce komunikacji czy holistycznym podejściu do świata. A więc cechach przypisywanych kulturowo kobietom.

Czy właśnie tego oczekujemy od liderów i liderek przyszłości?
Klasyczne cechy lidera, takie jak sprawczość czy decyzyjność, dziś już nie wystarczą. Lider przyszłości to nie tylko ktoś, kto wyznacza kierunek i umie porwać innych. To ktoś, kto wsłuchuje się w swoją społeczność, poznaje problemy ludzi i pomaga je rozwiązać. Myśli holistycznie, czyli na przykład zarządzając firmą, bierze pod uwagę nie tylko zysk, ale też oddziaływanie na środowisko. Potrafi też odróżniać prawdę od fałszu, bo na każdym kroku będzie miał do czynienia z dezinformacją, z postprawdą.

Jak „Entuzjastki” pomogły pani w rozwoju?
Już w trakcie realizacji projektu czułam, że te kobiety, ich historie, stają się ogromną inspiracją dla mnie. Karmiłam się ich wiedzą, mądrością życiową i doświadczeniem. Dziś wspólnie z Magdą Sobolewską promujemy na naszych mediach społecznościowych historie osób, które dają ludziom narzędzia do rozwiązania problemów, a nie tylko mówią o problemach.

"Przestańmy mówić o kobietach, używając figury ofiary. Zacznijmy doceniać ich zalety, czyli tzw. kompetencje miękkie: etykę komunikacji czy holistyczne podejście do świata"
Na przykład Katarzyna Czajka-Chełmińska, prezeska Szkoły Liderów, pochodzi z małej miejscowości, dlatego przez lata miała kompleks prowincji. Jej droga do bycia liderką zaczęła się z chwilą, kiedy spostrzegła, że tam, gdzie mieszka, nie ma przedszkola, i postanowiła je założyć. Nie chciała jednak zostać jego dyrektorką, przekazała tę funkcję mężowi. Kiedy jednak po kilku latach dostrzegła, że wszystko i tak robi sama, zdała sobie sprawę, że to bez sensu, i została dyrektorką. Dziś pomaga innym kobietom, niezależnie od tego, gdzie się urodziły, uwierzyć, że mogą stać się liderkami na skalę europejską.

Pośród  „Entuzjastek” znalazłam Annę Alboth, autorkę niezwykłej inicjatywy: marszu z Berlina do Aleppo,  nominowanego w 2017 roku do Pokojowej Nagrody Nobla. Jaka cecha Anny Alboth sprawia, że może być mentorką dla innych kobiet?
Jest empatyczna, wrażliwa i chętnie niesie pomoc. Jak sama często podkreśla, zawdzięcza je doświadczeniom wyniesionym z rodzinnego domu, a konkretnie relacjom z niepełnosprawnym bratem. Dzięki Annie podczas siedmiomiesięcznego marszu z Berlina do Syrii ponad cztery tysiące ludzi pokonało drogę, jaką pokonują uchodźcy. Tyle że w drugą stronę.

Liderka przyszłości nie musi więc rezygnować ze swojej wrażliwości?
Do „Entuzjastek” zaprosiłyśmy kobiety, które budują swoje liderstwo na kompetencjach miękkich. A więc są też „mamami” dla środowiska, w którym działają. Świat dziś potrzebuje przywódców, którzy umieją słuchać, budują wspierające relacje. A to dlatego, że dotyka nas coraz więcej kryzysów, z którymi poradzimy sobie, tylko jeśli zmienimy paradygmat z ekonomicznego na wspólnotowy. Na szczęście coraz więcej kobiet trafia do władzy i w tym pokładam wielką nadzieję. Przestańmy mówić o kobietach, używając figury ofiary. Zacznijmy doceniać ich zalety. To jeden z powodów, dlaczego na stulecie praw wyborczych Polek powstał właśnie ten projekt. Chcemy mówić więcej o sprawczych liderkach. Wierzę, że dzięki temu ich liczba będzie wzrastała.

A czy liderka przyszłości potrzebuje mentorki?
Zawsze warto uczyć się od innych. Ja cały czas szukam inspiracji i jest wiele kobiet, które mi ją dają. Na Uniwersytecie Warszawskim spotkałam moją pierwszą mentorkę feministkę, prof. Magdalenę Środę, która bardzo wspierała studentki, motywowała nas, żebyśmy realizowały siebie. Kolejne mentorki znajdowałam choćby w książkach i dziś jedną z nich jest Naomi Klein. Działaczka społeczna, wnikliwie analizująca i wskazująca problemy współczesnego świata.

Mentorki znajduję także w świecie polityki, jak choćby premierkę Nowej Zelandii, Jacindę Ardern, która obniżyła pensje sobie i całemu rządowi o 20 proc., żeby okazać solidarność ze społeczeństwem w trakcie pandemii. Ardern dba o klimat, o służbę zdrowia, mieszkalnictwo publiczne, zajmuje się więc sprawami związanymi z  dobrostanem każdego obywatela.

Jak liderka ma poradzić sobie z krytyką, dziś za sprawą hejtu szczególnie dotkliwą?
Dbając o wewnętrzną spójność. Jeśli robię coś z potrzeby serca, a właśnie z tej potrzeby zainicjowałam „Entuzjastki”, to nie boję się żadnej krytyki, zawsze ten projekt obronię, bo jest w 100 procentach spójny ze mną. Kiedy wiemy, co jest dla nas priorytetem, możemy skonstruować swoje życie prywatne i zawodowe w taki sposób, żeby móc działać według wewnętrznego kompasu. No a jeśli się nam to uda, to nawet w obliczu krytyki będziemy odczuwać spokój.

Ale jak sobie poradzić z przeciwieństwem mentorstwa czyli z rywalizacją między kobietami?
Poprzez pogłębianie umiejętności współpracy i wsparcia. Sama dostałam wiele pomocy od kobiet i staram się ją dalej przekazywać. To pośrednio dzięki Dorocie Pabel, której wtedy nie znałam, pojechałam na stypendium do Stanów Zjednoczonych, a potem Ambasada Amerykańska została sponsorem projektu. Dorota pomogła mi, bo spodobał się jej mój wcześniejszy projekt. Z kolei Magda Sobolewska, producentka „Entuzjastek”, dała mi kredyt zaufania. Długi czas pracowałyśmy przy projekcie za darmo. Nasz projekt jest symbolem wzajemnego wspierania się kobiet.

Aleksandra Hirszfeld, dr filozofii. Jej rozmowy z cyklu „Entuzjastki” można oglądać na Canal+. Projekt został nazwany na cześć pierwszej polskiej grupy feministycznej, działającej w Warszawie końca lat 30. do końca lat 40. XIX wieku.

  1. Moda i uroda

Stworzone przez kobiety, dla kobiet. "My Story" od Converse

Najnowsza kolekcja Converse „My Story”. (Fot. materiały prasowe)
Najnowsza kolekcja Converse „My Story”. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Najnowsza kolekcja Converse „My Story” to hołd złożony kobietom, które nie boją się dzielić swoją historią i jednocześnie zachęta do bycia odważną.

Każdej wiosny marka Converse w swoich działaniach celebruje kobiecość. Dwa lata temu podczas kampanii "Love the progress"  marka walczyła o zmianę definicji słowa „kobieta” na bardziej pozytywną. W ramach akcji "Love fearlessly" Converse poprzez znane postaci zachęcał do pokochania samego siebie i rozpoczął dyskusję na temat samoakceptacji.

Tegoroczna kolekcja „My Story” stworzona przez projektantki Converse zainspirowana została młodymi, odważnymi i niezależnymi kobietami, które swoimi działaniami udowadniają, że kobiety to prawdziwe liderki. Klasyki od Converse stały się płótnem dla fantazyjnych wzorów stworzonych przez kobiety. Kolekcja zaprojektowana, aby nadać kolor i znaczenie słowom i aby zachęcić do opowiedzenia twojej historii.

Kolekcja składa się z ikon od Converse – Chuck 70, Chuck Taylor all Star i Chuck Taylor All Star Platform. Każdy z modeli ozdobiony jest różnorodnymi wersjami napisu „My Story” co w symboliczny sposób pokazuje jak różne historie kryją się za każdym z nich.

Do kampanii „My Story” marka Converse zaprosiła dwie młode artystki – Sofię i Rocię, które są członkiniami społeczności All Stars. Każda z nich dzieli się swoją historią, którą już niebawem będzie można poznać na kanale @Converse.Polska na Instagramie.

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

All Stars to międzynarodowa społeczność młodych artystów i aktywistów, która została stworzona przez markę Converse. Członkowie All Stars inspirują markę swoją twórczością, działaniami i osiągnięciami, a brand staje się dla nich platformą, dzięki której mogą dotrzeć do szerokiej grupy odbiorców. Converse wspiera działania tych młodych ludzi, ponieważ zdaje sobie sprawę, że to oni poruszają świat do przodu i stoją za pozytywnymi zmianami, które na nas czekają.

Poza kampanią „My Story” marka Converse szykuje coś specjalnego. W ramach globalnej akcji City Forest, która miała już swoją odsłonę w Polsce w zeszłym roku, marka planuje stworzenie kilku murali stworzonych przy użyciu oczyszczających powietrze farb fotokatalitycznych. We współpracy z polskimi artystami powstanie kilka murali, które będą zachęcały do przełamywania barier i walki z dyskryminacją na różnym tle. Pierwsze dzieła już powstały, aby dowiedzieć się więcej na temat murali odwiedź stronę conversecityforest.com, poznaj historie artystów stojących za tymi projektami i dowiedz się ile wirtualnych drzew zostało posadzonych do tej pory dzięki użyciu farb fotokatalitycznych.

Kolekcja My Story dostępna będzie na converse.pl oraz w sklepach stacjonarnych Converse.

  1. Styl Życia

Historia pełna jest kobiet - o tych, które zmieniły świat

Barbara McClintock (1902–1992) odkryła, że geny mogą włączać się i wyłączać oraz zmieniać położenie – do tej pory sądzono, że geny są „jak przybite do podłogi meble”. Na uznanie swojej teorii musiała czekać niemal 20 lat, aż inni badacze doszli do takich samych wniosków. W 1983 roku, 32 lata po swoim wielkim i zignorowanym odkryciu, otrzymała Nagrodę Nobla. (Fot. Everett/Forum)
Barbara McClintock (1902–1992) odkryła, że geny mogą włączać się i wyłączać oraz zmieniać położenie – do tej pory sądzono, że geny są „jak przybite do podłogi meble”. Na uznanie swojej teorii musiała czekać niemal 20 lat, aż inni badacze doszli do takich samych wniosków. W 1983 roku, 32 lata po swoim wielkim i zignorowanym odkryciu, otrzymała Nagrodę Nobla. (Fot. Everett/Forum)
Mistrzynie drugiego planu, współpracowniczki, życiowe towarzyszki, geniuszki. Historia pełna jest kobiet, które nie tylko popchnęły do przodu kariery swoich mężów, ale i cały świat. Pora je poznać i uznać. A także zacząć doceniać własną rolę.

Prowadziłam niedawno zajęcia z grupą niezwykle wykształconych i utalentowanych osób płci obojga. Było ich dziewiętnaścioro. W którymś momencie mieli podzielić się na cztery zespoły. Jedna z dziewczyn z grupy mniej licznej, bo czteroosobowej, zaproponowała: – Wymieńmy którąś dziewczynę na faceta, żebyśmy miały równe szanse. – Słyszysz, co powiedziałaś? – zapytałam. – Tak odruchowo mi się powiedziało – wyjaśniła z zażenowaniem. – Bez sensu.

I rzeczywiście, jej pomysł był bez sensu, bo zespół czterech dziewczyn świetnie sobie poradził z zadaniem. Gorzej za to radzimy sobie ze stereotypami dotyczącymi kobiet, a w dodatku same je podtrzymujemy. Odruchowo. Może za mało wiemy o kobietach, które za nami stoją?

„Kobiety nie wynalazły praktycznie NIC – nawet mopa wynalazł mężczyzna (Murzyn akurat); nawet tampax (o.b.) wynalazł mężczyzna!!! Kobietą była tylko Kopernik – ale to wyjątek” – napisał w Internecie znany mizogin i szowinista, którego nazwiska nie chce mi się przywoływać. Na treść tej wypowiedzi możemy się słusznie oburzać, budzi ona jednak niepokój. Bo co właściwie wynalazły kobiety? Owszem, długo nie miałyśmy dostępu do nauki, długo nie doceniano naszych możliwości, ale gdyby były wśród nas geniuszki, to świat by o nich usłyszał, prawda?

Niekoniecznie. Czytałam kiedyś o Margaret Knight, która już w wieku 12 lat wynalazła urządzenie zatrzymujące awaryjnie maszyny włókiennicze, co chroniło pracowników przed wypadkami. W wieku 14 lat skonstruowała maszynę do klejenia papierowych toreb, a i później była autorką wielu wynalazków, czym zasłużyła na miano „żeńskiego Edisona” i „najsłynniejszej XIX-wiecznej wynalazczyni”, ale jej sława jakoś do nas nie dotarła. Na szczęście jest Maria Skłodowska-Curie! To ją zwykle przywołujemy, gdy mowa o wielkich kobietach w nauce, ale jedna jaskółka wiosny nie czyni. Wręcz przeciwnie. Maria Skłodowska-Curie zdaje się stanowić wyjątek i tym samym odcina się wyraźnie na tle innych kobiet, które są zwykle bohaterkami drugiego planu. Ich rola w męskich karierach jest wielka – jako żon i współpracowniczek – ale kto by do tego przywiązywał wagę? Pewnie tylko Michelle Obama jest dość pewna siebie, by swoją rolę docenić. Tak przynajmniej wynika z krążącej w Internecie anegdoty.

Michelle poszła z mężem do restauracji, której właściciel przywitał się z nią jak stary znajomy. – Kto to był? – zapytał Barack, gdy zostali sami. – Kolega ze szkoły, który kiedyś się we mnie kochał – usłyszał. – Widzisz, gdybyś za niego wyszła, byłabyś teraz właścicielką restauracji – skomentował. – Nie, kochany. Gdybym za niego wyszła, on byłby teraz prezydentem Stanów Zjednoczonych – bez wahania odpowiedziała jego żona. Kto wie, czy nie byłoby tak?

Żona przy mężu

Wiele kobiet inspiruje swoich mężów, motywuje ich i wspiera, zdejmuje z nich życiowe troski i zadania, podporządkowuje swoje życie ich karierze, nierzadko też pomaga im merytorycznie, ale same pozostają w cieniu. Weźmy Milevę Marić. Wiecie, kto to taki? Nie? No właśnie. Za to wszyscy wiemy, kim był Albert Einstein, jej mąż przez długie lata, dopóki nie odszedł do młodszej. Ta historia brzmi niewiarygodnie i można by ją sprowadzić do tego, że ha, ha, Einstein była kobietą, ale pozornie zabawna teza jest dobrze udokumentowana.

Mileva i Einstein poznali się na studiach w Szwajcarskim Federalnym Instytucie Technologicznym, czołowej europejskiej uczelni politechnicznej. Skoro przyjęto ją, choć była kobietą, to naprawdę musiała być dobra! Einstein i Mileva szybko zostali parą. W liście do niej Ein­stein napisał: „Jakże będę szczęśliwy i dumny, kiedy wspólnie osiągniemy zadowalający koniec naszej pracy nad teorią ruchu względnego”. Potem Mileva rodzi dzieci i pracuje jako asystentka męża. Początkowo ich artykuły były podpisywane Einstein-Marić, ale wkrótce to drugie nazwisko zaczęło być pomijane. „Tajemnica kreatywności tkwi w tym, aby wiedzieć, jak dobrze ukryć swoje źródła” – napisał Einstein. Nawet gdy jego źródła w postaci Milevy zostały po latach odkryte, on na tym zbytnio nie ucierpiał, a Milevy w zasadzie wciąż nie ma.

W towarzystwie

Jak to się dzieje, że wybitne naukowczynie tak słabo istnieją w świadomości społecznej? Można się o tym dowiedzieć z książki Rachel Swaby „Upór i przekora. 52 kobiety, które odmieniły naukę i świat”. Książka fascynująca, pokazująca determinację kobiet w walce o prawo do kształcenia się i pracy naukowej. Kobiety od wieków dokonywały odkryć, ale mężczyźni świetnie umieli sobie z tym radzić.

Na przykład Anna Wessels Williams, bakteriolożka, w 1894 roku wyizolowała szczep bakterii wywołującej błonicę, a kilka lat później szczep bakterii zdolny generować pięćset razy silniejszą toksynę, co pozwoliło produkować antytoksynę na masową skalę. Tego drugiego odkrycia dokonała, gdy szef laboratorium William H. Park przebywał na wakacjach, no ale on był szefem, więc nowy szczep otrzymał nazwę Park-Williams No. 8, którą szybko skrócono do Park 8.

Albo Hilde Mangold, autorka pracy doktorskiej z embriologii eksperymentalnej. Jej promotor Hans Spemann ocenił tę rozprawę dość wysoko, ale nie najwyżej. Dodał jednak do niej swoje nazwisko i to umieścił je na pierwszym miejscu. Doktorat Mangold opublikowano w 1924 roku i w tym samym roku autorka zginęła w wypadku. W 1935 roku Hans Spemann dostał Nagrodę Nobla za tę pracę, która „zainicjowała nową epokę w dziedzinie biologii rozwoju”.

Barbara McClintock (1902–1992) żyła znacznie dłużej i dzięki temu doczekała uznania. Nie było łatwo. Już w wieku 29 lat wniosła wiele do genetyki, ale nie dostała posady na uczelni, bo zespół Uniwersytetu Cornella sprzeciwił się wnioskowi dziekana. McClintock znalazła w końcu pracę w instytucie genetyki, gdzie odkryła, że geny mogą włączać się i wyłączać oraz zmieniać położenie – do tej pory sądzono, że geny są „jak przybite do podłogi meble”. Na uznanie swojej teorii musiała czekać niemal 20 lat, aż inni badacze doszli do takich samych wniosków. W 1983 roku, 32 lata po swoim wielkim i zignorowanym odkryciu, otrzymała Nagrodę Nobla.

Róża Nightingale

Kobiety w nauce miały naprawdę ciężko. Na wiele uczelni ich nie przyjmowano, a jeśli nawet pozwalano im uczestniczyć w zajęciach, to bez możliwości zdobycia dyplomu. „Kto byłby tak głupi, żeby spędzić cztery lata na studiach i nie otrzymać dyplomu?” – zapytała dziekana nowo otwartej i dostępnej również dla kobiet Szkoły Zdrowia Publicznego Helen Taussig, później wybitna kardiolożka, która stworzyła kardiologię dziecięcą. „Mam nadzieję, że nikt” – odpowiedział. Jeśli kobieta skończyła jednak studia i miała świetne wyniki, czasem mogła pracować na uczelni, ale za darmo, bo przepisy nie pozwalały na zatrudnianie kobiet jako naukowców. Maria Goeppert-Mayer, laureatka Nagrody Nobla w dziedzinie fizyki za odkrycia dotyczące jądra atomu, przez długie lata pracowała na Uniwersytecie Chicagowskim bez wynagrodzenia. Alice Hamilton, amerykańska ekspertka od chorób zawodowych, to wyjątek – już w 1919 roku otrzymała stanowisko młodszego wykładowcy jako pierwsza kobieta w kadrze Uniwersytetu Harvarda. A mimo to dopiero 26 lat później kobiety mogły tam studiować medycynę! Emmy Noether (1882–1935), genialna matematyczka i fizyczka, została w końcu zatrudniona jako „nieoficjalna profesor nadzwyczajna”, ale bez pensji! Teoria Noether stanowi szkielet całej współczesnej fizyki, to ona stworzyła algebrę abstrakcyjną! Jak to możliwe, że o niej nie wiemy? Albo o Mary Cartwright, twórczyni teorii chaosu? Matematyczce Sofji Wasiljewnej Kowalewskiej?

Czy wiecie, skąd się wzięła skala Apgar? Stworzyła ją Virginia Apgar w 1952 roku. Wcześniej nie oceniano stanu zdrowia noworodków zaraz po urodzeniu, więc nie widziano związku między metodą porodu a stanem dziecka! Metoda amerykańskiej lekarki szybko rozniosła się po świecie i została nazwana od jej nazwiska. To jedna z nielicznych sytuacji, kiedy pomysł kobiety został doceniony i nikt nie próbował go zawłaszczyć. A dzięki komu wiemy, od czego zależy płeć dziecka? Jeszcze na początku XX wieku sądzono, że od czynników zewnętrznych. To Nettie Stevens, genetyczka, w 1905 roku udowodniła, że decydujące są chromosomy, a nie temperatura, siła namiętności czy dieta. Lata minęły, nim inni naukowcy uznali wyniki jej badań. Ona tego nie doczekała, wcześniej zmarła na raka piersi. Odkrycie Stevens często przypisuje się Thomasowi Huntowi Morganowi, który był jej tutorem, co jest o tyle zabawne, że Morgan nie uwierzył w wyniki jej badań i jeszcze długo obstawał przy tym, że płeć zależy od czynników środowiskowych!

Florence Nightingale (1820–1910) znamy jako wspaniałą pielęgniarkę, którą była. Ale kto słyszał o jej pionierskim wkładzie w rozwój medycyny opartej na analizie danych? Prowadziła badania, stworzyła diagram „Róża Nightingale” do graficznego przedstawiania danych. A komu zawdzięczamy in vitro? Anne McLaren, Brytyjka, jako pierwsza powołała do życia mysz z probówki! A wiecie, że chemioterapia ma matkę, a nie ojca? To Jane Wright! Podobnie mutageneza zawdzięcza swoje narodziny kobiecie, Charlotte Auerbach. Nasza kultura lubi spychać sukcesy kobiet w niepamięć, ale przecież my także ją tworzymy i możemy się temu przeciwstawić! Nie wynalazłyśmy nawet mopa? Za to Stephanie Kwolek wynalazła lycrę!

Książka Rachel Swaby pokazuje, że kobiety zmieniały świat, choć było i jest im trudniej. W szkole średniej Yvonne Brill (1924–2013) usłyszała od nauczyciela fizyki, że kobiety nie potrafią wznieść się na wyżyny w żadnej dziedzinie. Potem zajęła się silnikami rakiet kosmicznych, zaprojektowany przez nią elektrotermiczny silnik do dziś jest wykorzystywany do napędzania satelitów.

Poznajmy te kobiety – jeśli nie dla nas samych, to dla naszych córek. Niech wiedzą, że szlaki zostały przetarte – śmiało mogą ruszać w swoją drogę.

  1. Styl Życia

Kobieca codzienność na rysunkach Marty Frej

Marta Frej przedstawia w swoich rysunkach kobiecą codzienność - pełną frustracji i absurdów, ale też solidarności, radości i luzu. (Ilustacja: Marta Frej, Instagram: @martafrej)
Marta Frej przedstawia w swoich rysunkach kobiecą codzienność - pełną frustracji i absurdów, ale też solidarności, radości i luzu. (Ilustacja: Marta Frej, Instagram: @martafrej)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Jej rysunki z podpisami – czasem zabawnymi, a czasem prawdziwymi do bólu – zna cała Polska. A na pewno znają kobiety, bo Marta Frej opowiada w nich właśnie o kobiecej codzienności: pełnej frustracji i absurdów, ale też solidarności, radości i luzu. Jaka osobista historia za nimi stoi?

Wywiad pochodzi z archiwalnego numeru miesięcznika "Sens". Przypominamy go w ramach akcji: #zwierciadlopostroniekobiet

Jak zaczynasz dzień?
Idę na siłownię albo basen.

Inaczej niż twoje bohaterki z memów, one nie przejmują się takimi drobiazgami.
Tak, one tak, ale ja od jakiegoś czasu w ten sposób rozładowuję napięcie i towarzyszące mi frustracje.

A co cię frustruje?
Kierunek, w jakim idzie publiczna debata i stosunek do mniejszości, ostatnio zwłaszcza do ruchu LGBTQ+. No i bezsilność, bo mam wrażenie, że nie jest w tej chwili łatwo z tym kierunkiem walczyć.

Czy twoja sztuka działa w tej sytuacji terapeutycznie?
Zdecydowanie. Nic mi tak nie pomaga, jak narysowanie mema albo myślenie o tym, jak sformułować komunikat, by jego przekaz był zrozumiały i dowcipny. To na pewno zmniejsza moje poczucie bezradności i niemocy, no i bardzo mnie cieszy. Memy często wymyślam razem z moim partnerem Tomkiem, bo w zasadzie wszystko robimy razem. Taki dwugłos.

Malujesz, jesteś kulturalną aktywistką, rysujesz popularne w necie memy, a twoją stronę na Facebooku śledzi niemal 200 tys. osób. Współpracujesz też z grupą Żelazne Waginy.
Dla Wagin zrobiłam plakat i wizuale, no i byłam na ich przedstawieniu w Warszawie. Świetnie się bawiłam. Ich poczucie humoru jest mi bardzo bliskie, jestem spragniona takiej współpracy i kontaktów, a mieszkając poza Warszawą, nieczęsto mam okazję. Z drugiej strony mieszkanie „w Niewarszawie” daje mi zupełnie inną perspektywę i swobodę.

Aż tak inny jest ten świat niewarszawocentryczny?
Bardzo. Zwłaszcza w kwestii potrzeb i świadomości, jeśli chodzi o sztukę. Przez siedem lat razem z moim partnerem robiliśmy festiwal sztuki w przestrzeni publicznej Arteria. Zawsze narzekałam, że nie mam kontaktu ze współczesną sztuką krytyczną, zaangażowaną społecznie, bo do Częstochowy nie docierała. W mniejszych miastach 
i we wsiach kultura bywa sprowadzana do postaci festynu. Nie mam nic przeciwko festynom, pod warunkiem, że nie są jedynym pomysłem na kulturę. Zrobiliśmy ten festiwal, żebym więcej nie narzekała. To było świetne doświadczenie, siedem edycji festiwalu, z których każda była wyjątkowa i niezapomniana.

Z wykształcenia jesteś malarką. Nie miałaś poczucia, że rozmieniasz się na drobne, robiąc memy, kiedy mogłabyś tworzyć poważniejszą sztukę?
Na pewno musiałam wyrzucić z głowy wszystko to, czego dowiedziałam się na akademii, czyli cały ten zbiór niepisanych zasad. Gdyby nie to, że z hukiem rozstałam się z moją uczelnią, bo jej świat mocno mnie rozczarował, to pewnie długo tkwiłabym w schematach. I gdy po kilku latach odeszłam z pracy, poczułam się uwolniona, wyzwolona, zrozumiałam, że nie mam nic do stracenia. Dotarło do mnie, że kariery według tych zasad nie zrobię, bo nie jestem takim typem człowieka. Ta świadomość dała mi wolność – w tej chwili nie mam w sobie żadnych ograniczeń w kwestii tego, co wypada, a co nie wypada artystce. Nie mam ani przymusu ani konieczności przekonywania kogokolwiek, że jestem artystką. Jedyny przymus, jaki odczuwam, to żeby kochać to, co robię, i dobrze się przy tym bawić.

I tak jest?
Tak, ważne jest też dla mnie, żebym była całą sobą zaangażowana w to, co robię. Zdarza mi się zrobić coś komercyjnego, bo jestem odpowiedzialną żywicielką rodziny i muszę zarabiać. Ale potem zawsze mogę zrobić coś bardziej swojego. Nie jestem przywiązana do jednego pomysłu na życie. Mam w sobie chęć i energię do uczenia się i doświadczania nowych rzeczy i wciąż mam przekonanie, że najlepsze jeszcze przede mną.

Zawsze chciałaś być artystką?
Tak, miałam to szczęście, że odkąd pamiętam, chciałam studiować na ASP. Mówię o szczęściu, bo mam syna w maturalnej klasie i wiem, że podjęcie decyzji o kierunku studiów nie jest łatwe. Rozmawiałam ostatnio z grupą młodych ludzi i powiedzieli, że ich największy dylemat to, czy kierować się marzeniami, czy kasą. Ja nie miałam takiego dylematu. Nie myślałam o kasie.

Jak doświadczanie sztuki wpływa na ciebie jako na osobę?
Jestem dosyć wyczulona na stereotypy, czujna wobec nawyków i mód, bo sztuka, której zawsze szukałam, wybijała mnie z ustalonych torów, wprawiała w zakłopotanie, budziła niepokój i ciągle zaskakiwała… Przyzwyczaiła do niepewności, nauczyła pytać i godzić się z wielością odpowiedzi. Sztuka nauczyła mnie, że na każde zjawisko i na każdą sytuację można spojrzeć z różnych stron, z punktu widzenia innych i to są tak różne perspektywy, że nie ma jednej prawdy. Wszystko jest kwestią tego, czyimi oczami na coś patrzymy.

Te wątpliwości pojawiają się w twoich memach.
One są dla mnie uwalniające. Sprawiają, że w pewnym sensie jesteśmy gotowi na wszystko. Przede wszystkim gotowi na inność ludzi, których spotykamy.

Twoja sztuka nierozerwalnie związana jest z feminizmem. Zawsze byłaś feministką?
Nie mogę powiedzieć, że wypiłam go z mlekiem matki.Choć moja mama jest kobietą o silnym charakterze, nie nazwałabym jej jednak feministką. Mój feminizm narodził się z wielu niemiłych doświadczeń. I nie chodzi o to, że mam pretensję do konkretnych mężczyzn. Winię system, który sprawia, że pewne zjawiska są powszechnie akceptowane. Ale zarówno w życiu prywatnym, jak i w pracy zawodowej spotkałam się z wszystkim tym, z czym feminizm walczy i co próbuje zmienić. Dotarłam do niego przez praktykę, nie teorię.

Co masz na myśli?
Pracowałam przez kilka lat w najbardziej seksistowskim otoczeniu, jakie potrafię sobie wyobrazić. Kiedy urodziłam dziecko, okazało się, że jego ojciec, który ma bardzo negatywny stosunek do aborcji, nie jest zainteresowany wychowywaniem dziecka narodzonego, a cały świat wokół mnie oczekuje, że będę matką idealną... Mogłabym opowiadać o tym godzinami. Co więcej, przez wiele lat obarczałam się całkowitą odpowiedzialnością za to, co mnie spotyka. I to chyba było najtrudniejsze: poczucie, że ze mną jest coś nie tak, bo nie potrafię żyć tak jak wszyscy, że ciągle ląduję w jakimś syfie... Na szczęście w pewnym momencie zrozumiałam, że moja historia nie jest wyjątkowa, że wpisuje się w pewien schemat i wiele mechanizmów, zwyczajów oraz stereotypów jest odpowiedzialne za to, że tak się dzieje.

Zrozumiałaś to tak po prostu?
Na pewno pomogło to, że spotkałam faceta, który chce tworzyć ze mną w pełni równościowy związek. A nie jest to proste, bo oboje wychowaliśmy się w patriarchacie. Musieliśmy wyzbyć się wielu przekonań dotyczących płci i naszych wyobrażeń o tym, jak powinniśmy się zachowywać, jacy powinniśmy być. Feminizm bardzo nam w tym pomógł. Uwolnił mnie od poczucia winy i pozwolił zaakceptować przeszłość.

Dzięki temu teraz możesz przekuwać swoją siłę w pozytywne przekazy dla innych.
Mam nadzieję, że tak się dzieje. Robię teraz projekt pod hasłem: „Jestem silna, bo...”. Kobiety z całej Polski wysyłają mi swoje zdjęcia oraz rozwinięcia zdania: „Jestem silna, bo...”, a ja je rysuję. Dostałam już ponad tysiąc maili, a wciąż przychodzą. To prawdziwe historie kobiet, które są silne wbrew i pomimo. Akcja ma na celu uświadomienie, że siłę możemy czerpać ze wszystkich naszych przeżyć, zarówno tych pozytywnych, jak i negatywnych, ale też walkę ze stereotypem słabej kobiety, która potrzebuje pomocy silnego mężczyzny. Ten relikt przeszłości nie pozwala nam poznać własnych możliwości i osiągnąć niezależność.

Jak powstają twoje memy?
Bardzo różnie, zależy też od tego, czym się akurat zajmuję. Często dlatego, że mam w sobie niezgodę na jakąś sytuację polityczną i chcę rozładować napięcie. Czasem muszę jednak odpocząć od tego, co się wokół nas dzieje. Zwykle jednak razem z moim partnerem uznajemy, że temat jest ważny i trzeba go poruszyć. Wówczas zastanawiam się, jak chcę to zrobić, co dokładnie chcę powiedzieć. Przestawiam słowa w mojej głowie, aż trafię w sedno, bo przekaz musi być jednocześnie jasny i zabawny. Choć przyznam, że ostatnio wcale nie chce mi się śmiać. Ilustracja jest dodatkiem, ma przyciągnąć uwagę.

Masz poczucie, że memami edukujesz społeczeństwo?
Często słyszę takie słowa i jestem wtedy dumna. Staram się zmieniać świadomość ludzi za pomocą bardzo prostych komunikatów, a przede wszystkim śmiechu, bo śmiejąc się, wszystko łatwiej przyswajamy. To był dla mnie szok, gdy zorientowałam się, jak szybko moje memy rozprzestrzeniają się w Internecie, jak daleko się niosą. Wtedy pokochałam je jako narzędzie, za pomocą którego próbuję kreować świat, w którym sama chciałabym żyć.

Który z memów jest twoim najważniejszym?
Ten, który mówi, że nie mogę przejmować się tym, co mówią inni, bo innych jest dużo i każdy mówi co innego. Zbyt wiele rzeczy robimy tylko z uwagi na opinię innych. Mam wrażenie, że w Polsce nie tylko zwracamy uwagę na to, co o nas mówią, ale sami też chętnie komentujemy. Wieczne krytykowanie jest moją zmorą. Chciałabym, żeby ludzie przestali siebie nawzajem bezustannie oceniać. Kilka dni temu zapisałam sobie nawet takie zdanie na kolejną grafikę: „Nie trzeba rozumieć drugiego człowieka, żeby mu uwierzyć”.

Wyjaśnisz to?
Uważam, że powinniśmy bardziej wierzyć innym, ale i sobie. Jeśli mówię, że czegoś potrzebuję czy czegoś nie chcę, to ktoś inny, nawet jeśli mnie nie rozumie, powinien mi zaufać i uwierzyć, że nie kłamię. Jeśli ktoś mówi, że chce ślubu ze swoim partnerem, to trzeba mu uwierzyć. Jeśli ktoś twierdzi, że jest prześladowany, to też trzeba mu uwierzyć. Jeśli kobieta wyznaje, że czuje się dyskryminowana czy wykorzystywana, to trzeba jej uwierzyć. Zaufanie jest podstawą funkcjonowania każdego zdowego społeczeństwa.

Marta Frej, malarka, ilustratorka, animatorka kultury, prezeska fundacji Kulturoholizm. Laureatka nagrody O!lśnienia roku 2017. Autorka komiksu „Dromaderki” i (wspólnie z Agnieszką Graff) książki „Memy i grafy. Dżender, kasa i seks”. Znana jako autorka obrazów z podpisami, ilustrujących współczesne życie kobiet w Polsce.