1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Kaia Gerber i Cindy Crawford - córka i matka o swojej relacji

Kaia Gerber i Cindy Crawford - córka i matka o swojej relacji

Cindy Crawford i jej córka Kaia Gerber wyglądają uderzająco podobnie. Nie bez powodu w Internecie mnożą się quizy – zadanie polega na tym, by je rozróżnić. (Fot. Getty Images)
Cindy Crawford i jej córka Kaia Gerber wyglądają uderzająco podobnie. Nie bez powodu w Internecie mnożą się quizy – zadanie polega na tym, by je rozróżnić. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Nie każda córka jest wpatrzona w matkę. Nie każda matka chce uczyć się od córki. Ale relację Cindy Crawford i Kai Gerber tak właśnie można opisać. Obie są supermodelkami, obie odniosły sukces i ciężko na niego pracują. Choć świat lubi widzieć w Kai kopię słynnej matki, ona coraz dobitniej udowadnia, że wzięła z niej to, co najlepsze, ale tworzy już swoją własną historię. 

Piękne, szeroko rozstawione migdałowe oczy w kolorze głębokiego brązu, mocno zarysowane kości policzkowe i opadające na ramiona błyszczące, kasztanowo-miodowe włosy – Cindy Crawford i jej córka Kaia Gerber wyglądają uderzająco podobnie. Nie bez powodu w Internecie mnożą się quizy – zadanie polega na tym, by je rozróżnić. I rzeczywiście, patrząc na zestawienie starych zdjęć Cindy i stylizowanych na vintage fotografii Kai, łatwo się pomylić. Sama Kaia przyznała w jednym z wywiadów, że jako dziewczynka miała potrzebę podkreślania swojej indywidualności i odmienności, także w wyglądzie (raz nawet obcięła sobie sama grzywkę „na Audrey Hepburn”, na której punkcie miała wtedy obsesję) – jednak teraz im więcej znajduje w sobie cech i zainteresowań, które łączą ją z mamą, tym bardziej jest dumna. Bo od zawsze ją podziwiała. Zresztą nie tylko ona.

Diament znaleziony wśród pól kukurydzy

Od początku się wyróżniała. Wiedziała, czego chce, punktualnie zjawiała się na planie zdjęciowym, nie kaprysiła, stroniła od używek. Przez ponad 30 lat kariery nie był z nią związany żaden skandal, czego nie uniknęły jej słynne koleżanki, jak Kate Moss czy Naomi Campbell. Pozostała wierna nie tylko swojemu wizerunkowi (nigdy nie eksperymentowała z kolorem włosów ani stylem ubierania), ale też instytucji małżeństwa (od 22 lat jest związana z biznesmenem Randym Gerberem) czy markom, z którymi współpracuje (między innymi Omedze – od 25 lat). Dla wielu osób Cindy Crawford nadal jest ucieleśnieniem klasycznej, nieprzemijającej urody i wzorem zdrowego, sportowego wyglądu.

Cindy Crawford z mężem Randy Gerberem, córką Kaią i synem Presleyem. (Fot. materiały prasowe Omega: Peter Lindbergh) Cindy Crawford z mężem Randy Gerberem, córką Kaią i synem Presleyem. (Fot. materiały prasowe Omega: Peter Lindbergh)

Wychowana w niewielkim amerykańskim miasteczku w hrabstwie DeKalb w Illinois jako nastolatka dorabiała, pracując przy zbiorach na pobliskich polach kukurydzy. To właśnie tam miała zostać zauważona przez jednego z lokalnych fotografów, który zrobił jej zdjęcia do regionalnej gazety. Dzięki temu dostała pierwsze zlecenia w Chicago. Pozowała do katalogów, reklam pasków i butów. Drzwi do wielkiego świata uchylił przed nią fryzjer, z którym pracowała przy jednej z testowych sesji i który polecił ją prestiżowej agencji Elite. Na jej prośbę w 1986 roku przeprowadziła się do Nowego Jorku. Wielkie miasto, tak dalekie od tego, co dobrze znała w DeKalb, początkowo ją przytłaczało. – To wszystko było dla mnie nowe. Nie potrafiłam nawet zatrzymać taksówki – wspominała z rozbrajającą szczerością w jednym z wywiadów. A świat mody pokochał ją właśnie taką. W tym samym roku trafiła na sesję okładkową do amerykańskiego „Vogue’a”, przed obiektyw słynnego fotografa Richarda Avedona. Miała zaledwie 20 lat, ale w różowej, satynowej bluzce i z nonszalancko przewiązanym szalem wyglądała jak bogini. Nie przeszkadzał w tym nawet słynny pieprzyk, którego tak nie lubiła (między innymi przez wyśmiewające ją z jego powodu szkolne koleżanki) i który chciała usunąć. Ale skoro zaakceptowała go wielka moda, postanowiła go zostawić.

Rozsądna supermodelka

– Uwielbiałam w okładkach Avedona to, że skupiały się na twarzy. Jedną z rzeczy, których mnie nauczył i które przekazałam Kai, była następująca rada: „Za każdym razem, kiedy patrzysz w obiektyw aparatu, miej w głowie jakąś myśl. Nie muszę wiedzieć jaką, ale nie chcę pustego wyrazu twarzy” – wspomina Cindy. Przełomem w jej karierze była kultowa już okładka brytyjskiego „Vogue’a” ze stycznia 1990 roku. Odpowiedzialny za nią był Peter Lindbergh. Dostał zadanie – sfotografować modelkę, która miała zostać twarzą nowej dekady. Niemiecki fotograf nie mógł i nie chciał decydować się na jedną. Postanowił pokazać, że piękna nie można zamknąć w sztywne ramy. Wybór padł na pięć nazwisk, które zdaniem Lindbergha były wówczas najbardziej inspirujące – Christy Turlington, Linda Evangelista, Naomi Campbell, Tatjana Patitz i oczywiście Cindy Crawford. Efekt zachwycił. Okładka była zaprzeczeniem wszystkiego, z czego słynęły lata 80., symbolem nowego początku. Zamiast przestylizowanych kobiet z natapirowanymi włosami i kolorowym, mocnym makijażem czytelnicy zobaczyli pięć naturalnych młodych dziewczyn pozujących w minimalistycznych stylizacjach na ulicy Nowego Jorku. Z czarno-białej fotografii biły świeżość i spokój. O modelkach na niej pozujących momentalnie zrobiło się głośno. Niedługo po ukazaniu się numeru odezwał się do nich George Michael z propozycją, by wystąpiły w teledysku do jego najnowszego singla, „Freedom! ’90”. Na plan w Londynie leciały pierwszą klasą najnowszego samolotu typu Concorde. Crawford razem z koleżankami stały się popsensacją, znanymi na całym świecie osobistościami i pierwszymi prawdziwymi supermodelkami. W efekcie ich gaże poszybowały do nieznanych wcześniej kwot. „Mamy z Christy [Turlington] takie powiedzenie: nie wstajemy z łóżka za mniej niż 10 tysięcy dolarów dziennie” – mówiła Linda Evangelista. A jednak to właśnie Cindy Crawford w 1995 roku została ogłoszona przez magazyn „Forbes” najlepiej zarabiającą modelką świata z roczną pensją wynoszącą blisko 9 milionów dolarów. Obecnie, po prawie trzech dekadach, tytuł ten należy do Kendall Jenner, jednej z pięciu sióstr z klanu Kardashian. Tuż za nią plasują się siostry Hadid i Cara Delevingne. Kaia, która we wrześniu skończyła 18 lat, znalazła się na miejscu 14., z trzema milionami dolarów rocznie na koncie. Popularne są też Hailey Bieber (née Baldwin), Iris Law (córka Jude’a) czy Adwoa Aboah. Tym samym nastała nowa era modelek, które oprócz nienagannej sylwetki, ślicznej buzi i wyczucia stylu, często mogą pochwalić się wpływowymi rodzicami i rozpoznawalnym nazwiskiem.

Zmiana warty

Kaia miała zupełnie inny start w branży niż Cindy. Otrzymała złoty bilet na wybiegi topowych światowych projektantów – największe marki niczym w blokach startowych czekały, aż skończy 16 lat. Zaledwie cztery dni po osiągnięciu ustawowego wieku, który pozwala modelce uczestniczyć w pokazach, zadebiutowała na wybiegu kolekcji Calvina Kleina 205W39NYC Rafa Simonsa. W tym samym sezonie (wiosna–lato 2018) chodziła między innymi w pokazach: Marca Jacobsa, Burberry, Alexandra Wanga, Coach, Prady, Chanel (który otwierała), Fendi, Moschino, Saint Laurent i Alexandra McQueena. Dużym przeżyciem musiał też być ten dla Versace, który w hołdzie dla Gianniego zamykały supermodelki lat 90., w tym jej mama. – Myślę, że tym, co pociągało mnie w modelingu, był fakt, że skoro i tak moje zdjęcia pojawiały się w gazetach z racji tego, czyją córką byłam, chciałam mieć na to jakiś wpływ. Ale mama nigdy mnie w tę stronę nie popychała – mówiła w jednym z wywiadów. Świat mody upomniał się o nią, już kiedy była dziewczynką. Nie mogła chodzić po wybiegu, ale za zgodą rodziców mogła przecież występować przed obiektywem. I tak już w wieku dziesięciu lat została twarzą kampanii Versace linii junior. Pięć lat później pozowała do zdjęć reklamujących zapach Daisy Marca Jacobsa i zadebiutowała jako aktorka w filmie „Sister Cities”. Od 2017 roku wszystkie drzwi stały przed nią otworem. Rok później odebrała prestiżową nagrodę Fashion Awards w kategorii modelka roku (z mównicy podziękowała rodzicom), a także, wspólnie z Karlem Lagerfeldem, stworzyła kolekcję KarlxKaia. Nic dziwnego, że praktycznie całą szkołę średnią zaliczyła online… Kaia Gerber ma wszystko, co jest wymagane, by być modelką – jest naturalnie piękna, wysoka, niebanalnie prezentuje się na zdjęciach i doskonale chodzi po wybiegu. Nie ma wątpliwości, że cenne umiejętności wyssała z mlekiem matki. Ma też coś, co zawsze się przydaje – zna ten biznes od podszewki. – Dla mnie modeling nie był obcym światem. Czułam, że go rozumiem. Wiedziałam, w co się pakuję, więc było to dla mnie zdecydowanie mniej przerażające. Bardzo cenię kobiety, takie jak moja mama i inne dziewczyny, które wchodząc do branży, nie wiedzą o niej nic. Miałam wyjątkowe doświadczenie, ale nieważne, jak dobrze byłabym przygotowana, wielu rzeczy i tak musiałam się nauczyć sama – przekonywała niedawno. Jak podkreśla, nigdy nie chciała specjalnego traktowania, a jeśli je jej oferowano, odmawiała. Jest na tym punkcie wręcz przeczulona. – Zawsze, ale to zawsze stawiam się na planie punktualnie. Zapamiętuję nazwiska i imiona wszystkich osób, z którymi pracuję. Czasem aż wychodzę z siebie, żeby pomóc innym – mówi z siłą. Jej predyspozycje i profesjonalizm pozwalają sądzić, że nawet jeśli nie byłaby córką Crawford, mogłaby osiągnąć w branży sukces. Tylko jej droga byłaby wówczas dłuższa i podobna do tej, którą musiała przejść jej matka. Świat, do którego wkroczyła Kaia, ma już niewiele wspólnego z tym, w którym zaczynała Cindy. Supermodelka lat 90. często podkreśla, że tak szalenie teraz ważnych mediów społecznościowych musiała się nauczyć od nastoletniej córki. Gdy ona stawiała pierwsze kroki w modelingu, na sesjach były wyłącznie aparaty analogowe. – Kiedy robisz zdjęcia na kliszy i nie ma monitora, cała uwaga skupiona jest na planie, na modelce. Wszyscy na ciebie patrzą, a ta uwaga sprawia, że starasz się jeszcze bardziej. Później wszyscy zaczęli gromadzić się wokół ekranu, a ja na planie zostawałam sama. To była dla mnie wielka zmiana – tłumaczy Cindy. Kaia w naturalny sposób rozumie technologiczne przemiany i łatwo się wśród nich odnajduje. Na Instagramie śledzi ją obecnie blisko sześć milionów osób. Jej mamę – o milion mniej.

Predyspozycje i profesjonalizm Kai Gerber pozwalają sądzić, że nawet jeśli nie byłaby córką Crawford, mogłaby osiągnąć w branży sukces.(Fot. materiały prasowe Omega: Peter Lindbergh) Predyspozycje i profesjonalizm Kai Gerber pozwalają sądzić, że nawet jeśli nie byłaby córką Crawford, mogłaby osiągnąć w branży sukces.(Fot. materiały prasowe Omega: Peter Lindbergh)

Modelowa rodzina

Pierwszą ich wspólną okładką był francuski „Vogue” z kwietnia 2016 roku. Chwilę potem pojawiły się w grudniowym numerze holenderskiego wydania. Tak samo w naturalny sposób rozpoczęła się współpraca Kai z prestiżową marką zegarków Omega, której Crawford jest ambasadorką. – Gdy miałam około sześciu lat, pojechaliśmy razem, rodzinnie, na igrzyska olimpijskie do Pekinu. Była to jedna z najlepszych wypraw z Omegą w życiu – wspominała Kaia w Paryżu, gdzie trzy lata temu firma ogłosiła współpracę z nastoletnią modelką. Na uroczystości wydawała się trochę wycofana, lekko przytłoczona, ale jednocześnie pewna siebie. Z nogami do nieba i rozświetloną blaskami fleszy twarzą robiła piorunujące wrażenie. Na miejscu odbyła się też premiera najnowszej kampanii Omegi, której twarzami została cała rodzina Gerber-Crawford (Cindy, Randy, Kaia i jej starszy brat Presley). By historia zatoczyła koło, fotografował ich nie kto inny jak Peter Lindbergh. Pytana, jak radzi sobie z sukcesem w tak młodym wieku i czy nie żałuje, że jej dzieciństwo było zbyt krótkie, uspokaja: – Od dziecka byłam najmłodszą osobą w pokoju, i to się nadal nie zmieniło. Mnóstwo czasu spędzałam z rodzicami i ich znajomymi. Można powiedzieć, że byłam dorosłą kobietą w ciele dziewczynki.  Już jako pięciolatka świetnie dogadywałam się z 50-latkami. Dorastając w sielskim i dostatnim Malibu, długo nie zdawała sobie sprawy z popularności matki. Cindy i Randy starali się wychować dzieci z dala od blasków fleszy. Pytany w szkole o zawód rodziców Presley twierdził, że mama nigdzie nie pracuje. Dopiero gdy supermodelka wystąpiła w jednym z odcinków popularnego serialu Disneya „Czarodzieje z Waverly Place” z Seleną Gomez, rodzeństwo uwierzyło, że mama jest sławna. Dla Cindy odpowiednie wykształcenie dzieci było priorytetem. Sama, uzyskawszy stypendium, zaczęła studia na Uniwersytecie Northwestern na kierunku technologia i inżynieria chemiczna, które zmuszona była jednak przerwać. Dzieci wysłała więc do dobrych szkół i zachęcała do czytania i samorozwoju. Kaia mówi biegle po francusku, jest prawdziwym molem książkowym, a w wypowiedziach czaruje elokwencją. W dodatku sprawia wrażenie skromnej i naturalnej. I choć znawcy trendów i ekonomiści wróżą jej nawet bardziej lukratywną karierę od matki, ona podchodzi do tego z dużą pokorą. Jak podkreśla, słowo „supermodelka” nie powinno być obecnie tak powszechnie używane. – Zdecydowanie uważam, że trzeba sobie na nie zasłużyć. Gdy ludzie tak o mnie mówią, myślę, że powinni dać mi jeszcze trochę czasu – tłumaczy. Przez długi czas konsekwentnie odmawiała wywiadów. – Co ma ciekawego do powiedzenia 16-latka?! – tłumaczyła. Dziś jest starsza i coraz bardziej otwiera się na swój temat, mówiąc na przykład, że… nie lubi uzewnętrzniać się przed innymi. W wywiadzie dla magazynu „i-D” wyznała, że taką niewidzialną barierę zbudowała też między sobą a mamą. Nie zwierzała jej się z problemów, nie dzwoniła, gdy była smutna. Kiedy jednak przełamała w sobie opór, okazało się, że mają nie tylko podobne przemyślenia, ale i doświadczenia. Od tego momentu bardzo się zbliżyły. – Mama jest otwarta na świat i ludzi. Ciągle chce się czegoś uczyć, zadaje mi mnóstwo pytań i nie jest w ogóle oceniająca. Potrafimy rozmawiać godzinami. Zrozumiałam, że nie musi być zawsze moją mamą, może być też przyjaciółką. Wspierać, a nie martwić się o mnie – mówi. Bo kiedy jesteś córką znanej osoby, masz łatwiej, ale i trudniej. Zderzasz się z cudzymi oczekiwaniami, z góry ukształtowanymi opiniami, a niekiedy i uprzedzeniami. – Czasem czuję, że najpierw muszę  ludzi rozczarować, by udowodnić, ile jestem warta – przyznaje Kaia. I udowadnia to z coraz lepszym skutkiem. – Nie dziękujcie mi za to, jak niesamowita jest moja córka – przekonywała Cindy, kiedy redaktorka „Vogue'a” pochwaliła profesjonalizm Kai. – Ona taka już się urodziła. To w ogóle nie jest moja zasługa. No, może odrobinę.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Dodaj swojej pracy elegancji

Zobacz galerię 8 Zdjęć
Dzięki dobrej technologii świat i ludzi możesz mieć zawsze blisko siebie. Dobry laptop zmniejsza dystans społeczny jak żadne inne urządzenie.

Częściej pracujesz z domu? Cieszysz się z tego, czy może izolacja nie leży w twojej naturze i wolałaś wychodzić do biura? Niezależnie od tego, do której grupy należysz, pora wykorzystać tę sytuację na swoją korzyść – pracować, uczyć się i spędzać czas najlepiej, jak to tylko możliwe. Elegancko wykończony, efektowny, a jednocześnie minimalistyczny. HP Spectre x360 w nowej 14-calowej wersji to laptop, który pomoże ci rozwijać wszystkie twoje pasje, a nawet odkryć kolejne. Jest ultramobilny i choć wygląda stylowo jak puderniczka od Toma Forda, kryje w sobie niezwykle wydajny procesor.

Wbrew wcześniejszym obawom, wiele firm zauważyło znaczny wzrost wydajności swoich pracowników w systemie pracy zdalnej. Eksperci uważają, że ten styl pracy może już po prostu zostać z nami, nawet gdy minie zagrożenie związane z pandemią. To dobry moment, żeby zainwestować w jakość swojego życia i pracy, wybierając laptopa, który spełni wszystkie twoje potrzeby.

Ćwiczysz? Ten laptop będzie ćwiczyć razem z tobą

Praca w domu nie musi oznaczać rezygnacji z ulubionego treningu. Podnieś się z czułych objęć kanapy i dołącz do treningu jogi czy pilatesu on-line. Z HP Spectre x360 to wyjątkowo łatwe dzięki dużemu ekranowi dotykowemu. Specjalne szkło z powłoką antyrefleksyjną redukuje odbicia i zwiększa kontrast. Dzięki takiej technologii możesz ćwiczyć o poranku, w jasnym pomieszczeniu czy na tarasie. Obraz na ekranie pozostanie wyraźny i kontrastowy. Aby jeszcze wygodniej śledzić ruchy trenera, możesz wykorzystać konstrukcję 360, czyli możliwość zmiany laptopa w tablet czy ustawienia go w pozycji przypominającej namiot. HP Spectre jest jak wygimnastykowany jogin, nie ma dla niego rzeczy niemożliwych.

Na rynku dostępne są 3 warianty kolorystyczne: srebrny, czarno-złoty oraz niebiesko-morski (oryginalna nazwa tego ostatniego to poseidon blue, na rynku jedynie 500 egz.). Na rynku dostępne są 3 warianty kolorystyczne: srebrny, czarno-złoty oraz niebiesko-morski (oryginalna nazwa tego ostatniego to poseidon blue, na rynku jedynie 500 egz.).

Zadbaj o bezpieczeństwo i rozrywkę

Nic tak nie poprawia nastroju jak ulubiona melodia. W przerwach od pracy możesz wypełnić dom muzyką, a nawet zorganizować solową imprezę taneczną. Nie martw się o hakerów-podglądaczy, możesz nacisnąć konkretny przycisk na klawiaturze i kamera zostaje ukryta pod specjalną przesłoną (równie łatwo wyłączysz mikrofon). Głośniki laptopa dostrojone przez ekspertów Bang & Olufsen, pozwolą ci cieszyć się dźwiękiem bardzo dobrej jakości.

Rysik zastąpi długopis

Na działce, w parku, przy kuchennym stole, czy nawet (nikomu nie zdradzimy) w łóżku. HP Spectre x360 jest zgrabny i lekki. Gdy zmienisz go w tablet na ekranie możesz pracować rysikiem. Takie cyfrowe pióro pozwala szkicować, pisać, czy po prostu wygodnie nawigować strony. Może zechcesz rozwijać porzucone kiedyś pasje i ściągniesz darmową aplikacje Adobe Fresco do malowania i rysowania, która oferuje tysiące pędzli i innych narzędzi. Wszechstronny port ThunderboltTM 4 zapewnia zasilanie i pozwala szybko i bez problemów podłączyć komputer do urządzeń takich jak aparaty cyfrowe lub dwa monitory 4K. Nie musisz się martwić poszukiwaniem specjalnych przelotek i kabli. Akumulator jest tak wytrzymały, że może pracować nieustannie 11,5 godziny. Brak baterii nie przerwie ci maratonu wideokonferencji. Automatyczna regulacja poziomu zasilania zapobiega przegrzaniu i wyczerpaniu akumulatora. Nie lubisz, gdy ktoś zagląda ci przez ramię i patrzy, co robisz? Laptop jest uzbrojony w funkcję ochrony prywatności Sure View Reflect. Możesz ją włączyć jednym przyciskiem. Idealna broń na ciekawskie spojrzenia.

HP Spectre x360 to wielowymiarowość i wygoda. HP Spectre x360 to wielowymiarowość i wygoda.

Czas na relaks

Możesz pracować cały dzień, ale baterii wystarczy jeszcze na odcinek ulubionego serialu. W weekend możesz nawet obejrzeć cały sezon za jednym podejściem, bez nakładania na twarz kremu z filtrem chroniącym przed Blue light. HP Spectre jest jak domowe kino. Wyświetlacz 3K2K OLED sprawia, że barwy są wyraziste i intensywne, a przy tym przyjazne dla oczy, bo ekran ma certyfikat Eyesafe potwierdzający redukcję niebieskiego światła, co jest korzystne dla oczu (i cery). Ten sprytny laptop ma też największy obecnie na rynku aktywny obszar wyświetlenia (tzn. ile contentu możesz zobaczyć na ekranie) dzięki bardzo cienkiej ramce monitora.

Technologiczny obiekt pożądania

Mówi się, że HP Spectre x360 14 to kobiecy laptop. Nieduży, niesamowicie elegancki, dopracowany w każdym szczególe, wygląda jak oszlifowany cenny kamień. Gdy już zabierzesz go z domu, przyciąga zarówno kobiece, jak i męskie spojrzenia. Najnowsza, czternastocalowa wersja laptopa jest dostępna na rynku w 3 wariantach kolorystycznych: srebrnym, czarno złotym oraz niebieskim/morskim. Oryginalna nazwa najlepiej oddaje ten odcień – Poseidon blue. Jeśli lubisz mieć naprawdę wyjątkowe przedmioty, warto się przyjrzeć tym laptopom.

  1. Kultura

Marta Gardolińska - pierwsza w historii opery francuskiej dyrektorka muzyczna

Marta Gardolińska - dyrygentka
Marta Gardolińska - dyrygentka
Wiadomość, kto obejmie stanowisko dyrektora muzycznego Opery Narodowej Lotaryngii, wywołała ostatnio sporo zamieszania. Bo to kobieta – pierwsza w długiej historii tej instytucji. Polka, i to zaledwie 33-letnia. Kim jest Marta Gardolińska?

Szacowna Opéra National de Lorraine z siedzibą w Nancy, jedna z pięciu oper narodowych we Francji, jest sceną z tradycją sięgającą XVIII wieku. Dyrygenta pełniącego funkcję dyrektora muzycznego szukano tu już od pewnego czasu. Wybór Marty Gardolińskiej jest tym bardziej znaczący, że wzięto pod uwagę także głosy muzyków orkiestry i reszty zespołu opery. Znali Gardolińską, mieli okazję z nią pracować.

– To była próba ognia, z której wyszliśmy obronną ręką – wspomina Marta tamtą współpracę.

Do próby ognia jeszcze wrócimy, tymczasem sukces Polki jest wyjątkowy także z innego powodu. Tak, Gardolińska to pierwsza w historii francuskiej opery dyrektorka muzyczna, ale chodzi też o dyrygenturę w ogóle. Jeśli spojrzymy na światowe statystyki, w zestawieniu 150 najbardziej rozpoznawalnych dyrygentów znalazło się zaledwie pięć dyrygentek. Te dane pochodzą sprzed kilku lat i to w tym przypadku pocieszająca wiadomość. Bo, jak mówi sama Marta, czasy zmieniają się bardzo szybko, a ona jest tej zmiany – która gwałtownie przyśpieszyła akurat w czasie jej nauki i wchodzenia w zawód – częścią i naocznym świadkiem. Co nie znaczy, że po drodze nie miała wątpliwości, czy to zawód dla niej.

Ciało

Miała zostać fizjoterapeutką, która zajmuje się muzykami. Pomysł pojawił się jeszcze w liceum, na warszawski AWF zdała z pierwszą lokatą. Zawsze była wysportowana, rodzice bardzo o to dbali. Już jako trzylatka chodziła na basen, potem doszły kolejne dyscypliny, między innymi akrobatyka. A konkretnie: skoki na (tu Marta zgadza się, że w kontekście jej dzisiejszego zawodu brzmi to zabawnie) batucie. Różne osiągnięcia przychodziły jej z łatwością, nawet jeśli przez szkołę muzyczną nie mogła trenować tak intensywnie jak koleżanki. Skoki skończyły się, kiedy w wieku dziesięciu lat doznała poważnej kontuzji. Kompresyjne złamanie kręgosłupa, wynikające z dużych obciążeń w okresie intensywnego wzrostu. Chodziła w gorsecie, przeszła rehabilitację i fizykoterapię. Marta: – Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że wszystko dzieje się po coś. Do mnie dzięki tamtemu doświadczeniu dotarło, jak ważna jest praca z ciałem i że można je zregenerować. Sport w jej życiu został. Utrzymywał ją w dobrej formie, ale też dał sporo pewności siebie. Uśmiecha się: – Mam starszego brata i często trenowałam z nim i z jego kolegami. To, że udało mi się zrobić więcej pompek lub wyprzedzić któregoś z nich na torze, było powodem do dumy i zbudowało we mnie przekonanie, że jeżeli się postaram, zawezmę i popracuję, mogę być tak samo silna czy szybka jak moi koledzy. Nadal jest w niej duch rywalizacji. Nie cierpi, kiedy ktoś daje jej fory. Poczucie, że zdobyła w życiu cokolwiek nie dlatego, że była obiektywnie najlepsza, ale z jakichkolwiek innych względów, jest dla niej ujmą na honorze.

Muzyka

Dyrygenturę symfoniczną miała studiować równolegle z AWF. Taki, a nie inny kierunek muzyczny wybrała, bo jako nastolatka – właściwie przypadkiem – odkryła, że dyrygując, wyraża się dużo lepiej, niż grając na instrumencie. Znikała paraliżująca trema, która gnębiła ją podczas występów solo. Miały być więc dwa kierunki studiów, tyle że kiedy już po egzaminach porównała oba rozkłady zajęć, zorientowała się, że pogodzenie ich jest fizycznie niemożliwe. No dobrze, niech więc najpierw będzie dyrygentura, dostać się było na nią niezwykle trudno, na rok przyjmowano tylko pięć osób. Marta zakładała, że studia muzyczne skończy na licencjacie, po czym zrealizuje swój pierwotny plan. I chociaż w rezultacie sprawy potoczyły się inaczej, znamienne jest, że dziś, wspominając kobiety, którym wiele zawdzięcza, na pierwszym miejscu wymienia Gertraud Berkę-Schmid. Profesorkę na Akademii Muzycznej w Wiedniu, śpiewaczkę operową, ale także psycholożkę, lekarkę specjalizującą się między innymi w osteopatii, ćwiczeniach fizjoterapeutycznych, technikach relaksacyjnych. Berka-Schmid łączy w swojej pracy holistyczną wiedzę o tym, kim jest muzyk i jak powinien prawidłowo funkcjonować, a Marta była słuchaczką na jej wykładach i jej pacjentką. Mówi, że swoją postawę – dosłownie: prawidłową postawę na scenie przed orkiestrą, bez bólu i napięć, ale też postawę życiową, podejście do pracy, rozumienie swojej roli jako dyrygentki – zawdzięcza pani profesor.

Tylko ten jeden raz

Jest absolwentką wiedeńskiej Akademii Muzycznej, dokąd trafiła po dwóch latach studiowania w Warszawie. Na uczelni siedziała codziennie od 8 do 22, czyli tak długo, jak było otwarte. Czego uczy się student, żeby zostać zawodowym dyrygentem orkiestry symfonicznej? Nauka techniki dyrygowania zaczyna się zwykle od zajęć z dwoma fortepianami. Ale to szybko przestaje wystarczać, trudno porównać to do kierowania zespołem liczącym od 50 do nawet 120 muzyków. Poza tym technika jest jakąś składową tego zawodu. Marta żartuje, że gdyby prześwietlić pod kątem stylu niektórych gigantów dyrygentury, mogliby nie zaliczyć egzaminów na uczelni. Tu już wchodzi w grę metafizyka – potęga talentu i interpretacji. Co zatem w edukacji przyszłego dyrygenta jest ważne? Zasadne jest porównanie do studiów reżyserskich. Zdobywa się jak najszersze wykształcenie. Historia muzyki, analiza dzieł, nauka repertuaru, wyrabianie w sobie muzykalności. Reszty człowiek tak naprawdę uczy się sam, zdobywa doświadczenia, kierując orkiestrami, między innymi amatorskimi, a kiedy uczy się i mieszka w takim mieście jak Wiedeń, wykrada grafiki Filharmoników Wiedeńskich, po czym przechodzi z pewną siebie miną obok portiera i ukradkiem wchodzi na ich próby. To właśnie ten czas, gdy zmiany w środowisku muzycznym zachodziły na oczach Marty. Kiedy studiowała, powstał w Akademii instytut gender studies, rektora zastąpiła rektorka, wprowadzono program parytetów. Do tego doszedł jeszcze ruch #MeToo, który odbił się szerokim echem w środowisku muzyków klasycznych. Dla kobiet pootwierało się wiele drzwi, ale Marta, świeżo upieczona absolwentka dyrygentury, została z tym samym dylematem, który ma większość młodych ludzi tuż po uczelniach artystycznych. Co dalej? Bardzo ważne było zdobycie stypendium u słynnej amerykańskiej dyrygentki Marin Alsop i jej mentoring, ale przełomowym momentem okazał się kontrakt w Bournemouth w Anglii. Zwłaszcza że w tamtym momencie Marta właściwie już się poddała, była sfrustrowana ciągłym poszukiwaniem stałej pracy, od kilku lat jeździła na konkursy i przesłuchania, spotykając na nich wciąż tych samych dyrygentów z całego świata, którzy tak jak ona szukali dla siebie miejsca.

– Zaproszenie na przesłuchanie w Anglii dostałam tuż przed ślubem – wspomina Marta. – Zajmowałam się głównie poprawkami sukienki i listą gości. Miałam raczej podejście, że się nie uda. Tak naprawdę to mój przyszły mąż [także muzyk – przyp. red.] mnie przekonał, żeby jeszcze ten ostatni raz spróbować.

Stanowisko: „młody dyrygent współpracujący”, dwa lata kontraktu w sezonie 2018/2019. Prowadzisz koncerty dla szkół i te z lżejszym repertuarem, ale jeśli któryś z kierujących Bourne­mouth Symphony Orchestra, zespołem znanym i poważanym, nie może poprowadzić próby lub koncertu, wskakujesz na jego miejsce. Marta nie tylko zdobyła ten kontrakt, ale niemal od razu miała zastępstwo, potem kolejne. Coś kliknęło między nią a orkiestrą, pracowało się im doskonale. Mówi, że to początek „zielonej fali” w jej zawodowym życiu. Dostrzegli ją ludzie z Askonas Holt, jednej z największych i najbardziej cenionych agencji muzycznych na świecie, trafiła do Stanów, na stypendium do samego Gustava Dudamela. Legendy, dyrektora muzycznego Orkiestry Filharmonii w Los Angeles. Miała okazję współdyrygować z nim czwartą symfonią Charlesa Ivesa. Nagranie z koncertu, wydane w wytwórni Deutsche Grammophon, właśnie nominowano do nagrody Grammy.

Koncert z Los Angeles Philharmonic w Walt Disney Concert Hall (2019). (Fot. Bartek Barczyk) Koncert z Los Angeles Philharmonic w Walt Disney Concert Hall (2019). (Fot. Bartek Barczyk)

Klucz

Rok 2019. Opera w Nancy zaprasza Martę do współpracy nad jedną z premier w kolejnym sezonie. Późnoromantycznym „Görgem Marzycielem” Aleksandra Zemlinsky’ego, operą rzadko graną i bardzo wymagającą. Nikt nie mógł wtedy wiedzieć, że premiera przypadnie na sam środek pandemii. Przez cały czas trwania prób nie byli pewni, co się za chwilę stanie. Czy znowu nie nastanie lockdown? Czy ktoś z zespołu nie zachoruje, a reszta zostanie objęta kwarantanną? Po drodze zrezygnował tenor i trzeba było na gwałt znaleźć zastępstwo. No i jeszcze rozporządzenie o półtorametrowym odstępie między muzykami. Żeby zmieścić zespół w orkiestronie, trzeba było podjąć decyzję o zredukowaniu składu muzyków i przepisaniu dla nich całej partytury. Wszystko to w szaleńczym tempie. Udało się, zdążyli zagrać przed kolejną falą koronawirusa, pojawiły się entuzjastyczne recenzje. Francuska prasa podkreślała jej doskonałą współpracę z zespołem. Ta według Marty jest kluczem do tego zawodu. Słyszała różne rady od kolegów po fachu. Że do orkiestry trzeba wyjść i od razu zarządzić żelazną dyscyplinę. Żeby nigdy nie przechodzić na „ty”. Z jej doświadczenia wynika, że takie podejście to tylko kolejne warstwy zbroi, która ma cię chronić przed potencjalnym atakiem, a to utrudnia wzajemny kontakt. Fakt, ma w pamięci takie zdarzenia z przeszłości, jak zaczepne gwizdnięcie, które usłyszała za plecami ze strony jednej z sekcji orkiestry, czy publiczne kwestionowanie jej decyzji, które miało ją zbić z pantałyku. Nie zapomni konkursu, kiedy to zdobyła trzecie miejsce, a od jednego z członków jury usłyszała, że owszem, powinna wygrać, ale jest taki problem, że kobiety nie wykształciły jeszcze damskiej techniki dyrygowania i że to niedobrze wygląda, bo dyrygentki albo przypominają mimozy, albo żandarmów. Potwierdza, że ze względu na płeć nieraz miała pod górkę, ale, uczciwie mówiąc, bywało, że i z górki dzięki wprowadzanym parytetom. Wielu muzyków się przeciwko nim buntuje. Marta, będąc tak blisko sporu, widzi, jak bardzo złożona jest sytuacja. Zmiany o tyle nie powinny być za szybkie, że kobiet w zawodzie jest na razie niewiele, a kształcenie na dyrygenta zajmuje i musi zajmować bardzo dużo czasu. Każdy absolwent dyrygentury przechodzi swoją próbę ognia. Bo kiedy osoba bez doświadczenia staje na czele ponad setki muzyków – w większości profesjonalistów z długim stażem – powinna sobie na zaufanie zapracować. Wielką nadzieję dla wyrównywania szans kobiet Marta widzi w zmianach oddolnych. Popularyzowaniu wśród rodziców i profesorów idei, żeby dziewczyny szły na dyrygenturę. A przede wszystkim większej decyzyjności w rękach zespołów muzycznych. To członkowie orkiestry powinni mieć ostateczne zdanie w kwestii, z kim chcą pracować. Stereotypy i uprzedzenia tracą na sile w zderzeniu z indywidualnymi doświadczeniami dobrej współpracy.

Nadzieja

Trzyletni kontrakt w Nancy, który zacznie obowiązywać we wrześniu, nie oznacza, że Marta sprowadzi się na stałe do Francji. Wiedeń to na razie dobra baza wypadowa. Tymczasem odkąd trwa pandemia, każdy z tych koncertów, których nie odwołano (są zwykle nagrywane i puszczane w sieci lub w radiu), to walka o morale. Gdy nie ma publiczności i na sam koniec nie słyszysz za plecami oklasków, czujesz się, jakby zabrakło ci tlenu. Ale nawet takie występy dają dużo nadziei, trzymają przy życiu orkiestry, które, żeby istnieć, muszą ze sobą ćwiczyć i występować. Jeśli Marta miałaby wymienić jakąkolwiek jasną stronę tej sytuacji, powiedziałaby, że w pandemii zobaczyła, że środowisko potrafi się jednoczyć. Odnowiła wiele kontaktów, powstały liczne fora, na jednym z nich prowadziła kurs online dla dyrygentów z pracy nad postawą, ciałem, z podstaw anatomii. Spotykamy się tuż przed jej wyjazdem do Katowic na koncert z Narodową Orkiestrą Symfoniczną Polskiego Radia. Potem, jeśli nic się nie zmieni, Bournemouth, Barcelona, Drezno, Stambuł. Aż wreszcie nowy sezon w Nancy. Poznała tam dotąd tylko okolice starego miasta z siedzibą opery na placu, pośrodku którego stoi pomnik Stanisława Leszczyńskiego. Bo teatr, który dał początek operze narodowej, a także plac i okolica powstały za lokalnych rządów byłego króla Polski, którego znają tu nawet lepiej niż u nas w kraju i nazywają Stanislasem, nie mogąc wypowiedzieć jego nazwiska. Z nazwiskiem Marty powinno być nieco łatwiej.

 

  1. Styl Życia

Lidia Popiel: "Hoduję w sobie bunt"

Lidia Popiel: Warto być prawdziwym, ale też zostawić jakąś tajemnicę. (Fot. Bartek Wieczorek/Visual Crafters)
Lidia Popiel: Warto być prawdziwym, ale też zostawić jakąś tajemnicę. (Fot. Bartek Wieczorek/Visual Crafters)
Zobacz galerię 9 Zdjęć
Myślę, że nie wszyscy chcą „wrócić do normalności”, bo ta nasza normalność miała bardzo dużo wad. To, co możemy teraz zrobić, to walczyć o lepszą normalność – mówi Lidia Popiel. Jaki, oprócz fotografii, ma sposób na zachowanie życiowej równowagi? Hodowanie roślin… i buntu w sobie.

Gdzie dziś czujesz się swobodniej: przed aparatem czy za nim?
Za aparatem jest na pewno bardziej interesująco. Fotografia jest dużo bardziej kreatywna. Ale stanie przed aparatem jest też wyzwaniem, mocno związanym z tym, kim się jest. Nie kim chciałoby się być, tylko właśnie kim się jest. Trzeba podjąć decyzję, na ile chcemy się odsłonić, bo przecież nie jest wskazane, by odsłaniać się w całości – już nawet zdrowy rozsądek tego zabrania. Warto być prawdziwym, ale też zostawić jakąś tajemnicę. Na pewno jako modelce bardzo pomaga mi wiedza o fotografii. Wiem, jak układa się moje ciało, ubranie na nim, ale też jak działają obiektywy. Oczywiście sesja pozowana zawsze jest bardziej wystudiowana. Fotografia sama w sobie nie musi być wcale idealna czy proporcjonalna, ale musi mieć w sobie prawdę.

Jako modelka zostałaś odkryta dość wcześnie, jako 17-latka, i dość wcześnie, bo kilka lat potem, porzuciłaś modeling na rzecz fotografii. Chciałaś przejąć kontrolę?
Na pewno wzięłam aparat do ręki stanowczo [śmiech]. Moje pierwsze zdjęcia trafiły na plakat firmy kosmetycznej, i tak z dnia na dzień stałam się fotografką. Znajomy przypomniał mi niedawno, że już mając 19 lat, zapowiedziałam, że będę robić zdjęcia. Ja tego kompletnie nie pamiętam. Zaczęło się od pozowania do zdjęć modowych, potem pomagałam fotografom przy stylizacjach i robieniu makijażu, a później robiłam już zdjęcia ubrań. Aparat zawsze był dla mnie narzędziem rozwoju. Poza tym sama fotografia cały czas się rozwija, pojawiają się nowe sprzęty, rozwiązania, działy fotografii. Do niedawna w ogóle nie interesował mnie krajobraz, aż pewnego dnia odkryłam, że uwielbiam robić krajobrazy. Albo martwe natury – to naprawdę jest bardzo ciekawa praca, szczególnie w kontrze do portretów, które najbardziej lubię, a które wymagają odwagi, umiejętności układania relacji, także rozwiązywania problemów. I dużej samodzielności.

Nawet w czasach, gdy każdy ma aparat w swoim smartfonie i każdy może zostać fotografem?
W tej dostępności fotografii upatruję samych pozytywów. Im większy wybór, tym lepiej. Dla wielu osób udane – często przez przypadek – zdjęcie może być dobrym początkiem, wstępem do tego, by robić coś ciekawego. Weźmy fotografię społeczną, która ma ogromne znaczenie w przekazywaniu informacji, propagowaniu postaw i inspirowaniu do czynienia dobra. Dzieci się świetnie uczą przez fotografię, bardzo to lubią i są nadzwyczaj kreatywne. Poza tym wielość uczy też selekcji i rezygnacji.

Lidia Popiel: Jako modelce bardzo pomaga mi wiedza o fotografii. Wiem, jak układa się moje ciało, ubranie na nim, ale też jak działają obiektywy. (Fot. Bartek Wieczorek/Visual Crafters) Lidia Popiel: Jako modelce bardzo pomaga mi wiedza o fotografii. Wiem, jak układa się moje ciało, ubranie na nim, ale też jak działają obiektywy. (Fot. Bartek Wieczorek/Visual Crafters)

Robisz zdjęcia sobie samej?
Bardzo rzadko. Inni są dla mnie o wiele ciekawszym obiektem.

A twoi bliscy? Córka, mąż? Lubisz robić im zdjęcia?
Od czasu do czasu, jak potrzebują. Bogusławowi przez lata robiłam zdjęcia do wywiadów, bo byłam po prostu fotografem pod ręką. Ale ponieważ oboje jesteśmy profesjonalistami, szybko się wtedy przestawiamy na inny niż prywatny tryb. Nie fotografuję męża, tylko zawodowego aktora. Ale też człowieka.

Mąż jest aktorem, córka stawia w tym świecie pierwsze kroki, ty sama też zagrałaś w kilku filmach.
Ale to zdecydowanie nie jest mój świat. Jestem chyba zbyt skryta, by być aktorką.

Ważne jest, by docenić chwile zawieszenia. Cieszę się, że wracamy do czasów, w których możemy sobie powiedzieć: „Nudź się, bo to jest właściwe”. (Fot. Bartek Wieczorek/Visual Crafters) Ważne jest, by docenić chwile zawieszenia. Cieszę się, że wracamy do czasów, w których możemy sobie powiedzieć: „Nudź się, bo to jest właściwe”. (Fot. Bartek Wieczorek/Visual Crafters)

Obserwowałam cię podczas naszej sesji, masz niesamowitą świadomość swojego ciała, ale też tego, kim jesteś.
Trudno się zdystansować do samej siebie, ale myślę, że trzeba hodować w sobie coś w rodzaju buntu. Nie dopuścić do tego, by inni tobą zawładnęli, mieć nad tym kontrolę. Z drugiej strony życie to też jest ciągła praca nad akceptacją siebie, bez względu na to, co się dzieje i w jakim świetle siebie widzimy. Najważniejsze jest, by w tym wszystkim – zalewie informacji, nadmiarze bodźców – nie stracić siebie, mieć kontakt z samą sobą.

Powiedziałaś kiedyś, że ludzie najczęściej komentują twoje długie, lekko siwiejące włosy. Może dlatego, że to jest zewnętrzna oznaka tego, na co stawiasz w życiu: na autentyczność, własną ścieżkę.
Mam po prostu głębokie poczucie, że powinniśmy częściej zastanawiać się, czy to, co powielamy w kolejnych pokoleniach, jest tym, czego naprawdę chcemy. Te wieczne „wypada – nie wypada”, „przystoi – nie przystoi”. One tyczą się też tak osobistego, intymnego tematu jak kobiece włosy. Krótkie czy długie? Farbowane czy naturalne? W pewnym wieku to już na pewno krótkie i farbowane. A ja właśnie postanowiłam, że nie.

Lidia Popiel: Bywamy szczęśliwi, i to jest fajne. Co więcej, sami jesteśmy sobie w stanie zorganizować te chwile szczęścia. (Fot. Bartek Wieczorek/Visual Crafters) Lidia Popiel: Bywamy szczęśliwi, i to jest fajne. Co więcej, sami jesteśmy sobie w stanie zorganizować te chwile szczęścia. (Fot. Bartek Wieczorek/Visual Crafters)

W sumie nie zrobiłaś nic strasznego ani też specjalnie odważnego…
Ależ oczywiście, że nie. Czasem aż mi głupio, że moje włosy wzbudzają takie emocje. Ale ja chyba urodziłam się z oporem przeciwko robieniu czegoś tylko dlatego, że ktoś mi każe. Jestem w stanie zrobić prawie wszystko dla kogoś, kto jest miły, ale rozkaz, żądanie – jak to? Należy mi się prawo wyboru, a jeśli ktoś ingeruje w drobiazgi, to również poważniejsze sprawy są w zagrożeniu.

Były czasy, gdy siwiejące włosy były oznaką zaniedbania, dziś jesteś w trendach.
Najważniejsze jest, by ludzie odpuścili innym i poczuli, że sami też mogą robić to, co im się podoba. Owszem, jest coś takiego jak savoir-vivre. Ale nie po to został wymyślony, by komuś skomplikować życie i skuć go łańcuchami, tylko po to, by nie szkodzić innym. Poza tym ta liczba sztućców obok talerza nie jest po to, by nas zestresować, tylko dlatego, że wygodniej jest zjeść coś takim widelcem niż innym, a kształt kieliszka pozwala nam lepiej czuć piękno i aromat danego trunku.

Lidia Popiel: 'Codziennie coś tracimy, pogódźmy się z tym'. (Fot. Bartek Wieczorek/Visual Crafters) Lidia Popiel: "Codziennie coś tracimy, pogódźmy się z tym". (Fot. Bartek Wieczorek/Visual Crafters)

Ale jest też coś takiego, jak na przykład czerwona szminka. Kiedy parę lat temu usłyszałam, że w pewnym wieku czerwona szminka już nie przystoi, bo jest to epatowanie seksualnością, to pomyślałam sobie: „Boże, nawet o to musimy walczyć”. Rozpuszczone włosy to oczywiście też epatowanie seksualnością. Do tego siwe? Czarownica! Nie wiem, co bardziej mnie wkurza: to, że uznaje się, iż po przekroczeniu pewnego wieku nie możesz używać czerwonej szminki, czy to, że w pewnym wieku musisz, bo przecież jak to tak bez? Paradoksy i absurdy na każdym kroku. Nasuwa się pytanie: dlaczego? Dlaczego tak nam zatruwa się życie? I dlaczego to trwa od tylu lat? Ja widzę tu bezmyślność i brak refleksji. To, że jesteśmy troszkę niższe i delikatniejsze od mężczyzn, to nie znaczy, że nie możemy się pobić z kimś wyższym i silniejszym, zwłaszcza jeśli mamy słuszny powód i motywację.

Lidia Popiel: 'Kiedy usłyszałam, że w pewnym wieku czerwona szminka nie przystoi, bo to epatowanie seksualnością, pomyślałam: „Boże, nawet o to musimy walczyć”. (Fot. Bartek Wieczorek/Visual Crafters) Lidia Popiel: "Kiedy usłyszałam, że w pewnym wieku czerwona szminka nie przystoi, bo to epatowanie seksualnością, pomyślałam: „Boże, nawet o to musimy walczyć”. (Fot. Bartek Wieczorek/Visual Crafters)

Swojej córce też zaszczepiłaś tę skłonność do buntu?
Aleksandra ma dużo fajnych przykładów w życiu, myślę, że idzie w dobrym kierunku. Oczywiście martwię się, że jest za delikatna na taką trudną robotę, jaką jest aktorstwo, ale po pierwsze, nie zamierzam sprzeciwiać się jej wyborom, a po drugie, chcę, by wiedziała, że zawsze trzymam za nią kciuki. Uważam, że postawa akceptacyjna matki jest bardzo ważna dla rozwoju dziecka. Ono musi widzieć, że mama zawsze jest po jego stronie. Bez tego ciągłego jęczenia, krytykowania i negacji.

Nie masz wrażenia, że zwłaszcza ostatnio zaczęliśmy bardziej szukać prostych, szczerych relacji?
Na pewno wielu z nas poczuło potrzebę odcięcia się od polityki i błyskotliwych karier. Czasem gdy włączę telewizor i widzę osoby, które mówią rzekomo o naszych sprawach, doznaję szoku, bo ich życie zupełnie nie przystaje do świata ludzi, których ten problem dotyczy. A podobno politycy mają służyć ludziom. Ta idea dzisiaj zupełnie się wypaczyła. Z drugiej strony obserwuję, że jako ludzie potrafimy sobie poradzić w każdej sytuacji i nawet w chwili największego nieszczęścia znaleźć jakieś szczęście.

Właśnie, co byś odpowiedziała, gdybym spytała cię, czy jesteś szczęśliwa?
Że szczęśliwa bywam. Dokładnie tak. Bywamy szczęśliwi, i to jest fajne. Co więcej, sami jesteśmy sobie w stanie zorganizować te chwile szczęścia. I to zwykle nie są rzeczy typu nowy samochód, raczej spacer po lesie albo radość z tego, że wreszcie spadł śnieg. Codziennie rano z okien szkoły, w której uczę, widzę, jak z domku naprzeciwko przy minusowej temperaturze wyskakuje chłopak w T-shircie i spodenkach na spacer z pieskiem. I myślę sobie: tak wyskoczyć na śnieg, to jest życie!

Dlatego tak smuci mnie tytuł nowego filmu Małgorzaty Szumowskiej i Michała Englerta „Śniegu już nigdy nie będzie”.
Nie widziałam jeszcze filmu, ale pomyślałam sobie, że ten tytuł można odczytywać nie jako smutne proroctwo, tylko jako komentarz do naszego wiecznego narzekania. Nie ma tego, nie ma tamtego, jest zima, a nie ma śniegu... A co jeśli śniegu nigdy nie będzie? Codziennie coś tracimy, pogódźmy się z tym. Jeśli nie żal nam niczego, to jesteśmy w stanie działać w o wiele szerszy sposób.

Lidia Popiel: 'Potrzebujemy samotności, by poukładać sobie różne rzeczy w głowie'. (Fot. Bartek Wieczorek/Visual Crafters) Lidia Popiel: "Potrzebujemy samotności, by poukładać sobie różne rzeczy w głowie". (Fot. Bartek Wieczorek/Visual Crafters)

Jaka była twoja największa strata w minionym roku?
Oczywiście miałam gdzieś pojechać, a nie pojechałam; miałam coś zrobić, a nie zrobiłam, z niezależnych ode mnie przyczyn, ale nie myślę o tym w kategoriach straty. Przecież to są zmienne w naszym życiu, trudno, by miały trwały wpływ na moje samopoczucie czy świadomość tego, kim jestem. W tym roku dokuczała mi bardzo strata jednego z moich przyjaciół, który umarł dokładnie rok temu. Niby staram się myśleć otwarcie o śmierci, ale ten właśnie brak był dla mnie dojmujący. Nasza przyjaźń była tak wyraźna, tak dowcipna i przebiegająca na tak wysokich tonach, nic nie jest w stanie mi tej straty zrekompensować. Jedyne, co mogę, to zrobić sobie dzień wspomnień o nim, wyciągnąć stare zdjęcia, przypomnieć jego powiedzonka, może potem mi się przyśni.

Jak radziłaś sobie, i radzisz, w pandemii? Co cię ratowało?
Nie miałam poczucia, że to, że nie mogę gdzieś wyjść czy że wszędzie muszę zakładać maskę, jest jakimś wielkim wyrzeczeniem z mojej strony. Były gorsze rzeczy, i mogą być gorsze rzeczy. Jestem więc zdania, że nie należy narzekać. Narzekanie niczego nie rozwiązuje, nie buduje. Poza tym zawsze możemy zrobić coś, by poprawić swój nastrój, przegonić przygnębienie. Na przykład obejrzeć serial. Ile ja ich widziałam w ciągu ostatniego roku! Teraz najbardziej pamiętam „Anię, nie Annę”, „Good Girls” i „Gambit królowej”. Miałam też poczucie, że bardzo ważne jest, by docenić chwile zawieszenia. Cieszę się, że wracamy do czasów, w których możemy sobie powiedzieć: „Nudź się, bo to jest właściwe”. Jestem zwolenniczką robienia sobie częstych przerw. Uważam, że godzina przerwy dziennie powinna być wliczana w czas pracy. W dodatku powinna być to godzina spędzona w samotności – potrzebujemy jej, by poukładać sobie różne rzeczy w głowie. Tego przebywania w samotności nauczył mnie właśnie modeling. Ale też zrozumienia dla ludzi, których spotykasz, i polegania na sobie.

Lidia Popiel: 'Jestem optymistką. Staram się wyciągnąć z życia wszystko, co najlepsze, i zawsze wybierać jego dobrą stronę'. (Fot. Bartek Wieczorek/Visual Crafters) Lidia Popiel: "Jestem optymistką. Staram się wyciągnąć z życia wszystko, co najlepsze, i zawsze wybierać jego dobrą stronę". (Fot. Bartek Wieczorek/Visual Crafters)

A jaki był ten rok dla ciebie zawodowo?
Trochę mniej zdjęć robiłam. Zaczęłam myśleć o tym, by wydać album czy fotoksiążkę ze swoimi pracami. W Warszawskiej Szkole Filmowej, gdzie uczę portretu, jedne zajęcia poświęciliśmy portretowi demonstranta. Okazało się, że brakuje takich zdjęć. Jest dużo fotografii streetowej, ale to są ujęcia raczej reportażowe. Znalazłam nawet fotografa, który objechał około 40 krajów i zrobił portrety osób demonstrujących, z akcesoriami, które były związane z daną demonstracją, a protestowali w różnych intencjach. Najciekawsze było to, że oni wszyscy mieli coś podobnego w postawie, w wyrazie twarzy, jakąś naturalność i determinację.

Portret koncentruje się zwykle na twarzy, a my mamy teraz ich brak w przestrzeni publicznej.
A ja przekonałam się, jak wiele można wyczytać z czyjejś postawy, chodu, wyrazu oczu. To nas też charakteryzuje. Są ludzie, których rozpoznajesz, nawet jak mają zakrytą całą twarz. Zauważyłam, że wiele osób polubiło to zamaskowanie, czują się bardziej pewni siebie, są anonimowi, mogą się schować.

Czego jeszcze dowiedziałaś się o sobie i innych w tym czasie?
Jestem optymistką. Staram się wyciągnąć z życia wszystko, co najlepsze, i zawsze wybierać jego dobrą stronę. Ale nie można siebie oszukiwać. Myślę, że ludzie zdali sobie sprawę, że szli schematami i układali sobie życie według tego, co inni mówią, że trzeba robić. Może to było łatwiejsze, a może wygodniejsze. Wreszcie zrozumieliśmy, jak wiele osób ma wpływ na nasze życie, jakie niewidzialne siły nami kierują, i zadaliśmy sobie pytanie: czy nasze wybory są rzeczywiście nasze? Niektórzy są na tyle ogarnięci, że są w stanie wypunktować rzeczy, które w ich życiu nie działały.

Myślę, że nie wszyscy chcą „wrócić do normalności”, bo ta nasza normalność miała bardzo dużo wad. To, co możemy teraz zrobić, to walczyć o lepszą normalność. Myśleć w sposób względnie nowoczesny. Ciągle wielu z nas uważa, że nie ma na nic wpływu, nie ma siły przebicia, a jeśli nawet zaczną o coś walczyć, to będą w tej walce osamotnieni i zostaną udupieni przez siły potężniejsze od nich. W ostatnim czasie mnóstwo różnych akcji udowodniło, że tak nie jest. Bo zbiór się składa zawsze z pojedynczych osób. Co chwila słyszę o tym, jak ludzie się skrzykują w jakiejś sprawie, bo jakaś duża firma traktuje swoich pracowników nie fair lub jakieś fajne miejsce jest na progu bankructwa. Stawiają się lub pomagają, i to działa. Są skuteczni.

To co nas dziś mobilizuje?
Niezgoda na nieetyczne działania, ale też współczucie. Dlatego potrzebujemy rzetelnych, obiektywnych informacji. Najpierw byłam fanką drukowanych dzienników, potem TVN24, a później portali informacyjnych. Podczas pandemii po raz pierwszy poczułam, że już nie mogę tego czytać i słuchać, że jestem na granicy wytrzymałości, bo to, co jest mi wciskane, nie jest wcale tym, co się dzieje, nie jest odwzorowaniem rzeczywistości. I zupełnie się przerzuciłam na Make Life Harder, których oglądam na Instastories. To jest dokładnie to, czego szukałam, czyli dopływ informacji zdystansowanej i przeplatanej tym, co jest budujące. Widać tu jasność sytuacji. Już trochę lat żyję i widzę różne zależności mediów, zobowiązania, drobne nieuczciwości. A tu mi powiało świeżością. To według mnie nowa generacja informacji.

A ja słyszałam, że bardziej od newsów interesuje cię zwykłe patrzenie przez okno...
Konrad Pustoła, młody fotograf, zrobił kiedyś projekt polegający na tym, że wszedł do pokoi wysokich rangą urzędników oraz ludzi mających władzę i sfotografował to, co widzą przez okno, bo stwierdził, że ma to ogromny wpływ na podejmowane przez nich decyzje i na ich osobowość. Wyobraź sobie, że widzisz za oknem tylko mur. To pewnie jeden z najgorszych widoków, ale z drugiej strony masz wpływ na to, co zrobisz z tym murem. Może zejdziesz na dół i zasadzisz przy nim pnącza. Wtedy będzie wyglądał już zupełnie inaczej. Jeśli masz widok na ruchliwą ulicę, też od ciebie zależy, co na tej ulicy widzisz. Czy błoto i smutnych ludzi, czy zabawne sytuacje i pierwsze oznaki wiosny. Wierzę, że można panować nad swoimi myślami i przekierowywać uwagę.

Te pnącza wijące się po murze przywołały mi na myśl to, co mówiło wielu moich znajomych, że w tym roku po raz pierwszy mieli czas i potrzebę, by tak dokładnie obserwować przyrodę.
Bez przyrody nie mogłabym żyć. Uczestniczyła w moim życiu od dziecka. Mieszkaliśmy w domu z ogródkiem, regularnie chodziłam do lasu na grzyby. Dzisiaj już chyba zapomniałam, jak się je zbiera. Tata śmiał się ze mnie ostatnio, że wcale ich nie widzę, a jeśli już zobaczę – to nie umiem rozpoznać. Czasem wracam skądś i nie wchodzę od razu do domu, tylko chodzę po ogrodzie. Coś przytnę, coś pozamiatam, coś przestawię. Hodowanie roślin to jest fantastyczna sprawa, także w domu. Choć trudna, bo rośliny nie zawsze współpracują z człowiekiem [śmiech]. Za to mają tę cudowną właściwość oczyszczania powietrza i ludzkich głów. W zeszłym roku w Bunkrze Sztuki w Krakowie była wystawa jednego z członków grupy artystycznej Łódź Kaliska – Adama Rzepeckiego. Niesamowite, szczere zdjęcia, także rzeźby. Można było naprawdę wniknąć w życie tego niesamowitego człowieka, który ciągle coś kwestionował, nie zgadzał się, szukał, sprawdzał. W pewnym okresie życia przebywał w szpitalu psychiatrycznym, gdzie zaczął malować na kartonach niebo, ale też fotografować przejawy przyrody wdzierającej się do środka budynku.

Wyobraź sobie, że widzisz za oknem tylko mur. To pewnie jeden z najgorszych widoków, ale z drugiej strony – masz wpływ na to, co zrobisz z tym murem. (Fot. Bartek Wieczorek/Visual Crafters) Wyobraź sobie, że widzisz za oknem tylko mur. To pewnie jeden z najgorszych widoków, ale z drugiej strony – masz wpływ na to, co zrobisz z tym murem. (Fot. Bartek Wieczorek/Visual Crafters)

Czym był dla ciebie dom podczas kolejnych lockdownów?
Myślałam trochę o ludziach, dla których dom czy mieszkanie przed pandemią było rodzajem hotelu – z którego wcześnie rano wychodzili i do którego wracali późnym wieczorem. Czy ucieszyli się z tego, że mogli w nim teraz dłużej zostać? Poczuli się jak na wakacjach? Czy po jakimś czasie zaczęli się w nim dusić? 
Mój tryb życia podczas pandemii diametralnie się nie zmienił, zwykle pracuję kilka dni, a potem robię sobie kilka dni wolnego. Nie czułam się zamknięta, bo mamy ogród. Nie robiłam też zbyt dużych zakupów. Jedzenie zamawiam przez Internet już od lat. Przy czym nadal przeraża mnie ilość opakowań, jaka przy tym zostaje. Naprawdę jedynym rozwiązaniem jest ograniczenie zużywania różnych przedmiotów codziennego użytku, recykling i zero waste. Zobacz, w naszej szafce w szkole są kubki, które profesorowie przynieśli z domu, bo nie są im potrzebne. A teraz wszyscy z nich z przyjemnością pijemy. Tak więc w pandemii jaskrawiej powyłaziły niedoskonałości codziennego życia, ale też pojawiły się jakieś rozwiązania.

Jak, jako optymistka, patrzysz w przyszłość?
Przede wszystkim mam nadzieję, że nie zostanę starym dziadem [śmiech]. Niesamowite, jak po sześćdziesiątce zmienia się optyka patrzenia na świat i siebie. Nagle okazuje się, że to nasze ciało nie jest takie silne jak kiedyś. Do postępujących zmarszczek już w pewien sposób się przyzwyczaiłam, choć do tego bardzo trudno się przyzwyczaić, ale OK, niech będzie. Wiem, że chcę jak najdłużej pracować, czuję, że mam jeszcze wiele rzeczy do zrobienia, ale też bardziej o siebie dbam. Gdybym miała poradzić coś dziś młodym kobietom, powiedziałabym: dbajcie o swoje zdrowie. No, i oczywiście o wnętrze duchowe.

A co się mieści w tej kategorii dbania o zdrowie?
Ruch, jedzenie, spanie i zapewnianie sobie godziwych rozrywek!

Lidia Popiel ma 62 lata, urodziła się pod Warszawą. Przed obiektywem zadebiutowała w 1976 roku. Pracowała między innymi dla Mody Polskiej. Zawodowo fotografią zajmuje się od 1985 roku. Publikowała w „Zwierciadle”, „Pani” czy „Sukcesie”. Jest redaktorką naczelną magazynu „PhotoCulture” i przewodniczącą rady sygnatariuszy w Partii Kobiet. Działa w Fundacji „Polska jest kobietą”. Wykłada fotografię w Warszawskiej Szkole Filmowej. Żona Bogusława Lindy i mama Aleksandry Lindy.

  1. Kultura

World Press Photo 2021 - wśród laureatów Polacy

Zdjęcie Karoliny Jonderko z nagrodzonego w konkursie World Press Photo 2021 cyklu
Zdjęcie Karoliny Jonderko z nagrodzonego w konkursie World Press Photo 2021 cyklu "Reborn" (Fot. Karolina Jonderko /World Press Foto 2021)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia

W tegorocznej edycji konkursu World Press Photo wśród nagrodzonych 45 fotografów z całego świata znaleźli się również Polacy: dwie fotografki  - Karolina Jonderko i Natalia Kepesz oraz Tomasz Markowski, fotograf z "Przeglądu Sportowego".

World Press Photo to najważniejszy i najbardziej prestiżowy konkurs fotograficzny na świecie. Zwycięskie zdjęcia nominowane są w takich kategoriach, jak m.in. wydarzenia, sport, życie codzienne, portret, sztuka i rozrywka.

Karolina Jonderko otrzymała 2 nagrodę w kategorii Projektów Długoterminowych za cykl zdjęć o kobietach, opiekujących się lalkami, które do złudzenia przypominają niemowlęta.

Basia tworzy lalkę, która będzie do złudzenia przypominała niemowlę, Oleśnica, Polska - zdjęcie z nagrodzonego cyklu Reborn Karoliny Jonderko/World Press Photo 2021) Basia tworzy lalkę, która będzie do złudzenia przypominała niemowlę, Oleśnica, Polska - zdjęcie z nagrodzonego cyklu Reborn Karoliny Jonderko/World Press Photo 2021)

"To są lalki reborn, które wyglądają jak dzieci, pachną i ważą, jak dzieci. Są hiperrealistyczne. (...) Ta lalka dla mnie jest niesamowitą formą terapii dla kobiet po różnych przejściach: nieposiadania dzieci, stracie dziecka, problemem z zajściem w ciążę. Lalek się nie kupuje, a adoptuje. Dostaje się certyfikat narodzin" - opowiadała fotografka w czasie rozmowy w Dzień Dobry TVN.

Natalia Kepesz została nagrodzona trzecią nagrodą w kategorii "Portret - fotoreportaż" za projekt "Niewybuch" opowiadający o obozach paramilitarnych dla dzieci.

Robert odpoczywa w szałasie podczas weekendowego obozu paramilitarnego w Żuławce; Gdańsk/ Natasza Kepesz, World Press Photo 2021 Robert odpoczywa w szałasie podczas weekendowego obozu paramilitarnego w Żuławce; Gdańsk/ Natasza Kepesz, World Press Photo 2021

Fotograf Przeglądu Sportowego Tomasz Markowski dostał trzecią nagrodę w kategorii "Sport - zdjęcie pojedyncze" za fotografię przedstawiającą wypadek na finiszu pierwszego etapu Tour de Pologne w Katowicach w sierpniu 2020 roku.

Holenderski kolarz, Dylan Groenewegen (z lewej), w czasie wypadku tuż przed metą etapu wyścigu Tour de Pologne, w Katowicach, Polska. Fot. Tomasz Markowski/World Press Photo 2021) Holenderski kolarz, Dylan Groenewegen (z lewej), w czasie wypadku tuż przed metą etapu wyścigu Tour de Pologne, w Katowicach, Polska. Fot. Tomasz Markowski/World Press Photo 2021)

Więcej nagrodzonych w konkursie zdjęć zobaczycie na stronie www.worldpressphoto.org 

W zeszłym roku w konkursie World Press Photo 2020 pierwszą nagrodę w kategorii Portret Roku zdobył Tomek Kaczor za zdjęcie "Przebudzenie" ukazujące nastoletnią Ormiankę cierpiącą na syndrom rezygnacji.

 

  1. Styl Życia

Agnieszka Pilaszewska: Mój najlepszy scenariusz

Agnieszka Pilaszewska z córką Nelą (Fot. Weronika Ławniczak/Papaya Films)
Agnieszka Pilaszewska z córką Nelą (Fot. Weronika Ławniczak/Papaya Films)
Nie wymyślałam sobie, że córka będzie lekarzem, aktorką albo fizykiem jądrowym. Takie projektowanie życia dziecka jest niemądre i nieodpowiedzialne. Każdy powinien decydować o sobie – mówi aktorka i scenarzystka Agnieszka Pilaszewska, mama 27-letniej Neli, też aktorki.

Moja córka Nela jest dorosłym człowiekiem! Będziemy więc rozmawiać raczej „jak wychowywałam” niż „jak wychowuję”. Czy dorosłe dziecko to moment „zbierania owoców”? Nie, ponieważ jako matka nigdy nie czekałam na żadne „owoce”. Oczekiwania na efekty wychowania wydają mi się kompletnym nieporozumieniem; dziecko to nie przedmiot, który ma spełnić nasze wymagania. Owszem, wraz z jego usamodzielnieniem przychodzi moment rodzicielskiego ukojenia, ale, jak mawia moja mama, „dziecko jest zawsze dzieckiem, bez względu na to, ile ma lat”.

Kiedy Nela tuż po maturze dostała się do szkoły aktorskiej Ateliers du Sudden i wyjechała do Paryża – z jednej strony byliśmy szczęśliwi, bo studiowała to, o czym marzyła, i tam, gdzie chciała, z drugiej – denerwowaliśmy się, bo życie w Paryżu wygląda obłędnie tylko z perspektywy turysty. Mieszkającemu tam cudzoziemcowi nie jest łatwo; prawdę mówiąc, po każdej wizycie u córki byłam pełna podziwu, że daje radę. W szkole w Paryżu brano ją za Francuzkę z południa. Języki obce nie stanowią dla niej żadnej bariery, perfekcyjnie posługuje się angielskim, francuskim, zna rosyjski i włoski. Przez cały pierwszy rok tłukła francuskie aleksandryny – francuska szkoła uważa, że jeżeli aktorski adept nie nauczy się mówić klasyki, to zawsze będzie aktorem wybrakowanym, ja się zresztą z tym zgadzam. Trzy lata nauki aktorstwa w Paryżu to było dla córki za mało, wyjechała więc do Los Angeles na słynny kurs aktorski w szkole Stelli Adler. Uznała ten kurs za niewystarczający, więc dodatkowo skończyła kurs w szkole Jamesa Franco (była w grupie słuchaczy, którzy statystowali w jego filmie „The Disaster Artist”). Koniec edukacji zwieńczył polski dyplom „aktora dramatu” w szkole Sewruka w Olsztynie.

Decyzja o opuszczeniu domu rodzinnego i udania się w „nieznane” była jej decyzją. Oczywiście, bardzo tęskniliśmy i popłakiwaliśmy po kątach, wchodząc do pustego Nelinkowego pokoju. Jednak był to dla nas naturalny proces, a nie syndrom pustego gniazda. Wczesne usamodzielnianie się to dla nas coś zupełnie normalnego. Maciej Maciejewski, mój mąż, ojciec Neli, opuścił dom rodzinny tuż po skończeniu 18. roku życia. Ja dostałam się na studia w wieku 17 lat i wyjechałam do Warszawy. Mogliśmy się spodziewać, że zapędy do samodzielności przekazaliśmy jej w genach!

Nie miała innego wyjścia

Nela miała zawsze multum zainteresowań: pięknie rysowała, od dziecka jej wielką pasją jest taniec, dobrze fotografowała, wygrywała konkursy recytatorskie, zawsze świetnie pisała… Cha, cha, taki człowiek renesansu, można by rzec. Obydwoje z mężem piszemy, mamy na koncie scenariusze, powieści, w domu nieustannie o tym gadamy. Nelka uczestniczyła w tych burzach mózgów, często odpytywała mnie też z tekstu sztuk teatralnych, pomagała mi uczyć się ról na pamięć. Zastanawiam się, czy dzieci wychowane w takich domach jak nasz, gdzie jednak praca nie zostaje za drzwiami, przepełnionych fikcją – mają inne wyjście? [śmiech]. Często łapią tego bakcyla, przesiąkają światem wyobraźni, bo to świat niezaprzeczalnie piękny, w którym wszystko jest możliwe. Odwiedzało nas wielu aktorów, scenarzystów, producentów, reżyserów, córka przysłuchiwała się naszym rozmowom, miała swoich ukochanych „wujków” i „ciocie”. Kiedy była mała, co roku jeździliśmy do Chałup na wakacje, spotykaliśmy się z aktorami teatru Ateneum, w którym wtedy pracowałam. Koniec końców Nelka zyskała absolutnego bzika na punkcie teatru. Teatr to dla niej miejsce święte. Chociaż kiedy była malutka, były momenty, gdy mówiła: „W życiu bym nie chciała być aktolką”. Jednak – aktorką została. Przyjęłam tę jej decyzję jak na kabotynkę przystało: popłakałam się i pomyślałam sobie mniej więcej tak: „Eeeeeee, nie jest źle… To znaczy, że aktorstwo to cudny zawód, skoro następne pokolenie, wiedząc o nim tak wiele, decyduje się wkroczyć na tę ścieżkę!”. Byłam naprawdę zaskoczona.

Nawet w myślach nie imaginowałam sobie, że będzie lekarzem, aktorką albo fizykiem jądrowym z Nagrodą Nobla. Takie projektowanie życia dziecka jest niemądre i nieodpowiedzialne. Można się pomylić. Każdy powinien decydować o sobie, mieć możliwość przeżycia po swojemu: wzlotów i upadków, uniesień i rozczarowań. To wszystko uczy życia, stanowi jego esencję. Wydaje mi się, że ja na przykład od dziecka byłam przyuczana przez moją mamę na aktorkę. Pakowana w szkoły muzyczne, występy z tańcem, recytowaniem, śpiewaniem, wiele godzin prób... Terminowałam w zespołach mamy – która jest choreografką – od ostatniego rzędu, przez środkowy, aż do solówek. To było momentami uciążliwe, miałam mnóstwo obowiązków. I po cichutku marzyłam, żeby być konserwatorem zabytków – nic z tego nie wyszło, byłam za słaba z chemii [śmiech]. Ojciec mojej mamy, oficer 27. Pułku Ułanów z Nieświeża, prowadził orkiestrę pułkową, grał przepięknie na trąbce, komponował na ten instrument. Całe szczęście mama się nie pomyliła, a może po prostu ani ja, ani moja córka nie miałyśmy innego wyjścia?

Myślę, że zdając do szkoły w Paryżu, bardzo chciała uciec od tego, kim jesteśmy, od opinii, jaką mamy w środowisku. Chciała absolutnie samodzielnie dojść do tego zawodu, nie być posądzana o protekcję. To trudny temat, bo zawsze drugie pokolenie (w tym samym zawodzie) niesie na barkach nie tylko swoje niedoskonałości, lecz także niedoskonałości rodziców [śmiech]. Dużo rozmawiamy o aktorstwie, scenariuszach, reżyserii, czasem nie udaje mi się uniknąć mentorskiego tonu, ale wyraźnie widzę, że Nela ma własne przemyślenia, zachwycają mnie jej świeżość i pasja. Zależy mi na tym, żeby widziała, że jej rodzice żyją w sposób wartościowy i cieszą się z życia.

Grzeczne już byłyśmy

Moje kobiece pokolenie dojrzewało do sprzeciwiania się konwenansom, do odwagi samostanowienia o sobie, do niezależności. Od dziecka słyszałam, że dobrze być dziewczynką miłą, sympatyczną, grzeczną i uśmiechniętą w każdej sytuacji, bo to ułatwia funkcjonowanie w świecie. A ja zawsze miałam duży temperament, musiałam się powstrzymywać. Dlatego nie przepadałam za tymi naukami. I nie ceniłam uśmiechu podbitego wewnętrznym smutkiem czy niezgodą. Natomiast pokolenie Neli jest bardzo odważne w wyrażaniu swoich uczuć, przekonań, w wyrażaniu samych siebie. Ale, myślę też, mają nie lada problem: daliśmy im kokon bezpieczeństwa, poczucie, że ten wielki świat jest przyjazny, otwarty, tolerancyjny, wolny i taki już będzie zawsze. Ostatnie wydarzenia pokazują, że niestety ani otwartość, ani bezpieczeństwo, ani wolność nie są dane raz na zawsze, trzeba walczyć o nie ze wszystkich sił. Myślę, że już to zrozumieli, ulica pokazuje, że błyskawicznie się tego uczą. Córka jest… migotliwa, ma piękną wrażliwość, wspaniałą wyobraźnię, ogromny temperament, inteligencję, wiedzę. Jest ciekawa świata, zmotywowana do rozwoju. Krucha i silna, jak na aktorkę przystało, zgodnie z powiedzeniem pokutującym w moim zawodzie, że „trzeba mieć skórę słonia i wrażliwość motyla”. Jeśli miałabym natomiast określić, jaką matką jestem: czy taką, która ma wyrąbane na wszystko, czy mamą kwoką, to odpowiedź brzmi – kwoką, z wyboru, miłości i z przekazanych wartości. Szybko zorientowaliśmy się, że nie stać nas na drugie dziecko, w związku z tym skupiliśmy się na tym, które udało nam się powołać na świat. Staraliśmy się jej nie zawieść, wspierać ją i otaczać opieką. Chcemy, żeby wiedziała, że zawsze może na nas liczyć. W Warszawie nie mieliśmy do pomocy żadnej babci. Mieliśmy natomiast szczęście do cudownej niani, która długo towarzyszyła naszej córce, całkowicie jej ufałam. Nelka uwielbiała Nianiusię, zresztą do tej pory są w kontakcie. Do gimnazjum i liceum również mieliśmy szczęście. Nela uparła się na jedną szkołę, stworzoną przez Krystynę Starczewską – najpierw gimnazjum, potem liceum z maturą międzynarodową IB na Raszyńskiej. Z sukcesem zdała egzamin, a my już potem z fascynacją obserwowaliśmy, jak się rozwija. Te szkoły miały cudowne podejście do uczniów, traktowano ich podmiotowo, odpowiedzialnie włączano do współdecydowania o szkole, o społeczności, o świecie; świetni nauczyciele, świetny czas. Przyjmowałam jej koleżanki i kolegów z dobrodziejstwem inwentarza. Ostrzegałam oczywiście, że różne ludzkie „typy” mogą się wokół nas kręcić. Trzeba by córkę zapytać o to, ile razy głęboko ją uraziłam, bo wyraziłam swoje zdanie zbyt szybko. Ale muszę przyznać, że ma nosa do ludzi i potrafi ich analizować z aptekarską dokładnością. Umie jak lwica chronić swoich przyjaciół, co uważam za bardzo cenną cechę.

Agnieszka Pilaszewska: Projektowanie życia dziecka jest niemądre i nieodpowiedzialne. Można się pomylić. (Fot. Weronika Ławniczak/Papaya Films) Agnieszka Pilaszewska: Projektowanie życia dziecka jest niemądre i nieodpowiedzialne. Można się pomylić. (Fot. Weronika Ławniczak/Papaya Films)

Mam Oscara

Córka słyszała i słyszy różne moje gadki w stylu: „zjedz za mamusię, za tatusia, za babcię Halinkę i babcię Irenkę”, „nie zmarznij”, „łykaj witaminę D”, „jedź ostrożnie”. Kiedy mieszkała z nami, zdarzały się „szlabany”, i to ja byłam złym policjantem. Ojciec jest aniołem. Ale też wyznaczał granice. Zawsze z przerażeniem patrzy na dzieci, które biegają, dopóki same nie padną, do późnej nocy. Uważał, że dziecko lubi uporządkowanie i przewidywalność. Od maleńkości o określonej porze chodziliśmy z Nelą na spacery, po dwie, trzy godziny dziennie, w zależności od pogody. O stałej porze była kolacja, kąpiel, mycie zębów, dobranocka. Potem oczywiście czytanie bajek i lulu, nie było hasania do ciemnej nocy. Kiedy była nastolatką i sama zaczęła wychodzić, prosił ją, żeby była w domu przed 22. Może dlatego się nie buntowała, bo to była prośba, a nie nakaz: „Masz to zrobić, bo jak nie, to…”. I odwrotnie, godzina powrotu czasem się wydłużała na jej prośbę [śmiech]. Miałam trochę łatwiej niż inni rodzice, bo kiedy umawiała się z przyjaciółmi na placu Zbawiciela, w którego pobliżu mieści się mój Teatr Współczesny, mówiłam jej: „Kończę spektakl o 21.30, jak chcesz, to możemy razem wrócić do domu”. I czasem sobie razem wracałyśmy. Pamiętam, jak w cudownych, przedpandemicznych czasach byliśmy na wakacjach we Włoszech. Nelka miała jakieś osiem, dziewięć lat. Tak sobie siedzimy przy deptaku, pijemy kawę, a ona nagle prosi o dwa euro i pyta, czy może iść do sklepu po przeciwnej stronie. To było w zasięgu naszego wzroku, zgodziliśmy się. Jak tylko zniknęła nam z oczu, zaczęliśmy się denerwować. Maciejewski pisze w końcu kryminały, wyobraźnia leciutko przyszalała. A tu nasza córka wraca uśmiechnięta i bardzo podekscytowana, wyciąga w naszą stronę figurkę Oscara, mówiąc: „Złoty Oscar dla was!”. Oczywiście, że się poryczeliśmy, nasza córka przyznała nam Oscara. Najcenniejszego na świecie! Nie rozpamiętuję przeszłości, nie pogrążam się w poczuciu winy, że będąc aktorką, często nie stawałam na wysokości zadania jako matka. To nic nie da. Gdybym po urodzeniu dziecka zrobiła sobie przerwę w zawodzie i przez trzy lata nie grała, to być może nie miałabym do czego wracać i już nie byłabym aktorką. Byłabym wtedy głęboko nieszczęśliwą osobą. A może nie? Może wcześniej zaczęłabym pisać? I czy wtedy byłabym macierzyńską alfą i omegą? Pewnie nie. W każdym razie robiłam, co mogłam, żebyśmy byli cali i zdrowi i przetrwali jako rodzina. I żeby każdy znalazł w niej poczucie bezpieczeństwa i uważność. Życie jest piękne. Nawet jak jest źle, to też jest dobrze! Bez „źle” człowiek nie ma porównania, jak wygląda „dobrze”. Pamiętam, jak Janusz Kijowski stanął nad łóżeczkiem, w którym leżała roczna Kornelia, i zażartował do Maciejewskiego: „To twój najlepszy scenariusz!”. Nie lubię dywagować na temat „roli matki”. Z roli się wychodzi, matką jest się do końca. To wielkie szczęście, że córka pojawiła się w naszym życiu. Uwielbiam każdą chwilę z nią spędzoną. Inspiruje mnie. Czy chciałabym z nią kiedyś zagrać? No jasne! Po pierwsze, kocham wymagających, inteligentnych i wrażliwych partnerów. Po drugie, nieustannie piszę dla nas scenariusze. Po trzecie, to się spotyka z kompletnym niezrozumieniem! 

Agnieszka Pilaszewska aktorka, scenarzystka, od lat związana z Teatrem Współczesnym w Warszawie.