1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Manuela Gretkowska - Koniec cierpień

Manuela Gretkowska - Koniec cierpień

Na pieczęci znajduje się cała symbolika masońska, którą Manuela Gretkowska wykorzystała w „Faworytach” i pisaniu o Wenecji, mieście XVIII-wiecznych tajemnic, erotyki i masonerii. (Fot. Manuela Gretkowska)
Na pieczęci znajduje się cała symbolika masońska, którą Manuela Gretkowska wykorzystała w „Faworytach” i pisaniu o Wenecji, mieście XVIII-wiecznych tajemnic, erotyki i masonerii. (Fot. Manuela Gretkowska)
Stuletnia pieczątka całkiem skutecznie zamknęła trudny etap w życiu pisarki Manueli Gretkowskiej.

Ta pieczątka jest ważna dla mnie z kilku powodów. Po pierwsze, dlatego że to wyjątek. Przez całe życie nie udało mi się nic zachować, często się przeprowadzałam, dużo rzeczy musiałam zostawiać, inne się tłukły, zużywały. Natomiast ta jest solidnie niezniszczalna, zrobiona z litego metalu. Przetrwała sto lat, jak nie więcej. Po drugie, potwierdza moją wiarę w synchroniczność świata, jak powiedział Jung, a jak ktoś inny by to nazwał – w magiczność. Według mnie świat jest psychiczny, to znaczy nic się nie zdarza przypadkiem. I po trzecie, na pieczątce widnieje ważne zdanie, które stanowi mocną cezurę w moim życiu.

Skąd mam tę pieczątkę? W 1994 roku wróciłam do Polski z emigracji. To był przełomowy rok. Zamknęłam małżeństwo, skończyłam następny niezbyt udany związek, zaczęłam pierwszą pracę, przeprowadzałam się. W tym czasie wyreżyserowano w Bydgoszczy spektakl na podstawie mojego „Kabaretu metafizycznego”, więc z bandą znajomych pojechaliśmy na ostatnie próby i premierę. Podczas przedstawienia widzę siedzącego w pierwszym rzędzie człowieka koło trzydziestki, mówiącego razem z aktorami ich kwestie. Znał moją książkę na pamięć! A wiem, że to nie aktor. Po spektaklu podszedł do mnie, wręczył w prezencie tajemniczą pieczątkę i poprosił o spotkanie. Umówiliśmy się na Nowym Świecie, bo okazało się, że on przyjechał specjalnie na tę premierę z Warszawy. Bardzo mnie to wszystko zaintrygowało. Tym bardziej że siedziałam wtedy głęboko w Janie Potockim i w ogóle w XVIII wieku, co fascynuje mnie do dziś. Już w domu namoczyłam pieczątkę, przystemplowałam i zobaczyłam napis: „Tu koniec cierpień”. Na tej pieczątce jest kruk, trupia czaszka, czyli cała symbolika masońska, którą wykorzystałam w „Faworytach” i pisaniu o Wenecji, mieście XVIII-wiecznych tajemnic, erotyki i masonerii.

Spotykamy się w kawiarni, miło rozmawiamy. Dowiaduję się, że facet wie wszystko o mnie i mojej rodzinie. Zna mój numer telefonu, adres, PESEL i pewnie rozmiar buta. Przyznał, że gdybym się nie zgodziła na spotkanie, to by mnie porwał z ulicy. A to były nieciekawe czasy, pełne szemranych afer, ludzie znikali, wyławiano ich jak w „Długu” Krauzego z Wisły. Powiedział wprost o współpracy ze służbami. Fascynowała go moja twórczość i chciał mnie poznać. Więcej go nie widziałam. Może dlatego, że byłam miła i się spotkałam? Bo ja jestem miła dla wariatów. Kontakty z szaleństwem mam od urodzenia. Urodziłam się w szpitalu psychiatrycznym, gdzie mama pracowała przez 30 lat. Tomasz Mann pisał, że pewne rodziny przyciągają pieniądze, ja przyciągam szaleńców oraz okolice poczytalności. Męża poznałam, gdy pracował w szpitalu psychiatrycznym w Sztokholmie. Moje pisanie, obwarowane logiką, jest jednak, czego nie ukrywam, na granicy magii, psychodelii i odmiennych stanów świadomości. Może dlatego, że wcześniej, przez pracę mamy, wiedziałam, kim jest Korsakow (od zespołu alkoholowego) niż Czajkowski.

Ta pieczątka zmieniła dużo w moim życiu. Od tamtego czasu lepiej się chronię, i przed służbami, i przed szaleństwem. Rzeczywiście przyniosła mi koniec cierpień. Teraz tylko czasem życie ćmi, ale bez tragedii.

Manuela Gretkowska pisarka. właśnie ukazały się dwie jej książki: „Faworyty” (Znak) i nieoczywisty przewodnik „Wenecja. Miasto, któremu się powodzi” (Wielka Litera).

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Po co nam pamięć? Wyjaśnia Wojciech Eichelberger

Pamięć jest nam potrzebna, bo tworzy poczucie tego, kim jesteśmy. Naszą tożsamość. To zbiór odczuć i zdarzeń, z którymi się utożsamiamy. (Fot. iStock)
Pamięć jest nam potrzebna, bo tworzy poczucie tego, kim jesteśmy. Naszą tożsamość. To zbiór odczuć i zdarzeń, z którymi się utożsamiamy. (Fot. iStock)
Po co nam pamięć? Pamięć rodziców? Numerów telefonów? Pierwszego pocałunku? Po to, żebyśmy wiedzieli, kim jesteśmy, ale też jakie są nasze ograniczenia. Bo pamięć płata nam figle: zawsze subiektywna staje się filtrem, przez który widzimy świat. Dlatego żeby być szczęśliwi, czasem musimy ją „uzupełnić”, uważa psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

"Pamiętam nasze pierwsze lato nad morzem. I czekam, kiedy razem będzie nam znów tak dobrze jak wtedy” – mówimy i tkwimy latami w złych związkach. No i po co nam taka pamięć? Pamięć jest nam potrzebna, bo tworzy poczucie tego, kim jesteśmy. Naszą tożsamość. To zbiór odczuć i zdarzeń, z którymi się utożsamiamy: „Ja to przeżyłem”, „ja to zrobiłem”, „ja to cenię”. Albo odwrotnie: „Ja tego nie zrobiłem!”, „dla mnie to nic niewarte”. Albo jeszcze: „Mnie tę krzywdę uczyniono”. To pamięć wpływa na to, co uznamy za ważne, a więc też na to, co uznamy za warte oczekiwania. Wpływa więc na nasze obecne życie, bo to filtr, przez który patrzymy na świat. Dlatego może przeszkadzać w przekraczaniu dziecięcych i młodzieńczych doświadczeń i związanych z nimi przekonań. Mówimy czasem: „Wolałabym o tym zapomnieć”, a jednak chcemy pamiętać także to, co bolesne, bo utrata pamięci jawi nam się jako utrata siebie i budzi wielki lęk…

Bałabym się, że jeśli przestanę pamiętać, to zniknę!
No właśnie. Ale ludzie, którzy stracili pamięć, nie mają poczucia, że zniknęli. Spotykałem ich podczas moich praktyk na neurologii. Wprawdzie nie wiedzieli, jak się nazywają i skąd się wzięli, ale wiedzieli, że nie wiedzą. Mieli świadomość, że wymazało im się z pamięci całe poprzednie życie, że zaczynają od nowa. Ciekawe, że nie utracili umiejętności posługiwania się wyuczonym w dzieciństwie językiem ani umiejętności ruchowych, takich jak jazda na rowerze, ulubione tańce czy sporty. Zachowali także poczucie humoru, odruchy dobrego wychowania i wrażliwość moralną. Do dramatów dochodzi, gdy odnajdują ich bliscy. Okazuje się wtedy, że miłość i inne wyższe uczucia są sklejone z pamięcią. Jeśli nie pamiętamy twarzy ludzi, których kiedyś kochaliśmy, to nie odczuwamy wobec nich żadnych odruchów serca. A ich rozpaczliwe staranie o to, by być rozpoznanymi i kochanymi jak dawniej, stanowi niezrozumiały i bolesny spektakl. To oni przeżywają szok i traumę utraty ukochanego: partnera, rodzica czy dziecka. Traumę tym większą, że kochana osoba fizycznie istnieje w niezmienionej postaci – ma to samo ciało i język ciała, ten sam głos, te same oczy, ten sam zapach.

Bohater opartego na faktach fińskiego filmu „Człowiek bez przeszłości” traci pamięć po ciosie w tył głowy. Przygarniają go bezdomni, a on adaptuje się do nowej sytuacji, a nawet znajduje wśród nich jakiś wymiar szczęścia. Gdy po jakimś czasie odnajdują go bliscy, nie tylko nie rozpoznaje żony, z którą ma dwoje dzieci, ale w dodatku ani ciało, ani charakter tej kobiety mu się nie podobają. Nie może uwierzyć, że wybrał sobie taką żonę. Ze swoją pracą także się nie identyfikuje. Dziwi się, że był prawnikiem, a dom w bogatej dzielnicy jest dla niego obciachowy. Chce wracać do bezdomnych.

To tak jakby utrata pamięci wiązała się ze zmianą osobowości?
Tak właśnie się dzieje. Nie wiadomo, jaki jest tego mechanizm. Możemy podejrzewać, że kasuje się zawartość ego. Rozmawialiśmy niedawno o tym, czym jest ego, definiując je jako zbiór doświadczeń, emocji, przekonań, zasad i wartości asymilowanych w procesie wychowania i edukacji. Na ogół tylko niewielką ich część świadomie wybraliśmy. Większość przekonań czy wartości została w nas „zaprogramowana”. Często pod presją odrzucenia przez najbliższych czy wykluczenia z grupy, z którą się identyfikujemy. Mechanizm, który się za tym kryje, to konformizm, czyli dostosowywanie się do wymagań otoczenia wbrew swoim prawdziwym potrzebom, poglądom, a nawet zdrowemu rozsądkowi. A więc przygoda fińskiego prawnika może dowodzić, że utrata pamięci uwalnia nas od tego, co narzucił nam konformizm. Prawdopodobnie nasz bohater rozminął się ze swoimi prawdziwymi potrzebami, uczuciami i wartościami, ulegając presji otoczenia, gdy wybierał żonę, zawód, styl życia.

Dopiero kiedy stracimy pamięć, możemy być sobą?
No, może nie do końca sobą, ale na pewno bardziej sobą. Ten film jest przypowieścią, której przekaz warto sobie wziąć do serca: że być może żyjąc pod cywilizacyjną presją, manipulowani przez potężny konsumpcyjny, polityczny i religijny marketing, rozstajemy się ze sobą, nie żyjemy w swojej bajce, lecz gramy rolę z góry dla nas napisaną, często płacąc za to zdrowiem, smutkiem i rozpaczą. Jeśli to utrata tej konformistycznej nakładki pozwala nam odzyskać siebie, poczuć swoje prawdziwe potrzeby i móc je realizować, to warto tę część pamięci utracić, a na pewno zakwestionować. Zdecydowanie lepiej nie czekać z tym na to, by ktoś walnął nas w potylicę. Trzeba samemu puknąć się w głowę i odzyskać siebie, oddając się porzuconej pasji czy kreatywnemu działaniu. Albo pomocy innym. Dobrą metodą jest medytacja, bo nie usuwa pamięci zdarzeń, osób ani emocji z nimi związanych, lecz uwalnia od tego, co nie nasze.

Miłości może zagrozić nie tylko amnezja. Wystarczy, że partner nie pamięta o rocznicy ślubu czy o pierwszym pocałunku, by wzbudzić niepokój w partnerce: „Czy on aby na pewno kocha!?”.
Miłość jak każda inna relacja jest zbudowana na pamięci zdarzeń. Ale też każdy pamięta co innego, bo na inne rzeczy zwraca uwagę. Jeśli na przykład ktoś ma umysł paranoidalny, to selekcjonuje zdarzenia i informacje tak, by potwierdzać swoje przekonanie, że ludzie mu zagrażają i go nie lubią. Kiedy zakocha się w egzaltowanej, maniakalnej optymistce, która widzi tylko plusy i cuda świata, to nie stworzą udanej pary. Bo związki buduje się także na pamięci wspólnych doświadczeń. A tu ich zabraknie. Paranoik będzie pamiętał z wyjazdu na wakacje tylko wypadek drogowy, którego byli świadkami. A optymistka – tylko piękny zachód słońca nad morzem. A przecież spędzili lato razem. Sławny psychoterapeuta Milton Erickson, kiedy chciał sprawdzić, czy para ludzi w kryzysie ma jeszcze szanse, polecał im wybrać się na wspólną wycieczkę w góry. Potem mieli wrócić do niego i opowiedzieć o tym, co zapamiętali. Jeśli ich relacje były tak rozbieżne, jakby każde z nich było na innej wycieczce, radził: „Dajcie sobie spokój, żyjecie w dwóch różnych światach. Nie jesteście w stanie zbudować relacji, będziecie się stale kłócić”.

Czyli trzeba uzupełniać pamięć? To możliwe, sama tego doświadczyłam, kiedy na psychoterapii okazało się, że „zapomniałam” o wadach mojej matki.
Psychoterapia służy między innymi temu, by usuwać obronne filtry pamięci i przypominać sobie to, co z jakichś powodów odrzuciliśmy, zamietliśmy pod dywan. Gdyby dziecko przedwcześnie uznało, że na przykład jego matka jest okrutna, straciłoby poczucie więzi z nią. A to byłoby dla niego jednoznaczne z przerażającym uczuciem zagrożenia życia. Dziecko odruchowo broni się przed tym, zafałszowując swoje odczuwanie, a więc i przyszłą pamięć o rodzinnym domu. Robi to po to, by zachować więź i przetrwać, bo tak długo, jak istnieje więź, nawet niedojrzali czy patologiczni rodzice będą mitygować swoją agresję. No i kiedy dorastamy, z powodu tej naszej wybiórczej pamięci nadal mamy tendencję do idealizowania rodziców i dzieciństwa. Co, niestety, wpływa źle na nasze dorosłe życie, bo zniekształca i jego obraz.

I dlatego kobieta pozwala mężowi na przemoc, bo w dzieciństwie nauczyła się nie dostrzegać, że jest krzywdzona?
Tak może być. I dopóki sobie nie przypomni, co przeżyła w rodzinnym domu, nie nazwie tego po imieniu, trudno jej będzie wyzwolić się z przemocowej relacji. Idziemy na psychoterapię, bo z niejasnych powodów czujemy się nieszczęśliwi. Żeby zrozumieć powody naszego złego samopoczucia, przypominamy tam sobie bolesne epizody ze swojego życia i związane z nimi uczucia. Dzięki temu zaczynamy bardziej realistycznie postrzegać rzeczywistość i rozumieć, co się dziś dzieje w naszym życiu. Mamy dzięki temu większy wpływ na to, co nas spotyka, i popełniamy mniej błędów.

Czyli uzupełniona pamięć staje się drogą do szczęścia. I to główny cel psychoterapii?
Jeden z głównych. Pamięć jest nam potrzebna, żebyśmy wiedzieli, co nas ukształtowało, jakie metody obrony i zafałszowania musieliśmy wyprodukować, by przetrwać. Urealniona pamięć jest nam niezbędna do budowania więzi w dorosłym życiu.

Po co nam ten rodzaj pamięci, jakim są wychowanie, obyczaj czy wiedza?
Po to, byśmy w ogóle mogli żyć razem, tworzyć społeczności. Musimy dzielić z innymi jakiś obszar tzw. uzgodnionej rzeczywistości, czyli mieć wspólne kody kulturowe, wspólne symbole i metafory, wspólną historię i jej interpretację, wspólne zwyczaje i obyczaje. Wszystko po to, by dogadywać się w podstawowych sprawach. Do tego też niezbędna jest pamięć.

A pamięć dobrych chwil, przeżyć? Jak ta moja o pierogach z jagodami, które szykowała dla mnie babcia Marianna?
Pamięć dobrych chwil stanowi dla nas wewnętrzny wzorzec szczęścia. Dobrze, gdy takie wzorce zachowaliśmy. Dzięki temu możemy dążyć do tego, by nowe sytuacje w naszym życiu kształtować według tych wzorców. Ci, którzy pamiętają tylko to, co trudne, mają kłopot, bo konserwują w sobie nieadekwatną pozę ofiary albo mściciela. Ci, którzy pamiętają tylko to, co dobre, też są w kłopocie, bo konserwują w sobie nieadekwatną pozę szczęśliwego, rozkapryszonego dziecka. Dlatego warto pamiętać zarówno to, co było przyjemne, jak i to, co trudne oraz bolesne, aby w końcu zrozumieć, że jedno i drugie było korzystne i właściwe.

  1. Styl Życia

Cezary Borowy - mężczyzna w wewnętrznej podróży

Cezary Borowy w Singapurze, 1987 rok. (Fot. archiwum prywatne)
Cezary Borowy w Singapurze, 1987 rok. (Fot. archiwum prywatne)
Zobacz galerię 10 Zdjęć
Jeszcze 30 lat temu dalekie wyprawy były dla większości Polaków niedostępne finansowo, zwykle wiązały się z wyjazdem na saksy albo nielegalnym handlem. Cezary Borowy przez kilka lat mieszkał w Indiach, dokąd przemycał elektronikę z Singapuru. Właśnie wydał wspomnienia z tamtego okresu, a nam opowiada, jakie emocje budzi w nim dziś powrót na stary szlak.

Cezary Borowy, podróżnik, maratończyk, właściciel firmy usługowej w branży finansowej, przewodnik po Azji. (Fot. archiwum prywatne) Cezary Borowy, podróżnik, maratończyk, właściciel firmy usługowej w branży finansowej, przewodnik po Azji. (Fot. archiwum prywatne)

Mam złe doświadczenia z wracania w te same miejsca, zwykle czuję się rozczarowany. Ale twój powrót do Indii po wielu latach okazał się bardzo ciekawy i inspirujący. Kolejne podróże do Indii to pogłębianie tego, co już znam. Im dalej w las, tym więcej drzew – im lepiej poznajesz kraj, tym więcej jest w nim do zobaczenia. Indie ciągle czymś zaskakują. Im więcej o nich czytam, tym bardziej jestem przekonany, jak mało o nich wiem. Nie sądzę, żebym ośmielił się kiedykolwiek powiedzieć, że „znam” Indie.

Te ostatnie wyjazdy to chyba także swoiste podróże w czasie? Pomiędzy moim okresem „starożytnym”, czyli przełomem lat 80. i 90., gdy spędziłem w Indiach trzy lata, a ostatnimi wyjazdami upłynęło ponad 25 lat. To pozwala na dystans i zauważenie zmian. Na pewno podróżą w czasie można nazwać przejazd pociągiem – wygląda tak jak kilkadziesiąt lat temu. Te same wagony, tylko trochę bardziej zniszczone.

A w innych miejscach nie przypominały ci się przeżycia i emocje sprzed lat? Oczywiście, że tak. Szczególnie tam, gdzie kiedyś często bywałem. Knajpki i hotele w New Delhi, Bombaju, Kalkucie czy Katmandu szczególnie się nie zmieniły – jedna z nich, „Koshla” w New Delhi, miała na zewnątrz dwa stoliki i spawane żelazne krzesła. Nadal tam są. Gdy usiadłem i czekałem na zamówienie, patrząc na przechodzący tłum, to pomyślałem, że za chwilę nadejdzie któryś ze starych kumpli: Kwiatek, Jacek, Peter... Dreszcz mi przeszedł po plecach, jakbym znów poczuł adrenalinę. Ale nie przyszli.

Fot. archiwum prywatne Fot. archiwum prywatne

Z powodów organizacyjnych wynajmowaliśmy z dziewczyną miesiącami pojedynczy pokój w hotelu „Vishal”, to była nasza główna kwatera w stolicy Indii. Gdy ostatnio tam byłem, oczywiście chciałem do niego zajrzeć, ale bałem się swoich emocji. Zameldowałem się więc w innym hotelu i dwa dni krążyłem wokół tamtego, oswajając wewnętrzny niepokój. Gdy wreszcie zdecydowałem się iść, to od razu po przekroczeniu progu się wzruszyłem, bo jeden z recepcjonistów szeroko się uśmiechnął i serdecznie przywitał. Rozpoznał mnie po 25 latach! Wynająłem ten sam pokój. Meble się nie zmieniły, ale na ścianach nie było już tapet, tylko farba. Jednak klimat miejsca pozostał – tworzyły go dźwięki ulicy. Przez nieszczelne okna było słychać skrzypienie kół i piszczenie rikszy motorowerowych, te charakterystyczne „pi, pi, pi”. Położyłem się na łóżku na wznak, zamknąłem oczy, słuchałem i znowu miałem wrażenie, że za chwilę wejdzie któryś ze starych kumpli.

A co czułeś na lotnisku po przylocie? Lotniska oczywiście mocno się zmieniły. Ale i tak gdy wychodziłem z samolotu w Bombaju i obserwowałem pracę celników – którzy cały czas szukają, czy ktoś przemyca złoto – to przyszło mi do głowy: „czy aby na pewno jestem czysty i niczego nie przerzucam?”. Przypomniał mi się tamten fantastyczny okres, czas dużej przemiany, dojrzewania jako mężczyzna. Nie żałuję tego, co robiłem, choć w tytule swojej książki pisałem o „spowiedzi”, jakbym uznawał to za grzech. Ale tak nie jest. Gdyby nie tamto, byłbym dziś innym człowiekiem.

Fot. archiwum prywatne Fot. archiwum prywatne

Życie było wtedy szybkie, niebezpieczne, ale pozwalało się sprawdzić. Dodatkowo wokół miałem mnóstwo przyjaciół. Takich przyjaźni jak wtedy nie miałem nawet w szkole. „Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono” – pisała Wisława Szymborska, a my w Indiach mieliśmy dużo okazji do sprawdzenia się. Kiedy potem miałem w życiu różne górki, dołki, sztormy – to zawsze mówiłem sobie, że jeśli dałem radę w Indiach, to teraz tym bardziej dam.

Zahartowałeś się? Tak. W młodym wieku o to łatwiej. Dzięki książce odrodziły się stare, zerwane kontakty z naszej społeczności przemytniczej. Moje koleżanki i moi koledzy to dziś sześćdziesięciolatkowie, za nimi rozwody, bankructwa, różnie bywało. Ale wszyscy nadal mają błysk młodości w oku. Powiedziałbym, że przemytnicy nie dziadzieją. Być może to sprawa intensywnych doświadczeń w młodych latach, a może trzeba było mieć pewien typ osobowości, aby się zdecydować na tak ryzykowną aktywność. Część z nas była marzycielami, którzy zawsze chcieli podróżować po świecie. Na przykład ja przed końcem ósmej klasy przeczytałem wszystkie książki przygodowe w okolicznych bibliotekach i po prostu szukałem przygód. Prawdopodobnie bardzo wielu z nas uzależniło się od tego.

Od czego? Od adrenaliny. Odczuwaliśmy strach, ale nauczyliśmy się go oswajać, żyć z nim. Był strach na granicy, ale umysł dostawał nagrodę, gdy akcja się udała, a to uzależnia. Do tego stopnia, że po powrocie do „cywila” często wybieraliśmy świadomie zawody z dużą dozą adrenaliny. Koleżanka została pielęgniarką na OIOM-ie, kolega zaczął pracę na wysokościach. Ludzie często narzekają, że szybko pobrali kredyty, teraz pracują w korpo, są po czterdziestce i tak naprawdę nigdy nie żyli. My mamy poczucie spełnienia w młodości. Moja była intensywna, z barwnymi przygodami. Taka, jak chciałem.

Fot. archiwum prywatne Fot. archiwum prywatne

Swoim dzieciom byś polecił taki przepis na młodość? Nie próbują mnie naśladować, mają swoją ścieżkę, też kolorową, artystyczną. Zresztą czasy są inne, już można swobodnie podróżować po świecie. A wtedy w Polsce zarabiało się nieco ponad 20 dolarów miesięcznie, zaś mieszkanie kosztowało cztery tysiące dolarów na Śląsku, a w Warszawie około ośmiu tysięcy. Na handlu kamerami, magnetowidami pomiędzy Singapurem a Indiami mogłeś na to zarobić w kilka miesięcy! Gdy o tym mówię na spotkaniach autorskich, to widzę, że ludzie rozumieją nasze motywy.

Dlaczego dopiero teraz zdecydowałeś się na tę retrospektywną podróż? Do takich rzeczy trzeba dojrzeć. Długo też tkwił we mnie pomysł na książkę opisującą te przemytnicze czasy. Teraz cokolwiek tam robiliśmy, już jest przedawnione.

„Ja czułem się na przewałach tak, jakbym w tym 1987 roku siedział w kinie w Warszawie na filmie o Indianie Jonesie i nagle wstał z fotela, wszedł w ekran i przeniósł się do świata pełnego egzotyki, przygód i słońca” – napisałeś w książce. Czy podróżując, można zostać aktorem? Indie są na tyle dużym krajem, że bardzo łatwo znaleźć miejsca, w których wciąż możesz zostać Indianą Jonesem. W wioskach czy dzielnicach dalej od miejsc turystycznych człowiek z Zachodu nadal jest sensacją. Miejscowi podchodzą, robią sobie selfie, pytają, skąd jesteś. Robi się tłum wokół ciebie.

Indie, lata 90. (Fot. archiwum prywatne) Indie, lata 90. (Fot. archiwum prywatne)

Kiedyś jechałem w Kalkucie starą taksówką. Na ulicy nie było świateł, tłum rozstępował się przed autem. Reflektory penetrowały go. Budowano tam stację metra, ale odkrywkowo, bez ciężkiego sprzętu. Widać było ogromny dół w ziemi, linię zwisających żarówek nad nim oraz kobiety podające sobie talerze z ziemią. To był prawdziwy Indiana Jones! Indie są jak Jerozolima, która jednoczy religie Boga osobowego. Nad Gangesem mają tylu bogów, ilu jest Hindusów. I wiele religii się stamtąd wywodzi: buddyzm, sikhizm, hinduizm.... Tam ciągle możesz z kimś porozmawiać o Bogu.

Pojechałeś do Indii, bo przeczytałeś tekst o polskich przemytnikach w „Polityce”, którą ktoś przywiózł do Londynu, gdzie byłeś. W końcu natknąłeś się na nich w pizzerii w Delhi. Jak wielką rolę w życiu odgrywa przypadek? Ogromną. Gdybym nie wszedł do pizzerii, to nie spotkałbym tych przemytników i pojechał do Australii, bo miałem już wizę. I potoczyłoby się wszystko inaczej, pewno zrywałbym kiwi lub pracował na czarno w jakiejś fabryce. Nawet moje małżeństwo to w pewnym stopniu efekt przypadku – ściągnąłem dziewczynę do Indii. Ale też przypadkowi trzeba pomóc, ja tych ludzi szukałem. Tony Wheeler, twórca słynnych przewodników „Lonely Planet”, kiedyś podróżował jak najtaniej. Milionom ludzi pokazał, jak można tego dokonać. I miliony pokochały jego przewodniki i ten styl podróży. A kilka lat temu przeczytałem wywiad z Wheelerem, w którym mówił, że teraz nie wyobraża sobie nocować gdzie indziej niż w 5-gwiazdkowych hotelach. Czy nasze nastawienie do podróży aż tak bardzo zmienia się z wiekiem?

Fot. archiwum prywatne Fot. archiwum prywatne

Ja ciągle lubię zatrzymywać się w miejscach dla backpackersów. Na hotele 5-gwiazdkowe nie zawsze mnie co prawda stać, ale podczas wyjazdów związanych z pracą mieszkałem w nich wielokrotnie i to mnie w ogóle nie kręci. Luksusowy hotel to kapsuła, która oddziela mnie od przestrzeni, którą chcę poznać. Tam też nie nawiązujesz tak szybko relacji, panuje chłód nie tylko z powodu klimatyzacji. A podróżnicy, których spotykam w tanich hotelikach, mają swoją historię i chętnie się nią dzielą. Łakną kontaktu z drugim podróżnikiem. Łatwo więc nawiązać relację. Nadal podróżuję uważnie, by jak najwięcej z tego świata zrozumieć, poznać „innego”.

Czego ta retrospektywna podróż cię nauczyła? Teraz podróżuję inaczej, bardziej reportersko, przygotowuję się do każdej podróży. Ostatnie wyjazdy i pisanie książki pozwoliły mi bardziej zrozumieć siebie. To było jak pewna klamra spinająca życie.

Cezary Borowy, podróżnik, maratończyk, właściciel firmy usługowej w branży finansowej oraz przewodnik po Azji, więcej na przemytnik.pl.

'Spowiedź Hana Solo. Byłem przemytnikiem w Indiach', wyd. TBR "Spowiedź Hana Solo. Byłem przemytnikiem w Indiach", wyd. TBR

  1. Styl Życia

Pan na Czworakach

Pan na Czworakach - niepozorna figurka, która ma dla Doroty Kędzierzawskiej szczególne znaczenie. (Fot. Magdalena Sobotka)
Pan na Czworakach - niepozorna figurka, która ma dla Doroty Kędzierzawskiej szczególne znaczenie. (Fot. Magdalena Sobotka)
Dla Doroty Kędzierzawskiej to dowód na to, że można zrobić coś z niczego. Coś, co przez lata cieszy, wzrusza i przypomina ważne osoby.

Glinianą niepozorną figurkę, około 30-centymetrową, bardzo dawno temu przywiozła moja mama [reżyserka Jadwiga Kędzierzawska – przyp. red.] z okolic Nowego Sącza. Robiła tam film dokumentalny o zespole ludowym. I przy okazji zdjęć poznała na wsi młodą dziewczynę, która otworzyła w swojej chałupie garncarski warsztat dla dzieci. Wiem tylko, że miała na imię Małgosia. Za głębokiej komuny to było naprawdę wyjątkowe działanie, bo miało miejsce na wsi, dotyczyło dzieci, którymi wtedy nikt za bardzo się nie przejmował. A pani Małgosia uczyła je robienia przeróżnych rzeczy z gliny, które dzieci potem malowały i razem z nią wypalały w piecu. Mama tam była i na własne oczy to wszystko widziała. Była pod ogromnym wrażeniem pomysłu, miejsca i tego, co spod rąk dzieci wychodziło. Pamiętam ten jej zachwyt do dzisiaj. No i dostała w prezencie od dzieci Pana na Czworakach – ja go nazywam chłopczykiem w bereciku z antenką. Nie wiem dlaczego, ale wyobrażam sobie, że ulepiony jest przez chłopca, możliwe jednak, że tylko mi się tak wydaje. Chłopczyk przyjechał do nas do Łodzi i długo mieszkał u moich rodziców. A potem im go ukradłam i zamieszkał ze mną. Zawsze, kiedy jest mi markotno, patrzę na niego i od razu robi mi się lepiej. Bo jest w nim coś wzruszającego, i rzewnego, i śmiesznego zarazem. I kiedy tak na niego patrzę, to sobie myślę, że zawsze można zrobić coś z niczego. Myślę też o pani Małgosi, której nigdy nie poznałam, choć całe życie mama powtarzała, że ją odwiedzimy. To musiała być fantastyczna dziewczyna. Wtedy nie było mody na robienie czegoś fajnego dla dzieci na wsi. A ona, pełna pasji, talentu, trochę zapewne szalona, robiła w wiejskiej chałupie coś, co te dzieci na pewno ukształtowało nie tylko artystycznie, lecz także ludzko. Zastanawiam się, co teraz robi pani Małgosia, jak potoczyło się jej życie. Nie znam jej nazwiska ani adresu. Może gdybym zaczęła szperać w listach mamy, jakiś trop bym znalazła, ale nie jestem tego pewna, bo ona podpisywała się tylko imieniem. Może teraz pani Małgosia zobaczy w „Zwierciadle” chłopczyka i się odezwie? A może odezwie się jego autor? Jest to więc opowieść i o pani Małgosi, i o tym dziecku, które go ulepiło. No i o mamie, która zakochała się w chłopczyku w bereciku z antenką. Niestety, dawno temu, jeszcze w domu rodziców, antenka się ułamała. Ale mam znajomą, która lepi z gliny, poproszę, żeby ją dorobiła. Chłopczyk – na razie bez antenki – stoi na kredensie, tuż przed lustrem, więc tak naprawdę mam dwóch chłopczyków. I podwójną radość z ich oglądania. 

  1. Styl Życia

Tomasz Raczek: "Jak dorośniesz, to zrozumiesz"

Tomasz Raczek przed kinem Iluzjon w Warszawie. (Fot. Szymon Szczęśniak/LAF)
Tomasz Raczek przed kinem Iluzjon w Warszawie. (Fot. Szymon Szczęśniak/LAF)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Przeszłość wraca do mnie falami – przyznaje Tomasz Raczek. – Dzisiaj potrafię docenić to, że miałem szczęśliwe dzieciństwo. Natomiast jako chłopiec miałem poczucie, że bycie dzieckiem to jakby bycie gorszym rodzajem człowieka, który wciąż jest do czegoś niedopuszczany.

Niedawno zmarła, w wieku 93 lat, moja mama. To smutny czas, ale też czas sprzyjający wspominaniu. Porządkuję rzeczy po mamie, natykam się na różne dokumenty, listy, zdjęcia. Przypominam sobie przede wszystkim, co jako dziecko czy młody człowiek myślałem, jak się czułem. Ciekawe, bo zwykle pamięta się fakty, a ja przypominam sobie właśnie emocje.

Za wolno

Może należałoby zacząć od tego, że nie lubiłem być dzieckiem. Całe dzieciństwo marzyłem, żeby być starszy, niż byłem. Wysiadywałem w przedszkolu w oknie, patrzyłem na dzieci, które z tornistrami idą do szkoły, i im zazdrościłem. Nudziły mnie rzeczy, które zajmowały moich rówieśników – mnie się wydawały dziecinne. Potem, kiedy byłem w szkole średniej, zwalniałem się z lekcji i jako wolny słuchacz biegłem na studia, bo nie mogłem się tego doczekać. A od pierwszego roku studiów pracowałem na etacie.

Wydawało mi się, że wszystko dzieje się w moim życiu za wolno. I  że bycie dzieckiem to jakby bycie gorszym rodzajem człowieka, który wciąż jest do czegoś niedopuszczany. Nienawidziłem, kiedy w telewizji Edyta Wojtczak mówiła: „A teraz, drodzy państwo, będzie film dla dorosłych”, i słyszałem od rodziców: „No to marsz do swojego pokoju”. A już najbardziej nie lubiłem tekstu mojego ojca: „Jak dorośniesz, to zrozumiesz”. Kiedy coś takiego wygłaszał, dostawałem białej gorączki. Dla mnie to była potwarz.

Scena

Pamiętam taką sytuację. Siedzę w swoim pokoju i robię teatr. Z książeczek Disneya w twardych okładkach (tak zwana złota seria) buduję scenę, kulisy, żołnierzyki to moi aktorzy, oświetlam ich latarkami, przygotowuję spektakl, na który wieczorem będę zapraszał rodziców. A właściwie nie tyle zapraszał, ile każę kupić na niego bilety. I tak to wszystko ustawiam, aż przychodzi moja mama i mówi: „Tomek, zobacz, jaka piękna pogoda, chłopcy grają w piłkę, idź też pograć z nimi na świeżym powietrzu. Będziesz siedział tak cały dzień?”. Odpowiadam, że tak, będę tak siedział, aż w końcu, kiedy nic do mnie nie dociera, mama mówi z wyrzutem: „Dlaczego ty nie możesz być taki jak inni chłopcy?”. Na co ja: „Bo ja nie jestem jak oni. Jestem inny”. Powtarzałem to w dzieciństwie setki razy. I nie chodziło mi o to, że jestem gejem, nie mogłem tego wiedzieć, dziesięcioletniemu chłopcu trudno się tak zdefiniować. Mówiłem: „Mamo, musisz przyjąć, że jestem inny niż wszyscy”, bo naprawdę tak czułem. Dotyczyło to wielu sfer mojego życia.

A ty rąk nie masz?

Byłem pulchnym chłopcem, więc idealnie nadawałem się na taką ciapę, co to będzie szturchana czy bita. I to się zaczęło od razu, już w pierwszej klasie. Był u nas taki Witek, łobuz klasowy. Popychał mnie, musiałem znosić kuksańce, groźby, że jeśli nie zrobię, co mi każe, dostanę w pysk. Poszedłem z tym w końcu do mamy. Powiedziałem, że jest taki chłopak, że się go boję. „Co robić? Iść do pani?”. A mama: „Po co do pani? A ty rąk nie masz? Jak on cię uderzy, to ty nie możesz mu oddać?”. Mama waleczna, rozpamiętująca powstańcze bohaterstwo, nie widziała powodu, dla którego miałaby mnie w tej sytuacji ratować. Kompletnie inny charakter niż ojciec, właściwie to ona nauczyła mnie tego, czego być może powinien mnie nauczyć on. W porządku, tylko jak ja mam tego Witka uderzyć, skoro jestem od niego słabszy? Nigdy nikogo nie pobiłem... Aż wymyśliłem – do worka na szkolne kapcie włożyłem łyżwy, a następnie tym workiem, jak mnie Witek zaczepił, zakręciłem i dałem mu w łeb. Polała się krew, był wrzask, wezwano lekarza. Rozcięcie skóry głowy. Nauczyciele nie mogli uwierzyć: „Tomek zrobił coś takiego?”. A wszystkie dzieci się z Witka śmiały, że go pokonałem. Nigdy mnie już nie zaczepił.

Użyłem tego sposobu jeszcze kilka razy w życiu. Może nie z łyżwami, ale uderzyłem kiedyś milicjanta chlebakiem, w którym miałem półkilogramową konserwę „Przysmak śniadaniowy”. Byliśmy z moją przyjaciółką z roku, dzisiaj znaną pisarką Agatą Tuszyńską, na festiwalu studenckim FAMA i zaatakowało mnie trzech nieumundurowanych tajniaków. Myśleli, że jestem działaczem opozycyjnym, byłem pewnie podobny, i omyłkowo mnie zgarnęli z ulicy do bramy, po czym prysnęli gazem po oczach. Potem mnie wylegitymowali i okazało się, że to nie ten, którego szukali, natomiast w międzyczasie ja tym chlebakiem dałem w łeb kapralowi Frankowi. Miałem sprawę o pobicie milicjanta na służbie, z czego do dzisiaj jestem dumny.

Tomasz Raczek z tatą na terenach AWF, obok którego mieszkaliśmy; ok 1960-61. (Fot. archiwum prywatne) Tomasz Raczek z tatą na terenach AWF, obok którego mieszkaliśmy; ok 1960-61. (Fot. archiwum prywatne)

Marika Rökk

Darek, Krzysiek i ja. Trzech przyjaciół. W szkole podstawowej wołali na nas „Trójca Święta”, bo trzymaliśmy się razem i bardzo dobrze się uczyliśmy. Była jeszcze najlepsza uczennica w klasie – Marzenka. Najlepsza, a jednocześnie fajna. Na języku polskim wypracowania Marzenki i moje były oceniane najwyżej. Tylko że Marzenka pisała tak, jak nauczycielka chciała, żeby pisać, a ja zawsze pisałem tak, że pani mówiła, że są trochę nie na temat. Pisałem po swojemu, ewentualnie pisałem prowokacje. Był kiedyś, pamiętam, wolny temat: „Moja ulubiona aktorka”. Napisałem o Marice Rökk. Czyli aktorce filmów faszystowskich, wodewilowych, ulubienicy Hitlera. Napisałem, że uwielbiam jej wdzięk i delikatność, opisałem filmy, w których ją widziałem. Zrobiłem to z pełną premedytacją. Po pierwsze, już wtedy interesowałem się niemiecką kulturą (do dzisiaj nie rozumiem, jak ze względów ideologicznych można przekreślać film, przecież sztuka to sztuka; muzyki dyrygowanej przez Herberta von Karajana jakoś się nie potępia, choć popierał Hitlera). Po drugie, nasza nauczycielka przez pół roku omawiała tylko „Pana Tadeusza”, obsesyjnie się nim zachwycając, czym skutecznie i bezpowrotnie mnie do tego dzieła zniechęciła.

Po tym, jak przeczytała moje wypracowanie o Marice Rökk, wpadła w rozpacz: „Żeby polskie dziecko lubiło kogoś takiego jak Rökk?! Przecież to jest hitlerówa!”. Zawiadomiła kierownika szkoły, wezwano rodziców. Przyszedł ojciec. Kierownik szkoły pyta mojego ojca, jak to jest możliwe: „Wie pan – mówi, podwija rękaw koszuli i pokazuje tatuaż na przedramieniu – ja byłem więźniem Oświęcimia. Czy pan rozumie, co ja czuję, kiedy pana syn pisze takie rzeczy?”. Na co mój ojciec podwija swój rękaw: „Ja byłem więźniem obozu Stutthof i rozumiem”. Kierownik: „No to gdzie on zobaczył te filmy?”. Ojciec: „Poszedł do kina Iluzjon razem ze mną. Na przegląd niemieckich filmów z czasów II wojny światowej, wszystkie widzieliśmy razem”. Kierownik: „Jak pan, więzień obozu koncentracyjnego, może chodzić z dzieckiem na takie filmy?”. Ojciec: „Chcę, żeby on to poznał, żeby wszystko wiedział, musi to wiedzieć. Potem sam zrozumie, co jest dobre, a co złe”.

Kontrola

Ludzie się taty trochę bali, miał taki wyraz twarzy… Kilka razy zdarzyło się, że kiedy szliśmy do kawiarni i tata podchodził do lady chłodniczej zobaczyć, jakie są ciastka, na jego widok bufetowa leciała na zaplecze i krzyczała: „Kontrola przyszła!”. Pamiętam też, jak rozmawiał z kelnerką po tym, jak zamówił wuzetkę, a ona przyniosła torcik marcello. Mama trącała go łokciem i szeptała: „Daj spokój, to też jest dobre, daj spokój”, ale ojciec się nie zrażał: „Droga pani, proszę mi powiedzieć, jak mianowicie wygląda wuzetka?”. Ja, może pięcioletni, siedziałem obok i wpatrzony z zachwytem w ojca myślałem, że też taki będę. I trochę jestem, w moich filmowych recenzjach potrafię być, tak jak on, zasadniczy. Natomiast jeśli mam trochę wdzięku, to po mamie. Mama się dużo uśmiechała, ja też się uśmiecham. Błysk w oku, otwartość do ludzi – mimo że jestem w gruncie rzeczy introwertykiem i musiałem się tego uczyć – to od mamy. Ona mnie tego nauczyła.

Odwrotnie

Tata umarł w 1993 roku. Za jego życia nie zrobiłem przed rodzicami coming outu. I to mimo że mama była lekarką (genialną, bardzo cenioną pediatrą), a nawet od pewnego momentu zajmowała się seksuologią. Nie zrobiłem, bo wychodziłem z założenia, że to jest moje życie. Miałem kłopot z tego typu deklaracją po części także dlatego, że kiedy byłem młodym człowiekiem i poznałem środowisko homoseksualne w Warszawie, ono mi się bardzo nie podobało. Teraz, dzięki LGBT+, wiemy, jak wiele może być różnych wariantów seksualności człowieka. A wtedy mówiło się „pedał” i na tym temat się kończył. Mnie się wydawało, że homoseksualność jest fascynacją męskością, a nie pragnieniem bycia kobiecym. Tymczasem poznałem homoseksualistów, którzy mieli, jak się wtedy mówiło, wiotkie nadgarstki, chcieli, żeby zwracać się do nich żeńskimi imionami i w rodzaju żeńskim. To było małe środowisko, zamknięte, skazane trochę na siebie. Miałem poważne wątpliwości, czy do niego pasuję. A jeśli nie, to kim w takim razie jestem? Nie byłem pewien i nie mówiłem o tym z rodzicami.

Lata później, już po moim oficjalnym coming oucie, odbyliśmy z mamą taką oto rozmowę: „Mamo, ja do tej pory nie mam pojęcia, czy tata wiedział”. „Wiedział”. „I nie miał z tym problemu?”. „Kiedyś dyskutowaliśmy i poradził mi »Zostaw Tomka, to jest mądry chłopak, da sobie radę, my się nie wtrącajmy«”. Na koniec mama zupełnie mnie rozbroiła: „Ja wtedy uważałam, że ty nie jesteś gejem, nawet przekonywałam ojca, że nie. Wiesz dlaczego? Bo jako seksuolog wiedziałam, że geje mają lepszy kontakt z matkami niż z ojcami. A u nas było przecież odwrotnie”.

Tomasz Raczek: Ojciec był dla mnie punktem odniesienia, chociaż się z nim programowo nie zgadzałem. (Fot. Szymon Szczęśniak/LAF) Tomasz Raczek: Ojciec był dla mnie punktem odniesienia, chociaż się z nim programowo nie zgadzałem. (Fot. Szymon Szczęśniak/LAF)

Ty nic nie rozumiesz

Mama miała rację, moja relacja z ojcem była wyjątkowa. Tata był z wykształcenia pianistą, ale kiedy zorientował się, że nie ma talentu wystarczającego, żeby zostać wirtuozem, poszedł na drugie studia, skończył ekonomię na SGPiS i zarabiał na życie, pracując w Ministerstwie Przemysłu Spożywczego jako naczelnik wydziału. Miał na czarnych płytach całą klasykę muzyki poważnej, nauczył mnie słuchać nagrań, chodziliśmy do filharmonii, czytał mi o wielkich kompozytorach.

Był dla mnie punktem odniesienia, chociaż się z nim programowo nie zgadzałem. Z jednej strony był moim mentorem, z drugiej – nieustannie prowadziliśmy słowną szermierkę. Jak coś pisałem, nie wiem, artykuł do gazetki szkolnej, biegłem najpierw do niego i czekałem, co powie. Czytał zawsze bardzo uważnie i bardzo merytorycznie krytykował. I wtedy się zaczynało. Nasze kłótnie były spektakularne, szedłem do swojego pokoju, wykrzykując: „Ty nic nie rozumiesz! Nie masz pojęcia, co czuję!”. Kłóciliśmy się czasem tak mocno, że dochodziło do rękoczynów. Mimo że mój ojciec z natury był bardzo powściągliwy, a ja może mam coś z chuligana mentalnie, ale na pewno nie byłem chłopakiem, który celowo szukałby fizycznej zaczepki. To, że w ogóle dochodziło do przepychanek – bo oczywiście my się nie biliśmy, raczej, jeśli już, to przepychaliśmy w korytarzu, wygrażaliśmy pięściami – świadczyło o intensywności naszej relacji i w ogóle o podejściu do siebie nawzajem. Bardzo się kochaliśmy, ale nie było w tym czułostkowości, zagłaskiwania się, którego do dzisiaj nienawidzę. Wyznaję raczej zasadę „przez walkę do miłości”. Trzeba się zetrzeć w pojedynku i dopiero potem się przeprosić, pogodzić, przytulić na zgodę, wtedy to jest najuczciwsze.

Radziwiłłka

Ponieważ w podstawówce byłem laureatem dwóch olimpiad – z matematyki i z języka polskiego – mogłem bez egzaminu wybrać sobie liceum. Powodem, dla którego wybrałem XLI LO im. Lelewela, była Anna Radziwiłł. Już w nowej Polsce premier Mazowiecki zaprosił ją do współtworzenia rządu, została wiceministrą szkolnictwa. Wtedy, w latach 70., była żywą legendą. Historyczka, zwana przez wszystkich Radziwiłłką, niesłychanie inteligentna, wyjątkowa, niezależna. W prostej linii potomkini „tych” Radziwiłłów. Uczyła inaczej, oceniała inaczej. Ocena na koniec roku była na przykład taka: „pierwiastek z czwórki, łamany na kropkę”. Przychodziło się do niej i ona wyjaśniała, co to znaczy. Dziwaczka, ale genialna. Mówiła: „Jest wtorek, macie na piątek przeczytać »Braci Karamazow« Dostojewskiego”. To było jej potrzebne do lekcji o inkwizycji. A my: „Pani profesor, przecież to jest 700 stron! Kiedy?”. W odpowiedzi słyszeliśmy: „Trudno, spróbujcie”. Wychodziliśmy ze szkoły z myślą, że nie, tym razem się zbuntujemy. A potem i tak dochodziliśmy do wniosku, że przecież tego Radziwiłłce zrobić nie możemy, i czytaliśmy „Braci Karamazow” po nocach. Kreatywne myślenie, łączenie faktów – to były jej metody. Dzięki niej i razem z nią ja i kilkoro innych uczniów zaczęliśmy jeździć w weekendy na wykłady Uniwersytetu Latającego Kuronia i Michnika.

Pod koniec czwartej klasy zaprosiła mnie do pracowni historycznej na rozmowę. Poinformowała, że jako najlepszy uczeń w szkole mogę iść na dowolne studia bez egzaminów wstępnych. I że oczywiście mogę sobie złożyć papiery na co tam chcę, ale ona uważa, że nadaję się na historyka. Mam podpisać zobowiązanie, że złożę papiery na historię i tam będę studiował. „Ale pani profesor, ja chcę zdawać na teatrologię, polonistykę i informatykę”. Nie zrobiło to na niej wrażenia: „Nie wypuszczę cię z tej sali, dopóki nie podpiszesz, będziemy tak siedzieli do czasu, aż się zobowiążesz”. Przekręciła klucz w zamku. Siedzieliśmy, rozmawialiśmy. Po czym znowu zapytała: „No i co? Podpiszesz?”. „Nie, pani profesor, mogę się zobowiązać tylko do tego, że będę zdawał historię jako przedmiot dodatkowy na maturze. Dla pani profesor to zrobię, chociaż wiem, jak będzie wyglądał ten egzamin, i nie powiem, żebym się nie bał”. Minęły ze dwie godziny, Radziwiłłka w końcu mówi: „Nie chcesz? Dobrze, ale w takim razie będziesz musiał zrzec się prawa prymusa i zdawać normalnie na studia. Niech następna osoba w kolejce skorzysta z tego przywileju”. Złożyłem więc papiery i czekałem na egzaminy. A ponieważ do szkół artystycznych zdaje się wcześniej, to na kierunek wiedza o teatrze zdawałem już w czerwcu. Zostałem przyjęty (postanowiłem więc już nie zdawać na informatykę i polonistykę) i od razu, jeszcze pod koniec czerwca, poszedłem do Radziwiłł jej o tym powiedzieć. Stanęła, popatrzyła na mnie. Aż w końcu mówi: „Jestem z ciebie dumna”. Kiedy przypominam sobie ten moment, mam łzy w oczach.

Plan

Na pierwszym roku studiów trafiłem do programu telewizyjnego „Warianty”. Producentka „Wariantów”, Anna Barcikowska, zapraszała studentów naszego nowo powstałego wydziału do dyskusji na antenie. Za każdym razem miały to być cztery inne osoby. Pojawiłem się w pierwszym odcinku. Wiedząc, że prowadzącym jest Zygmunt Kałużyński, że go po raz pierwszy spotkam (był moją ulubioną osobowością telewizyjną, uwielbiałem to, że się kłócił, przerywał, wysadzał w powietrze dyskusję), jechałem na nagranie z postanowieniem, że nie pozwolę sobie przerwać, że go przegadam. To był mój plan strategiczny. Nie pamiętam samej dyskusji, ale walczyłem ostro. Zdziwiłem się, kiedy znowu mnie zaprosili, i tak zostałem przez wszystkie odcinki do końca emisji. Już po śmierci Zygmunta przypadkowo spotkałem panią Annę. Rozmawialiśmy i w pewnym momencie spytała, czy wiem, dlaczego zapraszano mnie za każdym razem. Nie wiedziałem i dopiero wtedy się dowiedziałem. Po pierwszym programie przyszedł do niej Zygmunt i zapytał, czy zauważyła tego chłopaka, co mu nie dawał dojść do głosu: „Niech pani go zawsze zaprasza, bo mi się z nim dobrze rozmawia”. Mnie nigdy się do tego nie przyznał. Nie powiedział, że jestem w telewizji dzięki niemu. I na tym chyba właśnie polega prawdziwa przyjaźń. Że takich rzeczy się nie mówi.

Zdanie

A wie pani, że Zygmunta Kałużyńskiego dostałem, dosłownie, z rąk mojego ojca? Kiedyś, na imieniny, jak byłem jeszcze w szkole podstawowej, tata podarował mi książkę Kałużyńskiego pod tytułem „Nowa fala zalewa kino”. Powiedział mi wtedy coś, co cytuję na swoich spotkaniach autorskich: „Jeśli się interesujesz kinem, musisz przeczytać książkę tego faceta, bo on pisze inaczej niż wszyscy”. Mam to zdanie wyryte w mózgu. Tata oglądał potem nasze programy, lubił „Perły z lamusa” i nigdy nie był zazdrosny o to, że Zygmunt traktował mnie właściwie jak syna.

Natomiast bardzo późno dotarło do mnie, że w tamtym zdaniu wypowiedzianym przez ojca było coś jeszcze, może nawet ważniejszego. Tata mnie, chłopcu, mówił przecież, że robienie czegoś inaczej niż wszyscy jest dobre, właściwe. W odróżnieniu od mamy, która była pragmatyczna i uważała, że jeśli nie będę wyróżniał się z tłumu, to łatwiej będzie mi żyć, ojciec był przekonany, że warto być innym, bo wtedy życie jest ciekawsze.

Tomasz Raczek, rocznik 1957. Krytyk filmowy, publicysta, dziennikarz. Prowadzi Instytut Wydawniczy „Latarnik”, autorski kanał „Wideorecenzje Tomasza Raczka” w serwisie YouTube oraz audycję „Raczek Movie” w internetowym Radiu Nowy Świat. Za życia Zygmunta Kałużyńskiego prowadzili wspólnie programy poświęcone kinu, napisali też serię książek.

  1. Styl Życia

Sylwia Chutnik - kamikadze

Sylwia Chutnik (Fot. Marcin Łobaczewski)
Sylwia Chutnik (Fot. Marcin Łobaczewski)
Jej dzieciństwo to najpierw brokat i cekiny, a potem marzenie o irokezie i rebelia. Plus zawsze dla niej ważne książki. nie mówiąc już o tym, że Sylwia Chutnik jako niemowlę ledwo uszła z życiem, a jej krewka babcia gotowa była się za nią bić.

Tego nie mogę pamiętać, bo miałam tylko trzy miesiące. Mieszkaliśmy wtedy na warszawskiej Woli, razem z dziadkami od strony mojego taty. Blisko był szpital. To ważne, bo nieśli mnie tam na rękach bardzo chorą. Spędziłam w szpitalu pół roku. Trafiłam na oddział z odmą czy może pierwotnie z jakimś zapaleniem płuc, a po drodze zakażono mnie gronkowcem i sepsą. W każdym razie miałam umrzeć, mama do tej pory ma w swoich dokumentach karteczkę: dowód na to, że odprawiono za mnie mszę. W końcu wróciłam do żywych, ale zostało mi kilka pamiątek. Na przykład ślad, chyba po wkłuciach igły, na udzie. Charakterystyczne szlaki żył. Uważałam, że tworzą mapę, i bawiłam się, że to mapa skarbów. Dla mojej rodziny to doświadczenie musiało być traumatyczne, w domu jeszcze długo w ogóle się o tym nie mówiło. Chyba dopiero jak byłam nastolatką, trafiały do mnie takie opowieści jak ta, że moja mama, kiedy lekarz powiedział, żeby się ze mną pożegnała, bo na odratowanie mnie raczej nie ma szans, zemdlała na schodach szpitala. Albo że już jakiś czas później mój tata – perkusista – grał na ślubie Grażyny Torbickiej i w trakcie wesela odkrył, że na sali jest lekarz, który uratował mi życie. Oczywiście się we dwóch ubzdryngolili, tata dziękował, rzucał mu się na szyję. O, jeszcze jest historia o babci, jak wparowała do szpitala na salę, gdzie ja ledwo ciepła osuwałam się w niebyt, a jedna z pielęgniarek akurat piłowała paznokcie. Babcia, krewka dziewczyna wychowana na Ochocie, rzuciła się na nią z pięściami.

Nasz dom

Teraz, jako dorosła osoba, rozumiem, jak działa wzorzec. Dziewczynka socjalizowana do bycia miłą i sympatyczną obserwuje kobiety z najbliższego otoczenia. I widzi, że potrafią walnąć pięścią w stół, mogą zadecydować, mówią wprost, czego chcą, a czego nie. Moja mama też w niestandardowy sposób jest twarda, ale babcie to w ogóle niezłe wymiataczki. Ta druga krótko po wojnie razem z dziadkiem miała epizod squatowania. Ich dzieci były już na świecie, także młodszy brat mojej mamy, całkiem wtedy mały. Wiadomo, w zrujnowanej Warszawie zajmowało się, co tylko było można, ale przyszła milicja i chciała całą ich rodzinę wyrzucić z pustostanu. Babcia najpierw ukryła mojego dziadka pod pierzyną, a potem, jako że właśnie gotowała w wielkim garze pieluchy, chwyciła gar z wrzątkiem. Zagroziła milicjantom, że jak tylko przekroczą próg, obleje ich, siebie i dzieci. W skrócie: won stąd! Nie musiałam nawet słuchać tych opowieści z przeszłości. Widziałam, jak babcie funkcjonują na co dzień, że dziadkowie może robią dużo hałasu, ale wiadomo, kto rządzi. A jakiś czas po tamtej historii z pustostanem babcia z dziadkiem dostali mieszkanie w nowo wybudowanym domu, w ścisłym centrum Warszawy. Do tej pory tam mieszkają.

Skok na główkę

Wszystko to znam w formie anegdot, nigdy nie było na ten temat jakiejś poważniejszej rozmowy. To taka cecha mojej rodziny. Mówić o złych rzeczach? A po co to, na co? Ta wesołkowatość mnie zresztą wiele razy ratowała i ratuje do tej pory. Przede wszystkim poczucie humoru na własny temat. Autoironia pomagała mi uciekać z opresji i depresji. Od ciężkiego doła, że ja naprawdę odstaję, i to na wielu frontach, że nijak się nie dopasuję. I nie chcę się dopasować. Często słyszę, szczególnie teraz, po tym, jak zrobiłam coming out, że jestem odważna. Nie, nie jestem i nigdy nie byłam. W wieku ośmiu, może już nawet dziewięciu lat nie mogłam się pogodzić z tym, że tata odkręcił mi w sankach oparcie. Umierałam ze strachu, darłam się i cały czas zapierałam nogami przy zjeżdżaniu. To samo na huśtawce – robiłam wszystko, byle tylko nie rozhuśtać się na tyle, żeby całkowicie stracić kontakt z podłożem. To mi zostało, nadal jestem control freakiem, muszę mieć nad wszystkim kontrolę. Ale jest też we mnie coś takiego, że kiedy staje przede mną wyzwanie, kiedy tak bardzo jestem zestrachana, że nie podołam, to po prostu zamykam oczy i skaczę na główkę. Ta – nie wiem – skłonność, cecha bardzo się przydaje, kiedy jest się introwertyczką, a jednocześnie ma się silne poczucie bycia innym. Dlatego kiedy już trochę później, pod koniec podstawówki i w liceum, zaczęły się niewybredne komentarze i żarciochy na temat moich kolorowych włosów, ciuchów, kolczyków, kiedy zdarzało się, że na mnie zwyczajnie, po prostu pluli, to może i chciało mi się, jak małej dziewczynce, płakać, ale zamiast tego zapierałam się i kolejnego dnia wychodziłam znowu w tych ciuchach, kolczykach, z tymi włosami. Robiłam rzeczy, które chciałam robić. I to naprawdę nie jest kwestia odwagi. Może bardziej jakiś rodzaj bezczelności? Rozumianej nie jako arogancja wobec ludzi, ale upór, stupor. Nie oglądasz się za siebie, idziesz dalej. Kamikadze.

A rodzice wiedzą?

Po Woli były Bielany, ale do szkoły podstawowej dojeżdżałam na Żoliborz. Do kościoła też. Kościół Świętego Stanisława Kostki na tyłach placu Wilsona był super. Realizowałam się tam jako mała aktywistka. Byłam z życiem kościelnym mocno związana. Czasy Solidarności – kościół był miejscem, gdzie się dużo działo. Nie mówiąc o nieograniczonych ilościach zagranicznych słodyczy. Jako dzieci z represjonowanego kraju dostawaliśmy z Zachodu paczki, których zawartość rozdawano w salce katechetycznej. Była tam siostra zakonna, bardzo aktywna, zawsze z gitarą, organizowała jasełka i różne inne występy, w kółko były jakieś próby i mama mnie na nie odprowadzała. Już wtedy miałam ciągoty do intelektualnego życia wyższych sfer, a kościół tak mi się kojarzył. Czuło się, że walczymy, że to jest ważne, choć wtedy nie wiedziałam za bardzo, w związku z czym. Poza tym ta forma! Na bogato, wszędzie kwiaty. Robiło to na mnie wrażenie, moja przyjaciółka ze szkoły miała nianię i mieszkała w willi na Żoliborzu. To ciekawe, bo przecież mimo różnic klasowych chodziłyśmy do jednej klasy. Tymczasem ja po szkole wracałam do kawalerki przedzielonej szafą. Na religię chodziłam, dopóki była w kościele. A w momencie, kiedy została wprowadzona do szkół – moja piąta klasa podstawówki – przestałam. Uważałam, że religia i wiara to są nasze osobiste sprawy i że nie można robić kolejnej lekcji z tak ważnej rzeczy. A poza tym, co mają robić ci, którzy nie wierzą? To, że nie mieli wyboru, wydawało mi się bardzo niesprawiedliwe. Przez cały pierwszy rok, kiedy wprowadzili religię, byłam jedyna w szkole, która w czasie tych lekcji siedziała na korytarzu, w bibliotece albo w świetlicy, jak była otwarta. I przez cały rok, za każdym razem, któryś z nauczycieli podchodził i pytał, dlaczego tu siedzę. A ja za każdym razem odpowiadałam: bo nie chodzę na religię. „Dlaczego?”. Bo nie chcę chodzić. „A rodzice wiedzą o tym?”. Tak, wiedzą. To, że w tym wieku musiałam to mówić, tak jasno sformułować, było dla kształtowania moich poglądów totalnie ważne. Co na to moja rodzina? Oni, wierzący niepraktykujący, uważali, że to pierwsze oznaki buntu. Trochę wczesne, ale przeczekamy. Tak samo było z moim niejedzeniem mięsa. Myśleli, że mi w końcu kiedyś przejdzie.

Córka dansingu

Mój tata jako muzyk jeździł na tak zwane kontrakty. Dwu-, trzymiesięczne wyjazdy, grał gdzieś na statku między Finlandią a Polską. Albo jechał do Abu Zabi w ramach kontraktu z Pagartem. Przed rokiem 1989 to była jedyna agencja artystyczna, przez którą można było wyjechać oficjalnie, dostać paszport, pobierali oczywiście kosmiczne prowizje. Tata grał razem z moim wujkiem gitarzystą i przed wyjazdami często spotykali się w mieszkaniu mojej prababci, gdzie mieli bazę i trzymali wszystkie rzeczy. Tam się przygotowywali, czasem mieli jakieś próby. Moje wspomnienia z tamtego czasu są takie, że zajmują się mną te wszystkie ciocie, czyli dziewczyny, bo w ich zespole zawsze były dwie wokalistki, najlepiej blondyna i brunetka. I że mnie przebierają. Już wtedy wiedziałam, że chcę zostać artystką, cokolwiek to znaczy. Akurat wtedy chciałam chodzić odpierdzielona jak one, codziennie od rana do wieczora, mieć szalone życie. Na te wyjazdy jechały całe skrzynie ciuchów scenicznych. Brokat, cekiny, błysk, kicz, kicz, kicz, dansing. Coś, co razem z „Akademią pana Kleksa” ugruntowało mój gust. Dwa razy byłyśmy z mamą w trasie razem z nimi za granicą. Raz w Turku w Finlandii, raz w Berlinie Zachodnim. Szał. Większość zdjęć z tamtego wyjazdu to jestem ja wśród zabawek, nienaturalnie pobudzona. Samo to, że one tam były, to już było dla mnie wiele. Że są nieosiągalne, było w jakiś sposób oczywiste i nie wiązało się ze szczególnym żalem. Fajnie się było napatrzeć. Jak się dostawało z zagranicy katalog wysyłkowy, to te katalogi się pożyczało, kursowały po rodzinie, znajomych, sama oglądałam je z 50 razy dziennie, coś wycinałam i wklejałam do zeszytu. Pamiętam też ten zapach. Zapach luksusu. W zeszłym roku pojechałyśmy z moją mamą do Berlina i chodziłyśmy śladami tamtego wyjazdu, nas z roku 1986. Zrobiłyśmy sobie superzdjęcia, w tych samych miejscach, w których byłyśmy wtedy, mój syn był fotografem. Weszłyśmy między innymi do wielkiego centrum handlowego. Chodziłyśmy po nim teraz bez wielkiego wow. Ale ten zapach!

Klucz w zamku

Mama długo pracowała w gastronomii, w knajpie, na zmiany. Pachniała fryturą i papierosami. Cudzymi, bo sama nie paliła. Kiedy wracała z pracy po wieczornej zmianie, to ja, siedząc w mieszkaniu, z korytarza na klatce schodowej najpierw czułam moją mamę, a dopiero potem słyszałam dźwięk klucza przekręcanego w zamku. Przychodziła, zdejmowała wszystko i od razu szła do łazienki, żeby tylko to z siebie zmyć.

Do zobaczenia

Kiedy miałam 11 lat, tata odprowadził mnie na przystanek tramwajowy, jechałam do szkoły. Pożegnaliśmy się, wiedziałam, że wyjeżdża na kolejny kontrakt. Kolejne dwa, trzy miesiące grania w Stanach. Następnym razem zobaczyliśmy się siedem czy osiem lat później, kiedy mógł już do Polski przyjechać. Tata został tam, zamieszkał niedaleko Nowego Jorku. Mieliśmy w tym czasie kontakt, ale telefoniczny i listowny. Kiedy wspominam swoje dzieciństwo, mam wewnętrzną cezurę. Na własny użytek używam sformułowania: „Jak jeszcze tata był z nami”, więc myślę, że to ważny punkt w ogóle w moim życiu, nie tylko w dzieciństwie. Właściwie non stop mam poczucie tymczasowości w kontaktach z ludźmi. Takie poczucie, że jest ktoś, i fajnie, ale ten ktoś w każdej chwili może zniknąć.

Wychowanie seksualne

Zostałam uświadomiona przez moją mamę. Subtelnie. Pamiętam, że posłużyła się broszurą zakupioną w kiosku Ruchu. Tytuł „Mamo i tato, opowiedzcie mi, skąd się wziąłem”. Niebieska okładka, dość niewielka pozycja, z ilustracjami. Wydanie kryzysowe, czas nie za dobry dla polskich książek. Już wtedy – a byłam może w czwartej klasie podstawówki i moja wyniesiona z podwórka wiedza na temat seksualności człowieka była naprawdę mikro – kuriozalny wydawał mi się obrazek przedstawiający, uwaga, ubrane postaci. Parę, która jest w uścisku, plus podpis: „Dzieci są, kiedy mama i tata się przytulają”. Nie pamiętam, żebym była przerażona dojrzewaniem. W ogóle ciało było dla mnie w jakiś sposób drugorzędne, to nie był dla mnie wielki temat. Chyba że w kontekście kreacji, przerabiania go na własną modłę. Miałam 16 lat, kiedy w Baszcie na moście Poniatowskiego, w pomieszczeniu nad knajpą dla harleyowców, zrobiono mi, osobie niepełnoletniej, pierwszy tatuaż. Sporo też dowiadywałam się o cielesności z książek, mam wrażenie, że to one mnie na różne doświadczenia przygotowały. „Czy już wtedy coś wiedziałaś, przeczuwałaś?”, „Kiedy się zorientowałaś?”. Tak, teraz często słyszę tego typu pytania. Przede wszystkim były inne czasy, nie mieliśmy nawet języka, słownictwa, sposobów na określanie siebie. Co mnie, nawiasem mówiąc, z wiekiem coraz mniej interesuje. Kocham tę albo tę osobę. Mój coming out był ważny ze względu na okoliczności, czułam, że ważne jest powiedzieć to, wyraźnie, właśnie teraz. Ale wtedy? Jesteś młoda, masz pierwsze doświadczenia, eksperymentujesz. Byłam inna, akceptowałam to, także w kwestiach seksualności. Po prostu zawsze podobali mi się i faceci, i dziewczyny. Oglądałam się za dziewczynami i mówiłam koleżankom, że są piękne i fajne.

Heca

Bardzo wcześnie przeczytałam „Bunt długich spódnic”, biografię Emmeline Pankhurst, założycielki i przywódczyni ruchu sufrażystek w Wielkiej Brytanii. Mocna rzecz, o rebelii, naparzaniu się z policją. Pamiętam wstrząsające sceny przymusowego karmienia Pankhurst w trakcie strajku głodowego w więzieniu. „Bunt…” leżał na działce moich dziadków, nie mam pojęcia, co tam robił, chyba los mi go zesłał. Ale jeszcze wcześniej czytałam, i to nie raz, „Dziewczynę i chłopaka, czyli hecę na 14 fajerek” Hanny Ożogowskiej. Bliźniaki, dziewczyna i chłopak, zamieniają się rolami i siostra jedzie za brata na wakacje w jedno miejsce, a on za nią w drugie. Był też serial, ale powieść lepiej pokazywała dziewczynkę, która musi zadbać, żeby wszystko było w rodzinie w porządku. Siostra godzi się przecież jechać i udawać chłopca, żeby ratować tyłek tego nieogara, swojego brata. Irytowało mnie to na bardzo podstawowym poziomie, „ej, czemu jego traktują inaczej?!”. Ten jego całkowity brak sprawczości. Aż mnie korci, żeby zajrzeć do tej książki teraz i zinterpretować ją genderowo.

Klub ludzi artystycznie niewyżytych

Miałam 12, 13 lat i mama nie pozwalała mi jeszcze wychodzić wieczorami. W sąsiedztwie mieszkał chłopak. Starszy ode mnie, punk z irokezem. Obserwowałam go z oddali, z okna, i na tle tych wszystkich ludzi widziałam tylko jego, bo się wyróżniał. Totalnie mi to imponowało. On mi się niekoniecznie podobał jako mężczyzna, ale był ucieleśnieniem pewnej idei. Chciałam być taka jak on. Latem jechałam na kolonie i wróciłam z nich już z nową fryzurą. Tak się złożyło, że reakcja mojej mamy na tę fryzurę została uwieczniona. Wujek pożyczył kamerę VHS i poszedł z moją mamą mnie odebrać, bo ja z tych kolonii wracałam autokarem. Na nagraniu widać, jak autokar wjeżdża, dzieciaki wysiadają i słychać głos mamy: „O, jest Sylwia, jest!”. Ja w tym samym momencie się odwracam i słychać takie „ooooo!”, tylko już trzy tonacje niżej. Czytaj: „O mój Boże!”. Od tych włosów poszło szybko. Porwane swetry, przestałam jeść mięso, no i trafiłam do Klubu. W gazecie „Filipinka”, którą czytałam, swoją rubrykę „Cześć, poeci i poetki” miała Danuta Wawiłow [1942–1999, poetka, prozaiczka, tłumaczka, autorka literatury dla dzieci, w tym słynnego wiersza „Daktyle” – przyp. red.]. Młodzi ludzie wysyłali jej swoje utwory, a ona je publikowała i komentowała. Wyczytałam, że raz w tygodniu spotyka się założony przez Wawiłow Klub Ludzi Artystycznie Niewyżytych. Ja, będąc wtedy jeszcze w podstawówce, powinnam iść z osobą starszą, ale poszłam sama. Taki moment w życiu, że wiesz już, kim chcesz być, potrzebujesz tylko wsparcia, potwierdzenia tej twojej intuicji, że dobrze kombinujesz. W Klubie znalazłam osoby myślące tak jak ja. Jedni z nas interesowali się filmem, inni fotografią, były punki, byli hip-hopowcy. Ważne było to, czego ci ludzie słuchali, co czytali, czym się interesowali, jak wyglądali. Dorwałam się do tego źródła wiedzy, pamiętajmy, że nie mieliśmy jeszcze Internetu. Czytaliśmy, tłumaczyliśmy poezję, przynosiliśmy swoje wiersze, omawialiśmy je. Ale to był pretekst, chodziło o to, żeby być razem. Trochę jak w kawiarniach literackich, już samo to, że nawzajem się inspirujemy, było ważne. Pisałam wiersze na maszynie do pisania, którą wtedy miałam, ozdabiałam kolażami lub swoimi rysunkami i robiłam z nich książeczki, które potem, jak ziny, odbijałam na ksero i rozdawałam. Nadal mam mnóstwo takich tomików, także tych pisanych przez innych. Zostało mi trochę przyjaźni. Klub to była szkoła życia, polana artystycznym kontrkulturowym sosem.

Gdyby

Liceum księgarskie wybrałam świadomie. Opcja licealna, ale z możliwością zrobienia dyplomu zawodowego: technik księgarstwa. Idealne miejsce – uwielbiałam książki – i dość niedaleko mojego domu. Klasa żeńska, w większości hipisiary, tylko my z koleżanką byłyśmy punkówami, grupa niezłych freaków. W drugiej klasie oblałam matmę. Jak dziewięć innych osób z klasy. Miałam rok do tyłu. Poznałam superfajne osoby, ale moje doświadczenie z edukacją w liceum oceniam raczej negatywnie. Gdybym tak zebrała to, co mówili do mnie nauczyciele i nauczycielki... Gdybym tylko miała cieńszą skórę… No cóż, to były intensywne lata, nie miałam czasu na naukę. Ale w ostatniej klasie się ogarnęłam. Wiedziałam już, że chcę iść na kulturoznawstwo na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie bardzo ważne były punkty i wyniki na świadectwie maturalnym. Zorientowałam się, że wreszcie mam cel, wiem, po co mam się uczyć, i zupełnie inaczej zaczęłam podchodzić do tego, co mi proponowało szkolnictwo. No i miałam praktyki księgarskie. Potem pracowałam w Stanach w księgarni, już w czasie studiów w ramach wakacyjnej pracy. I nadal, kiedy wchodzę do jakiegokolwiek sklepu z książkami, mam odruch porządkowania. Kiedy coś jest źle rozplanowane, jestem okropna, mądrzę się potwornie. Potrafię nawet fukać jak Magda Gessler w „Kuchennych rewolucjach”. I tak sobie myślę, że gdyby to wszystko szlag trafił, gdyby była na rynku zapaść, gdybym straciła źródła dochodów – to w porządku, otworzę swoją księgarnię. Albo zatrudnię się w jednej z tych, które lubię.

Sylwia Chutnik, rocznik 1979. Pisarka, działaczka społeczna (założycielka Fundacji MaMa), feministka, publicystka, promotorka czytania. Była trzykrotnie nominowana do Nagrody Literackiej Nike, za książki: „Kieszonkowy atlas kobiet”, „Cwaniary” i „W krainie czarów”. W lipcu tego roku oficjalnie dokonała coming outu jako osoba nieheteronormatywna.