1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Niksen - holenderska sztuka nierobienia niczego

Niksen - holenderska sztuka nierobienia niczego

 Polecamy:
Polecamy: "Niksen. Holenderska sztuka nierobienia niczego", Olga Mecking, wyd. Prószyński i S-ka
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Holenderskie słowo niksen to określenie na rozkoszne zbijanie bąków, które nie ma nic wspólnego z nieprzyjemną nudą. Natomiast niejedno je łączy z medytacją – mówi Olga Mecking, autorka książki na temat tego zjawiska.

Holenderskie słowo niksen to określenie na rozkoszne zbijanie bąków, które nie ma nic wspólnego z nieprzyjemną nudą. Natomiast niejedno je łączy z medytacją – mówi Olga Mecking, autorka książki na temat tego zjawiska.

Polecamy: 'Niksen. Holenderska sztuka nierobienia niczego', Olga Mecking, wyd. Prószyński i S-ka Polecamy: \"Niksen. Holenderska sztuka nierobienia niczego\", Olga Mecking, wyd. Prószyński i S-ka

Czy pani czasem się nudzi? Nigdy. I nie chodzi mi o to, że cały czas coś robię, ale gdy tylko przestaję wykonywać jakieś obowiązki domowe czy zawodowe, od razu włącza mi się myślenie i pojawia się wiele pomysłów, które normalnie nigdy nie przyszłyby mi do głowy. Dla mnie nuda nie jest niczym przyjemnym.

Dlaczego? Bo oznacza robienie czegoś, czego nie chcemy. To stan, gdy wolelibyśmy być gdzie indziej i robić coś innego.  Ja na przykład okropnie nudzę się, gdy muszę sprzątać. Myślę, że to uczucie jest tak nieprzyjemne, bo ma nas skłonić do wymyślenia, co naprawdę chcielibyśmy robić. Ale nuda to nie jest to samo co nicnierobienie.

No właśnie, jest pani autorką książki „Niksen. Holenderska sztuka nierobienia niczego”. Czym wobec tego jest nicnierobienie? Można nazwać to także chodzeniem z głową w chmurach, zbijaniem bąków, myśleniem o niebieskich migdałach. To przede wszystkim nicnierobienie bez powodu. „Bo tak” – jak mówią dzieci. Zgodnie z tą definicją na przykład oglądanie wiadomości w telewizji nie jest niksen, ale jeśli telewizor jest włączony, a my myślami jesteśmy gdzie indziej – to już jak najbardziej. Znam osoby, które są bardzo aktywne i tak organizują sobie czas, że zostaje go bardzo mało na nicnierobienie. Wówczas warto nastawić się na to, że jedną z codziennych aktywności robimy tylko dla przyjemności  – czyli biegam nie po to, żeby zrobić maraton, tylko dlatego, że to lubię, bo fajnie się wtedy czuję. To nie jest wprawdzie czyste niksen, ale zupełnie inaczej spędzamy czas, jeśli nie nastawiamy się na cel i na produktywność, tylko na własną przyjemność.

Nastawienie na cel jest tak silne, że trudno nam przychodzi całkowite nicnierobienie. Jednak takie nie do końca czyste niksen może być pierwszym krokiem do zmiany. Co jeszcze poza bieganiem dla przyjemności mogłaby pani polecić? Chodzi nie tyle o szukanie przyjemności, a o zrozumienie, że nie musimy być ciągle produktywni. Dobrym pomysłem może być także zmiana definicji produktywności na taką, która uwzględni przerwy związane na przykład z chorobą czy potrzebą wypoczynku. Problem w tym, że dziś wiążemy wartość człowieka właśnie z jego efektywnością i dobrze jest postrzegane, gdy mówimy: „musiałam dziś wysłać ze sto maili...”, natomiast wstydzimy się powiedzieć: „dzisiaj nie zrobiłam absolutnie nic”.

Na ile przykłada się do tego kultura, w której żyjemy? To bardzo istotny czynnik. W Holandii wprawdzie nikt nie mówi otwarcie, że lubi nie robić nic, ale też pracowanie po godzinach nie jest dobrze widziane.

Jednak po pracy wcale nie uwalniamy się od poczucia stresu. Żeby sobie z tym poradzić, coraz częściej uciekamy się do technologii typu aplikacja w telefonie, która przypomina nam o oddychaniu. Są ludzie, którym to pomaga, bo bez przypomnienia wypełniliby czas przeznaczony na odpoczynek sprzątaniem czy gotowaniem obiadu, a tak apka pilnuje, żeby wykorzystali wolny czas dla siebie. Jestem wielką zwolenniczką robienia tego, co nam ułatwia życie. Jeśli lubimy mieć wszystko poukładane i notować ważne rzeczy w kalendarzyku, to zapiszmy także przerwę  na nicnierobienie. Brak spontaniczności nie zmienia istoty nicnierobienia. Jednak można też niksenować spontanicznie. Kiedy jeżdżę tramwajem czy pociągiem, to zwykle czytam książkę, ale czasem zamiast tego mam ochotę powyglądać sobie przez okno i oglądać ludzi czy zmieniający się krajobraz. I robię to! To właśnie przykład niezaplanowanego niksen, podobnie jak czekanie na kogoś i nicnierobienie w tym czasie.

Czy niksenować można z kimś czy tylko samemu? Długo byłam przekonana, że jedynie samemu, ale potem dowiedziałam się, że pewna amerykańska psycholożka urządza imprezy, na które przychodzi się po to, by nic nie robić. Można pobawić się piaskiem kinetycznym czy poukładać Lego, ale nie ma reguł. Chodzi o to, by każdy robił, co chce, jednocześnie spędzając czas w grupie.

Czasem gdy czytam książkę i znajdę zdanie, które mi się podoba, odkładam lekturę i rozmyślam chwilę o tym, co przeczytałam, a czasem dzielę się tym z mężem. Ale też bywa tak, że dzieci coś robią, a ja podchodzę do nich, by je pogłaskać czy przytulić. Nie chcę, by przerwały to, co robią, czy zwróciły na mnie uwagę, chodzi tylko o bycie blisko.

Ale czy to jest już niksen czy po prostu sposób na spędzanie czasu wolnego? Dla mnie granica między tymi pojęciami jest płynna. Ale pewnie dlatego, że staram się mieć dużo wolnego czasu, czyli takiego, w którym nie muszę niczego upychać – mogę wtedy poczytać książke, ale też pospać sobie albo pogapić się przez okno. Nie wszyscy mają taką możliwość, bo ich przerwa ma tylko kilka minut. To za mało na medytację, ale wystarczająco na swobodne myślenie.

Medytacja przyczynia się do obniżenia stresu. Czy niksen też działa w ten sposób? Z mojej persektywy – matki trojga dzieci – największa różnica (i zarazem zaleta) polega właśnie na tym, że sesja niksen nie trwa tak długo jak medytacja, a też może ułatwić odestresowanie. Na przykład ja po krótkim czasie niksenowania czuję się bardziej kreatywna, przychodzą mi do głowy pomysły na artykuły. Do medytacji ludzie zwykle przygotowują się w jakiś sposób, wprowadzają w pewien stan umysłu, a niksen tego nie wymaga. Choć mam koleżankę, która mówi, że medytuje w kawiarni i opisuje to w sposób, który mnie bardziej pasuje do niksen. Może więc wcale nie ma tak wielkiej różnicy.

Olga Mecking, pisarka, dziennikarka, tłumaczka. Urodzona w Polsce, mieszka obecnie w Holandii. Pisze m.in. do „Guardiana”, „New York Magazine”.

Niksen dla zainteresowanych

  • Jeśli dojeżdżasz do pracy komunikacją publiczną – zamiast przeglądać Internet, pozwól sobie na nicnierobienie.
  • Po przyjeździe do pracy, zanim włączysz komputer, usiądź spokojnie na chwilę, żeby przejść z trybu domowego na biurowy.
  • Jeśli pracujesz w domu, nie zapominaj o regularnych przerwach i część z nich poświęć na bujanie w obłokach.
  • Przeorganizuj swoją przestrzeń tak, by znalazło się w niej miejsce na praktykę niksen – z czasem samo pomyślenie o kanapie czy spojrzenie na fotel będzie już dla organizmu sygnałem do relaksu.
  • Gdy przyłapiesz się na bezmyślnym przeglądaniu mediów społecznościowych, przerwij to i przez chwilę pogap się przez okno lub na pomieszczenie, w którym jesteś.
  • Przed snem zaparz sobie uspokajającą herbatkę ziołową i pijąc ją, pozwól myślom swobodnie dryfować.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Jak (nie) śpią Polacy. Covidowa bezsenność

Chcąc poprawić jakość naszego snu, a w konsekwencji życia, powinniśmy zacząć od wdrażania zasad jego higieny. (Fot. iStock)
Chcąc poprawić jakość naszego snu, a w konsekwencji życia, powinniśmy zacząć od wdrażania zasad jego higieny. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
19 marca obchodzony jest Światowy Dzień Snu. Ponad połowa Polaków ma problemy z nocną regeneracją. Pandemia nasiliła problem. A nieleczona bezsenność zwiększa ryzyko otyłości, lęku, depresji, chorób układu krążenia czy cukrzycy - mówi dr n. med. Małgorzata Fornal-Pawłowska.

19 marca obchodzony jest Światowy Dzień Snu. Ponad połowa Polaków ma problemy z nocną regeneracją. Pandemia nasiliła problem. A nieleczona bezsenność zwiększa ryzyko otyłości, lęku, depresji, chorób układu krążenia czy cukrzycy - mówi dr n. med. Małgorzata Fornal-Pawłowska.

Aż. 64 proc. dorosłych Polaków deklaruje, że ma problemy ze snem – wynika z badania opinii publicznej, zrealizowanego w styczniu tego roku przez SW Research dla terapiabezsennosci.pl. Co czwarta osoba z badanej grupy deklaruje, że jej problemy ze snem zaczęły się w ciągu ostatniego roku. Co znaczące, 25 proc. tej grupy stanowią ci, którzy problemy ze snem mają niemal codziennie. Uwagę zwraca również fakt, że częściej doświadczają ich kobiety niż mężczyźni. Leki są najpopularniejszą wśród Polaków metodą na radzenie sobie z problemami ze snem.

Zły sen Polaków

To naturalne, że gorszy sen jest reakcją naszego organizmu na ciągły stres, którego doświadczamy od ponad roku. Nie możemy jednak pozostawać obojętni wobec tego zjawiska, twierdząc, że tak musi być. Bagatelizowanie zaburzeń snu pociąga za sobą poważne konsekwencje, a złe samopoczucie po nieprzespanej nocy, pogorszenie nastroju, brak koncentracji, czy gorszaą jakość pracy, to tylko część długiej listy.  Na nie jednak najczęściej zwracamy uwagę, ponieważ doświadczamy ich na bieżąco. - mówi dr n. med. Małgorzata Fornal-Pawłowska. Tymczasem następstwa przewlekłych problemów ze snem mogą być poważniejsze, w postaci długotrwałych skutków zdrowotnych. Nieleczona bezsenność zwiększa ryzyko otyłości, lęku, depresji, chorób układu krążenia czy cukrzycy - dodaje. Potwierdzają to również wyniki przeprowadzonych badań. Pogorszenie samopoczucia, odczuwanie senności i zmęczenia w ciągu dnia, napięcie oraz towarzyszący mu niepokój, to trzy najczęściej wymieniane przez badanych objawy braku snu. Ale warto zwrócić uwagę na to, że respondenci często wskazywali również na ogólne pogorszenie się stanu zdrowia oraz problemy ze zdrowiem psychicznym. W przypadku tego ostatniego niepokojącym jest fakt, że jedną czwartą osób, w tej grupie stanowią te, które nie ukończyły jeszcze 25 roku życia dodaje Fornal-Pawłowska

Na problemy ze snem - leki, leki, leki…

A co, kiedy zaobserwujemy u siebie problemy ze snem? Wydawać by się mogło, że podobnie jak w przypadku innych przewlekłych dolegliwości, konsultujemy się z lekarzem. Przeczą temu jednak wyniki badań. Tylko co 10 osoba konsultowała się z lekarzem rodzinnym. Zdecydowana większość (31,3 proc.) nie robi nic, aby lepiej spać! Odpowiedzi zaś tych, którzy próbują sobie poradzić z problemem nie pozostawiają wątpliwości – najczęściej wybieranym sposobem są leki. 32,7 proc. badanych decydowało się na te pochodzenia roślinnego, a niemal co czwarty respondent wskazywał leki nasenne.

Kiedy zaczynamy odczuwać problemy ze snem uciekamy się do leków, przekonani o tym, że w krótkim czasie przyniosą one pożądany efekt. Jednak leki łagodzą skutki bezsenności, a jej przyczyna nadal pozostaje. Dlatego też chcąc poprawić jakość naszego snu, a w konsekwencji życia, powinniśmy zacząć od wdrażania zasad jego higieny. Zmiana naszych codziennych nawyków powinna być zawsze pierwszym krokiem – mówi dr n. med. Małgorzata Fornal-Pawłowska. Jeśli jednak mimo stosowania zasad higieny snu, nadal zmagamy się z bezsennością, powinniśmy skonsultować się ze specjalistą. Nie liczmy jednak na to, że dostaniemy od niego leki, które w trybie natychmiastowym rozwiążą nasze problemy. Bezsenności tak się nie leczy. Podstawową metodą jest terapia poznawczo – behawioralna dodaje ekspertka.

Zasady higieny snu

1. Utrzymuj regularne pory snu

2. Dbaj o aktywność fizyczną w ciągu dnia

3. Korzystaj ze światła w dzień, a ogranicz je przed snem

4. Zdrowo się odżywiaj się.

5. Ogranicz nikotynę, kofeinę oraz alkohol

5. Kontroluj drzemki w ciągu dnia

6. Zadbaj o odpowiednie warunki do snu

Czy grozi nam „koronasomnia”?

Według amerykańskiego Centrum ds. Kontroli i Zapobiegania Chorobom (CDC),  w latach poprzedzających pandemię bezsenność zwykle dotykała 10-14 procent dorosłych osób. Ale już dzisiaj eksperci przewidują, że ludzi zmagających się z problemami ze snem będzie przybywało, ponieważ człowiek zaprogramowany jest tak, żeby czuwać w obliczu niebezpieczeństwa. Potwierdza to badanie przeprowadzone w sierpniu 2020 r. na brytyjskim Uniwersytecie w Southampton. Wykazało ono, że liczba osób cierpiących na bezsenność wzrosła z jednej na sześć do jednej na cztery. Ofiarami covidowej bezsenności są głównie matki i osoby pracujące w tzw. "kluczowych" branżach, które na czas pandemii nie były zamrażane. Zjawisko medyczne, o którym mowa, ma już swoją nazwę – koronasomnia. To termin, zaproponowany po raz pierwszy przez Christinę Pierpaoli-Parker, psycholożkę specjalizującą się w behawioralnej medycynie snu na University of Alabama w Birmingham.

Przed pandemią problemy ze snem były trzecią co do częstości skargą zgłaszaną w gabinecie lekarza POZ. Na bezsenność chorowało ok. 10 proc. populacji, a 30 proc. doświadczało jej okresowo. W dobie pandemii istotnie wzrosło ryzyko zaburzeń snu, ponieważ nasiliły się czynniki je wyzwalające. Przyszło nam zmierzać się ze stresem w różnych wymiarach życia, a ten jest częstym wyzwalaczem gorszych nocy. Zmienił się również sam tryb naszego życia, a to również może przekładać się na problemy ze snem. Prowadzi to do jednego wniosku. Już dzisiaj osób, które źle śpią jest bardzo dużo, a będzie ich jeszcze więcej – mówi dr n. med. Michał Skalski.

  1. Materiał partnera

Podaruję Ci relaks i witalność. Wygraj walentynkowy pobyt w Studio Sante

 (Fot. Studio Sante Uzdrowisko Miejskie)
(Fot. Studio Sante Uzdrowisko Miejskie)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Miłość wyraża się przez czułość, wzajemną troskę i drobne gesty. Dbajmy o siebie - walentynki można mieć każdego dnia.

Od roku żyjemy w napięciu, a większość naszych życiowych przyjemności, takich jak: spotkania z przyjaciółmi, podróże, kino, teatr, chodzenie na fitness, zostało zawieszonych. Tym bardziej relaks powinien się stać ważnym elementem codzienności. Wypoczynek jest nam niezbędny do życia - jak oddech. Życie w napięciu sprawia, że rzadziej się uśmiechamy, częściej chorujemy i szybciej się starzejemy. Dlatego warto wziąć sprawy w swoje ręce i świadomie o siebie zadbać! Dziś trudniej myśleć o dalekich wyjazdach, ale nie trzeba pokonywać setek kilometrów, by z czułością potraktować swoje ciało, zrestartować głowę, odprężyć się. Wystarczy weekend, by poczuć lekkość, przypływ sił witalnych i energię do działania. Studio Sante Uzdrowisko Miejskie to miejsce, gdzie można całościowo zadbać o regenerację. To ekskluzywna przestrzeń terapeutyczno-wellnessowa, położona w Warszawie, stworzona przez firmę Sante. Holistyczne podejście do regeneracji, czyli odpowiednia dieta, aktywność fizyczna, i troska o sferę psychiczną (relaks, czas na przyjemności) daje najlepsze efekty. Kompleksowe ujęcie dbania o siebie i bliskich, zmienia jakość życia na lepszą. I podnosi odporność organizmu, co zwłaszcza w dobie pandemii ma znaczenie.

(Fot. Studio Sante Uzdrowisko Miejskie) (Fot. Studio Sante Uzdrowisko Miejskie)

Studio Sante - holistyczna regeneracja na wyciągnięcie ręki

Karta Podarunkowa do Studio Sante to doskonały pomysł na prezent dla bliskiej osoby, którą chcesz obdarować wszystkim, czego teraz potrzebuje - relaksem i czułością. A troska o siebie i ukochane osoby, wyrażona w drobnych gestach, wcale nie jest trudna. I co najważniejsze - dodaje sił witalnych. Można i warto się o tym przekonać.

2021/02/podaruje-ci-relaks-i-witalnosc-wygraj-walentynkowy-pobyt-w-studio-sante-02721-1902815-WALENTYNKOWA-PROMOCJA-DLA-DWOJGAkarta-1200x732px.png

W Studio Sante w komfortowych i bezpiecznych warunkach zregenerujesz ciało, wyciszysz umysł i osiągniesz stan głębokiego relaksu. To wyjątkowe SPA & Wellness, w którym wzmocnisz siły życiowe i poprawisz samopoczucie. Jeśli marzysz o rozluźniającym i rozpieszczającym zmysły zabiegu - idealny o tej porze roku będzie masaż balijski wykonywany przez Balijki. Rytuał ten pozwoli chociaż przez chwilę poczuć się jak na egzotycznych wakacjach.

(Fot. Studio Sante Uzdrowisko Miejskie) (Fot. Studio Sante Uzdrowisko Miejskie)

Walentynki to dobra okazja do zadbania o wasz związek. Jeśli ciągle nie masz pomysłu jak je spędzisz - podpowiadamy. Romantyczny wieczór walentynkowy w SPA Studio Sante to idealny pomysł na prezent dla zakochanych.

W miejskim uzdrowisku czeka na Ciebie wiele rytuałów, które możesz przeżyć z ukochanym - masaż Bora Bora, masaż balijski, kapsuła floatingowa, masaż jaśminowy. Przy wyborze kilku zabiegów rabaty nawet do -15%.  Sprawdź ofertę!

„Studio Sante może być nie tylko ważnym wsparciem dla naszej regeneracji, lecz także przypomnieniem, że regeneracja i doładowanie energetyczne są niezbędne do życia – nie wolno ich lekceważyć” - mówi Wojciech Eichelberger, znany psychoterapeuta, twórca Instytutu Psychoimmunologii. Ma to znaczenie zwłaszcza w trudnych pandemicznych czasach.

(Fot. Studio Sante Uzdrowisko Miejskie) (Fot. Studio Sante Uzdrowisko Miejskie)

Walentynki każdego dnia - miłość wyrażona w drobnych gestach

By zmienić swój świat na lepszy, wcale nie trzeba wiele. Miłość i poczucie bezpieczeństwa rodzi się z małych, drobnych rzeczy, działań, gestów. Mężczyzna, który masuje swojej ukochanej stopy i przynosi jej kwiaty, sprawia, że ona czuje się zaopiekowana. Kobieta, która dba, by jej mężczyzna codziennie rano zjadł na śniadanie zdrową owsiankę i zabrał do pracy zdrową przekąskę, daje mu najcenniejszą rzecz — troskę o jego zdrowie. Przepływ prostych, małych gestów i działań to właśnie miłość i wzajemne wsparcie.

Pomysł na zdrową słodkość od serca - wegańska panna cotta z chałwą 

(Fot. Sante) (Fot. Sante)

Składniki: 400 ml napoju roślinnego migdałowego Sante Organic 100 g chałwy wegańskiej 3 łyżki syropu z agawy 1/3 łyżeczki pasty waniliowej 1 płaska łyżeczka agaru Do podania: owoce, łyżeczka pokruszonej chałwy

Przygotowanie: napój roślinny z agarem zagotowujemy cały czas mieszkając. Odstawiamy do delikatnego ostudzenia i miksujemy z chałwą, pastą waniliową i syropem z agawy. Przelewamy do pojemniczków do panna cotty lub małych miseczek i studzimy w lodowce minimum godzinę, do stężenia. Miseczki przykładamy do talerzyków, obracamy. Posypujemy chałwą i przyozdabiamy owocami.

UWAGA KONKURS!

Weź udział w konkursie i wygraj kartę podarunkową do Studio Sante wraz z zestawem produktów Sante do przygotowania walentynkowej kolacji albo śniadania. Nagrodzimy 5 osób. 

Co trzeba zrobić?

1. Wyślij odpowiedź na pytanie „Jakie są Twoje sprawdzone sposoby na relaks w mieście?” na adres mailowy konkurs@zwierciadlo.plw treści maila wpisując nazwę "Sante konkurs”. 2. Na odpowiedzi (maksymalnie w pięciu zdaniach) czekamy w terminie od 10 do 20 lutego 2021 roku. 3. Biorąc udział w konkursie, akceptujesz REGULAMIN KONKURSU 4. Wygrane trafią do autorów najciekawszych odpowiedzi.

2021/02/podaruje-ci-relaks-i-witalnosc-wygraj-walentynkowy-pobyt-w-studio-sante-sante_uzdrowisko_red.png

 

  1. Styl Życia

Dlaczego powinniśmy pokochać spacerowanie?

– Tylko piesze wyprawy uwalniają nas w tym sensie, że pokazują, jak wiele rzeczy w istocie jest nam zbędnych – pisze Frédéric Gros w książce „Filozofia chodzenia”. (Fot. iStock)
– Tylko piesze wyprawy uwalniają nas w tym sensie, że pokazują, jak wiele rzeczy w istocie jest nam zbędnych – pisze Frédéric Gros w książce „Filozofia chodzenia”. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Dlatego że jest proste, przyjemne, naturalne. I potrzebujesz do niego tylko dwóch sprawnych nóg. – Dla tych, którzy chcą zwolnić, nie wymyślono nic lepszego niż chodzenie – twierdzi filozof Frédéric Gros. Ale korzyści jest znacznie więcej…

Wolność od trosk dnia codziennego

Wychodzisz z domu i idziesz. Po prostu. Bez konkretnego celu – choć możesz też urządzić sobie spacer do ulubionej kawiarni, wokół jeziora czy na szczyt pagórka. Najważniejsze jest to, że nie zabierasz na ten spacer pracy ani wkurzającego sąsiada, uciekasz myślami od wczorajszej kłótni z partnerem czy zepsutego kranu. Nigdzie się nie śpieszysz, z nikim się nie ścigasz, niczego nikomu nie udowadniasz. – Tylko piesze wyprawy uwalniają nas w tym sensie, że pokazują, jak wiele rzeczy w istocie jest nam zbędnych – pisze Frédéric Gros w książce „Filozofia chodzenia”. Liczy się tylko droga, ładna pogoda, widoki, które podziwiasz z każdym krokiem. To nauka prostych przyjemności. Spacerując, jesteś sobą, a jednocześnie nikim. Na chwilę przestajesz być prężną bizneswoman, matką, przyjaciółką, żoną czy zawsze dająca sobie radę najstarszą córką. Ty tylko idziesz przed siebie.

Wyciszenie umysłu

Ruch oczyszcza myśli i wypełnia umysł nową jakością, poczuciem harmonii i spójności. Często nosimy w sobie jakiś problem, który bezskutecznie omawiamy ze znajomymi, nie znajdując rozwiązania, a wystarczy półgodzinny spacer po parku, by rozwiązanie rozbłysło przed naszymi oczami niczym jasny neon. To dlatego, że nasza kreatywność lubi ciszę, ale właśnie taką ciszę jak podczas spaceru. Kiedy nie produkujemy nowych słów czy teorii, a nastawiamy się na odbiór. Cisza lasów czy parków jest specyficzna, z jednej strony bardzo głośna, wypełniona odgłosami natury, z drugiej – odświeżająca, bo wolna od hałasu dnia codziennego. W tej ciszy pojawiają się odpowiedzi, ale i pytania, których w biegu nie jesteśmy w stanie usłyszeć. Nie bez powodu Sokrates tak uwielbiał pytać i spacerować jednocześnie.

Przebywanie na świeżym powietrzu

Kontakt z naturą jest potrzebny wszystkim ludziom, a zwłaszcza współczesnym mieszczuchom, przebywającym godzinami w klimatyzowanych lub ogrzewanych pomieszczeniach, przemieszczających się do i z pracy samochodami, metrem czy tramwajem. Dlatego spacer – zwłaszcza ten w otoczeniu zieleni, wody i przestrzeni – jest jak przewietrzenie pokoju: to, co dusiło i nie pozwalało odetchnąć, ulatuje gdzieś w dal i wypełniamy się nową energią. Choć spacer też nas przemieszcza, to nie pokonany dystans ma w jego wypadku największe znaczenie, lecz sama decyzja, by wyjść na dwór. W dzieciństwie po prostu to robiliśmy – wychodziliśmy na dwór, teraz, jeśli wychodzimy z domu, to zwykle dlatego, że musimy gdzieś się dostać, z kimś spotkać, zrobić coś innego. Tymczasem spacer jest właśnie tym pierwotnym wyjściem na dwór dla samego wyjścia i odetchnięcia świeżym powietrzem.

Zwolnienie tempa życia

– W chodzeniu prawdziwym świadectwem pewności siebie jest powolność – twierdzi Gros. Nie chodzi oczywiście o to, by snuć się bez energii, ale by wędrować w swoim rytmie, nie śpiesząc się, nie bijąc żadnych rekordów, a raczej dostosowując się do rytmu otaczającej nas przyrody. To najprostsza praktyka mindfulness, czyli umiejętności skupienia się na chwili. Gdy idziesz w swoim tempie, minuta ma dokładnie tyle sekund, co powinna mieć, twój umysł się oczyszcza, ciało nabiera werwy, mięśnie się rozluźniają, wzrok odpoczywa. Odbierasz świat wszystkimi zmysłami – słyszysz nawołujące się dzieci, śpiew ptaków, szelest liści, czujesz powiew wiatru, solidność ziemi pod nogami, widzisz piękno otaczającego cię świata. – Wędrówka pozwala nam odnaleźć czyste doznanie bycia, odkryć na nowo prostą radość istnienia, którą cieszyliśmy się w dzieciństwie – pisze Frédéric Gros.

Poczucie jedności ze sobą i światem

Nawet jeśli spacerujesz w pojedynkę, to nigdy samotnie. Jest z tobą wszystko to, co świat ma ci do zaoferowania. Błękitne niebo, zielona trawa, strzeliste pagórki, ptaki, kwiaty, nawet deszcz. Wszystko to coś do nas mówi i domaga się uwagi. Jak pisze Gros, kto czułby się samotny, kiedy ma na własność cały świat?! Czasem pojawia się w nas nawet czysto fizyczna potrzeba odwiedzenia ulubionych, „naszych” zakątków, nasycenia się znów tymi samymi widokami, sprawdzenia, co zmieniło się w tak znanej okolicy. Spacerując, nie jesteśmy nigdy sami, bo jest z nami też nasze ciało. Mówią o tym wszyscy zapaleni piechurzy, że umysł staje się wtedy świadkiem ciała. Aktywnym i czujnym. Podąża za jego rytmem i jest dumny z tego, jak sobie radzi.

Energia i dobre samopoczucie

Idąc, odczuwamy energię swojego ciała, energię płynącą z ziemi, ale też z naszego miarowo uderzającego serca. Energią wypełniają nas też krajobrazy, dźwięki i wonie, które czujemy podczas wędrówki. – W chodzeniu odnajdujemy momenty czystej przyjemności, uwarunkowanej tym, co spotykamy na swej drodze – pisze Frédéric Gros. – Gdy chodzimy, czujemy również radość, rozumianą tutaj jako uczucie związane z działaniem. Piechur doświadcza jeszcze uczucia, które można by nazwać „szczęściem” – dodaje filozof. Jeśli dołączymy do tego zestawu także poczucie dojmującego spokoju, relaksu i pełni – mamy idealny przepis na dobre samopoczucie.

Większa kreatywność

Podczas spacerów powstała niejedna książka i niejedna koncepcja filozoficzna. Dla filozofa Fryderyka Nietzschego chodzenie było wręcz warunkiem tworzenia. Nie tylko pozwalało odpocząć ciału całymi dniami zgiętemu wpół przy biurku, ale było istotnym składnikiem jego dzieł. Nietzsche chodząc, myślał i pisał. Podobnie i my podczas wędrówki możemy wpaść na doskonały pomysł, wymyślić zgrabny wiersz, ułożyć plan raportu, jaki mamy oddać pod koniec dnia, czy zaplanować letni wypoczynek. I możemy być pewni, że we wszystkim tym będzie radość, świeżość i prostota – bo taki właśnie jest nasz umysł po solidnej dawce spaceru.

Kontakt z Absolutem

Tradycja pielgrzymowania to jedna z podwalin naszego chrześcijańskiego świata. Pielgrzymuje się po to, by dać świadectwo wiary, by odkupić winy, wybłagać coś u Boga, ale też podziękować za łaskę – jakąś konkretną albo ogólnie – łaskę życia. Pielgrzymka to metafora ludzkiego życia. Nie wiesz, jaki jest jej cel, po drodze wiele rzeczy i osób witasz, by chwilę potem je pożegnać, doświadczasz trudów i znoju wędrówki, ale i zachwytu nad jasnymi porankami i ciepłymi wieczorami. Poprzez kontakt z naturą, ale i z samym sobą, jesteś w stanie dotknąć Absolutu, czymkolwiek on dla ciebie jest, odebrać siebie i świat na bardzo duchowym poziomie, na którym nic nie ma swojej przyczyny i skutku, bo jest jednością.

Dłuższe i zdrowsze życie

Jesteśmy stworzeni do tego, by być w ruchu, a chodzenie to najbardziej naturalna i dostępna nam wszystkim forma ruchu. A do tego bardzo zdrowa. Jak podają naukowcy, 40-minutowy spacer trzy razy w tygodniu zwiększa objętość hipokampu, czyli obszaru w mózgu związanego z pamięcią. Na dodatek w wyniku badań nad mieszkańcami tzw. niebieskich stref, czyli rejonów świata, w których mieszka najwięcej stulatków, okazało się, że jednym z warunków długowieczności jest umiarkowany i regularny wysiłek fizyczny, taki jak kopanie ogródka czy właśnie spacer. Kris Verburgh, lekarz i naukowiec zajmujący się tematyką starzenia się, w swojej książce „Klepsydra żywienia” pisze: „Marsz to jedna z najzdrowszych form ruchu, jaką sobie można wyobrazić. Za jego korzystnym wpływem na ludzki organizm przemawiają stulecia historii”.

Silne i gibkie ciało

Prosty kręgosłup, zdrowe stawy, silne nogi, energiczne ruchy – nie sposób przecenić czysto fizycznych korzyści, jakie płyną ze spacerowania. Nietzsche wędrówkami leczył się z dokuczających mu migren, lekki marsz przynosi ulgę osobom zmagającym się z depresją, ta forma ruchu jest też idealna w stanach osłabienia organizmu po chorobie czy kontuzjach. A na dodatek wzmaga apetyt na dobre jedzenie i… życie.

  1. Styl Życia

Sesja z gongami i misami tybetańskimi – dobry sposób na relaks

Jedna z teorii mówi, że odgłosy mis i gongów wprowadzają fale mózgu w stan alfa, a nawet theta, które naturalnie pojawiają się na moment przed zaśnięciem i w sytuacjach tzw. świadomego śnienia. (Fot. iStock)
Jedna z teorii mówi, że odgłosy mis i gongów wprowadzają fale mózgu w stan alfa, a nawet theta, które naturalnie pojawiają się na moment przed zaśnięciem i w sytuacjach tzw. świadomego śnienia. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Muzyka łagodzi obyczaje. Ale też emocje tak silne, że uniemożliwiają odpoczynek... Czy sesja z gongami tybetańskimi to dobry sposób na seans relaksacji – sprawdziła dziennikarka Marta Urbaniak. 

Wśród moich bliskich koncerty gongów i mis tybetańskich zyskują na popularności. Nic dziwnego – czasy mamy niepewne, a sesje muzykoterapii należą do najbardziej znanych sposobów na relaks całego ciała.

Terapia dźwiękiem, podobnie jak ziołolecznictwo, znana jest w wielu rejonach świata i sięga tysięcy lat. Australijscy Aborygeni leczyli instrumentem zwanym didgeridoo. W medycynie chińskiej stosuje się kamertony, w hinduskiej – śpiewa mantry, a szamani wchodzą w transowe doznania dzięki rytmicznym uderzeniom bębnów. Tradycja koncertów mis i gongów w Nepalu i Tybecie ma już ponad trzy tysiące lat. Przeczytałam, że tybetański gong ma najsilniejsze wibracje spośród wszystkich instrumentów znanych ludzkości, a przez to najmocniej rezonuje z naszym ciałem. Natomiast misy, ręcznie wykute ze stopu 12 metali, wydają dźwięki o wszystkich częstotliwościach, których potrzebujemy. Co ciekawe, większe znaczenie dla naszego dobrostanu ma nie melodia, a rytm. To on sprawia, że koncerty gongów i mis tybetańskich dają niezwykłe wrażenie otulenia, które prowadzi do poczucia absolutnego relaksu. Tak silnie oddziałują na ciało i umysł, że nazywa się je wręcz kąpielami w gongach. Postanowiłam sprawdzić, jak taka kąpiel zadziała na mnie.

Mój eksperyment

W listopadzie, jak często wtedy się zdarza, czułam się zmęczona i przygnębiona. Do tego doszedł lęk spowodowany pandemią i sytuacją kobiet w Polsce, który sprawiał, że od dłuższego czasu nie przesypiałam w spokoju całej nocy. Gdy jednak weszłam do studia Akademia Sound Therapy na warszawskim Żoliborzu, od razu poczułam się bezpiecznie. Światło było przygaszone, pachniało kadzidłem, a z głośników sączyła się łagodna muzyka.

W centralnym punkcie sali stały instrumenty, rozpoznałam wśród nich imponujący tybetański gong oraz misy. Rozłożyłam własną matę do jogi i otuliłam się kocem (również własnym, w końcu trwa pandemia). Dźwięki niosły się pojedynczo i nie tworzyły linii melodycznej. Każdy wybrzmiewał powoli i w końcu przechodził w ciszę. Leżałam z zamkniętymi oczami, czekając na śmiałe wizje albo stan zen. Ale nie nadchodziły, zamiast tego jedna myśl goniła drugą. Zaskakujące dźwięki kolejnych instrumentów za każdym razem sprowadzały mnie jednak do tu i teraz. Stopniowo uspokajałam się, gonitwa myśli mijała, a ja zaczęłam zwracać uwagę na doznania z ciała. Każdy instrument wybrzmiewał przez kilkanaście sekund i mogłam go nie tylko usłyszeć, ale i poczuć. Misy mają niską tonację, a prowadząca, Beata Aussenberg, dyplomowana masażystka dźwiękiem, chodziła z nimi po całej sali. Gdy uderzała w nie, stojąc blisko mnie, miałam gęsią skórkę.

Najmocniej odebrałam głęboki dźwięk tybetańskiego gongu, czułam, jakbym unosiła się w przestrzeni, a nie leżała na podłodze. Po chwili dźwięk rozpłynął się, ustępując łagodnemu dzwoneczkowi, który brzmiał słodko i kojąco. A potem w całej sali rozniósł się odgłos kropel deszczu uderzających o drewniany dach, zupełnie jak podczas czerwcowej ulewy. Moje myśli płynęły teraz bardzo wolno, zaś przed oczami pojawiały się obrazy. Pozwalałam im się zmieniać, jakbym powoli obracała kalejdoskop. Na moment znalazłam się w innej czasoprzestrzeni, skąd wróciłam na odgłos gongu, tym razem cichszy i spokojniejszy.

Gdy otworzyłam oczy, czułam się odprężona i wypoczęta. W ciele czułam błogość, jakby ktoś mnie długo przytulał. To trwało przez cały wieczór, a w nocy spałam głęboko i miałam barwne sny. Nie wybudziłam się nawet o piątej nad ranem, co ostatnio notorycznie mi się zdarzało. Zmęczenie, z którym borykałam się od dłuższego czasu, minęło, przez kilka dni miałam więcej energii, lepszą koncentrację i wszystko mi się chciało.

Gdy opowiedziałam o swoich wrażeniach Beacie, nie była zdziwiona. Jak mi wytłumaczyła, każdy z nas ma swój niepowtarzalny kod dźwiękowy i dzięki regularnym koncertom gongów jesteśmy w stanie go zharmonizować. A to wpływa na całe życie: jakość naszych relacji i sfery zawodowej, zdrowie, poczucie sprawczości i bycia w zgodzie ze sobą.

Uzdrawiające fale

Według fizyki dźwięk to fala. Tym samym jest ona odbierana nie tylko przez zmysł słuchu, ale też dotyku. Współcześni naukowcy zbadali jej wpływ na organizm człowieka już w ponad 400 badaniach. – Według kultury Wschodu człowiek powstał z dźwięku, a więc jest dźwiękiem – mówi ekspertka.

Jedna z teorii mówi o tym, że dźwięki mis i gongów synchronizując działanie obydwu półkul mózgu, wprowadzają fale mózgowe w stan alfa, a nawet theta, które naturalnie pojawiają się na moment przed zaśnięciem i w sytuacjach tzw. świadomego śnienia. To stan głębokiego relaksu, ale jednocześnie wyostrzonej świadomości, o czym wie każdy, kto w łóżku wpada na najlepsze pomysły i dlatego zawsze trzyma przy nim notes. Często się więc zdarza, że taki terapeutyczny koncert przynosi uczestnikom rozwiązanie trapiących ich problemów albo niezwykłe olśnienie.

Bywa też, że wracają wspomnienia. – Pamiętam uczestniczkę, która przeniosła się za którymś razem do miejsca z dzieciństwa, o którym dawno zapomniała. Nie tylko widziała je oczami wyobraźni, ale czuła też związane z tym miejscem zapachy. Za każdym razem jest niesamowicie poruszona, w jaki sposób dźwięki potrafią obudzić to, co w nas uśpione – opowiada Beata Aussenberg.

Badanie opublikowane w „Journal of Evidence-Based Integrative Medicine” wykazało, że już godzinna sesja gongów pomaga zredukować napięcie, niepokój, zmęczenie, a nawet depresję, pozostawiając uczestników ze zwiększonym poczuciem duchowego dobrostanu. Niskie tony dźwięków ułatwiają wejście w stan zbliżony do medytacji, pomagając ukoić stres i potęgując wewnętrzny spokój. Pozwalają też zatrzymać gonitwę myśli, co jest wspaniałym odpoczynkiem dla głowy.

Koncerty gongów mogą również otworzyć emocjonalnie − w trakcie sesji często pojawiają się łzy smutku lub złości. Jak tłumaczy masażystka, warto odpuścić kontrolę i pozwolić sobie je przeżyć, a wtedy będzie to dla nas prawdziwie uwalniające i oczyszczające doznanie. Czasem czujemy, że coś się z nami dzieje, ale nie potrafimy tego nazwać. Po terapeutycznej kąpieli w dźwiękach dochodzimy do sedna swoich problemów i możemy się od nich wyzwolić.

Pozytywne wibracje

Naukowcy sugerują, że terapeutyczne działanie dźwięków spowodowane jest wibracjami, w które wprawiają one komórki naszego ciała (mamy ich w końcu aż cztery biliony!). To dla nich nie tylko fantastyczny masaż, ale też możliwość, by uwolnić toksyny. Wszystko po to, żeby zainicjować w ciele proces samouzdrawiania.

– Koncert może wręcz wywołać chwilowy ból w organie, który wymaga leczenia. Sama, gdy gram, często czuję kolano, które niedawno operowałam. Po koncercie ból mija – przyznaje masażystka. – Zwłaszcza dźwięki mis tybetańskich pomagają uwolnić napięcia mięśniowe w ciele (i z tego powodu czasem wykonuje się nimi masaże, przykładając rozwibrowaną misę do spiętego miejsca). Wielokrotnie słyszałam, jak po koncercie komuś odpuściła blokada w barku czy ból pleców – dodaje.

Dźwięki gongów przynoszą ukojenie pacjentom hospicjów i domów opieki społecznej. Mówi się o ich obiecującym wpływie na spowalnianie choroby Alzheimera oraz demencji. Sprawdzają się też w przygotowaniach do porodu i w jego trakcie. Łagodzą ból menstruacyjny. Obniżają ciśnienie krwi, poprawiają krążenie. Z dobroczynnego działania dźwięków mogą korzystać nawet dzieci.

Istnieją też oczywiście przeciwwskazania do kąpieli w gongach. To wszelkiego rodzaju urządzenia elektroniczne wszczepione w ciało, przede wszystkim rozruszniki serca, ale też np. aparaty słuchowe. Ostrożność powinny zachować osoby leczące się neurologicznie, bo dźwięki mogą wywołać u nich niespodziewaną reakcję organizmu, jak również kobiety w pierwszym trymestrze ciąży. Wszystkim pozostałym terapia dźwiękami przynieść może same korzyści.

Warto jedynie pamiętać o tym, by przed koncertem i zaraz po nim pić dużo wody, z której w końcu głównie składa się nasz organizm. Oczywiście to wszystko nie przychodzi po jednej sesji, ale z czasem. To naturalne, że na początku ciężko opanować natłok myśli, a zamiast medytować układamy w głowie listę rzeczy do zrobienia. Jednak z sesji na sesję coraz łatwiej osiągnąć stan odprężenia. Jak zapewnia Beata Aussenberg, im częściej będziemy kąpali się w dźwiękach, tym głębsze staną się nasze doznania.

  1. Styl Życia

Czas wolny jest równie ważny jak oddech. Jak efektywnie odpoczywać?

Ponieważ każdego odpręża co innego, warto poszukać najlepszej dla siebie metody na wchodzenie w stan relaksu i regeneracji. (Fot. iStock)
Ponieważ każdego odpręża co innego, warto poszukać najlepszej dla siebie metody na wchodzenie w stan relaksu i regeneracji. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Odpoczynek jest równie ważny jak oddech, najlepiej zatem, by był naturalny i głęboki. A przede wszystkim lepiej go nie wstrzymywać za długo! Ponieważ jednak każdego odpręża co innego, warto poszukać najlepszej dla siebie metody na wchodzenie w stan relaksu i regeneracji.

Co z tego, że słuchamy webinarów o równowadze między karierą i czasem po godzinach, a stosik z książkami o zdrowym stylu życia staje się coraz większy...  Jesteśmy wyczerpani tempem, w jakim świat goni naprzód i w jakim my próbujemy za nim nadążyć. Nie mamy czasu na spokojne zjedzenie posiłku, spotkanie ze znajomymi ani nawet na wystarczająco długi sen. Liczymy, że jeśli dobrze pójdzie, w weekend uda nam się odpocząć, a jeśli nie w ten, to w następny albo w wakacje, w najgorszym wypadku – na emeryturze.

– Co u ciebie? – A wiesz, zalatany jestem. – To tak jak u mnie, pracuję po 12 godzin na dobę, wieczorami padam ze zmęczenia i na nic nie mam czasu…

Znajomy dialog? Ile razy zastanawiałeś się, czy dość pracujesz? Albo czy do rzeczy, które masz na głowie, nie wypadałoby (zgodnie z najnowszymi standardami „zajętości”) dołożyć jeszcze czegoś? Czy twój elektroniczny kalendarz nie ma aby za dużo pustych miejsc, bo kiedy tak dokładnie mu się przyjrzeć, to na przykład w poniedziałki coś by się jeszcze zmieściło, w końcu dziś nikt nigdy nie jest „po pracy”, bo nawet w łóżku, tuż przed snem, wypada zajrzeć do służbowej skrzynki mailowej.

Długie życie nawyków

Niespełna rok temu ten rozszalały świat się zatrzymał, tak po prostu, z dnia na dzień. Zostaliśmy zamknięci w domu, odizolowani od znajomych z pracy, a zwłaszcza najstarszych – członków rodziny. Pozbawieni możliwości egzotycznych wyjazdów, uprawiania sportów, chodzenia do kin i teatrów. Zmuszeni do izolacji, do wychodzenia z domu tylko w razie konieczności. Niektórzy odetchnęli z ulgą: wreszcie sobie odsapnę, wreszcie będę mieć czas na zaległą lekturę, domowe porządki, remont na strychu… I tu pojawił się dylemat, bo czy w obliczu tego, co dotknęło cały glob można mówić o odpoczynku?

Pierwotny lęk o zdrowie i życie uaktywnił silny stres, pozbawiając nas  poczucia bezpieczeństwa i zaburzając umiejętność relaksu i odprężenia. Ponadto praca w domu, kontakty służbowe i towarzyskie prawie wyłącznie online, czyli konieczność ciągłego przebywania w wirtualnym świecie – bezpowrotnie zmieniły sens procesu odpoczynku. Co dziś jest pracą, a co czasem wolnym? Czy to, że mogę pracować we własnym łóżku, w piżamie, czasami bez włączonej kamery, podgryzając śniadanie, a jeśli znudzi mi się spotkanie z szefem, to mogę podejrzeć, co słychać na Facebooku – to jest praca czy relaks? A kiedy wyloguję się z firmowej sieci i siedząc w tej samej pozycji i przed tym samym monitorem komputera, odpalę Netfliksa – to jestem nadal w pracy czy już się relaksuję?

Wiosną, po pierwszym rzucie pandemii rzeczywiście sporo z nas poddało się procesowi zwolnienia tempa, zwłaszcza że wiele atrakcji do tej pory niedostępnych (bo za daleko, bo korki, zmęczenie po pracy i tak dalej) zyskało formę online. Przez chwilę na topie były wirtualne lekcje jogi, medytacji, fitnessu czy tematyczne webinary, ale powoli wszystko wraca do normy. Z analizy opublikowanej w połowie października na łamach „Gazety Wyborczej” wynika, że zwyczaje Polaków, którzy do tej pory dzielili swoją dobę na sen i pracę albo naukę, pomimo pandemii, niewiele się zmieniły. Zmuszeni restrykcjami zrezygnowaliśmy ze spotkań na mieście, dalekich podróży, a czasowo także z uprawiania sportu. Przerzuciliśmy się na oglądanie, słuchanie, czytanie i ewentualnie spacery. Jednak większość z nas żyje „po staremu”, czyli – świat się zatrzymał, a my dalej biegniemy jak te chomiki w kołowrotku.

Dlaczego tak się dzieje? Otóż co najmniej z trzech powodów, o których poniżej.

Kolekcjonerzy zmęczenia

Po pierwsze: nie umiemy odpoczywać. Przede wszystkim dlatego, że nie potrafimy zwolnić tempa i to – jak pokazuje pandemia – nie dlatego że świat goni, ale dlatego że to my sami biegniemy na oślep coraz szybciej.

Po drugie: definicja odpoczynku nie jest wcale taka oczywista. Czy wyjście z psem ma spacer jest już odpoczynkiem, czy jeszcze obowiązkiem? Pewnie zależy kiedy. A przerwa w pracy: na lunch, na kawę albo na prywatne ploteczki – to odpoczynek czy raczej przerywnik, zwłaszcza że przerwa obiadowa często oznacza dłuższy pobyt w pracy, a jedząc czy plotkując, i tak ciągle jesteśmy myślami przy obowiązkach zawodowych.

Choć naturalny rytm życia to przeplatające się cykle: aktywność – odpoczynek (mózg jest w stanie mobilizować się przez 50 min, po czym nasza koncentracja zaczyna spadać), to kulturowo wykształciło się w nas przekonanie czy nawyk, że odpoczywamy dopiero po pracy, a przerwy w trakcie to nie odpoczynek. Nieumiejętność płynnego przestawiania się z aktywności na relaks to także efekt przewlekłego stresu i ciągłego stanu pobudzenia układu nerwowego. Żyć zgodnie z rytmem: aktywność – odpoczynek potrafią jedynie ludzie sukcesu, którzy mają zdolność jednominutowego wyłączania się albo dziesięciominutowych drzemek i, przede wszystkim, nie angażują uwagi we wszystkie przypadkowe myśli.

Wszyscy badacze zgodnie twierdzą, że odpoczynek jest trudniejszy do zdefiniowania, niż można by się spodziewać. Na przykład sen nie jest uznawany za odpoczynek, a za zaspokojenie potrzeby fizjologicznej. Nie ma również jednoznacznej odpowiedzi, czy odpoczynek odnosi się do wypoczętego umysłu, czy wypoczętego ciała. Niektórzy ludzie twierdzą, że ich umysł nie może się zrelaksować, dopóki ciało nie będzie w pełni wypoczęte. Inni mają odwrotnie: dopiero zmęczenie ciała poprzez energiczne ćwiczenia pozwala umysłowi odpocząć.

I wreszcie, po trzecie, nie dajemy sobie prawa do odpoczynku i często sami siebie poganiamy. Przodują  w tym niestety kobiety, przekonane, że ich uczucia, pragnienia i potrzeby są mniej ważne niż to, co się dzieje na zewnątrz: osiągnięcia, relacje, sprawy zawodowe. W efekcie kolekcjonujemy drobne zmęczenia jak puste opakowania po prezentach (bo mogą jeszcze się przydać) i w końcu poważnie się przeciążamy. I tylko nie bardzo rozumiemy, dlaczego przydarza się nam problem zdrowotny czy bunt ciała...

We współczesnym świecie mamy dużo (może za dużo?) kuszących propozycji i chcemy z tego wszystkiego skorzystać. W rezultacie nie mamy czasu, żeby całą tę wiedzę zintegrować.

Spaceruj i czytaj

Claudia Hammond, badaczka relaksu i autorka niewydanej po polsku książki „The Art of Rest: How to Find Respite in the Modern Age” (na której ślad trafiłam dzięki artykułowi Pauliny Wilk ,,Wyższa szkoła wypoczynku”, kiedy robiłam research do tego tekstu) przekonuje, że w dzisiejszym świecie odpoczynek jest sztuką, której trzeba się po prostu nauczyć. Z badań przywoływanych przez Hammond jasno wynika, że odpoczynek, który utożsamiany jest z odprężeniem, to stan ciała i umysłu, który każdy z nas osiąga na swój sposób. Oczywiście pod warunkiem, że w ogóle umiemy rozpoznać, w jakich okoliczności taki stan osiągamy.

Zespół badaczy (wśród których była Claudia Hammond) zadał ludziom z 134 krajów pytanie: ,,Jaka czynność daje ci najlepszy odpoczynek?”.  Jak się okazało, popularny mindfulness nie znalazł się w pierwszej dziesiątce wskazań (wiele osób szybko się zniechęca, nie potrafi skutecznie się odprężyć zarówno fizycznie, jak i psychicznie). Z medytacją uważności wygrało m.in. oglądanie telewizji (pozwala zaangażować się w życie innych osób, zapewniając ucieczkę od osobistych problemów i ulgę, że inni mają gorzej od nas) oraz leniuchowanie w bąbelkach – czyli gorąca kąpiel. Na podium znalazło się przebywanie w samotności (trzecie miejsce) – już minimalna dawka odosobnienia daje odpoczynek od narażania się na ocenianie; kontakt z naturą (drugie miejsce) i czytanie – zwycięzca rankingu. To pierwsze miejsce wcale nie  jest takie oczywiste, bo przecież wymaga dużego wysiłku poznawczego.  Jednak podczas czytania nasz mózg nie jest w stanie ani spoczynku, ani pełnej koncentracji – i być może jest to właśnie ten stan spokojnej mobilizacji, który nam służy. I tu zbliżamy się, choć minimalnie, do sedna definicji odpoczynku, a mianowicie: nie jest on równoznaczny z biernością.

Nie odkładaj na jutro

Pomysłów na efektywny odpoczynek mamy pod dostatkiem. Nie wiadomo, które z nich okażą się najskuteczniejsze, kiedy nasz świat obudzi się po pandemii. Tak naprawdę problem polega na tym, że przestaliśmy rozpoznawać stan zmęczenia. Najbardziej wytrwali unikacze odpoczynku, którzy potrafią funkcjonować nawet 10 lat bez urlopu, po prostu nie czują zmęczenia (prawdopodobnie ogólnie niewiele czują). A prawda jest taka, że nie poczujemy zmęczenia, dopóki nie wyjdziemy z głowy i nie posłuchamy, co słychać w naszym ciele. Czy i gdzie właściwie odczuwamy zmęczenie

Okazało się, że ważnym testerem zmęczenia jest kość krzyżowa. To w tym miejscu – płaskim odcinku pomiędzy kręgiem lędźwiowym a kością ogonową – zwykle odczuwamy ciężar. I to nie tylko wtedy, kiedy zbyt długo siedzimy, ale także kiedy zbyt dużo myślimy. Kość krzyżowa powiązana jest z odpoczynkiem i regeneracją (to tu zaczynają się nerwy układu przywspółczulnego). Jak rozluźnić to miejsce? Najpierw trzeba poczuć, co tam się dzieje. Opisać to doznanie jak najdokładniej: ciężko/lekko, zimno/ciepło, nieruchomo/drżąco. Następnie poczuć, czego nasza kość krzyżowa potrzebuje. Może położenia się na kanapie na wznak, z ugiętymi nogami, a może na boku z poduszką pomiędzy kolanami albo na podłodze z łydkami opartymi o łóżko? Mamy jeszcze do wyboru kołysanie miednicą, np. na piłce lekarskiej,  albo taniec.

Koniecznie zauważajmy moment, kiedy przekraczamy granice swojego zmęczenia. I raz na zawsze pożegnajmy się z hasłem „Jestem zmęczony, ale mam jeszcze coś do zrobienia, więc odpocznę sobie jutro”.