1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Najlepsze gry planszowe na długie wieczory

Najlepsze gry planszowe na długie wieczory

fot. iStock
fot. iStock
Zobacz galerię 10 Zdjęć
Co robić, co oglądać, co czytać? A może w co grać? Codziennie zadajemy sobie te pytania z nadzieją na odnalezienie kolejnej wciągającej, domowej rozrywki. Tym razem przyglądamy się najciekawszym planszówkom, w które z powodzeniem możecie zagrać w domu. Gry rozwijają wyobraźnię, uczą logicznego myślenia i pomagają wartościowo spędzić czas wolny. 

1. "Patchwork"

Gra przeznaczona jest dla dwójki graczy, więc te opcję mogą wybrać osoby, które spędzają domową kwarantanne przynajmniej w parze. "Patchwork" to gra logiczna (ale spokojnie, nie za trudna!), polegająca na tym, aby... stworzyć największą kołdrę z kawałków materiału. Wygra ten gracz, który zapełni kawałkami materiału największą część swojego pola i zbierze największą liczbę guzików, które są w tej grze walutą. Gracz, który uszyje największą kołderkę, zbierze dużą ilość guzików i odpowiednio dobrze przemyśli taktykę, zostanie zwycięzcą. Twórcą gry jest bardzo znany w planszówkowym świecie Uwe Rosenberg - projektant gier planszowych, autor bardzo popularnych tytułów, takich jak Fasolki, Agricola czy Le Havre.

fot. livro.pl fot. livro.pl

2. "Splendor"

Gra roku 2015, która potrafi niewyobrażalnie wciągnąć. W "Splendorze" podejmujesz strategiczne decyzje dotyczące inwestycji w konkretne surowce, po to, aby zdobywać kolejne karty rozwoju, które jeszcze bardziej pozwolą rozbudować twoje imperium i pozwolą na jeszcze cenniejsze inwestycje. Choć gra na pierwszy rzut oka wygląda i brzmi skomplikowanie - nic bardziej mylnego! Celem gry jest zdobycie 15 punktów wynikających z posiadania kart oraz żetonów arystokratów. Aby to osiągnąć, gracze pozyskują klejnoty, które następnie wymieniają na karty zapewniające dopływ surowców. Zebrane karty umożliwiają następnie zakup coraz lepszych, droższych kart premiowanych wyższymi punktami. W to trzeba zagrać choć raz, żeby nie móc przestać przez najbliższe tygodnie!

fot. rebel.pl fot. rebel.pl

3. "Carcassonne"

Strategiczna gra planszowa, w którą można zagrać już w dwie osoby, choć najciekawiej jest, gdy jest nas nieco więcej (tę opcję zostawiamy na czasy pokwarantannowe). Carcassonne to już gra-legenda. Miliony sprzedanych egzemplarzy na całym świecie to jeden z dowodów na to, że budowanie swojego królestwa za pomocą podwładnych - zbójców, rycerzy, mnichów lub chłopów to rozrywka dla każdego, niezależnie od wieku. W tej grze gracze kolejno losują i wykładają na stół kwadratowe karty-kafelki z fragmentem terenu, dokładając je do już wyłożonych. Karty-kafelki przedstawiają różne elementy geograficzne - fragmenty łąk, dróg, rzek, miast, a w ich ramach także klasztorów. Zwycięzcą gry zostaje posiadacz największej liczby punktów, zdobywanych w chwili ukończenia fragmentów terenu. Do gry można dokupić wiele różnych dodatków, które urozmaicają rozgrywkę!

fot. empik.com fot. empik.com

4. "7 cudów świata. Pojedynek"

Oryginalna wersja gry "7 cudów świata" przeznaczona jest dla większej liczby graczy, natomiast w "Pojedynek" zagramy wyłącznie w parze. Gracze rywalizują ze sobą o karty rozmaitych budowli, próbując blokować ich dostępność przeciwnikowi i dobierając te, które zapewnią im największe korzyści. Gra korzysta z wielu założeń pierwotnej wersji, która uchodzi za jedną z najlepszych gier planszowych wszech czasów. W tym pojedynku ciekawe i rozwijające jest to, że trzeba obserwować drugiego gracza - jego ruchy, decyzje i odpowiednio je kontrować. Absolutny majstersztyk na wieczory długie i monotonne!

fot. rebel.pl fot. rebel.pl

5. "Dixit"

Chyba jedna z najpopularniejszych gier, której nie trzeba nikomu przedstawiać, ale warto przypomnieć. Uchodzi za jedną z lepszych gier karcianych, które rozwijają wyobraźnię i skojarzenia. Każdy gracz w swojej turze staje się osobą wymyślającą historię, i który wybiera spośród swoich 6 obrazków jeden wymyślając do niego skojarzenie. Zdanie może być pojedynczym słowem, dźwiękiem, cytatem - nie ma tu żadnych ograniczeń. W grę należy grać jednak w więcej osób, więc jak na razie mogą po nią sięgnąć tylko ci, którzy spędzają czas w domu w większym gronie.

fot. rebel.pl fot. rebel.pl

6. "Pędzące żółwie"

Może na pierwszy rzut oka wygląda to na grę dla dzieci, ale wcale tak nie jest. Rodzinny bestseller, który rozluźnia nawet najbardziej spiętych graczy. Choć żółwie do najszybszych zwierząt nie należą, w tej grze poznacie zupełnie inne ich wcielenie. W czasie gry żaden z graczy nie wie, jakiego koloru żółwie należą do przeciwników, a zadaniem każdego gracza jest doprowadzenie swojego żółwia jako pierwszego do grządki z sałatą. Gracz decyduje, którą z pięciu trzymanych w ręku kart wyłoży na stół, a następnie wykonuje ruch żółwiem widocznym na karcie zgodnie ze znajdującymi się na niej oznaczeniami. Podczas gry, gracze poruszają się nie tylko swoimi żółwiami, ale także żółwiami w innych kolorach. To naprawdę świetny sposób na szybką, poprawiającą humor rozgrywkę!

fot. rebel.pl fot. rebel.pl

7. "Scrabble", "Monopoly", "Jenga"

Nie zapominajmy o klasykach. Te planszówki na pewno każdy z was zna, ale warto przypomnieć sobie radość z zakupu Nowego Światu i Krakowskiego Przedmieścia albo ułożenia wysoko punktowanego słowa na potrójnej premii słownej. Warto dodać, że zarówno "Scrabble" jak i "Monopoly" doczekały się wielu reedycji, a "Monopoly" to obecnie nie tylko gra polegająca na zakupie największych ulic w Warszawie. Do wyboru mamy chociażby takie opcje jak: "Bing Bang Theory", "Friends", "Rick i Morty", czy ulubiony zespół piłkarski.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Współpraca nie wyklucza zdrowej rywalizacji. Jak przekazać to dzieciom?

Odkrycie talentów dziecka to dla rodziców trudne zadanie, bo muszą za nim podążać, dawać emocjonalne wsparcie. Najlepiej pomóc dziecku samemu odkryć swoje mocne strony. (fot. iStock)
Odkrycie talentów dziecka to dla rodziców trudne zadanie, bo muszą za nim podążać, dawać emocjonalne wsparcie. Najlepiej pomóc dziecku samemu odkryć swoje mocne strony. (fot. iStock)
Zachęcajmy dziecko do samopoznania, pomagajmy mu zrozumieć siebie oraz to, dlaczego powinno podążać w tym, a nie w innym kierunku – mówi pedagożka dr Marta Majorczyk.

Rodzice z jednej strony widzą, że współczesny świat nastawiony jest na konkurencję, szkoła na rywalizację, a z drugiej – coraz częściej słyszą, że powinni wychowywać do współpracy. To czego powinni uczyć?
Powinni przygotowywać dziecko na obydwie opcje. Przy czym warto rozróżnić rywalizację pozytywną od negatywnej. Pozytywna opiera się na zdolnościach, talentach, cechach, umiejętnościach, kompetencjach, wiedzy, czyli przymiotach, które mamy w sobie i z których korzystamy, chcąc osiągnąć sukces.

A rywalizacja negatywna?
Odwołuje się do elementów, których nie mamy w sobie, które znajdują się na zewnątrz. Na przykład do tego, że rodzice są majętni, więc dziecko ma najdroższe ubrania, gadżety, wyjazdy. Innym przykładem rywalizacji negatywnej są wybory miss czy mistera szkoły, gdzie ocenia się wygląd, czyli coś, na co dziecko nie ma wpływu. Zadanie rodziców powinno polegać nie na stymulowaniu takiej rywalizacji, ale na jej osłabianiu.

Czyli na czym konkretnie?
Na przykład na podkreślaniu: co z tego, że masz lepsze ubrania, skoro to nie zależy od ciebie, tylko od tego, że akurat mamy pieniądze. Warto uczyć skromności, a nie eksponowania dóbr materialnych, markowych ciuchów, większych możliwości, niż mają inne dzieci. Skutkiem negatywnej rywalizacji jest osłabienie poczucia wartości dziecka, które bierze udział w rywalizacji, bo jeżeli uważa, że jest brzydsze, źle ubrane, to czuje się gorsze. A ponieważ nie jest w stanie tego zmienić, to może w pewnym momencie przestać podejmować jakiekolwiek działania.

Jakie są skutki rywalizacji pozytywnej?
Bardzo ważną rolę odgrywają tu rodzice – powinni rozmawiać z dzieckiem i wyjaśniać mu, że rywalizacja nie przynosi tylko sukcesów, że na pewno kiedyś trzeba zmierzyć się z porażką. Ale to, że dziecko przegra, nie znaczy, że jest do niczego, tylko że powinno ćwiczyć dalej i pogodzić się z tym, że ktoś jest lepszy. Koniecznie trzeba budować w dziecku poczucie wartości.

Jak reagować, jeżeli to poczucie zmieni się w poczucie wyższości? Bo osiągając sukcesy, można wpaść w pułapkę wysokiego mniemania o sobie. Dziecko uzdolnione w jakiejś dziedzinie ma łatwiej niejako z definicji, niezdolne może łatwo się zniechęcić.
Poruszyła pani ważną kwestię. Weźmy taki przykład: dziewczynka bardzo chce tańczyć tak jak utalentowana w tej dziedzinie koleżanka. Natomiast ja, mama, widzę, że z poczuciem rytmu nie jest u córki za dobrze. Proponuję więc: świetnie radzisz sobie językowo, jesteś komunikatywna, masz bogaty zasób słownictwa, możesz pisać opowiadania, współpracować ze szkolnym radiem itp. Trzeba córkę umiejętnie pokierować w inną stronę. Odkrycie talentów dziecka to dla rodziców trudne zadanie, bo muszą za nim podążać, dawać emocjonalne wsparcie. Najlepiej pomóc dziecku samemu odkryć swoje mocne strony.

Jak to robić?
Można zadawać pytania coachingowe: „Co sprawia ci radość?”; „Jak sądzisz, czy wystarczy więcej popracować, czy może powinieneś szukać innej dziedziny, w której mógłbyś się spełniać?”. Zamiast podsycać rywalizację, lepiej zachęcać dziecko do samopoznania, pomagać mu zrozumieć siebie oraz to, dlaczego powinno podążać w tym, a nie innym kierunku.

I podkreślać, że każdy jest inny?
Tak. Badacz inteligencji wielorakiej Howard Gardner wykazał, że nie ma jednej inteligencji, tylko jest cały zespół inteligencji. Tłumaczmy dziecku, że niemożliwe, aby było świetne we wszystkim, natomiast na pewno jest w czymś dobre i musi to coś znaleźć. Zarówno rodzicom, jak i nauczycielom polecam książkę Aldony Kopik i Moniki Zatorskiej „Wielorakie podróże – edukacja dla dziecka”, która zawiera kwestionariusz do badania inteligencji wielorakiej. Pomaga na podstawie obserwacji dziecka wykreślić jego profil inteligencji.

Gdy już poznamy ten potencjał, łatwiej nam będzie zachęcać je do rywalizacji z samym sobą, a nie z innymi?
Oczywiście, dobrze motywować je do tego, żeby ćwiczyło, uczyło się, pracowało. Ale warto zwracać też uwagę, że skoro jest dobre na przykład w pisaniu, a koleżanka w mówieniu, to mogą, uzupełniając się, zrealizować wspólnie jakiś projekt na lekcję polskiego. Istnieje pojęcie nauczania kooperatywnego, które polega między innymi na tym, że nauczyciel dzieli materiał między uczniów w taki sposób, żeby każdy stał się specjalistą w innym obszarze wiedzy. Potem wszyscy nawzajem się od siebie uczą. Na przykład na lekcji biologii jeden uczeń zajmuje się budową komórki, drugi – jej procesami, trzeci – odżywianiem komórkowym, potem wymieniają się informacjami i w ten sposób poznają całość wiedzy na ten temat. Przy okazji dzieci przekonują się, że zrozumienie całości nie jest możliwe bez współpracy.

Jak jeszcze zachęcać do kooperacji?
Na początku wystarczy wykorzystywać naturalne potrzeby dziecka, czyli chęć zabawy, kontaktu z rówieśnikami. One ujawniają się już w wieku wczesno­szkolnym. Dzieci wtedy lgną do siebie, przy czym dziewczynki bardziej stawiają na zabawę, bliskość, a chłopcy na rywalizację, bo to chłopięcy sposób budowania relacji z kolegami.

Szkoła często zabija te naturalne odruchy.
Wszystko w rękach nauczyciela. Jego rolą jest poznanie dzieci, rozdzielenie zadań zgodnie z ich talentami, a potem zmotywowanie ich do wymiany. Na przykład Jaś to nasz klasowy Lewandowski, więc zachęcam go, żeby pokazał swoim kolegom, jak strzela gole. W ten sposób nauczyciel upiecze dwie pieczenie na jednym ogniu – zbuduje w Jasiu poczucie kompetencji, własnej wartości, wiary w siebie, a także uruchomi tutoring rówieśniczy, który polega na tym, że dziecko dobre w jakiejś dziedzinie może uczyć inne dzieci i dzięki temu przyczyniać się do budowania zgranej paczki.

W jaki sposób rodzice mogą zachęcać rodzeństwo do wspólnego działania?
Powinni pamiętać, żeby nie porównywać dzieci, nie krytykować jednego przy drugim, nie zawstydzać, ale chwalić za to, co każdy robi dobrze. I pokazywać, że wspólnie możemy więcej niż każdy osobno. Kiedy w sobotę trzeba posprzątać mieszkanie, a dzieci chcą iść do kina, zaproponujmy, że sprzątamy wspólnie – tata łazienkę, mama sypialnię, dzieci swoje pokoje. Potem razem gotujemy obiad i takim sposobem całe popołudnie mamy wolne, możemy iść nie tylko do kina, ale i na rowery. I tak oto mimochodem uczymy współpracy, która bardzo przyda się dzieciom w życiu dorosłym.

Jednak górą współpraca.
Nie należy całkowicie eliminować rywalizacji, to naturalna potrzeba. Człowiek od zawsze rywalizował z innymi. Trzeba tylko kształtować pozytywną wersję, a eliminować tę negatywną.

Co dobrego wynika z rywalizacji?
Rozwija talent (najbardziej widać to w sporcie, bo żeby wygrać, trzeba się starać, pracować, ćwiczyć). Uczy znosić porażki, a tym samym przygotowuje do adaptacji w różnych sytuacjach, bo w życiu też trzeba będzie przecież przegrywać.

Najskuteczniejsze ćwiczenie na pozytywną rywalizację?
Gry planszowe, tu rywalizacja jest niezbędna, bo każdy chce pierwszy dotrzeć do mety. Czasem wygrywam ja, czasem córka. Jeżeli przegrywam, to prezentuję swoją postawą, jak to znosić: „OK, przegrałam”, więc gratuluję córce zwycięstwa i chcę zmierzyć się z nią raz jeszcze. Ale rzucając kostką, mówię, że los czasem sprzyja mnie, a czasem jej, tak jak w życiu. Trzeba uczyć wyciągać wnioski z porażek: dostałam złą ocenę, bo się nie nauczyłam, przegrałam mecz, bo się nie zaangażowałam.

Można rywalizować i zarazem współpracować?
Tak, na przykład wtedy, gdy jako klasa walczymy o zwycięstwo w jakiejś dziedzinie z inną klasą. Wynik meczu czy konkursu zależy od tego, czy uczniowie potrafią się porozumiewać, kooperować. Takie formy rywalizacji bardzo sprawdzają się w grupach powyżej 12 lat.

Współdziałanie pozostaje w Polsce umiejętnością mocno zaniedbaną, zwłaszcza w szkołach. Nawet jeśli wypisuje się ją na sztandarach, to potem promuje się indywidualne osiągnięcia – jak w pewnym renomowanym warszawskim gimnazjum, szczycącym się społecznym profilem, w którym na zakończenie roku szkolnego nagradzano za indywidualne wyniki w olimpiadach i konkursach.
W organizowaniu wszelkiego typu konkursów nie ma nic złego, pod warunkiem że dzieci same decydują o udziale, bo to oznacza de facto, że biorą za nie odpowiedzialność. A poza tym – ich sukcesy mogą przynieść pożytek wszystkim, cieszyć się nimi może cała społeczność szkolna. Wszystko zależy od tego, jak te sukcesy „sprzeda” nauczyciel. Według mnie współpracy i rywalizacji nie trzeba rozdzielać, tylko umiejętnie łączyć. Najlepszym przykładem takiego połączenia są sporty zespołowe, które z jednej strony wzmacniają współpracę, a z drugiej – stawiają na zwycięstwo w rywalizacji. Większą satysfakcję sprawia jednak wspólne działanie. Pamiętam doskonale, jak podczas meczów siatkówki (należałam do szkolnej drużyny) wzajemnie się wspierałyśmy, co sprawiało nam większą radość niż wygrana.

Warto więc w szkole nastawionej na rywalizację zachęcać do gier zespołowych?
Na pewno. Ale w szkołach duży nacisk kładzie się też na współpracę. Już w nauczaniu początkowym obowiązuje kształcenie metodą projektu. Polega ono na tym, że cała klasa robi coś wspólnie, czyli nauczyciel dzieli zadania między uczniów, a oni dyskutują, pracują, a potem prezentują owoce wspólnego działania. I znowu – wszystko zależy od nauczyciela. Jeżeli zna i rozumie sens takich metod aktywizujących całą klasę, to przyjemność płynąca z nauki zdecydowanie staje się większa. Wiadomo, że najskuteczniej uczymy się poprzez doświadczanie, więc takie metody efektywnie pomagają w nauce, no a poza tym kształtują społeczne postawy.

Jak motywować do współpracy?
Istnieje wiele strategii motywacyjnych. W sukurs nauczycielom przychodzi neurodydaktyka – wiadomo, że dzieci chętniej uczą się poprzez zabawę, dlatego najlepiej aranżować ciekawe zadania w miłej atmosferze. Dobre efekty przynoszą pozytywne wzmocnienia, pochwały, bazowanie na mocnych stronach dziecka, natomiast nad słabymi stronami pracujemy, korzystając z tutoringu rówieśniczego, czyli poprzez tworzenie zespołów, w których lepsi uczniowie dzielą się swoją wiedzą ze słabszymi. Warto dążyć do wzbudzenia najskuteczniejszej formy motywacji – wewnętrznej, czyli takiej, kiedy dziecko samo chce pracować i samo siebie nagradza: „Udało mi się, będę działać dalej, bo mnie to ciekawi, bo chcę wiedzieć więcej”.

To trudne do osiągnięcia.
Niestety, taką motywację zabija rywalizacja negatywna. I tak oto zamknęliśmy się w błędnym kole. Trzeba jednak zaznaczyć, że nie wszystkie dzieci reagują jednakowo. Jedne rywalizacja pobudza do działania, inne odwrotnie – w obliczu konkurencji się wycofują. Jedne dzieci wolą pracować w grupie, inne bardziej sprawdzają się w pracy indywidualnej. Kłania się tu psychologia różnic indywidualnych. Nic zatem na siłę, wiele zależy od dziecka.

Rodzice na ogół nie mają wiedzy psychologicznej.
To prawda, dlatego mogą skorzystać z coachingu rodzicielskiego – metody pracy, której można się nauczyć podczas specjalnych warsztatów organizowanych przez coachów. Ale – uwaga – wyposażeni w te metody nie rozwiązujemy za dziecko problemów, tylko uczymy je, jak ma sobie samo z nimi radzić. Zadajemy pytania, ćwiczymy koncentrację, nazywanie emocji, uczuć. Coaching rodzicielski to sprawdzona metoda pracy z dzieckiem.

Wydaje mi się, że w Polsce nadal musimy bardziej uczyć współpracy niż rywalizacji, bo tę ostatnią mamy opanowaną.
Podobnie uważa profesor Janusz Czapiński. Powiedział, że przez lata dzięki rywalizacji dużo osiągnęliśmy: wysoki poziom życia, sukcesy zawodowe, natomiast teraz stoimy przed następnym wyzwaniem – jak ze sobą współpracować. Wystarczy rozejrzeć się dokoła siebie, żeby zobaczyć, że profesor ma rację – zazdrościmy sobie nawzajem, konkurujemy, rzadko skrzykujemy się, żeby zrobić coś wspólnie dla naszej ulicy. Samorządność nadal u nas kuleje, choć powoli to się zmienia.

Marta Majorczyk: doktor nauk humanistycznych, pedagożka, doradczyni rodzinna. Pracuje z Collegium Da Vinci w Poznaniu. Pracuje w poradni psychologiczno-pedagogicznej przy Uniwersytecie SWPS w Poznaniu. Mama Patrycji i Piotra.

  1. Psychologia

Katarzyna Miller: "Odkryj cud czytania"

fot. iStock
fot. iStock
Nie ma na świecie lepszych psychologów niż świetni pisarze.

François Mauriac, wizytując żeńską szkołę, został zapytany przez jedną z uczennic o najkrótszy przepis na dobrą książkę. Odpowiedział: „Trochę religii, trochę seksu, trochę życia z wyższych sfer, a wszystko podlane smakiem tajemnicy…”. Po chwili uczennica przekazała pisarzowi swoją gotową powieść: „Mój Boże, rzekła hrabina, zaszłam w ciążę i nawet nie wiem z kim!”.

W czwartej klasie mój tata przeniósł mnie do jednej z najlepszych łódzkich szkół, do „trójki”. Znalazłam się w raju. Odżyłam. Szkoła piękna: marmurowe schody, piękne rzeźby, wielka aula z wysokimi oknami, obok park świetny na wagary. Trafił mi się wtedy, niestety, tylko na jeden rok, najcudowniejszy wychowawca pan Jagoda, malarz i plastyk, który zabłądził na chwilę do zwyczajności. Szkoła i moja klasa pełne były inteligentnych dzieciaków. Ja miałam wejście smoka. To był pierwszy i ostatni raz, kiedy byłam najlepszą uczennicą. Moim chłopakiem został najdowcipniejszy i najbardziej oczytany chłopak w klasie. Czytanie…. Czytaliśmy wszyscy. Ci, którzy się  chcieli liczyć. Kiedy się kogoś poznawało, pierwszym pytaniem było: „co czytasz?”. U mnie w domu było sporo książek i ja byłam już nieźle oczytana w literaturze anglosaskiej. Ale u rodziców mojego chłopaka była cała biblioteka i tam odkryłam Francuzów. Przede wszystkim Mauriaca. Napiszcie, proszę, kochani, czy ktoś dziś jeszcze czyta Mauriaca?

„Teresa Desqueyroux”, „Genitrix”, „Kłębowisko żmij”, „Pustynia miłości”, „Faryzeuszka”… Książki mroczne, głęboko psychologiczne karmiły mój głód i moje przypuszczenie, że ludzie to istoty niezwykle skomplikowane, cierpiące i ułomne. Uczyłam się życia na potęgę – czytając. Albert Camus, André Gide z „Fałszerzami” i „Lochami Watykanu”, Alain Robbe-Grillet z „Gumami”, Roger Martin du Gard z „Rodziną Thibault”, André Malraux z „Drogą do wolności”, Marcel Proust, Honoriusz Balzak, Jean-Paul Sartre, Georges Bernanos, Boris Vian, Colette, Romain Gary, Marguerite Duras, Nathalie Sarraute, Georges Duhamel, Maurice Druon, Henri Barbusse, Françoise Sagan, Simone de Beauvoir, André Maurois.

Nie czytałam tylko, by się ukryć, ale żeby mieć narzędzia i umiejętności w relacjach i odczytywaniu siebie, takiej niewiadomej i tych tajemniczych innych wokół... Nie ma lepszych psychologów niż świetni pisarze. Amerykanie uczyli odwagi, prostoty, otwartości, Anglicy – poczucia dystansu i finezji, Czesi – rozsądku i pogody ducha z przyzwoleniem na cudną zwykłość – niezwykłą. Rosjanie pokazywali duszę pooraną męką i ukochanie tej męki. Potem wybuchła proza iberoamerykańska, pamiętacie? Boże, co to był za szał! Wszyscy we wspólnocie czytających, pożyczających sobie, kupujących i kradnących te książki. Cortázar, Fuentes, Márquez, Vargas Llosa…

Namiętni, kolorowi, napoili nas magią i gorącym oddechem. Książki stoją u mnie według nacji właśnie: Francuzi, Niemcy, Austriacy itd. Osobno poezja i osobno wszystkie kobiety. Gorzej, gdy ktoś jest np. belgijskim Francuzem… Ale Belgów mam mało i stawiam ich przy Francuzach.

Kiedyś czytałam, by żyć. Wydawało mi się też, że żyję po to, by czytać. Że nie ma nic ważniejszego, istotniejszego niż spotykanie się z wytworami ducha i umysłu ludzkiego w tej najszlachetniejszej formie. Dziś im bardziej żyję, tym mniej czytam, ale to (również) dzięki temu Wielkiemu Czytaniu niegdyś umiem teraz żyć.

  1. Psychologia

Pochwała nudy. Nicnierobienie jest ważne w rozwoju dziecka

Stan pozornego nicnierobienia jest ważny na drodze rozwoju dziecka. (Fot. iStock)
Stan pozornego nicnierobienia jest ważny na drodze rozwoju dziecka. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Nuda daje szanse na zdobycie ważnych informacji o sobie samym, dlatego, jak mówi  mówi psycholożka dziecięca z Uniwersytetu SWPS Magdalena Śniegulska - pozwólmy dzieciom się ponudzić.

Nuda nie ma dobrej sławy, o czym świadczy choćby powiedzenie: umrzeć z nudów. I nic dziwnego, nuda nie jest przyjemna. To prawda. To stan pewnego dyskomfortu związanego z brakiem aktywności czy raczej stymulacji, bo może być tak, że coś robimy, na przykład przekładamy rzeczy z jednego pojemnika do drugiego, ale ta czynność potwornie nas nudzi. Nie jesteśmy w stanie się skupić na danej czynności, bo nas nuży. Dlatego nudę można określić jako stan zapotrzebowania na bodźce, na doznania, na stymulację.

Dzisiaj dzieci mają raczej nadmiar stymulacji i bodźców niż ich brak. W dodatku rodzice są ambitni i chcą dać dzieciom jak najwięcej.
No właśnie, bo wielu rodzicom wydaje się, że ich zadanie polega na tym, żeby dzieci dostawały maksimum. Uważają, że prawidłowy rozwój dziecka przebiega w bogatym w możliwości i doznania środowisku.

A tak nie jest?
W pewnym sensie jest, więc nie czepiałabym się takiego sposobu myślenia. Tylko że zapotrzebowanie na rozmaite bodźce jest bardzo różne, po pierwsze, w zależności od wieku dziecka, po drugie, od jego układu nerwowego.

Im mniejsze dzieci, tym mniejsze zapotrzebowanie?
Tak z grubsza można powiedzieć, ale tylko z grubsza, bo dzieci różnią się pod tym względem między sobą. Maluchy regulują sobie same to zapotrzebowanie na przykład w ten sposób, że po prostu zapadają w sen, odcinając się od źródła stymulacji. Same mają jednak niewielki wpływ na jej natężenie i jakość. Mogą, oczywiście, sygnalizować, że są przestymulowane albo nie, w różny zresztą sposób: pobudzeniem, płaczem, rozdrażnieniem, czasami próbą odseparowania się od źródła tych bodźców.

Rodzice już noworodkowi instalują nad łóżeczkiem świecąco-grające gadżety, włączają muzykę, czasami ambitną, jak sonaty Bacha. Na pewno chcą dobrze, ale czy rze­czywiście robią dobrze?
Bardzo trudne pytanie. Bo, oczywiście, ważne jest to, żeby dziecko wychowywało się w takim środowisku, w którym cały czas mierzy się z różnego rodzaju zadaniami, żeby stawiać mu poprzeczkę trochę powyżej jego możliwości rozwojowych, bo w ten sposób zachęca się je do przekraczania kolejnych granic. Ale jeżeli poprzeczka postawiona jest zbyt wysoko, jeśli stymulacja jest ogromna, to dziecko nie rozwija się prawidłowo. Tak jak nie rozwija się dobrze również wtedy, gdy stymulacji mu nie dostarczamy.

Rodzice dzisiaj częściej chyba przesadzają ze stymulacją, niż popełniają grzech zaniechania. Jaki może być tego skutek? Dziecko przyzwyczajone do nieustannego bodźcowania będzie się domagało kolejnego?
Nie znam badań, które by potwierdzały, że dzieci mogą uzależnić się od liczby stymulacji i w związku z tym domagać się ich więcej i więcej. Zresztą na szczęście są mechanizmy chroniące – łatwiej radzą sobie z nadmierną stymulacją dzieci o wysokiej samokontroli, elastyczności umysłu i stabilnej samoocenie. Niemniej jednak nadmiarowo stymulując dziecko, nie nauczymy go odpoczynku, wyciszenia pobudzonego układu nerwowego. A to jest równie niebezpieczne dla dziecka, jak i dla opiekuna. Każdy z dorosłych, kto zajmował się takim przestymulowanym dzieckiem, wie, jakie to trudne zadanie i jaki trudny do zniesienia stan dla dziecka, które ma kłopot z odpoczynkiem. Dlatego trzeba regulować liczbę bodźców, uczyć dzieci odpoczywać. Wiadomo, że one potrzebują więcej stymulacji niż dorośli, ale potrzebują różnorodności tej stymulacji.

Stymulować można także do wyciszenia?
Oczywiście. Czasem rodzice zapominają, jak ważną funkcję pełni wzmacnianie w dziecku uważności, dostrzegania szczegółów, kontemplowania chwili.

W ten sposób przygotowuje się dziecko do radzenia sobie z nudą?
Nudzenie się może być dobrym wstępem do samodzielności, do odpowiedzenia na pytanie: Co zrobić, żeby zapewnić sobie taki rodzaj pobudzenia, którego naprawdę potrzebuję? I to w nudzie jest najfajniejsze.

Czytałam o pewnym badaniu z udziałem studentów, których poproszono o wypełnienie kwestionariusza na temat podatności na nudę. Okazało się, że ci, którzy opisywali siebie jako łatwo ulegających nudzie, byli zarazem bardziej skoncentrowani na świecie zewnętrznym i gorzej radzili sobie z rozpoznawaniem swoich emocji. Nuda uczy być samemu ze sobą, polubić własne towarzystwo, pokazuje, że nie zawsze potrzebuję kogoś ani czegoś na zewnątrz, żeby poczuć się dobrze, bo to, że jestem sam ze sobą, jest OK. Jeśli jednak nie nauczymy się tego w dzieciństwie, możemy stać się dorosłymi narażonymi na chroniczną nudę, a to już stan niebezpieczny dla zdrowia i życia.

Są badania, które pokazują, że osoby dorosłe cierpiące na chroniczną nudę są bardziej skłonne do zachowań ryzykownych, np. do szybkiej jazdy samochodem. Inne pokazują, że takie osoby żyją krócej.
Większość rodziców niepokoi to, że dzieci się nudzą.
Proszę zwrócić uwagę, że na ogół mówimy o nudzie w kontekście czasu wolnego, za który rodzice często przyjmują odpowiedzialność. Dlatego chcą zrobić wszystko, żeby dziecko się nie nudziło. Tymczasem dobrze, żeby się ponudziło.

Bo?
Bo taki stan pozornego nicnierobienia jest ważny na drodze rozwoju. Motywuje dziecko do poradzenia sobie z tą sytuacją samemu. Ono musi coś z tą nudą zrobić, zapewnić sobie jakieś atrakcje. Oczywiście, ważne, aby nie mylić nudy z samotnością.

Dzieci nudzą się także w szkole, zwłaszcza te zdolne. Szkoła to dobre miejsce na nudę?
Niekoniecznie. Ale nudzące się na lekcji dziecko może być ważnym papierkiem lakmusowym dla nauczyciela. Może dać mu dość bolesną, ale istotną informację na temat tego, jak prowadzi zajęcia. Jeżeli dziecko ma się czegoś nauczyć, to osiągnie to efektywniej, jeżeli nie będzie się nudzić. Jeśli się nudzi – traci koncentrację, motywację, uwagę. Tymczasem nie uczymy dzieci, żeby zgłaszały, że zaczynają się nudzić. To źle widziane.

Dlaczego rodzice tak bardzo walczą z nudą pociech?
Czasami dlatego, że potrzebują zająć czymś dziecko, żeby mieć czas dla siebie. A najprościej jest je zająć, włączając bajkę, grę. Tymczasem kształcąca byłaby konfrontacja z tym, co innego dziecko mogłoby wtedy zrobić. A mogłoby zainteresować się tym, co wokół, porysować, poczytać, pobawić  się z siostrą, porozmawiać z dziadkiem. Dzieci są różne, ale na ogół chętnie wchodzą w takie aktywności, są zainteresowane relacjami społecznymi. Dla nich obserwowanie dorosłego, śledzenie jego mimiki, słuchanie, co mówi, może okazać się zajmujące.

Uważamy, że dzieci z nudów wpadają na głupie pomysły. I dlatego nie zostawiamy im przestrzeni do samodzielności. Jesteśmy przekonani, że musimy cały czas zapewniać im atrakcje, wypełniać czas, decydować o nich, znać odpowiedzi na tysiące ich pytań. A dzieci mają olbrzymi potencjał, są bardzo kreatywne.

Stan pozornego nicnierobienia jest ważny na drodze rozwoju dziecka.
No właśnie tej wybujałej kreatywności najczęściej się obawiamy.
Czasami rzeczywiście dzieciom wpadają do głowy pomysły, od których włosy jeżą się na głowie. Ale ten wolny czas to dla nich ważne doświadczenie. Wtedy uczą się tego, że ich czyny mają swoje konsekwencje, czasami niebezpieczne albo nieprzyjemne dla innych, a to też ważny element socjalizacji. Większość przedszkoli reklamuje się lekcjami języków obcych, tańcem, teatrem, spotkaniami z weterynarzem, fizykiem kwantowym. Tymczasem przedszkole dobre, czyli takie, które stymuluje do rozwoju, przeznacza dużo czasu na swobodną zabawę, pozostawia dziecku przestrzeń do bycia ze sobą samym i ze sobą nawzajem.

Co to dzieciom daje?
Na przykład szansę uczenia się od siebie nawzajem, także własnego ciała. Dzieci wtedy eksperymentują, turlają się, podskakują, obserwują, jak ciało reaguje, jak reagują inne dzieci na ich zachowanie. Dorosły na ogół dostosowuje się do dziecka, natomiast rówieśnik powie mu wprost, czy mu się podoba to, co on robi, czy nie. To naprawdę ważny element procesu socjalizacyjnego. Często to powtarzam i mam wrażenie, że mówię w kółko to samo: współczesne badania nad tym, co decyduje o sukcesie życiowym, dowodzą, że coraz bardziej liczą się kompetencje społeczne. Bo kiedy dziecko rozumie innych ludzi, dobrze się z nimi czuje, to sobie w życiu poradzi. W trudnych sytuacjach istnieje większe prawdopodobieństwo, że uzyska od innych wsparcie. Kompetencji społecznych nabywa się wtedy, gdy umie się być ze sobą, gdy się siebie rozumie. A to jest możliwe wtedy, kiedy niczym się nie zajmuję, czyli kiedy się nudzę.

Nudzące się dzieci potrafią same wymyślić zabawę, trzeba tylko przestać je bezustannie czymś zajmować.
Badania pokazują, że bycie tzw. helikopterowym rodzicem, który cały czas reaguje i odpowiada na potrzeby dziecka, sprawdza się właściwie tylko do trzeciego roku życia. Jeżeli potem nadal mamy taki wzorzec wychowawczy, to robimy dziecku więcej krzywdy niż pożytku. Okazuje się bowiem, że samoocena takich dzieci jest dużo niższa, one nie wiedzą, co potrafią, nie wierzą w siebie, bo we wszystkim wyręczają je rodzice. Często moje koleżanki terapeutki opowiadają, że przychodzą do nich rodzice zaradni, obrotni, pełni energii, a potem okazuje się, że ich dziecko jest zupełnie bezradne.

Dlaczego?
Ponieważ są tak hop do przodu, że wyprzedzają dziecko we wszystkim. Nie pozostawiają mu obszarów, w których może doświadczyć, że sobie poradzi.

To podsumujmy: jakie pożytki przynosi nuda?
Dziecko może zastanowić się wtedy, czego potrzebuje. Może zobaczyć, czy potrzebuje innych ludzi, czy poczytania, poskakania, pogrania. I dowie się tego nie od rodziców, którzy powiedzą: „Pobiegaj, porysuj albo zjedz coś”, tylko od siebie. Nuda daje szanse na zdobycie ważnych informacji o sobie samym.

Jak można uczyć dziecko radzenia sobie z nudą?
Bardzo ważne jest modelowanie, czyli pokazanie tego w praktyce. Na przykład siedzimy z dzieckiem i obserwujemy świat, nazywamy to, co widzimy, bez konieczności działania. Dobry rodzic – co pokazują badania – to nie taki, który chroni dziecko przed doznawaniem przykrych stanów emocjonalnych, tylko taki, który w tych przykrych stanach mu towarzyszy, co nie znaczy, że wszystko za nie załatwia.

Co odpowiedzieć, gdy słyszymy: „Mamo, nudzę się”?
Można zapytać: „Co mógłbyś zrobić, żeby się nie nudzić?”.

Dziecko powtarza: „Pytam ciebie”.
Mama odpowiada: „To nie ja się nudzę, tylko ty. Zastanów się, kiedy czujesz się dobrze, co sprawia ci przyjemność”.

Na co dziecko: „Nie nudzę się, jak gram na komputerze”.
Zapytajmy: „A jak nie ma komputera? Przypomnij sobie, co robimy, gdy na przykład jedziemy razem autem na wakacje”.

Możemy wykorzystać ten czas, żeby uczyć uważności, na przykład rzucamy hasło: „Wygrywa ten, kto pierwszy zobaczy coś niebieskiego”. Albo: „Znajdźcie coś na literę »a«”. Można liczyć drzewa, samochody. Dobrze zapytać dziecko, jaką zabawę proponuje.

Nastolatki rzadko skarżą się na nudę. Częściej to rodzice mają im za złe, że nic nie robią, że marnują czas.
To prawda. Często słyszę: „Drażni mnie to, że on leży na kanapie i nic nie robi”. Pytanie, czy naprawdę nic nie robi, czy raczej odpoczywa. Rodzice nastolatków zupełnie nie biorą pod uwagę tego, że ich dzieci przeżywają zmiany w funkcjonowaniu fizycznym i psychicznym, że naprawdę potrzebują więcej snu i odpoczynku. Jeśli jednak wcześniej nie pokazaliśmy dziecku, jak ważna jest akceptacja takich stanów, nie rozmawialiśmy o tym i jeżeli chcemy zacząć tego uczyć w okresie nastoletnim, to prawdopodobnie poniesiemy porażkę. Myślę nawet, że lepiej się wstrzymać i wrócić do rozmowy na ten temat, jak dziecko będzie dorosłe. A najlepiej, oczywiście, od małego uczyć uważności na siebie samego, nazywania tego, co dziecko czuje, czego pragnie. Czyli pozwalać mu się ponudzić.

  1. Styl Życia

Wiele dobrych wiadomości. Roczny horoskop dla Bliźniąt

Większość Bliźniąt w czasie nadchodzących 12 miesięcy może liczyć na trwałe efekty swoich starań. Bliźnięta przekonają się, że kryzysowe czasy mogą okazać się niepowtarzalną szansą na wprowadzenie w życie korzystnych zmian i pójście do przodu. (Ilustracja: iStock)
Większość Bliźniąt w czasie nadchodzących 12 miesięcy może liczyć na trwałe efekty swoich starań. Bliźnięta przekonają się, że kryzysowe czasy mogą okazać się niepowtarzalną szansą na wprowadzenie w życie korzystnych zmian i pójście do przodu. (Ilustracja: iStock)
Bliźnięta czeka jeden z lepszych okresów być może od wielu lat. Dzieje się tak przede wszystkim dzięki harmonijnym tranzytom dwóch planet społecznych: Jowisza i Saturna, które przemierzają znak Wodnika. Trygony, jakie tworzą i będą tworzyć do Bliźniąt, są sprzyjające i mają wyjątkowo mocne działanie.

Trygon Jowisza zaktywizuje wrodzone umiejętności i talenty komunikacyjne Bliźniąt, ale też przyspieszy wiele spraw. Wniesie do życia więcej dynamizmu i luzu: życie potoczy się lżej, przyjemniej, efektywniej. Jowisz sprawia, że minimum wysiłku nagradzane jest maksimum korzyści. Bliźnięta będą cieszyć się wielością kontaktów oraz lukratywnych okazji biznesowych czy relacyjnych. Trygon Jowisza do Słońca w tradycyjnej astrologii nazywa się królewskim aspektem, czyli wyjątkowo szczęśliwym. To te momenty, kiedy życie pozytywnie nas zaskakuje. Zawsze jednak warto wspomóc farta – prezent od Jowisza – przemyślanymi działaniami i świadomymi decyzjami.

Na Bliźnięta działa też obecnie Saturn. Planeta ta ma swoją ponurą sławę, ale tym razem oddziałuje harmonijnie, dlatego Bliźnięta poczują jej łaskawszą stronę. Czyli? W życiu zapanuje kojąca stabilizacja, ład, ich umysł zostanie zaangażowany do osiągania konkretnych celów. Ze swoją tendencją do tymczasowości i totalnego bałaganu Bliźnięta będą Saturnowi za to wdzięczne. Wpływy Saturna pozwolą im uporządkować chaos, para nie będzie szła w gwizdek. Korzystnego działania Saturna doświadczą w 2021 roku przede wszystkim Bliźnięta urodzone w pierwszej dekadzie, a w przyszłym roku te z drugiej dekady. A zatem z jednej strony Jowisz przyniesie nowe perspektywy i możliwości, z drugiej – Saturn wcieli je w życie. To będzie doskonała okazja, żeby w spektakularny sposób zawalczyć o swoje. Ambitne działania biznesowe mają zielone światło. Ograniczenia lockdownu spłyną po Bliźniętach jak woda po kaczce. Ten czas wyzwoli w nich skuteczną przedsiębiorczość. Bliźnięta dostają właśnie od planet szansę, żeby osiągnąć sukces, zdobyć zaszczyty i dobra materialne.

Bliźnięta urodzone między 9 a 15 czerwca są pod wpływem kwadratury Neptuna, przez którego rzeczywistość może się nieco rozmywać. Wpływów tej duchowej planety często nie odczuwamy w bezpośredni sposób, w postaci jakichś negatywnych wydarzeń, ale Neptun może Bliźniętom przynieść nieefektywne rozprężenie. Jak się to objawia? Spadkiem energii witalnej i zawirowaniami emocjonalnymi. Bliźnięta działają na dużych obrotach, a Neptun będzie im to utrudniał. Sprawność ich błyskotliwego umysłu może szwankować, a nerwowość, lęki i fobie nasilą się. Bliźniętom z drugiej dekady od maja do lipca 2021 roku może usuwać się grunt spod nóg – do działania Neptuna bowiem dołączy Jowisz, który wyjdzie z Wodnika i wejdzie w znak Ryb, tworząc kwadraturę. Końcówka wiosny i większość lata może przynieść im gorszy czas, który najlepiej wykorzystać na zdystansowanie się i porzucenie zbyt dużych oczekiwań. W sierpnia Jowisz znowu wróci do Wodnika, przynosząc dobrodziejstwa Bliźniętom z trzeciej dekady. Od początku 2022 roku planeta ta ponownie wkroczy w Ryby i jej kwadratura zostanie z Bliźniętami na dłużej, czyli do czerwca, a potem od października do końca roku. Bliźnięta powinny w tym okresie działać metodycznie, wystrzegając się popadania w przesadę i życzeniowe myślenie.

W sierpniu i pierwszej połowie września, kiedy Mars utworzy nieprzyjemną kwadraturę, Bliźnięta czekają turbulencje. Wtedy tłumione trudne emocje ujrzą światło dzienne, przez co można się trochę pogubić. Za to od połowy września fantastyczny trygon Marsa w Wadze będzie sprzyjał wszelkim inicjatywom. Dość trudnym momentem będzie 4 grudnia, kiedy dojdzie do kolejnego zaćmienia, tym razem Słońca w Strzelcu. Dodatkowa opozycja Marsa w tym znaku może przynieść Bliźniętom konflikty, spadek sił i poczucie niepotrzebnego szarpania się z własnymi emocjami i ludźmi wokół. Końcówka roku zapowiada się zatem jako czas dużego napięcia. Poprawa sytuacji nastąpi około marca 2022, kiedy Mars znajdzie się w Wodniku i razem z Saturnem utworzą serię trygonów do drugiej dekady Bliźniąt. Do połowy kwietnia 2022 roku Bliźnięta mogą zaliczyć spektakularne sukcesy na polu zawodowym. Potem obecność Jowisza i Marsa w Rybach przyniesie zawirowania i brak oparcia w faktach.

Podsumowując: większość Bliźniąt w czasie nadchodzących 12 miesięcy może liczyć na trwałe efekty swoich starań. Nie trzeba będzie gimnastykować się kosztem przeciążeń nerwowych i emocjonalnych. Dlatego warto z siebie dać dużo. Bliźnięta przekonają się, że kryzysowe czasy mogą okazać się niepowtarzalną szansą na wprowadzenie w życie korzystnych zmian i pójście do przodu.

Piotr Gibaszewski, astrolog, autor corocznych prognoz dla Polski i świata. Wykładowca w Studium Psychologii Psychotronicznej.

  1. Styl Życia

Równowaga między pracą a odpoczynkiem i codzienny rachunek sumienia. Sposób na życie według św. Hildegardy

Według programu św. Hildegardy oprócz diety i rachunku sumienia potrzebna jest też równowaga między pracą a snem, między brakiem ruchu a aktywnością fizyczną. Ważny jest codzienny spacer, który poprawia krążenie i uspokaja. (Fot. iStock)
Według programu św. Hildegardy oprócz diety i rachunku sumienia potrzebna jest też równowaga między pracą a snem, między brakiem ruchu a aktywnością fizyczną. Ważny jest codzienny spacer, który poprawia krążenie i uspokaja. (Fot. iStock)
Odpowiednia dieta, równowaga między pracą a odpoczynkiem i codzienny rachunek sumienia – sposób na zdrowe życie? Tak twierdziła wieki temu św. Hildegarda. Jej współcześni naśladowcy mówią, że miała świętą rację.

„Za panowania Henryka IV w Świętym Cesarstwie Rzymskim żyła w Galii Bliższej dziewica słynąca ze swego szlachetnego urodzenia i świętości. Na imię jej było Hildegarda. Jej rodziciele, Hildebert i Mechthylda, choć ludzie możni i ze sprawami światowymi obeznani, mieli na względzie dary należne Stwórcy, oddali przeto córkę w służbę Bogu. Jeszcze w dziecięctwie od spraw ziemskich się odsunęła, odgrodzona od nich przedziwną czystością…” – tymi słowami Gottfryd, mnich z Góry Świętego Dyzyboda, sekretarz Hildegardy, rozpoczął pierwszą księgę dzieła „Żywot świętej Hildegardy”.

Z braku harmonii

Alfreda Walkowska od ponad 25 lat popularyzuje w Polsce wiedzę o osobie i dziele św. Hildegardy. W książce „Powrót do harmonii” opisała podstawowe założenia jej programu. Jak się zaczęła jej przyjaźń ze średniowieczną wizjonerką?

– Mieszkałam wtedy w Niemczech. Po urodzeniu dzieci moje zdrowie zaczęło nieco szwankować – wspomina. – Miałam problemy z kręgosłupem, trzustką, krążeniem. Zaczęłam szukać pomocy medycznej. Tymczasem wybrałam się z moimi małymi dziećmi na pieszą, 30-kilometrową pielgrzymkę, podczas której po raz pierwszy usłyszałam o Hildegardzie. Był to czas mojego dojrzewania duchowego. Mieszkałam przy uniwersytecie i miałam dostęp do biblioteki, więc zaczęłam o niej czytać i sprawdzać na sobie jej metody leczenia. Okazały się tak skuteczne, że mogłam się obyć bez medycyny konwencjonalnej, także przy różnych dolegliwościach moich dzieci.

Grono korzystające z pomocy Hildegardy szybko się powiększało. Przyjaciele Alfredy prosili ją o pomoc w rozwiązywaniu problemów zdrowotnych. – Na początku skupiałam się na dolegliwościach fizycznych, z czasem zaczęłam odkrywać, jak duży wpływ ma na nie obszar duchowy. Poprzez muzykę Hildegardy, jej obrazy i wizje, zaczął docierać do mnie porządek świata.

– Po powrocie do Polski stwierdziła, że brakuje tu specjalistów i literatury na ten temat. Sprowadzała książki, dokształcała się i służyła radą wszystkim, którzy tego potrzebowali. W końcu chętnych zrobiło się tylu, że powstał kłopot z przekazem informacji na temat programu zdrowia św. Hildegardy. Postanowiła, że zajmie się tym profesjonalnie.

Obecnie Alfreda Walkowska prowadzi Polskie Centrum św. Hildegardy w Legnicy, w którym m.in. propaguje naturalny system leczenia, przywracający harmonię ducha i ciała.

Czym jest zdrowie?

„W samym centrum wszechświata umiejscowił Bóg człowieka, jako najważniejsze ze stworzeń. Swoją postawą jest on wprawdzie niewielki, ale siłą swojej duszy potężny. Jego głowa jest zwrócona do góry, a stopy oparte są pewnie na twardym podłożu. Ma on moc wprawiać w ruch tak to, co w dole, jak i to, co w górze. Ze względu na siłę swojego wnętrza jest w stanie zrealizować każde dzieło” – pisze Hildegarda.

Jesteśmy całością – duszą i ciałem. Zdrowie to harmonia obu tych sfer. Hildegarda wyróżnia cztery podstawowe obszary, w których funkcjonuje człowiek: najbliższe otoczenie, kontakt z naturą, wszechświatem i Bogiem. Według niej, zamiar Boży był taki, żeby człowiek żył w zgodzie z każdym z nich, był zdrowy i szczęśliwy. Ale ludzie popełnili grzech pierworodny i doszło do zakłócenia pierwotnego stanu.

Skąd się bierze choroba?

Choć Hildegarda za praprzyczynę choroby uznaje grzech pierworodny, to jednocześnie twierdzi, że możemy powrócić do zdrowia i harmonii. Na nasz stan w 10 procentach wpływa środowisko, w kolejnych 10 – obciążenia genetyczne, a w pozostałych 80 procentach – styl życia. Ten z kolei zależy od diety, czystego sumienia, higieny i proporcji między pracą a odpoczynkiem. Gdy równowaga tych wszystkich obszarów zostaje naruszona, w organizmie gromadzą się soki chorobotwórcze, zmniejsza się viriditas, czyli nasze siły witalne, dochodzi do zaburzenia funkcjonowania w tych czterech podstawowych obszarach. Następnie tracimy harmonię w innym, na który składają się: ziemia, powietrze, woda i ogień. Z nich zbudowany jest cały wszechświat. W konsekwencji dochodzi w nas do zaburzenia równowagi czterech soków ustrojowych: krwi, śluzu, żółci i czarnej żółci.

Jak powrócić do zdrowia?

To proste – należy cały ten proces odwrócić, uporządkować siebie i swoje życie. Musi także pojawić się chęć wyjścia z choroby. Potem zmiana diety, odpowiednie środki lecznicze, post czy określone zabiegi proponowane przez Hildegardę. Następnie chory powinien uporządkować sferę swoich cnót i grzechów, zrównoważyć pracę i odpoczynek. Wtedy powróci harmonia czterech obszarów, zostaną wydalone soki chorobotwórcze, zwiększą się siły żywotne, pojawi się równowaga pomiędzy czterema elementami… I tak choroba opuści ciało i duszę.

Kluczową rolę w procesie zdrowienia odgrywa silna wola. Alfreda Walkowska wierzy, że jeśli chory zacznie się porządkować, Bóg poczuje się zaproszony do jego życia i będzie w nim działać, ale to my jesteśmy odpowiedzialni za swoje zdrowie, za to, jak funkcjonujemy i korzystamy z zasobów Matki Ziemi.

– Hildegarda przeniknęła całe moje życie – przyznaje Alfreda. – W domu stosuję się do jej zaleceń dietetycznych, doświadczam dobroczynności postów i zabiegów. Niedawno moja córka zachorowała na ciężką grypę, miała 40 stopni gorączki. Jak radzi Hildegarda, poiłam ją herbatą malinową i porzeczkową, bo zawierają dużo witaminy C, galgantem z koprem na regulację krążenia i obniżenie temperatury, podawałam korzeń goryszu i robiłam okłady. Po 5 dniach powróciła do szkoły. Dietę hildegardową stosuję też w odżywianiu mojej sparaliżowanej od dziesięciu lat mamy. Podaję jej galgant, napój pietruszkowy, okładam plewami orkiszowymi. Jej stan jest stabilny, nie ma odleżyn.

Dieta Hildegardy

Program dietetyczny niemieckiej wizjonerki, to odżywanie rozumiane jako wzmacnianie viriditas – boskiej, życiodajnej siły. Hildegarda wszystkim bez wyjątków zaleca orkisz, który zawiera mnóstwo pełnowartościowego białka (uwaga: obecnie na rynku jest wiele odmian orkiszu skrzyżowanego z pszenicą, co ułatwia uprawy i podnosi plony, ale pozbawia go właściwości leczniczych).

Ważne miejsce w tej diecie zajmują też kasztany jadalne, koper włoski i różne przyprawy. Jej szczegółowy program dietetyczny uwzględniał subtilitet, czyli subtelności, które sprawiają, że pewne produkty są dobre dla konkretnych osób. Hildegarda brała pod uwagę różne uwarunkowania, które decydują o tym, jak czuje się dana osoba: jej stan zdrowia, płeć, wiek, pracę, porę roku i dolegliwości. Potem podpowiadała, co i w jakich proporcjach stosować. Jej dieta nie wyklucza jednak żadnej grupy pokarmów. Je się wszystko: zboża, warzywa, owoce, nabiał, mięso, ale z pewnymi zastrzeżeniami (warzywa tylko sezonowe, mięso: delikatniejsze dla kobiet, np. ptactwo, cięższe dla mężczyzn).

Hildegarda spisała konkretne wskazówki, co, kiedy i ile należy jeść przy danym schorzeniu. Na wzmocnienie systemu nerwowego i antystresowo zaleca gaszone wino i ciasteczka, które najlepiej przygotować samemu (mąka orkiszowa, masło, gałka muszkatołowa, cynamon i goździki; we właściwych proporcjach). Kto ma kłopoty z krążeniem powinien pić napój pietruszkowy (wino, pietruszka, ocet winny i miód; w odpowiednich proporcjach). Osoby cierpiące na chorobę nowotworową – ograniczyć białko zwierzęce i zadbać o stałą dostawę dobrej jakości orkiszu z białkiem budulcowym. Chorym na wątrobę zaleca spożywanie w dużej ilości kasztanów z miodem. Dobrze robi też post, nazywany przez Hildegardę „operacją bez noża”. To silny środek leczniczy, który oczyszcza i regeneruje organizm, ale są też pewne przeciwwskazania do jego stosowania. Według Hildegardy post wykluczają: choroby psychiczne, ostre infekcje, wyniszczenie organizmu, choroba nowotworowa, gruźlica i ogólnie zły stan zdrowia. Jeśli ktoś musi zrezygnować z postu, może zastąpić go zabiegami – stawianiem baniek, moczeniem stóp, pielęgnacją jamy ustnej, masażami i moksowaniem (rozgrzewaniem różnych punktów ciała).

Program dla ducha

– Ważne jest, co człowiek je i pije, bo to wpływa na jego umysł, duszę i ciało. Trzeba też dbać o higienę i czystość duchową: medytować, modlić się i regularnie robić rachunek sumienia, najlepiej przed snem – inaczej problemy się odkładają, nawarstwiają i dają podłoże do rozwoju choroby – tłumaczy Alfreda. Dlatego równolegle do programu żywieniowego, dobrze jest wprowadzać porządek wewnętrzny.

Hildegarda zestawiła ludzkie grzechy i cnoty. Królową wszystkich cnót nazwała umiar: należy go zachować i w modlitwie, i w pracy, i w wypoczynku. Brak umiaru w jedzeniu powoduje kłopoty z wątrobą, a w następstwie z krążeniem. Wielkie spustoszenie czynią też i inne grzechy. Na przykład tchórzostwo zżera człowieka, a lęk zakleszcza go i hamuje przed życiem, co wymaga wprowadzenia odwagi. Rozpasanie z kolei domaga się dyscypliny i porządku. Pycha, duma i hardość – pokory. Zgorzkniałość, nieżyczliwość i zazdrość – miłości. Rozpacz i desperacja – nadziei. Apatia, gnuśność i letarg – męstwa, energii, a ból istnienia – radości.

– Gdy przyjmuję ludzi w moim gabinecie i porządkuję ich sposób odżywiania, podpowiadam też delikatnie rachunek sumienia i spowiedź – mówi Alfreda Walkowska. – Nie da się oddzielić duszy od ciała.

Program dla ciała

Oprócz diety i rachunku sumienia potrzebna jest też równowaga między pracą a snem, między brakiem ruchu a aktywnością fizyczną. Ważny jest codzienny spacer, który poprawia krążenie i uspokaja.

– Gdy do tych programów dołączymy wszelkie formy ruchowe, obszar cielesny i duchowy zaczną się powoli równoważyć – zapewnia terapeutka. – Będziemy dobrze funkcjonować i pozytywnie oddziaływać na otoczenie. Nasza praca stanie się bardziej wydajna i twórcza, powrócimy do harmonii z naturą, zacznie się dobrze dziać w całym kosmicznym wymiarze naszego świata.

– Codziennie dziękuję za pomoc, jakiej doświadczam od Hildegardy – wyznaje Alfreda. – Ona w prosty sposób pokazuje mi, co robić, żeby być szczęśliwą na tej ziemi. Co nie znaczy, że żyję w pełnej szczęśliwości. Jestem tylko człowiekiem. Spotykają mnie różne choroby, dolegliwości i problemy, ale teraz zupełnie inaczej do nich podchodzę. Robię, co mogę, zawierzam problemy Bogu i żyję dalej.

Życie św. Hildegardy

Urodziła się w 1098 roku w nadreńskim Bermersheim, niedaleko Alzey. Była dzieckiem chorowitym, cierpiała na różne dolegliwości. W wieku ośmiu lat Hildegarda znalazła się w klasztorze. W 1141 roku w jednej z wizji ujrzała potężny ogień i nadzwyczajnie jasne światło, w których objawił jej się Bóg. Usłyszała wówczas słowa: „Zapisz to, co słyszałaś i widziałaś”. Tak powstało pierwsze dzieło Hildegardy – „Scivias” („Poznaj drogi Pana”). Potem pojawiły się kolejne dzieła teologiczne: „Liber vitae meritorum” („Księga zasług życia”) i „Liber divinorum operum” („Księga dzieł Bożych”). A także 70 pieśni, dramat „Ordo Virtutum”, komentarz do reguły benedyktyńskiej, życiorysy świętych oraz dzieła naukowo–medyczne: „Przyrodoznawstwo”, „O przyczynach i leczeniu chorób”.

Warto przeczytać: Alfreda Walkowska, „Powrót do harmonii”, wydanie drugie, wydawnictwo Polskie Centrum św. Hildegardy, 2008.

Alfreda Walkowska – doktor nauk teologicznych; tytuł naukowy otrzymała na podstawie dysertacji o św. Hildegardzie przedstawionej na Papieskim Wydziale Teologicznym we Wrocławiu; twórczyni Polskiego Centrum św. Hildegardy z siedzibą w Legnicy; wydawca, tłumaczka i konsultantka książek o Hildegardzie, znawczyni dzieła św. Hildegardy; inicjatorka i prezes pierwszego polskiego Stowarzyszenia „Centrum św. Hildegardy w Polsce”.

Artykuł archiwalny.