1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Związek w wibracji 2 - na dwoje babka wróżyła

Związek w wibracji 2 - na dwoje babka wróżyła

W tym układzie są dwie możliwości: albo ciepło, bezpieczeństwo i stabilizacja, albo ciągłe awantury (fot. iStock)
W tym układzie są dwie możliwości: albo ciepło, bezpieczeństwo i stabilizacja, albo ciągłe awantury (fot. iStock)
Partnerzy, których wspólna wibracja numerologiczna wynosi 2, stworzą związek, w którym ważne zawsze będą dzieci, dom, rodzina, praca. Czyli stabilizacja i bezpieczeństwo. Nic dziwnego - archetyp "dwójki", czyli tarotowa Arcykapłanka, to przecież bogini domowego ogniska. Energia żeńska, która zawsze szuka kogoś do pary. Dlatego ludzie tworzący taki związek są dla siebie wzajemnie ważni.

Pozytywna jakość tej wibracji daje dobroć, ciepło, dbałość, wierność, romantyzm. Są tu gorące wyznania miłosne, ale bez seksualnych ekscesów. Jest spokój i radość płynące z przeżywania codzienności. Panuje harmonia, współpraca, kompromis, strony doskonale się porozumiewają. Dzieje się tak, jeśli partnerzy dojrzale podejmą wyzwanie wibracji dwa, które mówi o nauce bycia razem, bycia blisko siebie. W takim związku ludzie realizują się bardziej prywatnie, ważniejsza dla nich będzie relacja, sprawy osobiste, intymne od na przykład zawodowych czy ambicjonalnych.

Ale jak to z "dwójką" bywa - na dwoje babka wróżyła. W tej wibracji może powstać związek pełen tarć, wewnętrznej niezgody i wyniszczających konfliktów. Ewentualnie - partnerzy będą popadać to w jeden, to w drugi biegun zgody i niezgody. Mogą walczyć o uczucia, ich okazywanie, bycie dla siebie ważnym.

Dwójka emocjonalnie szantażuje i mówi - zobacz jak ja się dla ciebie poświęciłam. To zdanie zwykle często się powtarza w związku o wibracji dwa. Wówczas trudno partnerowi zarzucić konkrety, wszystko jest płynne. Ludzie już nie wiedzą, o co mają do siebie pretensje, bowiem uczucia są trudne do zmierzenia, nie ma ich ustalonej skali. Pojawiają się wtedy między partnerami niedopowiedzenia, żale, fochy, kaprysy.

Dwójka może szkodliwie na ludzi wpływać w ten sposób, że rozwiązania problemów nie szukają w sobie, tylko w tej drugiej osobie. Może dojść do wzajemnego obwiniania. W bardziej nieprzyjemnych przypadkach - ludzie walczą ze sobą wet za wet, nie słuchają siebie wzajemnie. Każde może walczyć o swoją wygodę, mieć tendencje do tego żeby nie wysilać się, tylko punktować swoje „poświęcenie”. Może nawet dojść do przemocy, niewierności, chociaż na zewnątrz na wibracja pokazuje „porządną” rodzinę. A tak naprawdę partnerzy wzajemnie psychicznie się zamęczają.

Ta wibracja jest depresyjna i hamująca dla ludzi ambitnych, lubiących zmiany i ruchliwych. Mogą się w niej czuć jak w więzieniu.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Kto trzyma kasę w waszym związku?

Dopóki traktujemy związek jak inwestycję, gdzie walutą są nasze oczekiwania i projekcje, dopóty nie będzie to czysta relacja, tylko handel wymienny. Warto to sobie uzmysłowić. (Ilustracja: iStock)
Dopóki traktujemy związek jak inwestycję, gdzie walutą są nasze oczekiwania i projekcje, dopóty nie będzie to czysta relacja, tylko handel wymienny. Warto to sobie uzmysłowić. (Ilustracja: iStock)
Związek partnerski to także model finansowy. Jego kształt świadczy o relacji ludzi. A kłótnia o pieniądze to tak naprawdę kłótnia o uczucia – twierdzi coach Beata Markowska.

Kobietom zarzuca się, że są materialistkami. Z drugiej strony to one rodzą i wychowują dzieci, więc chcą, by partner otoczył rodzinę opieką, zapewnił przetrwanie. Czysta biologia.
I ten model w dużej mierze jest realizowany! Mężczyznom to na ogół nie przeszkadza, póki czują się panami domu, kobietom też – póki są paniami domu. Problem zaczyna się wtedy, gdy różnice postrzegania kwestii finansowych zaczynają parę dzielić. Bo jemu się np. nie podoba, że ona za dużo wydaje albo ona uważa, że on próbuje ją stłamsić. To jest jeden model społeczny – ale jest i drugi. Realizowany zwłaszcza w dużych miastach – to „równouprawnienie”, czyli sytuacja, w której obie osoby zarabiają.

No tak, ale jak wynika z badań, gros obowiązków w domu i tak spada na kobietę, nawet gdy zarabia i współfinansuje dom. Ma więc dwa etaty, ale ten domowy – nieopłacany.
Otóż to. Jeśli ona też zaopatruje dom w wartości materialne, to powstaje problem, kto ma ten dom „obsługiwać”, tworzyć ciepłą, przyjazną atmosferę, otaczać opieką dzieci. To jest zajęcie, „etat”, którym współczesna kobieta chciałaby podzielić się z mężem. Pytanie, czy mężczyźni są gotowi na tę zmianę i czy potrafią przejąć tę funkcję? Nie jest to problem, z którym mierzą się związki na poziomie indywidualnym, ale fragment większej całości, systemu. Jeśli kobiety nie zrezygnują z polowań na mamuta, to potrzebny będzie nowy model, adekwatny do zmian społecznych. Wątpię, by wrócił czas patriarchatu, w którym role były jasno określone i odpowiednio przydzielone. Transformacja jest nieuchronna.

Jest jeszcze trzeci model – związki, w których to kobieta zarabia więcej, a nawet takie, że tylko ona pracuje i utrzymuje męża i dzieci.
Ten model może, choć nie musi, rodzić szereg konfliktów w relacjach. Gdy mężczyzna mniej zarabia, może czuć się upokorzony przez kobietę, jego męskość (tak to może odczuwać) zostaje podważona. Jeśli jeszcze na dodatek będzie miał wrażenie, że jego kobieta go nie podziwia, nie adoruje – może go to skłonić do szukania rekompensaty poza związkiem. Zapragnie kogoś, kto się nim zachwyci.

A jeśli nie poszuka nowej wybranki, to w stosunku do tej stałej może być złośliwy, niemiły, żeby jakoś wyrównać tę stratę i poczuć się lepiej…
To prawda. Skoro ona ma wyższą rangę społeczną, on będzie chciał w relacji upokorzyć ją, umniejszyć, pokazać, że na czymś się nie zna, że jest gorsza. Zamiast podskoczyć do jej poziomu, ściągnie ją do swojego. To typowa metoda radzenia sobie z kompleksami.

A co sądzisz o takim podejściu, że żadne z partnerów nie jest ekonomicznie zależne od drugiego? To podobno prawdziwe partnerstwo. Ludzie są ze sobą dlatego, że chcą, a nie dlatego, że boją się zostać sami.
Moim zdaniem wtedy jest to pewien układ, nie związek. Każdy jest panem i władcą w swoim państwie. Możemy się czasem spotkać, nawet możemy mieszkać razem, współfinansować różne przedsięwzięcia, ale gdzieś postawione są granice do własnego świata każdego z partnerów. Najczęściej nieprzekraczalne. Tymczasem w związku chodzi o to, aby z rozmysłem stworzyć wspólną przestrzeń. Jeśli jej brak lub jest ona marginalizowana, zdominowana przez części odrębne każdego z partnerów, wówczas trudno mówić o związku. Bardziej o transakcji, umowie.

Rozwód to prawdziwy sprawdzian wiedzy o partnerze i jego stosunku do pieniędzy. Dawni małżonkowie potrafią toczyć boje nawet o sztućce, kołdry i telewizory! Walczą o podział majątku, alimenty dla siebie i dzieci, nie przebierając w środkach. Dlaczego?
Pieniądze mogą być narzędziem zemsty na partnerze czy partnerce, odwetem za to, że zabiera marzenia o relacji, z którą się pragnęło z nim czy z nią stworzyć. I nie ma znaczenia, kto podejmuje decyzję o rozstaniu. Zawsze winna jest ta druga strona. Nie ma też znaczenia, czy realizacja tego marzenia była blisko, czy i tak nie udałoby się nam go osiągnąć. Nawet jeśli małżeństwo nie było idealne, a obraz rodziny daleki od tego z reklamy, to na poziomie marzeń działa wiara, że tak. Gdy mydlana bańka pryska, otwiera się pole do popisu dla Wewnętrznego Krytyka. Sala sądowa staje się zatem areną, na której odgrywamy się za doznane upokorzenia, te realne lub domniemane, za utracone marzenia i brak wiary w siebie.

Czy spisanie przedślubnej intercyzy jest dobrym rozwiązaniem? Zabezpiecza przed spodziewaną krzywdą?
Jeśli ktoś ma przykre doświadczenia, a co za tym idzie, lęki związane z byciem wykorzystanym, intercyza będzie dobrym rozwiązaniem. Ale przed lękami się nie ucieknie. Będą się mnożyć, mutować. Rzeka pełna lęków czasem wzbiera i nawet jeśli jakiś fragment naszego życia zostanie ochroniony wałami przeciwpowodziowymi (w tym przypadku intercyzą), to żywioł i tak znajdzie inny, słabszy fragment życia, żeby zaatakować.

Dlaczego boimy się być choćby trochę zależni? Przecież po to właśnie jesteśmy razem, żeby się wspierać, pomagać sobie, a nie wykorzystywać czy krzywdzić.
Oparcie w partnerze, zaufanie jest podstawą dobrego związku. Z tym że jest różnica między byciem dopełnianym przez drugą osobę, a poczuciem zależności i obawą, że bez partnera sobie nie poradzę. Także finansowo. Z zupełnie innego miejsca tworzą się związki, gdzie każda ze stron jest spełnioną osobą, dającą sobie radę w życiu, potrafiącą się utrzymać, na której poczucie niezależności nie wpłynie fakt, że parter odejdzie, bo ona już tej niezależności doświadczyła i odnajdzie się w świecie. A z zupełnie innego, gdy ta druga osoba ma nam coś dać. Coś, czego sami nie mamy, na przykład bogactwo. Staje się wówczas protezą nieużywanych, czasem wypartych, kompetencji życiowych.

Dopóki traktujemy związek jak inwestycję, gdzie walutą są nasze oczekiwania i projekcje, dopóty nie będzie to czysta relacja, tylko handel wymienny. Warto to sobie uzmysłowić. A kwestie finansowe to taki sam temat jak inne, choć traktowane są niekiedy bardziej intymnie niż seks. Jeśli stanowią dla partnerów problem, trzeba go rozwiązać. I sprawdzić, jakie prawdziwe obawy za sobą niosą (strach przed odrzuceniem, lęk o przyszłość, brak zaufania itd.). Szczerze ze sobą o tym rozmawiać, zamiast zamiatać pod dywan, konstruując tym samym bombę z opóźnionym zapłonem.

  1. Psychologia

Ghosting – co to dokładnie jest? Jak reagować na takie zakończenie relacji?

Ghosting powoduje wiele przykrych uczuć. Jak reagować, gdy ktoś kończy relację w tak egoistyczny sposób? (fot. iStock)
Ghosting powoduje wiele przykrych uczuć. Jak reagować, gdy ktoś kończy relację w tak egoistyczny sposób? (fot. iStock)
Choć to niedojrzała i tchórzliwa praktyka, to zdążyliśmy się już przyzwyczaić do tego, że ktoś przestaje dzwonić i odpowiadać na SMS-y po drugiej czy trzeciej randce. Amerykanie, którzy lubią mieć wszystko nazwane, wymyślili nawet na to określenie „ghosting” (od „ghost” – duch). Gorzej, że – jak pisze Hanna Samson – niektórzy uważają to bezsensowne zagranie za dobrą metodę zakończenia stałego związku.

Ghosting - co to jest i jak wygląda w praktyce?

Scenariusz zwykle jest podobny: poznali się na imprezie lub przez Internet, poszli do łóżka, było super, potem spotkali się jeszcze raz czy dwa, czasem nawet snuli wspólne plany, a potem on nie daje znaku życia. Ona czeka – jeden dzień, drugi, tydzień – nic, zero telefonów, e-maili, SMS-ów. Zniknął niczym duch. Jako najbardziej prawdopodobne wyjaśnienie przychodzi jej do głowy, że na pewno zginął w wypadku... Bo jak inaczej zrozumieć to zniknięcie, którego nic nie zapowiadało? Ale jednak nie, żyje, widać jego aktywność na Facebooku. Nie odpowiada tylko na jej wiadomości i nie odbiera od niej telefonów – jeśli przypadkiem ona ma jego numer komórki. Podobne katusze przeżywa zresztą także wielu mężczyzn, choć mniej otwarcie się do tego przyznają. Ghosting to bardzo przykre przeżycie.

Sylwia, lat 34, prawniczka, wciąż nie może uwierzyć w to, co się stało. – To niemożliwe! – powtarza przez łzy. – Przecież było świetnie, umawialiśmy się na wspólny wyjazd, zrobiłam rezerwację, mówił, że z nikim nie było mu tak fajnie. On nie mógł mi tego zrobić! – Ale zrobił – stwierdzam. – Dlaczego? Co ze mną jest nie tak? – pyta zrozpaczona.

No właśnie, tak jest najczęściej. Zamiast się zezłościć na faceta, który nie miał odwagi powiedzieć, że to koniec, szukamy w sobie winy za nie swoje grzechy. Co zrobiłyśmy nie tak? Jaki popełniłyśmy błąd? Czym go zniechęciłyśmy do siebie? Ghosting jest perfidny, bo nie pozwala zrozumieć, co się stało oraz jakie są jego przyczyny. Nie mamy szansy, by zapytać o powody, jesteśmy zdane na własną fantazję. Stawiamy dziesiątki hipotez, zatruwamy się tą historią miesiącami i ostatecznie stanowi ona dla nas dowód, że to my nie jesteśmy dość dobre, to my nie potrafimy stworzyć związku i jesteśmy generalnie nieudane. A on? A on już dawno jest gdzie indziej i nie zawraca sobie głowy naszymi uczuciami.

Może nie z tobą coś jest nie tak, ale z nim? – podrzucam Sylwii. – Tak? To powiedz mi, dlaczego to zrobił? Dlaczego mówił, że jest mu ze mną fajnie? – odpowiada. – Może było mu fajnie, ale nie chce się angażować?Dlaczego?Może ma żonę i dzieci? Albo dziewczynę? – mówię w końcu. – No wiesz!No wiem, że to się zdarza. A ty wiesz o nim tyle, ile ci powiedział. – A jeśli nie ma żony ani dziewczyny? – drąży Sylwia. – Może spotyka się z wieloma dziewczynami równolegle, by podbudować swoje ego. Czuje się atrakcyjny, bo tyle kobiet zdobywa! Zobaczył, że się angażujesz, a on nie jest zainteresowany związkiem, wystarczy mu jedno lub dwa spotkania. Gdyby powiedział ci, że tak z nim jest, pewnie straciłby w twoich oczach…Albo bym chciała go zmienić! – zaczyna odzyskiwać poczucie humoru. – No właśnie! Wiedział, co robi, znikając bez słowa!

Śmiejemy się, ale tak naprawdę nie ma w tym nic zabawnego. Jeśli angażujesz się emocjonalnie w relacje z facetem, o którym nic nie wiesz, niesie to ze sobą ryzyko zranienia. Jeśli jesteście ze wspólnego środowiska, macie wspólnych znajomych, to po pierwsze – wiesz o nim więcej, a po drugie – nie tak łatwo będzie mu zniknąć, stosując taktykę ghostingu, nie narażając się na ostracyzm.

Ghosting - psychologia „podłego rozstania”

Znajomości z Internetu mają to do siebie, że sprzyjają niebraniu za nie odpowiedzialności, nawet jeśli spotkacie się w realu. Zresztą, co to za real, jeśli nie znacie swoich znajomych, wiecie o sobie tylko tyle, ile opowie druga strona? To nadal nie jest znajomość z prawdziwego życia. I nawet jeśli jedna ze stron uważa, że znalazła odpowiedniego partnera, druga może chcieć poszukiwać dalej, bo kto wie, czy z następną osobą nie będzie jeszcze lepiej?

Niedawne badania użytkowników jednego z popularnych portali randkowych wykazały, że blisko 80 proc. z nich przyznaje, że dopuściło się ghostingu. Dwa lata wcześniej takich osób było o 60 proc. mniej! Wygląda na to, że ghosting staje się modną metodą kończenia znajomości, na którą już nie mamy ochoty. A w dodatku wygodną – choć jedynie dla tego, kto znika. Nie musi się tłumaczyć, uzasadniać swojej decyzji ani konfrontować się z uczuciami drugiej strony. Nie musi zajmować się zarzutami, że zawiódł jej oczekiwania albo że stwarzał pozory. Nic nie musi, po prostu znika, a druga strona niech sama sobie radzi. Zdarza się nawet, że osoba, która znika, uważa, że jest w porządku. Nie dręczą jej wyrzuty sumienia. Nie oskarża się o egoizm ani brak empatii. Wręcz przeciwnie, uważa, że jej zachowanie świadczy o delikatności i trosce o drugą osobę, podając to jako główne przyczyny ghostingu. Wybiera zniknięcie, zamiast otwartej odmowy kontaktu, bo nie chce sprawiać nikomu przykrości! Ale przecież sprawia! Unika konfrontacji z uczuciami drugiej strony, ale one od tego nie wygasają. Wybiera łatwe dla siebie rozwiązanie – ghosting – skazując drugą stronę na domysły, co utrudnia jej zamknięcie sprawy.

Ryzyko ghostingu jest, niestety, wpisane w znajomości internetowe czy imprezowe. Niepokojące jest to, że zdarza się również w długotrwałych związkach, których końca, przynajmniej dla jednego z partnerów, nic nie zapowiadało.

Eliza, lat 47, oddana swojej pracy scenografka, od blisko 20 lat była w związku z dwa lata młodszym Piotrem. Mieszkali osobno, co było ich wspólnym wyborem, spotykali się raz u niej, raz u niego, chodzili razem do teatru i na imprezy, wspólnie spędzali wakacje, ich rodziny się znały i lubiły, no po prostu dobry związek, w którym Eliza chciała przeżyć resztę życia. Piotr był czuły, oddany, troskliwy, mieli wspólne zainteresowania, rytuały i poczucie humoru, które sprawiało, że często rozśmieszali się nawzajem i lubili ze sobą przebywać. Taki związek nie trafia się często i obydwoje to doceniali. Piotr mówił wiele razy, że kocha Elizę i jak się cieszy, że na siebie trafili. Aż nagle przestał dzwonić, nie odbierał też telefonu. Eliza najpierw myślała, że jest bardzo zajęty, bo miał jakiś nowy projekt w pracy, ona też była zajęta, więc nie robiła problemu. Potem się zjawił. Przywiózł jej książki, które były u niego w domu, bo robił porządki i postanowił jej oddać. Nie wzbudziło to jej podejrzeń, sama nieraz domagała się zwrotu. Wydawał się stęskniony, planowali wspólne wakacje, miał kupić bilety. I znowu zniknął. Dzwoniła do niego kilka razy, nie odbierał, pisała SMS-y i nic, pomyślała, że może ma depresję, zaczęła się niepokoić, pojechała do niego, ale nikt nie otworzył, choć w domu paliło się światło. Miała swoje klucze, ale Piotr dorobił nowy zamek, co też jej nie zdziwiło, bo wspominał o włamaniach na osiedlu. Zadzwoniła do matki Piotra, ale ta nie wiedziała, co się z nim dzieje. Znów dzwoniła do niego kilka razy, w końcu ktoś odebrał telefon. – Piotr nie może rozmawiać, bo się kąpie. Mówi żona, czy coś przekazać? – Eliza pomyślała, że to żart. – Proszę przekazać, że druga żona się o niego niepokoi. – Przekażę – powiedziała kobieta i się rozłączyła.

I znowu cisza. Eliza wysłała SMS-a, zadzwoniła i nic. Po kilku dniach zatelefonowała do pracy i dowiedziała się, że Piotr wyjechał w podróż poślubną do Norwegii. Nie była w stanie uwierzyć, nie wiedziała, jak sobie z tym poradzić, łudziła się, że to głupie żarty, ale fakty były faktami. Piotr nie dzwonił i nie odbierał telefonu. W końcu Eliza też przestała dzwonić. Dotarło do niej, że Piotr naprawdę ożenił się z inną kobietą. Zaczęła się obwiniać, że była nieuważna, zbyt zajęta sobą. I pewnie coś w tym było, co nie zmienia faktu, że po 20 latach Piotr zniknął jak duch. Bez uprzedzenia i bez żadnych wyjaśnień. Bez słowa.

Ghosting podszyty tchórzem - jak reagować?

Wpadli na siebie przypadkiem po roku, usiedli w kawiarni. Piotr krótko wyjaśnił, że nie wiedział, jak jej o tym powiedzieć. Nagle poczuł, że chce założyć rodzinę, mieszkać razem, mieć dziecko. Nie chciał jej ranić, bo ona już pewnie nie mogła mieć dziecka, zresztą nigdy nie chciała. On też, ale to się zmieniło. Poznał młodszą kobietę i rozpoczął nowe życie.

Nie chciałem cię ranić – powtórzył. – I myślisz, że mnie nie zraniłeś? – zapytała Eliza, która z tą raną borykała się przez rok. Przecież wiedział, że rani, ale nie miał odwagi skonfrontować się z uczuciami Elizy. Wolał zniknąć jak duch. A może raczej jak tchórz?

Nieraz słyszałam o kończeniu związku SMS-ami i już to wydawało mi się absurdalne. Czy szacunek dla drugiej osoby i dla tego, co nas łączyło, nie wymaga osobistego poinformowania o swojej decyzji? I pozwolenia, by ta osoba wyraziła to, co czuje, skoro to ja jestem adresatem tych uczuć? Mamy prawo zmieniać zdanie i podejmować decyzje niezgodne z oczekiwaniami bliskich osób, ale tylko wtedy, gdy jesteśmy gotowi ponosić ich konsekwencje. Również takie, jak zmierzenie się z uczuciami innych. Ghosting, chowanie głowy w piasek nie zmniejszają cierpienia do niedawna bliskiej osoby, a wręcz przeciwnie. Zostawia ją w poczuciu krzywdy i bezradności, nie pozwala zrozumieć, co się stało i jak sobie z ghostingiem poradzić. Można zerwać kontakty po uczciwym rozstaniu, ale zerwać je przed rozstaniem, to zadbać o własny komfort kosztem drugiego człowieka.

Towarzyszyłam Elizie przez rok, nim znów nabrała zaufania do siebie i ludzi. Ale podobnych historii znam więcej. Mówię wtedy oszołomionym kobietom, które nie mogą uwierzyć, że to koniec, magiczne zdanie: „Jeśli to była miłość, to tak się nie skończy”. To zdanie daje nadzieję, ale w psychologii ma też drugie dno, które wyłania się, gdy on wybiera ghosting i nie wraca – skoro nie była to miłość, to nie ma czego żałować.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  1. Psychologia

Pieniądze między nami - co mówi o naszych relacjach stosunek do pieniędzy?

Żeby uniknąć poważnych konfliktów możemy pytać siebie nawzajem, jakie miejsce w hierarchii naszych wartości zajmują pieniądze. Im szybciej takie pytanie się pojawi, tym lepiej. (Fot. iStock)
Żeby uniknąć poważnych konfliktów możemy pytać siebie nawzajem, jakie miejsce w hierarchii naszych wartości zajmują pieniądze. Im szybciej takie pytanie się pojawi, tym lepiej. (Fot. iStock)
Kobieta, która przekracza budżet, czyści konto, nie jest do końca świadoma, że dokonuje zemsty. Tak jak mężczyzna, który traktuje pieniądze jako narzędzie władzy i dominacji. Co tak naprawdę dzieje się między nami? Co mówi o nas i o naszych relacjach stosunek do pieniędzy – tłumaczy psychoterapeuta Benedykt Peczko.

Kłócimy się w parach głównie o pieniądze, seks i dzieci. Badania pokazują, że najczęściej o pieniądze.
Te kłótnie rzadko dotyczą samych pieniędzy. Pokazują napięcia i konflikty w relacji.

Jestem zła, bo nie zachwycasz się mną, więc będę suszyć ci głowę, że na nic nie starcza pieniędzy…
Gorzej: będę się mścić, uprzykrzę ci życie. Wyobraźmy sobie parę: on zarabia, ona wychowuje małe dzieci, dba o dom. On jest przepracowany, wraca późno. Może ma problemy z szefem. Przestaje zauważać i doceniać kobietę, jej starania, jej piękno. W pierwszych latach związku, gdy byli ze sobą blisko, czule, gdy zaspokajali nawzajem swoje potrzeby, pieniądze nie stanowiły żadnej kwestii; sprawnie ustalali, na co je przeznaczyć. Teraz to się zmienia. Kobieta widzi, że mężczyzna jest bierny, nie stara się. Próbuje więc – nieświadomie – zwrócić jego uwagę poprzez to, że wydaje j e g o pieniądze. Dużo wydaje, robi – jak to się fachowo mówi – niezbilansowane zakupy. Produkty tylko z górnej półki, luksusowe i dużo.

Ma satysfakcję!
Niejako wydobywa w taki sposób coś dla siebie, przynajmniej tyle zyskuje. „Jak ty jesteś taki, to ja wydam wszystkie pieniądze, wyczyszczę konto i teraz się martw, jesteś facetem, prowadzisz firmę, poradź sobie”. On orientuje się, że konto pustoszeje. To dla niego stres, zmartwienia. „Jesteś rozrzutna i nie mogę ci ufać!” Tak nakręca się spirala przemocy, biernej agresji, uprzykrzania sobie życia.

Często to mężczyzna nie może dobić się o uwagę, troskę i czułość.
I gdy nie dostaje tego, czego chce, wprowadza restrykcje, wycofuje finansowanie. Szybko znajduje racjonalne wyjaśnienie: w tym miesiącu nie mam na te wydatki, nie możesz tego kupić. To rodzaj kary, ponieważ jest zły, rozżalony.

Za co?
Często za brak seksu. To bardzo niebezpieczna sytuacja, ponieważ przeradza się w relacji w płatny seks: „Dasz, to i ja dam!”. Karanie za pomocą pieniędzy to forma rozliczenia, wyrównania. Nie mówię, o co mi chodzi, nie poruszam tego, co kluczowe, za to dokonuję rozliczenia na poziomie finansowym. „Jesteś skąpy!” „A ty nie liczysz się z pieniędzmi!” Karanie to nie wprost wyrażona złość.

„Ja zarabiam, więc ja decyduję o wydatkach!”. Kolejny przejaw dominacji i władzy.
Podkreślanie: „Nie zarabiasz, nie masz pieniędzy, chyba że ci dam”. Nieznoszące sprzeciwu stwierdzenia: „Będę ci przekazywał pewne sumy, a ty będziesz się rozliczać”. To, oczywiście, poważne nadużycie w sytuacji, gdy kobieta zajmuje się dziećmi i zarządza firmą, jaką jest dom, czyli ciężko pracuje. Mężczyźni, którzy utrzymują rodzinę, często zwalniają siebie z jakichkolwiek domowych obowiązków. To kolejne nadużycie. Najczęściej nie mają pojęcia, ile czasu i energii wymagają ogarnięcie rodzinnych wątków, organizacja różnych zadań, zarządzanie czasem, troska o dom i rodzinę. Wielu takich mężczyzn chce decydować, jak ma wyglądać życie rodzinne, jak powinna funkcjonować żona, co ma kupować, a czego nie.

Taka przemoc zdarza się niejednokrotnie także wtedy, gdy i kobieta zarabia. Mężczyzna w dalszym ciągu zarządza, decyduje…
To wszystko informacje na temat ich relacji. Ostatnio pracowałem z małżeństwem, które walczyło ze sobą o to, jakie przywileje powinny przysługiwać z racji zarobków. Oboje zarabiali dużo, ona bardzo dużo, trzykrotnie więcej od męża. A więc nie musieli walczyć o przetrwanie, a jednak walczyli ze sobą. Pieniądze były tylko widocznym przejawem głębszych konfliktów, niezaspokojonych potrzeb i frustracji.

Wtedy wyraźnie widać, że walka o pieniądze to strata czasu, właściwie pogłębia konflikty. Nie jesteśmy tego świadomi?
Tak, kobieta, która przekracza budżet, czyści konto, nie jest do końca świadoma, że tak naprawdę dokonuje zemsty. Albo chce w ten sposób pozyskać uwagę mężczyzny. Co tak naprawdę dzieje się między nami? O co nam chodzi, gdy wykorzystujemy pieniądze do dominacji czy karania? Bez tej świadomości sprawy bardzo się komplikują, coraz trudniej o otwarte rozmowy. „Jesteś jak twoja matka!” „Wszyscy faceci są tacy sami!” Równia pochyła.

Istnieje – jak się wydaje – podstawowa kwestia dotycząca przyczyn nieporozumień wokół pieniędzy. To wzorce wyniesione z domów rodzinnych. Pochodzimy z różnych środowisk. Doświadczenia naszych rodziców, dziadków i poprzednich pokoleń mają na nas ogromny wpływ. Jak ten wpływ rozpoznać?
Przede wszystkim słuchać. Jakich metafor używa partner, partnerka? Co mówią o pieniądzach? Pieniądze nie rosną na drzewach? Nie leżą na ulicy? Pieniądze szczęścia nie dają? Nie ma sensu oszczędzać, trzeba wydawać, bo tracą wartość? Żaden pieniądz nie śmierdzi? Masz pieniądze, masz szacunek? Za pieniądze kupisz wszystko?

To są mocno wdrukowane programy, których najczęściej nie jesteśmy świadomi. A jednak działają. Często działają bezwzględnie precyzyjnie. Jeśli mężczyzna jest przekonany, że pieniądze zdobywa się ogromnym wysiłkiem i wyrzeczeniem, będzie stale napięty w relacji z nimi.

A gdy zwiąże się z kobietą, która ma gest, jest spontaniczna i wyznaje zasadę „raz się żyje”, problemy gotowe.
Albo on lubi mieć oszczędności, planuje, nie wydaje na głupoty. A ona kocha życie, podróże, zakupy… Mają odmienną filozofię życia. „Pieniądze są po to, aby przetrwać” kontra „pieniądze służą radości, celebrowaniu obfitości”.

Co z tym robić?
Rozmawiać, rozmawiać, rozmawiać. Jakie wzorce wynieśliśmy z domu rodzinnego? Jaką wartość przypisywano pieniądzom? Mają znaczenie wszelkie pokoleniowe doświadczenia, upadłości majątkowe, nietrafione inwestycje, wyłudzenia, bankructwa, kradzieże, przegrane w grach losowych, finansowe walki w rodzinie. Te wszystkie wstydliwie ukrywane historie rzutują na nasz stosunek do pieniędzy. Kiedy o nich mówimy, poznajemy tło dziedziczonych przekonań. Łatwiej wtedy zrozumieć zachowania, reakcje, emocje. Łatwiej zrozumieć, że nasze zachowania niekoniecznie są wynikiem głupoty czy złośliwości, ale uwarunkowań. Świadomość rozświetla ciemności umysłu. To, co uświadomione, możemy zmienić, jak mówią psychoterapeuci: odkryć programy, a potem je zaktualizować.

Najlepiej, gdybyśmy takie rozmowy prowadzili już wtedy, gdy decydujemy się być razem.

Mocno nieromantyczne…
Unikamy w ten sposób wielu rozczarowań. Możemy pytać siebie nawzajem, jakie miejsce w hierarchii naszych wartości zajmują pieniądze. Im szybciej takie pytanie się pojawi, tym lepiej. Może się okazać, że dla niego pieniądze są zbyt ważne. Albo ma problem z rozstawaniem się z nimi, co wróży, że będzie w rodzinie finansowym tyranem. Kobieta z kolei może mieć w stosunku do partnera bardzo wyśrubowane wymagania. Gdy mężczyzna to wie, może zadać sobie pytanie, czy da radę sprostać tym oczekiwaniom. Jeśli w związku z takimi odkryciami pojawia się w nas niepokój, może sygnalizować nieporozumienia i problemy w przyszłości. Już na starcie mogą więc pojawić się rozbieżności. W jaki sposób poradzimy sobie z nimi? Intuicyjnie dobieramy się tak, żeby się porozumieć. Jednak nie zawsze to się udaje. A wtedy dochodzi do dramatycznych sytuacji w kwestii na przykład podziału majątku; sprawy w sądach, dzieci wzywane na świadków. Mnóstwo cierpienia.

Osobne konta. Albo jedno wspólne obsługujące rodzinny budżet, a nadwyżka finansowa na dwóch indywidualnych – do jej i jego wyłącznej dyspozycji. Takie mamy w parach pomysły na unikanie finansowych nieporozumień.
Dobrze sprawdzać, co w naszym przypadku działa. Z mojego terapeutycznego doświadczenia wynika, że najwięcej szkody robi nielojalność, ukrywanie, niekonsultowanie decyzji finansowych. Na przykład mąż wyprowadza z rodzinnej firmy dużą sumę pieniędzy na realizację nowego projektu. Nie uzgadnia tego z żoną. Projekt przepada, co mocno podkopuje finanse firmy. Ale co gorsze – podkopuje zaufanie w relacji, kobieta czuje się – co zrozumiałe – pominięta, zlekceważona. Zastanawia się, co dalej z małżeństwem, ponieważ przestała czuć się bezpiecznie.

Inny przykład: mężczyzna pożyczył bratu dużą kwotę pieniędzy bez konsultacji z partnerką. Brat nie oddaje, przeciąga spłatę, kłamie, lawiruje. „Problemy finansowe brata są dla ciebie ważniejsze niż naszej rodziny” – mówi rozżalona kobieta. Mężczyzna tłumaczy, że czuje się zobowiązany…

…że trzeba sobie pomagać, że było mu niezręcznie odmówić. Wszyscy chyba, niestety, znamy te uwikłania.
Kobieta mówi: „Rozumiem, że znalazłeś się w trudnym położeniu, tym bardziej trzeba było mi powiedzieć, zapytać”. Ta, wydawałoby się z początku, drobna nielojalność położyła się cieniem na relacji tej pary. W kwestii pieniędzy – jak w każdej innej – potrzebujemy być ze sobą szczerzy, uczciwi, otwarci i odpowiedzialni. Bo tylko w ten sposób możemy zbudować mocną, pełną zaufania więź.

Rozmawiamy o pieniądzach

  • Co najmniej raz w tygodniu znajdźmy czas, aby omówić bieżące sprawy finansowe, zaplanować wydatki, oszczędności, inwestycje,
  • Niech to będzie przyjemny czas – zaplanujmy go przy kawie, gdy już dzieci pójdą spać, czy w niedzielny poranek,
  • Nie obawiajmy się mówić, co myślimy o pieniądzach w ogóle; o ich wydawaniu i oszczędzaniu oraz o swoich marzeniach,
  • Im częściej będziemy dyskutować na temat pieniędzy, tym te rozmowy staną się przyjemniejsze i tym łatwiej będzie nam podejmować finansowe decyzje,
  • Wkrótce zauważymy, że rozmawiając o finansach, zbliżamy się do siebie, coraz lepiej siebie rozumiemy, uczymy się współpracować i dbać o przyszłość.

Benedykt Peczko jest psychologiem, trenerem, psychoterapeutą.

  1. Psychologia

Kobieta wyzwolona i domator – jak się rozwijać w związku, kiedy się różnimy?

Kiedy zauważymy, że „jedziemy” jednymi tylko torami, warto mieć odwagę żeby powiedzieć partnerowi, że czegoś mi brakuje, że coś bym chciała. (Fot. iStock)
Kiedy zauważymy, że „jedziemy” jednymi tylko torami, warto mieć odwagę żeby powiedzieć partnerowi, że czegoś mi brakuje, że coś bym chciała. (Fot. iStock)
Wyobraźmy sobie, że kobieta z tego przykładowego związku jest osobą aktywną, ciągle coś wymyśla, jeździ, poznaje, rozpoczyna. Mężczyzna, który traci dla niej głowę, to domator, lękający się zmian. Zachwyca się, że ona jest taka ruchliwa i sobie fantazjuje, że będzie wspaniałą żoną, matką i będą tworzyć cudowne domowe ognisko.

Na początku, kiedy jest jeszcze fascynacja, zazwyczaj wszystko idzie gładko. Kobiecie przez chwilę odpowiada klimat domowy, a mężczyzna od czasu do czasu daje się namawiać na wypady za miasto. W wersji idealnej, gdyby mieli dość siły wewnętrznej, on mógłby odkryć w sobie chęć większego działania w strefie erosa - dostać skrzydeł i robić rzeczy, których sam nigdy nie miał śmiałości nawet zacząć. Z kolei kobieta mogłaby odkryć, że nie musi być zawsze silna i działająca, tylko czasem może usiąść sobie w fotelu albo zrobić pyszny makaron i odczuwać z tego powodu radość i odprężenie. Taki rozwój wypadków w życiu nie zdarza się jednak często. Można założyć, że ten układ po fazie zakochania będzie przechodził kryzys. Jeżeli mężczyzna nie będzie w stanie przejść swojego progu na to, żeby być bardziej aktywny ani też nie zmusi kobiety, żeby była bardziej bierna, zacznie się między nimi walka.

Takie trudności są czasem nie do pokonania. Może się okazać, że dla mężczyzny z naszego przykładu ten związek jest za słabą siłą, żeby zaczął działać. Nie wyrwie go z poczucia, że on się nie nadaje się do ekspansji. Może został wychowany w rodzinie, w której ojciec był całkowicie podporządkowany matce. Jego kobieta też wcale nie musi się pod jego wpływem uspokoić. Może w jej rodzinie i matka, i wszystkie babki były aktywne. Za tym zwykle kryje się jawna lub ukryta krytyka przeciwstawnego modelu. Kobieta mogła słyszeć coś takiego - „Żebyś nie była taka jak ta Kryśka, co już z trzecie dziecko ma i nic z życia, zobaczysz, jak skończysz tak jak ona, to facet cię wystrychnie na dudka a ty będziesz siedziała w domu w garach”. Cały system takich przekonań rodzinnych, ale też kulturowych skutkuje ograniczeniami, które blokują, ograniczają nasz rozwój. Jeśli dla mężczyzny z naszego przykładu ważne jest, by zacząć działać na zewnątrz, jest duża szansa, że gdy rozstanie się z tą, za chwilę zakocha się w podobnej kobiecie. Pozna ją, kiedy właśnie u cioci lepi pierogi ale za chwilę oświadczy mu, że wybiera się w podróż dookoła świata. To będzie jego kolejne podejście i może się okazać, że jest ono łatwiejsze niż poprzednie, bo będzie już w innym punkcie swojego rozwoju.

Co robić, kiedy wchodzimy w fazę trudności, konfliktów i nasz związek zaczyna wyglądać beznadziejnie? Gdy nie ma energii, aby zmienić związek, ani żeby z niego wyjść, pojawia się stan depresji albo zaczynamy szukać innego partnera lub partnerki. Czasem różnica między ludźmi jest za duża a indywidualne progi za wysokie, żeby w danym związku coś się dopełniło. W każdym jednak czegoś się uczymy, coś integrujemy. Bo to, na jakiego trafiamy partnera, zależy od tego w jakim punkcie rozwoju jesteśmy. Czasami warto jest dopuścić do siebie myśl, że to nie partner jest paskudny, tylko może to, co mnie w nim denerwuje, jest dla mnie czymś ważnym. Może warto zastanowić się dlaczego dostaję szału, bo on tylko ciągnie mnie do łóżka. Może uważam, że w życiu powinnam tylko poświęcać się rodzinie i w związku z tym daję dużo przestrzeni na wymiar miłości zwany caritas, a seks zaniedbuję? Taki kierunek myślenia jest najbardziej rozwojowy, ale także najtrudniejszy, bo konfrontuje nas z naszymi kompleksami, ograniczeniami. Zmusza nas do tego, żebyśmy zrobili coś więcej niż tylko zmienili partnera. Do takiego myślenia zachęcałabym w sytuacji, kiedy podobny układ powtarza nam się w kolejnym związku.

Czasem jest tak, że potrzebujemy innego partnera, bo z obecnym już niczego nowego, ważnego dla nas nie doświadczymy. Podam przykład. Wchodzę w związek z mężczyzną, który odkrywa przede mną wspaniały świat seksu i jest mi cudownie. On natomiast poznaje przy mnie co to znaczy być kochanym, zaopiekowanym, wspieranym. Przez jakiś czas wszystko jest super, ale nagle stwierdzam, że to już, że on nic więcej przede mną nie otworzy, a ja też nie mam mu już nic więcej do dania. To jest ten moment, że pewne jakości się dopełniają i albo pojawi się coś nowego, co będziemy odkrywać w tym związku, albo zaczną nas fascynować inni partnerzy. Cały czas mówimy o wymiarach indywidualnych, natomiast pozostaje jeszcze pytanie jak to działa w związku jako całości, bo pewne obszary są wspólne dla nas obojga. Często pary mówią - my to uwielbiamy się kochać, czyli dla nich ważny jest seks, inni - największym sensem naszego życia są dzieci, co oznacza, że nacisk kładą na caritas. To są wymiary, w których oboje czujemy się komfortowo, natomiast zawsze są też takie, które dla nas obojga są trudniejsze. Kiedy jest kryzys w związku, warto się zastanowić co się dzieje w tych obszarach, których w naszym życiu nie ma lub które są najsłabiej reprezentowane.

Często jednak latami tkwimy w jakimś jednym schemacie i potrzeba poważnego kryzysu, żeby to zauważyć. I czasami jest już za późno, bo jedna ze stron nie chce już niczego. Kiedy zauważymy, że „jedziemy” jednymi tylko torami, fajnie mieć odwagę żeby powiedzieć partnerowi, że czegoś mi brakuje, że coś bym chciała. Umieć stanąć za sobą. Często jest tak, że blokujemy się, myślimy – nie ma co o tym mówić, on i tak mnie wyśmieje, nie zrozumie, to wcale nie ważne. Niemożliwe jest przecież, żebyśmy zostawili dzieci i pojechali na weekend nad Biebrzę albo cały dzień spędzili w łóżku. A dlaczego nie?

  1. Seks

Jesteśmy szczęśliwym małżeństwem, ale śpimy w oddzielnych łóżkach

Nie musicie przecież każdej nocy spać osobno ani każdej nocy razem, ale świadomość, że zawsze, ilekroć masz na to ochotę, możesz czmychnąć „do siebie” – na pewno związkowi nie zaszkodzi. (Fot. iStock)
Nie musicie przecież każdej nocy spać osobno ani każdej nocy razem, ale świadomość, że zawsze, ilekroć masz na to ochotę, możesz czmychnąć „do siebie” – na pewno związkowi nie zaszkodzi. (Fot. iStock)
Typowa reakcja na osobne sypialnie małżonków wygląda mniej więcej tak: „Śpicie oddzielnie? Wyrazy współczucia! Już po miłości!”. My tymczasem mówimy: Chcecie się kochać? Rozdzielcie się na noc.

- To koniec! My już ze sobą nawet nie sypiamy – powiedziała Marta, kiedy po raz pierwszy przekroczyła próg mojego gabinetu. Obawiała się kryzysu w swoim, skądinąd udanym od pięciu lat, małżeństwie.

Zapytałam, od jak dawna nie uprawiają seksu.

– Nie, seks wciąż jest, teraz nawet lepszy niż na początku. Chodzi o co innego: mamy osobne sypialnie – odpowiedziała. – Od jakiegoś czasu chodziłam niewyspana, bo Mateusz strasznie chrapie. Nie pomagało przewracanie go na bok ani gwizdanie. Niemal każdej nocy budziłam się kilka razy z rzędu. Ja miałam podły humor, on czuł się winny. W końcu jednego wieczora przeniósł się na kanapę do salonu. A ja po miesiącu rzuciłam pomysł, że może kupię sobie pojedyncze, wygodne łóżko, takie, o jakim zawsze marzyłam, i wstawię je do swojego gabinetu. Miałabym swój oddzielny kąt... Pracuję w firmie, ten gabinet to bardziej zachcianka niż konieczność. Jednak w głębi duszy liczyłam, że Mateusz będzie protestował. Pamiętam, jak na początku małżeństwa uwielbialiśmy zasypiać przytuleni ,,na łyżeczkę”. Tymczasem on stwierdził, że to świetny pomysł! Nawet pomógł mi wybrać łóżko.

Spytałam, czy czuje się szczęśliwa w swojej sypialni. Marta powiedziała, że tak. Nigdy nie miała własnego pokoju. W domu rodziców dzieliła go ze starszą siostrą, w wynajętym mieszkaniu ze współlokatorką, a po ślubie – z mężem.

– Uwielbiam swoje nowe łóżko, mogę mieć wreszcie jedwabną pościel, której Mateusz nie znosi, mogę czytać do późna w nocy i nikt nie gdera, żebym zgasiła światło. Mateusz zasypia sobie przy włączonym telewizorze, z laptopem na kołdrze, ale… kiedy mówię koleżankom, że mamy osobne sypialnie, twierdzą, że to koniec małżeństwa – przyznała.

No tak, w końcu ślub to obietnica dzielenia łoża, stołu i konta w banku. Tylko dlaczego jakoś nie przeszkadza nam, że jadamy osobno obiady na mieście? Oddzielne konta w banku też nie budzą niepokoju, ale pragnienie rozdzielonych sypialni jednoznacznie kojarzy się z kryzysem związku. Może niesłusznie?

Razem czy osobno?

Spanie w jednym łóżku stało się modne dopiero pod koniec XIX wieku, podczas rewolucji przemysłowej, kiedy ludzie zaczęli osiedlać się w zatłoczonych miastach i żyć w małych mieszkaniach, ale ostatnio zwyczaj ten jest coraz bardziej démodé. Tak przynajmniej twierdzą amerykańscy projektanci domów, którzy coraz częściej dostają zamówienia na projekty osobnych sypialni, do tego każdej w innym stylu. W recepcjach sieci najbardziej eleganckich hoteli do dobrego tonu należy pytanie małżonków, czy życzą sobie jeden czy dwa pokoje. Profesor Humphrey Klinkenberg z kliniki Sleepwise w Wielkiej Brytanii twierdzi nawet, że wspólna sypialnia to nieraz pierwszy krok do rozwodu. I nie chodzi jedynie o to, że widok ukochanej kobiety z maseczką na twarzy może na dobre uśpić męskie zmysły, ale raczej o dynamikę snu. Okazuje się bowiem, że kobiety i mężczyźni śpią inaczej.

My – genetycznie zaprogramowane do lekkiego snu, by wstać do płaczącego niemowlęcia – wybudzamy się częściej i nawet drobny szmer może nas postawić na nogi. Panowie nie mają takich problemów. Chrapanie – bardziej męska domena, może ograbić nas z 70 minut snu każdej nocy, co tygodniowo daje 8 godzin. Zbyt wąska wspólna kołdra, przeciągana w nocy raz na jedną, raz na drugą stronę łóżka, to kolejny argument za rozdzieleniem łoża. No i mamy jeszcze całkiem odmienne przyzwyczajenia. On lubi oglądać w łóżku telewizję, ty chcesz spać przy włączonej lampce. Ty lubisz temperaturę w sypialni nie wyższą niż 18 stopni, on jest zmarzluchem – i awantura gotowa.

Na straży udanego seksu

Co z seksem, gdy odgradzają nas ściany, drzwi, korytarz? To pytanie trapi amatorów osobnych sypialni. Co z dzieleniem bliskości, intymności, szczerymi rozmowami ciągnącymi się do rana, zapachem ukochanego, który koi nerwy po ciężkim dniu? A kto powiedział, że do tego niezbędna jest wspólna sypialnia?! Z badań seksuologów wynika, że małżeńskie łoże to ostatnie miejsce, które zachęca do spontanicznego seksu. W sypialni kochamy się bardziej z poczucia obowiązku czy rutyny (w końcu mamy siebie pod ręką). Wspólne łóżko to często miejsce pracy (każde na swoim laptopie), telewizyjnych seansów, a także małżeńskich kłótni, kończących się ostentacyjnym odwróceniem do partnera plecami.

Polscy psychologowie na temat oddzielnych sypialni wypowiadają się raczej ostrożnie, twierdzą, że to dobry pomysł na chwilę, na przetrwanie małżeńskiego kryzysu. Tymczasem małżonkowie najczęściej, by czmychnąć ze wspólnego łoża, uciekają się do pretekstu. On: ,,Kochanie, dopóki mały przychodzi w nocy do naszego łóżka, będę spać na kanapie, bo wiesz, że w pracy muszę być wyspany”. Ona: ,,Kochany, wiesz, że nie znoszę zapachu piwa, może przeniósłbyś się na noc do gabinetu?”.

No cóż, można i tak, ale czy szczerość w związku nie jest ważniejsza od wspólnej kołdry? Po dwóch, trzech latach symbiozy w relacji – dobrowolnej emigracji na bezludną wyspę tylko we dwoje, gdzie ty, tam i ja, tworzenia wspólnej części związku – pojawia się naturalna potrzeba odzyskania niezależności, a w tym także posiadania własnej przestrzeni. Osobni znajomi, odrębne pasje, pojedyncze wypady za miasto – stają się doskonałą okazją, by zatęsknić za sobą nawzajem, a także mieć czym się podzielić z partnerem. Oddzielne sypialnie to właśnie chęć posiadania przestrzeni tylko dla siebie, zaspokajanie potrzeby wygody czy nawet realizacja dziecięcych marzeń spania w jedwabnej pościeli, której nie trzeba z nikim dzielić. A seks? Zapraszanie się do sypialni może być cudownym elementem gry wstępnej i popisem twórczych inwencji. Bywa, że niedostępność partnera budzi chęć przekory, staranowania drzwi…

Mąż gościem w sypialni? Czemu nie? Sytuacja staje się odświętna, inna, daleka od rutyny… Trochę tęsknoty też nie zaszkodzi miłości. Przypomnij sobie, z jakim apetytem rzucacie się na siebie, kiedy jedno z was wraca ze służbowego wyjazdu.

Własne kobiece ustronie

Jeśli szkoda ci tej bliskości, potrzebujesz czasem w nocy poczuć, że nie jesteś sama, a z drugiej strony kusi cię chęć posiadania prywatnego kobiecego ustronia – urządź sobie buduar z własnym łóżkiem i korzystaj z niego od czasu do czasu. Nie musicie przecież każdej nocy spać osobno ani każdej nocy razem, ale świadomość, że zawsze, ilekroć masz na to ochotę, możesz czmychnąć „do siebie” – na pewno związkowi nie zaszkodzi.

Tylko jak powiedzieć partnerowi, że chcesz spać osobno? Najpierw rozpoznaj tę potrzebę u siebie i zrozum pobudki, z jakich ona wynika. Jeśli pierwsza myśl, która się pojawia w twojej głowie, to: „Już dłużej nie chcę spać z nim w jednym łóżku”, może powinnaś zastanowić się nad terapią małżeńską. Kiedy zaś wizja własnego łóżka, kolorowych poduszek, pokoju urządzonego po babsku od dawna chodzi ci po głowie (nie bez myśli o zmysłowych przygodach z partnerem pośród zwiewnych koronek), po prostu powiedz mu o tym – otwarcie, szczerze, bez uciekania się do pretekstów. I spełnij swoje marzenie.