1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Czy robienie zdjęć może nas rozwijać? Pytamy fotografkę Katarzynę Gębarowską

Czy robienie zdjęć może nas rozwijać? Pytamy fotografkę Katarzynę Gębarowską

Portret Katarzyny Gębarowskiej - Jarosław Majewski. Fotografia wielkoformatowa na materiale ortochromatycznym, Leszek Potrzebowski
Portret Katarzyny Gębarowskiej - Jarosław Majewski. Fotografia wielkoformatowa na materiale ortochromatycznym, Leszek Potrzebowski
Dziś, gdy prawie każdy ma smartfon z aparatem, zrobić zdjęcie to żaden wyczyn. A jednak Katarzyna Gębarowska twierdzi, że fotografia jest sztuką - patrzenia na świat, ale też zaglądania w siebie. I tego uczy swoje kursantki. 

Przywozimy z wakacji megabajty zdjęć, których nawet nie wywołujemy, pstrykamy 30 razy na minutę, by wybrać najlepsze ujęcie. Na ile robienie zdjęć jest dziś wartością?
Ludzie robią i będą robić zdjęcia, bo to jest część celebracji życia. Odkąd pojawiły się pierwsze aparaty, fotografowanie stało się jednym z życiowych rytuałów, w ramach którego działamy według pewnego schematu. Powinny pojawić się zdjęcia ze ślubu, z chrztu oraz urodzin – te ceremonie wymuszają dokumentację. Ale też zmieniły się momenty, które się utrwala, pojawiły się nowe. Na przykład do niedawna utrwalano śmierć bliskich, dziś już nie.

W książce „Zawód: fotografistka” razem z Małgorzatą Czyńską piszemy o tym, że fotografistki jeszcze w okresie międzywojnia fotografowały swoje zmarłe dzieci, co wówczas nie było niczym dziwnym. Ludzie przychodzili do fotografa, by zrobił portret pośmiertny ich zmarłych, bo zależało im na utrwaleniu wizerunku bliskiego krewnego, także dziecka. Często było to pierwsze zdjęcie im zrobione. Od momentu wynalezienia fotografii ludzie złapali bakcyla, zdjęć było coraz więcej, aparaty coraz tańsze. Nastąpiła era pstrykania, a w międzyczasie zmienił się cel robienia zdjęć.

Cel – co ma pani na myśli?
W XIX wieku wynaleziono album rodzinny, ze zdjęciami, które oglądało się w domowym zaciszu, nie wynosiło do znajomych. Najpierw ten album przeniósł się na carte-de-visite, czyli na pocztówki z własnym wizerunkiem, którymi ludzie się wymieniali. To był taki pierwszy Facebook. Później powstały słynne albumy rodzinne z czarnymi kartkami, w które wkładano zdjęcia, następnie pojawiły się slajdy do oglądania, chwilę potem fotografia cyfrowa i album jako obiekt historyczny przestał istnieć.

Dziś już nie wywołuje się zdjęć…
Nie tylko. Dziś idea albumu istnieje w sieci i jest przeznaczona właśnie do oglądu publicznego. Wrzucamy folder o nazwie „wakacje” i proszę, podziwiajcie. Są tu zdjęcia udoskonalone, za to nie publikuje się tych nieudanych i niewygodnych. W związku z tym oglądamy tylko radosne chwile, żadnych zdjęć z pogrzebów.

Za to chętnie robimy zdjęcia sobie.
Idea selfie istniała od zawsze, popularna była już w malarstwie. Każdy malarz prędzej czy później malował swój wizerunek. Potem przejęła to fotografia, choć wówczas takie zdjęcia często nie wychodziły poza atelier fotografującego, robiono je raczej na użytek własny. Witkacy pstrykał sobie mnóstwo autoportretów, bawił się swoim wizerunkiem. Zdziwiłby się na wieść, że dziś najdroższe zdjęcia na aukcjach sztuki to jego selfie. Cała moda na selfie i zbieranie lajków to odpowiedź na ogromną pustkę, jakiej doświadczamy w życiu. Nie mamy okazji do rozmowy z bliskimi i znajomymi, poruszamy się w świecie wirtualnym, jesteśmy samotni, bo nikt nie ma czasu na spotkania. Zdjęcia w mediach społecznościowych to sposób, by nie zwariować, ale też w nich tkwi nasze poczucie wartości narzucone przez fotografię i media społecznościowe. Staram się to zmienić, choćby na swoich warsztatach.

Proszę o tym opowiedzieć.
Warsztaty nazywają się „Slow motion”, a nazwa pojawiła się, zanim jeszcze słowo slow zrobiło taką karierę. Od początku stały w kontrze do popularnych kursów, gdzie na przykład robiło się zdjęcia nagiej lub ubranej modelce. U mnie na studiach też była taka praktyka, profesor wyznaczał do tego najładniejszą studentkę i pamiętam, że to było dla nas, kobiet, krępujące.

Czego szukają kobiety na pani warsztatach?
Mistrzyni, która pomoże im zacząć pracować z aparatem, ze zdjęciami, ze sobą. A tych mistrzyń wciąż nam, kobietom, brakuje. Artystka Katarzyna Kozyra zrobiła jakiś czas temu badania pokazujące, jak niewiele kobiet, które idą na uczelnie artystyczne, decyduje się potem na pracę w zawodzie. Jak mało z nich wchodzi w rolę mentorek, by przekazywać wiedzę i doświadczenie kolejnemu pokoleniu. Na moich warsztatach staram się to robić.

Jak wyglądają warsztaty?
Opowiadam o fotografii holistycznie, tłumaczę, że jest to sztuka, ale i sposób wyrażania siebie. Za każdym razem gdy to mówię, obserwuję wielką ulgę wśród uczestniczek, bo już po chwili słyszę, że otaczają się ludźmi, którzy stawiają na technikę obsługi aparatu. Słyszą od nich, że to trudne i że sobie nie poradzą, co zniechęca do dalszych prób. U mnie na plenerze kobiety czują ulgę, że wolno im robić nieostre zdjęcia. Często nie są wykwalifikowanymi fotografkami, ale mają duszę artystki i cierpią, że nie potrafią swojej ekspresji przelać na zdjęcie. Uwalniam je od ciężaru doskonałości technicznej. Oczywiście uczymy się podstawowych pojęć, by mogły się swobodnie poruszać w tym świecie, ale dużo rozmawiamy o sztuce, o innych fotografistkach, oglądamy albumy. No i to, co najważniejsze, uczymy się, co to jest body positive.

W jaki sposób?
Ćwiczymy to na sobie (śmiech). Ten termin też wprowadziłam na warsztatach, zanim jeszcze stał się modny. Body positive, czyli patrzenie na siebie i na drugiego człowieka z życzliwością, bez względu na to, jak wygląda, ćwiczymy, robiąc zdjęcia – sobie i innym. Pozwalając też, by ktoś zrobił zdjęcie nam. Zaczynamy dostrzegać, że każdy jest na swój sposób piękny. Widzę wtedy radość pozowania i robienia innym portretów. Na szczęście wiele się zmieniło w naszym sposobie patrzenia na siebie i dziś kobiety chcą fotografować niedoskonałości, zmiany, ciało doświadczone przez czas. Jedna z uczestniczek warsztatów, przy kości i po siedemdziesiątce, rozebrała się, usiadła tyłem do nas w balii i powiedziała, że chce mieć takie zdjęcie jak z obrazów Degasa. Czy to nie jest wspaniały pomysł?

W dobie filtrów w smartfonie takie zdjęcia nie onieśmielają?
Zgrywamy je na komputer i dalej jest dowolnie. Uczestniczki mogą je obrobić, otworzyć w jakimś programie graficznym albo zgrać na smartfona i tam ulepszyć. Ale od kilku lat widzę u nich ogromną różnicę w podejściu do publikowania i pokazywania swoich zdjęć. Na pierwszych plenerach, jeszcze osiem, dziewięć lat temu, moje uczennice chciały, żeby retuszować im zmarszczki, chciały zmian w Photoshopie. Dziś robią to bardzo rzadko, widzę, że bardziej się sobie podobają naturalne, dostrzegam w nich większą akceptację dla upływu czasu i swoich niedoskonałości.

Presja idealnego zdjęcia w mediach społecznościowych przestaje już działać?
Myślę, że kobiety zyskują większą świadomość i wartość siebie. W tym też zasługa takich magazynów jak SENS. Trzeba przyznać, że nie ma i nie będzie innego tak masowego medium sztuki, który ma równie duży wpływ na nasze samopoczucie i na nasz wizerunek jak fotografia. Ale widzę też, że po etapie zachłyśnięcia się fotografią cyfrową ona już tak nas nie bawi, wraca za to powoli fotografia analogowa. Będziemy znowu grzebać w rodzinnych archiwach, chętniej sięgać po zdjęcia właśnie niedoskonałe i niewygodne, bo one nas poruszają i na nas oddziałują. Umówmy się, to, co dziś wrzucamy na Facebooka, niedługo nikogo nie będzie interesowało, a historyków sztuki najmniej.

Z czym wychodzą uczestniczki pani warsztatów?
Na pewno z poczuciem okiełznania aparatu, nabywają potrzebną im wiedzę techniczną, zyskują sprawczość  i przez to większą pewność siebie. Druga rzecz to zgoda na popełnianie błędów, przyzwolenie na niedoskonałość – ta słynna nieostrość, która często jest pożądanym efektem. Wreszcie, wracają z większym poczuciem własnej wartości. To ostatnie pojawia się pod koniec zajęć, gdy pracujemy na portretach i autoportretach.

Fotografowanie siebie aż tyle daje?
Portret to jest chyba moja specjalizacja. Moją pasją zawsze był zwykły człowiek. Ale też widzę, jak wiele dają uczestniczkom opowieści o fotografistkach. Jak historia znanej fotografki, która po rozwodzie zmuszona była zostawić swoje dzieci z mężem, by móc fotografować. Poświęciła bycie matką dla własnej wolności i niezależności. Fotografia kobiet nabiera ogromnej wartości, gdy wiemy, że stoją za nią dramatyczne wybory i historie. Opowiadam je i widzę, że robią moim uczennicom niezły remanent w głowach. W ogóle takie warsztaty i spotkania mają moc, bo kobiety się sobie zwierzają, wymieniają informacjami, wzajemnie wzmacniają.

Często robi pani zdjęcia?
Te analogowe rzadko, nad czym ubolewam. W czasach mojego dzieciństwa fotografia nie była uważana za sztukę, ale pamiętam, jak po obejrzeniu czarno-białych portretów mojej matki sama zapragnęłam robić zdjęcia. Uprosiłam ojca, by sprezentował mi aparat i tak się zaczęła moja przygoda. Potem były małpki z lat 90., pierwsze cyfrówki, za to nie było forów internetowych, znikąd pomocy, jak się uczyć fotografii. Dopiero na studiach trafiłam na mistrza, z którym przyjaźnimy się już od 20 lat. Nauczył mnie robienia zdjęć, tłumaczył cierpliwie zasady i siedział ze mną w ciemni do trzeciej nad ranem. Dziś uczę innych, ale sama nawet własnym dzieciom nie robię zdjęć – szewc bez butów chodzi! Ostatnio po czteromiesięcznym pobycie w Indiach z ponad czterech tysięcy zdjęć udało mi się wybrać 112, które wywołałam. Jestem dumna z tej selekcji. Powoli osiągam wiek, w którym przestaję ścigać się z mężczyznami na lepsze aparaty i znów wracam do fotografii analogowej. Fotografia cyfrowa ma wiele zalet, ale do mnie przemawiają stare zdjęcia.

Katarzyna Gębarowska, fotografka, kuratorka wystaw, dyrektorka Vintage Photo Festival, międzynarodowego festiwalu miłośników fotografii analogowej. Jest współautorką i wydawczynią książek o fotografii, m.in. "Tina Modotti. Fotografka i rewolucjonistka", "Kobiety Fotonu", "Zawód: fotografistka", prowadzi warsztaty rozwojowe dla kobiet. 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

„Helmut Newton. Piękno i bestia” – pokaz specjalny online

Helmut Newton, autoportret, 1993 (Fot. materiały prasowe)
Helmut Newton, autoportret, 1993 (Fot. materiały prasowe)
W filmie zaskakujący obraz Helmuta Newtona ujawniają fotografowane przez niego top modelki, gwiazdy i aktorki. Catherine Deneuve, Grace Jones, Charlotte Rampling, Isabella Rossellini, Claudia Schiffer – portretowane portretują i odkrywają przed nami prawdę.

Łączył sprzeczności. Romantyzm z perwersją, fantazję z realizmem, modę i reklamę ze sztuką. Był jednym z najbardziej prowokacyjnych fotografów XX wieku. Być może źródła jego przewrotnego charakteru należy szukać w genealogii. Był niemieckim Żydem, urodzonym 31 października 1920 roku w Berlinie. Mimo że musiał opuścić to miasto, nigdy nie uwolnił się od jego dekadenckiego stylu lat dwudziestych i estetyki Leni Riefenstahl. Zakochał się w jej portretach. Pokazywał kobiety tak jak ona mężczyzn.

Jego zdjęcia publikowały najważniejsze magazyny modowe, przede wszystkim „Vogue”, „Harper's Bazaar”, ale również „Stern” czy „Playboy”. Realizował także wiele kampanii reklamowych. Często inspirował się kinem. Słynne zdjęcie modelki uciekającej przed samolotem zainspirował film „Północ, północny zachód”. Zdjęcie Davida Lyncha trzymającego za szyję Isabellę Rossellini wprost nawiązuje do „Blue Velvet”. Przed jego obiektywem uwielbiały stawać gwiazdy filmowe: Sigourney Weaver, Charlotte Rampling, Elizabeth Taylor, Nastassja Kinski, Anthony Hopkins, Ralph Fiennes, Catherine Deneuve, Jodie Foster, Billy Wilder, Marianne Faithfull i wiele innych.

Pod koniec życia mieszkał między Monte Carlo a Los Angeles. Zmarł 23 stycznia 2004 roku w wypadku samochodowym, spowodowanym atakiem serca. Urna z jego prochami spoczywa na cmentarzu w Berlinie, niedaleko grobu uwielbianej i sfotografowanej przez niego Marleny Dietrich.

4 maja o g.odzinie 20  na platformie MOJEeKINO.pl odbędzie się pokaz specjalny on-line filmu „Helmut Newton. Piękno i bestia”.

  1. Psychologia

Gimnastyka słowiańska - nauka szacunku dla ciała i słuchania jego potrzeb

Gimnastyka to czas, który poświęcamy tylko sobie. Ćwiczenia odgruzowują nasze ciało i usuwają gromadzone latami napięcia. (Fot. Iwona Krupińska)
Gimnastyka to czas, który poświęcamy tylko sobie. Ćwiczenia odgruzowują nasze ciało i usuwają gromadzone latami napięcia. (Fot. Iwona Krupińska)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Dla wielu kobiet odkryciem jest to, że gimnastyka słowiańska jest tylko dla nich. W kobiecym gronie mogą poczuć się bardzo komfortowo i zrobić  w końcu coś dla siebie -  bez bycia ocenianą i w pełnej akceptacji. To jest ten pierwszy krok, który pozwala odpocząć i na chwilę odpuścić napięcie. 

Monika Półrolnik od piętnastu lat zajmuje się pracą z ciałem. Przyznaje, że długo szukała przestrzeni dla siebie i takiej aktywności, która łączyłaby ciało z umysłem i duszą. Na początku wciągnęła ją Yoga Trilo Chi i po jakimś czasie zaczęła prowadzić własną praktykę. W pewnym momencie zauważyła, że coraz częściej w jej grupie ćwiczą niemal same kobiety. „Kiedy na sali nie było mężczyzn, zajęcia przebiegały w całkiem innym klimacie i czuć było zupełnie inną energię. – przyznaje Monika. „Dziewczyny były bardziej rozluźnione, opadało z nich całe napięcie, nie miały tego poczucia, że ktoś na nie patrzy, ocenia i obserwuje.” To właśnie wtedy Monika pomyślała, że byłoby cudownie prowadzić zajęcia skierowane wyłącznie do kobiet. Kiedy partner pokazał znaleziony na Facebooku artykuł o gimnastyce słowiańskiej, od razu wiedziała, że znalazła to, czego od dawna szukała.

Monika Półrolnik  (Fot. Iwona Krupińska) Monika Półrolnik  (Fot. Iwona Krupińska)

Pierwsze spotkanie w kobiecym kręgu

„O gimnastyce słowiańskiej dowiedziałam się z bloga blowminder.com Kasi Wiekiera. To była prawdopodobnie jedna z pierwszych publikacja w języku polskim, która poruszała ten temat. Niecały miesiąc później znalazłam zapowiedź pierwszego warsztatu w Polsce, który miał odbyć się w Łodzi. Zajęcia dla Polek przeprowadziła Jula Winogradowa. Wzięło w nim udział około 40 kobiet” - wspomina Monika. Julia Winogradowa, rosyjska nauczycielka i uczennica Oksany Pawłowskiej, która z kolei pobierała nauki u białoruskiego profesora Giennadija Adamowicza, przyjechała do Polski w 2015 roku na zaproszenie Pauliny Antipowej oraz Olgi Chorąży.

„Pamiętam, że spóźniłam się na zajęcia dwadzieścia minut i wszyscy czekali tylko na mnie. W pierwszym odruchu chciałam usiąść gdzieś w kąciku, żeby nie przeszkadzać. Ale powiedziałam sobie: „Przecież ten warsztat jest dla ciebie i tyle na niego czekałaś”. Przemaszerowałam przez całą salę i usiadłam blisko trenerki. Atmosfera była niesamowita. W drugim dniu warsztatów rozumiałam już wszystko bez pomocy tłumaczki, chociaż język rosyjski znam bardzo słabo. Wydaje mi się, że ta wiedza i ruch tkwią gdzieś głęboko w nas. Wiele kobiet w trakcie zajęć opowiadało, że one to pamiętają i czują. Dla mnie uderzające było uczucie niesamowitej jedności i bliskości z kobietami. Szczególnie mocno odczuwałam je drugiego dnia zajęć, kiedy wygłaszałyśmy intencje. Czułam, że każda z obecnych na sali kobiet jest mi bardzo bliska, a to o czym mówiły, znałam z własnego doświadczenia”.

„Po warsztatach podeszłam do Julii i powiedziałam, że chciałabym pracować taką metodą z kobietami w Polsce. Nie tylko mnie zafascynowała wtedy gimnastyka słowiańska. Kolejne spotkanie odbyło się we wrześniu tego samego roku, pojawiło się na nim sporo uczestniczek, które pamiętałam z pierwszych zajęć. Myślę, że wiele przyjaźni zawartych w trakcie tamtych warsztatów przetrwało i większość kobiet, która wtedy ukończyła kurs instruktorski, nadal pracuje z kobietami, a gimnastyka słowiańska jest bardzo ważną częścią ich życia.”

Inteligentna przestrzeń, która dopasowuje się do naszych potrzeb

O gimnastyce słowiańskiej wiadomo nieco więcej od 1995 roku dzięki naukowej pracy białoruskiego wykładowcy Giennadija Adamowicza. Na jednym z wykładów Adamowicz usłyszał od swojej studentki o ćwiczeniach, które dziewczyna znała od swojej babki. Zafascynowany niezwykłą opowieścią zaczął prowadzić miejscowe badania etnograficzne i rozmawiać z wiejskimi kobietami o specjalnej gimnastyce, którą praktykowano od pokoleń. Adamowiczowi udało się zebrać i opisać zestaw 27 ćwiczeń. Gimnastykę połączył z horoskopem słowiańskim i nadał jej kształt, w jakim dziś jest często praktykowana. Ćwiczenia znane jako system „Stojąca Woda” sięgały korzeniami do pogańskiej kultury naszych przodków i związane były z tradycją dawnych Słowian czczących Biereginie, boginie-opiekunki i obrończynie przed złymi mocami (nazwa Biereginie odnosi się dziś do ukraińskich motanek – słowiańskich lalek tradycyjnie wykonywanych przez matki i córki). Adamowicz prowadził wiele warsztatów na temat słowiańskiej gimnastyki na Białorusi i uważał, że ćwiczenia opierają się nie tylko na tradycyjnej wiedzy, ale są także zakorzenione w „pamięci genetycznej” słowiańskich kobiet.

„Kobiety w poszczególnych rodach miały swoje konkretne ćwiczenia, być może wyliczane z dat urodzenia. Pierwotnie gimnastyka słowiańska była tańcem. Kobieta czuła się związana z naturą, była połączona z energiami ziemi i nieba. Poprzez taniec i zestaw pewnych ruchów komunikowała się z otoczeniem i obszarami związanymi ze światem bogów, ludzi oraz przodków. Wiedziała intuicyjnie, w jak sposób powinna się poruszać, żeby uzyskać konkretny efekt. My dopiero uczymy się tego, w jaki sposób słuchać swojego ciała i czuć jego potrzeby.”

Gimnastyka słowiańska jest zestawem 27 ćwiczeń. Tyle udało się przynajmniej zrekonstruować Adamowiczowi. Każda pozycja niesie pewną informacje i energię. Ćwiczenia dzielą się na trzy grupy: Górny, Średni i Dolny świat, co odwołuje się bezpośrednio do wierzeń dawnych Słowian. Górny był światem bogów, Środkowy przestrzenią ludzi, Dolny był miejscem, w którym przebywały dusze przodków.

„Jako instruktorka nie jestem tak mocno osadzona w słowiańszczyźnie. Odnoszę się do niej z wielkim szacunkiem, ale bliższe jest mi podejście psychologiczne, w którym Górny świat jest naszą nadświadomością, Średni – świadomością, a Dolny odnosi się do obszaru podświadomego. Dla mnie gimnastyka słowiańska spaja bardzo wiele istotnych elementów, które się wzajemnie uzupełniają, a każdy jest tak samo ważny” – wyjaśnia Monika. „Gimnastyka jest żywym systemem i pewnego rodzaju inteligentną przestrzenią, która pracuje, i w której zawiera się głęboka mądrość o nas samych. Kiedy poznajemy gimnastykę słowiańską, zaczynamy wchodzić z nią w dialog. Dlatego każda z nas będzie ją odbierać po swojemu, inaczej odczuwać każdą pozycję. Dla niektórych kobiet ważne będą symbole umieszczone na kartach do ćwiczeń, dla innych nie będą one miały większego znaczenia. Gimnastyka słowiańska jest niezwykle pojemna i szeroka, można wybrać z niej to, co sprawia nam najwięcej radości.”

Jednym z niezwykłych elementów gimnastyki słowiańskiej są specjalne karty do ćwiczeń. Na każdej znajduje się symbol zaczerpnięty z tradycji ludowej. „Nie mamy stuprocentowej pewności, co oznacza każdy z nich i z jaką związany jest energią. Zgadzamy się na pewną umowność, oczywiście podpartą wiedzą, ale jednak zrekonstruowaną na podstawie różnych podań. Jest to koncepcja, którą można przyjąć lub odrzucić” – tłumaczy Monika.

Zestaw 27 ćwiczeń powiązany został ze strukturą słowiańskiego horoskopu, na podstawie którego opracowywano system indywidualnego doboru siedmiu pozycji, zwanych indywidulanym kompleksem. Każdy z mikrokompleksów miał rozwiązywać inne problemy: pierwsze trzy ćwiczenia zapobiegały chorobom ciała, druga trójka rozwiązywała problemy związane ze zdrowiem psychicznym, siódme ćwiczenie pozwalało harmonizować te dwa obszary.

„Gdy się o tym mówi, może wydawać się to nieco skomplikowane, ale na zajęciach wszystko dzieje się bardzo naturalnie – tłumaczy Monika. „Jest chwila na oddech i uziemienie, czas na indywidualne intencje, później omawiam każde ćwiczenie. Jedna z najważniejszych nauk, którą wyniosłam z warsztatów z trenerkami mówi, że w gimnastyce słowiańskiej nie ma miejsca na krytykę ani negatywne komunikaty. Wszystko opiera się na pełnej otwartość i akceptacji tego, co dzieje się w danym momencie.”

Pierwsze zajęcia: każda podróż zaczyna się od pierwszego kroku

Na pierwszym spotkaniu poznajemy siedem podstawowych ćwiczeń. Adamowicz opracował specjalne tabele, które na podstawie daty urodzenia, słowiańskiego horoskopu i kalendarza księżycowego pozwalały obliczyć zestaw siedmiu indywidualnych pozycji.

„Nie korzystam z tabel Adamowicza, ponieważ są niezwykle skomplikowane. Mam natomiast skrócone wersje, którymi się kieruję i ćwiczymy zestaw tylko tych siedmiu ćwiczeń, który jest przydzielony na konkretny dzień. Na zajęciach zaczynamy od Górnego świata (ćwiczenia wykonywane w pozycji stojącej), następnie przechodzimy przez Średni (ćwiczenia wykonywane na kolanach) i Dolny (pozycje na czworakach), ponownie wracamy do świata Górnego, Średniego i Dolnego. Ostatnie, siódme ćwiczenie jest najważniejsze, ponieważ symbolizuje energię danego dnia i konkretny zestaw ćwiczeń. W trakcie kolejnych spotkań poznajemy następne zestawy. Na ósmych zajęciach, które u mnie wypadają po dwóch miesiącach sukcesywnej pracy, każda z kobiet otrzymuje indywidualny zestaw ćwiczeń wyliczony na podstawie daty urodzenia. Przez te dwa miesiące można poznać podstawy gimnastyki słowiańskiej i poczuć swoje ciało, a dzięki indywidulnym zestawom ćwiczyć samodzielnie w domu. Są panie, które ćwiczą ze mną od pięciu lat i co tydzień przychodzą na zajęcia, ale są i takie, które praktykują gimnastykę w pojedynkę”.

„Dla mnie niezwykle ważna jest praca z intencją, czyli „co jest celem, do którego zmierzam”. Kiedy jestem już skupiona, wyciszona i przygotowuję się do realizacji ćwiczeń, intencja pozwala mi uświadomić sobie, co jest w tym momencie dla mnie ważne, na co kieruję moją uwagę i na czym skupiam energię. Poprzez ćwiczenia w pewnym sensie przybliżam się do realizacji tego pragnienia. Kiedy jestem w kontakcie ze sobą i wiem, czego pragnę, to mogę też przewidzieć, jaki kolejny ruch powinnam wykonać. Każda podróż zaczyna się od pierwszego kroku. I ta intencja jest właśnie takim pierwszym krokiem do realizacji mojego celu”.

Odzyskiwanie swojego ciała

Monika, tak samo jak większość kobiet, które praktykują gimnastykę słowiańską potwierdza, że ćwiczenia w fantastyczny sposób oddziałują na ciało i pozwalają poczuć się wspaniale. „Poranne zajęcia są dla mnie jak łyk dobrej kawy. Ciało jest luźne i otwarte, pojawia się stan radości i uspokojenia.” Ćwicząc aktywujemy układ hormonalny do jak najbardziej optymalnej pracy. „Odpowiada za to oczywiście określony ruch, ale także sposób, w jaki dotykamy swojego ciała. Wykonując automasaż ogrzewamy i stymulujemy nadnercza, aktywujemy grasicę, stymulujemy tarczycę i przysadkę. Ruch, który powtarzamy codziennie sprawia, że gospodarka hormonalna zaczyna się regulować, co potwierdzają prowadzone na ten temat badania. Ćwiczenia przynoszą ulgę w bolesnych miesiączkach i pomagają kobietom w menopauzie. Pracujemy również z układem limfatycznym, więc ciało staje się bardziej odporne. Mięśnie się wydłużają i uelastyczniają.”

Jednak jeszcze ciekawsze wydaje się nie to, co gimnastyka słowiańska „robi” z naszym ciałem, ale to w jaki sposób zaczynamy je odczuwać. „Ćwiczenia odgruzowują nasze ciało i usuwają gromadzone latami napięcia. Rozluźniają się barki, klatka piersiowa i biodra. Przypominamy sobie, że jako małe dziewczynki byłyśmy niezwykle gibkie, jednak z biegiem lat nasze ciała zaczęły się usztywniać. Oczywiście jest to związane z tym, że zbyt mało się ruszamy i często pracujemy w jednej pozycji, ale bardzo wiele tego usztywnienia pochodzi z napięć, które „przytrzymują” nasze ciało. W dzieciństwie wiele z nas nie zostało nauczonych sposobu prawidłowego uwalniania emocji i usuwania napięć ze swojego ciała, dlatego gromadzone przez lata przeżycia, doświadczenia i traumy tak bardzo je usztywniają.”

Poranne zajęcia są jak łyk dobrej kawy. Ciało jest luźne i otwarte, pojawia się stan radości i uspokojenia (Fot. Iwona Krupińska) Poranne zajęcia są jak łyk dobrej kawy. Ciało jest luźne i otwarte, pojawia się stan radości i uspokojenia (Fot. Iwona Krupińska)

„Dla wielu kobiet ogromne znaczenie ma odkrycie, że gimnastyka słowiańska jest tylko dla nich. W kobiecym gronie mogą poczuć się bardzo komfortowo i zrobić w końcu coś dla siebie - bez bycia ocenianą i w pełnej akceptacji. To jest ten pierwszy krok, który pozwala odpocząć i na chwilę zostawić napięcie - „Aha, nic nie muszę. Jak będzie, tak będzie.”

Kiedy udaje nam się zdjąć napięcie z barków, klatki piersiowej i bioder, zmienia się nasza postawa, prostujemy się, wydłuża się kręgosłup, który staje się też bardziej elastyczny i młodnieje. Zyskujemy także niezwykłą gibkość ciała, zwiększa się ruchomość w stawach. Zarysowuje się talia i ujędrnia biust. Część kobiet chudnie, inne nabierają ciała, optymalizuje się sylwetka. „Gimnastyka dopasowuje się do naszych potrzeb. Jeśli pracujemy na głębokich poziomach i schodzi z nas to, co powodowało, że miałyśmy np. nadmiar ciała – kiedy znika ta bezpośrednio przyczyna – to ciało zaczyna po prostu chudnąć, a my przestajemy z nim walczyć. Poprzez głęboki oddech, który jest bardzo ważnym elementem ćwiczeń, uwalniamy toksyny i wszystkie napięcia. Często się zdarza, że kobiety w trakcie ćwiczeń zaczynają płakać, pojawiają się bardzo silne emocje, bo gdzieś na tym głębszym poziomie coś zaczyna się oczyszczać.”

„Ciało jest zapisem wszystkich życiowych doświadczeń. Zdarza się, że ćwiczenie przywołuje w naszym umyśle konkretną informację, coś sobie przypominamy, a za tym mogą iść emocje. To jest oczywiście długi proces, nic nie dzieje się od razu. Ale uważam, że zmiany, które przebiegają łagodnie, są bardziej trwałe.”

Bez ograniczeń

Najstarszą uczestniczką warsztatów Moniki była pani koło osiemdziesiątki, która miała spore ograniczenia ruchowe. Część ćwiczeń wykonywała siedząc na krześle. „Później wyznała, że był to jeden z cudowniej spędzonych dni” – wspomina Monika. „Ta kobieta nie czuła dyskomfortu z powodu tego, że nie mogła wszystkiego powtórzyć. Cieszyła się tym, co mogła zrobić. Kiedy ćwiczymy nasze ciało, to z każdą pozycją zwiększamy zakres jego ruchu i to, czego nie mogłyśmy zrobić wczoraj, na pewno zrobimy za jakiś czas. Ruchy w gimnastyce słowiańskiej otwierają całe ciało. Można ćwiczyć nawet z przepukliną kręgosłupa, oczywiście za zgodą lekarza. Kobiety w ciąży również mogą praktykować wszystkie pozycje i wykonywać większość ruchów. Wyjątkiem jest pozycja pączka, w której podnosimy ręce w górę. Jedynym przeciwskazaniem do wykonywania ćwiczeń jest złe samopoczucie spowodowane chorobą oraz różnego rodzaju bóle, szczególnie kręgosłupa. Ból jest również przeciwskazaniem do pogłębiania jakiegoś ćwiczenia, nie wolno przekraczać tej granicy. Ból warto poznać, można przez chwilę w nim pobyć, ale nie należy wchodzić dalej w pozycję. Nie ma w gimnastyce słowiańskiej miejsca na działanie wbrew sobie i wbrew swojemu ciału. Podchodzimy do niego z pełnym szacunkiem i respektem. Większość kobiet dopiero się tego uczy i często nie potrafi słuchać swojego ciała. Gimnastyka wywraca takie myślenie do góry nogami i mówi „rób wszystko zgodnie z sobą, dokładnie jak czujesz”.

Monika Półrolnik, od 2015 roku certyfikowana instruktorka gimnastyki słowiańskiej, pomysłodawczyni Festiwalu Siostrzanego Bycia Kobieta – Kobiecie w Łodzi. Regularne zajęcia odbywają się w Łodzi w pracowni Twórcy Skrzydeł.

  1. Styl Życia

Lidia Popiel: "Hoduję w sobie bunt"

Lidia Popiel: Warto być prawdziwym, ale też zostawić jakąś tajemnicę. (Fot. Bartek Wieczorek/Visual Crafters)
Lidia Popiel: Warto być prawdziwym, ale też zostawić jakąś tajemnicę. (Fot. Bartek Wieczorek/Visual Crafters)
Zobacz galerię 9 Zdjęć
Myślę, że nie wszyscy chcą „wrócić do normalności”, bo ta nasza normalność miała bardzo dużo wad. To, co możemy teraz zrobić, to walczyć o lepszą normalność – mówi Lidia Popiel. Jaki, oprócz fotografii, ma sposób na zachowanie życiowej równowagi? Hodowanie roślin… i buntu w sobie.

Gdzie dziś czujesz się swobodniej: przed aparatem czy za nim?
Za aparatem jest na pewno bardziej interesująco. Fotografia jest dużo bardziej kreatywna. Ale stanie przed aparatem jest też wyzwaniem, mocno związanym z tym, kim się jest. Nie kim chciałoby się być, tylko właśnie kim się jest. Trzeba podjąć decyzję, na ile chcemy się odsłonić, bo przecież nie jest wskazane, by odsłaniać się w całości – już nawet zdrowy rozsądek tego zabrania. Warto być prawdziwym, ale też zostawić jakąś tajemnicę. Na pewno jako modelce bardzo pomaga mi wiedza o fotografii. Wiem, jak układa się moje ciało, ubranie na nim, ale też jak działają obiektywy. Oczywiście sesja pozowana zawsze jest bardziej wystudiowana. Fotografia sama w sobie nie musi być wcale idealna czy proporcjonalna, ale musi mieć w sobie prawdę.

Jako modelka zostałaś odkryta dość wcześnie, jako 17-latka, i dość wcześnie, bo kilka lat potem, porzuciłaś modeling na rzecz fotografii. Chciałaś przejąć kontrolę?
Na pewno wzięłam aparat do ręki stanowczo [śmiech]. Moje pierwsze zdjęcia trafiły na plakat firmy kosmetycznej, i tak z dnia na dzień stałam się fotografką. Znajomy przypomniał mi niedawno, że już mając 19 lat, zapowiedziałam, że będę robić zdjęcia. Ja tego kompletnie nie pamiętam. Zaczęło się od pozowania do zdjęć modowych, potem pomagałam fotografom przy stylizacjach i robieniu makijażu, a później robiłam już zdjęcia ubrań. Aparat zawsze był dla mnie narzędziem rozwoju. Poza tym sama fotografia cały czas się rozwija, pojawiają się nowe sprzęty, rozwiązania, działy fotografii. Do niedawna w ogóle nie interesował mnie krajobraz, aż pewnego dnia odkryłam, że uwielbiam robić krajobrazy. Albo martwe natury – to naprawdę jest bardzo ciekawa praca, szczególnie w kontrze do portretów, które najbardziej lubię, a które wymagają odwagi, umiejętności układania relacji, także rozwiązywania problemów. I dużej samodzielności.

Nawet w czasach, gdy każdy ma aparat w swoim smartfonie i każdy może zostać fotografem?
W tej dostępności fotografii upatruję samych pozytywów. Im większy wybór, tym lepiej. Dla wielu osób udane – często przez przypadek – zdjęcie może być dobrym początkiem, wstępem do tego, by robić coś ciekawego. Weźmy fotografię społeczną, która ma ogromne znaczenie w przekazywaniu informacji, propagowaniu postaw i inspirowaniu do czynienia dobra. Dzieci się świetnie uczą przez fotografię, bardzo to lubią i są nadzwyczaj kreatywne. Poza tym wielość uczy też selekcji i rezygnacji.

Lidia Popiel: Jako modelce bardzo pomaga mi wiedza o fotografii. Wiem, jak układa się moje ciało, ubranie na nim, ale też jak działają obiektywy. (Fot. Bartek Wieczorek/Visual Crafters) Lidia Popiel: Jako modelce bardzo pomaga mi wiedza o fotografii. Wiem, jak układa się moje ciało, ubranie na nim, ale też jak działają obiektywy. (Fot. Bartek Wieczorek/Visual Crafters)

Robisz zdjęcia sobie samej?
Bardzo rzadko. Inni są dla mnie o wiele ciekawszym obiektem.

A twoi bliscy? Córka, mąż? Lubisz robić im zdjęcia?
Od czasu do czasu, jak potrzebują. Bogusławowi przez lata robiłam zdjęcia do wywiadów, bo byłam po prostu fotografem pod ręką. Ale ponieważ oboje jesteśmy profesjonalistami, szybko się wtedy przestawiamy na inny niż prywatny tryb. Nie fotografuję męża, tylko zawodowego aktora. Ale też człowieka.

Mąż jest aktorem, córka stawia w tym świecie pierwsze kroki, ty sama też zagrałaś w kilku filmach.
Ale to zdecydowanie nie jest mój świat. Jestem chyba zbyt skryta, by być aktorką.

Ważne jest, by docenić chwile zawieszenia. Cieszę się, że wracamy do czasów, w których możemy sobie powiedzieć: „Nudź się, bo to jest właściwe”. (Fot. Bartek Wieczorek/Visual Crafters) Ważne jest, by docenić chwile zawieszenia. Cieszę się, że wracamy do czasów, w których możemy sobie powiedzieć: „Nudź się, bo to jest właściwe”. (Fot. Bartek Wieczorek/Visual Crafters)

Obserwowałam cię podczas naszej sesji, masz niesamowitą świadomość swojego ciała, ale też tego, kim jesteś.
Trudno się zdystansować do samej siebie, ale myślę, że trzeba hodować w sobie coś w rodzaju buntu. Nie dopuścić do tego, by inni tobą zawładnęli, mieć nad tym kontrolę. Z drugiej strony życie to też jest ciągła praca nad akceptacją siebie, bez względu na to, co się dzieje i w jakim świetle siebie widzimy. Najważniejsze jest, by w tym wszystkim – zalewie informacji, nadmiarze bodźców – nie stracić siebie, mieć kontakt z samą sobą.

Powiedziałaś kiedyś, że ludzie najczęściej komentują twoje długie, lekko siwiejące włosy. Może dlatego, że to jest zewnętrzna oznaka tego, na co stawiasz w życiu: na autentyczność, własną ścieżkę.
Mam po prostu głębokie poczucie, że powinniśmy częściej zastanawiać się, czy to, co powielamy w kolejnych pokoleniach, jest tym, czego naprawdę chcemy. Te wieczne „wypada – nie wypada”, „przystoi – nie przystoi”. One tyczą się też tak osobistego, intymnego tematu jak kobiece włosy. Krótkie czy długie? Farbowane czy naturalne? W pewnym wieku to już na pewno krótkie i farbowane. A ja właśnie postanowiłam, że nie.

Lidia Popiel: Bywamy szczęśliwi, i to jest fajne. Co więcej, sami jesteśmy sobie w stanie zorganizować te chwile szczęścia. (Fot. Bartek Wieczorek/Visual Crafters) Lidia Popiel: Bywamy szczęśliwi, i to jest fajne. Co więcej, sami jesteśmy sobie w stanie zorganizować te chwile szczęścia. (Fot. Bartek Wieczorek/Visual Crafters)

W sumie nie zrobiłaś nic strasznego ani też specjalnie odważnego…
Ależ oczywiście, że nie. Czasem aż mi głupio, że moje włosy wzbudzają takie emocje. Ale ja chyba urodziłam się z oporem przeciwko robieniu czegoś tylko dlatego, że ktoś mi każe. Jestem w stanie zrobić prawie wszystko dla kogoś, kto jest miły, ale rozkaz, żądanie – jak to? Należy mi się prawo wyboru, a jeśli ktoś ingeruje w drobiazgi, to również poważniejsze sprawy są w zagrożeniu.

Były czasy, gdy siwiejące włosy były oznaką zaniedbania, dziś jesteś w trendach.
Najważniejsze jest, by ludzie odpuścili innym i poczuli, że sami też mogą robić to, co im się podoba. Owszem, jest coś takiego jak savoir-vivre. Ale nie po to został wymyślony, by komuś skomplikować życie i skuć go łańcuchami, tylko po to, by nie szkodzić innym. Poza tym ta liczba sztućców obok talerza nie jest po to, by nas zestresować, tylko dlatego, że wygodniej jest zjeść coś takim widelcem niż innym, a kształt kieliszka pozwala nam lepiej czuć piękno i aromat danego trunku.

Lidia Popiel: 'Codziennie coś tracimy, pogódźmy się z tym'. (Fot. Bartek Wieczorek/Visual Crafters) Lidia Popiel: "Codziennie coś tracimy, pogódźmy się z tym". (Fot. Bartek Wieczorek/Visual Crafters)

Ale jest też coś takiego, jak na przykład czerwona szminka. Kiedy parę lat temu usłyszałam, że w pewnym wieku czerwona szminka już nie przystoi, bo jest to epatowanie seksualnością, to pomyślałam sobie: „Boże, nawet o to musimy walczyć”. Rozpuszczone włosy to oczywiście też epatowanie seksualnością. Do tego siwe? Czarownica! Nie wiem, co bardziej mnie wkurza: to, że uznaje się, iż po przekroczeniu pewnego wieku nie możesz używać czerwonej szminki, czy to, że w pewnym wieku musisz, bo przecież jak to tak bez? Paradoksy i absurdy na każdym kroku. Nasuwa się pytanie: dlaczego? Dlaczego tak nam zatruwa się życie? I dlaczego to trwa od tylu lat? Ja widzę tu bezmyślność i brak refleksji. To, że jesteśmy troszkę niższe i delikatniejsze od mężczyzn, to nie znaczy, że nie możemy się pobić z kimś wyższym i silniejszym, zwłaszcza jeśli mamy słuszny powód i motywację.

Lidia Popiel: 'Kiedy usłyszałam, że w pewnym wieku czerwona szminka nie przystoi, bo to epatowanie seksualnością, pomyślałam: „Boże, nawet o to musimy walczyć”. (Fot. Bartek Wieczorek/Visual Crafters) Lidia Popiel: "Kiedy usłyszałam, że w pewnym wieku czerwona szminka nie przystoi, bo to epatowanie seksualnością, pomyślałam: „Boże, nawet o to musimy walczyć”. (Fot. Bartek Wieczorek/Visual Crafters)

Swojej córce też zaszczepiłaś tę skłonność do buntu?
Aleksandra ma dużo fajnych przykładów w życiu, myślę, że idzie w dobrym kierunku. Oczywiście martwię się, że jest za delikatna na taką trudną robotę, jaką jest aktorstwo, ale po pierwsze, nie zamierzam sprzeciwiać się jej wyborom, a po drugie, chcę, by wiedziała, że zawsze trzymam za nią kciuki. Uważam, że postawa akceptacyjna matki jest bardzo ważna dla rozwoju dziecka. Ono musi widzieć, że mama zawsze jest po jego stronie. Bez tego ciągłego jęczenia, krytykowania i negacji.

Nie masz wrażenia, że zwłaszcza ostatnio zaczęliśmy bardziej szukać prostych, szczerych relacji?
Na pewno wielu z nas poczuło potrzebę odcięcia się od polityki i błyskotliwych karier. Czasem gdy włączę telewizor i widzę osoby, które mówią rzekomo o naszych sprawach, doznaję szoku, bo ich życie zupełnie nie przystaje do świata ludzi, których ten problem dotyczy. A podobno politycy mają służyć ludziom. Ta idea dzisiaj zupełnie się wypaczyła. Z drugiej strony obserwuję, że jako ludzie potrafimy sobie poradzić w każdej sytuacji i nawet w chwili największego nieszczęścia znaleźć jakieś szczęście.

Właśnie, co byś odpowiedziała, gdybym spytała cię, czy jesteś szczęśliwa?
Że szczęśliwa bywam. Dokładnie tak. Bywamy szczęśliwi, i to jest fajne. Co więcej, sami jesteśmy sobie w stanie zorganizować te chwile szczęścia. I to zwykle nie są rzeczy typu nowy samochód, raczej spacer po lesie albo radość z tego, że wreszcie spadł śnieg. Codziennie rano z okien szkoły, w której uczę, widzę, jak z domku naprzeciwko przy minusowej temperaturze wyskakuje chłopak w T-shircie i spodenkach na spacer z pieskiem. I myślę sobie: tak wyskoczyć na śnieg, to jest życie!

Dlatego tak smuci mnie tytuł nowego filmu Małgorzaty Szumowskiej i Michała Englerta „Śniegu już nigdy nie będzie”.
Nie widziałam jeszcze filmu, ale pomyślałam sobie, że ten tytuł można odczytywać nie jako smutne proroctwo, tylko jako komentarz do naszego wiecznego narzekania. Nie ma tego, nie ma tamtego, jest zima, a nie ma śniegu... A co jeśli śniegu nigdy nie będzie? Codziennie coś tracimy, pogódźmy się z tym. Jeśli nie żal nam niczego, to jesteśmy w stanie działać w o wiele szerszy sposób.

Lidia Popiel: 'Potrzebujemy samotności, by poukładać sobie różne rzeczy w głowie'. (Fot. Bartek Wieczorek/Visual Crafters) Lidia Popiel: "Potrzebujemy samotności, by poukładać sobie różne rzeczy w głowie". (Fot. Bartek Wieczorek/Visual Crafters)

Jaka była twoja największa strata w minionym roku?
Oczywiście miałam gdzieś pojechać, a nie pojechałam; miałam coś zrobić, a nie zrobiłam, z niezależnych ode mnie przyczyn, ale nie myślę o tym w kategoriach straty. Przecież to są zmienne w naszym życiu, trudno, by miały trwały wpływ na moje samopoczucie czy świadomość tego, kim jestem. W tym roku dokuczała mi bardzo strata jednego z moich przyjaciół, który umarł dokładnie rok temu. Niby staram się myśleć otwarcie o śmierci, ale ten właśnie brak był dla mnie dojmujący. Nasza przyjaźń była tak wyraźna, tak dowcipna i przebiegająca na tak wysokich tonach, nic nie jest w stanie mi tej straty zrekompensować. Jedyne, co mogę, to zrobić sobie dzień wspomnień o nim, wyciągnąć stare zdjęcia, przypomnieć jego powiedzonka, może potem mi się przyśni.

Jak radziłaś sobie, i radzisz, w pandemii? Co cię ratowało?
Nie miałam poczucia, że to, że nie mogę gdzieś wyjść czy że wszędzie muszę zakładać maskę, jest jakimś wielkim wyrzeczeniem z mojej strony. Były gorsze rzeczy, i mogą być gorsze rzeczy. Jestem więc zdania, że nie należy narzekać. Narzekanie niczego nie rozwiązuje, nie buduje. Poza tym zawsze możemy zrobić coś, by poprawić swój nastrój, przegonić przygnębienie. Na przykład obejrzeć serial. Ile ja ich widziałam w ciągu ostatniego roku! Teraz najbardziej pamiętam „Anię, nie Annę”, „Good Girls” i „Gambit królowej”. Miałam też poczucie, że bardzo ważne jest, by docenić chwile zawieszenia. Cieszę się, że wracamy do czasów, w których możemy sobie powiedzieć: „Nudź się, bo to jest właściwe”. Jestem zwolenniczką robienia sobie częstych przerw. Uważam, że godzina przerwy dziennie powinna być wliczana w czas pracy. W dodatku powinna być to godzina spędzona w samotności – potrzebujemy jej, by poukładać sobie różne rzeczy w głowie. Tego przebywania w samotności nauczył mnie właśnie modeling. Ale też zrozumienia dla ludzi, których spotykasz, i polegania na sobie.

Lidia Popiel: 'Jestem optymistką. Staram się wyciągnąć z życia wszystko, co najlepsze, i zawsze wybierać jego dobrą stronę'. (Fot. Bartek Wieczorek/Visual Crafters) Lidia Popiel: "Jestem optymistką. Staram się wyciągnąć z życia wszystko, co najlepsze, i zawsze wybierać jego dobrą stronę". (Fot. Bartek Wieczorek/Visual Crafters)

A jaki był ten rok dla ciebie zawodowo?
Trochę mniej zdjęć robiłam. Zaczęłam myśleć o tym, by wydać album czy fotoksiążkę ze swoimi pracami. W Warszawskiej Szkole Filmowej, gdzie uczę portretu, jedne zajęcia poświęciliśmy portretowi demonstranta. Okazało się, że brakuje takich zdjęć. Jest dużo fotografii streetowej, ale to są ujęcia raczej reportażowe. Znalazłam nawet fotografa, który objechał około 40 krajów i zrobił portrety osób demonstrujących, z akcesoriami, które były związane z daną demonstracją, a protestowali w różnych intencjach. Najciekawsze było to, że oni wszyscy mieli coś podobnego w postawie, w wyrazie twarzy, jakąś naturalność i determinację.

Portret koncentruje się zwykle na twarzy, a my mamy teraz ich brak w przestrzeni publicznej.
A ja przekonałam się, jak wiele można wyczytać z czyjejś postawy, chodu, wyrazu oczu. To nas też charakteryzuje. Są ludzie, których rozpoznajesz, nawet jak mają zakrytą całą twarz. Zauważyłam, że wiele osób polubiło to zamaskowanie, czują się bardziej pewni siebie, są anonimowi, mogą się schować.

Czego jeszcze dowiedziałaś się o sobie i innych w tym czasie?
Jestem optymistką. Staram się wyciągnąć z życia wszystko, co najlepsze, i zawsze wybierać jego dobrą stronę. Ale nie można siebie oszukiwać. Myślę, że ludzie zdali sobie sprawę, że szli schematami i układali sobie życie według tego, co inni mówią, że trzeba robić. Może to było łatwiejsze, a może wygodniejsze. Wreszcie zrozumieliśmy, jak wiele osób ma wpływ na nasze życie, jakie niewidzialne siły nami kierują, i zadaliśmy sobie pytanie: czy nasze wybory są rzeczywiście nasze? Niektórzy są na tyle ogarnięci, że są w stanie wypunktować rzeczy, które w ich życiu nie działały.

Myślę, że nie wszyscy chcą „wrócić do normalności”, bo ta nasza normalność miała bardzo dużo wad. To, co możemy teraz zrobić, to walczyć o lepszą normalność. Myśleć w sposób względnie nowoczesny. Ciągle wielu z nas uważa, że nie ma na nic wpływu, nie ma siły przebicia, a jeśli nawet zaczną o coś walczyć, to będą w tej walce osamotnieni i zostaną udupieni przez siły potężniejsze od nich. W ostatnim czasie mnóstwo różnych akcji udowodniło, że tak nie jest. Bo zbiór się składa zawsze z pojedynczych osób. Co chwila słyszę o tym, jak ludzie się skrzykują w jakiejś sprawie, bo jakaś duża firma traktuje swoich pracowników nie fair lub jakieś fajne miejsce jest na progu bankructwa. Stawiają się lub pomagają, i to działa. Są skuteczni.

To co nas dziś mobilizuje?
Niezgoda na nieetyczne działania, ale też współczucie. Dlatego potrzebujemy rzetelnych, obiektywnych informacji. Najpierw byłam fanką drukowanych dzienników, potem TVN24, a później portali informacyjnych. Podczas pandemii po raz pierwszy poczułam, że już nie mogę tego czytać i słuchać, że jestem na granicy wytrzymałości, bo to, co jest mi wciskane, nie jest wcale tym, co się dzieje, nie jest odwzorowaniem rzeczywistości. I zupełnie się przerzuciłam na Make Life Harder, których oglądam na Instastories. To jest dokładnie to, czego szukałam, czyli dopływ informacji zdystansowanej i przeplatanej tym, co jest budujące. Widać tu jasność sytuacji. Już trochę lat żyję i widzę różne zależności mediów, zobowiązania, drobne nieuczciwości. A tu mi powiało świeżością. To według mnie nowa generacja informacji.

A ja słyszałam, że bardziej od newsów interesuje cię zwykłe patrzenie przez okno...
Konrad Pustoła, młody fotograf, zrobił kiedyś projekt polegający na tym, że wszedł do pokoi wysokich rangą urzędników oraz ludzi mających władzę i sfotografował to, co widzą przez okno, bo stwierdził, że ma to ogromny wpływ na podejmowane przez nich decyzje i na ich osobowość. Wyobraź sobie, że widzisz za oknem tylko mur. To pewnie jeden z najgorszych widoków, ale z drugiej strony masz wpływ na to, co zrobisz z tym murem. Może zejdziesz na dół i zasadzisz przy nim pnącza. Wtedy będzie wyglądał już zupełnie inaczej. Jeśli masz widok na ruchliwą ulicę, też od ciebie zależy, co na tej ulicy widzisz. Czy błoto i smutnych ludzi, czy zabawne sytuacje i pierwsze oznaki wiosny. Wierzę, że można panować nad swoimi myślami i przekierowywać uwagę.

Te pnącza wijące się po murze przywołały mi na myśl to, co mówiło wielu moich znajomych, że w tym roku po raz pierwszy mieli czas i potrzebę, by tak dokładnie obserwować przyrodę.
Bez przyrody nie mogłabym żyć. Uczestniczyła w moim życiu od dziecka. Mieszkaliśmy w domu z ogródkiem, regularnie chodziłam do lasu na grzyby. Dzisiaj już chyba zapomniałam, jak się je zbiera. Tata śmiał się ze mnie ostatnio, że wcale ich nie widzę, a jeśli już zobaczę – to nie umiem rozpoznać. Czasem wracam skądś i nie wchodzę od razu do domu, tylko chodzę po ogrodzie. Coś przytnę, coś pozamiatam, coś przestawię. Hodowanie roślin to jest fantastyczna sprawa, także w domu. Choć trudna, bo rośliny nie zawsze współpracują z człowiekiem [śmiech]. Za to mają tę cudowną właściwość oczyszczania powietrza i ludzkich głów. W zeszłym roku w Bunkrze Sztuki w Krakowie była wystawa jednego z członków grupy artystycznej Łódź Kaliska – Adama Rzepeckiego. Niesamowite, szczere zdjęcia, także rzeźby. Można było naprawdę wniknąć w życie tego niesamowitego człowieka, który ciągle coś kwestionował, nie zgadzał się, szukał, sprawdzał. W pewnym okresie życia przebywał w szpitalu psychiatrycznym, gdzie zaczął malować na kartonach niebo, ale też fotografować przejawy przyrody wdzierającej się do środka budynku.

Wyobraź sobie, że widzisz za oknem tylko mur. To pewnie jeden z najgorszych widoków, ale z drugiej strony – masz wpływ na to, co zrobisz z tym murem. (Fot. Bartek Wieczorek/Visual Crafters) Wyobraź sobie, że widzisz za oknem tylko mur. To pewnie jeden z najgorszych widoków, ale z drugiej strony – masz wpływ na to, co zrobisz z tym murem. (Fot. Bartek Wieczorek/Visual Crafters)

Czym był dla ciebie dom podczas kolejnych lockdownów?
Myślałam trochę o ludziach, dla których dom czy mieszkanie przed pandemią było rodzajem hotelu – z którego wcześnie rano wychodzili i do którego wracali późnym wieczorem. Czy ucieszyli się z tego, że mogli w nim teraz dłużej zostać? Poczuli się jak na wakacjach? Czy po jakimś czasie zaczęli się w nim dusić? 
Mój tryb życia podczas pandemii diametralnie się nie zmienił, zwykle pracuję kilka dni, a potem robię sobie kilka dni wolnego. Nie czułam się zamknięta, bo mamy ogród. Nie robiłam też zbyt dużych zakupów. Jedzenie zamawiam przez Internet już od lat. Przy czym nadal przeraża mnie ilość opakowań, jaka przy tym zostaje. Naprawdę jedynym rozwiązaniem jest ograniczenie zużywania różnych przedmiotów codziennego użytku, recykling i zero waste. Zobacz, w naszej szafce w szkole są kubki, które profesorowie przynieśli z domu, bo nie są im potrzebne. A teraz wszyscy z nich z przyjemnością pijemy. Tak więc w pandemii jaskrawiej powyłaziły niedoskonałości codziennego życia, ale też pojawiły się jakieś rozwiązania.

Jak, jako optymistka, patrzysz w przyszłość?
Przede wszystkim mam nadzieję, że nie zostanę starym dziadem [śmiech]. Niesamowite, jak po sześćdziesiątce zmienia się optyka patrzenia na świat i siebie. Nagle okazuje się, że to nasze ciało nie jest takie silne jak kiedyś. Do postępujących zmarszczek już w pewien sposób się przyzwyczaiłam, choć do tego bardzo trudno się przyzwyczaić, ale OK, niech będzie. Wiem, że chcę jak najdłużej pracować, czuję, że mam jeszcze wiele rzeczy do zrobienia, ale też bardziej o siebie dbam. Gdybym miała poradzić coś dziś młodym kobietom, powiedziałabym: dbajcie o swoje zdrowie. No, i oczywiście o wnętrze duchowe.

A co się mieści w tej kategorii dbania o zdrowie?
Ruch, jedzenie, spanie i zapewnianie sobie godziwych rozrywek!

Lidia Popiel ma 62 lata, urodziła się pod Warszawą. Przed obiektywem zadebiutowała w 1976 roku. Pracowała między innymi dla Mody Polskiej. Zawodowo fotografią zajmuje się od 1985 roku. Publikowała w „Zwierciadle”, „Pani” czy „Sukcesie”. Jest redaktorką naczelną magazynu „PhotoCulture” i przewodniczącą rady sygnatariuszy w Partii Kobiet. Działa w Fundacji „Polska jest kobietą”. Wykłada fotografię w Warszawskiej Szkole Filmowej. Żona Bogusława Lindy i mama Aleksandry Lindy.

  1. Kuchnia

Osładzanie codzienności. Rozmowa z Elizą Mórawską-Kmitą

Eliza Mórawska-Kmita (Fot. Anna Rutkowska/ JG Publishing)
Eliza Mórawska-Kmita (Fot. Anna Rutkowska/ JG Publishing)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
"Nie ma chyba nikogo, kogo zapach szarlotki, nie przeniósłby do krainy wspomnień" - mówi autorka bestsellerowej książki kulinarnej „Słodkie”, która po kilku latach nieobecności na rynku, została na prośbę czytelników, wydana ponownie.

Czy masz swój rytuał „słodkości”? Codziennie? Po obiedzie? Do kawki? Tylko w weekendy? Kiedyś nie mogłam żyć bez codziennej dawki słodyczy, ale dziś to się zmieniło i jem tylko to, co naprawdę lubię - najchętniej coś domowego, świeżo wyjętego z piekarnika. Piekę ciasta zazwyczaj 1-2 razy w tygodniu, czasem częściej. Zawsze mam też ochotę na domową chałkę z dużą ilością kruszonki.

„Słodkie” to Twoja pierwsza książka kulinarna - ukazała się w 2014 r., doczekała się kilku dodruków i wyprzedała się do ostatniej sztuki.  A teraz wróciła. Z tymi samymi przepisami, ale nowymi zdjęciami. Oprawa wpływa na smak? Moim zdaniem tak. To książka, do której sama chętnie wracam, korzystam z niej, podarowałam ją też w ciągu tych kilku lat wielu osobom, ale chciałam nieco odświeżyć jej wygląd.

Wszystkie zdjęcia do nowego wydania zrobiłaś sama. Jak stałaś się zawodowym fotografem? Robię zdjęcia już prawie dwadzieścia lat, każdego dnia. Zaczynałam na potrzeby bloga, a potem pasja się rozwinęła i zaczęłam robić zdjęcia również zawodowo. Inspiracji szukam przede wszystkim w naturze - dziś interesuje mnie głównie fotografia, przy której jak najmniej "majstrowano", taka niedoskonała, naturalna, zwyczajna. Przeszłam długą drogę od fascynacji wielkimi sesjami zdjęciowymi ze scenografią, stylistami jedzenia, a dziś najbliżej mi do zdjęć naturalnych, minimalistycznych.  

Przeżywasz fascynację kulturą Korei, interesujesz się Japonią - czy w swojej następnej książce podzielisz się z nami niezawodnymi przepisami na dania kuchni azjatyckiej? Jeśli opanuję je w satysfakcjonujący sposób, to czemu nie?  

Liczymy na to, bo przepisy od Ciebie po prostu wychodzą. Obserwując Twojego Instagrama (whiteplatecom) nie można mieć wątpliwości - w gotowaniu i pieczeniu osiągnęłaś mistrzowski poziom. Ramen, burger, pączki, chałka - to tylko kwestia zachcianki, decyzji. Czy tak było zawsze? Czy miałaś jakieś wpadki?  Zrobiłaś kiedyś zakalca? To jest dosyć zabawne, ale rzeczywiście to prawda - właściwie nie ma rzeczy, na którą miałabym ochotę, a nie umiałabym jej sama zrobić w domu. Jeśli za czymś tęsknię, to są to zazwyczaj dania jedzone w jakichś określonych "okolicznościach przyrody", związane z miejscami, sytuacjami, emocjami. Tego oczywiście w domu powtórzyć się nie da, ale cała reszta jest do zrobienia. Kiedyś dużo podróżowałam, a w tych podróżach jedzenie stanowiło jeden z najważniejszych elementów - jadłam, notowałam, kupowałam książki kucharskie i uczyłam się odtwarzać w domu to, co lubię. Wiadomo, że nauka to też wpadki i nieudane dania - dziś jest tego zdecydowanie mniej, ale po prostu gotuję już na tyle długo, że umiem uniknąć wielu wpadek  - bo już je zaliczyłam ;)

Czy jakieś przepis wciąż stawia Ci opór? Miałam kilka podejść do francuskich macarons i niestety nie wychodziły tak, jak powinny. Idealne macarons to te prosto z Paryża, z cukierni Ladurée, jedzone na miejscu. Dla mnie najlepsze i już nie próbuję robić ich sama w domu.

Wiele osób zaczyna swoje kulinarne eksperymenty właśnie od deserów, od pieczenia ciast  - czy masz dla nich jakiś złoty standard działania? Jeśli zaczynamy to najważniejsze jest staranne czytanie przepisu i instrukcji - wiele początkujących osób uważa, że to mało istotne, bo "babcia robiła na oko i było pyszne", ale ja uważam, że bez opanowania podstaw, trudno jest iść dalej i rozwinąć skrzydła.

Przepisy z książki "Słodkie" 

Brownie z suszonymi śliwkami

(Fot. Eliza Mórawska-Kmita) (Fot. Eliza Mórawska-Kmita)

Składniki: gorzka czekolada 200 g, masło 160 g, cukier puder 200 g, jajka 4 szt., mąka 80 g, proszek do pieczenia 1/2 łyżeczki, śliwki kalifornijskie bez pestek, drobno pokrojone, zalane szklanką (250 ml) mocnej herbaty

Przygotowanie: 1. Czekoladę połamać na małe kawałeczki, masło drobno pokroić. W garnku zagotować wodę. Czekoladę i masło włożyć do miski i postawić ją na garnku z gotującą się wodą, która nie powinna dotykać dna miski. Mieszać czekoladę i masło, aż się rozpuszczą. Lekko przestudzić.

2. Jajka ubić z cukrem pudrem, dodawać powoli czekoladę z masłem. Mąkę przesiać, połączyć z proszkiem do pieczenia i powoli dodawać do masy jajecznej, delikatnie mieszając łyżką.

3. Śliwki odcedzić na sitku i wmieszać do masy.

4. Masę wlać do formy (20x30 cm) i wstawić do nagrzanego piekarnika (180°C) na 25 minut. (Ważne − proponuję sprawdzić drewnianym patyczkiem stan upieczenia w środku, pod warstwą ciasta. Niektóre piekarniki pieką szybciej i brownie można wyjąć już po 15 minutach).

Sernik śliwka w białej czekoladzie

(Fot. Eliza Mórawska-Kmita) (Fot. Eliza Mórawska-Kmita)

Składniki:  Spód: cukierki śliwka w czekoladzie 200 g, masło 100 g, brązowy cukier 100 g, mąka 100 g, proszek do pieczenia 1/2 łyżeczki, jajko 1 szt. Masa serowa: serek waniliowy (dowolny) 200 g, trzykrotnie mielony twaróg (może być z wiaderka) 600 g, cukier puder 250 g, jajka 4 szt. Wierzch: biała czekolada 200 g, niesłodzone mleko skondensowane lub śmietanka 36% 5 łyżek, cukierki śliwka w czekoladzie bardzo drobno pokrojone (opcjonalnie) 100-150 g

Przygotowanie:

1. Cukierki, masło i cukier włożyć do garnuszka i podgrzewać na małym ogniu, aż czekolada i masło się rozpuszczą. Zdjąć z ognia, odstawić na 1o−15 minut, następnie zmiksować na purée. Dodać mąkę wymieszaną z proszkiem do pieczenia i jajko, dokładnie wymieszać.

2 . Tortownicę (24 cm) wyłożyć papierem do pieczenia, posmarować masłem, wysypać tartą bułką (lub mąką). Przełożyć do niej ciasto − będzie gęste i lśniące. Wyrównać wierzch, wstawić do nagrzanego piekarnika (180°C)  i piec 15 minut. W tym czasie przygotować masę serową.

Masa serowa

3. Sery umieścić w misce, zmiksować z cukrem pudrem, następnie dodawać po jednym jajku. Nie należy miksować zbyt długo, wystarczy kilka minut.

4. Wyjąć z piekarnika tortownicę ze spodem, wlać masę serową, wstawić do nagrzanego piekarnika, zmniejszyć temperaturę do 160°C i piec 5o minut. Wyłączyć piekarnik, uchylić drzwiczki i ostudzić sernik w piekarniku. Po całkowitym ostudzeniu ciasta przygotować wierzch.

Wierzch

5. Czekoladę i śmietanę umieścić w szklanej misce ustawionej na garnku z gotującą się wodą. Mieszać, aż czekolada się rozpuści. Polać wierzch sernika. Cukierkami obsypać brzeg ciasta i odstawić do czasu, aż polewa czekoladowa stężeje.

Książka "Słodkie" to 55 sprawdzonych przepisów. Większość z nich autorka napisała sama od początku, niektóre pochodzą ze starych zapisków, jeszcze inne zostały przywołane, bo cieszyły się powodzeniem na blogu. Oprócz przepisów w książce każdy początkujący cukiernik znajdzie informacje dotyczące przyborów, akcesoriów, składników i praktycznych porad dotyczących pieczenia. Książkę można kupić  wyłącznie na: jgpublishing.pl

  1. Kultura

World Press Photo 2021 - wśród laureatów Polacy

Zdjęcie Karoliny Jonderko z nagrodzonego w konkursie World Press Photo 2021 cyklu
Zdjęcie Karoliny Jonderko z nagrodzonego w konkursie World Press Photo 2021 cyklu "Reborn" (Fot. Karolina Jonderko /World Press Foto 2021)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia

W tegorocznej edycji konkursu World Press Photo wśród nagrodzonych 45 fotografów z całego świata znaleźli się również Polacy: dwie fotografki  - Karolina Jonderko i Natalia Kepesz oraz Tomasz Markowski, fotograf z "Przeglądu Sportowego".

World Press Photo to najważniejszy i najbardziej prestiżowy konkurs fotograficzny na świecie. Zwycięskie zdjęcia nominowane są w takich kategoriach, jak m.in. wydarzenia, sport, życie codzienne, portret, sztuka i rozrywka.

Karolina Jonderko otrzymała 2 nagrodę w kategorii Projektów Długoterminowych za cykl zdjęć o kobietach, opiekujących się lalkami, które do złudzenia przypominają niemowlęta.

Basia tworzy lalkę, która będzie do złudzenia przypominała niemowlę, Oleśnica, Polska - zdjęcie z nagrodzonego cyklu Reborn Karoliny Jonderko/World Press Photo 2021) Basia tworzy lalkę, która będzie do złudzenia przypominała niemowlę, Oleśnica, Polska - zdjęcie z nagrodzonego cyklu Reborn Karoliny Jonderko/World Press Photo 2021)

"To są lalki reborn, które wyglądają jak dzieci, pachną i ważą, jak dzieci. Są hiperrealistyczne. (...) Ta lalka dla mnie jest niesamowitą formą terapii dla kobiet po różnych przejściach: nieposiadania dzieci, stracie dziecka, problemem z zajściem w ciążę. Lalek się nie kupuje, a adoptuje. Dostaje się certyfikat narodzin" - opowiadała fotografka w czasie rozmowy w Dzień Dobry TVN.

Natalia Kepesz została nagrodzona trzecią nagrodą w kategorii "Portret - fotoreportaż" za projekt "Niewybuch" opowiadający o obozach paramilitarnych dla dzieci.

Robert odpoczywa w szałasie podczas weekendowego obozu paramilitarnego w Żuławce; Gdańsk/ Natasza Kepesz, World Press Photo 2021 Robert odpoczywa w szałasie podczas weekendowego obozu paramilitarnego w Żuławce; Gdańsk/ Natasza Kepesz, World Press Photo 2021

Fotograf Przeglądu Sportowego Tomasz Markowski dostał trzecią nagrodę w kategorii "Sport - zdjęcie pojedyncze" za fotografię przedstawiającą wypadek na finiszu pierwszego etapu Tour de Pologne w Katowicach w sierpniu 2020 roku.

Holenderski kolarz, Dylan Groenewegen (z lewej), w czasie wypadku tuż przed metą etapu wyścigu Tour de Pologne, w Katowicach, Polska. Fot. Tomasz Markowski/World Press Photo 2021) Holenderski kolarz, Dylan Groenewegen (z lewej), w czasie wypadku tuż przed metą etapu wyścigu Tour de Pologne, w Katowicach, Polska. Fot. Tomasz Markowski/World Press Photo 2021)

Więcej nagrodzonych w konkursie zdjęć zobaczycie na stronie www.worldpressphoto.org 

W zeszłym roku w konkursie World Press Photo 2020 pierwszą nagrodę w kategorii Portret Roku zdobył Tomek Kaczor za zdjęcie "Przebudzenie" ukazujące nastoletnią Ormiankę cierpiącą na syndrom rezygnacji.