1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Biodegradowalne wynalazki i jadalne opakowania

Biodegradowalne wynalazki i jadalne opakowania

Startupy, których celem jest zero waste, a także ochrona środowiska przed zanieczyszczeniem, z pewnością zasługują na wsparcie i uwagę. Na zdjęciu jeden z nich: Notpla, czyli „not plastic” (fot. profil FB Notpla).
Startupy, których celem jest zero waste, a także ochrona środowiska przed zanieczyszczeniem, z pewnością zasługują na wsparcie i uwagę. Na zdjęciu jeden z nich: Notpla, czyli „not plastic” (fot. profil FB Notpla).
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Biotechnologia to przyszłość. Specjaliści z tej dziedziny, a także chemicy, biofizycy będą mieli w najbliższych dekadach pełne ręce roboty. Dlatego rzetelna wiedza, pomysłowość i chęć ochrony planety, na której żyjemy – to główne wyznaczniki ich dalszej pracy.

W 2021 roku przyjdzie nam się wreszcie pożegnać z jednorazowymi „plastikami”. Zgodnie z uchwalonymi przepisami unijnymi plastikowe talerzyki, kubeczki, słomki czy patyczki wyjdą z obiegu i przestaną być produkowane. Trzeba będzie je zastąpić albo papierowymi i drewnianymi jednorazówkami, albo opracować nowe tworzywa biodegradowalne. Wyzwaniem będzie poza tym „strawienie” zalegającego na planecie plastiku. To dopiero początki coraz większych zmian, do których zmusza nas sytuacja klimatyczna, energetyczna, czy ekonomiczna na świecie. Tony produkowanych opakowań z tworzyw sztucznych i chęć zastąpienia ich naturalnymi, biodegradowalnymi produktami to poważne przedsięwzięcie dla wielu firm. Ekologicznych rozwiązań poszukują m.in. liczne koncerny.

Nad czym pracują różni naukowcy na świecie, aby zminimalizować szkody związane z zanieczyszczeniem środowiska? Oto kilka ciekawostek:

Papierowa butelka coca-coli

Kilka dni temu koncern coca-cola zaprezentował prototyp papierowej butelki. PlantBottle to butelka, która w 30% wytworzona jest z surowców pochodzenia roślinnego, a w 100% nadaje się do recyklingu. Jednym z ostatnich przedsięwzięć koncernu Coca-Cola jest dołączenie do grona firm (m.in. Carlsberg, L’Oreal, Absolut ) współpracujących z Paboco (Paper Bottle Comapny) - wynalazcą i producentem papierowych butelek.

Paboco to duński start up, który prace nad innowacyjną papierową butelką, rozpoczął w 2015 roku. Ambicją Paboco jest stworzenie pierwszej w swoim rodzaju w pełni biodegradowalnej i nadającej się do recyklingu butelki papierowej, którą można wykorzystać jako opakowanie do napojów czy produktów kosmetycznych.

Cechą charakterystyczną papieru jest m.in. jego elastyczność i wytrzymałość, dlatego papierową butelkę będzie można wykorzystać zarówno do napojów gazowanych i niegazowanych.

Technologia wytwarzania papierowych butelek jest jeszcze na wczesnym etapie rozwoju. Z pewnością będą wprowadzane jeszcze ulepszenia zarówno w samym projekcie, jak i materiałach. Jednym z najważniejszych wyzwań jest dostosowanie wszystkich parametrów do produkcji na dużą skalę.

W 2018 roku Coca-Cola ogłosiła globalną inicjatywę „Świata Bez Odpadów”, w ramach której do 2030 chce pomóc zebrać i poddać recyklingowi ekwiwalent wszystkich butelek i puszek trafiających do konsumenta. Chce także, aby do 2030 r. co najmniej 50% składu opakowań stanowiły surowce wtórne. Koncern  zobowiązał się również, że do 2025 roku wszystkie jego opakowania na całym świecie w 100% będą nadawać się do recyklingu.

Notpla – jadalne woreczki z wodą lub sokiem

Pierwsze skojarzenie? – Barwione napoje sprzedawane w czasach PRL-u w foliowych torebeczkach. Wystarczyło przekłuć słomką i gotowe. Różnica w stosunku do produktów zrobionych z Notpla jest jednak taka, że woreczek Notpla można zjeść... i nie zaszkodzi!

Co może być doskonałą alternatywą dla tradycyjnych plastikowych pojemników?  -  Otóż wynalezione parę lat temu Ooho to biodegradowalne, elastyczne opakowania do napojów i sosów wykonane z galaretowatej membrany. Materiał Notpla to połączenie wodorostów i roślin. Na to innowacyjne rozwiązanie wpadli Rodrigo Garcia Gonzalez, Pierre Paslier i Guillaume Couche. Pomysł przyniósł autorom m.in. nagrodę Lexus Design Award. Woda czy soki w jadalnych butelkach są chronione przez trwały materiał wykonany z alg brunatnic i chlorku wapnia. Łatwo go przegryźć i zaspokoić pragnienie. Sam woreczek, chociaż jadalny, nie posiada większych walorów smakowych. Nie musimy jednak konsumować jadalnej powłoki – i tak rozłoży się w ciągu 4-6 tygodni!

Produkt został zresztą sprawdzony przy okazji różnych imprez biegowych czy festiwali. Może być też doskonałą alternatywą dla plastikowych pojemniczków napełnianych sosami w daniach Take-away. Dla potrzeb tego przemysłu, twórcy Notpla zaprojektowali również powłokę do papierowych pojemników, w które pakowane jest jedzenie na wynos. Chociaż o pierwszych Ooho (algowe torebeczki napełniane tylko wodą) można było usłyszeć nawet parę lat temu, produkowana w Londynie Notpla „nabiera rozpędu”.

Zespół pracuje nad kolejnymi rozwiązaniami, takimi jak folie termozgrzewalne do pakowania, siatki na warzywa i owoce, czy saszetki na śruby, gwoździe i inne drobne elementy (dodawane w foliowych torebeczkach do kupowanych mebli i różnych akcesoriów).

„Serowy” plastik

Projekt BIOCOSÌ narodził się w regionie Apulia. To przełomowe rozwiązanie umożliwia odzyskiwanie odpadów mlecznych, poprzez przekształcenie ich w zasoby, z których pozyskuje się biotworzywa.

We Włoszech (kraj parmezanu, mozzarelli, czy ricotty) ze względu na powszechną obecność mleczarni i dużą produkcję, ścieki wytwarzane przez sektor mleczarski są jednym z głównych problemów przemysłu rolnego. Ścieki te są trudne do utylizacji ze względu na wysoki ładunek zanieczyszczeń. Według szacunków ISTAT i APAT we Włoszech, podobnie jak w innych krajach o znaczącej tradycji mleczarskiej, ilość serwatki produkowanej każdego roku jest bardzo wysoka i wynosi 8 × 106 ton na rok.

Jednak te ścieki, odpowiednio oczyszczone, mogą stać się w perspektywie źródłem bogactwa dla gospodarki o obiegu zamkniętym. Celem projektu "Biocosi" było rozwiązanie problemu ścieków w sektorze mleczarskim, które nie są już postrzegane jako odpady, ale jako surowiec do produkcji bioplastiku, w 100% biodegradowalnego i biokompatybilnego. Uzyskane w opracowanej technologii produkty nadają się do wytworzenia sztywnych opakowań do użytku spożywczego i mogą być używane w tym samym łańcuchu dostaw. Zainspirowany zasadami gospodarki o obiegu zamkniętym "Biocosi" pozwala na całkowite zredukowanie zanieczyszczeń w sektorze mleczarskim i ich przekształcenie w ramach idei zero waste. To, co jest ciekawe przy tym projekcie to ilość zaangażowanych instytucji. Partnerami projektu byli ENEA, Uniwersytet w Bari oraz firmy EggPlant, CSQA, RL Engineering, Caseificio Colli Pugliesi, Compost Natura i Microtronic Public Research Laboratories Network, koordynowane przez Instytut Fotoniki i Nanotechnologii Cnr.

Innowacyjne technologie i procesy produkcji w 100% biodegradowalnych i kompostowalnych opakowań (fot. materiały prasowe) Innowacyjne technologie i procesy produkcji w 100% biodegradowalnych i kompostowalnych opakowań (fot. materiały prasowe)

Opracowana technologia, w całości wyprodukowana w Apulii, wykorzystuje dwa podstawowe procesy: odzyskiwanie i przetwarzanie składników organicznych (białka serwatki i laktozy) z odpadów mlecznych w celu uzyskania wysokowydajnych sztywnych opakowań (butelki na mleko, czy taca na nabiał).

Kosmetyki w biodegradowalnych opakowaniach od polskiej marki

Lovish jako pierwsza firma w Polsce i jedna z nielicznych na świecie wprowadziła w pełni ekologiczne produkty kosmetyczne. W ich misję wpisana jest idea eco inside & outsider. Dlatego ekologiczny jest nie tylko skład kosmetyków. Również opakowania  kremów i scrubów do ciała wykonane są z materiałów biodegradowalnych pochodzenia roślinnego (są kompostowalne przemysłowo - przy udziale mikroorganizmów rozkładają się do wody, dwutlenku węgla i biomasy). Ten autorski projekt marki chroniony jest prawem patentowym.

Pozostałe produkty Lovish także mają ekologiczne opakowania –  wykonane są ze szkła i papieru.

W celu ograniczenia ilości produkowanych odpadów opakowania zaprojektowane są w taki sposób, aby posiadały wymienny wkład (refill), którym samodzielnie uzupełni się opakowanie bazowe.

Te roślinne kosmetyki nie zawierają syntetycznych środków zapachowych. Etykiety produktów są wykonane z papieru i zawierają atramenty wodne. (fot. materiały prasowe) Te roślinne kosmetyki nie zawierają syntetycznych środków zapachowych. Etykiety produktów są wykonane z papieru i zawierają atramenty wodne. (fot. materiały prasowe)

Jak pisze na swojej stronie Ewelina Niedzielska – chemiczka i twórczyni marki Lovish:

„Kosmetyki przygotowywane są przeze mnie z pasji i miłości do natury. Ideą marki było stworzenie w pełni naturalnego produktu: naturalne składniki i opakowania. Praca w laboratorium i tworzenie nowych receptur daje mi dużo radości i satysfakcji. Doświadczenie i wiedza laboratoryjna pozwala mi na dobieranie odpowiednich składników i procesów, tak aby stworzyć kosmetyki roślinne o wysokiej jakości i skuteczności działania.”

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Ekowystarczająca. Paulina Górska uwalnia nas z poczucia winy z powodu tego, że robimy za mało dla natury

Paulina Górska zajmuje się promocją ekologicznego stylu życia. Jej profil na Instagramie, na którym pokazuje jak być bardziej eko, obserwuje ponad 50 tysięcy osób. (Fot. Katarzyna Gołąbska/materiały prasowe)
Paulina Górska zajmuje się promocją ekologicznego stylu życia. Jej profil na Instagramie, na którym pokazuje jak być bardziej eko, obserwuje ponad 50 tysięcy osób. (Fot. Katarzyna Gołąbska/materiały prasowe)
Jej profil na Instagramie, na którym pokazuje, jak krok po kroku być bardziej eko, obserwuje ponad 50 tysięcy osób. Dzieli się tam swoimi pomysłami, ale i inicjatywami innych. Misją Pauliny Górskiej jest też uwalniać nas z poczucia winy z powodu tego, że robimy za mało. 

Zacznijmy może prowokacyjnie: czy ekodziałania jednostki w ogóle mają sens? Nie jest łatwo odpowiedzieć na to pytanie. Moje przemyślenia też się zmieniały w miarę tego, jak zmieniało się życie. Przechodziłam przez różne etapy. Na początku zachłysnęłam się ideą ruchu zero waste, potem, w miarę zgłębiania tematu kryzysu klimatycznego, zrozumiałam, że potrzeba też odgórnych inicjatyw i regulacji, a nie tylko wysiłku jednostek. Oczywiście po drodze zaliczyłam moment zwątpienia, czy te moje mikrodziałania mają w ogóle sens...

Dziś uważam, że potrzebujemy trzech elementów: jednostek, działań korporacji oraz dobrych polityków i aktywności instytucji mających realny wpływ na zmiany systemowe. Potrzebne są takie urzędowe regulacje, jak np. w Kanadzie, gdzie niedawno wprowadzono zakaz sprzedaży jednorazowych produktów plastikowych, typu sztućce czy opakowania na żywność, które nie nadają się do recyklingu. Wtedy właśnie dokonuje się naprawdę istotna zmiana systemowa. Wiele dobrego robi w tym obszarze Unia Europejska. Dzięki tzw. dyrektywie plastikowej, od 3 lipca tego roku w Polsce zacznie obowiązywać zakaz sprzedaży jednorazowych produktów z plastiku, m.in. patyczków do balonów, opakowań styropianowych na żywność. Jako konsumenci głosujemy też portfelem, kupując określone produkty. Każdy nasz ekologiczny wybór to właśnie taka deklaracja.

To jakie działania możemy podjąć w codziennym życiu? Zacznijmy może od pierwszej potrzeby, czyli jedzenia. Teraz modny jest weganizm, ty i wiele innych osób uczestniczyło w wyzwaniu VEGANUARY, czyli w styczniu przestawiło się na dietę roślinną. To nasza przyszłość? Jedną z rzeczy, które może zrobić jednostka - a ma to duży wpływ na środowisko - jest ograniczenie spożywania mięsa. W Polsce je się go za dużo, według danych GUS na jedną osobę przypada średnio ok. 62 kg rocznie. Przemysłowa hodowla zwierząt szkodzi środowisku. W scenariuszach przyszłości mówi się wiele o tym, że do 2050 roku takie hodowle przestaną istnieć, że zastąpimy mięso zwierzęce mięsem laboratoryjnym, wytwarzanym z komórek. To samo zresztą dotyczy mięsa ryb. A problem przełowienia jest także palący.

Kiedyś też codziennie jadłam mięso, dziś jestem wege i mam za sobą dietę wegańską, która pokazała mi, że mogę żyć bez jajek, masła czy sera. Wiem, że taka zmiana może być dla wielu trudna i dlatego najlepiej przeprowadzić ją powoli. Promuję fleksitarianizm, czyli właśnie zastępowanie posiłków mięsnych roślinnymi.

Niektórzy podkreślają, że ekozakupy są tylko dla wybranych, bo są drogie... Roślina dieta na pewno nie jest droższa od diety uwzględniającej mięso. Na Instagramie jest taki hasztag #weganizmdlabiednychileniwych. Ma to żartobliwy wymiar, ale jednocześnie na poważnie obala mit, że dieta bezmięsna jest droga, czasochłonna i kłopotliwa. Nawet w zimę mamy w Polsce dostępnych ok. 20 warzyw (oczywiście owoców jest mniej), więc naprawdę jest wybór. Tym bardziej że wiele zdrowych zdrowych rzeczy jest dość tanich, jak kapusta, buraki, kasze.

Ale ekologiczne jedzenie to też takie, którego nie marnujemy. Na Polaka średnio rocznie przypada 240 kg wyrzucanej żywności. W ramach ekożycia powinniśmy świadomie podchodzić do tematu żywności i gospodarowania nią. Proponuję przyjrzeć się swoim śmieciom, odpadom bio. Co tam znajdujemy najczęściej? Jeśli to chleb, to może kupujemy go za dużo? Jeśli natomiast wiemy, że po świętach mamy sporo jedzenia i nie damy rady go zjeść, to wtedy warto się nim podzielić. W dużych miastach istnieją jadłodzielnie, gdzie można taką żywność zostawić. Możemy też ją zamrozić. Tak naprawdę prawie wszystko  nadaje się do mrożenia, nawet ser czy makaron.

A jakie napoje są najbardziej eko? Najlepsza, najtańsza i najbardziej ekologiczna będzie woda. Pijmy wodę z kranu, którą można na różne sposoby przefiltrować, rezygnujmy z kupna wody w plastikowych butelkach. To jest nie tylko oszczędność dla planety, ale i dla domowego budżetu.

No właśnie, jeśli mówimy o jedzeniu i piciu, nie możemy pominąć kwestii opakowań. Dla mnie ogromną zmianą była rezygnacja z cateringu w wielu jednorazowych plastikowych pojemnikach. Dziś mamy już wybór i wiele alternatyw dla plastiku, jak catering w zwrotnych słoikach.

Moją największą bolączką jest ilość plastiku, jaką wyrzucam. Ty podkreślasz, że to nie tylko nasz problem jako konsumentów, ale i producentów. 

Też miałam kiedyś poczucie, że to jest tylko moja odpowiedzialność. Sam plastik nie jest zły, ale problemem jest skala jego produkcji. Niestety rozwiązaniem nie zawsze jest recykling, bo wiele opakowań się do tego nie nadaje. I to dotyczy też jednorazowych zabawek, na przykład jajek z niespodzianek czy tych dodawanych do zestawów dziecięcych w restauracjach.

Znam osoby, które starają się całkowicie wyeliminować plastik, też kiedyś próbowałam... Pionierki ruchu zero waste generują jeden słoik odpadów rocznie! Według mnie oznacza to jednak całkowite podporządkowanie naszego życia tej idei. A zwykle nie mamy na to czasu. Pamiętajmy, że duża odpowiedzialność znajduje się też po stronie producentów. Oni muszą myśleć o plastiku i o tym, czy da się go przetworzyć, już na etapie projektowania. Dlatego dużą nadzieję dają innowacje. Jak start-up założony przez Różę Rutkowską, który pracuje nad naturalnymi i rozkładającymi się w 100 procentach opakowaniami z grzybni.

Docieramy do tematu dla mnie najtrudniejszego i najbardziej wstydliwego, czyli ubrań. Moda ma na sumieniu wiele grzechów. Ale jest światełko w tunelu - moda na vintage czy przepisy uniemożliwiające niszczenie niesprzedanego towaru w niektórych krajach. Najbardziej zrównoważona moda to jest oczywiście ta, którą mamy już w szafie. W drugiej kolejności, jeśli czegoś potrzebujemy, to najlepiej kupić to z drugiego obiegu, takie rzeczy skórzane. Warto skupić się też na tym, by nie wyrzucać ubrań, a naprawiać, przerabiać, oddawać. A jeśli już kupujemy coś nowego, to najlepiej w pierwszej kolejności pomyśleć o takiej marce, która ma w swojej strategii działanie zrównoważone.

Lepiej kupować ubrania rzadziej, a porządne i na lata. A jeśli już decydujemy się na sieciówkę, to starajmy się wybierać rzeczy z organicznej bawełny, z certyfikatami. Kiedy wybieramy takie produkty, to dajemy jasny komunikat również i korporacjom, że powinny podążać w tym kierunku. Pamiętajmy też, że większość rzeczy można naprawić lub przerobić. Tu też pomagają nam niektóre firmy, np. VEJA stworzyła centrum, gdzie można przynieść stare buty, oni je odnawiają i sprzedają w niższej cenie, w Polsce mamy WOSH, gdzie można odnowić buty lub je przerobić. Marka Gaberiella wprowadziła do sprzedaży ekorajstopy. Dzieje się!

Dla mojej 12-letniej córki segregacja śmieci, oszczędzanie wody, niejedzenie mięsa to już codzienność. Z jednej strony myślę, że to pokolenie będzie żyło bardziej świadomie, z drugiej strony mamy jednak szalejący konsumpcjonizm i zakupy na Aliexpress... Temat edukacji klimatycznej jest mi bardzo bliski i to jest prawdziwa szansa na zmianę. Kiedyś żyłam zupełnie nieekologicznie, dopiero kiedy urodziłam dziecko, zaczęłam podchodzić bardziej świadomie do tematu. Nasilający się kryzys klimatyczny mnie przeraził i zmusił do działania. Wychodzę z założenia, że musimy edukować nie tylko siebie, ale też nasze dzieci. Segregacja śmieci, naprawianie ubrań, spędzanie czasu w naturze - to nie kosztuje nas dużo, a daje ogromne efekty, bo dzieci nas obserwują.

Mam też nadzieję, że w Polsce rozpoczniemy prawdziwą edukację klimatyczną. Istnieje nawet organ doradczy przy Ministerstwie Klimatu i Środowiska. To Młodzieżowa Rada Klimatyczna, która skupia nastolatków i działa na rzecz obowiązkowych lekcji o klimacie w szkole. Jeśli takie zajęcia się pojawią, będzie to również ogromna.

Wraz ze wzrostem świadomości pojawia się też efekt, który nazywasz ekowstydem. Cierpimy, że znowu do pracy pojechaliśmy samochodem, a nie rowerem... Mam misję, żeby uwalniać od poczucia winy. Uświadamiać, że te dylematy są i trudno czasem znaleźć najlepsze rozwiązanie. Słyszymy: kupuj zrównoważoną modę, ale nie w sieciówkach. A z drugiej strony niewielu stać na ubrania za kilkaset złotych. Słyszymy: kupuj ekożywność - a do najbliższego sklepu z takimi produktami masz 30 minut drogi... Wielu z nas się boryka z takimi ekologicznymi puzzlami, które do siebie nie pasują. A może wcale nie musimy z tego składać nie wiadomo jak skomplikowanej układanki? Każda podjęta próba bycia eko jest ważna, a jeśli nam się trafi gorszy moment, to nie co sobie wyrzucać, że znów coś zrobiliśmy źle, tylko skupić się na pozytywach.

Aktywizm ma różne oblicza. Już samo to, że myślimy o działaniach proekologicznych, że o nich rozmawiamy, że wspieramy te idee,np. uczestnicząc w strajku klimatycznym, jest ważne. Istotne jest też wspieranie ekologicznych organizacji, głosowanie w wyborach na kandydatów, którzy rozumieją kryzys klimatyczny i widzą potrzebę działania tu i teraz.

Podejście zero-jedynkowe nie ma sensu. Może doprowadzić tylko do niepokoju, a nawet depresji klimatycznej, o której słyszymy coraz więcej. "Jestem wystarczająca" - to hasło które sprawdza się w postrzeganiu własnego ciała, w rodzicielstwie, ale i w byciu eko.

Paulina Górska, promotorka ekologicznego stylu życia, ekoaktywistka, pasjonatka społecznej aktywności biznesu. W mediach społecznościowych prowadzi popularny profil @eko.paulinagorska. Autorka bloga paulinagorska.com. Prelegentka na konferencjach dotyczących zrównoważonego stylu życia. Mama Apolonii i Gai. 

  1. Styl Życia

Design z recyklingu - długo i szczęśliwie

Na zdjęciach: stalowa lampa „Nightmare” wykonana z durszlaka uznanej angielskiej marki „Typhoon” (zakup w sklepie „na wagę”) i blat stolika ogrodowego z pudełek po cygarach i palet „inkrustowany” kawałkami drewnianej metrówki.
Na zdjęciach: stalowa lampa „Nightmare” wykonana z durszlaka uznanej angielskiej marki „Typhoon” (zakup w sklepie „na wagę”) i blat stolika ogrodowego z pudełek po cygarach i palet „inkrustowany” kawałkami drewnianej metrówki.
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Naturalne drewno, organiczne włókna, lokalne surowce – owszem, to wszystko zdrowsze dla człowieka i planety, jednak ekologiczny design ma mniej wspólnego z materiałami, a więcej z umiarem.

Mieszkam w domu zbudowanym na początku lat 50. z cegły z rozbiórki. Wtedy (i jeszcze przez kilka lat) lewobrzeżna Warszawa, czyli ta po stronie Śródmieścia, straszyła wojennymi ruinami. Znikały sukcesywnie wraz z powstawaniem kolejnych osiedli, a nadające się do użytku cegły, drzwi, kafle czy bramy zyskiwały drugie życie.

To, co kiedyś było normą wynikającą z biedy, czy ładniej mówiąc: z oszczędności – dziś wróciło do łask pod pojęciem „upcykling”, oznaczającym wykorzystanie odpadów do wykonania produktów wyższej jakości. Jego przykładem są chociażby meble z palet czy torby z plandek albo skórzanych piłek.

Upcykling z wyższej półki to np. ścianki z XIX-wiecznej londyńskiej cegły, sprzedawanej na sztuki, czy – to z kolei z drugiej  strony kanału La Manche – kafle podłogowe z epoki napoleńskiej. Ten drugi przykład podsunął mi Czarek Jaworski, plastyk, który podczas studiów we Francji mieszkał w domu z taką podłogą. Niewielkie, grube na ok. 3 cm płytki dobrze się sprawdzały mimo prawie 200-letniej metryki.

Czarek jest współtwórcą serwisu Recyki (sumer.pl/recyki – z niego pochodzą wszystkie zdjęcia), na którym widnieje hasło: „NIE dla jednorazówek”. I rzeczywiście, wydaje się, że w trosce o środowisko powinniśmy przede wszystkim myśleć właśnie o tym, by przedłużać żywotność przedmiotów.

Wieszak-półka z budowlanej kantówki o wymiarach 100×100. Stąd nazwa „mason' (fr. murarz). Wieszak-półka z budowlanej kantówki o wymiarach 100×100. Stąd nazwa „mason" (fr. murarz).

Śmietnikowy upcykling

Wasze pierwsze skojarzenie z grzebaniem w odpadach? Że to nic przyjemnego ani interesującego. (Choć prawdopodobnie jest to ograniczenie poznawcze tzw. poważnych ludzi, którego nie mają dzieci; znam pewnego wykładowcę akademickiego, który jako chłopiec marzył o byciu śmieciarzem). Istnieje jednak grono osób, które regularnie odwiedzają osiedlowe śmietniki i trafiają tam na prawdziwe skarby, nie tylko polskiego wzornictwa.

Czarek Jaworski robi tak od lat i jak twierdzi – konkurencja jest coraz większa. Nieraz zdarzyło mu się, że kiedy wrócił po zauważony w czasie rowerowego rozpoznania mebel, ktoś zdążył go już uprzedzić. Dlatego teraz, kiedy spostrzeże coś interesującego, od razu dzwoni do kogoś ze znajomych z prośbą, by przyjechał samochodem.

Drewniany wieszak z ceramicznymi gałkami – materiał: kawałek dębowego drewna pozostałego po remoncie. Drewniany wieszak z ceramicznymi gałkami – materiał: kawałek dębowego drewna pozostałego po remoncie.

Zarastanie mieszkania

Owszem, nie ma co zwlekać, gdy trafimy dokładnie na taki przedmiot, o jakim marzymy od dawna (zwłaszcza na targu), jednak przy wystroju przestrzeni nie ma się też co spieszyć. Architektka wnętrz Monika Lewicka uważa, że mieszkanie powinno „zarastać” powoli. Najważniejsze są sprzęty potrzebne do wygodnego funkcjonowania, reszta może poczekać, bo nawet kompetentny i zaangażowany projektant nie siedzi w naszej głowie ani nie jest w stanie do końca przewidzieć, które z rozwiązań sprawdzonych w wielu wcześniejszych przypadkach akurat u nas się nie przyjmie. Monika – nieco wbrew własnym interesom, jak podkreśla ze śmiechem – dodaje też, że nie jest zwolenniczką wskazywania klientom konkretnych elementów dekoracji, bo choć wykonane z najszlachetniejszych i najbardziej naturalnych materiałów, staną się albo łapką na kurz, albo kolejnym odpadem, jeśli nie będą z nich korzystać. A to w żadnej mierze nie służy środowisku...

 

1. Stalowa lampa „Nightmare” wykonana z durszlaka uznanej angielskiej marki „Typhoon”, zakup w sklepie „na wagę”.

Lampka z ręcznie malowanym kloszem – popularny model stosowany w latach 60., na zdjęciu z serwisem z Ćmielowa (też ze śmietnika). Lampka z ręcznie malowanym kloszem – popularny model stosowany w latach 60., na zdjęciu z serwisem z Ćmielowa (też ze śmietnika).

  1. Styl Życia

Chemiczne środki czystości trują planetę i nas. Jak dbać o porządek w zgodzie z naturą?

Każdy ma w swojej kuchni składniki czyszczące, którymi z powodzeniem posługiwały się nasze babcie. Są to między innymi ocet spirytusowy, soda oczyszczona, szare mydło oraz kwasek cytrynowy. (Fot. iStock)
Każdy ma w swojej kuchni składniki czyszczące, którymi z powodzeniem posługiwały się nasze babcie. Są to między innymi ocet spirytusowy, soda oczyszczona, szare mydło oraz kwasek cytrynowy. (Fot. iStock)
Bałaganiarze pewnie się ucieszą, a pedanci poczują przyspieszone bicie serca – otóż sprzątanie może wcale nie służyć naszemu zdrowiu. Spokojnie, nie nawołujemy do życia w brudzie, a jedynie do umiaru w stosowaniu chemicznych środków czystości i sięgania po stare metody utrzymania porządku. 

Niedawno świat obiegły wyniki pierwszych badań dotyczących długofalowego wpływu domowych środków czystości na zdrowie. Naukowcy z Uniwersytetu w Bergen przez 20 lat monitorowali zdrowie sześciu tysięcy osób z firm sprzątających, głównie kobiet. Jak wynika z badań, regularny kontakt z chemikaliami zawartymi w środkach czystości, a zwłaszcza ich oparami, szkodzi podobnie jak palenie 20 papierosów dziennie! Na tym nie koniec. Według naukowców z Municipal Institute of Medical Research w Barcelonie już sprzątanie domu raz na tydzień może wywołać astmę.

Niektóre substancje zawarte w detergentach podejrzewane są o właściwości rakotwórcze, zaburzające działanie hormonów, a także o wzrost występowania alergii, zwłaszcza u dzieci. To dlatego że układ immunologiczny rozwija się także poprzez kontakt z bakteriami i drobnoustrojami. Wbrew pozorom jałowe, maksymalnie wydezynfekowane środowisko nikomu z nas nie służy.

Czy to znaczy, że w trosce o własne zdrowie lepiej w ogóle nie sprzątać? Absolutnie nie, w końcu to właśnie poprawa higieny pozwoliła gatunkowi ludzkiemu na wyeliminowanie wielu chorób. Ważne, by mieć świadomość, co zawierają  środki czystości, i stosować je z umiarem.

Niebezpieczne związki

Już same opakowania niektórych domowych środków czystości powinny wzbudzić naszą czujność. Opatrzone ostrzeżeniami o niebezpiecznym wpływie na skórę, oczy czy środowisko naturalne, konieczności chowania ich przed dziećmi, łatwopalności… Jak taki produkt może nie mieć wpływu na nasze zdrowie? – Niestety, na ostrzeżeniach zazwyczaj się kończy, a jako konsumenci nie zawsze mamy szansę zweryfikować, jakie konkretnie substancje wchodzą w skład danego środka czystości – wyjaśnia coach zdrowia Magdalena Szymanowska. – Producenci tłumaczą to niechęcią do ujawniania chronionych patentami receptur. Skutek jest taki, że większość z nas nie ma świadomości, co kryje się w najpopularniejszych domowych środkach i jak szkodliwy wpływ mogą mieć one na nasze zdrowie i samopoczucie – dodaje.

Sytuacji nie ułatwia fakt, że zazwyczaj nie stosujemy jednego uniwersalnego produktu do sprzątania, za to wiele wyspecjalizowanych. Nawet jeśli w każdym z nich toksyczne składniki nie przekraczają norm, to w kumulacji stają się dla nas niesłychanie szkodliwe. – W tradycyjnych detergentach możemy spotkać przede wszystkim takie substancje, jak amoniak, czwartorzędowe sole amoniowe (CSA) czy wodorotlenek sodu – tłumaczy technolog kosmetyczny Ewa Kusiak. – Opary amoniaku mogą podrażniać skórę, oczy, gardło oraz płuca, a sama substancja powodować uszkodzenia nerek i wątroby. Amoniak występuje w sposób naturalny w środowisku, ale stosowanie środków czyszczących zawierających tę substancję naraża nas na przekroczenie bezpiecznych dawek. Czwartorzędowe sole amoniowe podrażniają i uczulają, wywołują alergie skórne, a także mogą mieć niepożądany wpływ na funkcje rozrodcze i genetyczne organizmu. Są to substancje antybakteryjne i ich zastosowanie w środkach dezynfekujących i kosmetykach przyczynia się do mutowania bakterii odpornych na antybiotyki, co z kolei ogranicza możliwości leczenia infekcji mikrobowych. Wodorotlenek sodu, czyli popularna soda kaustyczna, to wysoce żrąca substancja, która może wypalić oczy, skórę i płuca oraz podrażnić cały układ oddechowy. Lista jest o wiele dłuższa – są na niej agresywne środki powierzchniowo czynne, barwniki, konserwanty, związki zapachowe. Nie da się im odmówić skuteczności w czyszczeniu i eliminowaniu zarazków, jednak nie są one obojętne ani dla naszego zdrowia, ani dla środowiska. Przecież ich resztki spływają do kanalizacji, a opary unoszą się w powietrzu – dodaje ekspertka.

Skóra na celowniku

Popularne środki czystości to też bardzo częsta przyczyna alergii skórnych, z którymi pacjenci zgłaszają się do dermatologów. – Wiele środków powoduje tzw. reakcję kontaktową. Zmiany – podrażniona, piekąca, czerwona skóra – dotyczą zwłaszcza grzbietów dłoni. Często przechodzą jednak na przedramiona nawet aż do łokci w charakterystycznej formie zacieków – tak jak spływał po skórze podrażniający środek. Alergia kontaktowa może pojawić się też na twarzy, najczęściej w okolicach oczu. Wszystkiemu winne są opary wydzielające się z produktów domowej chemii, które mają działanie silnie drażniące. Z kolei chlor powszechnie stosowany do dezynfekcji toalet może w konsekwencji spowodować pojawienie się alergii na udach, zwłaszcza jeśli nie spłuczemy go wystarczająco dokładnie – tłumaczy dermatolog dr Ewa Chlebus z kliniki Nova Derm.

Mnogość środków do czyszczenia sprawia, że niejeden z nas mógłby założyć domowe laboratorium. Dlatego często na początku nie jesteśmy w stanie zweryfikować, co nas konkretnie uczuliło i dopiero systematyczna eliminacja kolejnych preparatów połączona z uważną obserwacją pozwala znaleźć winowajcę. – Najgorsze są zdecydowanie dwa konserwanty: methylisothiazolinone (zwany też MI) oraz formaldehyd. Ten drugi ma właściwości rakotwórcze. Nawet pozornie nieszkodliwe produkty, choćby mydło w płynie, mogą mieć fatalny wpływ na zdrowie, zwłaszcza dzieci. Wszystko z powodu wysokiej zawartości wspomnianych już składników konserwujących oraz substancji zapachowych – ostrzega Ewa Daniél, toksykolożka i szefowa europejskiej organizacji Allergy Certified.

Umiar i babcine triki

Czy naprawdę potrzebujesz wszystkich tych wyspecjalizowanych środków czystości? Być może lepiej po nie sięgać rzadziej – i zawsze rozcieńczać wodą! A na co dzień po prostu zamiatać podłogę i ścierać kurze zwilżoną wodą ściereczką.

Ważna jest także profilaktyka. – By nie dopuścić do pojawienia się alergii, warto zakładać rękawiczki i maseczki ochronne. Podrażnienia wokół oczu będą miały mniejsze szanse się pojawić, jeśli będziesz sprzątać w okularach – podpowiada dr Chlebus.

Magdalena Szymanowska przypomina natomiast, żeby dobrze zmywać wodą czyszczone powierzchnie, a pranie dwukrotnie płukać. Pomoże to usunąć z ubrań resztki drażniących i alergizujących substancji, niebezpiecznych dla zdrowia ftalanów i fosforanów, które może zawierać proszek. Przy stosowaniu domowej chemii należy też bardzo dokładnie wietrzyć pomieszczenia.

Na szczęście na rynku jest coraz więcej naturalnych środków czystości, które skutecznie działają i są dla nas bezpieczne – dzięki wyeliminowaniu toksycznych składników. Jak je wybierać? Na przykład kierując się certyfikatami Unii Europejskiej: Eco Label – produkt spełniający wysokie standardy jakościowe i zdrowotne, przyjazny dla środowiska, a także Allergy Certified – środek pozbawiony substancji potencjalnie drażniących, kancerogennych, powodujących alergie czy wpływających na działanie hormonów.

Wreszcie, warto poszukać tradycyjnych, by nie powiedzieć starych, sposobów na domowe porządki. – Tak naprawdę każdy ma w swojej kuchni składniki czyszczące, którymi z powodzeniem posługiwały się nasze babcie. Są to między innymi ocet spirytusowy, soda oczyszczona, szare mydło oraz kwasek cytrynowy – podpowiada Ewa Kusiak.

„Najwięcej nieporządku robią ci, co robią porządek”– napisał George Bernard Shaw. I choć raczej nie miał na myśli szkodliwości współczesnego nadmiaru domowej chemii, to rzeczywiście do sprzątania – jak zresztą do wszystkiego w życiu – warto podchodzić z umiarem.

Zdrowe sposoby na czysty dom

  •  Oliwa plus sok z cytryny (w równych proporcjach) to świetna mieszanka do polerowania drewnianych mebli,
  • Ocet spirytusowy doskonale usuwa tłuszcz, a jego zapach szybko wietrzeje. Niezastąpiony w odkamienianiu czajnika, myciu luster i okien (bez smug!),
  • Soda oczyszczona zastąpi wybielacz do prania, usunie niechciane zapachy (nawet czosnku i cebuli), oczyści każdy kuchenny sprzęt – przypaloną patelnię i brudny zlew,
  • Szare mydło wywabi uporczywe plamy z ubrań. Wyszorujesz nim także podłogę,
  • Proszek do pieczenia nadaje się do czyszczenia fug,
  • Kwasek cytrynowy ma właściwości antybakteryjne, odplamiające i odtłuszczające. Usunie osad po herbacie, oczyści sitko zlewozmywaka, wzmocni działanie proszku do prania,
  • Fusy po kawie świetnie się sprawdzą w roli udrażniacza rur,
  • By pozbyć się śladów po wodzie z aluminiowych kranów, wypoleruj je ręcznikiem frotté.

  1. Materiał partnera

Lek na zło w ogrodzie. Wyjątkowy preparat na wiele chorób grzybowych

Mączniak prawdziwy atakuje klon (fot. materiał partnera)
Mączniak prawdziwy atakuje klon (fot. materiał partnera)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Choroby grzybicze roślin to z jedne z najtrudniejszych do walki w ogrodzie. Jest tak, ponieważ zarodniki grzybów bardzo łatwo się rozprzestrzeniają. Potrafią również przetrwać w glebie i na uschniętych częściach roślin. Dojrzała grzybnia wyrzuca zarodniki i zaraża sąsiadujące rośliny, na które podatnych jest wiele roślin ozdobnych i krzewów owocowych. Skuteczne w walce z wieloma chorobami roślin bywają oczywiście pestycydy. Jednak kto chciałby używać szkodliwych środków we własnym ogrodzie? Preparat Polyversum to bezpieczna odpowiedź na problem chorób grzybiczych w ogrodzie.

Polyversum - jak działa?

Preparat Polyversum swoje działanie opiera na grzybie Pythium oligandrum. Grzyb ten umiejscawia się w korzeniach roślin, dzięki czemu nie ma tam miejsca na inne grzyby powodujące różne choroby roślin.

Całkowicie bezpieczny

Ze względu na swój w pełni naturalny skład jest to preparat całkowicie bezpieczny. Nie ma żadnego okresu karencji (czas, kiedy nie powinno się dotykać, a tym bardziej jeść opryskanych roślin). Jest to ważne przede wszystkim w ogrodzie gdzie czas spędzają dzieci czy zwierzęta. Jeśli użyjemy środków chemicznych, które mają określony okres karencji, ciężko będzie upilnować dzieci i zwierzaki, aby nie biegały po opryskanym terenie, nie dotykały, a co gorsza - nie jadły opryskanych roślin. Preparat Polyversum jest całkowicie bezpieczny, można więc go z powodzeniem stosować do oprysku roślin jadalnych. Często wykorzystywany jest do walki z szarą pleśnią, która jest chorobą najczęściej dotykającą truskawki. Praktycznie w każdym ogrodzie, gdzie mamy grządkę z truskawkami spotkamy się z grzybem Botrytis cinerea, który powoduje szarą pleśń.

Dodatkowe wsparcie w odżywianiu roślin

Grzyb Pythium oligandrum umiejscawia się w korzeniach rośliny i wchodzi z nią w symbiozę. Dostarcza jej poprzez korzenie dodatkowych składników odżywczych. Rośliny dzięki temu nie tylko są zdrowe, ale też lepiej rosną, są silniejsze, lepiej kwitną i owocują.

Jak używać Polyversum?

Preparat służy do oprysku. Należy więc sporządzić roztwór preparatu z wodą i opryskać nim rośliny i podłoże, na którym rosną. W zależności od tego do oprysku jakich roślin preparat ma zostać zastosowany, producent przewiduje inne proporcje roztworu. Do oprysku trawnika przygotowuje roztwór w proporcjach 2 g preparatu na 4-5 l wody. Chorobami często dotykającymi trawniki są szara pleśń, pleśń śniegowa, rizoktonioza czy zgnilizna twardzikowa. Tak samo przygotowany roztwór wykorzystać można do walki z szarą i czarną pleśnią często dotykającą rosnące w gruncie róże. Fytoftoroza to częsta choroba roślin wrzosowatych oraz iglaków, do walki z nią stosujemy roztwór - 5 g Polyversum na 10 l wody. Szara i czarna pleśń często atakuje rosnące w gruncie róże. Chorobą grzybiczą najczęściej atakującą rośliny owocowe jak truskawki, borówki czy maliny jest szara pleśń. Rośliny owocowe opryskujemy roztworem 1,5 g preparatu na 5l wody. To odpowiednie proporcje również do walki z innymi chorobami: mączniak prawdziwy, biała i czerwona plamistość liści, zgnilizna owoców, antraknoza oraz zamieranie pędów malin jesiennych.

Oprysk drzewa (fot. materiał partnera) Oprysk drzewa (fot. materiał partnera)

Zapobieganie chorobom grzybiczym rośli

Oprócz stosowania preparatu Polyversum warto również stosować środki zapobiegawcze. Nie należy roślin sadzić zbyt blisko siebie, ponieważ choroby grzybicze łatwo rozsiewają się z jednej rośliny na drugą. Podlewać korzenie roślin, a nie liści czy kwiatów. Podlewanie roślin od góry prowadzi do pozostawania na liściach, kwiatach i owocach wody, a to sprzyja rozwojowi grzybiczych chorób roślin. Jeśli na roślinach zauważymy pierwsze oznaki choroby, to niekoniecznie - mimo zastosowania preparatu, należy oderwać wszystkie zarażone części i najlepiej wynieść je poza ogród lub spalić. Dobrze jest również na bieżąco wyrywać chwasty, ponieważ na ich liściach łatwo przenoszą się zarodki grzybów. Warto też wysypać podłoże ściółką, dzięki temu rośliny nie będą się stykały z ziemią, a tak najłatwiej mogą się zarazić.

  1. Styl Życia

Zagrożenia raf koralowych - co im zagraża i dlaczego tak ważna jest ich ochrona?

Marta Pietrzak: Woda uświadamia ci, że jesteś tylko częścią większej całości. (Fot. Philippe Lahousse/archiwum domowe Marty Pietrzak)
Marta Pietrzak: Woda uświadamia ci, że jesteś tylko częścią większej całości. (Fot. Philippe Lahousse/archiwum domowe Marty Pietrzak)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Pandemia to wyjątkowy czas dla rafy koralowej. Marta Pietrzak, instruktorka przewodząca grupie nurków w egipskiej Hurghadzie, obserwuje to każdego dnia, z bliska. Mówi, że schodząc pod wodę, czuje się, jakby wchodziła do własnego ogródka. O który trzeba się troszczyć, do czego przekonuje i miejscowych, i turystów.

Dlaczego ochrona raf koralowych jest w naszym interesie, a nie tylko takich krajów jak Egipt?
Bo rafy odpowiadają za oczyszczanie powietrza całej planety. Dużo mówi się o lasach tropikalnych, ale zapominamy, że nie tylko one są płucami Ziemi. Są nimi też morza i oceany, które pochłaniają dwutlenek węgla z atmosfery. Mówię tu między innymi o procesie wbudowywania tego gazu w strukturę pancerzyków zooplanktonu. Ten po śmierci opada na dno i z biegiem lat tworzy grube warstwy wapieni. A wapienie porastają rafy koralowe, które magazynują węgiel w bezpiecznej dla atmosfery postaci. Kolejna sprawa to łańcuch pokarmowy zaczynający się właśnie w rafach. Żyją tam małe rybki, czyli pokarm dla dużych ryb, które z kolei stają się pożywieniem dla ptaków i ssaków, w tym także dla człowieka. I jeśli pada rafa koralowa, automatycznie zaburza się ekosystem.

Rybek nie można dokarmiać?
Nie, bo przestaną czyścić rafę. Zabrudzona obumiera, a one nie mają gdzie płynąć na tarło, bo właśnie wśród korali mają swój dom. Tam znajdują pokarm i mogą się swobodnie rozmnażać.

Podobno podczas pandemii oceany i morza odżyły.
Jeśli mówimy konkretnie o Hurghadzie, tu co innego wpłynęło na polepszenie kondycji rafy: ocieplenie klimatu. Woda w ciągu ostatniej dekady ociepliła się z 29 do 32 stopni. W rezultacie pojawiło się u nas mnóstwo miękkich korali. Takich, które nie mają szkieletu wapiennego, widać, jak się ruszają, one bardzo lubią ciepłą wodę. Natomiast twarde, czyli LPS – wielkopolipowe – i SPS – małopolipowe – to takie, które przypominają kamień. Aż trudno uwierzyć, że są klasyfikowane jako zwierzęta. Zresztą wśród wielu osób nadal pokutuje przekonanie, że to po prostu kolorowe rośliny, które rosną sobie na dnie. Trzeba pamiętać, że korale, które nie przeprowadzają fotosyntezy, nie wyrosną na piasku. Porastają swoich poprzedników, po których został wapienny szkielet. To dlatego mówi się, że rafy „rosną”, bo faktycznie przez miliony lat młode wyrastały na szkieletach starych. A wracając do twojego pytania – w pandemii obserwuję, że dzikie delfiny, jak tylko wyruszamy na morze, natychmiast zaczynają przypływać do naszych łodzi. Najwyraźniej zaakceptowały nas jako część ekosystemu. Problem w tym, że kryzys wywołany koronawirusem spowodował, że młodzi bezrobotni Egipcjanie wypływają w morze wpław, z harpunem w ręku. Płyną kilka kilometrów, co zajmuje im parę godzin, polują na ryby i po zmroku próbują je dostarczyć na ląd, płynąc wpław. Wiele razy zdarzyło mi się wyławiać takiego 20-letniego kłusownika, który resztką sił wdrapywał się na pokład.

W Hurghadzie woda w oceanie w ciągu ostatniej dekady ociepliła się z 29 do 32 stopni. W rezultacie pojawiło się tu mnóstwo miękkich korali. (Fot. Getty Images) W Hurghadzie woda w oceanie w ciągu ostatniej dekady ociepliła się z 29 do 32 stopni. W rezultacie pojawiło się tu mnóstwo miękkich korali. (Fot. Getty Images)

W Egipcie program ochrony rafy działa skutecznie?
W Hurghadzie działa HEPCA, organizacja, która zajmuje się ochroną Morza Czerwonego mającego status parku narodowego. Wydają pozwolenia dla załóg: każda osoba musi przejść testy, żeby pracować jako przewodnik nurków i organizator snurkowania [tj. pływania pod wodą na niewielkiej głębokości lub tuż pod taflą wody, bez butli – przyp. red.]. To oni decydują, gdzie i kiedy można wypływać tak, żeby nie zaburzać życia rafy. Nie ma mowy, że jakaś łódź popłynie sobie w miejsce, gdzie na przykład śpią delfiny. HEPCA organizuje też regularne sprzątania plaż. To krok we właściwym kierunku, ale wiedza na temat ekologii wśród Egipcjan jest nadal niewielka. Oni nie doceniają tego, co mają.

Jak myślisz, dlaczego tak jest?
Egipska rafa jest wyjątkowa, podobna jedynie do tej w Australii. Egipcjanie mają cud natury, ale że mało podróżują, są przekonani, że wszystkie morza na świecie wyglądają tak samo. Jak im pokazałam podwodne zdjęcia z Bałtyku, gdzie dno wygląda, jak wygląda, byli przekonani, że robię sobie z nich żarty.

Co poczułaś, kiedy pierwszy raz zeszłaś tutaj pod wodę?
Wszystkie problemy – opłaty, rachunki, katar dziecka – znikają pod wodą. Jakbym była w stanie nieważkości. Z kolejnymi nurkowaniami miałam coraz więcej przemyśleń. Zastanawiałam się, dlaczego dziki delfin chce do mnie podpłynąć. A może to ten sam, z którym już kiedyś pływałam? Widziałam kiedyś na YouTubie filmik, na którym facet miał swojego błazenka, czyli amphipriona. Pomyślałam sobie: „Kurde, też chcę takiego mieć!”.

I masz?
Mam! Na jednej rafie spędziłam mnóstwo czasu, aż w końcu mieszkający tam błazenek zaczął wychodzić do mnie z korala. Przyzwyczaiłam go do gestu rozkładania rąk. Kiedy podpływałam, on się o mnie ocierał. Mam zdjęcia, na których siedzi mi na palcu jak motyl. Poczułam niesamowite zespolenie ze światem przyrody. Woda uświadamia ci, że jesteś tylko częścią większej całości.

Po tylu latach nie znudziło ci się schodzenie do tego świata?
Nie ma dwóch takich samych nurkowań. Zdarza mi się krzyczeć pod wodą jak dziecko i płakać ze szczęścia. Jak wtedy, kiedy odprowadziłam grupę na łódź i zgłosiłam załodze, że chcę zostać solo pod wodą. Podpłynął do mnie delfin. Był tuż obok mnie, jak nurek koło nurka. Pływaliśmy tak z 15 minut, sięgał tylko po powietrze. Mogłam spojrzeć temu zwierzakowi w oczy, mówiłam: „Jezu, jak fajnie, że jesteś! Ciekawe, o czym myślisz? Aaaa, ty jesteś dziewczynką!”. Wiedziałam, że delfin ma przyjemność z płynięcia obok mnie i wie, że ja mam przyjemność z płynięcia obok niego. Nie dotknęłam go, chociaż mogłam, był tak blisko.

Wiele osób pewnie by dotknęło. Dlatego nurkowanie budzi tak duże kontrowersje. Przeciwnicy uważają, że nurkowie niszczą rafy i zaburzają świat natury.
Rafy zmieniają się w szybkim tempie. Marzę o tym, żeby zobaczyć, jak wyglądały 20 lat temu. A te, które ja oglądam teraz, chcę pokazać moim dzieciom, jak będą większe. Nurkowie mają świadomość postępującej degradacji, dlatego chcemy swoją wiedzę zdobytą pod wodą wykorzystać do ocalenia tego świata. Stąd mój pomysł na szkółkę, w której hodujemy korale. Angażujemy w nią dzieci, którym przekazuję wiedzę na temat tego, jak można korale łączyć, które wymagają opieki, a które należy zostawić samopas. Dziecko hoduje swój koral, a potem co roku dostaje zdjęcie, na którym może zobaczyć, jak on się rozwija. Wierzę, że w ten sposób ocalimy rafy, ale przede wszystkim zwiększymy świadomość ekologiczną.

A twoi pracownicy i klienci, z którymi nurkujesz? Oni też schodzą pod wodę z taką świadomością?
Oczywiście wypadki są nieuniknione, czasem zdarza mi się w coś uderzyć, ale jeżeli nurek płynąłby przy rafie i jej dotykał, natychmiast zostałby odsunięty. Ja czuję się pod wodą tak, jakbym wchodziła do własnego ogródka. Wiem, gdzie mieszka ośmiornica, która nie ma trzech nóg, a gdzie ślepa murena. Pomyśl, co twoja mama zrobiłaby ci, gdybyś wszedł jej do ogródka i nie umiał się w nim zachować.

Twoja załoga składa się wyłącznie z Egipcjan, mężczyzn. Trudno jest być ich szefową?
Na szacunek pracowników musiałam zapracować. Teraz wiedzą, że ze mną nie ma dyskusji. Ale tylko raz zdarzyło mi się nakrzyczeć na pracownika. Był wkurzony, że nie może nic zrobić z tym, że kobieta na niego krzyczy. Kobiecie tutaj nie wypada podnosić głosu na mężczyznę w miejscu publicznym. W domu może. Ba! W domu to norma, ale na ulicy czy w pracy – już nie.

Kiedy zaczęli się z tobą liczyć?
Zaakceptowali moją obecność szybko, ale musiałam sobie wyrobić taką renomę, żeby szanowali też to, co mówię. Nawet kiedy zdałam egzamin na instruktorkę nurkowania i wszyscy na łodzi byli niżsi stopniem ode mnie, nadal pozostawałam kobietą, postrzeganą jako turystka: biała, blondynka. Musiałam pokazać, że faktycznie mam coś w głowie. Pomógł mi Ahmed, szef zespołu, który dzielił się ze mną wiedzą, zabierał na nurkowania. Pokazywał, na co zwracać uwagę, jak i gdzie szukać, żeby były one bardziej interesujące, bezpieczniejsze. Przy nim poczułam komfort bycia w wodzie bez strachu. Teraz czuję się w niej tak, jakbym otwierała drzwi i wchodziła do kolejnego pokoju. Kiedy załoga zobaczyła, że pod wodą jesteśmy na równych prawach, zaczęła szanować moje zdanie.

Egipt poznałaś w dzieciństwie czy dopiero w dorosłości?
Ojca straciłam, kiedy miałam cztery miesiące, a mamę – jak miałam 16 lat. Już jako nastolatka zaczęłam mieszkać sama, z Polski wyleciałam w klasie maturalnej. Pracowałam najpierw między innymi na parkingu jako ticket lady, sprzątałam toalety w centrum handlowym, segregowałam ulotki. Aż w końcu trafiłam do firmy, w której dostrzeżono, że jestem pracowita. No i spędziłam w niej dziesięć lat. Do tego zapisałam się eksternistycznie na biomedycynę. Skończyłam studia, w międzyczasie urodził się mój syn. A potem miałam wypadek. Niefortunnie się przewróciłam na rolkach, naciągnęłam mięśnie od opuszków palców po piąty i szósty krąg szyjny. Nie nadawałam się do pracy. Zaczęłam fizykoterapię, dostawałam chorobowe, ale do firmy nie mogłam już wrócić, woleli wypłacać mi ubezpieczenie. Założyłam własną firmę budowlaną. Przynosiła dobre pieniądze, ale praktycznie nie było mnie w domu. W pewnym momencie zrozumiałam, że pieniądze nie dadzą mi szczęścia. Spakowałam, co miałam pod ręką, i poleciałam na Cypr. Sama. Musiałam odreagować trudny czas, rozchodziłam się wtedy z ojcem Tomka. I ten pobyt był czymś, co zmieniło całe moje życie. Wspaniałe plaże, woda, ciepło po angielskiej depresji. Postanowiłam zostać dłużej, a któregoś dnia zaczęłam nurkować. Poczułam, że to jest to, zrobiłam kurs. Zadzwoniłam do centrum, które akurat potrzebowało pracownika. Moje jedenaste nurkowanie było już nurkowaniem w pracy. A kiedy na Cyprze przyszła zima, poleciałam do Egiptu.

Dlaczego zdecydowałaś się tam zostać?
Pomyślałam sobie: „Boże, po co ja mam wracać na ten Cypr, przecież tam pod wodą nic nie ma!”. Załatwiłam paszport dla syna i przeprowadziłam się z jednym plecakiem.

Nie było problemu z tym, że jesteś singielką z dzieckiem?
Przy najmie mieszkania powiedzieli mi, że żaden mężczyzna nie może mnie odwiedzać. Tu jest tak, że jeżeli przychodzi do mnie pan, żeby naprawić Internet, muszę mieć otwarte drzwi, żeby wszyscy wiedzieli, co się dzieje.

Nie czułaś się z tym źle?
Szczerze mówiąc, to czułam się bezpieczna. A to było dla mnie w nowym kraju bardzo ważne. Jedyny problem, jaki napotkałam, to rasizm w przedszkolu mojego dziecka. Jedno z arabskich dzieci wybrało sobie mojego synka na ofiarę, mówiło, że ma „brudną skórę”.

Musieliśmy zmienić przedszkole.
Po kilku miesiącach zrobiłam kurs na instruktora nurkowania. Poszłam na egzamin, w sali siedziało trzech Egipcjan: dwóch z nich było właścicielami centrów nurkowych, jeden instruktorem, który po wieloletniej przerwie musiał odnowić licencję. No i ja. „Dzień dobry, nazywam się Marta, mam za sobą 200 nurkowań”. Spojrzeli po sobie. Wtedy nie wiedziałam, co mówili, uśmiechałam się ładnie. Teraz wiem, że pytali dyrektora: „Ona naprawdę będzie tu z nami?!” [śmiech]. Jednym z tych mężczyzn, których spotkałam na egzaminie, był Ahmed. Z tych czterech osób tylko ja i on zdaliśmy kurs. Wtedy każde z nas poszło w swoją stronę, ale po jakimś czasie zadzwoniłam do niego, zaczęliśmy współpracę. Weszłam na jego łódź i tak już zostałam. Przeżyliśmy pod wodą kilka takich sytuacji, w których faktycznie musieliśmy sobie bardzo zaufać. Prowadziliśmy na przykład grupę, byliśmy na 30 metrach i nagle odcięło się powietrze. Musieliśmy wyciągać całą ekipę, podawać sobie sprzęt, ja sama go z tych 30 metrów wyciągałam. Zdarzyło się też, że musieliśmy ściągać cały sprzęt pod wodą, bo komputery zostały źle skorygowane. Pokazywał mi wyjście, mówił, że zostanie sam, ale nie zgodziłam się. Kiedy wyszliśmy z wody – ja trzęsąca się, cała sina – ktoś powiedział: „Musicie się bardzo kochać”. Odpowiedzieliśmy zgodnie z prawdą: „Ale my nie jesteśmy razem”.

Pod wodą płeć, pochodzenie, seksualność, kolor skóry ani religia nie mają najmniejszego znaczenia. (Fot. Philippe Lahousse/archiwum domowe Marty Pietrzak) Pod wodą płeć, pochodzenie, seksualność, kolor skóry ani religia nie mają najmniejszego znaczenia. (Fot. Philippe Lahousse/archiwum domowe Marty Pietrzak)

Kiedy to się zmieniło?
Kiedy Ahmed zachorował na wirusa dengi, którego roznoszą komary. Pojechałam do niego, na miejscu był jego brat, więc nie byłam sama. Niedługo potem zarządziłam: „Przywieźcie mi mojego syna i poinformujcie doormana na dole (tu w każdej klatce jest taki pilnujący, który ma między innymi zapobiegać nieobyczajnym zachowaniom mieszkańców), że ja z nim zostaję”. Żeby było śmieszniej, kiedy Ahmed wyzdrowiał, ja się rozchorowałam. Zajął się mną tak samo, jak ja nim. Już wtedy wiedzieliśmy, że łączy nas coś więcej. Natomiast ze ślubem było tak, że zdecydowaliśmy, iż nie chcemy się już z naszym związkiem chować, bo ile można, przecież jesteśmy dorośli, stwierdziliśmy więc, że podpiszemy papiery. Nie było białych sukienek ani kwiatków.

Czujesz się zasymilowana? Przywykłaś do różnic kulturowych?
Kobieta może się w Egipcie realizować i prywatnie, i zawodowo. Oczywiście niektóre z nas mogą nie akceptować ceny, jaką się za to płaci. Dla mnie ona jest akceptowalna, bo mój świat i tak jest pod wodą. A tam płeć, pochodzenie, seksualność, kolor skóry ani religia nie mają najmniejszego znaczenia.