1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Niksen - holenderska sztuka nierobienia niczego

Niksen - holenderska sztuka nierobienia niczego

Holenderskie słowo niksen to określenie na rozkoszne zbijanie bąków, które nie ma nic wspólnego z nieprzyjemną nudą. Natomiast niejedno je łączy z medytacją. (Fot. iStock)
Holenderskie słowo niksen to określenie na rozkoszne zbijanie bąków, które nie ma nic wspólnego z nieprzyjemną nudą. Natomiast niejedno je łączy z medytacją. (Fot. iStock)
Holenderskie słowo niksen to określenie na rozkoszne zbijanie bąków, które nie ma nic wspólnego z nieprzyjemną nudą. Natomiast niejedno je łączy z medytacją – mówi Olga Mecking, autorka książki na temat tego zjawiska.

Polecamy: 'Niksen. Holenderska sztuka nierobienia niczego', Olga Mecking, wyd. Prószyński i S-ka Polecamy: "Niksen. Holenderska sztuka nierobienia niczego", Olga Mecking, wyd. Prószyński i S-ka

Czy pani czasem się nudzi?
Nigdy. I nie chodzi mi o to, że cały czas coś robię, ale gdy tylko przestaję wykonywać jakieś obowiązki domowe czy zawodowe, od razu włącza mi się myślenie i pojawia się wiele pomysłów, które normalnie nigdy nie przyszłyby mi do głowy. Dla mnie nuda nie jest niczym przyjemnym.

Dlaczego?
Bo oznacza robienie czegoś, czego nie chcemy. To stan, gdy wolelibyśmy być gdzie indziej i robić coś innego.  Ja na przykład okropnie nudzę się, gdy muszę sprzątać. Myślę, że to uczucie jest tak nieprzyjemne, bo ma nas skłonić do wymyślenia, co naprawdę chcielibyśmy robić. Ale nuda to nie jest to samo co nicnierobienie.

No właśnie, jest pani autorką książki „Niksen. Holenderska sztuka nierobienia niczego”. Czym wobec tego jest nicnierobienie?
Można nazwać to także chodzeniem z głową w chmurach, zbijaniem bąków, myśleniem o niebieskich migdałach. To przede wszystkim nicnierobienie bez powodu. „Bo tak” – jak mówią dzieci. Zgodnie z tą definicją na przykład oglądanie wiadomości w telewizji nie jest niksen, ale jeśli telewizor jest włączony, a my myślami jesteśmy gdzie indziej – to już jak najbardziej. Znam osoby, które są bardzo aktywne i tak organizują sobie czas, że zostaje go bardzo mało na nicnierobienie. Wówczas warto nastawić się na to, że jedną z codziennych aktywności robimy tylko dla przyjemności  – czyli biegam nie po to, żeby zrobić maraton, tylko dlatego, że to lubię, bo fajnie się wtedy czuję. To nie jest wprawdzie czyste niksen, ale zupełnie inaczej spędzamy czas, jeśli nie nastawiamy się na cel i na produktywność, tylko na własną przyjemność.

Nastawienie na cel jest tak silne, że trudno nam przychodzi całkowite nicnierobienie. Jednak takie nie do końca czyste niksen może być pierwszym krokiem do zmiany. Co jeszcze poza bieganiem dla przyjemności mogłaby pani polecić?
Chodzi nie tyle o szukanie przyjemności, a o zrozumienie, że nie musimy być ciągle produktywni. Dobrym pomysłem może być także zmiana definicji produktywności na taką, która uwzględni przerwy związane na przykład z chorobą czy potrzebą wypoczynku. Problem w tym, że dziś wiążemy wartość człowieka właśnie z jego efektywnością i dobrze jest postrzegane, gdy mówimy: „musiałam dziś wysłać ze sto maili...”, natomiast wstydzimy się powiedzieć: „dzisiaj nie zrobiłam absolutnie nic”.

Na ile przykłada się do tego kultura, w której żyjemy?
To bardzo istotny czynnik. W Holandii wprawdzie nikt nie mówi otwarcie, że lubi nie robić nic, ale też pracowanie po godzinach nie jest dobrze widziane.

Jednak po pracy wcale nie uwalniamy się od poczucia stresu. Żeby sobie z tym poradzić, coraz częściej uciekamy się do technologii typu aplikacja w telefonie, która przypomina nam o oddychaniu.
Są ludzie, którym to pomaga, bo bez przypomnienia wypełniliby czas przeznaczony na odpoczynek sprzątaniem czy gotowaniem obiadu, a tak apka pilnuje, żeby wykorzystali wolny czas dla siebie. Jestem wielką zwolenniczką robienia tego, co nam ułatwia życie. Jeśli lubimy mieć wszystko poukładane i notować ważne rzeczy w kalendarzyku, to zapiszmy także przerwę  na nicnierobienie. Brak spontaniczności nie zmienia istoty nicnierobienia. Jednak można też niksenować spontanicznie. Kiedy jeżdżę tramwajem czy pociągiem, to zwykle czytam książkę, ale czasem zamiast tego mam ochotę powyglądać sobie przez okno i oglądać ludzi czy zmieniający się krajobraz. I robię to! To właśnie przykład niezaplanowanego niksen, podobnie jak czekanie na kogoś i nicnierobienie w tym czasie.

Czy niksenować można z kimś czy tylko samemu?
Długo byłam przekonana, że jedynie samemu, ale potem dowiedziałam się, że pewna amerykańska psycholożka urządza imprezy, na które przychodzi się po to, by nic nie robić. Można pobawić się piaskiem kinetycznym czy poukładać Lego, ale nie ma reguł. Chodzi o to, by każdy robił, co chce, jednocześnie spędzając czas w grupie.

Czasem gdy czytam książkę i znajdę zdanie, które mi się podoba, odkładam lekturę i rozmyślam chwilę o tym, co przeczytałam, a czasem dzielę się tym z mężem. Ale też bywa tak, że dzieci coś robią, a ja podchodzę do nich, by je pogłaskać czy przytulić. Nie chcę, by przerwały to, co robią, czy zwróciły na mnie uwagę, chodzi tylko o bycie blisko.

Ale czy to jest już niksen czy po prostu sposób na spędzanie czasu wolnego?
Dla mnie granica między tymi pojęciami jest płynna. Ale pewnie dlatego, że staram się mieć dużo wolnego czasu, czyli takiego, w którym nie muszę niczego upychać – mogę wtedy poczytać książke, ale też pospać sobie albo pogapić się przez okno. Nie wszyscy mają taką możliwość, bo ich przerwa ma tylko kilka minut. To za mało na medytację, ale wystarczająco na swobodne myślenie.

Medytacja przyczynia się do obniżenia stresu. Czy niksen też działa w ten sposób?
Z mojej persektywy – matki trojga dzieci – największa różnica (i zarazem zaleta) polega właśnie na tym, że sesja niksen nie trwa tak długo jak medytacja, a też może ułatwić odestresowanie. Na przykład ja po krótkim czasie niksenowania czuję się bardziej kreatywna, przychodzą mi do głowy pomysły na artykuły. Do medytacji ludzie zwykle przygotowują się w jakiś sposób, wprowadzają w pewien stan umysłu, a niksen tego nie wymaga. Choć mam koleżankę, która mówi, że medytuje w kawiarni i opisuje to w sposób, który mnie bardziej pasuje do niksen. Może więc wcale nie ma tak wielkiej różnicy.

Olga Mecking, pisarka, dziennikarka, tłumaczka. Urodzona w Polsce, mieszka obecnie w Holandii. Pisze m.in. do „Guardiana”, „New York Magazine”.

Niksen dla zainteresowanych

  • Jeśli dojeżdżasz do pracy komunikacją publiczną – zamiast przeglądać Internet, pozwól sobie na nicnierobienie.
  • Po przyjeździe do pracy, zanim włączysz komputer, usiądź spokojnie na chwilę, żeby przejść z trybu domowego na biurowy.
  • Jeśli pracujesz w domu, nie zapominaj o regularnych przerwach i część z nich poświęć na bujanie w obłokach.
  • Przeorganizuj swoją przestrzeń tak, by znalazło się w niej miejsce na praktykę niksen – z czasem samo pomyślenie o kanapie czy spojrzenie na fotel będzie już dla organizmu sygnałem do relaksu.
  • Gdy przyłapiesz się na bezmyślnym przeglądaniu mediów społecznościowych, przerwij to i przez chwilę pogap się przez okno lub na pomieszczenie, w którym jesteś.
  • Przed snem zaparz sobie uspokajającą herbatkę ziołową i pijąc ją, pozwól myślom swobodnie dryfować.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Sztuka pielęgnacji duszy i ciała

Kobieta powinna być dla siebie ważna! (Fot. iStock)
Kobieta powinna być dla siebie ważna! (Fot. iStock)
Lato to doskonały czas, by dopieścić swoje ciało. Spokojnie, nikt nie zapomniał o psyche. Jest obecna i zadowolona, bo kobieca dusza bardzo lubi swoje ciało – czy to dusza Japonki, Francuzki, czy Słowianki. Która jest ci najbliższa? Katarzyna Droga testuje egzotyczne i rodzime teorie pielęgnacji z popularnych poradników.

”Kobieta powinna być dla siebie ważna!” – to najładniejsze zdanie, jakie znajduję na stronach poradników urodowych, których na rynku bez liku. Chcę być dla siebie ważna, więc buszuję wśród metod i teorii dotyczących naturalnej, zdrowej, przyjemnej pielęgnacji, także diet i ćwiczeń. Programów i pomysłów tyle co kultur, filozofii i doświadczonych terapeutek czy kosmetyczek. Który najlepszy? Ten dostosowany do osobowości. Kim jesteś w głębi duszy? Wdzięczną Francuzką, harmonijną joginką czy może rodzimą Słowianką? Ja każdego dnia wcieliłam się w jedną z nich. Do jakich wniosków doszłam?

Indyjska Parwati - piękno po indyjsku

Promienna, szczęśliwa i spokojna. Najłagodniejsza z żon Śiwy, piękna bogini z odsłoniętymi piersiami. A jednak…. Parwati robi, co chce. Zirytowała boskiego męża, bo usnęła z nudów, gdy czytał jej Wedy. Jeśli czujesz z nią więź, weź kurs na Indie, ku odwiecznej mądrości ajurwedy. Spodoba ci się, ale pod warunkiem że:

  • próbowałaś ćwiczyć jogę lub masz na to ochotę,
  • masz naturę spokojną, lubisz ciszę lub łagodną muzykę,
  • pociąga cię słowo „harmonia”,
  • podoba ci się pomysł, by piękno emanowało z wnętrza kobiety,
  • wierzysz w siłę oddechu.

Kasia Bem w książce „Happy uroda. Piękno jest w tobie” (wyd. Edipresse 2017) proponuje specjalny program zadbania o ciało i duszę, oparty na technikach jogi, naturalnej diecie i ćwiczeniach oddechowych. Plan „Happy uroda w 6 krokach” kończy się 3 holistycznymi programami dla ciała i duszy. Najistotniejszy jednak jest cel: piękno, które emanuje z kobiety nie dlatego, że zna arkana makijażu i mody, waży tyle, nie tyle i tuszuje wiek – ale dlatego że zna i akceptuje siebie. Jak to może wyglądać w praktyce?

Słoneczny poranek witam z wdzięcznością. Pierwszy pokarm dla ciała to woda z połówką cytryny. Ćwiczę świadomy oddech, który uświadamia mi, że prawdziwe życie przebiega tu i teraz. Jest wiele technik oddychania, ja lubię kwadrat. Daje energię i uspokaja, a do tego jest prosty: licząc do 4, wykonujesz powolny wdech, zatrzymujesz powietrze, też licząc do 4, wydychasz je w rytmie 4 i znów zatrzymujesz. Kwadrat powtarzam 10 razy. Potem kilka ćwiczeń jogi, na przykład: „pies z głową w dół” potem „pozycja dziecka”. To, co ważne, a nie pamięta o tym pospieszna cywilizacja Zachodu: energia kumuluje się w bezruchu. Każdą sesję jogi warto zakończyć śavasaną, czyli pozycją trupa. Brzmi fatalnie, ale jest to przyjemne 20 minut spokojnego leżenia przy muzyce relaksacyjnej. Rzeczywiście wchodzi się w dzień z nową energią. Tego dnia nie jem mięsa, piję toniki upiększające, które są miksem owoców i warzyw. Dieta dla zdrowia i urody opiera się dziś na kaszy jaglanej, zielonych warzywach, tłuszczu dostarczy awokado. Po drodze joga twarzy – kilka prostych ćwiczeń, wieczorem pielęgnacja naturalnymi kosmetykami: maseczka z avocado, peeling kawowy lub cukrowy, aromatyczna kąpiel, masaż olejkami. I jeszcze pudełko wdzięczności, do którego wrzucasz karteczki z tym, za co jesteś wdzięczna. Moim zdaniem może być też zeszyt, a nawet chwila refleksji, by podziękować za to, co przyniósł dzień. A przyniósł i wymagał wiele. Happy uroda wymaga sporo zachodu, odpowiednich zakupów i przygotowań. Choćbym chciała, nie umiem przeprogramować dnia, by skupić się tylko na tym. Mogę jednak do swojej codzienności wprowadzić cenne elementy.

Co biorę?

Na przykład pozytywne hasło na poranek – od dziś mówię sobie: „przydarzą mi się same dobre rzeczy” – i głęboki kwadratowy oddech przed oknem. Potem mały relaks „na trupa” w ciągu dnia (nieruchomo leżę przez kwadrans przy muzyce, przykryta kocykiem), kasza jaglana od czasu do czasu i koniecznie całowanie sufitu (podnoszę podbródek i wysyłam całusa do sufitu – wierzę, że wpłynie zbawiennie na owal twarzy).

Dumna Marianna - piękno po francusku

Marianna to symbol wolności, Francji, no i naszego myślenia o francuskich kobietach. Te zaś są inne niż wszystkie, bo potrafią żyć wdziękiem i radością. Jak to robią? Mireille Guilliano, która ujawniła już światu, dlaczego Francuzki nie tyją, w kolejnej książce „Francuzki nie potrzebują liftingu” (wyd. Znak 2016) podpowiada, jak – po francusku – zachować wieczną młodość. To trop dla ciebie, jeśli:

  • jesteś żywiołowa, masz poczucie humoru,
  • słowa: „systematycznie”, „wysiłek”, „mozoł” budzą twoją niechęć,
  • lubisz ładne buty, a jeszcze bardziej ładne i wygodne,
  • lubisz seks, śmiejesz się często, śpisz smacznie.

No i rób tak dalej. To, co urzeka w stylu francuskim, to zero przymusu. W życiu ma być przyjemnie! Marianna do każdego wyzwania podchodzi tak, jakby było stworzone dla jej radości. Dieta? Nie, dziękuję. Diety uzależniają, stają się zmorą życia. Nie znaczy, że jedząc jak Marianna, jem byle jak. Jadam teraz ślicznie i kreatywnie. Dbam, by spożywać pięć kolorów: na talerzu ma być białe (twarożek), czerwone (papryka, buraczek), żółte (ser, cytryna, kurkuma), zielone (choćby brokuł), brązowe (chleb, ziemniak). Marianna chętnie wypije kieliszek wina i dużo więcej wody, najlepiej w dobrym towarzystwie. Ruch? Bez spinki. Żadnych ćwiczeń na siłowni, biegania w pocie czoła ani reżimu aerobiku. Ruch staje się częścią mojego dnia. Marianna po zakupy jedzie rowerem, na randkę idzie pieszo, tańczy, bo lubi, a spośród wszystkich form aktywności ciała preferuje seks. Jej życie płynie zgodnie z naturą, więc oznacza pobudkę o poranku, a sen wczesny i długi, bo nie ma lepszego kosmetyku niż smaczne spanie. Marianna unika jedzenia przed komputerem, sztucznego światła i dusznych pomieszczeń. Jej dzień, czyli też i mój, zaczyna się od uśmiechu, a kończy przyjemnościami sypialni – od niej zależy, czy są to słodkie sny w miękkiej pościeli czy doznania we dwoje.

Co biorę?

Zasadę trzech darów natury. Są to: woda, światło, powietrze. Jako stałe elementy codzienności działają jak najlepsze antyoksydanty i źródła energii. Coś dla szczupłej sylwetki: aktywność przed śniadaniem, choćby rozciąganie lub taniec przy muzyce. Organizm czerpie wtedy z zapasów, i spala tkankę tłuszczową. No i to kolorowe menu (przynajmniej raz dziennie), a także każdą możliwą zamianę środków lokomocji na rower lub piechotę. Oraz życiowe motto: „działaj z pasją, a będziesz wiecznie młoda”!

Madame Butterfly - piękno po japońsku

Właściwie tragiczna, lecz piękna i pełna wdzięku. Dla świata – ikona japońskiej kobiecości. Była niezwykle urodziwa i bardzo kochała mężczyznę z obcej kultury. Dla miłości złamała zasady własnej tradycji i zapłaciła za to najwyższą cenę. Symbolizuje istotę tego, co uznajemy za godną zazdrości urodę Azjatek o nieskazitelnej cerze. Jesteś (bywasz) Butterfly jeśli:

  • interesujesz się kulturą Dalekiego Wschodu,
  • lubisz owoce morza,
  • zależy ci na pięknej cerze,
  • jesteś systematyczna, spokojna, delikatna,
  • wiele poświęcasz dla miłości.

Skąd w Azjatkach tyle uroku, jak to robią, że po czterdziestce mają cerę niemowlęcia? Otóż potrzebę dbania o urodę i wiedzę o tym, jak to robić, dziedziczą z pokolenia na pokolenie – czytam w książce Charlotte Cho „Sekrety urody Koreanek” (wyd. Znak 2016). Chroń twarz przed słońcem, oczyszczaj, nawilżaj, zdrowo jedz, unikaj stresu – właściwie wszystkie dobrze znamy te zasady. Ale... Azjatki mają zdecydowanie lepsze wyniki niż białe kobiety. Czy chodzi o geny? Cho zdecydowanie twierdzi, że nie, a ja sądzę, że chodzi o pewną filozofię. „Sekrety urody Koreanek” opisują cały proces krok po kroku. Jak pielęgnować skórę: od powolnego, dokładnego oczyszczania, ze szczególną czułością dla powiek, poprzez nawilżanie, aż do delikatnego makijażu, który jest a jakoby go nie było. Solidnie, codziennie, od chwili, gdy dziewczynka staje się dziewczyną, bynajmniej nie wtedy, gdy ujrzymy pierwszą zmarszczkę. Pielęgnacja i kult skóry staje się rytuałem, sztuką i przyjemnością. Wspiera ją dieta bogata w owoce morza, dużo wody i zielonej herbaty, minimum używek. Cho proponuje program „dbanie o skórę twarzy w dziesięciu krokach”. Owszem, kusi mnie dokładność, personalizacja, wyniki porannych i wieczornych działań przed lustrem, ale prawdę mówiąc, nie do zrobienia codziennie, przynajmniej dla mnie. Za to przekonuje mnie pasja i uważność dla swojej skóry i urody, którą kobieta dostała od natury.

Co biorę?

Szacunek dla twarzy wyrażany przy codziennej pielęgnacji. Owoce morza od czasu do czasu. Zmianę myślenia o chwilach spędzonych przed lustrem. Żegnajcie pac, pac kremem, pudrem i pośpiesznie nakładany tusz. To ma być zatrzymanie, miłe spotkanie ze sobą.

Słowiańska Dziewanna - piękno po polsku

Dziewanna – polska bogini miłości i wiosny, jej kamień szlachetny to biała perła, jej kolor to czerwień, nosi kwiecistą sukienkę, jest odwrotnością Marzanny. Lubi zmysły – w końcu to królowa lata, biegnie przez łąki z wierną suką i sarenką. Innymi słowy: wracamy do korzeni. Pielęgnacja słowiańska będzie dla ciebie idealna, jeśli:

  • chociaż raz w życiu miałaś ochotę upiec własnoręcznie chleb,
  • jesteś żywiołowa i ciekawa świata,
  • własna tradycja jest dla ciebie wartością,
  • zdarzyło ci się zbierać zioła, hodować miętę i majeranek,
  • kochasz lato i zwierzęta.

„Sekrety urody babuszki. Słowiański elementarz pielęgnacji” Ukrainki Raisy Ruder (wyd. Znak 2017) to nic innego jak znakomity poradnik domowego recyklingu i maksymalnego wykorzystania darów natury w zasięgu ręki i z własnego regionu. Babuszka autorki tego programu, także Ukrainka, była zielarką, słowiańską znachorką. Miała radę na wszystko: na sińce pod oczami, na zmarszczki, na porost rzęs, a nawet na szczęście w związku. Mnogość maseczek, jaką proponuje, przyprawia o zawrót głowy: maseczka przed balem absolwentów, przed randką, przed ważnym wystąpieniem, bociankowa, czyli dla pań w ciąży… Miksujemy oleje z przyprawami, truskawki, ogórki, czekoladę. Brzmi smakowicie i działa. Jestem z Podlasia, więc niektóre sposoby znam od dawna: piwo albo jajko na włosy, sok z cytryny, który działa jak pianka powiększająca objętość fryzury. Maseczka z ogórka lub ze startego jabłka na rozjaśnienie cery. Kompresy herbaciane na podpuchnięte oczy. Nowe było dla mnie zastosowanie aspiryny: jako przeciwłupieżowy dodatek do szamponu. Ciekawa baza produktów, bo podstawowe składniki magii babuszki to ziemniaki, woda, mleko, oliwa i jajka. Jakie to słowiańskie i odległe od awokado i imbiru… Chociaż babuszka nie gardzi egzotycznymi roślinami. Dlatego może być fajnie zaufać jej miksturom! Masz wątpliwość, czy warto ubijać w moździerzu zioła w czasach, gdy można kupić wszystko? Babuszka grozi palcem: kupujesz trzy razy drożej, w dodatku marnujesz resztki żywności.

Co biorę?

Inaczej będę patrzeć na skórki ogórka i łupiny cebuli, przynajmniej czasami. To nie tylko oszczędność – także wolność, bo nie zależysz od koncernów kosmetycznych, tylko od własnej kreatywności. Można w każdej chwili urwać się z codzienności, zamknąć w kuchni wśród naturalnych produktów i żyć naturalnie jak Dziewanna.

Piękna Europa

Mitologiczną Europę uważano za najpiękniejszą kobietę na świecie. Królewna była tak cudna, że bóg wszystkich bogów – Zeus – musiał ją mieć i porwał do groty na Krecie. My, Europejki, córy królewny, też będziemy piękne i pożądane, takie jak chcemy. Na koniec program uniwersalny adresowany do Europy. Jesteś nią, jeśli:

  • często i z przyjemnością używasz słowa „dziękuję”,
  • lubisz podstawy naukowe wszelkich teorii,
  • wierzysz w energię i potęgę miłości,
  • nie obawiasz się lustra, kartki i flamastrów. Uwaga – zupełnie nie musisz umieć rysować.

„Pokochaj swoje ciało w 30 dni” Małgorzaty Gąski (wyd. Fabryka Siebie) to książka i program, który odwołuje się do fizyki kwantowej i filozofii, którą znam z metody dwupunktowej. Wszystko jest energią, nasze ciało jest zbiorem wibrujących cząsteczek, możemy na nie wpływać z poziomu uczuć – a z tych najsilniejsza jest miłość i wdzięczność. Mamy tu do czynienia z dzienniczkiem wdzięczności, ale nastawionym na ciało. Myśl podstawowa: jakiekolwiek jest, zasługuje na podziw i wdzięczność. Według metody Ewy Gąski należy energię dobrego uczucia, nakierowaną na daną część ciała, łączyć z czynnością motoryczną: rysować! Całą siebie, kolejne części ciała, z wdzięcznością i marzeniem, jakie mogłyby być. Śladem wskazówek obdarzam uwagą i rysuję kolejno: oczy, usta, plecy, nogi, strefy intymne, dłonie, biodra. Każdej dziękuję. Brwiom, że chronią oczy i są właściwą tylko mi dekoracją twarzy. Plecom, że tak wiele noszą, skórze, że oddziela mnie od całego świata… Co mogę dla was zrobić? Plecy wyprostować, skórę nawilżać i karmić, stopy masować. I tak przez 30 dni.

Co biorę?

Osobistą odpowiedź na pytanie, za co siebie kocham i poczucie, że mam wpływ na swój wygląd i zdrowie. Dzienniczek wdzięczności? Znam od dawna, polecam. To naprawdę działa.

  1. Psychologia

Odpoczywania trzeba się nauczyć – rozmowa z Wojciechem Eichelbergerem

Odpoczywanie jest umiejętnością, która może zaniknąć, jeśli nie jest używana. I to, że dziś ją tracimy, najlepiej świadczy o tym, co się z nami dzieje - mówi psychoterapeuta Wojciech Eichelberger. (Fot. iStock)
Odpoczywanie jest umiejętnością, która może zaniknąć, jeśli nie jest używana. I to, że dziś ją tracimy, najlepiej świadczy o tym, co się z nami dzieje - mówi psychoterapeuta Wojciech Eichelberger. (Fot. iStock)
Cóż prostszego – położyć się na trawie i gryząc jej źdźbło, patrzeć na obłoki. Okazuje się, że dla wielu to niewykonalne. Utraciliśmy naturalną umiejętność odpoczywania i teraz musimy się jej uczyć – mówi psychoterapeuta, twórca metody radzenia sobie ze stresem „8 razy O” Wojciech Eichelberger.

Mój mąż, kiedy wracał do domu po kilkunastu godzinach pracy, mówił, że jest zbyt zmęczony, by odpocząć. Nie mógł sobie znaleźć miejsca, aż ze zmęczenia raczej tracił przytomność, niż zasypiał.
Odpoczywanie jest umiejętnością, która może zaniknąć, jeśli nie jest używana. I to, że dziś ją tracimy, najlepiej świadczy o tym, co się z nami dzieje. Jak już mówiliśmy w wywiadzie o odreagowywaniu, organizm działa w dwóch trybach: mobilizacji i regeneracji. Sterowanie nimi jest podświadome. Zdrowy, dobrze funkcjonujący organizm w każdej sytuacji, która temu sprzyja, sam przełącza się na regenerację. Natura nie marnuje energii. „Zbyt zmęczony, by odpocząć” znaczy tyle, że naturalny przełącznik trybów w organizmie zablokował się w pozycji „mobilizacja”.

W jaki sposób mógł się zablokować?
Był za mało używany. Mamy wolną wolę i potrafimy zmusić się do pracy, nawet gdy organizm dopomina się odpoczynku. Zamykają się nam oczy, wysiada koncentracja, zaczynamy ziewać. Odczuwamy dołek energetyczny, który ma prawo przydarzać się nam co 90 minut. Takie też są wyniki badań fizjologów NASA dotyczące astronautów. Dlatego plan dnia na stacji orbitalnej ułożono tak, by po 90 minutach pracy ludzie mieli 20 minut ćwiczeń, które pomagają im zregenerować siły.

Przeciętny korporacyjny pracownik też potrzebuje 20 minut?
Wystarczy nam dziesięć, a nawet pięć minut – jeśli w chwili, gdy poczujemy spadek energii, damy sobie prawo, by przestać się zajmować czymkolwiek. Jednak ci, którzy działają na najwyższych obrotach, potrzebują więcej czasu. Nasza fizjologia skazuje nas na to, że po 90, a w najlepszym przypadku 120 minutach intensywnej pracy mamy dołek energetyczny.

I wtedy próbujemy go przeskoczyć dzięki trzeciej kawie czy drugiemu batonikowi. Ja stosowałam batony.
Zjedzenie batona to prawie jak wstrzyknięcie cukru prosto do żyły. Powoduje gwałtowny skok energii, ale po chwili równie gwałtowny spadek. Omówimy to dokładnie przy temacie „Odżywianie”. Teraz wspomnę tylko, że często chcemy ten dołek przeskoczyć, stosując różne dopalacze. Wszystkie takie zabiegi są zabójcze, bo blokują naturalny przełącznik aktywność – odpoczynek. A gdy organizm utraci możliwość spokojnej, rytmicznej regeneracji, grozi mu wypalenie.

My się go nie boimy, bo wydaje się nam, że wypalenie to tylko tyle co brak dobrych pomysłów.
Wypalenie ma wymiar fizjologiczny. Włączona non stop faza mobilizacji powoduje nieustanne, nadmierne wydatki energetyczne. To zaś obciąża organizm i może powodować zaburzenia w jego funkcjonowaniu – w czasie mobilizacji są wyłączone funkcje reperacyjne, np. odnawianie tkanek.

Teraz rozumiem, dlaczego po pięciu latach w korporacjach miałam za mało hemoglobiny.
No właśnie. Dlatego trzeba umieć odpoczywać. Ale jeśli zablokowaliśmy nasz przełącznik trybów, to choć straszny tydzień się skończył, nie możemy sobie znaleźć miejsca i odczuwamy niepokój: „Co ja tu robię w tym ogródku, dlaczego tracę czas, patrzę na tę głupią trawę i drzewa…”. Gdy już nie potrafimy cieszyć się z wypoczynku, to znak, że mamy pierwsze objawy pracoholizmu.

Rozumiem, że możemy temu zapobiec, traktując odpoczynek poważnie?
Musimy nauczyć się „ręcznie” przełączać na tryb odpoczywania. Ratunkiem jest głębokie oddychanie przeponowe, a dla mniej wprawnych ziewanie. Ziewanie to ratunkowy odruch organizmu, który próbuje przejść w tryb regeneracji, choć umysł pędzi. Organizm znajduje sobie chwilę na dotlenienie i rozciągnięcie mięśni, które biorą udział w mobilizacji stresowej, czyli nóg, rąk i pasa barkowego. Ziewanie wyciska też parę kropelek łez, które nawilżają wysuszone rogówki, bo w stresie prawie przestajemy mrugać. Rozciągają się mięśnie żuchwowo-skroniowe, których napięcie powoduje stresowy szczękościsk. Ale najważniejsze jest rozluźnienie przepony, bo to sygnał dla całego organizmu, że jest na tyle bezpiecznie, iż można przez chwilę odpocząć.

Masz trudną pracę.
To praca do wykonania przez uczestników. Ale rzeczywiście niektórym nie jest łatwo odpuścić szczękościsk i zablokowaną lękowo przeponę. A to niepokojący sygnał, że ich organizmy tkwią w stanie permanentnego stresu. W takiej sytuacji konieczne są specjalne ćwiczenia, które umożliwiają świadomą kontrolę oddechu i przepony. Jeśli się tego nauczymy, będziemy zdrowsi i silniejsi, co pozwoli nam utrzymać bez wspomagania wysoką sprawność przez cały dzień. W dodatku odblokujemy nasz przełącznik trybów, co pozwoli cieszyć się trawą, drzewami i słońcem w czasie wypoczynku.

Moi znajomi w sobotę od rana biegają między basenem, ciocią a Ikeą. Wszystko mają zorganizowane co do minuty. Trudno to nazwać odpoczynkiem.
Wielu z nas spędza weekendy na podobnej zasadzie jak tydzień w pracy. Fundujemy sobie za dużo spotkań, zobowiązań, pośpiechu. Ale tak czy owak na korcie, na basenie czy biegając za rowerkiem dziecka, choć trochę odreagowujemy tygodniowy stres. Musimy tylko pamiętać, że po odreagowaniu w ruchu trzeba odpocząć: położyć się na pół godziny, pójść na spokojny spacer. Wtedy uda nam się zasnąć bez alkoholu czy objadania się. Najgorsze, co możemy sobie zafundować, to nocne grillowanie i picie. Jeśli tylko w ten sposób potrafimy się odprężać, to znaczy, że nasz przełącznik trybów nie działa.

Sen po grillu jest ciężki, a poranek, który przychodzi po nim – trudny. Ale zasnąć w sposób naturalny i nie zbudzić się w środku nocy to marzenie.
Głęboki sen jest dla naszego zdrowia niezmiernie ważny, dlatego jeśli pracujemy w napięciu, to przede wszystkim powinniśmy chodzić spać grubo przed północą. Organizm wydziela wtedy najwięcej tzw. hormonów wzrostu, które regulują procesy głębokiej regeneracji tkanek i komórek. Chodzenie spać między 21 a 22 to najskuteczniejsza kuracja odmładzająca i najlepszy sposób na uniknięcie wypalenia. Nocna praca jest nawykiem i obawiam się, że ludzie sowy mają trudności z głębokim wypoczynkiem. W dzień nie można zasnąć równie głęboko jak w nocy. To kwestia słońca, które pobudza.

Przed nami urlop. Ale często nie umiemy przełączyć się na odpoczywanie nawet na wakacjach.
I wtedy zwiedzamy pięć stolic i 20 muzeów... To zaprzeczenie idei urlopu. Ale jeśli długo funkcjonowaliśmy w trybie mobilizacji, urlop powinien mieć charakter aktywny. Bo gdy spędzimy go, leżąc na plaży i nic nie robiąc, prawdopodobnie zaczniemy chorować. Dzieje się tak dlatego, że nagły spadek mobilizacji (a więc i adrenaliny) pozostawia wypruty z energii organizm zupełnie bezbronnym. Dlatego trzeba stopniowo schodzić z nawykowych dawek adrenaliny i przestrzegać zasady optymalnego dociążenia, czyli szukać właściwej dla siebie ilości zajęć: ruszać się, uzupełniać zaległości kulturalne. Ale robić to wszystko dla przyjemności, unikać atmosfery presji, pośpiechu, rywalizacji. W przeciwnym razie wakacje, które miały być wypoczynkiem, zamienimy w program wakacyjnej udręki.

  1. Styl Życia

Las na receptę

Wszyscy pochodzimy z lasu. Dlatego często, niejako automatycznie, zaczynamy się odprężać, kiedy tylko wchodzimy między drzewa. (Fot. Katarzyna i Kamil Simonienko)
Wszyscy pochodzimy z lasu. Dlatego często, niejako automatycznie, zaczynamy się odprężać, kiedy tylko wchodzimy między drzewa. (Fot. Katarzyna i Kamil Simonienko)
Dawniej podczas zarazy królowie polscy mieli zwyczaj zjeżdżać do Puszczy Białowieskiej. Teraz znów to robimy, wracamy do lasu – mówi Katarzyna Simonienko, doktor psychiatrii, przewodniczka kąpieli leśnych, autorka książki „Lasoterapia”.

Co pani czuje, gdy wchodzi do lasu?
To zależy, z jaką głową tam wchodzę. Kiedy jestem bardzo zapracowana, idę do lasu, by na chwilę się zresetować, odpocząć. Wnoszę więc do niego mnóstwo splątanych myśli, stopniowo robi się ich coraz mniej, aż pojawia się spokój. Innym razem już od początku czuję energię i zaciekawienie, bo mam wolny dzień, dobry humor i wchodzę do lasu z nastawieniem: co mnie dziś zaskoczy? Czasem przepełnia mnie radość, czasem – refleksyjność. Las też się zmienia... Parafrazując – nie można wejść dwa razy do tego samego lasu. Mam wrażenie, że nawet ten sam las i ta sama w nim ścieżka, którą idę, nigdy nie są takie same.

Obręb Ochronny Rezerwat Białowieskiego Parku Narodowego. (Fot. Katarzyna i Kamil Simonienko)Obręb Ochronny Rezerwat Białowieskiego Parku Narodowego. (Fot. Katarzyna i Kamil Simonienko)

Wiele osób boi się lasu. W literaturze i kinie las jawi się jako złowrogi, można się tu zgubić. Z jakimi reakcjami spotyka się pani najczęściej?
Na szczęście wśród osób, z którymi wybieram się na leśne wyprawy w ramach lasoterapii, strach pojawia się najrzadziej, ale się pojawia. Przychodzą na przykład osoby, które mają niewiele wspólnego z lasem, a chciałyby się przełamać i go lepiej poznać. Takie podejście zwykle wiąże się z tym, co nam się wpaja na temat lasu w dzieciństwie lub późniejszym życiu – że to miejsce niebezpieczne i że może nas tam spotkać wiele złego zarówno ze strony przyrody, jak i ludzi. Jeśli najbliższe środowisko nasiąka taką niechęcią do przyrody – że to tylko kleszcze, komary i inne choroby – w dziecku pojawia się opór lub niechęć. Choć niekiedy dzieje się też odwrotnie – na zasadzie buntu i tego, że zakazane pociąga.


Jeżeli las jest czymś, czego nie znamy i nie rozumiemy, to rzeczywiście może przerażać. Nie tylko dzieci. Kiedy byłam na zjeździe International Forrest Therapy Days w Finlandii, pojawił się nawet pomysł, by relaksować się w lesie, rozstawiając namiot z wydrukiem drzew od środka. Wielu uczestników w ogóle nie miało doświadczenia kontaktu z lasem naturalnym, dzikim, jakim jest nasza Puszcza Białowieska. Było dla nich nie do pojęcia, że u nas są żubry i wilki. Moja koleżanka Basia Bańka, też przewodniczka po Białowieskim Parku Narodowym, powiedziała wtedy: „Ale nie da się nauczyć pływać, jeśli człowiek się nie zamoczy”. To nic, że las jest dziki, on ma swoje zasady. Wystarczy je poznać – mam tu na myśli choćby zwyczaje mieszkających w nim zwierząt – i nie ma co bać się ataku wilka czy żubra, przy zachowaniu odpowiedniego dystansu i szacunku są to fantastyczne spotkania. Nie warto też rezygnować z bycia w przyrodzie z powodu obaw przed złapaniem kleszcza, którego spotkać można także w mieście. Lepiej zapoznać się z profilaktyką.

Bory Tucholskie i Zalew Koronowski z lotu ptaka. (Fot. iStock)Bory Tucholskie i Zalew Koronowski z lotu ptaka. (Fot. iStock)

Część z nas wchodzi do lasu jak do świątyni. Część wchodzi do niego jak do siebie, do domu. Dla pani las to dom czy świętość?
Osobiście łączę oba podejścia. Dziś czuję się tu bardzo swobodnie, choć doskonale pamiętam moment, kiedy jako już dorosła osoba po raz pierwszy weszłam do Puszczy Białowieskiej i miałam wrażenie, że nie jestem u siebie. Dobrze znałam lasy hodowlane, w których bioróżnorodność jest skromna i gdzie niewiele mnie mogło zaskoczyć, natomiast w puszczy poczułam ogromny respekt i szacunek do przyrody. Pojawiła się chęć, by zgłębiać ten ekosystem. Im więcej się dowiadywałam na temat puszczy, tym mniej się jej obawiałam i bardziej się zaprzyjaźniałyśmy.

Las iglasty, czyli bór. Wydziela więcej olejków eterycznych niż las liściasty. (Fot. iStock)Las iglasty, czyli bór. Wydziela więcej olejków eterycznych niż las liściasty. (Fot. iStock)

Las to dziś moje miejsce pracy i relaksu, ale też świątynia. Bywa, że nadal czuję się w niej jak mrówka. Dla nas, ludów praindoeuropejskich, symbol drzewa czy gaju zawsze był święty i pojawiał się w bardzo wielu kulturach. U Słowian wierzono w święte drzewo, wokół którego powstał świat. Tak samo było w kulturach nordyckich, gdzie czczono ogromny jesion Yggdrasil, który był osią świata i łączył różne rzeczywistości – ludzi, duchów i istot nadprzyrodzonych. Jest nawet termin axis mundi – „oś świata”, w wielu kulturach wyobrażana przez drzewo, które gałęziami wrasta w niebiosa, a korzeniami w świat podziemny, łącząc je ze sobą oraz z ziemią, czyli światem doczesnym.

Borsuk europejski, występuje w lasach liściastych w całej Polsce. (Fot. iStock)Borsuk europejski, występuje w lasach liściastych w całej Polsce. (Fot. iStock)

W kulturze chrześcijańskiej jest ogród rajski, a w nim drzewo poznania dobra i zła. Słowianie wierzyli, że wśród drzew, w świętych gajach, słuchają nas bogowie, chrześcijanie – że las jest dziełem Stwórcy, czyli jest doskonały taki, jaki jest. W naszym kręgu kulturowym, który jest nie tylko słowiański, lecz także chrześcijański, mamy więc możliwość obcowania z prawdziwym sacrum.

W książce „Lasoterapia” pisze pani, że już jako dziewczynka czuła pani więź z lasem, którą wzmagały opowieści o Robin Hoodzie. Dla niego las był schronieniem, ale i ucieczką. Dziś, w czasach pandemii, las znów pełni te funkcje. Nigdy nie bywałam tak często w lesie jak ostatnio.
Wielokrotnie w różnych kryzysowych sytuacjach uciekaliśmy do lasu. Robin Hood to piękna legenda z czasów średniowiecza, ale przypomnijmy sobie choćby naszych partyzantów w trakcie drugiej wojny światowej. W dawniejszych czasach, kiedy panowała zaraza, królowie polscy mieli zwyczaj zjeżdżać do Puszczy Białowieskiej, żeby nie zachorować. I teraz znów to robimy.

Pióropusznik strusi – tę paproć można spotkać w wielu polskich lasach, między innymi w Puszczy Augustowskiej i Boreckiej. (Fot. iStock)Pióropusznik strusi – tę paproć można spotkać w wielu polskich lasach, między innymi w Puszczy Augustowskiej i Boreckiej. (Fot. iStock)

Las nam daje poczucie bezpieczeństwa, i to są atawistyczne, czyli bardzo pierwotne reakcje, które przypływają do naszej świadomości z przyczyn ewolucyjnych. Jako gatunek wychowaliśmy się na sawannie, potem przenieśliśmy się do lasu i właściwie wyprowadziliśmy się z niego dopiero około 200 lat temu do dużych miast. My wszyscy pochodzimy z lasu. Dlatego kiedy tylko do niego wracamy, pojawiają się w nas sygnały, że nasze podstawowe potrzeby zostaną zaspokojone: od wyżywienia, przez to, że będzie woda, po drewno, które da nam schronienie i ciepło ogniska. Naturalnie gdyby ktoś z nas zmuszony był nagle, z godziny na godzinę, zacząć żyć w lesie, prawdopodobnie nie wiedziałby, jak się do tego zabrać, ale gdzieś głęboko w naszej podświadomości jest informacja, że to jest możliwe. Nic dziwnego, że niejako z automatu zaczynamy się odprężać, gdy tylko wchodzimy między drzewa.

A skoro jesteśmy przy temacie pandemii – las jest bezpiecznym miejscem także dlatego, że jest tu mniejsze ryzyko zakażenia się koronawirusem. Po pierwsze, swobodnie można zachować dystans, nawet mimo tego, że obecnie w lasach są tłumy. Po drugie, jest świeże powietrze, a po trzecie, drzewa i roślinność wydzielają substancje antywirusowe wzmacniające naszą odporność.

Paproć długosz królewski, roślina objęta w Polsce ochroną gatunkową, występuje między innymi w Puszczy Niepołomickiej. (Fot. iStock)Paproć długosz królewski, roślina objęta w Polsce ochroną gatunkową, występuje między innymi w Puszczy Niepołomickiej. (Fot. iStock)

Jest pani lekarzem psychiatrą, przyrodniczką i przewodniczką kąpieli leśnych. Co te perspektywy wnoszą do pani wiedzy na temat wpływu lasu na nasze samopoczucie?
Punktem stycznym tych profesji jest praca ze stresem. Jako psychiatra i jako przyrodnik mam tym większą świadomość tego, jak kojąco przyroda wpływa na nasz system nerwowy. Obecnie to ogólnie dostępna wiedza naukowa, nie tylko intuicyjna.

Dziś, jeśli z różnych przyczyn nie mogę wysłać pacjentów na zorganizowane treningi relaksacyjne, mogę po prostu wysłać ich do lasu, bo wiem, jak wiele dobrego kontakt z przyrodą robi dla odporności, psychiki oraz wielu innych systemów i układów w naszym ciele. Las nigdy nie zastąpi leków, zwłaszcza jeśli mamy do czynienia z kliniczną depresją. Nie wyleczy ze wszystkich chorób, ale może być świetną profilaktyką, uzupełnieniem klasycznego leczenia oraz narzędziem rehabilitacji. W dodatku jest za darmo i nie powoduje żadnych niekorzystnych interakcji. Jeśli traktujemy dziką przyrodę z odpowiednim szacunkiem i wiedzą.

Lasoterapia, Katarzyna Simonienko, doktor nauk medycznych, psychiatra, certyfikowany przewodnik kąpieli leśnych, związana z Puszczą Białowieską. Swoim pacjentom przepisuje las na receptę. (Fot. materiały prasowe)Lasoterapia, Katarzyna Simonienko, doktor nauk medycznych, psychiatra, certyfikowany przewodnik kąpieli leśnych, związana z Puszczą Białowieską. Swoim pacjentom przepisuje las na receptę. (Fot. materiały prasowe)

  1. Psychologia

Jak dobrze wypocząć w długi weekend?

Nie musimy nigdzie wyjeżdżać, choć warto. Ważne, żebyśmy spędzili ten wolny czas inaczej niż zwykle - dla dobra naszej psychiki i umysłu. (fot. iStock)
Nie musimy nigdzie wyjeżdżać, choć warto. Ważne, żebyśmy spędzili ten wolny czas inaczej niż zwykle - dla dobra naszej psychiki i umysłu. (fot. iStock)
Co dają nam długie weekendy? Czy podczas tak krótkiego „urlopu” naprawdę można wypocząć? - Kilka wolnych dni wybija nas z rytmu codziennego stresu, dzięki czemu łatwiej nam regenerować siły – zapewnia Agnieszka Mościcka-Teske, psycholożka z Uniwersytetu SWPS.

Długie weekendy pozwalają nam zmienić rytm codziennej aktywności, spędzić czas inaczej niż zwykle. Taka zmiana z kolei pomaga zmniejszyć poziom napięcia, które generuje codzienny stres, kiedy to nawarstwiające się dzień po dniu napięcie zaczyna utrzymywać się na stałym, podwyższonym poziomie. Dlatego właśnie warto zmienić ten rytm chociaż na kilka dni i w wolnym czasie oddać się aktywnościom odbiegającym od tych codziennych. Jeśli siedzimy w pracy za biurkiem, warto podjąć jakąś aktywność fizyczną. Nie musi to być intensywny wysiłek, wystarczy pójść na dłuższy spacer. Ważne jednak, aby ta aktywność była dla nas przyjemna (czyli niekoniecznie wiązała się z domowymi obowiązkami, takimi jak sprzątanie).

Czy warto wyjeżdżać „na chwilę”?

Uważa się, że im dłuższy odpoczynek od pracy i codziennych zajęć, tym lepiej jesteśmy zregenerowani. Warto by więc było raz w roku udać się na 3-tygodniowy urlop. W naszej pamięci mamy świeże ślady dotyczące spraw, w które jesteśmy zaangażowani. Dlatego pierwszy tydzień służy powolnemu odrywaniu myśli od rzeczywistości zostawionej w pracy i w domu (niezałatwione sprawy, bałagan etc). Drugi tydzień służy adaptacji do nowych warunków. Wypracowujemy sobie nowy tryb życia i mini-przyzwyczajenia. Trzeci tydzień z kolei to czas na prawdziwy wypoczynek i wybieranie już tylko tych aktywności, miejsc i sytuacji, w których czujemy się najbardziej komfortowo.

Niestety, na taki urlop nie każdy może sobie pozwolić. Zwykle szukamy okazji, żeby wyjechać chociaż na przedłużony weekend i wykorzystać jak najmniej dni z puli całego urlopu. Czy jednak takie krótkie wyjazdy dają nam jakąś korzyść?

- Warto zmienić miejsce pobytu, bo to dostarcza nam nowych bodźców, co jest odświeżające dla umysłu – wyjaśnia psycholożka Agnieszka Mościcka-Teske – A poza tym zmiana otoczenia wymusza również pewne zmiany w trybie życia, np. w chacie bez elektryczności zasypiamy i budzimy się „z kurami”, z kolei na wybrzeżu, gdzie panuje nastrój imprezowy, przerzucamy się na życie nocne, co też pozwala wyjść z pewnych rutynowych torów, w które wpadamy na co dzień.

Pamiętajmy jednak, że jeśli decydujemy się na weekendowy wyjazd to warto zwrócić uwagę na czas i jakość podróży. Droga do celu nie powinna nam zabrać więcej czasu niż sam pobyt. Miejmy na uwadze, że organizm musi się fizjologicznie przystosować do nowych warunków otoczenia: wilgotności, naświetlenia, temperatury, etc. i potrzebuje na to trochę czasu.

- Lepszy jednak krótszy urlop niż żaden – zapewnia psycholożka - Czasami troszcząc się o samochód oddajemy go do warsztatu i myjni… warto też pomyśleć z troską o sobie samym - nie wystarczy nam jedynie codzienne dolewanie benzyny, od czasu do czasu wskazana jest głębsza regeneracja i temu właśnie służy urlop.

Agnieszka Mościcka-Teske - dr n. hum., psycholożka, psychoterapeutka, kierownik Zakładu Psychologii Klinicznej i Zdrowia w Instytucie Psychologii Uniwersytetu SWPS w Poznaniu. Zajmuje się problematyką stresu i radzenia sobie z nim oraz czynnikami, które chronią człowieka przed negatywnymi skutkami stresu.

  1. Psychologia

Potęga nicnierobienia – zamiast liczyć minuty, delektuj się nimi

Najlepszym pierwszym krokiem do powolnego, leniwego życia jest zmiana przekonań. Zrozumienie, że życie to nie wyścig, a czas to nie pieniądz. (Fot. iStock)
Najlepszym pierwszym krokiem do powolnego, leniwego życia jest zmiana przekonań. Zrozumienie, że życie to nie wyścig, a czas to nie pieniądz. (Fot. iStock)
Próżnowanie – szczególnie w promieniach słońca i na łonie natury – ma swoje dobre strony. Pozwala doładować baterie, co ma ogromne znaczenie dla zdrowia psychicznego i fizycznego. Na czym polega „zdrowe” lenistwo?

Carl Honoré – dziennikarz, pisarz, jeden z twórców ruchu Slow i jego rzecznik na całym świecie.

Lenistwo czy nicnierobienie w naszym szybkim, uprzemysłowionym świecie jest postrzegane jako grzech. „Powolny” to pejoratywne określenie, synonim do „gnuśny”, „bezwolny”, a także... „głupi”. Dlatego nawet jeśli głęboko w kościach czujemy, że mocne przyhamowanie wyszłoby nam na dobre, boimy się to zrobić. A jeśli się już to zdarzy, zwykle mamy poczucie winy. Tymczasem próżnowanie ma swoje dobre strony. Jest okazją do odreagowania, uspokojenia myśli. Gdy zwalniamy, nasz umysł może swobodnie wędrować, a to jest warunkiem wszelkiej kreatywności. Leniuchując, zapominamy o troskach dnia codziennego i możemy udać się na poszukiwanie odpowiedzi na tak ważne pytania, jak „Kim jestem?” czy „Jaki sens ma moje życie?”. W takich pozornie mało znaczących momentach docieramy do sedna swojej istoty.

Ruch Slow nie nawołuje do robienia wszystkiego w zwolnionym tempie, tylko do robienia wszystkiego z odpowiednią prędkością. Namawia raczej do delektowania się godzinami i minutami zamiast ich liczenia. Do robienia wszystkiego tak dobrze, jak to możliwe, a nie tak szybko, jak to możliwe. Do przedkładania jakości nad ilość. Innymi słowy – jest zarówno „zdrowa”, jak i „niezdrowa” powolność. Podobnie jak jest „zdrowe” i „niezdrowe” lenistwo.

Najlepszym pierwszym krokiem do powolnego, leniwego życia jest zmiana przekonań. Zrozumienie, że życie to nie wyścig, a czas to nie pieniądz. Potem musisz zdobyć się na odwagę – by zgodnie ze zmianą przekonań zmienić swoje życie – oraz samodyscyplinę, by nie zejść z obranej drogi. I ćwiczyć, dużo ćwiczyć. Dobrze też brać przykład z ludzi, którzy robią wszystko w swoim czasie i nie mają z tego powodu wyrzutów sumienia.

Nie musisz nic robić

Większość konwencjonalnych metod psychologicznych i duchowych ścieżek przyjmuje, że uwolnienie negatywnych emocji, które powodują, że życie jest niesatysfakcjonujące, wymaga pracy i wysiłku: głębokiego wglądu w rodzinną przeszłość, przeżycia jej na nowo, przebaczenia i wyzwolenia przez katharsis (albo pewnych kombinacji wszystkich tych elementów). W kontraście do nich podejście niedualne, wywodzące się z dzogczen (buddyzmu tybetańskiego) i zen (buddyzmu, który swą rozwiniętą formę uzyskał w Chinach, Korei, Japonii), zakłada, że spod władzy zakłócających spokój emocji można wyzwolić się przez nierobienie niczego.

Naucz się kontemplować

Praktyka ta jest odpowiednia dla każdego niezależnie od tego, czy kiedykolwiek medytował. Kontemplacja, zwana także „samym siedzeniem”, polega na: odcięciu się od silnych zewnętrznych stymulacji, takich jak towarzystwo innych ludzi, telewizja, książki czy komputer, siedzeniu lub leżeniu we względnie nieruchomej pozycji, pozostawaniu w ciszy i byciu świadomym, codziennie około 20 minut. Przede wszystkim zapewnij sobie spokój – to najważniejsze. Możesz siedzieć na krześle, kanapie albo poduszce medytacyjnej. Możesz nawet leżeć na plecach. Jedynym wymogiem jest pozostawanie w jednym miejscu około 20 minut. Wybierz wygodną pozycję i bądź przytomna. Stosując się do tych wymogów, po prostu rób to, co zwykle robisz. Myśl, co myślisz, odczuwaj, co odczuwasz, doświadczaj tego, czego doświadczasz. Możesz obserwować oddech, mówić mantrę czy modlitwę, ale nie musisz. Nie jest też konieczne, abyś swoją percepcją podążała za myślami. Oczy możesz mieć zamknięte lub otwarte. Nie ma też znaczenia, czy jesteś skoncentrowana, czy rozproszona. Nie ma możliwości popełnienia błędu.