1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Prezent dla mężczyzny - prostota, innowacyjność, elegancja

Prezent dla mężczyzny - prostota, innowacyjność, elegancja

Prezent dla mężczyzny - przedstawiamy nasze propozycje. (Fot. iStock)
Prezent dla mężczyzny - przedstawiamy nasze propozycje. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 12 Zdjęć
Jaki powinien być idealny prezent dla mężczyzny? Z pewnością wszystko zależy od indywidualnych życzeń, jednak istnieje kilka uniwersalnych cech. Musi być praktyczny i funkcjonalny, a przy tym elegancki, z prostym designem i szczyptą innowacyjności. Oto kilka naszych propozycji na prezent dla mężczyzn. 

Dużo więcej niż głośnik

Może być asystentem domu, który odpowiada na pytania i spełnia polecenia - wystarczy powiedzieć: "OK Google" i zapytać na przykład o prognozę pogody, wyniki sportowe albo o restaurację w okolicy. Może na zawołanie odtwarzać muzykę z wielu różnych źródeł. Wszystko zależy od tego, na co masz ochotę - podcasty, radio, ulubiona playlista z serwisów: Google Play Music, Spotify, YouTube Music czy Pandora. Może też połączyć się z innymi inteligentnymi urządzeniami, dzięki czemu tylko za pomocą głosu możemy kontrolować temperaturę czy też zgasić światło w mieszkaniu. Google Home to zdecydowanie więcej niż głośnik.

 

Inteligentny Głośnik Google Home, cena: 179 zł. Inteligentny Głośnik Google Home, cena: 179 zł.

Lokalizator kluczy

NotiOne Go! to malutki lokalizator, dzięki któremu możemy sprawdzić w aplikacji w telefonie, w którym miejscu są zgubione klucze, nawet jeśli zostały gdzieś daleko od domu. Oprócz aplikacji i odszukania zguby na mapie, w szukaniu pomaga także mocny sygnał dźwiękowy. Co więcej, notiOne pomoże również w szukaniu telefonu, nawet gdy będzie wyciszony - wystarczy go nacisnąć. Urządzenie może być również wykorzystywane jako lokalizator dla zwierząt, pojazdów oraz dzieci i seniorów. To gadżet przydatny jak żaden inny.

Lokalizator notiOne Go!, cena: 109 zł. Lokalizator notiOne Go!, cena: 109 zł.

Nowocześnie i z klasą

Coś dla miłośników elegancji z zacięciem do technologicznych gadżetów. Frederique Constant Smartwatch to wysokiej jakości szwajcarski zegarek, który łączy w sobie klasyczny i elegancki wygląd z nowoczesnymi funkcjami smartwatcha. Zegarek automatycznie synchronizuje się z aplikacjami na system iOS i Android, w których znajdziemy monitorowane na bieżąco informacje dotyczące m.in. naszej aktywności ruchowej i snu. Najbardziej wyjątkowe w nim jest to, że nie posiada wyświetlacza cyfrowego znanego nam z niemal wszystkich zegarków smart, a piękne, analogowe wskazówki i klasyczny wygląd.

 

 

Frederique Constant Smartwatch, cena: 4 399,00 zł. Frederique Constant Smartwatch, cena: 4 399,00 zł.

Golarka - hybryda

Golarka to taki prezentowy pewniak. OneBlade od marki Philips jest hybrydowa, czyli uniwersalna i spełniająca wiele funkcji - taka, jaki powinien być każdy dobry prezent. Golarka umożliwia przycinanie, golenie oraz precyzyjne modelowanie krawędzi przy dowolnej długości włosów.

Golarka OneBlade Pro, cena: 389 zł. Golarka OneBlade Pro, cena: 389 zł.

Poszetka czy szalik

Dodatki tworzą styl. Zwłaszcza w oficjalnej modzie męskiej, gdzie paleta kolorów i krojów to ograniczony zbiór. Akcesoria w męskiej szafie są jak sól w jajecznicy - niezbędne. Poszetka to chusteczka, która wkłada się do kieszonki marynarki. Powinna być dobrana do całego stroju, ma w ciekawy sposób komponować się z marynarką, koszulą i krawatem. Nie powinno dopasowywać się jej zbyt dosłownie. Poszetka o wzorze i kolorze dokładnie takim samym jak krawat i koszula to nie błąd, ale straszna nuda.

Poszetka Lambert, jedwabna, ma ręcznie zwijane brzegi. Wymiary: 33x33cm. Cena: 99 zł. Szal Wólczanka w czerwono-czarną kratę zrobiony  w 50% z poliestru pochodzącego z recyklingu. Wymiary: 220x35 cm. Cena 149 zł. Poszetka Lambert, jedwabna, ma ręcznie zwijane brzegi. Wymiary: 33x33cm. Cena: 99 zł. Szal Wólczanka w czerwono-czarną kratę zrobiony  w 50% z poliestru pochodzącego z recyklingu. Wymiary: 220x35 cm. Cena 149 zł.

Sprzęt do wszystkiego

Odkurzacz w prezencie pod choinkę dla mężczyzny? Tylko, jeśli jest to prawdziwy majstersztyk inżynierii i technologii. Dyson V11 Absolute Extra Pro to najwyższa jakość, wielofunkcyjność i przepiękny design. Jest to odkurzacz bezprzewodowy, który kryje w sobie szereg innowacyjnych funkcji - od monitorowania działania urządzenia 8000 razy na sekundę i wyświetlania aktualnych informacje na ekranie LCD, poprzez tryb odkurzania dopasowany do zadania i wyjątkowo dokładne czyszczenie podłóg i dywanów, aż po najnowocześniejsze technologie silnika, zarządzania mocą akumulatora, filtracji urządzenia i przechowywania go. Dzięki temu, że odkurzacz jest bezprzewodowy, możemy używać go niemal do wszystkiego: do czyszczenia samochodu, garażu czy piwnicy. Który mężczyzna tego nie doceni?

Odkurzacz bezprzewodowy Dyson V11 Absolute Extra Pro Złoto, cena: 3599 zł. Odkurzacz bezprzewodowy Dyson V11 Absolute Extra Pro Złoto, cena: 3599 zł.

Lampka nocna, która niemal czyta w myślach

Lampka nocna Mi Bedside Lamp to taki wirtualny kalejdoskop kolorów - można bowiem wybierać spośród 16 milionów. Dzięki niej możemy dopasować oświetlenie do swojego nastroju - do pracy przy komputerze, czytania lub jakiejkolwiek innej aktywności, a także tak aby poprawić jakość snu i poziom komfortu. Lampką kieruje się przy pomocy aplikacji lub funkcji dotykowych.

Mi Bedside Lamp Gold, cena: 249 zł. Mi Bedside Lamp Gold, cena: 249 zł.

Coś do latania i nagrywania

Dron jest urządzeniem, które zazwyczaj kojarzy się ze sporym wydatkiem. Jednak DJI Ryze Tello to sprzęt, który jest przystępny cenowo, a jednocześnie rewelacyjnie spełnia swoją funkcję. Pozwala nagrywać profesjonalne filmy, ma lekką i wytrzymałą konstrukcję i jest bardzo prosty w obsłudze. To idealny prezent dla mężczyzny, który chce rozpocząć swoją przygodę z nagrywaniem pięknych widoków z lotu ptaka.

Dron DJI Ryze Tello, cena: 399 zł. Dron DJI Ryze Tello, cena: 399 zł.

Kapcie - ciepło i zdrowo

Kapcie w prezencie? Tak, bo kojarzą się z domem, wygodą, ciepłem. A jeśli zdecydujemy się na zakup porządnych kapci - z wkładką, która zapewnia stopom stabilność, prawidłowe ułożenie, słowem zdrowie - to mamy wszystkie cechy prezentu idealnego.

Kapcie Birkenstock, kolekcja jesień-zima 2020/21, cena 590 zł. Kapcie Birkenstock, kolekcja jesień-zima 2020/21, cena 590 zł.

Lego dla mężczyzny

Z klocków lego nie wyrasta się nigdy. A lego i sportowy samochód to duet idealny dla niejednego dojrzałego mężczyzny. Lamborghini Sián FKP 37 z zestawu LEGO Technic to model w skali 1:8, który wiernie odtwarza wizjonerską stylistykę oryginału i ma mnóstwo realistycznych detali, które jeszcze bardziej zbliżają go do pierwowzoru. Wyjątkowe elementy, takie jak ośmiobiegowa skrzynia włączana ruchomymi łopatkami, silnik V12 z poruszającymi się tłokami, unoszone drzwi oraz napęd na cztery koła sprawiają, że ten model to prawdziwa gratka dla miłośników motoryzacji. W pudełku znajduje się aż 3696 elementów.

LEGO Technic Lamborghini Sián FKP 37, cena: 1650 zł. LEGO Technic Lamborghini Sián FKP 37, cena: 1650 zł.

Pachnący prezent

Premiery zapachowe ostatniego sezonu to szeroki wachlarz mieszanek zarówno tych bogatych, obfitych w ekskluzywne składniki, jak i bardzo klasycznych kompozycji pełnych lubianych przez mężczyzn składników. Warto popróbować.

Woda perfumowana 1Million Parfum kompozycja akordów skórzanych wzbogacona gorącą ambrą, bomba zmysłowości, cena: 329 zł/50 ml. Woda perfumowana 1Million Parfum kompozycja akordów skórzanych wzbogacona gorącą ambrą, bomba zmysłowości, cena: 329 zł/50 ml.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Nie jestem macho... Czy zawsze jesteśmy za równouprawnieniem?

Nie jestem macho. Czy kobiety mi wybaczą? - Archetypy związane z płcią, mimo dążenia do równości, są w nas mocno zakorzenione. (fot. iStock)
Nie jestem macho. Czy kobiety mi wybaczą? - Archetypy związane z płcią, mimo dążenia do równości, są w nas mocno zakorzenione. (fot. iStock)
Anna, 48 lat, elegancka, zadbana, na pierwszy rzut oka widać, że to kobieta sukcesu. I rzeczywiście. Od wielu lat zajmuje coraz wyższe stanowiska w korporacji. Uwielbia swoją pracę, nie wyobraża sobie bez niej życia. Oprócz tego ma dom, kochającego męża, z którym rok temu obchodziła srebrne gody, oraz dwoje dorosłych już dzieci. Zadowolona, pewna siebie, spełniona. A jednak coś ją dręczy.

– Myślę o rozwodzie – wyznaje w końcu, choć jeszcze chwilę wcześniej kreśliła ciepły obraz swojego małżeństwa. Rzecz w tym, że jej mąż od roku nie ma pracy. – Twierdzi, że szuka, ale wszystko, co znajdzie, jest poniżej jego aspiracji. Ja uważam, że nie powinien wybrzydzać. Niech by poszedł choćby do pracy fizycznej. Ale on siedzi w domu.

– I co robi? – pytam, podejrzewając depresję.

– Pierze, gotuje, sprząta, prasuje, czyta, słucha muzyki, uprawia ogródek. To on zawsze zajmował się domem i dziećmi. Ale dzieci są już dorosłe i nie potrzebują opieki.

– A dobrze się nimi zajmował?

– Doskonale. Mogłam spokojnie pracować. Dla niego praca nie była tak ważna jak dla mnie. Naprawdę lubi sprzątać i czekać na mnie z obiadem.

– To świetnie się państwo dobrali.

– Ale przecież mężczyzna powinien pracować, a nie siedzieć w domu.

Tyle się mówi o nieodpłatnej pracy kobiet, że to jak drugi etat, że powinna być opłacana, a my same nie traktujemy jej jak pracy. Oburzamy się na określenie „siedzieć w domu”, bo co to za robota przy dwójce dzieci, ale gładko przechodzi nam ono przez usta, gdy „siedzi” ktoś inny, a nie my.

– Czy mąż powinien pracować ze względów finansowych? – pytam.

– Nie, nie ma takiej potrzeby. Zarabiam dużo, wystarczy na nas dwoje.

Przez kilka lat pracował. Potem na świat przyszły dzieci. Później znów znalazł pracę, ale po kilku miesiącach firma, która go zatrudniała, splajtowała. Założył więc własną, wspólnik go jednak oszukał i został z długami. Ponownie znalazł pracę, ale jak tylko spłacił długi, rzucił ją. Podobno nie odpowiadała mu atmosfera. Potem zatrudniał się jeszcze kilka razy, miał coraz krótsze przebiegi, w każdej firmie coś było nie tak, rezygnował.

– Ma 52 lata i niezbyt zachęcające CV, co chwila przerwy. Właściwie nie dziwię się, że nie może znaleźć nic dobrego. Ale niech znajdzie cokolwiek – mówi Anna.

– Przecież już kilka razy to zrobił, tyle że rzucił – przypominam.

– On nie umie przystosować się, nie umie być ani podwładnym, ani szefem.

– Ale świetnie sprawdza się w domu?

– Wszystko potrafi zrobić. Kobiety narzekają, że wszystko na ich głowie, a ja mogę spokojnie pracować.

Więc skąd te myśli o rozwodzie? Ano stąd, że wszyscy wokół twierdzą, że Anna daje się wykorzystywać. Koleżanki w pracy żartują, że mniej by ją kosztowało, gdyby wzięła Ukrainkę do prowadzenia domu i kochanka. „Jak tam twój Ludwiczek?” – pytają lekceważąco. Mama Ani wciąż się martwi, że córka tak ciężko pracuje, żeby utrzymać męża darmozjada. Ejże, darmozjada?!

Domagamy się równości i partnerstwa, ale co innego kobieta, a co innego mężczyzna. O kobiecie w tej samej sytuacji co ów „darmozjad” mówimy zwykle, że poświęciła się dla męża i dzieci. To wyłącznie kobiecy przywilej, z którego co niektóre potrafią korzystać.

Beata, lat 56. Kiedy trzydzieści lat temu poznała przyszłego męża, od razu wiedziała, że zostanie jego żoną. Nie, nie zakochała się od pierwszego wejrzenia. To on zakochał się w niej bez pamięci. Był wykształcony, zaradny, obrotny, uznała, że przy nim nie zginie. Ona była delikatna, nieśmiała, nie chciała sama mierzyć się z życiem. I przez wiele lat wszystko grało. Beata nie pracowała zawodowo, on zapewniał jej wygodne życie.

Na świecie pojawiły się dzieci, był wspaniałym ojcem. To on je kąpał, opowiadał bajki na dobranoc, Beata wieczorami była zbyt zmęczona. On robił zakupy, a w dodatku obsypywał ją kwiatami.

– Nie kochałam go, ale wiedziałam, że zawsze mogę na niego liczyć. Byliśmy dobrym małżeństwem, bardzo o mnie dbał – wspomina.

I nagle się zepsuł. Zaburzenia psychiczne, trafił do szpitala. Beata została sama z trójką dzieci. Była przerażona. Wpadła w depresję. Dziećmi na szczęście zajęła się jej siostra.

Mąż w końcu wrócił do domu, ale odmieniony. Stwierdził, że jej nie kocha, że to wszystko jej wina, że nie będzie więcej pracować. Nie pomogły prośby ani groźby. Przeszedł na rentę i siedzi w domu.

Beata nie może na niego patrzeć. Strasznie ją zawiódł. Gdyby nie jej rodzina, nie miałaby z czego żyć. A miał być opoką. Wzięła rozwód. Z jego winy. Ale co z tego, skoro nie może go wyeksmitować z mieszkania? Gdyby jej się to udało, może jeszcze ułożyłaby sobie życie…

Beata to kobieta w pewnym wieku. Idea partnerstwa nigdy nie była jej bliska. Co innego Eliza, lat 26, inne pokolenie. Atrakcyjna, świetnie wykształcona, stawia na karierę zawodową, ale jest już kobietą po przejściach, o których szybko chciałaby zapomnieć. Nieudane małżeństwo, szybki rozwód z jej inicjatywy. Na szczęście nie mieli dzieci.

Zaciągnęli jednak wspólny kredyt na mieszkanie. Po rozwodzie ona w nim pozostała, bo bardzo je lubi. On powrócił do swojego przedślubnego, lecz dalej spłaca połowę kredytu. Teraz chciałby sprzedać mieszkanie i oddać dług bankowi, ale Eliza się na to nie zgadza. Nadal chce tam mieszkać, a on bez jej zgody nic nie może zrobić.

Kiedy pytam, czy nie boi się, że przestanie płacić, odpowiada: – To komornik wejdzie mu na pensję. Połowa kredytu jest na niego. Ja jego części nie zamierzam płacić.

Nie znam się na tych przepisach, ale faktem jest, że on płaci, a ona mieszka i ani myśli z tego rezygnować.

– Jestem kobietą, byłam jego żoną, nie zamierzam wyjść z małżeństwa tak jak weszłam – Eliza nie ma żadnych wątpliwości.

A ja mam coraz więcej. Chyba nie tylko mężczyźni nie dojrzeli do partnerstwa.

  1. Psychologia

Co to znaczy być dziś feministą - pytamy psychoterapeutę Piotra Pietuchę

"Ja czuję się człowiekiem i feministą, może dlatego, że w pełni zaakceptowałem swoją męskość i kobiecość. Jestem duchowo androgeniczny. W pewnym sensie ponadpłciowy" - mówi psychoterapeuta Piotr Pietucha. (Fot. archiwum prywatne)
Jeśli podchodziłbym do mojego związku rywalizacyjnie, to musiałbym uznać, że Manuela jest górą. A ja powinienem być sfrustrowanym dupkiem – mówi Piotr Pietucha, psychoterapeuta, partner Manueli Gretkowskiej.

Co to znaczy być dzisiaj feministą?
Już w samej deklaracji, że mężczyzna jest feministą, jest coś żenującego. Dla mnie to oczywistość, tak jakbym afiszował się z tym, że jestem normalnym człowiekiem, a nie półgłówkiem czy rasistą. Myślę, że w polskim świecie feminista oznacza nie tylko, że jesteś za równością i przeciw dyskryminacji, ale też, że nie jesteś seksistą, mizoginem ani patriarchalnym debilem. Natomiast w świecie normalnym, liberalnym i obyczajowo cywilizowanym, np. w Szwecji, gdzie żyją moi synowie, feminista oznacza rozgarniętego, wrażliwego faceta, który nie potrzebuje w żaden sposób tego podkreślać ani deklarować.

W Polsce mężczyźni też się z tym nie afiszują. Pytani o to, czy są feministami, odpowiadają zdziwieni: kim?!
Nie wiem, co oznacza feminizm dla przeciętnego Polaka, jak on to sobie definiuje, odczuwa i jak sobie z tym radzi. Podejrzewam, że ma z tym kłopot. Dla mnie feminizm jest jednoznaczny z humanizmem. Jest wyrazem współcześnie pojmowanego człowieczeństwa. Być może wielu facetów rozumie to kompletnie inaczej. Feminista to dla nich symbol ,,miękkiszona’’, który poddaje się lub ulega kobietom, godzi się na tę fałszywą interpretację patriarchatu – że to mężczyźni zniszczyli świat, a teraz powinni się kajać. Część mężczyzn reaguje na feminizm wściekle alergicznie jako na przejaw kobiecej niezrozumiałej agresji, ataku na męskość.

To w jaki sposób rozpoznać w sobie, że jest się feministą?
Już sam fakt, że ktoś ma potrzebę takiego rozpoznania, jest bardzo cenny. Świadczy o pewnym poziomie autorefleksji, mentalnym nadążaniu za współczesnością. Fajnie jest chyba mieć jakiś klarowny pogląd na tak ważny temat, nie być durniem, ślepym na połowę ludzkości.

Czuję się człowiekiem i feministą, może dlatego, że w pełni zaakceptowałem swoją męskość i kobiecość. Jestem duchowo androginiczny. W pewnym sensie ponadpłciowy. A moja kobiecość, cokolwiek się pod tym słowem kryje, nie przeraża mnie, nie neguję jej. Nie zagraża mojej męskości, nie muszę być dzielny ani dumny ze swojego pawiego ogona. Maczyzm – czyli taka stereotypowa, przesadna męskość – to karykatura człowieka.

A może być tak, że facet z przekonaniem mówi: „jestem feministą”, a nieświadomie gotuje się w sobie, jeśli kobieta jest krok przed, a nie za nim?
Świadoma nieświadomość, czyli nasza kultura, jest przesiąknięta mizoginią. Z jakiegoś powodu mężczyźni od zawsze czuli wrogość i niechęć do kobiet, bali się ich. Kobieca seksualność im zagrażała, dlatego chcieli ją zawłaszczyć, zdominować i kontrolować. To siedzi do dzisiaj w mężczyznach na nieświadomym poziomie. Kultura patriarchalna jest mocno przesiąknięta przekonaniem o naturalnej wyższości męskiej płci. Kobiety są gorsze – słabsze, grzeszniejsze, mniej rozumne. Zasługują więc na gorsze warunki i traktowanie. Tysiące lat takiej dominacji odcisnęły w umysłach obu płci ogromne piętno. Niestety, to siedzi także w kobietach, nawet w sposobie, w jaki wychowują chłopców. Widziałem sztandarowe feministki, które miały kompletnego fioła na punkcie swoich synków. W ich narcystycznej nadopiekuńczości było mnóstwo nieświadomego ubóstwienia męskiej płci, gruntującego w tych chłopczykach poczucie nie tylko wyjątkowości, ale lepszości. Jakie to może mieć skutki dla równouprawnienia i partnerstwa? Jak będzie funkcjonował ten niuniuś – prywatny ideał nowoczesnej mamusi – w przyszłości?

My z Manuelą, wychowując Polę, raczej nie programowaliśmy jej na jakieś mocne poczucie tożsamości płciowej, nie podkreślaliśmy jej kobiecości. A ona jednak, już jako malutka dziewczynka, odrzucała ze wzgardliwą niechęcią niektóre zabawki, książeczki, kolory jako ,,za bardzo chłopaczywe”. Ciekawe, gdzie tym nasiąkała?

'Mimo życiowych niepowodzeń czy związkowych porażek nie straciłem wiary w siebie. Było we mnie poczucie, że jestem spoko facetem. Na tyle mądrym, zaradnym czy zabawnym, że mogę mieć kobietę na swoją miarę. Albo nawet wyżej' - wyznaje Piotr Pietucha. Na zdjęciu ze swoją żoną, Manuelą Gretkowską. (Fot. archiwum prywatne) "Mimo życiowych niepowodzeń czy związkowych porażek nie straciłem wiary w siebie. Było we mnie poczucie, że jestem spoko facetem. Na tyle mądrym, zaradnym czy zabawnym, że mogę mieć kobietę na swoją miarę. Albo nawet wyżej" - wyznaje Piotr Pietucha. Na zdjęciu ze swoją żoną, Manuelą Gretkowską. (Fot. archiwum prywatne)

To jest chyba w powietrzu, w mentalnej atmosferze naszego świata.
Wystarczy się rozejrzeć. Moja przyjaciółka obserwowała ostatnio grupę jedenastolatków na basenie. Wszystkie dziewczynki samodzielnie suszyły i czesały swoje długie włosy, a babcie były skoncentrowane jedynie na wnukach. Z suszarkami i grzebyczkami robiły cyrk wokół tych chłopców, jakby byli bezradnymi idiotami. Właśnie takie, często nieświadome zachowania, podkreślające ważność i uprzywilejowanie męskiej płci, spychają kobiety do podrzędności i uległości. Skazują od początku na zaradną, wymuszoną samodzielność. To jest bardzo mocny podprogowy przekaz. Uważam, że kobiety w Polsce dostają często podwójny, niemożliwy do spełnienia komunikat: „Musisz w siebie wierzyć i jednocześnie nie wierzyć. Masz być silna i niezależna, ale też uległa i słuchać swojego pana. Masz liczyć na siebie, umieć o siebie zadbać, ale nie wyobrażaj sobie szczęśliwego życia bez mężczyzny, wokół którego będziesz tańczyć”.

Komu udaje się wyjść z tego gadziego mózgu? Mężczyznom, którzy zdają sobie sprawę z nieuświadomionych stereotypów w sobie?
Jestem wielkim fanem świadomości. Ona potrafi przenosić góry – nawet jeśli to góry stereotypowych śmieci. Wydobywa z bagna uprzedzeń. Daje kopa w dupę kompleksom, fałszywym przekonaniom. Pokazuje środkowy palec głupiemu, automatycznemu osądzaniu.

Weźmy mnie samego. Jeżeli podchodziłbym do mojego związku nieświadomie rywalizacyjnie, to musiałbym uznać, że Manuela jest górą. Jest utalentowana, bogata, sławna i lepiej sobie radzi w życiu. I teraz jako mężczyzna, który żyje w jej cieniu, powinienem być sfrustrowanym dupkiem, który tylko udaje, że jest feministą i chce ją wspierać. Tak naprawdę siedzi w kącie, chlipie nad sobą i marzy o kobiecie, przy której będzie mógł brylować, ponapawać się własną męską zajefajnością. Dziękuję, ale nie mam takich potrzeb. Realizuję się po swojemu i jestem w tym spełniony. Uszczęśliwia i fascynuje mnie to, że potrafimy być szanującymi siebie nawzajem partnerami.

Jednak nieczęsto mężczyzna czuje się dobrze u boku silnej partnerki. Jak ci się to udało?
Nikt nie jest do końca silny ani słaby. Co do Manueli, to pozytywnego kopa daje mi to, że zdobyłem jej wzajemność i jestem jej wart. Podziwiam ją i uwielbiam od pierwszego wejrzenia. Mimo życiowych niepowodzeń, związkowych porażek czy osobistej niepewności, nie straciłem wiary w siebie. Było we mnie poczucie, że jestem spoko facetem. Na tyle mądrym, zaradnym czy zabawnym, że mogę mieć kobietę na swoją miarę. Albo nawet wyżej. Bo życiowy partner mówi o nas wszystko. Pokaż mi, z kim jesteś, to powiem ci, kim jesteś.

Czyli podstawą udanego, partnerskiego związku jest to, jak się czujesz sam ze sobą?
Moim zdaniem tak. Partnerstwo, czyli dojrzała miłość, jest nagrodą za pracę nad sobą. Najpierw trzeba jednak uwierzyć w siebie, nie podkopywać własnej męskości i człowieczeństwa, tego poczucia, że jesteś okej. Później najważniejsza jest otwarta komunikacja. Taka nawet wulkaniczna jak w filmie „Malcolm i Marie”, dostępnym teraz na Netfliksie. Oglądamy w nim dwoje ludzi, którzy mają w sobie mnóstwo gniewu, niewdzięczności i niezrozumienia dla siebie nawzajem. Mają też siłę, żeby w otwarty sposób to z siebie wyrzucić. Jakie to piękne, oczyszczające! Lepsze niż fochy, zamykanie się czy zamiatanie bolesnych spraw pod dywan. Taka odważna, uczciwa walka o siebie jest też walką o związek. Nie prowadzi do rozstania, tylko do większej bliskości. Powoduje, że nie boisz się ani nie wstydzisz powiedzieć partnerowi, co cię boli. W końcu chodzi o to, żeby zrozumieć się nawzajem. Nie bać się prawdy, nawet kiedy jest nie do zniesienia.

Kobiety stały się też bardziej świadome, wymagające. Wiedzą, czego chcą, co im się słusznie należy. Jak do tych większych wymagań odnosi się feminista? Męska duma cierpi?
Jest taki seksistowski dowcip, kiedy po kochaniu on ją pyta: „Miałaś orgazm?”. Ona odpowiada: „Nie”. On na to: „I co się mówi?”. Ona: „Przepraszam”. Ohydny sarkazm – bo niby on się interesuje tym, co ona przeżyła, a kiedyś faceci mieli to gdzieś. Ale nadal dbałość o kobiece spełnienie bywa dla wielu mało kręcąca. Teraz to się nieco zmieniło, oczekiwania i presja kobiet wzrosły, a mężczyźni są w defensywie. A one atakują: „Nie zrobiłeś tego, nie byłeś taki!”. Wyrzuty, pretensje, domaganie się. Jest w tym dużo agresji wobec mężczyzn. Nic dziwnego, nawarstwiała się wiekami. Mężczyźni źle się z tym czują, nie wiedzą, jak reagować. Co z tym zrobić? A jeśli odrobinę myślą, to wiedzą, że jest w tych wybuchach dużo słusznego gniewu. Głupio wtedy bystrej, świadomej kobiecie zaprzeczać. Udawać niefrasobliwego, zadowolonego z siebie idiotę, który nic nie kuma. Tak czy owak, faceci mają trochę przekichane.

Myślę, że łatwiej jest być feministą wobec koleżanki z pracy niż wobec partnerki. „Niech kobiety się realizują, ale jeśli moja kobieta za wiele energii wkłada w świat zewnętrzny, to czuję się niekochany”.
To tylko świadczy o mężczyźnie. Powinien się zastanowić, skąd ta jego niepewność, ciągła potrzeba uwagi, troski i dominacji. Siła patriarchatu jest monstrualna, między innymi dlatego, że bywa wygodna i użyteczna dla mężczyzn. Oczywiście tylko pozornie, bo za te zacofane schematy też płacą ogromną cenę: nałogów czy przymusu bycia męskim, czyli często bezwzględnym i niewrażliwym, wypierającym uczucia emocjonalnym zakalcem.

Często myślimy, że po partnersku znaczy po równo. Ty zmywarkę, to ja pranie, a nie da się tak. Zawsze ktoś czuje się wyrolowany.
To jest problem każdego, kto ma określoną ilość snu i energii. My z Manuelą również mieliśmy z tym kłopot, dopóki w pewnym momencie kategorycznie nie podzieliliśmy się obowiązkami. Teraz włączam  trzy zmywarki dziennie, wynoszę śmieci, piorę. Ale zakupy i sprzątanie, czyli coś, czego nienawidzę, mam w nosie. Gotujemy sobie sami, jemy o różnych porach. Nie prasujemy. I od kilku lat nie mamy poczucia, że ktoś kogoś wykorzystuje, kradnie mu czas czy energię lub jest bardziej uprzywilejowany. To typowo relacyjna rozkminka, obowiązki, ani lepsze, ani gorsze, ani męskie, ani kobiece, po prostu codzienne.

A jakich kobiet szuka feminista? Czy nie jest tak, że podobają mu się silne i niezależne, a później okazuje się, że tak naprawdę oczekuje od partnerki rozwiązania wszystkich swoich problemów?
Jeśli trzymamy się mojej definicji feministy, czyli człowieka, który nie racjonalizuje swojego lęku przed kobietą, tyko jest w harmonii ze swoją animą, animusem i cieniem – to taki mężczyzna nie będzie szukał sobie partnerki matki, on już dorósł. Myślę, że wrażliwy, rozgarnięty człowiek szuka drugiego wrażliwego, rozgarniętego człowieka. I choć mam się za taoistę, to nie ortodoksyjnego – wcale nie uważam, że męskość jest aktywna i dominująca, a kobiecość bierna czy oddająca się. Widzę to jako anachronizm, który może czasem odnosi się tylko do naszej biologii, ekonomii hormonów, seksualności. W aspekcie humanistycznym, czyli ludzkim, już tak tego nie pojmuję. Bo nie ma silnych kobiet lub słabych mężczyzn. Wszyscy jesteśmy trochę silni i trochę słabi.

A jak definiujesz męskość?
Nie miałem realnego wzorca mężczyzny, nie był nim mój ojciec. Miałem literackich i filmowych bohaterów, fantazje, wizje, tęsknoty, ideały. Męskie aspekty we mnie kultywowały sport, harcerstwo, zabawy w Indian. Byłem szczęściarzem, bo nigdy w swoją męskość nie wątpiłem. Mimo że byłem nieśmiały i delikatny, na swój sposób kobiecy, to podobałem się dziewczynom. Zaakceptowałem takiego siebie – swoją androginiczność uznałem za pełnię. Uważam, że stereotyp kobiecości i męskości bardziej nam dzisiaj przeszkadza niż służy. Na moim seminarium zapyta­łem kiedyś studentów, co jest najbardziej kobiecą, a co męską cechą. Uznali, że jest to – w obu wypadkach – opiekuńczość. To wymowne i symboliczne. W końcu opiekuńczość, czyli mądre dbanie o siebie i innych, to istota człowieczeństwa.

Piotr Pietucha, psychoterapeuta, autor książek "Stróż obłąkanych", "Dożywotni kochankowie", "Miłość klasy średniej". 

  1. Psychologia

Droga do męskości. Gdzie jest granica między światem chłopca a mężczyzny?

Oddanie szacunku synowi może być najwspanialszym darem od ojca, a jego wyrazem może być męska wyprawa i świadome wprowadzenie syna w męski, dorosły świat. (Fot. iStock)
Oddanie szacunku synowi może być najwspanialszym darem od ojca, a jego wyrazem może być męska wyprawa i świadome wprowadzenie syna w męski, dorosły świat. (Fot. iStock)
Kiedyś ojciec przeprowadzał przez nią syna, a przejście uświęcał rytuał inicjacji, ważny dla obydwu z nich. Jak jest dzisiaj? 

Artykuł archiwalny.

Wojciech Eichelberger, w książce „Zdradzony przez ojca”, zwraca uwagę na fakt, że dziewczynki przechodzą inicjację w sposób naturalny. Zaczynają miesiączkować, pojawia się krew, ból menstruacyjny – i towarzyszące mu przekonanie: „Jestem kobietą”. Niepodważalne. „Mężczyznom nic tak dramatycznego i potężnego samo z siebie się nie przydarza” – zauważa psychoterapeuta i przytacza opis inicjacji odbywającej się w prymitywnych plemionach po dziś dzień.

Od dzieciństwa chłopcom powtarza się historię, jakoby gdzieś w lesie ukrywał się okrutny potwór, który czyha tylko na okazję, by ich porwać z rodzinnego domu i zabić. I pewnego dnia rzeczywiście: nastoletni chłopcy są uprowadzani przez grupę odzianych w straszne maski, wymalowanych postaci. Nie wiedzą, że to dorośli mężczyźni z plemienia, przebrani, odgrywający tylko rolę potworów. Przez kilka dni naprawdę się boją. Ten strach, samotność, konieczność współpracy w grupie rówieśników przeciwko wspólnemu wrogowi – sprawiają, że wracają do wioski odmienieni. To już nie dzieci pod opieką matki, ale młodzi mężczyźni.

Taka inicjacja z chłopca w mężczyznę wymaga, by opiekun – np. ojciec – pozwolił synowi oderwać się od ciepłego domu, objęć mamy, by dał mu szansę spróbowania swoich sił. Czy w dzisiejszych czasach można tego dokonać? I czym zastąpić dawny rytuał inicjacji? Może dobrym pomysłem jest...

…męska wyprawa

Nordkapp. Przylądek Północny, kilkaset kilometrów za kołem podbiegunowym. Stromy klif wcinający się w wody Morza Norweskiego. Skały, wiatr, przeraźliwe zimno... I metalowy glob – kula ziemska, do której pielgrzymują turyści z całego świata. Bo Nordkapp to miejsce szczególne – koniec międzynarodowej trasy E69 i symboliczny kraniec Europy.

Połowa sierpnia, nocą temperatura spadała do minus siedmiu stopni Celsjusza. W powietrzu wirowały ogromne płatki śniegu, a oni, we trzech, trzęśli się w land roverze. Wichura biła w samochód, momentami mieli wrażenie, że po prostu przesuwa go po płycie parkingu jak drewnianą zabaweczkę.

To była prawdziwie męska wyprawa… Jarosława Kawczyńskiego, jego syna Bartka (15 lat) i przyjaciela Bartka – Michała. Pojechali na Daleką Północ, na Nordkapp. Dlaczego? Bo czasem trzeba pojechać bardzo daleko, żeby odnaleźć… bliskość.

Gdy między ojcem i synem iskrzy

Kawczyńscy mieszkają pod Warszawą – Jarek z żoną Agatą prowadzi kancelarię notarialną. Mają czwórkę dzieci, psa, dwa warany i dwa węże. Lubią wycieczki – zjeździli całą Turcję, kawał Chorwacji, włóczą się też czasami po Polsce. Starają się spędzać czas aktywnie. Pływają na canoe, jeżdżą konno, chodzą po górach.

– Mam świetny kontakt z dzieciakami. Zawsze mi się wydawało, że dobry ojciec to fajny kumpel, który proponuje synom ciekawe zajęcia – tłumaczy Jarek.

Więc proponował latanie na motolotni, ale najstarszy syn, Bartek, wolał pilotowanie małej awionetki. Tata wymyślił Aikido – Bartek wolał boksować. W rodzinie zapanowała więc konsternacja. Gdzie tu boksować? W salonie stoi pianino, a boks to sport brutalny. I tak dalej…

– Jarek chciał spełnić chłopięce marzenie. Gdyby jego ojciec dawniej zaproponował mu coś takiego, to góry przenosiłby ze szczęścia – mówi Agata i dodaje, że pomysł wyprawy dojrzał, kiedy zaczęły się napięcia między Jarkiem a Bartkiem. Kłócili się o wszystko. Wtedy Agata pomyślała, że trzeba ich wysłać na jakaś wyprawa, podczas której sami musieliby zadbać o jedzenie, nocleg..., żadne tam łóżka z czystą pościelą. Chodziło o prawdziwą przygodę, zew natury. I o to, żeby pobyli razem. Zdani tylko na swoje towarzystwo.

Wybór padł na Laponię. Jarek mieszkał tam dwa lata po zakończeniu studiów. Zapamiętał ją jako dzikie miejsce: bezkresne przestrzenie, puste drogi, które przecinają stada reniferów, lokalne knajpki z piwem i rybami, prowadzone przez rosłych właścicieli o wyglądzie Wikingów. I przyroda. Nieujarzmiona, niedostępna, piękna. Zapragnął pokazać ten świat Bartkowi.

– To miał być rodzaj sprawdzianu. Chciałem, żeby Jarek kupił bilety na prom, zrobił zakupy… coś sam załatwił. W dodatku sam by się przekonał, na ile jest odpowiedzialny, samodzielny – przyznaje Jarek.

W niedzielę zapadła decyzja, w poniedziałek siedzieli już w samochodzie, w drodze w kierunku wschodniej granicy. We trzech, z przyjacielem i rówieśnikiem Bartka, Michałem Macutkiewiczem.

Inicjacja to nie jest łatwa sprawa

Jarek nie ingerował w żadną decyzję syna. Powstrzymał się, choć język go świerzbił, gdy zobaczył, że Bartek wrzuca do plecaka… jedynie bawełniane bluzy. To prawda – w Warszawie było ponad trzydzieści stopni, ale tam daleko… Nic nie powiedział. Oczywiście, znając tereny, na które się wybierali, wiedział, że kupienie ciepłych ubrań nie będzie stanowiło problemu. Nie chciał, żeby syn drżał z zimna – chciał natomiast, żeby zrozumiał… że czas pakowania walizek przez rodziców się skończył.

Pierwszego dnia przejechali Litwę. Na nocleg chcieli zatrzymać się w Tallinie. Ale złapała ich potworna nawałnica. Droga wiodła nad samym Bałtykiem. Czasami, spomiędzy kurtyn deszczu, błyskała im jego powierzchnia: spienione fale, czarna kipiel… Woda lała się strugami po przedniej szybie. Jarek zdecydował, że będzie lepiej, gdy zatrzymają się na nocleg na pierwszym dogodnym parkingu, i prześpią w aucie.

– Ten parking był około stu metrów od morza. Fale podchodziły czasami prawie pod sam asfalt! A jaki był łoskot! W środku nocy gdzieś blisko uderzył piorun. Rankiem dopiero okazało się, że uderzył ledwie kilkadziesiąt metrów od nas – opowiada Bartek.

Chłopcy mieli niespecjalne miny, szykując się do snu – do pierwszej nocy bez prysznica i wygodnego łóżka. Dopiero wtedy zrozumieli, że to nie przelewki, a naprawdę poważna wyprawa. Może – przełomowa w ich życiu?

Jarek jeden jedyny raz pożałował tego, że tak zaufał synowi. Zatrzymali się w Finlandii – jeszcze przed kołem podbiegunowym – bo Jarek chciał pokazać chłopakom, jak wygląda przejście lasu liściastego, mieszanego w tundrę. Stanęli na poboczu, a Bartek z Michałem pobiegli w głąb lasu. I… przepadli.

– Odchodziłem od zmysłów. Plułem sobie w brodę za to bajanie o odpowiedzialności, i w ogóle. Jak ja ich znajdę? Jak spojrzę w oczy Agacie? – opowiada.

Miotał się przy aucie przez godzinę. Planował dzwonić na policję, do Polski… A tymczasem chłopcy znaleźli się sami. Przez cały ten czas doskonale wiedzieli, gdzie są – bawili się z dala od szosy, skacząc z kilkumetrowych głazów w gruby, sprężysty mech. Tak jak poprzednio podczas pakowania, Jarek znowu zagryzł zęby. Obyło się bez awantury.

Podróż po szacunek

Nocowali na Nordkapp.

– Rano chłopcy postanowili wykąpać się w Morzu Norweskim, u podnóża klifu. Temperatura oscylowała w okolicach zera… Kąpiel trwała trzydzieści dwie sekundy. Rozebrali się, wbiegli do morza i jeszcze szybciej z niego wybiegli – śmieje się Jarek.

Zwiedzili jeszcze Helsinki i Wilno, z którego przywieźli cały bagażnik chlebów (pół piekarni wzruszyło się, patrząc, jak Polacy ładują samochód po dach chlebem wileńskim).

Cała podróż trwała sześć dni, ale to wystarczyło, żeby wrócili odmienieni.

Opowiada Bartek: – Lepiej się z tatą poznałem. Spędziliśmy razem tyle dni i nocy na malutkiej przestrzeni… Czuję, że on mnie teraz traktuje inaczej niż wcześniej. Chyba ma mnie za doroślejszego. Z  jednej strony jestem szczęśliwy, z drugiej – wiem, że teraz tata oczekuje ode mnie większej odpowiedzialności. Czuję na sobie ten ciężar.

Dzięki tej podróży Jarek uzmysłowił sobie kilka spraw: – Dotarło do mnie przede wszystkim, że Bartek to zupełnie nowe pokolenie. Jak kiedyś jeździłem za granicę, zawsze miałem kompleksy: że nie znam dobrze języka kraju, w którym przebywałem, mało wiem o świecie… A to nie zawsze była prawda. Takie typowe dla Polaka poczucie niższości. Tymczasem młodzi są inni: nawiązują kontakt na równorzędnym poziomie – z Niemcem, Duńczykiem, Finem… O każdej porze dnia, nawet o północy, zalogują się do internetu, poprzełączają się między tymi serwerami i wszystko wiedzą: o której prom, ile kosztuje bilet. W tym sensie radzą sobie lepiej ode mnie – dodaje.

Dotarło do niego coś jeszcze. – W te wakacje zrozumiałem, że Bartek to już nie dziecko. Widziałem, jak patrzyły na niego dziewczyny na promie, słuchałem rozmów chłopaków… To są młodzi, jeszcze niedojrzali, ale już… mężczyźni. Dla ojca to powód do dumy!

Jarek przyznaje też, że dopiero podczas wspólnej wyprawy zrozumiał, że jego syn jest zupełnie odrębnym bytem. Że może chcieć, marzyć inaczej niż on. I że ma prawo do tej odrębności. Dla wielu to oczywistość, dla niego to było olśnienie.

Zdaniem Roberta Bly, amerykańskiego poety i autora książki „Żelazny Jan” – wielu mężczyzn żyje w przekonaniu, że nie sprawdzili się jako ludzie – a dzieje się tak dlatego, że nie czują się szanowani przez tych, których kochali, którzy byli im bliscy. W tym sensie oddanie szacunku synowi może być najwspanialszym darem od ojca – po który warto jechać setki kilometrów. Nawet na kraniec Europy.

Ojciec i syn jak alpiniści

Bardzo podoba mi się historia tej wyprawy. Pewnie też dlatego, że coraz rzadziej słyszy się o ojcach, którzy świadomie wprowadzają synów w męski, dorosły świat. A szkoda – bo to piękne opowieści. Jako terapeuta zastanawiam się: jakie korzyści może mieć młody chłopak z takiej podróży?

Na pewno cenne jest modelowanie zachowań w trakcie wspólnej wyprawy. Ojciec i syn konfrontują się z sytuacjami trudnymi, niezwykłymi, a czasem nawet nieco niebezpiecznymi, jak noclegi na parkingach czy na samym Nordkapp, w bardzo niskiej temperaturze. To jest okazja, żeby młody chłopak mógł się sprawdzić. I wygrać – świadomość, że sobie poradził, choć nie było łatwo. Ważne jest to, że podróż dzieje się jednak w warunkach kontrolowanych. Na przykład ojciec pozwala synowi popełnić błąd podczas pakowania plecaka. Bartek nie bierze ciepłych ubrań, ale Jarek wie, że te ubrania kupi się po drodze. Nie naraża syna na ryzyko, jednocześnie – pozwala mu się pomylić, nie przewidzieć czegoś. Nie wypomina mu tego, nie wytyka. To bardzo ważne, idzie za tym komunikat: „Masz prawo do błędu, ale nie przejmuj się, jestem obok”. Ja mógłbym dodać tu tylko tyle: warto następnym razem wspólnie przygotowywać listę rzeczy do zabrania, to buduje partnerstwo, poczucie wspólnoty.

Ojciec i syn – to obraz dwóch alpinistów wspinających się w górę grani. Są połączeni liną, jeden zależny od drugiego. W takim układzie trzeba ufać temu drugiemu – ale jednocześnie mieć świadomość, że i ja nie mogę się potknąć, a w razie czego muszę poświęcić zdrowie, nieraz życie, by partnera ratować. W dobrej relacji ojciec i syn też tak powinno być. Ta podróż na Daleką Północ zbudowała poczucie: międzypokoleniowej wspólnoty, wzajemnego zaufania. Z takich chłopaków jak Bartek – dzięki ojcom jak Jarek – wyrastają silni i fajni mężczyźni. Nie boją się wziąć odpowiedzialności za innych, potrafią dać bliskim poczucie bezpieczeństwa. Ale potrafią się też świetnie bawić… skacząc w tundrze z głazów w miękki mech. 

Wojciech Tomaszewski psycholog, terapeuta. 

  1. Moda i uroda

Chris Hemsworth pierwszym globalnym ambasadorem marki BOSS

Chris Hemsworth pierwszym globalnym ambasadorem marki BOSS. (Fot. materiały prasowe BOSS)
Chris Hemsworth pierwszym globalnym ambasadorem marki BOSS. (Fot. materiały prasowe BOSS)
Zobacz galerię 11 Zdjęć
Znany m.in. z serii filmów "Avengers" Chris Hemsworth został pierwszym globalnym ambasadorem marki BOSS. W kampanii wiosna/lato 2021 aktor wystąpił w casualowych stylizacjach. Efekty współpracy możecie zobaczyć w naszej galerii.

Chris Hemsworth jest doskonałym przykładem nowoczesnego mężczyzny sukcesu, który świetnie odzwierciedla wartości marki BOSS. Aktor od lat wykorzystuje swój wizerunek do poszerzania świadomości na temat ochrony środowiska i zagrożeń związanych ze zmianami klimatycznymi, oprócz tego prowadzi zbilansowany tryb życia, uprawia sporty oraz z powodzeniem rozwija swoją karierę w Hollywood. To właśnie dlatego BOSS wybrał go na swojego pierwszego globalnego ambasadora. Pierwsze efekty tej niezwykłej współpracy możecie podziwiać w naszej galerii. W sesji zdjęciowej do najnowszej kampanii wiosna/lato 2021 aktor wystąpił w casualowych stylizacjach, które z powodzeniem można nosić nie tylko na co dzień, ale też na specjalne okazje. Sprawdźcie sami!

  1. Psychologia

Czy mężczyznę można zmienić?

Dla mężczyzn istota sprawy i cel są na zewnątrz, dla kobiet - wewnątrz. Co innego decyduje o ich poczuciu godności i wartości. Dla mężczyzn bardziej liczy się to, żeby wziąć się w garść niż coś poczuć. (Fot. iStock)
Dla mężczyzn istota sprawy i cel są na zewnątrz, dla kobiet - wewnątrz. Co innego decyduje o ich poczuciu godności i wartości. Dla mężczyzn bardziej liczy się to, żeby wziąć się w garść niż coś poczuć. (Fot. iStock)
Utarło się, że kobiety chcą wciąż zmieniać mężczyzn, a oni – pozostać sobą. Tylko co właściwie znaczy „być sobą”, a co „zmienić się”? Psycholog Paweł Droździak twierdzi, że to, co jest w nas naprawdę istotne, pozostaje poza zasięgiem świadomego o tym decydowania.

Statystyki mówią, że mężczyźni rzadziej niż kobiety chodzą na warsztaty czy terapię. Dlaczego? Nie czują potrzeby zmiany? Dowiedzenia się czegoś o sobie?
Rzeczywiście kobiety i mężczyźni myślą o sobie inaczej, i to dotyczy zarówno ich ciała, jak i psychiki. Kobieta częściej i dłużej będzie się zastanawiać nad tym, jaką jest osobą. Trochę tak jakby przymierzała różne ubrania przed lustrem. Stąd popularność psychozabaw, astrologii czy numerologii, które są w czasopismach dla kobiet. Ale nie dlatego, że panowie nie wierzą w astrologię. Chodzi po prostu o to, że mężczyzn tak bardzo nie interesuje, jakimi są osobami...

A przecież najważniejsze jest właśnie to, żeby wiedzieć, kim jestem i co chcę z tym swoim życiem zrobić.
Zależy, jakie pytanie mamy na myśli: „kim jestem?” czy „jaki jestem?”. To zasadnicza różnica. Mężczyzna odpowiada tak: „jestem dyrektorem banku, jestem uczciwy, grzeczny lub niemiły”. Mężczyźni częściej zastanawiają się nad tym, kim są, ale w sensie społecznym, tzn. jaką zajmują pozycję w hierarchii lub jaką mają pozycję zawodową. Albo kim są w sensie etycznym, tzn. porządnym człowiekiem czy nieporządnym. Taka typologia najczęściej interesuje mężczyznę: funkcjonalna i etyczna.

A co z kobietami?
Kobieta częściej zadaje sobie pytanie: „jaka jestem?”. I dostaje cały wachlarz określeń: jestem wrażliwa, wysokowrażliwa, zalotna, skryta etc. Do tego kobieta jest gotowa na to, żeby w każdej chwili zakwestionować siebie, jeśli tylko zostanie jej podsunięty nowy samoopis. To trochę jak z tym dobieraniem stroju: kobieta stoi przed lustrem i zakłada apaszkę, podchodzi koleżanka i mówi: „wiesz, do twoich oczu lepiej by pasowała ta turkusowa” i ona ją bierze i sprawdza. A później bierze kolejną. Tymczasem mężczyzna jeżeli raz dostanie turkusową koszulę, to już zawsze będzie chodził do sklepu i mówił: „poproszę turkusową”. Podobnie jest z męskim opisem siebie i swojej psychiki.

I jak to się przekłada na korzystanie z różnego rodzaju usług psychologicznych czy terapeutycznych?
Kiedy mężczyźni trafiają na terapię, to przychodzą w konkretnej sytuacji kryzysowej, np. z brakiem możliwości porozumienia się z kobietą, bo nie rozumieją, o co jej chodzi. Albo też przychodzą z problemem własnej nieskuteczności, np. w zakresie funkcjonowania seksualnego. Albo z tym, że nie są w stanie napisać pracy magisterskiej, nie mogą się zmotywować ani zebrać do kupy. Lub mają załamanie depresyjne, piją i nie mogą przestać. Niestety, często jest też tak, że mężczyzna mówi mi: „gram w gry, przysłała mnie tu żona”. I szybko okazuje się, że bycie hazardzistą nie jest dla niego żadnym tematem tabu. Problemem do rozwiązania jest według niego to, żeby żona się wreszcie odczepiła.

No i dlaczego tak jest? Mężczyzna nie lubi się zmieniać?
Po prostu dla mężczyzn najczęściej istota sprawy i cel są na zewnątrz. A dla kobiety – wewnątrz. Jeżeli wejdziesz do księgarni i popatrzysz na półkę z książkami psychologicznymi, to oprócz fachowej literatury psychologicznej będą dwa rodzaje książek z zakresu poradnictwa psychologicznego. Te zorientowane na autoeksplorację, czyli: jaką jesteś osobą, jak nawiązywać relacje, jak mieć dla siebie czas itd. To książki skierowane do kobiet, pisane przez kobiety. Druga grupa dotyczy tego, jak: osiągać pewne cele, zmotywować się, manipulować, rozmawiać, negocjować, zarządzać lub nie dać zarządzać sobą, jak nie dać się oszukać, jak oszukać, jak sprzedać itd. To książki, które pokazują inny sposób użycia wiedzy – do osiągania pewnych celów. Najczęściej pisane są przez mężczyzn i do nich kierowane.

Mężczyznom trudniej jest zajrzeć w siebie?
Powiem tak – jeżeli którąś z cech stereotypowo męskich lub kobiecych doprowadzimy do skrajności, to w obu przypadkach uzyskamy obraz zaburzenia klinicznego. Obraz kobiety, która jest zainteresowana wyłącznie autoeksploracją i nie jest w stanie funkcjonować na zewnątrz i realizować cele. Albo obraz mężczyzny socjopaty, z którym da się porozumiewać jak z automatem do kawy. Jeśli wrzucisz monetę, to dostajesz kawę i tyle. Ale najczęściej faktycznie dla mężczyzn bardziej liczy się to, żeby wziąć się w garść niż coś poczuć. Bo właśnie z tego są rozliczani.

Wyobraźmy sobie sytuację: mężczyzna jest oceniany przez kobietę jako atrakcyjny dlatego, że osiąga coś w życiu i jest sprawczy. Jednak w pewnym momencie partnerka odkrywa, że z tym mężczyzną nie można żyć, bo on nic tylko osiąga i osiąga. Kobieta czuje się sfrustrowana, chciałaby, żeby on się uwrażliwił. A on mówi: „ale jeśli stanę się bardziej wrażliwy, to nie będę już nic osiągał”. No i mamy paradoks, który próbuje się rozwiązać kompromisem, zwykle bez sukcesu.

Dlaczego się nie udaje?
Może się udać, ale częściowo. Z jakiegoś powodu psychoterapia poszła dzisiaj w stronę głębokiej autoeksploracji, dosłownie „badania tego, co czujesz w kontekście konkretnego uczucia, którego doświadczasz”. Zaczęła być domeną kobiet. Wystarczy stanąć przed jakąś uczelnią wyższą, żeby zobaczyć przewagę studentek psychologii albo popatrzeć na dowolną ofertę psychologiczną, w większości tworzoną przez terapeutki. A wśród klientek znajdziemy głównie kobiety.

W związku z tym, kiedy do gabinetu terapeutki trafia mężczyzna, celem terapii, oczywiście nie oficjalnym, tylko tym nieuświadamianym przez żadną ze stron, często jest to, żeby rozwinąć w nim żeńską stronę i spróbować otworzyć jego percepcję do wewnątrz. Z kolei proces leczenia kobiety przez terapeutę mężczyznę polega częściej na uświadomieniu jej sprawstwa, odpowiedzialności za to, co robi, i kierowaniu jej w stronę działania; mamy tu także próby uczynienia jej narracji bardziej racjonalną, rzeczową, możliwą do pojęcia przez mężczyznę. Terapeuta często jakby leczy kobietę z kobiecości, a terapeutka – mężczyznę z męskości. Oczywiście terapeuci starają się być świadomi tych odchyleń, ale to nie jest proste.

To, że mamy niewielu terapeutów, jest dla mężczyzn hamulcem, żeby zacząć terapię?
To jest hamulec dla jednej i drugiej strony. Terapeutki czasem obawiają się zetknąć z męskim punktem widzenia, dostrzegają, że ich punkt widzenia się wyczerpał, a problem nadal istnieje. Być może dlatego, że inaczej rozumieją zmianę. Dla kobiety terapeutki zmiana to coś, co przepracowałam, poczułam, skontaktowałam się z tą czy inną prawdą. Dla mężczyzny to znaczy: nauczyłem się, opanowałem pewną umiejętność, dokonałem czegoś, udało mi się.

Dlatego powstał coaching, który był typowo męskim pomysłem, po to, żeby skupić się na osiąganiu celów. Na przyszłości, a nie przeszłości. Czy też nurt terapii skoncentrowanej na rozwiązaniach, w której rozumiemy człowieka jako istotę  mającą pewne cele. A nie uczucia czy kompleksy związane z wyparciem. W zależności od tego, jak rozumiesz i widzisz człowieka, inaczej będziesz budować proces terapeutyczny.

Uważasz, że terapia dla mężczyzny prowadzona „do wewnątrz” albo ta prowadzona przez kobietę, są mniej skuteczne?
To nie tak, że to jest nieskuteczna terapia. Jednak mężczyzna będzie miał większe problemy i opór, żeby w to wejść. Faceci mają mniej rozbudowany świat emocji. Dlatego musimy mieć świadomość tego, że mężczyźni i kobiety jednak żyją w innym świecie, bo co innego decyduje o ich poczuciu godności i poczuciu wartości.

Jeśliby to do czegoś porównać, to mamy sport typu crossfit albo hatha jogę. Jaka jest różnica? Ten pierwszy jest skierowany na funkcjonalność zewnętrzną ciała i wynik, którym można się pochwalić: coś podniosłem, wygląd mojego ciała się zmienił. Natomiast w jodze wykonujemy ćwiczenia po to, żeby pełniej doświadczyć swojego ciała. Ilu mężczyzn trenuje crossfit, a ilu jogę?

Skoro więc mamy więcej terapeutek niż terapeutów, do tego zmienia się świat, mówię o czasie pandemii, w którym osiąganie i sięganie na zewnątrz jest ograniczone, plus kryzys męskości – jak to wszystko wpływa na mężczyznę?
Nadal wiadomo, co stanowi o wartości mężczyzny, to się nie zmieniło. Widzimy, jacy mężczyźni zajmują wyższą pozycję w hierarchii i którzy są preferowani przez kobiety. Mężczyzna nadal ma mieć skuteczność, wysoką pozycję, ma być konkretny i wzbudzać poczucie bezpieczeństwa, tylko nie może się do tego absolutnie przyznawać. Bo jeśli się z tym afiszuje, to automatycznie staje się prostakiem. Myślę, że nie ma kryzysu męskości. Jest tylko kryzys dyskursu publicznego. Nowa zasada jest taka, że kluczową umiejętnością męską i warunkiem skuteczności społecznej jest umiejętność zaprzeczania temu, że skuteczność i sprawczość są ważne. Jeśli mężczyzna potrafi temu sprawnie zaprzeczać, a jednocześnie jest skuteczny i sprawczy – osiągnie bardzo wiele. Jeśli jednak wypowie głośno, że sprawczość jest ceniona, jego postać stanie się synonimem porażki, ponieważ stanie się elementem pastiszu. Współczesny mężczyzna robi to, co robił, tylko tego głośno nie nazywa. O ile jest mądry. Ot, i cały kryzys.

Mówimy teraz o zmianach, o różnicy między mężczyznami a kobietami i o tym, w którą stronę to wszystko idzie, ale myślę, że ważniejsze jest to, czy ludzie w ogóle mogą się zmienić. Czy to się udaje?
My jednocześnie możemy i nie możemy się zmienić. Bo patrząc na to od strony genetyki, co psychologowie robią niechętnie, to na olbrzymią część naszych cech i osobowości nie mamy wpływu. Każdy człowiek, który miał dwójkę dzieci albo chociaż dwa koty, dostrzega te różnice. Jedna osoba jest wrażliwa, druga odważna, inna błyskotliwa, dłużej bądź krócej trzyma w sobie afekt, jedna jest wysoko-, a druga niskoreaktywna. Są osoby, które wszystko przyjmują do siebie, są też takie, po których wszystko spływa. Niektórzy szukają adrenaliny i skaczą ze spadochronem, inni nawet by nie wsiedli do tego samolotu, bo od samego patrzenia dostaliby zawału.

Tego w sobie nie zmienimy.
Dlatego, że to jest nasza cecha stała, która zawsze dojdzie do głosu. Weźmy taką sytuację: jadę samochodem, aż nagle z bocznej ulicy wyskakuje pies. Szybko naciskam hamulec, pies przebiega, no i jadę dalej. Teraz pytanie: jak długo będę miał w sobie to pobudzenie? To istotne, bo jeśli później pójdę do pracy, gdzie pokłócę się z szefem, to gdy wrócę do domu, przyniosę tę awanturę czy nie? To zależy od czasu zalegania afektu, jeśli go nie trzymam w sobie, to awantura skończy się w pracy i tam zostanie.

Ale jesteśmy w stanie nauczyć się, jak sobie z tym radzić. Co mężczyzna jest w stanie zmienić?
To prawda, niektórych rzeczy można się nauczyć. Można zmieniać własne postawy i przekonania. Generalnie przy wystarczająco dobrym środowisku rodzinnym rozwijamy swój naturalny potencjał genetyczny. Jeśli środowisko rozwojowe wywołało traumę, tego potencjału rozwijać nie możemy, to znaczy on działa tak czy siak, ale na naszą szkodę, zamiast na naszą korzyść i wtedy w terapii jesteśmy w stanie do tej złej przeszłości wrócić i spróbować to przerobić. W ten sposób powstaje zmiana postaw. Ten sam człowiek, a jednak trochę się zmienia.

W jakim stopniu jesteśmy w stanie się zmienić? W jednym procencie czy jednak więcej?
Załóżmy, że jestem człowiekiem, który ma wysoki próg pobudzenia, czyli szukam przygód. W dodatku jestem inteligentny, ale mam wysokie zaleganie afektu, czyli długo we mnie pozostają wzbudzone emocje. Do tego pochodzę z domu, w którym zawsze powtarzano mi, że jestem kretynem i nic w życiu nie osiągnę. W końcu trafiłem do zakładu karnego, w którym miałem fajnego terapeutę i usłyszałem: „Stary, przecież ty masz zdolności”. Nagle się okazało, że mężczyzna z tymi samymi cechami osobowości, tyle że zachęcony do działania, robi maturę, zaczyna czytać książki i kończy studia. Wchodzi w inny rozdział życia, wykorzystuje swoje cechy w konstruktywny sposób. O to chodzi w terapii.

A co z postanowieniami noworocznymi? Czego powinien sobie życzyć mężczyzna w 2021 roku, żeby żyło mu się lepiej?
Ja na ubiegły rok miałem zaplanowanych siedem różnych rejsów jachtem – głównie szkoleniowych – i jeden ciekawy projekt proekologiczny. Z tego wszystkiego odbyła się połowa i to nie w tym terminie, jaki był planowany. Mamy, jak nam się zdaje, doskonale dopracowane plany, a los robi z tym, co sam chce. Projekt eko upadł całkiem z powodu pandemii. Co będzie w 2021? Pusta kartka. Nikt nie wie. Warto się skonfrontować z tą stroną życia. Z tym, że nie możemy zaplanować wszystkiego, bo przyszłość jest nieznana.

A może te postanowienia powinny iść do wewnątrz, wtedy można coś zaplanować, np.: będę lepszym ojcem albo mężem…
Nie można zmieniać siebie drogą postanowień. To tak nie działa. To, co jest w nas naprawdę istotne, pozostaje poza zasięgiem świadomego decydowania o tym. Oczywiście pewne decyzje możesz podejmować, ale na pewno nie dotyczy to twojego życia wewnętrznego. Bo nie możesz powiedzieć, że będziesz pewne rzeczy czuła lub nagle w coś uwierzysz.

„Będę lepszym ojcem”– jest na tyle ogólnikowe, że każdy może zrozumieć to inaczej. Bo co, będę się więcej uśmiechał? Odrabiał z synem lekcje? Myślę, że do postanowień, które działają, musimy dojrzeć. Po prostu w pewnym momencie coś w nas się dopełnia i mówimy sobie: „kurcze, no muszę z nim te lekcje odrabiać, zależy mi na tym”.

Jaka zmiana w myśleniu, odczuwaniu i zachowaniu jest z twojej perspektywy najbardziej potrzebna  współczesnemu mężczyźnie?
Wysłałbym w prezencie każdemu mężczyźnie ojca. A jeśli nie, to chociaż dziadka czy wujka. Jakiś rodzaj ciągłości męskiej linii i opowieści o mężczyznach. I nie chodzi o to, żeby byli dla nas wzorami, ale żeby można było ich życie poddać pewnej refleksji i próbować wyciągnąć z nich tyle dobrego, ile się tylko da.

Paweł Droździak, psycholog, psychoterapeuta, mediator rodzinny. Prowadzi praktykę prywatną. Pracuje z osobami dorosłymi i parami. Współautor książek: „Zawsze bezpieczna” (2003), Blisko, nie za blisko” (2012).