1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Chaos oswojony

Chaos oswojony

Marianna Sztyma:
Marianna Sztyma:"Czuję wzruszenie za każdym razem, kiedy wchodzę po schodach, lubię światło, które w nim panuje, po prostu lubię tu być". (Fot. Łukasz Gawroński)
Zobacz galerię 10 Zdjęć
Kiedy wyobrażamy sobie miejsce, w którym mieszka i pracuje artystka, spodziewamy się twórczego bałaganu, nieoczekiwanych rozwiązań i odrobiny magii. I taki jest dom malarki i ilustratorki Marianny Sztymy.

Żyję na uboczu, wśród przyrody – zawsze wydawało mi się to trochę niewspółczesne, zwłaszcza dziś, gdy wszystkich ciągnie do miasta i świateł. Jestem więc chyba trochę taką old lady. Choć pracuję na komputerze, to wolę rysować na papierze kredkami i ołówkiem czy malować akrylami albo tuszem.

Na ścianach w całym domu wisi dużo dzieł zaprzyjaźnionych artystek. Na przykład Magdy Wolnej i Anny Pol, z którymi Marianna razem robi wystawy. Są tu też obrazy jej taty, znajomych i koleżanek z warsztatów malarskich. (Fot. Łukasz Gawroński) Na ścianach w całym domu wisi dużo dzieł zaprzyjaźnionych artystek. Na przykład Magdy Wolnej i Anny Pol, z którymi Marianna razem robi wystawy. Są tu też obrazy jej taty, znajomych i koleżanek z warsztatów malarskich. (Fot. Łukasz Gawroński)

Raz się żyje

Dom był bardzo stary i zniszczony, dlatego pewnie tani. Ze sporym kawałkiem ziemi, na którym wszystko rośnie jak chce. Lubię dawać wolność pomidorom i wszelkim roślinom, na przykład prawie całą szklarnię zajął wielki jak baoab rozmaryn – prawdziwy wybuch fotosyntezy.

Domy przysłupowe na Dolnym Śląsku często nie mają fundamentów, wspierają się na wielkich kamieniach. A od północnego zachodu nie budowano w nich w ogóle okien. (Fot. Łukasz Gawroński) Domy przysłupowe na Dolnym Śląsku często nie mają fundamentów, wspierają się na wielkich kamieniach. A od północnego zachodu nie budowano w nich w ogóle okien. (Fot. Łukasz Gawroński)

Mamy ponad hektar, którego jeszcze nie zagospodarowaliśmy. W przeważającej części jest on po prostu łąką, z dużą ilością polnych kwiatów oraz chwastów. Teraz kwitnie moja ulubiona nawłoć, a w maju dziki łubin. Przeprowadziliśmy się na Dolny Śląsk z Poznania. Zaczęło się od tego, że w okolicy zamieszkali nasi znajomi, zaczęliśmy ich odwiedzać, jeździć po okolicy, bardzo nam się spodobało. Mieliśmy wtedy siedem kotów i dwa psy, myśleliśmy o nowym miejscu dla nich i dla nas. Powiedzieliśmy sobie: „Raz się żyje”. Mieszkamy tu już od ośmiu lat.

Niewielka kuchnia w zupełności zaspokaja potrzeby domowników. Na piętrze oprócz niej mieszczą się jeszcze salon, łazienka i pokoiki. (Fot. Łukasz Gawroński) Niewielka kuchnia w zupełności zaspokaja potrzeby domowników. Na piętrze oprócz niej mieszczą się jeszcze salon, łazienka i pokoiki. (Fot. Łukasz Gawroński)

Część ścian zburzyliśmy, zmieniliśmy też funkcje, jakie kiedyś pełniły określone pomieszczenia. Na przykład moja pracownia jest na dole, w miejscu, gdzie było serce domu, czyli kuchnia. Stał tu duży piec, który ogrzewał całe pomieszczenie. Wyburzyliśmy go i postawiliśmy niewielką kozę, która też daje ciepło.

Biurko artystki – w tym chaosie jest metoda. (Fot. Łukasz Gawroński) Biurko artystki – w tym chaosie jest metoda. (Fot. Łukasz Gawroński)

Pracownia sąsiaduje z piwnicą, więc z kolei latem panuje tu ożywczy chłód. W miejscu, gdzie kiedyś były pomieszczenia dla zwierząt, mamy teraz kotłowniopralnię. Z kolei na górze, tam, gdzie dziś są kuchnia i łazienka, dawno temu składowano siano, którego resztki znaleźliśmy na piętrze, kiedy kupowaliśmy dom.

Wanna, kupiona z drugiej ręki z domu zdrojowego, jest niewielka, ale głęboka. (Fot. Łukasz Gawroński) Wanna, kupiona z drugiej ręki z domu zdrojowego, jest niewielka, ale głęboka. (Fot. Łukasz Gawroński)

Podoba mi się, że domy na Śląsku są właśnie takie hybrydowe – mają w sobie coś starego i coś nowego, coś zostawionego i coś dobudowanego. Coś po każdych właścicielach. Nasz też się rozrasta, w tym roku planujemy na przykład zrobienie przed domem ogrodu zimowego.

Szklarnia, a w niej wyjątkowy okaz krzaku rozmarynu. (Fot. Łukasz Gawroński) Szklarnia, a w niej wyjątkowy okaz krzaku rozmarynu. (Fot. Łukasz Gawroński)

Jeślibym miała nazwać styl, w jakim urządziliśmy wnętrze, powiedziałabym chyba: miszmasz lub trochę ładniej – eklektyzm. Królują tu chaos i przypadek. Uwielbiam giełdę staroci w Cieplicach, która odbywa się w każdą niedzielę. Tam jest wszystko, więc my też mamy wszystko. Jak nam się coś spodoba – kupujemy, pewnie dlatego w domu jest tak wiele krzeseł. Są meble z lat 60., starocie, jest też trochę Ikei. Najwięcej mamy jednak używanych rzeczy, które pozornie do siebie nie pasują.

12-letnia Józia wygodnie umościła się w fotelu. (Fot. Łukasz Gawroński) 12-letnia Józia wygodnie umościła się w fotelu. (Fot. Łukasz Gawroński)

Urządzaliśmy się intuicyjnie i impulsywnie. Na przykład plakat z filmu „Happiness” Piotr kupił w poznańskim kinie Malta (już nieistniejącym). Wędrował on z nami z mieszkania do mieszkania, aż w końcu postanowiliśmy go przykleić na klej do tapet. To, że dziś zdobi jedną ze ścian, jest zwykłym przypadkiem. Jak wszystko w naszym domu. Na ścianach mamy też dużo obrazów, zdjęć, ceramiki. Najczęściej są to prace przyjaciół, lubię się nimi inspirować. Nasi goście często u nas malują. Zwłaszcza dzieciaki przyjaciół i kuzynostwa, po których zawsze coś u nas zostaje.

Na piętrze oprócz kuchni mieszczą się jeszcze salon, łazienka i pokoiki. (Fot. Łukasz Gawroński) Na piętrze oprócz kuchni mieszczą się jeszcze salon, łazienka i pokoiki. (Fot. Łukasz Gawroński)

Stan domowników na dziś: ja, Piotr (mój mąż), trzy starsze kundelki, kanapowce, 13 kotów w różnych podgrupach, bo część adopcyjnych, część schorowanych, a część wziętych od starszych pań, które nie mogły się nimi zajmować. Mamy jeszcze osobny drewniany domek z dużym wybiegiem dla psów uratowanych z łańcucha. Myślę, że po to właśnie mamy ten dom – dla zwierzaków.

Plakat do filmu „Happiness” pełni funkcję tapety. Marianna mówi, że to ateistyczny ołtarzyk, bo na środku wisi zdjęcie Jane Goodall z szympansem, na którym wygląda jak Matka Boska. (Fot. Łukasz Gawroński) Plakat do filmu „Happiness” pełni funkcję tapety. Marianna mówi, że to ateistyczny ołtarzyk, bo na środku wisi zdjęcie Jane Goodall z szympansem, na którym wygląda jak Matka Boska. (Fot. Łukasz Gawroński)

Można powiedzieć, że się nim zaopiekowaliśmy. I dzięki nam żyje. Ze smutkiem obserwuję, jak w naszej wsi opuszczone, ale nadal piękne domy zarastają krzakami i nikną w oczach. Choć zdarza nam się narzekać, że fajniej by było zamieszkać w zupełnie nowym budynku, z mniejszą liczba usterek do naprawiania i dostosowanym do naszego wzrostu (oboje jesteśmy wysocy) – to jednak wiem, że kocham ten dom. Czuję wzruszenie za każdym razem, kiedy wchodzę po schodach, lubię światło, które w nim panuje, po prostu lubię tu być.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Spotkania

Agnieszka Morawińska – w poczuciu misji

Agnieszka Morawińska: Jeśli jest przede mną przeszkoda, muszę ją przeskoczyć. To właściwie rozwiązanie zagadki mojego życia. (Fot. Szymon Szczęśniak/VISUAL CRAFTERS)
Agnieszka Morawińska: Jeśli jest przede mną przeszkoda, muszę ją przeskoczyć. To właściwie rozwiązanie zagadki mojego życia. (Fot. Szymon Szczęśniak/VISUAL CRAFTERS)
Była dyrektorką Zachęty i Muzeum Narodowego w Warszawie. Agnieszka Morawińska to wybitna historyczka i krytyczka sztuki. Siłaczka i niezależna myślicielka.

Kiedy dzwoniłem, wspomniała pani o wykładach, jakie ma dla dzieci. Uczy je pani sztuki?
Zaczęliśmy od psa, który zaprowadził dzieci do dziury w ziemi, jak się okazało, wejścia do jaskini – czyli od malowideł w Lascaux. Teraz jesteśmy przy gotyku. Fela ma osiem lat, Edzio pięć. To wnuki przyjaciółki. Wykłady przygotowuję i prowadzę tak samo jak akademickie. Zdarza się, że Fela przerywa: „Czy możesz powtórzyć ostatnie zdanie, bo nie do końca zrozumiałam?”. To dla mnie wielkie doświadczenie, ale i przyjemność. Czy te dzieci będą inne jak dorosną?

W 2016 roku dostała pani nagrodę „O!Lśnienia” za projekt „W muzeum wszystko wolno”. Dzieci od 6 do 14 lat podzielone w zespoły kuratorskie przygotowały wystawę.
Gdybym nie była dyrektorem Muzeum Narodowego, nie mogłabym tego zrobić. Dla pracowników to było organizacyjnie trudne przedsięwzięcie. Dzieci przychodziły w każdą sobotę o 10, zostawały do 15, dostawały obiad. Koledzy kuratorzy musieli przełamać obawy przed wpuszczeniem dzieci do magazynu. Dostały rękawiczki, były bardzo przejęte i dotykały grafiki i przedmiotów sztuki zdobniczej z największą ostrożnością. Jeżeli traktuje się dzieci poważnie i stawia przed nimi zadania, potrafią góry przenosić.

Ma pani wiarę, że kształtuje małego obywatela?
Dzieci to mali obywatele. Należą się im szacunek, uwaga i równe traktowanie. Korczak powinien być lekturą obowiązkową.

Pani wychowała się na Korczaku?
Ja się w ogóle dość specjalnie wychowywałam. Ojciec umarł, kiedy miałam pięć i pół roku, i moje życie zmieniło się dramatycznie. Natomiast ojczym, który się szybko pojawił, był przekonanym korczakowcem.

Pani urodziła się tuż przed powstaniem warszawskim. Rodzice poznali się w czasie wojny?
Moja mama skończyła przed wojną Centralny Instytut Wychowania Fizycznego. Przez rok uczyła w Zamościu i prowadziła letnie kursy w uzdrowisku w Druskiennikach, a w czasie wojny znalazła się w majątku swoich rodziców pod Krasnymstawem i zajęła się tkactwem. Miała talent artystyczny. Mój ojciec wychował się w Moczydłowie pod Górą Kalwarią. Miał bardzo światłą matkę, choć może nie do końca, bo wymarzyła sobie, że jej dziesiąte, cudem urodzone dziecko będzie księdzem. Studiował w Rzymie, w Meranie, a potem historię sztuki w Warszawie – był bardzo dobrze wykształcony. Był katolickim księdzem do roku 1938, kiedy wystąpił z tego interesu. Mama czasami przyjeżdżała do Warszawy. Któregoś razu, a był rok 1943, przyjechała do jakiegoś wybitnego dentysty, a znajoma, chcąc ją pocieszyć po bolesnym zabiegu, zawiozła ją do mojego ojca, który pracował w Muzeum Narodowym. Trzy razy się widzieli i wzięli ślub.

Dlaczego ojciec zrzucił sutannę?
Nie mogłam się tego dowiedzieć od matki, bo była jednak zdroworozsądkową sportówką, bez wglądu w duchowość. Stosunkowo niedawno opowiadała mi pani Maria Brandysowa, że kiedyś w Tatrach, w czasie bardzo złej pogody, mój ojciec był w schronisku, gdzie był też architekt Maciej Nowicki. O czym rozmawiać z księdzem w takim miejscu? No, o Panu Bogu. Potem spotkali się przypadkowo w Warszawie. Nowicki powiedział: „Ksiądz mnie przekonał”. Na co mój ojciec: „A siebie nie”.

Co rodzice robili w czasie powstania?
Ojciec miał skład broni w Muzeum Warszawy, w kamienicy Baryczków. Ale z domu na Służewie nie zdołał się przedostać na Stare Miasto. Z grupą sąsiadów, kobiet z dziećmi, siedzieli w malutkiej piwnicy naszego domu. Dom był na linii strzałów zza Wisły. Kiedy wybuchło powstanie, miałam miesiąc. Przy drzwiach stały torby, tylko brać i uciekać. Tymczasem uciekali oknem, bo Niemcy wstawili karabin maszynowy w okienko piwnicy, kto się uratował, ten się uratował. Wyłapali ich pod tym oknem, kazali iść, nie odwracać się. Ludzie byli więc przekonani, że poleci seria. Tymczasem wpadły na siebie dwa oddziały niemieckie, każdy z innej strony domu, i wywiązała się strzelanina, przez drzwi. Rodzice runęli w zboże, tuż za naszym płotem. Tak doszli do Natolina. Tam ojciec został obarczony łubianką z biżuterią Branickich. Mieli dziecko bez jednej pieluchy i łubiankę biżuterii, której byli niewolnikami. Zatrzymali się w jakiejś marmoladziarni, podobnie jak kilkadziesiąt osób. Łubiankę dostarczono do Nieborowa, gdzie Braniccy zostali zwiezieni razem z całą polską arystokracją.

A gdzie przetrwali rodzice?
W leśniczówce w Chojnowie, mama handlowała mydłem. Ojciec jeździł do spalonej Warszawy z misjami porządkowania muzeum, organizowanymi przez profesora Stanisława Lorentza [dyrektora Muzeum Narodowego między 1935 a 1982 rokiem]. Z całą grupą czekał na ciężarówkę pod gmachem BGK – i wtedy został ranny w kolana strzałami artylerii zza Wisły. Leżąc w szpitalu w Pruszkowie, zarządził, aby matka pojechała zobaczyć, co z jego rzeczy zostało w piwnicy kamienicy Baryczków na Starym Mieście. Wiadomo, co się tam działo. No i mama największym wysiłkiem znalazła pół obrazka. Zaraz go panu pokażę. Pewnie to jedna z najcenniejszych rzeczy, jakie mam. Ojciec kazał jej wrócić następnego dnia i znaleźć drugą połowę. A to było szukanie w trupach, w pierzu… W końcu rodzice znaleźli się w Wilanowie, gdzie ojciec – dawniej kustosz kolekcji Branickich – został mianowany kuratorem Wilanowa jako oddziału Muzeum Narodowego w Warszawie. Dość szybko MSZ powołało go do rewindykacji dzieł sztuki. Wyjechał do Berlina, gdzie z mamą dołączyłyśmy, potem przenieśliśmy się do Baden-Baden. Kiedy nasz dom został odbudowany, wróciliśmy do Warszawy. No i już miało być życie tutaj, ale ojciec został wysłany do Rzymu, by stworzyć Instytut Kultury Polskiej. Zdążyliśmy się tam trochę zadomowić, ojciec pojechał na kilka dni do Warszawy. Anna Branicka zobaczyła go na przystanku trolejbusu, koło ASP, dziwnie się zachowywał. Upadły mu rękawiczki, podniosła je. Upadła teczka. Zawiozła go do szpitala.

Rozumiała pani, co się stało?
To musiało być straszne przeżycie, bo wszystko mam wymazane. Pamiętam tylko, jak moja mama biega po Rzymie, chcąc wejść do kościoła, a jest akurat sjesta i wszystkie są zamknięte. Klamki z mojej perspektywy bardzo wysoko. Druga scena – pociąg. Mama usiłuje mi czytać jakąś książeczkę i powtarza, że to nieporozumienie, że zdarzają się takie przypadki…

To prawda, że mama zaczynała zawsze od „trzeba”?
Albo od „muszę”. Mam to po niej. Jeśli jest przede mną przeszkoda, muszę ją przeskoczyć. To właściwie rozwiązanie zagadki mojego życia.

Mija 30 lat od jednej z najważniejszych polskich wystaw, „Artystki polskie”, na której pokazała pani około 200 obiektów.
Ta wystawa była trochę jak apel, żeby się sprawdzić, przeliczyć, zobaczyć, bo temat był tu wciąż nierozeznany. Dość długo byłam w Ameryce, między innymi na stypendiach Harvarda, USIA i IREX. Kiedyś w ciągu sześciu tygodni objechałam 16 ośrodków muzealnych, to były nie tylko Nowy Jork, Boston czy Waszyngton, lecz także Saint Louis, Minneapolis czy Detroit (gdzie przedtem zresztą robiłam wystawę). Formujące doświadczenie, bo zrozumiałam, że amerykańska akademia w swoim najlepszym wydaniu jest rajem. Nazwałabym to poczuciem absolutnej wspólnoty uczonych i wolności myśli, podczas gdy my w tamtym czasie mieliśmy bardzo ograniczone drogi myślenia i działania. Miałam kontakty z rozmaitymi historyczkami i historykami sztuki, wiedziałam, że tam sztuka kobiet jest hot. U nas nikt się nią nie zajmował.

„Następna wystawa będzie łysych?” – zapytała minister kultury.
Wiem, musi cierpieć, bo jej to wypominam. Ale właśnie takie było wtedy podejście.

To była pani najważniejsza wystawa?
Również „Malarstwo polskie XXI wieku” w Zachęcie w 2006 roku, po takim okresie, kiedy wydawało się, że malarstwo jest już dziedziną passé. Tymczasem udało się uzbierać uderzającą wystawę, włącznie z vlepkami, muralami, wideo.

Agnieszka Morawińska: Obejmowałam Zachętę i Muzeum Narodowe z poczuciem misji, bo powierzano mi coś drogocennego. Za swój święty obowiązek uważałam zadbać o ten dar. Jestem propaństwowcem. (Fot. Szymon Szczęśniak/VISUAL CRAFTERS)Agnieszka Morawińska: Obejmowałam Zachętę i Muzeum Narodowe z poczuciem misji, bo powierzano mi coś drogocennego. Za swój święty obowiązek uważałam zadbać o ten dar. Jestem propaństwowcem. (Fot. Szymon Szczęśniak/VISUAL CRAFTERS)

Gdyby dzisiaj powtarzała pani „Artystki polskie”, na co zwróciłaby pani uwagę?
Na pewno dokonałabym większej selekcji. Wolałabym pokazać, jakie były dobre, a nie jak wiele ich było. Ale kiedy nad nią pracowałam i robiłam dokumentację, to ich przybywało i przybywało…

Którym kobietom najwięcej pani zawdzięcza?
Zaskoczył mnie pan. Niewątpliwie mojej mamie. W Ameryce spędziłam rok w jednym pokoju z Carolyn Kolb Lewis, historyczką sztuki. To była moja wielka przyjaciółka, latami prenumerowała dla mnie „Art Bulletin” i „Art Journal”, widywałyśmy się przy każdej możliwej okazji, odwiedzała mnie w Polsce, czułam, że bez przerwy o mnie myśli. Umarła na raka płuc, chociaż nigdy nie paliła. To od niej zaznałam absolutnego wsparcia. Czasem mam wyrzuty sumienia… Wiele zawdzięczam Hani Wróblewskiej, zachowała bardzo taktowną, lojalną postawę w czasie „przewrotu” w Zachęcie. Muszę wymienić Iwonę Danielewicz-Włodarczyk, w Muzeum Narodowym, nawet kiedy było najtrudniej, stała za mną murem.

A artystki?
Krystiana Robb-Narbutt, malarka. Miała w sobie słodycz życia. Jacek Sempoliński [malarz] mówił, że jest kobietą jedwabną, była arcydelikatna.

Jak wyobrażała sobie pani przyszłość, kiedy na studiach wpadała pani – jak sama mówi – w życie towarzyskie?
Chciałam mieć wolny zawód, myślałam o pracy naukowej, może publicystyce. Pojawiły się możliwości wyjazdów na czyjeś zaproszenie. Kupowało się pięć dolarów i z puszką kawioru do sprzedania jechało się do Paryża. W kawiarni hotelu Bristol spotykała się grupka kolegów historyków sztuki, niektórzy byli rok wyżej, rok niżej. Mieliśmy znakomite pomysły. Robiliśmy kabarecik u mnie w domu. Byliśmy wyraziści, widoczni na Krakowskim Przedmieściu, zatrzymywano nas, pytano, skąd jesteśmy. „Z technologii drewna” – odpowiadało się takim kodem. Moja matka mówiła: „Dolce vita, tylko bez pieniędzy”. Program studiów obejmował tak zwane objazdy. Był autokar i opracowana trasa: „Od zabytka do zabytka wyciągniemy wnet kopytka”. Oglądaliśmy kościół po kościele, pałac po pałacu...

Żadnych marzeń o muzeum?
Muzea były obsadzone wiekowymi osobami. Panował zatęchły styl muzealnej elegancji. Korytarzem Muzeum Narodowego w Warszawie szła pani Maria Markiewicz, kustoszka działu tkanin, i niosła na wyciągniętej łyżce jajko, które ktoś jej ugotował na miękko. Może za głupia byłam, bo jednak muzeum jest świetnym warsztatem pracy. Ale wydawało mi się, że to nie na mój temperament. Po powrocie ze stypendium Harvarda zapytałam o pracę w Instytucie Sztuki Polskiej Akademii Nauk. „Proszę pani, to duża instytucja, może jest etat, ale zastanawiam się, czy chcę to zrobić dla pani”. Nie, to nie, podziękowałam temu dyrektorowi. I wtedy dostałam od profesora Lorentza propozycję pracy. Wie pan, jak to jest wrócić z Georgetown i zatrudnić się w Muzeum Narodowym, pięć osób w jednym pokoju i nikt nie chce słuchać, co też w tej Ameryce?

Została pani 16 lat, między innymi tworząc Galerię Malarstwa Polskiego.
Jednak było dużo ciekawej pracy – jako kurator zrobiłam kilka ważnych wystaw malarstwa polskiego za granicą, w Kilonii, Stuttgarcie, Lucernie, Nowym Jorku i Waszyngtonie, no i bardzo ważną wystawę symbolizmu w Detroit. I jeśli chodzi o jakość, to ta wystawa na pewno było najlepsza.

Dyrekcję Zachęty objęła pani po głośnym odejściu Andy Rottenberg.
To był straszny moment. Zachęta była obciążona wielkimi długami. W dodatku nadal rozmaite osoby próbowały zaistnieć, nagłaśniając rzekome skandale w Zachęcie. Nie do końca spełniałam nadzieję tych, którzy oczekiwali, że ugrzecznię Zachętę. Z drugiej zaś strony podszczypywali mnie zwolennicy ostrzejszej linii Andy.

Nie bała się pani porównania do poprzedniczki, charyzmatycznej liderki?
Nie mam żadnych pretensji do charyzmy. Pewnie jeden szef musi być taki, drugi – inny. Starałam się wykorzystać wszystkie talenty i umiejętności współpracowniczek i chyba przez te dziewięć lat nic nie napsułam, a może i coś naprawiłam. To świetne kuratorki, powiększyłam zespół o parę osób. Zachęta w mojej karierze to był pałac cukiereczek. Miałam do czynienia z bardzo chętnymi, młodymi, pełnymi zapału kobietami i fascynującymi współczesnymi artystami z całego świata.

Dlaczego zdecydowała się pani odejść?
Chciałam już przejść na emeryturę. Zajmowanie się sztuką współczesną to sprawa pokoleniowa. Jeżeli nie można artystom towarzyszyć tak jak rówieśnikom, trzeba się wynosić. Każdy krytyk zajmujący się sztuką współczesną na ogół daje radę z jednym pokoleniem, swoim. Zobaczyłam, że Hania Wróblewska, moja prawa ręka, jest doskonale przygotowana, aby kierować Zachętą. Poszłam do ministra, żeby mu to powiedzieć. Zaproponował mi dyrekcję Muzeum Narodowego. Odchodziłam z poczuciem dobrze wykonanej pracy i przekonaniem, że dopiero teraz przede mną przygoda życia.

Tymczasem profesor Lorentz przekonywał, że kobieta nigdy nie była i nie będzie dyrektorem Muzeum Narodowego.
To by się zdziwił. Mam do niego stosunek ambiwalentny. Z jednej strony był zaprzyjaźniony z moimi rodzicami, z drugiej – miał bardzo nieprzyjemną cechę: uważał, że mu wolno więcej niż innym i że cel uświęca środki. Zupełnie inaczej niż [Jan] Białostocki, mój ukochany profesor. Gradacja gradacją, ale był kolegą. Ukochany człowiek, autorytet, dla mnie taki zastępca ojca. Wie pan, ja się w tym muzeum czułam absolutnie na swoim miejscu. W Zachęcie to było stąpanie po kruchym lodzie, tu nie musiałam wychodzić na korytarz, a wiedziałam, co się dzieje. Zadziwiające, jak długo trwają schematy.

Za pani dyrekcji zdarzało mi się stać w gigantycznych kolejkach, choćby na wystawę Gierymskiego.
Otwierałam muzeum wystawą „Wywyższeni. Od faraona do Lady Gagi” pod kierunkiem profesora Krzysztofa Pomiana, poświęconą mechanizmom władzy, hierarchiom społeczeństw od starożytności po współczesność, ikonografii władzy. Entuzjazm widzów wzbudzały wystawy monograficzne, a więc także Olga Boznańska, Józef Brandt. Ważna była wystawa Piotra Rypsona „Krzycząc: Polska! Niepodległa 1918” konfrontująca przedstawienia wydarzeń historycznych i politycznych z przemianami polskiej sztuki na progu niepodległości. Wystawa otwarta już po mojej rezygnacji, niewygrana do końca, bo Piotr Rypson został zwolniony przez nowego dyrektora.

I kiedy maszyneria ruszyła pełną parą, pani złożyła rezygnację.
Bo został zakręcony kurek i przestaliśmy dostawać pieniądze z grantów ministerialnych, z których robiliśmy wystawy. Zabrakło 4 milionów. No więc co miałam robić? Miałam nadzieję, że trochę nastraszę pana ministra. Przeliczyłam się.

Żałuje pani?
Nie, miałam kontrakt do końca 2018 roku, odeszłam pół roku wcześniej, za to z przytupem. Obejmowałam Zachętę i Muzeum Narodowe z poczuciem misji, bo powierzano mi coś drogocennego. Za swój święty obowiązek uważałam zadbać o ten dar. Jestem propaństwowcem.

Dlatego wcześniej, w 1991 roku, objęła pani stanowisko wiceministra kultury?
Marek Rostworowski, ówczesny minister [krytyk i historyk sztuki], był ze mną zaprzyjaźniony, a ja chciałam mu pomóc. Ale przede wszystkim mieliśmy do wykonania ważne zadanie, pracowaliśmy w uniesieniu. Wierzyliśmy, że po latach komunizmu nastąpi w Polsce wielka zmiana. Gdyby żył Rostworowski, może zrobiłby dzisiaj kolejny „Polaków portret własny” [tytuł wystawy z 1979 roku].

Czego byśmy się dowiedzieli?
Że jesteśmy inni, niż kiedyś sobie wyobrażaliśmy.

Czy teraz sztuka może przemówić do społeczeństwa?
Jest donośna w grafice czarnego protestu. Wspaniała jest ta błyskawica. Mówi się, że inter arma silent Musae – w czasie wojny milczą muzy – ale nie wiem, czy to prawda.

Agnieszka Morawińska, dyrektorka Zachęty – Narodowej Galerii Sztuki (2001–2010) i Muzeum Narodowego w Warszawie (2010–2018). Była podsekretarzem stanu w Ministerstwie Kultury i Sztuki (1991–1992) i ambasadorką Rzeczypospolitej Polskiej w Australii (1993–1997). Autorka wielu wystaw, między innymi: „Artystki polskie”, „Malarstwo polskie w czasach Fryderyka Chopina”, „Przedwiośnie. Polska 1880–1920”, „Inwazja dźwięku”.

  1. Kultura

Urban Art Area – największa polska wystawa street artu

Wystawa Urban Art Area potrwa od 10 lipca do końca wakacji w Centrum Praskim Koneser w Warszawie. (Fot. materiały prasowe)
Wystawa Urban Art Area potrwa od 10 lipca do końca wakacji w Centrum Praskim Koneser w Warszawie. (Fot. materiały prasowe)
W Centrum Praskim Koneser 10 lipca rusza wystawa Urban Art Area. Zobaczymy na niej prace kilkudziesięciu twórców sztuki miejskiej, a także będziemy mogli uczestniczyć w spotkaniach z artystami i znawcami tematu, którzy go przybliżą, opowiedzą jak i gdzie kupować taką sztukę oraz zaprezentują najgorętsze nazwiska.

Od wielu już lat obserwujemy artystyczne kreowanie przestrzeni miejskiej. Chcąc zagłębić się w zjawisko określane mianem „urban art” dobrze jest zacząć od takich nazwisk jak Jean Michel Basquiat, Keith Haring czy Andy Warhol. To właśnie ci amerykańscy prekursorzy nurtu pop-art, street art i graffiti zapoczątkowali współczesną sztukę uliczną. Początki polskiego street artu sięgają lat 90. Nurt ten błyskawicznie rozbudził wrażliwość młodych zdolnych, aby dziś można było zobaczyć przestrzeń w zupełnie nowy, oryginalny sposób.

Sztuka uliczna na całym świecie porusza ważne kwestie skłaniając odbiorcę do refleksji nad tematami takimi jak ekologia, polityka, wojna, rasizm, konsumpcjonizm, łamanie praw człowieka. Urban art to sztuka nietrwała, ulotna, intrygująca i inspirująca, bywa także nielegalna, co paradoksalnie wpływa na jej atrakcyjność. Polski urban art to autonomiczna forma wypowiedzi artystycznej zaangażowanych artystów, którzy z dużym powodzeniem działają na polu sztuki na całym świecie.

Leonarda Art Gallery we współpracy z Centrum Praskim Koneser przez całe wakacje, rozpoczynając 10 lipca, zaprezentuje prace artystów z kraju i ze świata uprawiających sztukę urban art w ramach Urban Art Area. To wydarzenie artystyczne, nie bez powodu, odbędzie się na warszawskiej Pradze, skąd wywodzi się liczne streetartowe środowisko. Podczas Urban Art Area możemy spodziewać się wielu spotkań z artystami i znawcami tematu, którzy nam go przybliżą, opowiedzą jak i gdzie kupować taką sztukę, zaprezentują najgorętsze nazwiska.

(Fot. materiały prasowe)(Fot. materiały prasowe)

(Fot. materiały prasowe)(Fot. materiały prasowe)

(Fot. materiały prasowe)(Fot. materiały prasowe)

Na dziedzińcu Konesera powstaną na żywo wielkie murale i instalacje przestrzenne (będzie można je oglądać od 10 lipca do 30 sierpnia), natomiast w hali Butelkownia od 10 do 24 lipca zostaną zaprezentowane prace czołowych reprezentantów tego nurtu (rzeźby, obrazy, instalacje malarskie i przestrzenne). Przez dwa miesiące będzie także działał Urban Art Concept Store. Będzie to galeria o oryginalnym streetartowym wystroju i starannie wyselekcjonowanym asortymencie. Ideą naszego Concept Store będzie umożliwienie klientowi zakupu dzieł poczynając od wlepek poprzez specjalną w limitowanych seriach odzież, obuwie, kończąc na unikatowych dziełach jak malarstwo na płótnie, grafiki, rzeźby.

  1. Styl Życia

Florystka królowej Elżbiety i jej skandaliczne bukiety

Constance Spry i bukiet inspirowany jej twórczością z wiosennych ogrodowych kwiatów – zawilców, tulipanów, hiacyntów. Mocnym akcentem są zielone dzwonki irlandzkie, lekkości dodają drobne kwiatki wawrzynka wilczełyko. (Fot. Forum; kwiatyimiut.pl)
Constance Spry i bukiet inspirowany jej twórczością z wiosennych ogrodowych kwiatów – zawilców, tulipanów, hiacyntów. Mocnym akcentem są zielone dzwonki irlandzkie, lekkości dodają drobne kwiatki wawrzynka wilczełyko. (Fot. Forum; kwiatyimiut.pl)
Życie Constance Spry – florystycznej rewolucjonistki – było tak malownicze i kolorowe, jak jej bukiety. Choć nie zawsze usłane różami, które tak kochała.

Bukiet z kapusty, orchidee w słoikach, pompony dalii obok truskawek... Dzisiaj nie dziwią takie pomysły, ale 100 lat temu mogły się zrodzić tylko w głowie Constance Spry – florystki, której zasadą był brak zasad, przynajmniej we florystyce. Connie zachęcała do improwizacji, łamała schematy, łączyła kwiaty, których wcześniej nie wolno było łączyć, bawiła się ich kolorami, kształtami i fakturą tak, jak nie ośmielił się nikt wcześniej. To ona wprowadziła do bukietów ogrodowe i polne kwiaty, siejąc sensację i zgorszenie nie tylko we florystycznym światku. A obecność w aranżacjach chwastów, owoców i bezlistnych gałązek niejednego florystę przyprawiła o palpitacje serca.

Ta miłośniczka naturalnego piękna w pojedynkę zrewolucjonizowała sztukę układania kwiatów na wszystkich kontynentach. Dlatego dzisiaj, widząc „odlotowy” bukiet lub pomysłową florystyczną aranżację, powinniśmy dziękować właśnie Constance Spry, która doradzała: „Róbcie, co wam się podoba, podążajcie za swoją gwiazdą… Otwórzcie umysły na każdą formę piękna”.

Korek na Old Bond Street

Przyjaciółka Connie, pisarka i ogrodniczka Beverley Nichols, dzieliła sztukę układania kwiatów na erę „przed-Spry” oraz „po Spry” – i to nadal jest prawdą. Era „po Spray” rozpoczęła się pewnego jesiennego ranka 1929 roku, przed ekskluzywną perfumerią Atkinson’s na londyńskiej Old Bond Street. Zebrane tam tłumy zatamowały ruch uliczny i trzeba było wzywać policję. Powodem zbiegowiska okazała się dekoracja w witrynie perfumerii, stworzona z chmielu, porostów, jesiennych liści, owoców i zielonych orchidei. Jej autorką była Constance Spray – wówczas nieznana florystyka. Jak do tego doszło, że bukiety z pospolitych roślin i ich skromna autorka przyciągnęły takie tłumy?
Connie była wówczas dyrektorką szkoły dla slumsów na East Endzie. Zauważyła, że jej uczniom – małoletnim robotnikom fabrycznym – najwięcej radości sprawiają proste bukiety z fiołków, piwonii i innych roślin, które przynosiła na lekcje ze swojego ogrodu. Nic dziwnego, na cięte kwiaty mało kogo było wówczas stać. Connie postanowiła to zmienić. Przekonała uczniów, że kwiaty mogą zdobić nawet biedne domy – wystarczy wyobraźnia. Wszak bukiet łatwo zrobić samemu z przydrożnych roślin i wstawić do dowolnego naczynia, choćby do… słoika po dżemie.
Florystyczna pasja szybko zjednała jej przyjaciół w świecie sztuki i teatru. To właśnie jeden z nich – scenograf Norman Wilkinson, zlecił jej udekorowanie witryny perfumerii, uruchamiając lawinę dalszych zamówień, m.in. z salonów Elizabeth Arden. 43-letnia Connie stała się sławna i znana w snobistycznych kręgach. Postanowiła iść za ciosem, zrezygnowała z nauczania i otworzyła kwiaciarnię Flower Decorations w londyńskiej dzielnicy Pimlico.

Bukiet z peoniami w towarzystwie delikatnej ptasiej wyki inspirowany twórczością Constance Spry. (Fot. anothermag.com)Bukiet z peoniami w towarzystwie delikatnej ptasiej wyki inspirowany twórczością Constance Spry. (Fot. anothermag.com)

Bukiety pod strzechy

Historia Connie to opowieść o Kopciuszku, który zawędrował z robotniczego miasta Derby do perfumowanych i bogatych salonów Londynu, by stać się jedną z najpopularniejszych i najbardziej wpływowych kobiet swych czasów. Zdemokratyzowała florystykę – dzięki niej kwiaty zaczęły trafiać „pod strzechy” i stały się dostępne nie tylko dla bogaczy, ale i mieszkańców slumsów. Traktowała na równi szlachetną różę i skromny chaber, przetrząsała strychy i szafki kuchenne w poszukiwaniu blach do pieczenia, waz, słoików i innych naczyń, które mogły służyć za wazony… Nienawidziła sztywnych wiązanek z goździków i popularnych chryzantem. Namawiała gospodynie domowe, by nie stylizowały bukietów według dotychczasowych sztywnych reguł. „Nie akceptuj żadnych zasad, traktuj kwiaty jak paletę z farbami, która ubarwi twój świat” – powtarzała.

Życie jak serial Netflixa

Na pozór Constance była konwencjonalna jak pączek róży: kwiaciarka z towarzystwa, szanowana kobieta prowadząca własną firmę... W rzeczywistości jednak rozwiodła się, zostawiając męża i dziecko w Irlandii – co wówczas było skandaliczne. Do tego doświadczyła przemocy małżeńskiej, a po rozwodzie żyła w pozornym małżeństwie oraz w lesbijskim romansie. Ale po kolei…
Urodzona w Derby w 1886 roku Constance była najstarszym dzieckiem urzędnika kolejowego. Wkrótce rodzina przeniosła się do Irlandii, gdzie dziewczyna studiowała higienę, fizjologię i pielęgniarstwo. Kiedy poślubiła miejscowego kierownika kopalni, przeniosła się do miasteczka Coolbawn, gdzie po raz pierwszy w życiu miała swój ogród i okazję do rozwijania florystycznej pasji. W czasie I wojny światowej była sekretarzem Czerwonego Krzyża w Dublinie. Po dwóch latach przerwała swe nieszczęśliwe małżeństwo, w którym dochodziło do przemocy, i razem z synem Antonim wyjechała do Anglii, by pracować w opiece społecznej. Tu została dyrektorką wspomnianej już szkoły…. W Londynie poznała i pokochała z wzajemnością urzędnika służby cywilnej Henry'ego Spry'ego, znanego jako Shaw, który zachęcał ją do rozwijania florystycznej pasji. Jej wybraniec niestety był żonaty, aż do śmierci mieszkali więc razem udając, że są małżeństwem. Bywało różnie – on miał długotrwały romans z jedną z pracownic kwiaciarni założonej przez Connie, a ona czteroletni lesbijski związek z pewną malarką.
Kiedy Spry otworzyła własną kwiaciarnię, niewielu wróżyło jej powodzenie w biznesie. „Daję jej dwa tygodnie”, powiedział jeden z menedżerów giełdy kwiatowej w Covent Garden, gdzie przyjeżdżała po towar. Wkrótce przekonał się, jak bardzo się mylił!

Nowoczesne podejście Constance do kwiatów jednych odpychało, a innych przyciągało jak magnes. (Fot. Wikipedia)Nowoczesne podejście Constance do kwiatów jednych odpychało, a innych przyciągało jak magnes. (Fot. Wikipedia)

Bukiety skandalu

Connie coraz bardziej szokowała swoimi pracami. Bo kto słyszał, żeby robić bukiety z jarmużu czy rabarbaru i wstawiać je do słoików? Spry sięgała po rośliny, na które profesjonalista nawet by nie spojrzał – wykwintne orchidee łączyła z liśćmi kapusty, szklarniowe róże z gałązkami jeżyn, pomarańczowe lilie z koprem włoskim, a dalie z liśćmi truskawek. Wierzyła, że przy odrobinie inwencji można wyczarować piękno „za pensa”. I takie były jej aranżacje. Jedna z nich – roślinna oprawa ślubu lady Violet Bonham Carter i Jo Grimonda – wywołała prawdziwą florystyczną wojnę. Connie ozdobiła bowiem kościelną nawę trybulą leśną – przydrożnym chwastem o pierzastych liściach i drobnych białych kwiatkach. Osiągnęła zjawiskowy efekt, jednak dla wielu jej pomysł był zbyt ekscentryczny.
Floryści i dziennikarze nie szczędzili Connie złośliwości. Pisali: „Nie zdziwcie się, jeśli na przyjęciu ślubnym z wazonu spośród róż wyjrzy rzepa”. Nowoczesne podejście Constance do kwiatów jednych odpychało, a innych przyciągało jak magnes. Spry szybko stała się ulubioną florystyką angielskiej society. A kwiaciarnia Flower Decorations odniosła niemały sukces – po kilku latach zatrudniała 70 osób!

Florystka królowej Elżbiety

Connie, tworząc kompozycje, szukała natchnienia nie tylko w naturze, ale też w… muzeach. Inspirowały ją zwłaszcza XVII-wieczne martwe natury pędzla malarzy holenderskich, pełne gry światła i cienia. Starała się podobne klimaty przenosić do swych dekoracji, które trafiły w gusta samej rodziny królewskiej i coraz częściej trafiały do rezydencji m. in. księcia Kentu Jerzego i księcia Walii - przyszłego króla Edwarda VIII. Constance wzięła nawet udział w królewskim skandalu, komponując kwiatową oprawę ślubu księcia Walii z Wallis Simpson – Amerykanką i w dodatku dwukrotną rozwódką! Wszyscy odwrócili się od tej pary – wszyscy oprócz Connie, zaprzyjaźnionej z panną młodą.
Gest ten kosztował ją kilka lat przerwy w kontaktach z dworem, ale nadal przyciągała szykowne klientki i rozwijała florystyczną pasję. Podczas II wojny światowej prowadziła wykłady dla kobiet jeżdżąc po całym kraju, zachęcając do uprawy w przydomowych ogrodach jadalnych roślin. Po wojnie wraz z przyjaciółką i świetną kucharką Rosemary Hume otworzyła szkołę kulinarną w Winkfield Place, niedaleko Ascot w hrabstwie Berkshire, w której uczyła gotowania, zdrowego odżywiania i wielu innych praktycznych umiejętności. Wkrótce wraz z Hume opublikowała bestseller „książka kulinarna Konstance Spry”, rozpoczynając rewolucję również w sztuce kulinarnej.
Dopiero w 1952 roku Constance ponownie dostała zlecenie z Pałacu Buckingham - na kwiatową oprawę koronacji królowej Elżbiety II. Studentów szkoły w Winkfield poproszono zaś o przygotowanie obiadu dla delegatów z zagranicy. Hume wymyśliła dla nich nowe słynne danie – Coronation Chicken (połączenie gotowanego na zimno mięsa z kurczaka, ziół i przypraw oraz sosu na bazie majonezu).

Piękno za kilka pensów

Connie napisała 13 książek o układaniu kwiatów i pielęgnacji roślin, pełnych praktycznych wskazówek typu: jak przedłużyć trwałość kwiatów w bukiecie? Radziła na przykład, by końce gałązek bzu i drzew owocowych miażdżyć wałkiem przed wstawieniem do wody, paprociom fundować chłodną kąpiel, a końce łodyg maków przypalać nad ogniem. Rady te florystyczny świat stosuje do dziś. Florystka zaprojektowała też własną kolekcję płytkich wazonów w stylu Art Deco (dla marki Fulham Pottery), które teraz mają status kolekcjonerski.
Constance z upodobaniem oddawała się w Winkfield swej kolejnej pasji – uprawie zapomnianych odmian róż, które wyszły z mody. Nic dziwnego więc, że ceniony hodowca tych kwiatów David Austin nazwał pierwszą uzyskaną przez siebie odmianę „Constance Spry”. To jedna z najsłynniejszych róż świata – silna i odporna na przeciwności jak jej imienniczka.

Róża odmiany Constance Spry. (Fot. dzięki uprzejmości Davida Austin Roses)Róża odmiany Constance Spry. (Fot. dzięki uprzejmości Davida Austin Roses)



Twórczość Spray wywoływała kontrowersje również po śmierci florystyki, która na początku 1960 roku w wieku 74 lat spadła ze schodów i zmarła godzinę później.

W 2004 r. w londyńskim Muzeum Designu zorganizowano retrospektywną wystawę jej florystycznej twórczości. Jednak założyciele muzeum – Sir Terence Conran i James Dyson – poddali w wątpliwość artystyczną wartość prac Spry i zagrozili rezygnacją, jeśli wydarzenie będzie kontynuowane. Ich groźby zostały zignorowane, a wystawa odniosła ogromny sukces.

Bukiet inspirowany twórczością Constance Spry - zrób to sam

  1. Styl Życia

Miejska dżungla jest w modzie

Fot. Michał Sierakowski
Fot. Michał Sierakowski
Jeśli lubisz rośliny, a twoje mieszkanie zaczyna przypominać miejską dżunglę, przeczytaj rozmowę z Beatą Małyską i Remkiem Zawadzkim, założycielami znanego profilu na Instagramie Warsawjungle, opublikowaną w książce "Projekt rośliny". Znajdziecie w niej mnóstwo ciekawych porad dla miłośników roślin doniczkowych.

Beata jest artystką wizualną, fotografem i konsultantem muzycznym, Remek – producentem i realizatorem dźwięku. Pół roku temu założyli profil instagramowy warsawjungle, żeby pokazywać innym dżunglę, którą hodują w swoim mieszkaniu w centrum Warszawy.

Kiedy uznaliście, że chcecie mieć w domu kolekcję roślin?
Beata: Zainteresowanie roślinami w obu przypadkach było w genach – moi rodzice zawsze trzymali w domu mnóstwo okazów. Przyzwyczaiłam się do tego, że są, więc aranżując nasze wspólne mieszkanie, wiedziałam, że nie może ich zabraknąć.
Remek: A ja wychowałem się w sąsiedztwie lasu, więc rośliny zawsze były wokół mnie. Choć przyznaję, że do niedawna zwracałem
uwagę głównie na te, które rosną poza domem, bo te w pomieszczeniach traktowałem jak meble, które stoją na swoim miejscu od
lat i z czasem przestaje się je zauważać.
B: Kiedy wyprowadzałam się z domu, wzięłam te rośliny, które miałam u siebie w pokoju. Było ich może ze dwadzieścia. Dostaliśmy też kilka roślinnych prezentów, między innymi od mojego taty, trochę od mamy Remka, a trochę kupiliśmy sami.

Fot. Michał SierakowskiFot. Michał Sierakowski



A jeśli już kupujecie, to jakich roślin szukacie?
R: Powoli wchodzimy w fazę poszukiwania rzadszych gatunków, bo te dostępniejsze już mamy.
B: Staramy się wyszukiwać perełki, ale nie wszystko aż tak drobiazgowo planujemy. Z naszym najnowszym okazem, kalateą, było tak, że pojechałam do sklepu po coś zupełnie innego, a wróciłam z nią. Zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Musiałam się tylko zastanowić, czy zmieścimy ją w mieszkaniu i czy będzie miała dostatecznie dużo światła.

Kto opiekuje się roślinami, kiedy wyjeżdżacie na dłużej?
R: Nie mam dużej wiedzy na temat pielęgnacji roślin, więc kiedy Beata wyjeżdżała, zostawiła mi kartkę, na której kolorami były wyszczególnione trzy kategorie: „nie podlewać”, „podlać raz w tygodniu” i „podlać dwa razy w tygodniu, ale najpierw sprawdzić, czy na pewno ma suchą ziemię”.
B: Do doniczek poprzyczepiałam karteczki z kolorami, więc od razu było widać, które rośliny należą do danej kategorii.
R: Nic nie zdechło.
B: Ale jedna doniczka ci spadła, na szczęście zielistka, która się w niej znajdowała, szybko się rozmnaża, więc strata nie była wielka.

Fot. Michał SierakowskiFot. Michał Sierakowski

Bardzo rozpaczacie, kiedy wasza roślina umiera?
B: Jest nam trochę smutno, bo jesteśmy przywiązani do naszych roślin, ale nie należy się bać porażek. W ogóle „porażka” to trochę zbyt duże słowo, można raczej mówić o niepowodzeniu. Wiadomo, że szkoda rośliny, ale świat się na niej nie kończy.
R: Poza tym staramy się też w porę reagować, żeby zapobiegać stratom. Roślina nie zdycha z dnia na dzień. Nasze mieszkanie jest stosunkowo ciemne. Kiedy widzimy, że którejś brakuje światła, to Beata zabiera ją do pracy na zimowe wakacje, bo w jej biurze jest dużo jaśniej niż u nas.

Fot. Michał SierakowskiFot. Michał Sierakowski



Co wam się podoba w roślinach?
B: Rośliny w mieszkaniu dają spokój i schronienie przed nadmierną dynamiką miasta. No i bez roślin wnętrze jest mniej przyjazne. Niby można upiększyć mieszkanie czymś innym, na przykład obrazami czy grafikami, ale natura to jednak coś szczególnego. Roślin możesz dotknąć, coś im powiedzieć.

Fot. Michał SierakowskiFot. Michał Sierakowski

Od czego powinien zacząć ktoś, kto nie ma roślin w domu, ale chciałby je mieć?
R: Dla mnie podstawowe kryterium to warunki w mieszkaniu. Nie warto brać tego, co się po prostu podoba, trzeba najpierw sprawdzić, czy to będzie u ciebie rosło. Bez sensu kupować coś, co na pewno padnie.
B: A moim zdaniem trzeba zaspokoić swoje estetyczne potrzeby, bo przecież nikt nie chce hodować roślin, które mu się nie podobają.
Oczywiście nie ma sensu brać czegoś, co uschnie od razu, ale ważne, żeby roślina cieszyła oko.

Fot. Michał SierakowskiFot. Michał Sierakowski

Na co trzeba uważać?
R: Kiedy przychodzi moda na daną roślinę, często jej cena w popularnych sklepach jest absurdalnie windowana.
B: Przykładem jest gałęzatka kulista – roślina, która żyje w wodzie. Niedawno przeczytałam, że gałęzatkę można dostać tylko w specjalistycznym sklepie w Stanach, a ja kupiłam ją za dychę w lokalnym sklepie zoologicznym. Pewnie niedługo ktoś będzie za nią płacił majątek, bo stanie się modna.

Fot. Zwierciadlo.plFot. Zwierciadlo.pl



Jak narodził się pomysł na pokazywanie roślin na Instagramie?
B: Tematy roślinne przerabialiśmy już wcześniej – trzy lata temu robiliśmy wystawę moich fotografii krajobrazu, do której Remek stworzył muzykę, a potem dostaliśmy propozycję zrobienia filmu o Warszawie przyszłości, który opowiadał o naturze i zieleni w mieście.
R: Dzięki tym projektom zauważyliśmy, że jest dużo ludzi, którzy interesują się roślinami. Założyliśmy profil na Instagramie, żeby do
nich dotrzeć.

Rozmowa pochodzi z książki „Projekt rośliny” Weroniki Muszkety i Oli Sieńko, wyd. Buchmann

  1. Styl Życia

Jak wieszać obrazy nad stołem?

Fot. materiał partnera
Fot. materiał partnera
Obrazy są jednym z najłatwiejszych pomysłów na ozdobienie wnętrza. Oryginalne malowidła powieszone w salonie, czy sypialni nadadzą pomieszczeniu wyjątkowego charakteru. Obrazy mogą stanowić także wyróżniający akcent w jadalni. Pusta przestrzeń nad stołem to przecież miejsce warte ozdobienia. Jak więc wieszać obraz nad stołem?

Planując aranżację miejsca nad stołem, czy to w salonie, czy w jadalni warto zastanowić się nad kilkoma kwestiami: jakiej wielkości obrazy oraz w jakiej ilości będą prezentowały się najlepiej, na jakiej wysokości nad stołem je zawiesimy, a także, jaka kolorystyka malowideł będzie dobrze komponowała się z całym wnętrzem.

Na jakiej wysokości wieszać obrazy?

W większości galerii sztuki obrazy zawieszone są na wysokości wzroku osób zwiedzających, czyli 1.5 – 1.6m nad podłogą. Jednak w przypadku aranżowania przestrzeni w domu niekoniecznie musimy trzymać się tej akurat zasady. Ważne, by określając wysokość, na której ma zawisnąć obraz, pamiętać, że powinien on wisieć przynajmniej 20-30 cm nad meblem stojącym pod nim, czyli np. 20-30 cm nad stołem, komodą, czy też sofą.

Nadrzędna zasada symetrii i proporcji

Jeśli nie do końca czujemy się pewni w tematyce aranżacji wnętrz, warto kierować się zasadą symetrii i wybierać najprostsze rozwiązania. I tak wieszając obraz nad stołem, w przypadku jednego dużego płótna, należy zadbać, by jego środek wypadał dokładnie na środku mebla. Obraz nie powinien być szerszy niż przedmiot, nad którym się znajduje. Warto kierować się tutaj zasadą proporcji – im większą przestrzenią nad meblem dysponujemy, na tym większa dekorację możemy się zdecydować. Mały obraz powieszony nad dużym rodzinnym stołem zgubi się i będzie wyglądał nieefektowanie i odwrotnie - duży obraz nad mniejszym stolikiem może wizualnie przytłoczyć całe wnętrze.

Aranżacja z kilku obrazów

Alternatywą dla powieszenia jednego większego obrazu jest wybór kilku dzieł sztuki, które będą ze sobą współgrały. „Wybierając zestaw obrazów, musimy uważać, by nie wprowadzić do naszego wnętrza tematycznego lub kolorystycznego chaosu. Dla osób, które nie czują się w zakresie aranżacji wnętrz zbyt pewnie, idealnym rozwiązaniem będą gotowe cykle obrazów, które tworzą piękną i spójną całość. Przykładowo nasz dyptyk obrazów BLUISH dla entuzjastów abstrakcji lub też nieco bardziej klasyczny zestaw BLOOMING przedstawiający piękne kwiaty w spokojnych kolorach” – radzi Izabela Konior, dekoratorka firmy Eurofirany, będącej liderem w branży home decor.

Galeria z kilku obrazów – jak je ułożyć?

Jeśli zdecydujemy się na stworzenie nad stołem aranżacji złożonej z kilku obrazów, niezależnie czy są to obrazy z jednej kolekcji, czy też stworzony przez nas zestaw, warto zapoznać się z kilkoma trikami, dzięki którym unikniemy wrażenia chaosu i bałaganu. Najprostszą propozycją będzie ułożenie obrazów na jednej wysokości nad stołem – równajmy zawsze do jednej z krawędzi. Jeśli obrazy mają różne wysokości pod żadnym pozorem nie układajmy ich od największego do najmniejszego. Dla początkujących dekoratorów dobrym rozwiązaniem będzie zakup obrazów tej samej wielkości, które można ułożyć w jednym rzędzie.

Jeśli chcemy jednak nieco bardziej urozmaić przestrzeń, możemy pokusić się o zakup obrazów o różnej wielkości, które odpowiednio ułożone będą pięknie prezentować się nad stołem. Przy tworzeniu koncepcji tej aranżacji warto również kierować się zasadą symetrii, gdzie po obu stronach osi symetrii obrazy mają tę samą wielkość i umiejscowienie. W przypadku kompozycji złożonych z dużej ilość małych ramek – która idealnie sprawdzi się w przypadku nawet nie tyle obrazów, co fotografii, warto ramki ułożyć tak, by skrajne z nich zamykały się w zaplanowanym geometrycznym kształcie.

Tematyka i kolorystyka

Oczywiście nie mniej ważna od rozmieszczenia obrazów jest ich tematyka oraz kolorystyka. Warto zadbać o spójność estetyczną we wnętrzu, jednak nasze osobiste preferencje są równie ważne. Jak podkreśla Izabela Konior z firmy Eurofirany: „To, jakie obrazy powiesimy w naszym domu, dużo mówi o nas samach – o naszym guście, zainteresowaniach, fascynacjach. Warto więc wybierając tematykę obrazów, kierować się własnymi preferencjami, nie modą, czy też zdaniem innych. Tematyka obrazów jest przeróżna, możemy zdecydować się na spokojne pejzaże, jak np. na naszym obrazie LANDSCAPE. W jadalni będą prezentowały się także pięknie obrazy z motywami botanicznymi przykładowo nasza nowość PLANTS – obraz malowany ręcznie na płótnie przedstawiający egzotyczne rośliny w barwnej kolorystyce. Natomiast, jeśli wnętrze ma charakter nowoczesny proponuję malowidła o tematyce abstrakcyjnej, jak np. EXPLOSION”.

Ramki mają znaczenie

Najpopularniejszymi metodami oprawiania obrazów są ramy lub krosno (drewniana rama wewnętrzna, na której naciąga się płótno obrazu). Jeśli decydujemy się na tradycyjną ramę warto również zastanowić się nad jej wyborem – by stylem oraz kolorem pasowała zarówno do obrazu, jak i szerzej patrząc - całego pomieszczenia. Jeśli w stworzonej przez nas aranżacji wykorzystaliśmy różne obrazy lub też fotografie, warto zdecydować się na podobne ramy, które będą tworzyły spójną całość i uporządkują nam wizualnie wnętrze.

Rada praktyczna – przymiarka

Na koniec warty zapamiętania trik, który pomoże nam, zwłaszcza jeśli planujemy stworzenie całej aranżacji złożonej z kilku obrazów o różnym formacie i wielkości. Przed powieszeniem obrazów, wytnij z gazety lub innego cienkiego papieru wymiary dokładnie odpowiadające obrazom i te najpierw rozplanuj na ścianie.