1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Daria Ładocha - ekscentryczna, wyrazista, odważna

Daria Ładocha - ekscentryczna, wyrazista, odważna

Daria Ładocha, dziennikarka, coach zdrowia, autorka blogów i książek kulinarnych. (Fot. Bartek Kulita)
Daria Ładocha, dziennikarka, coach zdrowia, autorka blogów i książek kulinarnych. (Fot. Bartek Kulita)
Kulinaria to jej świat. Daria Ładocha prowadzi dwa blogi, program w telewizji, warsztaty, gotuje na wizji w "DDTVN", pisze książki. Zwyciężyła w drugiej edycji "Agenta-gwiazd", a teraz prowadzi w TVN "Ameryka Express". Ekscentryczna, wyrazista, odważna. Czy tak robi się dzisiaj karierę?

Ma pani poczucie sukcesu?
Każdego dnia.

O?
No tak. Bo sukces to dla mnie coś namacalnego, na przykład to, że moje dziecko mówi: „Zaadoptuję koalę w płonącej Australii”. Albo że moje córki zjedzą ze smakiem obiad, który ugotuję. Albo że pójdę na trening mimo złej pogody i tego, że mi się nie chce.

Pani fani myślą zapewne o innym sukcesie, czyli o popularności, udziale w programach telewizyjnych, lajkach na Instagramie.
Ale ja nie definiuję swojego sukcesu poprzez to, jak definiują go inni. Dla mnie sukces to życie po swojemu, a nie zgodnie z czyimiś oczekiwaniami. We współczesnym świecie sukces każdy powinien sobie dookreślić, bo czym innym będzie dla pani, czym innym dla mnie.

Czym jest dla pani?
Dla mnie ma duży związek ze szczęściem. Uprzedzę pani pytanie: Tak, bywam szczęśliwa, właśnie bywam, a nie jestem. Szczęście jest tak ulotne, tak krótko trwa, że trzeba umieć je uchwycić, przytulić, ale też trzeba umieć je puścić. Wygrałam program „Agent – Gwiazdy”, była wielka radość, ale po takiej adrenalinie pojawia się pustka.

Niektórzy szukają wtedy jeszcze mocniejszych wrażeń.
Ale to ślepa uliczka. Gdy człowiek ustawi sobie się w głowie pojęcie sukcesu, to łatwiej przez niego przejść. I analogicznie – jeżeli określimy sobie pojęcie szczęścia, to łatwiej nam je znaleźć.

Wydaje się, że bardzo konsekwentnie dąży pani do sukcesu, używając współczesnych narzędzi. A może to wszystko toczy się z dużym udziałem przypadku?
Zaczęło się od tego, że pewnego dnia postanowiłam zaufać swojej intuicji. Pracowałam, szło do przodu, ale czułam, że to nie ja, że żyję nie swoim życiem. Pojechałam wtedy z rodziną na kolejny kurs gotowania do Tajlandii. Usiadłam przed pomnikiem Buddy i zapytałam go o radę, ale mi jej, oczywiście, nie dał. Usłyszałam natomiast w swojej głowie, żeby nie wracać do tego, co było. Miałam wtedy 30 lat, dziecko, pozycję zawodową. To była najtrudniejsza decyzja w moim życiu. Bo nie wiedziałam, co chcę robić, ale wiedziałam, czego nie chcę. Czasem trzeba zrobić dziesięć kroków do tyłu, żeby zrobić jeden do przodu. Nie wiedziałam, gdzie ten krok do przodu mam postawić. I ta niewiadoma bardziej przeraża, niż jak się coś rzuca albo zawiesza.

Blog kulinarny miał być tym krokiem w nowe?
Nie, blog stworzyłam dla mojej córki, Laurki, która miała problemy ze skórą. Chciałam po prostu zamieszczać tam przepisy tego, co jej gotowałam, czyli potraw bez glutenu, nabiału, mięsa.

Nie myślała pani wtedy o karierze blogerki?
Nie, absolutnie nie to było moim celem. Wtedy musiałabym traktować pisanie bloga jako zawód, a ja chcę żyć tu i teraz.

Można łączyć jedno z drugim.
Dla mnie najpierw jest moje życie. Na przykład w czasie świąt blogerzy kulinarni ścigają się w przepisach świątecznych. Mnie wtedy na blogu nie ma. Nie mam na to czasu, bo piekę z dziećmi pierniczki albo maluję pisanki. W tym roku po raz pierwszy nie prowadziłam warsztatów przed świętami. Zmarł mój tata, postanowiłam ten czas spędzić z dziećmi. Gdybym miała menedżera, który by kierował całą strategią komunikacji, to może miałabym więcej pieniędzy i zbudowałabym kulinarne imperium [śmiech]. Wiem, że jak coś mi się nie uda, to mogę wrócić do tego, co robiłam.

Blog się udał.
Nie od razu. Pamiętam, jak wzięłam aparat do ręki, bo chciałam być samowystarczalna, a nie miałam pojęcia o fotografowaniu. Ale nie byłam tym sfrustrowana, dałam sobie prawo do tego, żeby nie wiedzieć. Często nie dajemy sobie dzisiaj do tego prawa. Chcemy być zaradne, spełnione, bogate, wszystko ma wyglądać jak na Instagramie. Mój Instagram różni się od innych, wszystko jest dlatego, że mam taką potrzebę, wynika z chwili, z tego, co u mnie się dzieje. Zaczynałam w czasie popularności blogów kulinarnych, za najlepszy uznawany był blog „Kwestia Smaku”. Ludzie mówili mi: „Nie wygrasz z taką »Kwestią Smaku«”. Tym samym podcinali mi skrzydła. Myślałam: „Dobra, zrobię to dla Laurki”. Chciałam, żeby kiedyś wiedziała, że podjęłam taki trud w ciężkich czasach, żeby to była taka internetowa biblioteka przepisów i zarazem pamiątka z jej dzieciństwa. Robiłam to też dla zabicia czasu, bo nagle zrezygnowałam z pracy. Przypadkiem zaczęłam też prowadzić warsztaty kulinarne.

Przypadkiem? A nie z pasji do gotowania?
Miałam ją od dziecka, gotowałam, jeździłam do Tajlandii, żeby się uczyć tajskiej kuchni. Ale nie planowałam nic z tym robić. Któregoś dnia zadzwoniła do mnie koleżanka z propozycją poprowadzenia warsztatów kuchni tajskiej. Zaczęłam szukać miejsca, gdzie mogłabym je zorganizować. I tak trafi łam do szkoły gotowania. Tamte warsztaty się nie odbyły, poprowadziłam inne. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że to jest początek mojej kulinarnej drogi. Właściciele szkoły dobrze mnie ocenili, zaprzyjaźniliśmy się, studio było najpierw w garażu, a teraz zamieniliśmy je na wielkie studio kulinarne.

Ta ocena była dla pani zaskoczeniem czy potwierdzeniem tego, co pani przeczuwała?
Zaskoczeniem. Pierwsze warsztaty prowadziłam dla nauczycieli szkół gastronomicznych, czyli ludzi, którzy o gotowaniu wiedzą wszystko. Jak przed nimi stanęłam, to miałam większy stres niż przed porodem. Potem pokochałam prowadzenie zajęć, bo to taki stand-up kulinarny: przez cztery godziny trzeba utrzymać uwagę ludzi.

Pracę w telewizji też dostała pani przez przypadek?
Tak! Pracowałam wtedy jako dietetyczka. Któregoś dnia klientka spóźniała się na konsultację. Byłam wściekła, bo bałam się, że nie zdążę odebrać córki ze żłobka. Czekam i czekam, aż tu wpada piękna, uśmiechnięta kobieta, na którą nie sposób się zezłościć. Siadam, słucham, doradzam jej, potem ona poleca mnie swojemu mężowi. Okazuje się, że ta pani pracuje w TVN. Po jakimś czasie dostaję pracę swoich marzeń – gotowanie w „DDTVN”. 16 lutego minęło pięć lat od tego momentu.

Daria Ładocha z córką Laurą podczas rodzinnych wakacji w Wietnamie (lipiec 2018r.). (Fot. Bartek Kulita) Daria Ładocha z córką Laurą podczas rodzinnych wakacji w Wietnamie (lipiec 2018r.). (Fot. Bartek Kulita)

Musi pani walczyć, żeby nie stracić tego, co osiągnęła?
Za bardzo kocham ludzi, miejsca, życie, żeby się spalać w walce. Nic nie muszę. Już raz zostałam zawieszona na pół roku w TVN, bo podpisałam kontrakt z pewną siecią handlową, nie wiedząc, że trzeba o tym poinformować stację. Bać się coś stracić może ktoś, kto zafi ksował się na jednym zajęciu. Dla mnie koniec czegoś to zamknięcie jednych drzwi po to, żeby otworzyć następne. Współpracowałam z Dawidem Wolińskim, Edytą Górniak, Mariną, wydawnictwem Adam & Eve, agencjami Pattern i White, byłam naczelną „Warszawskiego Poradnika Ślubnego”, zakładałam agencję reklamową 4DB, pomogłam otworzyć pierwszy butik Lilou na Mokotowskiej. Zamiast CV mam w komputerze plik zawierający wizytówki, które pokazują, gdzie mnie w życiu poniosło. Doceniam wszystko, co mam, ale wierzę, że jeszcze dużo mogę mieć. Mogę prowadzić warsztaty motywacyjne, kulinarne, być szefem kuchni, otworzyć restaurację. Jest tyle możliwości. Moim ulubionym daniem jest świeżo upieczony chleb z masłem i pomidorem. Na to zawsze uda mi się zarobić [śmiech].

Co pani pomaga w takim podejściu do wszystkiego?
Apetyt na życie. Cały czas chcę poznawać świat, nowych ludzi. Mama opowiadała mi, że jak byłam dzieckiem, to chciałam wszystkiego spróbować. Jak zobaczyłam śnieg, to od razu chciałam zjeżdżać na nartach, jak zobaczyłam pianino, to chciałam grać. Pewnego razu zauważyłam, że mój dziadek obgryza ugotowane przez babcię kurze łapki, wysysając szpik. Spróbowałam i od tego czasu babcia gotowała kurze łapki także dla mnie. Proszę sobie to wyobrazić: pięcioletnia dziewczynka wysysa szpik z kurzych łapek! Lepiłam z babcią pierogi, potrafiłyśmy ulepić po 200! Robiłyśmy naleśniki, pasztety, gołąbki, piekłyśmy ciasta, a ja wylizywałam makutry. Babcia opowiadała mi wtedy o wojnie, życiu, miłości, znałam wszystkie ploteczki z podwórka. Mnie wszystko ciekawiło.

Córki też tak mają?
Są bardzo otwarte, uwielbiają gotować. Poszły ze mną na casting, bo nie miałam ich z kim zostawić. Bawiły się tym, co było przygotowane w studiu, rozmawiały ze sobą. W pewnym momencie nikt nie zajmował się mną, tylko nimi. I Małgosia Łupina, szefowa kanałów tematycznych TVN, wpadła na pomysł, żebyśmy razem poprowadziły program. Nazwa – „Patenciary” – trafia w punkt. Bo my, kobiety, żeby mieć czas dla dzieci, na fitness, pasje i jednocześnie zarabiać pieniądze, cały czas musimy uciekać się do patentów. Staram się pokazać córkom, że nie ma sytuacji bez wyjścia. One, biorąc udział w tym programie, wiedzą, że patent zawsze się znajdzie.

Wymyśliła pani sobie te tatuaże, fryzurę, kolorowe ubrania, żeby od razu było wiadomo: uwaga, ekscentryczka, kobieta z pazurem?
Tatuaże po prostu kocham. Każdy coś oznacza: dzieci, babcię, miłość. Ludzie pytają mnie: „A co, jak ci się znudzi?”. Jak może mi się znudzić coś, co symbolizuje ukochane osoby? Fryzura to efekt tego, że nie umiem się czesać – pewnego dnia przykleiłam sobie do czoła lokówkę i się oparzyłam. A ponieważ jak gotowałam, to włosy leciały mi do oczu, więc je związałam i tak zostało. Kolorowe ubrania? W moim domu się nie przelewało, ubierałam się skromnie i szaro. Pamiętam, że pomyślałam: „Jak będę miała pieniądze, to będę się ubierała w najbardziej kolorowe ubrania”. No i kiedy teraz wchodzę do sklepu, to patrzę na półkę tylko z kolorowymi rzeczami. Dodają energii.

Dba pani o figurę?
W skali roku więcej czasu poświęcam na mindfulness, warsztaty rozwoju osobistego niż na ćwiczenia fizyczne. Znam kobiety, które rozpaczliwie się odchudzają, chodzą na siłownię siedem razy w tygodniu, ale są sfrustrowane. Myślę sobie, że trening ciała jest ważny, ale trening głowy dużo ważniejszy.

Została pani nową prowadzącą program „Ameryka Express”. Czym jest dla pani to doświadczenie?
Przygodą. To dla mnie niesamowite móc przeżywać z uczestnikami wszystkie trudne sytuacje, to, że muszą się zmierzyć ze swoimi słabościami, poradzić sobie, mając jednego dolara na dzień w biednym kraju, jakim jest Gwatemala. W tym programie są płacz i śmiech, są momenty chwytające za serce, ale mogę zdradzić, że najczęściej płaczącą osobą jestem ja.

Nie boi się pani, że skręci w obce sobie rejony? Albo że uderzy pani do głowy woda sodowa?
Nie boję się, bo mam przy sobie bliskich, którzy pierwsi mi o tym powiedzą. Pracuję teraz z Bartkiem, moim partnerem od 20 lat, on na pewno to zauważy. Nie boję się także dlatego, że mnie gna ciekawość świata. Jeżeli mogłabym się czegoś bać, to tylko tego, że ta ciekawość, energia zgasną. Ale dzisiaj ciężko mi sobie to wyobrazić. Najbardziej boję się o córki, czy wyrosną na dobre dziewczyny, czy nie dadzą się zmanipulować konsumpcyjnemu światu. Zamiast budować dom, wolę budować więzi z nimi. Dlatego co roku całą rodziną wyjeżdżamy na dwa miesiące wakacji. Tak na dobrą sprawę jest mi obojętne, gdzie z nimi wyjeżdżam, bo najważniejsze jest nie wyjeżdżanie w świat, tylko ze swoim własnym światem. To jest sukces. Powtórzę: możemy odnosić sukces każdego dnia. Pod warunkiem że sobie na to pozwolimy.

Pani sobie pozwala.
Zdecydowanie tak. Wie pani, czego się o sobie dowiedziałam? Robiono do programu badania, jak ludzie mnie odbierają, i okazało się, że niektórzy myślą o mnie jako o kimś zarozumiałym i wyniosłym. Strasznie mi było przykro, gdy to usłyszałam. Wszystko mogłabym o sobie powiedzieć, tylko nie to, że jestem wyniosła i zarozumiała. Ale być może pozwalanie sobie na bycie sobą, uśmiechanie się do wszystkich ludzi denerwuje. Trudno. Najbardziej na świecie lubię się śmiać, być sobą i nic tego nie zmieni.

Daria Ładocha dziennikarka, coach zdrowia, autorka dwóch blogów kulinarnych i książek kulinarnych dla dzieci, współprowadząca kulinarną część „DDTVN”. Obecnie prowadząca programu „Ameryka Express”. Mama 11-letniej Laury i sześcioletniej Matyldy.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kuchnia

Muszle nadziewane dynią i szpinakiem

Muszle nadziewane dynią i szpinakiem z parmezanem i pomidorowym sosem (Fot. Anna Kamińska)
Muszle nadziewane dynią i szpinakiem z parmezanem i pomidorowym sosem (Fot. Anna Kamińska)
Ostania dynia zabrana do kuchni, bo ma się zacząć poważny chłód. Najpierw przerobiłam ją na purée, a potem część purée poszła do muszli. Okazało się, ze takie danie ocieplić może nie jeden chłodny dzień...

Ostania dynia zabrana do kuchni, bo ma się zacząć poważny chłód. Najpierw przerobiłam ją na purée, a potem część purée poszła do muszli. Okazało się, ze takie danie ocieplić może nie jeden chłodny dzień...

  • makaronowe włoskie muszle 14 sztuk
  • pieczone purée z dyni 300 g
  • liście szpinaku 300 g
  • szalotka 1
  • ząbki czosnku 3
  • tarty imbir 1 łyżka
  • kumin w proszku 1 łyżeczka
  • chili w proszku 1 łyżeczka
  • sól i pieprz do smaku
  • oliwa EV 2 łyżki
Sos pomidorowy:
  • pomidory pelati bez skóry 1 puszka
  • czosnek 2 ząbki
  • liście bazylii 5
  • oliwa EV 2 łyżki
  • sól i pieprz do smaku
  • tarty parmezan 3 łyżki - do posypania
Na oliwie podsmażamy posiekany czosnek - 1 minutę. Dodajemy pomidory i gotujemy je aż powstanie gęsty sos. Dodajemy posiekaną bazylię, doprawiamy solą i pieprzem. Szalotkę i czosnek siekamy. Na patelnię wlewamy oliwę, dodajemy szalotkę i czosnek. Blanszujemy 2 minuty. Wsypujemy chili, kumin i tarty imbir. Doprawiamy solą i pieprzem. Podsmażamy razem 3 minuty na średnim ogniu. Dodajemy szpinak i mieszając drewnianą łyżką podgrzewamy, aż będzie miękki - ok 10 minut.

Purée dyniowe przekładamy do miski, dodajemy szpinak z patelni razem ze wszystkimi dodatkami. Mieszamy i doprawiamy solą, pieprzem i ewentualnie innymi przyprawami. Podsmażamy razem 3 minuty na średnim ogniu.

Zagotowujemy 3 litry wody, wsypujemy 1 łyżkę soli i wrzucamy muszle. Gotujemy je 8 minut i odcedzamy na sicie. Przelewamy zimną wodą i każdą muszlę napełniamy farszem dyniowo-szpinakowym. Układamy w naczyniu do zapiekania. Polewamy sosem pomidorowym i posypujemy serem. Zapiekamy w piekarniku nagrzanym do 180 st. C przez 30 minut. Podajemy gorące.

  1. Kuchnia

Truskawki z procentami - przepis tylko dla dorosłych

Fot. iStock
Fot. iStock
Truskawowy temat jest gorący i nie cierpi zwłoki. Wiadomo, truskawka to owoc delikatny i krótkotrwały.

Pojawiły się już pierwsze truskawki. Najlepiej smakują w upalny dzień prosto z krzaczka.  Tym razem też proponujemy je na ciepłe w wersji tylko dla dorosłych.

Truskawki zapiekane z ajerkoniakowym koglem moglem

200 g truskawek 200 ml ajerkoniaku

Fot. 123rf.com Fot. 123rf.com

Piekarnik nagrzewamy do 180 st. C. Truskawki płuczemy dokładnie i odrywamy od szypułek.

Kroimy na pół i układamy w dwóch foremkach do zapiekania.

Zalewamy je ajerkoniakiem po równo do każdej foremki.

Wstawiamy do piekarnika i pieczemy, aż wierzch się lekko zrumieni. Wyjmujemy z pieca i podajemy od razu.

  1. Kuchnia

Nienasycone, czyli słynne kobiety od kuchni

Nienasycone, czyli słynne kobiety od kuchni (Fot. Marianne Pfeffer Gjengedal, Klaudia Iga Pérès)
Nienasycone, czyli słynne kobiety od kuchni (Fot. Marianne Pfeffer Gjengedal, Klaudia Iga Pérès)
Zobacz galerię 15 Zdjęć
Łatwo zapomnieć, że sławne, niezwykłe kobiety, jak Coco Chanel, Frida Kahlo czy Astrid Lindgren, tak jak my jadły śniadania i kolacje. Chciałyśmy zbliżyć się do nich przez ich kuchnię, więc stworzyłyśmy przepisy na dania, które naszym zdaniem jadły, studiowałyśmy ich życiorysy, przez chwilę żyłyśmy ich życiem – mówią Klaudia Iga Pérès i Marianne Pfeffer Gjengedal, autorki książki „Nienasycone. 14 sławnych kobiet i 99 stylowych przepisów”.

Pierwsza była Frida Kahlo, którą Marianne podziwia za radość życia, siłę i zuchwałość. Wcieliła się w nią, wplatając we włosy kwiaty z ogrodu i zakładając turkusowe korale przywiezione z podróży po Meksyku. Wcześniej upiekła meksykańskie ciasteczka, przygotowała śliwki nadziewane migdałami i karmelizowany popcorn. Nie chciałaby być Fridą, co to to nie, ale chętnie napiłaby się z nią likieru rodzynkowego, ukoiła jej ból słodkościami, przygotowała dla niej obiad, pogadała o życiu albo zajrzała przez ramię, gdy ta malowała. I jeszcze pomogłaby jej haftować serwetki, którymi ozdabiała kosz z lunchem dla Diega Rivery, pisząc chociażby: Felicidades mon amour („Gratulacje, kochany”).

Frida w przygotowaniu tradycyjnych potraw była mistrzynią, a najczęściej pichciła te ulubione przez Diega. „I choć były one wyrazem miłości, to, przyznajmy to szczerze – mówi Marianne – Frida gotowała, bo wiedziała, że łasuch i kobieciarz Diego, gdy nie dostanie obiadu, pójdzie do kochanki”. „Im bardziej poznawałyśmy nasze bohaterki, tym lepiej rozumiałyśmy, z czym musiały się zmagać, ile poświęciły lub wycierpiały i jaką cenę zapłaciły za możliwość podejmowania własnych wyborów” – przyznają dziewczyny. Frida, która jako dzieciak chodziła po drzewach i jeździła na rowerze z chłopakami, po zderzeniu autobusu, którym jechała, z tramwajem była jedną wielką raną. Miała kręgosłup złamany w dwóch miejscach, lewą nogę w jedenastu, zmiażdżoną prawą stopę. Przeszła 32 operacje i do końca życia zmagała się z potwornym bólem. A im gorzej się czuła, tym bardziej kolorowo się ubierała.

Gdy Marianne wcielała się we Fridę, a wcześniej obmyślała przepisy na dania, które by jej zasmakowały, Klaudia fotografowała, ustawiała światło i łapała idealny kadr. Dziewczyny poznały się na planie sesji kulinarnej w Oslo. Marianne była asystentką stylistki, Klaudia – fotografa. Szybko znalazły wspólny język, okazało się, że obie skończyły Akademię Sztuk Pięknych, z tym że Polka Klaudia w Warszawie, a Norweżka Marianne w Oslo. Obie estetki skupiające się na najdrobniejszych szczegółach, kochające piękno postanowiły połączyć siły i zrobić razem coś dla siebie, tak jak chcą. Wymyśliły sesję z Fridą, a efekty okazały się na tyle udane, że jeden z norweskich magazynów zaproponował im sportretowanie od kulinarnej strony kolejnych kobiet, wskazując Marilyn Monroe i Sophię Loren.

„Wcielenie się w seksbomby okazało się najtrudniejsze” – opowiada Klaudia, która z racji blond włosów została MM. – I chyba trudniejsze niż pokazanie seksapilu było pokonanie własnych stereotypów na temat Marilyn, głupiutkiej blondynki. Po sesji nabrałyśmy dla niej szacunku oraz podziwu dla jej zalotnego wdzięku”. Marianne, szykując dania dla Marilyn, inspirowała się tym, co sama aktorka pichciła w pokoju hotelowym na elektrycznej kuchence, starając się jednocześnie dbać o formę i unikać paparazzich. Oraz tym, co jadła w filmach – stąd na przykład przepis na amerykańskie naleśniki z syropem klonowym.

Tak narodził się zalążek książki „Nienasycone. 14 sławnych kobiet i 99 stylowych przepisów”. „Nasze bohaterki przez pięć lat były z nami. Sporo się od nich nauczyłyśmy. W trudnych chwilach myślałyśmy sobie, że skoro one dały radę, to my też sobie poradzimy” – przyznają autorki. Przez te pięć lat sporo się też u Marianne i Klaudii zmieniło, a książka stała się swoistym pamiętnikiem. „Wiesz, czemu nasza Julia Child stoi tyłem do aparatu? Bo Klaudia była wtedy w zaawansowanej ciąży! A przecież nie mogłyśmy pokazać Julii, która nie miała dzieci, z ciążowym brzuchem. Z kolei sesję z antropolożką Lizą Crihfield Dalby (jedyną kobietą Zachodu, której pozwolono zostać gejszą) musiałyśmy przekładać, bo Klaudia niespodziewanie zaczęła rodzić. W międzyczasie każda z nas się przeprowadziła – Klaudia nie mieszka już w Oslo, tylko we Francji, moje dzieci dorosły – mówi Marianne. – Gdy było nam trudno, zdarzało mi się zastanawiać, co zrobiłaby Frida albo Chanel”.

„Odkąd mam synka – dodaje Klaudia – ważne są dla mnie nie tylko prawa kobiet, ale i dzieci”. Wzorem stało się dla niej podejście Norwegów, którzy traktują dzieci jak małych dorosłych. Rozmawiają z nimi, pytają o opinię, respektują ich zdanie, nie do wyobrażenia jest krzyk czy podniesienie ręki na dziecko. „Pamiętam, jak spanikowana pierwszą chorobą synka zadzwoniłam do Marianne, a ta ze stoickim spokojem pogratulowała mu pierwszego przeziębienia i kazała mierzyć temperaturę, podawać wodę, przytulać i natychmiast się uspokoić– śmieje się Klaudia. – Dużo myślałam o tym, jak zmieniło się podejście do dzieci, gdy portretowałyśmy Szwedkę Astrid Lindgren, w którą wcieliłam się w „Nienasyconych...” i z której książkami spędziłam całe dzieciństwo. Zrozumiałam, jak musiała cierpieć, gdy przez purytańskie obyczaje została najpierw zmuszona do ukrywania ciąży, w którą zaszła jako naiwna 18-letnia praktykantka z ponad dwa razy starszym szefem gazety, a potem do oddania dziecka matce zastępczej. Na szczęście później udało się jej odzyskać synka, a opowieść o Pipi Pończoszance powstała dla córki, którą miała ze swoim późniejszym mężem”.  Dziewczyny zainspirowane jej książkami stworzyły przepis na naleśniki (Pipi ciasto na nie mieszała wielką miotłą), zupę jagodową czy domowej roboty klopsiki.

Jednak najwięcej zabawy Klaudia i Marianne miały, wcielając się w Marię Antoninę, ucieleśnienie rokokowego stylu, która odziana w jedwabie i pastele otwiera książkę. Marianne, specjalistka od tortów, przepisy na ciasta opracowała na podstawie starych receptur i użyła składników dostępnych XVIII-wiecznym cukiernikom. W przepisie na trzypiętrowy tort Marianne zaleca, by przed nałożeniem na ciasto drugiej warstwy kremu wziąć głęboki oddech i… nalać sobie kieliszek wina. „W końcu najważniejsze w gotowaniu jest, by dobrze się przy tym  bawić” – śmieją się Klaudia i Marianne.

Maria Antonina - Pianki Marshmallow z jagodami

(Fot. Marianne P. Gjengedal, Klaudia I. Pérès) (Fot. Marianne P. Gjengedal, Klaudia I. Pérès)

200 g jagód (lub wiśni bez pestek), 200 g cukru + do posypania, 6 listków (12 g) żelatyny, 60 g białek (z ok. 2 jajek), 1 łyżka miodu akacjowego.

Za pomocą robota kuchennego zblenduj owoce na gładką masę. Przetrzyj ją przez sitko o drobnych oczkach, żeby pozbyć się resztek skórki i pestek. Namocz listki żelatyny w dużej ilości zimnej wody. Odmierz 100 ml masy owocowej i podgrzej ją w garnku razem z cukrem. Gotuj do otrzymania syropu przez 5–9 minut, aż temperatura osiągnie 120 stopni Celsjusza. Sprawdzaj temperaturę termometrem cukierniczym. Zdejmij garnek z palnika. Odsącz żelatynę i wmieszaj ją do syropu owocowego. Ubij białka z miodem na sztywno. Nie wyłączając miksera, do piany z białek wlej ciepły syrop. Ubijaj do wystudzenia piany. Wylej odrobinę oleju o neutralnym smaku na ręcznik papierowy i cienką warstwą pokryj papier do pieczenia. Przełóż masę na papier i rozprowadź do uzyskania warstwy o grubości 2 cm. Odstaw do następnego dnia w temperaturze pokojowej. Masę pokrój w kostki i obtocz w cukrze.

(Fot. Marianne P. Gjengedal, Klaudia I. Pérès) (Fot. Marianne P. Gjengedal, Klaudia I. Pérès)

Jane Austin - Brukselka z migdałami i boczkiem

(Fot. Marianne P. Gjengedal, Klaudia I. Pérès) (Fot. Marianne P. Gjengedal, Klaudia I. Pérès)

150 g solonego wędzonego boczku, pokrojonego w kostkę, 150 g kurek (można pominąć), 4 łyżki masła, 800 g świeżej brukselki, 6 szalotek, 100 g migdałów w całości, sól w płatkach świeżo zmielony czarny pieprz

Odetnij twarde końcówki brukselki i usuń dwa, trzy zewnętrzne liście. Cebulę obierz i pokrój w kostkę. Oczyść kurki, a większe przekrój na pół. Mniejsze grzyby mogą pozostać w całości. Rozgrzej dużą głęboką patelnię i usmaż kostki boczku na chrupko. Wyjmij je z patelni, a w tłuszczu z boczku rozpuść masło. Podsmaż grzyby na złoty kolor i odłóż na bok razem z boczkiem. Następnie włóż na patelnię brukselkę, cebulę i grzyby i szybko podsmaż na tłuszczu. Dodaj migdały i wstaw patelnię do piekarnika. Jeżeli nie nadaje się ona do używania w piekarniku, przełóż mieszankę do naczynia żaroodpornego. Piecz w 200 stopniach Celsjusza przez 20–25 minut, aż brukselka zmięknie i się zarumieni. Pod koniec pieczenia wmieszaj boczek. Podawaj natychmiast po wyjęciu z piekarnika.

(Fot. Marianne P. Gjengedal, Klaudia I. Pérès) (Fot. Marianne P. Gjengedal, Klaudia I. Pérès)

Frida Kahlo - Ciasteczka meksykańskie

(Fot. Marianne P. Gjengedal, Klaudia I. Pérès) (Fot. Marianne P. Gjengedal, Klaudia I. Pérès)
12 szt.
20 g masła, 2 łyżeczki likieru kawowego, 85 g gorzkiej czekolady, najlepiej o 70- lub 85-proc. zawartości kakao, 1 duże jajko, 50 g cukru plus 50 g do obtaczania, 50 g mąki pszennej, 45 g lekko prażonych migdałów, 1/2 łyżeczki cynamonu (można pominąć), 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia, szczypta chili w proszku, cukier puder do obtaczania. Masło, czekoladę i likier rozpuść w kąpieli wodnej. Ubij jajko z 50 g cukru na gęstą białą masę i wmieszaj do niej rozpuszczoną czekoladę. Do pojemnika blendera włóż migdały, mąkę, cynamon, proszek do pieczenia i chili. Blenduj do zmielenia migdałów. Dodaj suche składniki do surowego ciasta, przykryj folią spożywczą i odstaw na 1–2 godziny w chłodne miejsce do zastygnięcia. Nakładaj po łyżce masy i formuj z niej kulki. Obtaczaj najpierw w pozostałym cukrze, a następnie w cukrze pudrze. Nie żałuj go – kulki mają być nim całkiem pokryte. Układaj na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, zachowując odstępy wielkości co najmniej 5 cm. Piecz w 160 stopniach Celsjusza przez 11–14 minut, aż ciasteczka popękają i będą łatwo odchodzić od papieru.

(Fot. Marianne P. Gjengedal, Klaudia I. Pérès) (Fot. Marianne P. Gjengedal, Klaudia I. Pérès)

Coco Chanel - Croquantes nadziewane czekoladą

(Fot. Marianne P. Gjengedal, Klaudia I. Pérès) (Fot. Marianne P. Gjengedal, Klaudia I. Pérès)

280 g cukru 3 jajka szczypta soli 130 g mąki pszennej 400 g posiekanej gorzkiej czekolady 200 ml tłustej śmietany lub crème fraîche posypka czekoladowa

Rozgrzej piekarnik do 200°C. Do miski wsyp cukier, dodaj jajka i sól. Dobrze wymieszaj. Przesiej mąkę przez sito i połącz z zawartością miski. Mieszaj do otrzymania gładkiej masy. Wyłóż blachy papierem do pieczenia i wysmaruj masłem lub neutralnym olejem. Na papierze formuj krążki o średnicy 10 cm. Nakładaj po łyżce ciasta i wyrównuj je spodem łyżki. Zachowuj duże odstępy. Układaj tylko po cztery ciasteczka naraz, żeby zdążyć zwinąć wszystkie przed zastygnięciem. Piecz przez ok. 5 minut, aż brzegi nabiorą złotego koloru. Łopatką pojedynczo zdejmuj ciasteczka z blachy i jeszcze ciepłe zwijaj w rurki o średnicy 2–3 cm. Możesz zawijać je na trzonku drewnianej łyżki lub na specjalnej rurce do croquantes. Zostaw do ostygnięcia na kratce.

Ostrożnie rozpuść czekoladę w kąpieli wodnej. Zdejmij z palnika i mieszaj, aż czekolada będzie gładka. Wymieszaj ją z crème fraîche. Lekko wystudź krem i przełóż go do rękawa cukierniczego. Nadziewaj rurki, a końcówki zanurzaj w posypce czekoladowej.

(Fot. Marianne P. Gjengedal, Klaudia I. Pérès) (Fot. Marianne P. Gjengedal, Klaudia I. Pérès)

Marilyn Monroe - Masło nerkowcowe

(Fot. Marianne P. Gjengedal, Klaudia I. Pérès) (Fot. Marianne P. Gjengedal, Klaudia I. Pérès)

250 g orzechów odrobina soli w płatkach ok. 1 łyżeczki miodu akacjowego 1–2 łyżki oleju o neutralnym smaku,  np. słonecznikowego lub arachidowego

Orzechy wsyp do blendera i miel je tak długo, aż zaczną wydzielać tłuszcz, który zmieni je w gęstą pastę. Dodawaj po trochu oleju, do uzyskania pożądanej konsystencji. Uważaj, żeby nie wlewać za dużo naraz, bo masło może się zrobić za rzadkie. Na koniec dopraw do smaku solą i miodem. Przechowuj w lodówce, w małych słoiczkach po dżemie lub w szczelnych pojemnikach. Masło zachowuje świeżość przez długi czas.

(Fot. Marianne P. Gjengedal, Klaudia I. Pérès) (Fot. Marianne P. Gjengedal, Klaudia I. Pérès)

Przepisy pochodzą z książki Marianne P. Gjengedal, Klaudia I. Pérès „Nienasycone. 14 sławnych kobiet i 99 stylowych PRZEPISÓW”, Dwie Siostry.

  1. Styl Życia

Wiele dobrych wiadomości. Roczny horoskop dla Bliźniąt

Większość Bliźniąt w czasie nadchodzących 12 miesięcy może liczyć na trwałe efekty swoich starań. Bliźnięta przekonają się, że kryzysowe czasy mogą okazać się niepowtarzalną szansą na wprowadzenie w życie korzystnych zmian i pójście do przodu. (Ilustracja: iStock)
Większość Bliźniąt w czasie nadchodzących 12 miesięcy może liczyć na trwałe efekty swoich starań. Bliźnięta przekonają się, że kryzysowe czasy mogą okazać się niepowtarzalną szansą na wprowadzenie w życie korzystnych zmian i pójście do przodu. (Ilustracja: iStock)
Bliźnięta czeka jeden z lepszych okresów być może od wielu lat. Dzieje się tak przede wszystkim dzięki harmonijnym tranzytom dwóch planet społecznych: Jowisza i Saturna, które przemierzają znak Wodnika. Trygony, jakie tworzą i będą tworzyć do Bliźniąt, są sprzyjające i mają wyjątkowo mocne działanie.

Trygon Jowisza zaktywizuje wrodzone umiejętności i talenty komunikacyjne Bliźniąt, ale też przyspieszy wiele spraw. Wniesie do życia więcej dynamizmu i luzu: życie potoczy się lżej, przyjemniej, efektywniej. Jowisz sprawia, że minimum wysiłku nagradzane jest maksimum korzyści. Bliźnięta będą cieszyć się wielością kontaktów oraz lukratywnych okazji biznesowych czy relacyjnych. Trygon Jowisza do Słońca w tradycyjnej astrologii nazywa się królewskim aspektem, czyli wyjątkowo szczęśliwym. To te momenty, kiedy życie pozytywnie nas zaskakuje. Zawsze jednak warto wspomóc farta – prezent od Jowisza – przemyślanymi działaniami i świadomymi decyzjami.

Na Bliźnięta działa też obecnie Saturn. Planeta ta ma swoją ponurą sławę, ale tym razem oddziałuje harmonijnie, dlatego Bliźnięta poczują jej łaskawszą stronę. Czyli? W życiu zapanuje kojąca stabilizacja, ład, ich umysł zostanie zaangażowany do osiągania konkretnych celów. Ze swoją tendencją do tymczasowości i totalnego bałaganu Bliźnięta będą Saturnowi za to wdzięczne. Wpływy Saturna pozwolą im uporządkować chaos, para nie będzie szła w gwizdek. Korzystnego działania Saturna doświadczą w 2021 roku przede wszystkim Bliźnięta urodzone w pierwszej dekadzie, a w przyszłym roku te z drugiej dekady. A zatem z jednej strony Jowisz przyniesie nowe perspektywy i możliwości, z drugiej – Saturn wcieli je w życie. To będzie doskonała okazja, żeby w spektakularny sposób zawalczyć o swoje. Ambitne działania biznesowe mają zielone światło. Ograniczenia lockdownu spłyną po Bliźniętach jak woda po kaczce. Ten czas wyzwoli w nich skuteczną przedsiębiorczość. Bliźnięta dostają właśnie od planet szansę, żeby osiągnąć sukces, zdobyć zaszczyty i dobra materialne.

Bliźnięta urodzone między 9 a 15 czerwca są pod wpływem kwadratury Neptuna, przez którego rzeczywistość może się nieco rozmywać. Wpływów tej duchowej planety często nie odczuwamy w bezpośredni sposób, w postaci jakichś negatywnych wydarzeń, ale Neptun może Bliźniętom przynieść nieefektywne rozprężenie. Jak się to objawia? Spadkiem energii witalnej i zawirowaniami emocjonalnymi. Bliźnięta działają na dużych obrotach, a Neptun będzie im to utrudniał. Sprawność ich błyskotliwego umysłu może szwankować, a nerwowość, lęki i fobie nasilą się. Bliźniętom z drugiej dekady od maja do lipca 2021 roku może usuwać się grunt spod nóg – do działania Neptuna bowiem dołączy Jowisz, który wyjdzie z Wodnika i wejdzie w znak Ryb, tworząc kwadraturę. Końcówka wiosny i większość lata może przynieść im gorszy czas, który najlepiej wykorzystać na zdystansowanie się i porzucenie zbyt dużych oczekiwań. W sierpnia Jowisz znowu wróci do Wodnika, przynosząc dobrodziejstwa Bliźniętom z trzeciej dekady. Od początku 2022 roku planeta ta ponownie wkroczy w Ryby i jej kwadratura zostanie z Bliźniętami na dłużej, czyli do czerwca, a potem od października do końca roku. Bliźnięta powinny w tym okresie działać metodycznie, wystrzegając się popadania w przesadę i życzeniowe myślenie.

W sierpniu i pierwszej połowie września, kiedy Mars utworzy nieprzyjemną kwadraturę, Bliźnięta czekają turbulencje. Wtedy tłumione trudne emocje ujrzą światło dzienne, przez co można się trochę pogubić. Za to od połowy września fantastyczny trygon Marsa w Wadze będzie sprzyjał wszelkim inicjatywom. Dość trudnym momentem będzie 4 grudnia, kiedy dojdzie do kolejnego zaćmienia, tym razem Słońca w Strzelcu. Dodatkowa opozycja Marsa w tym znaku może przynieść Bliźniętom konflikty, spadek sił i poczucie niepotrzebnego szarpania się z własnymi emocjami i ludźmi wokół. Końcówka roku zapowiada się zatem jako czas dużego napięcia. Poprawa sytuacji nastąpi około marca 2022, kiedy Mars znajdzie się w Wodniku i razem z Saturnem utworzą serię trygonów do drugiej dekady Bliźniąt. Do połowy kwietnia 2022 roku Bliźnięta mogą zaliczyć spektakularne sukcesy na polu zawodowym. Potem obecność Jowisza i Marsa w Rybach przyniesie zawirowania i brak oparcia w faktach.

Podsumowując: większość Bliźniąt w czasie nadchodzących 12 miesięcy może liczyć na trwałe efekty swoich starań. Nie trzeba będzie gimnastykować się kosztem przeciążeń nerwowych i emocjonalnych. Dlatego warto z siebie dać dużo. Bliźnięta przekonają się, że kryzysowe czasy mogą okazać się niepowtarzalną szansą na wprowadzenie w życie korzystnych zmian i pójście do przodu.

Piotr Gibaszewski, astrolog, autor corocznych prognoz dla Polski i świata. Wykładowca w Studium Psychologii Psychotronicznej.

  1. Styl Życia

Równowaga między pracą a odpoczynkiem i codzienny rachunek sumienia. Sposób na życie według św. Hildegardy

Według programu św. Hildegardy oprócz diety i rachunku sumienia potrzebna jest też równowaga między pracą a snem, między brakiem ruchu a aktywnością fizyczną. Ważny jest codzienny spacer, który poprawia krążenie i uspokaja. (Fot. iStock)
Według programu św. Hildegardy oprócz diety i rachunku sumienia potrzebna jest też równowaga między pracą a snem, między brakiem ruchu a aktywnością fizyczną. Ważny jest codzienny spacer, który poprawia krążenie i uspokaja. (Fot. iStock)
Odpowiednia dieta, równowaga między pracą a odpoczynkiem i codzienny rachunek sumienia – sposób na zdrowe życie? Tak twierdziła wieki temu św. Hildegarda. Jej współcześni naśladowcy mówią, że miała świętą rację.

„Za panowania Henryka IV w Świętym Cesarstwie Rzymskim żyła w Galii Bliższej dziewica słynąca ze swego szlachetnego urodzenia i świętości. Na imię jej było Hildegarda. Jej rodziciele, Hildebert i Mechthylda, choć ludzie możni i ze sprawami światowymi obeznani, mieli na względzie dary należne Stwórcy, oddali przeto córkę w służbę Bogu. Jeszcze w dziecięctwie od spraw ziemskich się odsunęła, odgrodzona od nich przedziwną czystością…” – tymi słowami Gottfryd, mnich z Góry Świętego Dyzyboda, sekretarz Hildegardy, rozpoczął pierwszą księgę dzieła „Żywot świętej Hildegardy”.

Z braku harmonii

Alfreda Walkowska od ponad 25 lat popularyzuje w Polsce wiedzę o osobie i dziele św. Hildegardy. W książce „Powrót do harmonii” opisała podstawowe założenia jej programu. Jak się zaczęła jej przyjaźń ze średniowieczną wizjonerką?

– Mieszkałam wtedy w Niemczech. Po urodzeniu dzieci moje zdrowie zaczęło nieco szwankować – wspomina. – Miałam problemy z kręgosłupem, trzustką, krążeniem. Zaczęłam szukać pomocy medycznej. Tymczasem wybrałam się z moimi małymi dziećmi na pieszą, 30-kilometrową pielgrzymkę, podczas której po raz pierwszy usłyszałam o Hildegardzie. Był to czas mojego dojrzewania duchowego. Mieszkałam przy uniwersytecie i miałam dostęp do biblioteki, więc zaczęłam o niej czytać i sprawdzać na sobie jej metody leczenia. Okazały się tak skuteczne, że mogłam się obyć bez medycyny konwencjonalnej, także przy różnych dolegliwościach moich dzieci.

Grono korzystające z pomocy Hildegardy szybko się powiększało. Przyjaciele Alfredy prosili ją o pomoc w rozwiązywaniu problemów zdrowotnych. – Na początku skupiałam się na dolegliwościach fizycznych, z czasem zaczęłam odkrywać, jak duży wpływ ma na nie obszar duchowy. Poprzez muzykę Hildegardy, jej obrazy i wizje, zaczął docierać do mnie porządek świata.

– Po powrocie do Polski stwierdziła, że brakuje tu specjalistów i literatury na ten temat. Sprowadzała książki, dokształcała się i służyła radą wszystkim, którzy tego potrzebowali. W końcu chętnych zrobiło się tylu, że powstał kłopot z przekazem informacji na temat programu zdrowia św. Hildegardy. Postanowiła, że zajmie się tym profesjonalnie.

Obecnie Alfreda Walkowska prowadzi Polskie Centrum św. Hildegardy w Legnicy, w którym m.in. propaguje naturalny system leczenia, przywracający harmonię ducha i ciała.

Czym jest zdrowie?

„W samym centrum wszechświata umiejscowił Bóg człowieka, jako najważniejsze ze stworzeń. Swoją postawą jest on wprawdzie niewielki, ale siłą swojej duszy potężny. Jego głowa jest zwrócona do góry, a stopy oparte są pewnie na twardym podłożu. Ma on moc wprawiać w ruch tak to, co w dole, jak i to, co w górze. Ze względu na siłę swojego wnętrza jest w stanie zrealizować każde dzieło” – pisze Hildegarda.

Jesteśmy całością – duszą i ciałem. Zdrowie to harmonia obu tych sfer. Hildegarda wyróżnia cztery podstawowe obszary, w których funkcjonuje człowiek: najbliższe otoczenie, kontakt z naturą, wszechświatem i Bogiem. Według niej, zamiar Boży był taki, żeby człowiek żył w zgodzie z każdym z nich, był zdrowy i szczęśliwy. Ale ludzie popełnili grzech pierworodny i doszło do zakłócenia pierwotnego stanu.

Skąd się bierze choroba?

Choć Hildegarda za praprzyczynę choroby uznaje grzech pierworodny, to jednocześnie twierdzi, że możemy powrócić do zdrowia i harmonii. Na nasz stan w 10 procentach wpływa środowisko, w kolejnych 10 – obciążenia genetyczne, a w pozostałych 80 procentach – styl życia. Ten z kolei zależy od diety, czystego sumienia, higieny i proporcji między pracą a odpoczynkiem. Gdy równowaga tych wszystkich obszarów zostaje naruszona, w organizmie gromadzą się soki chorobotwórcze, zmniejsza się viriditas, czyli nasze siły witalne, dochodzi do zaburzenia funkcjonowania w tych czterech podstawowych obszarach. Następnie tracimy harmonię w innym, na który składają się: ziemia, powietrze, woda i ogień. Z nich zbudowany jest cały wszechświat. W konsekwencji dochodzi w nas do zaburzenia równowagi czterech soków ustrojowych: krwi, śluzu, żółci i czarnej żółci.

Jak powrócić do zdrowia?

To proste – należy cały ten proces odwrócić, uporządkować siebie i swoje życie. Musi także pojawić się chęć wyjścia z choroby. Potem zmiana diety, odpowiednie środki lecznicze, post czy określone zabiegi proponowane przez Hildegardę. Następnie chory powinien uporządkować sferę swoich cnót i grzechów, zrównoważyć pracę i odpoczynek. Wtedy powróci harmonia czterech obszarów, zostaną wydalone soki chorobotwórcze, zwiększą się siły żywotne, pojawi się równowaga pomiędzy czterema elementami… I tak choroba opuści ciało i duszę.

Kluczową rolę w procesie zdrowienia odgrywa silna wola. Alfreda Walkowska wierzy, że jeśli chory zacznie się porządkować, Bóg poczuje się zaproszony do jego życia i będzie w nim działać, ale to my jesteśmy odpowiedzialni za swoje zdrowie, za to, jak funkcjonujemy i korzystamy z zasobów Matki Ziemi.

– Hildegarda przeniknęła całe moje życie – przyznaje Alfreda. – W domu stosuję się do jej zaleceń dietetycznych, doświadczam dobroczynności postów i zabiegów. Niedawno moja córka zachorowała na ciężką grypę, miała 40 stopni gorączki. Jak radzi Hildegarda, poiłam ją herbatą malinową i porzeczkową, bo zawierają dużo witaminy C, galgantem z koprem na regulację krążenia i obniżenie temperatury, podawałam korzeń goryszu i robiłam okłady. Po 5 dniach powróciła do szkoły. Dietę hildegardową stosuję też w odżywianiu mojej sparaliżowanej od dziesięciu lat mamy. Podaję jej galgant, napój pietruszkowy, okładam plewami orkiszowymi. Jej stan jest stabilny, nie ma odleżyn.

Dieta Hildegardy

Program dietetyczny niemieckiej wizjonerki, to odżywanie rozumiane jako wzmacnianie viriditas – boskiej, życiodajnej siły. Hildegarda wszystkim bez wyjątków zaleca orkisz, który zawiera mnóstwo pełnowartościowego białka (uwaga: obecnie na rynku jest wiele odmian orkiszu skrzyżowanego z pszenicą, co ułatwia uprawy i podnosi plony, ale pozbawia go właściwości leczniczych).

Ważne miejsce w tej diecie zajmują też kasztany jadalne, koper włoski i różne przyprawy. Jej szczegółowy program dietetyczny uwzględniał subtilitet, czyli subtelności, które sprawiają, że pewne produkty są dobre dla konkretnych osób. Hildegarda brała pod uwagę różne uwarunkowania, które decydują o tym, jak czuje się dana osoba: jej stan zdrowia, płeć, wiek, pracę, porę roku i dolegliwości. Potem podpowiadała, co i w jakich proporcjach stosować. Jej dieta nie wyklucza jednak żadnej grupy pokarmów. Je się wszystko: zboża, warzywa, owoce, nabiał, mięso, ale z pewnymi zastrzeżeniami (warzywa tylko sezonowe, mięso: delikatniejsze dla kobiet, np. ptactwo, cięższe dla mężczyzn).

Hildegarda spisała konkretne wskazówki, co, kiedy i ile należy jeść przy danym schorzeniu. Na wzmocnienie systemu nerwowego i antystresowo zaleca gaszone wino i ciasteczka, które najlepiej przygotować samemu (mąka orkiszowa, masło, gałka muszkatołowa, cynamon i goździki; we właściwych proporcjach). Kto ma kłopoty z krążeniem powinien pić napój pietruszkowy (wino, pietruszka, ocet winny i miód; w odpowiednich proporcjach). Osoby cierpiące na chorobę nowotworową – ograniczyć białko zwierzęce i zadbać o stałą dostawę dobrej jakości orkiszu z białkiem budulcowym. Chorym na wątrobę zaleca spożywanie w dużej ilości kasztanów z miodem. Dobrze robi też post, nazywany przez Hildegardę „operacją bez noża”. To silny środek leczniczy, który oczyszcza i regeneruje organizm, ale są też pewne przeciwwskazania do jego stosowania. Według Hildegardy post wykluczają: choroby psychiczne, ostre infekcje, wyniszczenie organizmu, choroba nowotworowa, gruźlica i ogólnie zły stan zdrowia. Jeśli ktoś musi zrezygnować z postu, może zastąpić go zabiegami – stawianiem baniek, moczeniem stóp, pielęgnacją jamy ustnej, masażami i moksowaniem (rozgrzewaniem różnych punktów ciała).

Program dla ducha

– Ważne jest, co człowiek je i pije, bo to wpływa na jego umysł, duszę i ciało. Trzeba też dbać o higienę i czystość duchową: medytować, modlić się i regularnie robić rachunek sumienia, najlepiej przed snem – inaczej problemy się odkładają, nawarstwiają i dają podłoże do rozwoju choroby – tłumaczy Alfreda. Dlatego równolegle do programu żywieniowego, dobrze jest wprowadzać porządek wewnętrzny.

Hildegarda zestawiła ludzkie grzechy i cnoty. Królową wszystkich cnót nazwała umiar: należy go zachować i w modlitwie, i w pracy, i w wypoczynku. Brak umiaru w jedzeniu powoduje kłopoty z wątrobą, a w następstwie z krążeniem. Wielkie spustoszenie czynią też i inne grzechy. Na przykład tchórzostwo zżera człowieka, a lęk zakleszcza go i hamuje przed życiem, co wymaga wprowadzenia odwagi. Rozpasanie z kolei domaga się dyscypliny i porządku. Pycha, duma i hardość – pokory. Zgorzkniałość, nieżyczliwość i zazdrość – miłości. Rozpacz i desperacja – nadziei. Apatia, gnuśność i letarg – męstwa, energii, a ból istnienia – radości.

– Gdy przyjmuję ludzi w moim gabinecie i porządkuję ich sposób odżywiania, podpowiadam też delikatnie rachunek sumienia i spowiedź – mówi Alfreda Walkowska. – Nie da się oddzielić duszy od ciała.

Program dla ciała

Oprócz diety i rachunku sumienia potrzebna jest też równowaga między pracą a snem, między brakiem ruchu a aktywnością fizyczną. Ważny jest codzienny spacer, który poprawia krążenie i uspokaja.

– Gdy do tych programów dołączymy wszelkie formy ruchowe, obszar cielesny i duchowy zaczną się powoli równoważyć – zapewnia terapeutka. – Będziemy dobrze funkcjonować i pozytywnie oddziaływać na otoczenie. Nasza praca stanie się bardziej wydajna i twórcza, powrócimy do harmonii z naturą, zacznie się dobrze dziać w całym kosmicznym wymiarze naszego świata.

– Codziennie dziękuję za pomoc, jakiej doświadczam od Hildegardy – wyznaje Alfreda. – Ona w prosty sposób pokazuje mi, co robić, żeby być szczęśliwą na tej ziemi. Co nie znaczy, że żyję w pełnej szczęśliwości. Jestem tylko człowiekiem. Spotykają mnie różne choroby, dolegliwości i problemy, ale teraz zupełnie inaczej do nich podchodzę. Robię, co mogę, zawierzam problemy Bogu i żyję dalej.

Życie św. Hildegardy

Urodziła się w 1098 roku w nadreńskim Bermersheim, niedaleko Alzey. Była dzieckiem chorowitym, cierpiała na różne dolegliwości. W wieku ośmiu lat Hildegarda znalazła się w klasztorze. W 1141 roku w jednej z wizji ujrzała potężny ogień i nadzwyczajnie jasne światło, w których objawił jej się Bóg. Usłyszała wówczas słowa: „Zapisz to, co słyszałaś i widziałaś”. Tak powstało pierwsze dzieło Hildegardy – „Scivias” („Poznaj drogi Pana”). Potem pojawiły się kolejne dzieła teologiczne: „Liber vitae meritorum” („Księga zasług życia”) i „Liber divinorum operum” („Księga dzieł Bożych”). A także 70 pieśni, dramat „Ordo Virtutum”, komentarz do reguły benedyktyńskiej, życiorysy świętych oraz dzieła naukowo–medyczne: „Przyrodoznawstwo”, „O przyczynach i leczeniu chorób”.

Warto przeczytać: Alfreda Walkowska, „Powrót do harmonii”, wydanie drugie, wydawnictwo Polskie Centrum św. Hildegardy, 2008.

Alfreda Walkowska – doktor nauk teologicznych; tytuł naukowy otrzymała na podstawie dysertacji o św. Hildegardzie przedstawionej na Papieskim Wydziale Teologicznym we Wrocławiu; twórczyni Polskiego Centrum św. Hildegardy z siedzibą w Legnicy; wydawca, tłumaczka i konsultantka książek o Hildegardzie, znawczyni dzieła św. Hildegardy; inicjatorka i prezes pierwszego polskiego Stowarzyszenia „Centrum św. Hildegardy w Polsce”.

Artykuł archiwalny.