1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Niksen - holenderska sztuka nierobienia niczego

Niksen - holenderska sztuka nierobienia niczego

Holenderskie słowo niksen to określenie na rozkoszne zbijanie bąków, które nie ma nic wspólnego z nieprzyjemną nudą. Natomiast niejedno je łączy z medytacją. (Fot. iStock)
Holenderskie słowo niksen to określenie na rozkoszne zbijanie bąków, które nie ma nic wspólnego z nieprzyjemną nudą. Natomiast niejedno je łączy z medytacją. (Fot. iStock)
Holenderskie słowo niksen to określenie na rozkoszne zbijanie bąków, które nie ma nic wspólnego z nieprzyjemną nudą. Natomiast niejedno je łączy z medytacją – mówi Olga Mecking, autorka książki na temat tego zjawiska.

Polecamy: 'Niksen. Holenderska sztuka nierobienia niczego', Olga Mecking, wyd. Prószyński i S-ka Polecamy: "Niksen. Holenderska sztuka nierobienia niczego", Olga Mecking, wyd. Prószyński i S-ka

Czy pani czasem się nudzi?
Nigdy. I nie chodzi mi o to, że cały czas coś robię, ale gdy tylko przestaję wykonywać jakieś obowiązki domowe czy zawodowe, od razu włącza mi się myślenie i pojawia się wiele pomysłów, które normalnie nigdy nie przyszłyby mi do głowy. Dla mnie nuda nie jest niczym przyjemnym.

Dlaczego?
Bo oznacza robienie czegoś, czego nie chcemy. To stan, gdy wolelibyśmy być gdzie indziej i robić coś innego.  Ja na przykład okropnie nudzę się, gdy muszę sprzątać. Myślę, że to uczucie jest tak nieprzyjemne, bo ma nas skłonić do wymyślenia, co naprawdę chcielibyśmy robić. Ale nuda to nie jest to samo co nicnierobienie.

No właśnie, jest pani autorką książki „Niksen. Holenderska sztuka nierobienia niczego”. Czym wobec tego jest nicnierobienie?
Można nazwać to także chodzeniem z głową w chmurach, zbijaniem bąków, myśleniem o niebieskich migdałach. To przede wszystkim nicnierobienie bez powodu. „Bo tak” – jak mówią dzieci. Zgodnie z tą definicją na przykład oglądanie wiadomości w telewizji nie jest niksen, ale jeśli telewizor jest włączony, a my myślami jesteśmy gdzie indziej – to już jak najbardziej. Znam osoby, które są bardzo aktywne i tak organizują sobie czas, że zostaje go bardzo mało na nicnierobienie. Wówczas warto nastawić się na to, że jedną z codziennych aktywności robimy tylko dla przyjemności  – czyli biegam nie po to, żeby zrobić maraton, tylko dlatego, że to lubię, bo fajnie się wtedy czuję. To nie jest wprawdzie czyste niksen, ale zupełnie inaczej spędzamy czas, jeśli nie nastawiamy się na cel i na produktywność, tylko na własną przyjemność.

Nastawienie na cel jest tak silne, że trudno nam przychodzi całkowite nicnierobienie. Jednak takie nie do końca czyste niksen może być pierwszym krokiem do zmiany. Co jeszcze poza bieganiem dla przyjemności mogłaby pani polecić?
Chodzi nie tyle o szukanie przyjemności, a o zrozumienie, że nie musimy być ciągle produktywni. Dobrym pomysłem może być także zmiana definicji produktywności na taką, która uwzględni przerwy związane na przykład z chorobą czy potrzebą wypoczynku. Problem w tym, że dziś wiążemy wartość człowieka właśnie z jego efektywnością i dobrze jest postrzegane, gdy mówimy: „musiałam dziś wysłać ze sto maili...”, natomiast wstydzimy się powiedzieć: „dzisiaj nie zrobiłam absolutnie nic”.

Na ile przykłada się do tego kultura, w której żyjemy?
To bardzo istotny czynnik. W Holandii wprawdzie nikt nie mówi otwarcie, że lubi nie robić nic, ale też pracowanie po godzinach nie jest dobrze widziane.

Jednak po pracy wcale nie uwalniamy się od poczucia stresu. Żeby sobie z tym poradzić, coraz częściej uciekamy się do technologii typu aplikacja w telefonie, która przypomina nam o oddychaniu.
Są ludzie, którym to pomaga, bo bez przypomnienia wypełniliby czas przeznaczony na odpoczynek sprzątaniem czy gotowaniem obiadu, a tak apka pilnuje, żeby wykorzystali wolny czas dla siebie. Jestem wielką zwolenniczką robienia tego, co nam ułatwia życie. Jeśli lubimy mieć wszystko poukładane i notować ważne rzeczy w kalendarzyku, to zapiszmy także przerwę  na nicnierobienie. Brak spontaniczności nie zmienia istoty nicnierobienia. Jednak można też niksenować spontanicznie. Kiedy jeżdżę tramwajem czy pociągiem, to zwykle czytam książkę, ale czasem zamiast tego mam ochotę powyglądać sobie przez okno i oglądać ludzi czy zmieniający się krajobraz. I robię to! To właśnie przykład niezaplanowanego niksen, podobnie jak czekanie na kogoś i nicnierobienie w tym czasie.

Czy niksenować można z kimś czy tylko samemu?
Długo byłam przekonana, że jedynie samemu, ale potem dowiedziałam się, że pewna amerykańska psycholożka urządza imprezy, na które przychodzi się po to, by nic nie robić. Można pobawić się piaskiem kinetycznym czy poukładać Lego, ale nie ma reguł. Chodzi o to, by każdy robił, co chce, jednocześnie spędzając czas w grupie.

Czasem gdy czytam książkę i znajdę zdanie, które mi się podoba, odkładam lekturę i rozmyślam chwilę o tym, co przeczytałam, a czasem dzielę się tym z mężem. Ale też bywa tak, że dzieci coś robią, a ja podchodzę do nich, by je pogłaskać czy przytulić. Nie chcę, by przerwały to, co robią, czy zwróciły na mnie uwagę, chodzi tylko o bycie blisko.

Ale czy to jest już niksen czy po prostu sposób na spędzanie czasu wolnego?
Dla mnie granica między tymi pojęciami jest płynna. Ale pewnie dlatego, że staram się mieć dużo wolnego czasu, czyli takiego, w którym nie muszę niczego upychać – mogę wtedy poczytać książke, ale też pospać sobie albo pogapić się przez okno. Nie wszyscy mają taką możliwość, bo ich przerwa ma tylko kilka minut. To za mało na medytację, ale wystarczająco na swobodne myślenie.

Medytacja przyczynia się do obniżenia stresu. Czy niksen też działa w ten sposób?
Z mojej persektywy – matki trojga dzieci – największa różnica (i zarazem zaleta) polega właśnie na tym, że sesja niksen nie trwa tak długo jak medytacja, a też może ułatwić odestresowanie. Na przykład ja po krótkim czasie niksenowania czuję się bardziej kreatywna, przychodzą mi do głowy pomysły na artykuły. Do medytacji ludzie zwykle przygotowują się w jakiś sposób, wprowadzają w pewien stan umysłu, a niksen tego nie wymaga. Choć mam koleżankę, która mówi, że medytuje w kawiarni i opisuje to w sposób, który mnie bardziej pasuje do niksen. Może więc wcale nie ma tak wielkiej różnicy.

Olga Mecking, pisarka, dziennikarka, tłumaczka. Urodzona w Polsce, mieszka obecnie w Holandii. Pisze m.in. do „Guardiana”, „New York Magazine”.

Niksen dla zainteresowanych

  • Jeśli dojeżdżasz do pracy komunikacją publiczną – zamiast przeglądać Internet, pozwól sobie na nicnierobienie.
  • Po przyjeździe do pracy, zanim włączysz komputer, usiądź spokojnie na chwilę, żeby przejść z trybu domowego na biurowy.
  • Jeśli pracujesz w domu, nie zapominaj o regularnych przerwach i część z nich poświęć na bujanie w obłokach.
  • Przeorganizuj swoją przestrzeń tak, by znalazło się w niej miejsce na praktykę niksen – z czasem samo pomyślenie o kanapie czy spojrzenie na fotel będzie już dla organizmu sygnałem do relaksu.
  • Gdy przyłapiesz się na bezmyślnym przeglądaniu mediów społecznościowych, przerwij to i przez chwilę pogap się przez okno lub na pomieszczenie, w którym jesteś.
  • Przed snem zaparz sobie uspokajającą herbatkę ziołową i pijąc ją, pozwól myślom swobodnie dryfować.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Lekarstwo i choroba są w nas – co mówi buddyzm na temat samouzdrawiania?

Kiedy jesteś całkowicie sobą, nic nie może cię dotknąć, wpłynąć na ciebie. Ale kiedy próbujesz być kimś innym, wtedy to wymaga od ciebie ogromnego nakładu energii i pracy nad utrzymaniem tej innej tożsamości. (Fot. iStock)
Kiedy jesteś całkowicie sobą, nic nie może cię dotknąć, wpłynąć na ciebie. Ale kiedy próbujesz być kimś innym, wtedy to wymaga od ciebie ogromnego nakładu energii i pracy nad utrzymaniem tej innej tożsamości. (Fot. iStock)
Chorujemy, kiedy tracimy prawdziwy kontakt z samym sobą – tłumaczy Tenzin Wangyal Rinpocze, mistrz tradycji bon, rdzennej religii Tybetu, założyciel i duchowy przewodnik Instytutu Ligmincza, autor książki „Prawdziwe źródło uzdrowienia”. W rozmowie z Katarzyną Kazimierowską wyjaśnia, że lekarstwo na ból, tak jak i sam ból, jest już w nas.

Jak pan rozumie ból, cierpienie? Bo to o cierpieniu jest właśnie pana książka.
Ból może być objawem fizycznej choroby, a może być też reakcją na to, że nasze uczucia są zablokowane, bo nie mamy szansy siebie wyrazić. Z perspektywy filozofii, ale też religii – ból to manifestacja braku połączenia z samym sobą. Jeśli jesteśmy w pełni świadomi siebie, mamy poczucie wewnętrznej realizacji, to ból nie pojawi się, nie uderzy.

Co to znaczy, że możemy zerwać połączenie z samym sobą, utracić kontakt? W czym to się przejawia?
Jako ludzie stoimy wszyscy przed jednym pytaniem, a przynajmniej wydaje nam się, że przed nim stoimy. To pytanie dotyczy szczęścia, bo przecież wszyscy go szukamy. Ludzie próbują znaleźć je w związkach, w bogactwie, w pięknie, w przedmiotach – nigdy w sobie samych, zawsze gdzie indziej. Zapominają, że równowaga nie płynie z zewnątrz, tylko ze środka. To wewnętrzne piękno, bogactwo nazywam wewnętrznym źródłem. Kiedy nie korzystamy z naszych zasobów, kiedy o nich zapominamy, wtedy tracimy kontakt ze sobą, z naszą duszą. W efekcie nie czujemy się pewnie sami ze sobą, nie mamy poczucia stałości i bezpieczeństwa w pracy czy relacji z drugą osobą. Jeśli ponownie połączymy się z naszą duszą, odzyskamy siebie, naszą stabilność.

Co odciąga nas od tego wewnętrznego źródła?
Na pewno kultura, w jakiej żyjemy, która bardzo koncentruje się na świecie materialnym. Nawet duchowość stała się bardzo materialistyczna, wiąże się z siłą, władzą, kontrolą i bogactwem. Nie tylko na Zachodzie tak się dzieje. Także na Wschodzie rozumienie duchowości, jej waga zmieniły się na niekorzyść. Wiąże się to z tym, że coraz rzadziej korzystamy z tradycyjnego wsparcia, jakie zawsze dawali nam mentorzy, nauczyciele, przyjaciele, ludzie, których obdarzaliśmy zaufaniem.

Pisze pan, że to również wina fałszywych tożsamości, jakie często nieświadomie przyjmujemy. Jak odróżnić fałszywą tożsamość od prawdziwej?
To głęboki filozoficzny koncept, który spróbuję wyjaśnić w jak najprostszy sposób. Kiedy jesteś całkowicie sobą, nic nie może cię dotknąć, wpłynąć na ciebie. Ale kiedy próbujesz być kimś innym, wtedy to wymaga od ciebie ogromnego nakładu energii i pracy nad utrzymaniem tej innej tożsamości. Jedno kłamstwo pociąga kolejne, bo musisz wkładać wiele wysiłku w to, by utrzymać, obronić i uwiarygodnić to pierwsze. A te kłamstwa nie tyle dotykają ciebie, co wszystkich dookoła.

Dziś mówi się o epidemii depresji. Jakie są jej źródła według pana?
Myślę, że depresja historycznie zawsze była obecna w społeczeństwie i w jednostkach, z różnych powodów, ale dziś poziom jej intensywności jest dużo wyższy. Jedną z przyczyn może być to, że ludzie są bardziej zagubieni i zmęczeni – nie tylko szukaniem drogi wyjścia, ale też niewiedzą o tym, czego szukają. Są także zmęczeni różnymi bodźcami, które non stop wysyła świat zewnętrzny. Kolorowe magazyny bez przerwy podpowiadają, jaką markę samochodu kupić, żeby poczuć się lepiej, jak wyglądać, kogo przypominać, jak żyć i w jakim otoczeniu. Ale nikt nie mówi, że to ty sam jesteś bogactwem, ty jesteś pięknem. Kiedy spojrzymy trzeźwym okiem na nasze wyimaginowane potrzeby, to okaże się, że nie stać nas na taki samochód czy dom i nie możemy wyglądać jak ktoś inny, bo przecież jesteśmy sobą. Ci wszyscy, którzy próbują mieć to co inni, wyglądać jak inni, być jak inni, byle być lepszymi, są w beznadziejnej sytuacji.

Jak się uleczyć? Wspomina pan, że ważne jest otwarcie na ból, na trudne emocje, także na cierpienie.
Trudno jest zaprosić do siebie ból, ale przecież on już w nas jest, po prostu ignorujemy jego obecność. Dlatego zawsze powtarzam: jeśli masz z kimś trudną relację, nie ignoruj tego, działaj, bo to może być ostatnia szansa na rozwiązanie czegoś, naprawienie. Zaakceptuj ten problem, dostrzeż go, pogódź się z tym, bo wtedy właśnie go uwalniasz. Wyzwalasz się z tego.

Namawia pan do bliższego i częstszego kontaktu z przyrodą. Mieszkańcy dużych miast mają trochę utrudnione zadanie.
Jeśli dla kogoś priorytetem jest kontakt z naturą, to nie będzie szukał wymówki. Gdy byłem kiedyś w Arizonie, spotkałem człowieka z Szanghaju. Przebył długą drogę tylko po to, by zobaczyć Wielki Kanion i przez pięć dni wędrować po okolicy. Czyli można. Natura jest święta, drzewa są święte, ziemia jest święta. Mój przyjaciel zawsze opiera swój rower o drzewo, zamiast przypinać go do barierki – mówi, że drzewa lepiej zadbają o jego rower, bardziej im ufa.

Jest pan też zwolennikiem... nicnierobienia.
Kiedy ktoś nas pyta, co robimy, a my odpowiadamy: „nic” – zwykle spotykamy się z ogromnym zaskoczeniem. Za to jeśli mówimy, że jesteśmy bardzo zajęci, odpowiedź spotyka się z aprobatą – wszyscy zgadzają się, że kiedy coś robimy, możemy uznać swoje życie za dobre i wartościowe. Ludzie nie doceniają prawdziwej wartości nicnierobienia. Mówiąc „nicnierobienie”, mam na myśli bycie spokojnym, wyciszonym, ale też niewykonywanie żadnej aktywności. Chodzi o to, żeby nic nie robić i naprawdę się tym cieszyć, dać sobie prawo do wyciszenia, ucieczki od szumu, który nas otacza. Dopiero wtedy mamy szansę usłyszeć siebie. Pójdźmy do kawiarni i napijmy się kawy w samotności, w spokoju, i po prostu przeżyjmy dobry dzień.

Ludzie nie cenią zwykłych rzeczy, bo uważają, że istnieją jedynie poprzez innych, są widzialni tylko poprzez uwarunkowania towarzyskie. A nasze prawdziwe „ja” objawia się w ciszy i spokoju, dopiero wtedy jesteśmy w stanie wejść w to bycie, kiedy nasz umysł jest otwarty, ale niebodźcowany w sytuacjach towarzyskich czy społecznych. A tak wygląda na co dzień nasze życie. Ludzie jadą na wakacje, by nic nie robić i odpocząć, ale są tak zestresowani tą sytuacją, że zachowują się tak jak zawsze, czyli gonią od jednej atrakcji do drugiej.

W swojej książce pisze pan o tzw. trzech cennych pigułkach. To cisza, przestrzeń i bezruch.
Odczucie bezruchu ciała to drzwi do wewnętrznej przestrzeni. Dzięki połączeniu się z ciszą łączymy się z głębszym odczuciem spokoju i spełnienia. A poprzez doświadczenie przestrzeni otwieramy drzwi wewnętrznego ciepła i radości, wewnętrznego schronienia, czyli schronienia bezwarunkowego. Nie jesteśmy naszym ciałem. Gdy dotyka nas ból, to dotyka on naszego ciała, nie przestrzeni w środku nas. A właśnie tej przestrzeni w nas każdy potrzebuje i każdy ją ma. Na pewno warto jak najczęściej zażywać trzy pigułki, ale wystarczy też po prostu usiąść na 10–15 minut, zwłaszcza wtedy, kiedy czujemy, że się zgubiliśmy i potrzebujemy pomocy. Pamiętajmy, że zawsze możemy sami sobie pomóc, bo wszystko, czego potrzebujemy, jest już w nas.

Fot. materiały prasowe z Kursu organizowanego w Polsce w 2016 roku przez Ośrodek Cziamma Ling.Fot. materiały prasowe z Kursu organizowanego w Polsce w 2016 roku przez Ośrodek Cziamma Ling.

Tenzin Wangyal Rinpocze, mistrz tradycji bon, rdzennej religii Tybetu. Założyciel i dyrektor Instytutu Ligmincza. W Polsce jego uczniowie skupieni są w Związku Garuda. Autor m.in. „Cudów naturalnego umysłu“, „Przebudzenia świętego ciała“ i „Prawdziwego źródła uzdrowienia”.

Poniżej wykład mistrza Rinpocze na temat spontanicznej kreatywności:

  1. Styl Życia

Floating – relaks nie z tej ziemi

(Fot. materiały prasowe Aura Spokoju)
(Fot. materiały prasowe Aura Spokoju)
Żyjemy w świecie pełnym bodźców. Ich nadmiar powoduje, że jesteśmy przeciążeni, przytłoczeni i zestresowani. Poziom napięć jest tak duży, że o relaks i regenerację trudno nawet w czasie urlopu. Kończy się to problemami zdrowotnymi, psychicznymi i relacyjnymi. Cierpimy my sami i nasze otoczenie.

Dlatego warto zadbać o to, by stres i napięcie nie zniszczyły naszego zdrowia i dobrego samopoczucia. Jak to zrobić, kiedy na wszystko brakuje czasu? Udać się na godzinna sesję floatingu w Aurze Spokoju.

Floating polega na unoszeniu się na powierzchni roztworu wody i soli EPSOM w specjalnie przygotowanej do tego kabinie. Historia floatingu sięga lat pięćdziesiątych XX wieku, kiedy dr. Jay Shurley i John Lilly w National Institute of Mental Health zainteresowali się zrozumieniem, jak ludzki mózg reagowałby na środowisko pozbawione zewnętrznych bodźców sensorycznych. Po wielu latach badań dobroczynny wpływ na ciało, emocje i myśli pozbawieniu człowieka wrażeń zmysłowych został naukowo udowodniony.

Na czym polega fenomen floatingu

Sesja floating pozwala skutecznie odciąć się od całego otoczenia. Dzięki wyłączeniu wszystkich doznań nasz układ nerwowy może się zregenerować. Floating przypomina reset przeciążonego, zawieszającego się systemu operacyjnego w komputerze. Wciskamy ctr+alt+del i wyłączamy po kolei wszystkie „aplikacje”. Podobnie działa floting. Wyłączamy zmysły: najpierw węch i smak, potem słuch, dotyk, wzrok i zmysł kinestetyczny, czyli czucie głębokie. W efekcie ciało się rozluźnia, staje się lekkie, lewituje.

Piotr Kolmas, właścicel Aury Spokoju tak opisuje przebieg sesji floatingu: „Zostajemy w przestrzeni bez bodźców. Nasz umysł zwalnia, po czym stopniowo wyłącza się, aż dosłownie „zatrzymuje się”. Zatracamy granice między sobą a otoczeniem. Rozprzestrzeniamy się na cały wszechświat. Doświadczamy poczucia, że nie jesteśmy ciałem, ani kłębkiem myśli, ani emocjami. Dotykamy tajemnicy człowieczeństwa, naszej naturalnej tożsamości. Sesję kończymy odświeżeni, wypoczęci i pełni energii witalnej.”

(Fot. materiały prasowe Aura Spokoju)(Fot. materiały prasowe Aura Spokoju)

Jak często floatować?

Doświadczone osoby wiedzą, że najlepsze efekty zapewnia regularne stosowanie floatingu. Doskonałym rytmem jest floatowanie raz albo dwa razy w miesiącu. Najlepsze efekty floating przynosi, kiedy jest doświadczany systematycznie i regularnie. Już po pierwszej sesji odczujemy zmianę. Każda kolejna sesja będzie utrwalać dobroczynny efekt. W Aurze Spokoju oferujemy po bardzo atrakcyjnej cenie karnet na dziesięć wejść. Pozwala on w pełni doświadczyć efektów floatingu i jednocześnie zdyscyplinować się do regularności.

Jak wygląda kabina do floatingu

Obecnie dzięki stworzeniu przestronnych i przyjaznych dla użytkownika kabin następuje szybki wzrostu popularności tej formy relaksu. W Aurze Spokoju dysponujemy dwoma kabinami floatingowymi o wymiarach: 2500 mm - długość, 1500 mm – szerokość i 2200 mm - wysokość. Jest to pomieszczenie, w którym można więc swobodnie stanąć, a nawet chodzić. Poziom wody w kabinie floatingowej wynosi 25 cm. W 0,7 m3 wody rozpuszczono prawie 500 kg soli Epsom. Dzięki temu wyporność jest na tyle duża, że każde ludzkie ciało, niezależnie od wagi utrzymuje się na powierzchni wody. Nie są potrzebne żadne umiejętności pływackie. Floatujemy leżąc na plecach, a przez całą sesję ciało pozostaje właściwie nieruchome.

Co daje floating?

Floating jest doświadczeniem niezwykle przyjemnym. W kabinie jest ciepło, miło i spokojnie. Podczas seansu organizm wytwarza hormony serotoniny oraz endorfiny, dzięki którym zmniejsza się odczuwanie bólu. Wielu stałych klientów pierwszy raz pojawiło się w Aurze Spokoju z polecanie lekarza, terapeuty, czy trenera personalnego.

Przeprowadzone liczne badania naukowe potwierdzają, że sesja floatingu działa pozytywnie na aparat ruchu. Ustają bóle stawów, zwiększa się ich ruchliwość, znikają bóle kręgosłupa, bóle mięśni, szybciej goją się złamania i inne zranienia. Efekty te można jeszcze wzmocnić łącząc sesję z masażem całego ciała.

W czasie floatingu układ krwionośny zostaje rozszerzony, następuje tzw. efekt wazodylatacyjny – komórki są zaopatrywane w większą ilość substancji odżywczych, a także przyspiesza się wypłukiwanie z ciała kwasu mlekowego. Floating to także doskonały sposób na uzupełnienie niedoboru magnezu. Roztwór soli Epsom działa także przeciwzapalnie, antybakteryjnie, antyłojotokowo. Wykazuje silne właściwości oczyszczające, odmładzające oraz odtruwające z metali ciężkich. Ponadto lecznicze właściwości siarczanu magnezu wspomagają pracę serca, obniżają ciśnienie tętnicze krwi oraz zmniejszają ryzyko zawałów serca, czy udarów.

Floating pozytywnie wpływa także na psychikę. Uwolniony od obciążenia mózg i cały system nerwowy dosłownie odżywa. Dlatego floating zalecany jest w terapii depresji, stresów, nerwic, ADHD, zespołu Aspergera, Autyzmu, ADD, nadpobudliwości, syndromu przemęczenia i wielu innych. Efekty są doskonale opisane w licznych badaniach do przeczytania w łatwo dostępnych opracowaniach naukowych.

(Fot. materiały prasowe Aura Spokoju)(Fot. materiały prasowe Aura Spokoju)

Jak się przygotować do floatingu?

Udział w sesji nie wymaga specjalnych przygotowań. Tuż przed sesją nie wskazane jest dokonywanie zabiegów depilacji i golenia włosów. Każde zranienie skóry będzie bowiem boleśnie odczuwane ze względu na zasolenie wody. Warto być punktualnie, by nie spieszyć się i nie stwarzać sobie poczucia presji. Przed sesją nie należy pić kawy, spożywać alkoholu ani innych substancji wpływających na stan percepcji. Ostatni posiłek najlepiej zjeść na ok. 90 min przed sesją. Warto wypić odpowiednią ilość wody, by nie odczuwać pragnienia.

Do centrum floatingu warto wziąć swój ręcznik i klapki. Strój kąpielowy jest niepotrzebny. Floatujemy nago, tak by wyeliminować jakiekolwiek doznania dotykowe. Aura Spokoju zapewnia odpowiednie warunki do zachowania intymności. Floatuje się we własnej, indywidualnej kabinie floatingowej do której wchodzi się z prywatnej łazienki.

(Fot. materiały prasowe Aura Spokoju)(Fot. materiały prasowe Aura Spokoju)

Czystość

W Aurze Spokoju rygorystycznie przestrzegamy wymagań dotyczących bezpieczeństwa i higieny. Przed każdym klientem przebieralnie i łazienki są dokładnie myte. Dodatkowo dezynfekowane są wszystkie elementy, których dotykają nasi klienci: klamki, uchwyty, krany, prysznic, toaleta i włączniki świateł.

Sama ciecz, na której się unosimy to wysoko nasycony roztwór siarczanu magnezu, który nie sprzyja rozwojowi bakterii. Po każdej sesji, jednakże przechodzi on wieloetapowy proces filtrowania. Filtry mechaniczne usuwają z wody wszystkie zanieczyszczenia fizyczne. Następnie woda jest dezynfekowana z zastosowaniem promieniowania UV. Polega to na naświetlaniu wody przepływającej przez cylindry, w których umieszczone są lampy emitujące promieniowanie ultrafioletowe o odpowiedniej bakteriobójczej mocy.

Woda następnie jest ozonowana. Ozon jest silnym utleniaczem i ma zdolność do niszczenia glonów i bakterii, inaktywacji wirusów i utleniania wielu organicznych i nieorganicznych zanieczyszczeń, które występują w wodnych roztworach.

Dodatkowo na noc do wody dodajemy aktywny tlen przeznaczony dla ośrodków spa i do basenów. Działanie aktywnego tlenu jest podobne do działania chloru. Aktywne składniki środków tlenowych likwidują bakterie oraz zanieczyszczenia organiczne.

Dla kogo jest floating?

Praktycznie dla każdego dorosłego. Ze względu na zbyt subtelne doznania dzieci nudzą się i nie są w stanie oddać się relaksowi. Floating pozytywnie wpłynie na osoby w każdym wieku. Miłośnikami tej formy regeneracji są zarówno panie, jak i panowie. Klienci Aury Spokoju to osoby w wieku od 20 do 70 lat. Najwięcej osób przyciąga perspektywa niezwykłych doznań. Wielu klientów floatuje z dbałości o swój dobrostan. Sporo osób łączy floating z masażem wykupując pakiet RELAKS. Kolejna liczna grupą są osoby pracujące twórczo. Floating doskonale wpływa na kreatywność. Wiele osób przychodzi na sesję czując się przeciążone pracą, wyzwaniami dnia codziennego i ciągłym napięciem. Codziennie też pojawiają się osoby skierowane na floating przez specjalistów opieki zdrowotnej: lekarzy ortopedów, fizjoterapeutów, masażystów i psychoterapeutów.

Floating to także doskonała forma regeneracji dla sportowców. Wiele profesjonalnych klubów ma swoje kabiny floatingowe. Ze znanych osobistości sportu, warto wiedzieć, że miłośnikiem floatingu był wybitny lekkoatleta Carl Lewis.

Wiele naszych voucherów trafia do rąk pracowników. Floating jako sesja relaksu to doskonały sposób, żeby podziękować za wysiłek pracownika i symbolicznie wesprzeć w regeneracji: „doceniam to co zrobiłeś, to był trudny czas, odpocznij, zadbaj o siebie.”

Szefowie, którzy chcą systematycznie zadbać o well-being swoich podwładnych decydują się na wręczenie im karnetów na kilka sesji. W ten sposób doskonale mogą zadbać o energię i siły pracownika o pośrednia na ich zaangażowanie i rezultaty biznesowe.

(Fot. materiały prasowe Aura Spokoju)(Fot. materiały prasowe Aura Spokoju)

Floating na prezent

Floating to doskonały pomysł na prezent. Przeżycie sesji jest tak pozytywne, że każdy, niezależnie od wieku i osobistych preferencji doceni jej efekty. Floating zapewnia wyjątkowe przeżycie, które trudno porównać z czymkolwiek innym. Pozytywne doświadczenia z floatingu są niezaprzeczalne i potwierdzone badaniami naukowymi. 99% osób, które doświadczyły floatingu jest bardzo zadowolone z przebiegu i efektu.

Floating może być też doskonałym pomysłem na czas spędzony wspólnie. W Aurze Spokoju ma dwie oddzielne kabiny co umożliwia równoległe doświadczenie głębokiego relaksu.

Okazji do wręczenia floatingowego prezentu jest tyle ile darczyńców i obdarowywanych. Każdy pretekst jest dobry do tego, żeby pokazać, że zależy nam na drugiej osobie. Najczęściej nasi klienci kupują sesję floatingu w postaci vouchera. Można to samodzielnie zrobić na stronie auraspokoju.pl. W personalizowanym voucherze możemy przygotować dowolną dedykację. Niezależnie od okazji, doświadczenie unoszenia się, błogiej lewitacji zostanie zapamiętane na całe życie.

Więcej na auraspokoju.pl.

  1. Psychologia

Aloha znaczy miłość. Kilka słów o filozofii huna i masażu lomi lomi nui

W filozofii huny, czyli starożytnej wiedzy polinezyjskich kahunów, tył ciała symbolizuje przyszłość, czyli coś, czego nie jesteśmy w stanie zobaczyć, natomiast przód to przeszłość. (Fot. iStock)
W filozofii huny, czyli starożytnej wiedzy polinezyjskich kahunów, tył ciała symbolizuje przyszłość, czyli coś, czego nie jesteśmy w stanie zobaczyć, natomiast przód to przeszłość. (Fot. iStock)
Ta ceremonia to coś więcej niż relaks i przyjemność. To czułość w najczystszej postaci. Jedni porównują ją do bycia łagodnie obmywanym przez wody oceanu, inni – do troskliwego dotyku matki lub zmysłowych objęć kochanka. Joanna Przybyła, która specjalizuje się w hawajskim masażu lomi lomi nui, wyjaśnia, jaka filozofia stoi za tymi wszystkimi doznaniami.

Ja po prostu stwarzam przestrzeń akceptacji i czułości. Chcę, by osoba masowana czuła się bezpieczna, zrelaksowana i otoczona miłością – to esencja ceremonii lomi lomi nui – mówi terapeutka holistyczna Joanna Przybyła. Celem jest lekkość, miękkość, przepływ. W miękkim ciele może bowiem płynąć swobodnie MANA, czyli energia życiowa, w innych systemach nazywana praną, qi lub czi. Sam masaż też jest płynny, z dużą ilością olejków i posuwistymi, niemalże tanecznymi ruchami osoby masującej. – Niektórzy mówią, że ten dotyk jest jak fale oceanu, ja widzę w nim ruchy żółwia oceanicznego, który w majestatyczny sposób rozgarnia wodę swoimi wielkimi płetwami – wyznaje. To bardzo intensywna praca mięśniowo-powięziowa. Pracuje się przedramionami i dłońmi na dużych partiach mięśni oraz na stawach, wykonując właściwie jeden podstawowy ruch, ale w różnych konfiguracjach. – W przekładzie „lomi lomi nui” można rozumieć jako „dotyk miękką łapą zadowolonego kota” – śmieje się terapeutka.

W ten właśnie łagodny, niespieszny sposób (ceremonia masażu trwa zwykle około dwóch godzin) rozpuszcza się zastoje, zlokalizowane w napiętych mięśniach czy zastygłych stawach. Miękkość ma się pojawić we wszystkich strukturach – bo jeśli puścimy kontrolę ciała, to i umysł będzie mógł się uwolnić. Rytuał jest płynny i lekki także dlatego, by łatwiej mogła się podczas niego ujawnić intencja, z jaką przychodzimy.

Bo lomi lomi nui to masaż intencyjny. Zaczyna się go od małej ceremonii, sam na sam ze sobą, w pokoju do masażu. Swoją intencję trzeba poczuć i ją wyrazić. A wcześniej dobrać ją z myślą o naszym najwyższym dobru – to może być na przykład intencja większej harmonii w naszym życiu, uzdrowienia, zamknięcia tego, co złe, spokoju ducha, większej radości, nowej miłości... Joanna Przybyła prosi, by z tą intencją zapalić świeczkę, która będzie się paliła podczas całego masażu. – Chodzi o to, by to puścić, by poszło to z lekkością. Poczuć w ciele, jak się już manifestuje – temu też służy masaż – tłumaczy.

Na początku terapeutka pyta masowanego, czy życzy sobie, żeby zaintonowała dwie modlitwy, obie po hawajsku. Pierwsza to „Aumakua”. Samo słowo znaczy: wyższe „ja”. W modlitwie prosi się je, by zesłało na masowaną osobę wodę życia i żeby jej intencja mogła się zamanifestować. AUMAKUA to nasz duch opiekuńczy, który potrafi uzdrawiać i ma wielką moc, ma też kontakt z Bogiem, naturą, wszechświatem, źródłem – jakkolwiek ten byt chcemy nazwać. Akurat Hawajczycy są mocno związani z naturą, ona dla nich jest bogiem, można więc uznać, że to prośba skierowana do niej.

Druga modlitwa to „Noho ane ke akua”, w której Joanna odwołuje się do bogini Laka, opiekunki tancerzy hula. Bo osoba, która masuje, jest tak naprawdę tancerzem hula. Taniec hula ma specyficzne kroki i sposób poruszania się. Osadzenie nisko na kolanach i rozbujane biodra symbolizują połączenie z energią ziemi. W tańcu i podczas masażu kroki są te same. – Dlatego dla mnie lomi lomi nui to rodzaj medytacji w ruchu – mówi terapeutka.

Ceremonii towarzyszy też hawajski klimat – muzyka, olejki, wyższa temperatura powietrza. Osoba masowana leży na gumowanym prześcieradle, ułatwiającym wykonywanie ruchów masujących pod ciałem. Jest bez bielizny, pareo przykrywa jedynie miejsca intymne, które nie są dotykane. Joanna omija też piersi – skupiając się jedynie na przestrzeni pomiędzy nimi. Zaczyna od pleców, karku i tyłu nóg, masuje łagodnymi, ale zdecydowanymi ruchami. Po chwili podnosi rękę, jedną i drugą, oraz nogi, trzeba nimi bardzo delikatnie poruszyć w stawach, tak jakby masowany płynął żabką.– Najlepiej, gdy w żaden sposób nie pomaga mi podczas podnoszenia jego ręki czy nogi, bo w ten sposób całkowicie poddaje się masażowi – mówi terapeutka. – To uczy tego, jak zaufać drugiej osobie na tyle, by przestać kontrolować to, co robi z naszym ciałem. Im bardziej odpuścimy tę kontrolę, tym więcej skorzystamy. Ale kiedy czuję, że ciało wyhamowuje, że nie ma jeszcze tego pełnego poddania, traktuję to z szacunkiem. Widocznie nie jest jeszcze na to gotowe, ale może ta lekkość za jakiś czas się pojawi. Może ciało odnajdzie wreszcie przyjemność w odpuszczeniu kontroli.

Nowa przestrzeń życia

Zgodnie z nurtem Aloha International, organizacji, w której kształciła się Joanna Przybyła i z ramienia której jest też nauczycielką, masaż lomi lomi nui łączy filozofię huny, czyli starożytnej wiedzy polinezyjskich kahunów z tańcem hula oraz kinomaną, czyli pracą poprzez ciało. – Ciało jest bramą do naszej świadomości, ale jest też domem dla myśli, jak mówi huna. Ono jest naszym drogowskazem, przewodnikiem. Tym bardziej powinniśmy o nie dbać – tłumaczy terapeutka. Musimy je nakarmić, ubrać, zadbać, by było mu ciepło – tylko wtedy jesteśmy w stanie funkcjonować. Dopiero kiedy zadbamy o swoją przestrzeń fizyczną, będziemy w stanie pomyśleć o czymkolwiek innym. Dlatego szanujmy nasze ciało, słuchajmy, co do nas mówi, żeby nie musiało krzyczeć.

Co ciekawe, w masażu i filozofii huny tył ciała symbolizuje przyszłość, czyli coś, czego nie jesteśmy w stanie zobaczyć, natomiast przód to przeszłość. – Kiedy mówię o tym ludziom przed masażem, to potem wyznają, że podczas ceremonii mocno tego doświadczali. Plecy, pośladki, łydki, kark – te rejony mamy zwykle najbardziej spięte. Niektórzy mówią, że kiedy podczas masażu stopniowo się rozluźniały, czuli, jakby się wreszcie otwierali na swoją przyszłość. Na to, że może być piękna i służąca – opowiada Joanna. – Czasem dla kobiet trudny jest moment, kiedy z brzucha obracam je na plecy i widać ich piersi. Na poziomie bardzo intuicyjnym, płynącym z serca, czuję, jakby wstydziły się swojej przeszłości. Ale w trakcie masażu to się zmienia. Słyszę, że robią głęboki wdech i wydech, jakby odpuszczały to, co było. Chciałabym, by zrozumiały, że nasza przeszłość, jakakolwiek była, jest do uznania, czułego spojrzenia na nią, zaopiekowania się nią. To już minęło, nie zmienimy tego, nasze przeszłe doświadczenia, nawet jeśli wymagające, pozwalają po przetransformowaniu osadzić się w mądrości i mocy.

W trakcie masażu często pojawiają się łzy wzruszenia. Poczucie, że był to bardzo osobisty moment. – Kobiety mówią, że nigdy nie okazały sobie tyle czułości, ile dostały ode mnie. Mężczyźni wyznają, że nie pamiętają, by ich matka była dla nich kiedykolwiek tak dobra jak ja. Też odczuwam to wzruszenie. Dla mnie to piękny taniec duszy z duszą, ciała z ciałem – mówi Joanna Przybyła.

I dodaje, że ważny jest też moment, w którym schodzi się ze stołu do masażu. Warto zwrócić wtedy baczną uwagę na swoje kroki, bo w tym momencie wchodzi się w zupełnie nową przestrzeń swojego życia.

Joanna Przybyła, terapeutka holistyczna, praktyk i nauczycielka masażu lomi lomi nui. Specjalizuje się też w terapiach dźwiękiem. Więcej informacji na www.kalejdoskopth.pl.

  1. Psychologia

"Wyluzuj wszystko, co się da" – radzi psycholożka Katarzyna Miller

– Po pierwsze, nie wszystko muszę. Po drugie, to, co potrafię, mam jak najczęściej robić, czerpać z tego satysfakcję i pieniądze. A po trzecie, pewnych rzeczy w ogóle nie muszę, bo inni robią je lepiej – mówi Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
– Po pierwsze, nie wszystko muszę. Po drugie, to, co potrafię, mam jak najczęściej robić, czerpać z tego satysfakcję i pieniądze. A po trzecie, pewnych rzeczy w ogóle nie muszę, bo inni robią je lepiej – mówi Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
A co się da, ty sama dobrze wiesz. Jeśli coś jest dla ciebie ważne, nie odpuszczaj. Ale reszta? Po co ci toksyczne relacje, opinia tych, na których ci nie zależy, czy dowalanie sobie albo wstyd? Pyta psychoterapeutka Katarzyna Miller. Ale najpierw o tym, czym się różni praca nad sobą od umniejszania sobie.

Pomyślałam, że zacznę od wątku, który może się wydawać daleki od umniejszania sobie, ale moim zdaniem ma z nim wiele wspólnego. Chodzi mi o to, co dzieje się teraz na uczelniach artystycznych, w jaki sposób łamie się tam studentów, jak się nimi poniewiera, jak się im ubliża i ciągle przekracza ich granice. Bardzo to smutne, że nadal w wielu szkołach, ale i wielu domach uważa się, że tak trzeba hartować charaktery.
Nie powiedziałabym, że celem takiej pedagogiki czy wychowania jest nas złamać, tylko że to bezmyślne powtarzanie wzorów. Jeśli już, to powszechnym celem jest posłuszeństwo rodzicom czy wyższym celom, w tym wypadku, jak rozumiem, sztuce. Świadome łamanie bardziej jest związane ze sportem, wojskiem – czyli wszędzie tam, gdzie wymaga się żelaznej dyscypliny. Choć pamiętam jednego nauczyciela z czasów, kiedy uczyłam się psychoterapii, którego do dzisiaj szczerze nienawidzę – on właśnie tak nas traktował. Mieliśmy nie paść, być dzielni i znieść wszystko. Długo się potem z tego wyzwalałam. Kolejni pedagodzy mnie trochę „rozluźnili”, a już najbardziej zrobiło to spotkanie z Carlem Rogersem, który pokazał nam szkołę pracy z ludźmi opartą na empatii. Zrozumiałam, że najlepsze wyniki można osiągnąć, traktując ludzi po ludzku.

Przypomina mi się scena z serialu „The Crown”, w której książę Filip posyła delikatnego Karola do surowej szkoły w Szkocji. Uważa, że skoro zahartowała jego charakter, to samo zrobi z charakterem jego syna. Mimo że Karol błaga, protestuje i bardzo tam cierpi. Tak à propos bezmyślnie powtarzanych wzorców...
Kiedy się trochę poczyta o potomkach rodów królewskich czy wielkiej arystokracji, to naprawdę nie ma im czego zazdrościć. Przez swoje rodziny byli przeważnie traktowani w sposób nieludzki, od maleńkiego przystosowywano ich do pełnienia roli kogoś, kogo nic nie dotyka i kto jest ponad wszystko. A ponieważ żadne dziecko nie może być ponad wszystko, więc głównie musi sobie poradzić ze swoimi uczuciami, zacząć je tłamsić, ukrywać. Królowa Elżbieta II też jest wytworem takiego wychowania.

No ale czy to słuszne jest myśleć, że najbardziej uodporni nas na krytykę ciągłe bycie jej poddawanym?
Niektórzy stają się wtedy na nią odporni, a inni się łamią – tak się zawsze dzieje. Pewne aspekty treningu wytrwałości, dzielności czy odporności się przydają, ale jedynie wtedy, gdy mamy życzliwą wiedzę o możliwościach danej osoby, o jej wytrzymałości – psychicznej i fizycznej. Są ojcowie, którzy wrzucają swoje dzieci na głęboką wodę, nie patrząc na to, jaką mają wrażliwość, odporność na stres, jakie lęki...

Wrzucają nawet dosłownie, mam tu na myśli naukę pływania.
Tak, ja też mam to na myśli. Mnie tak zrobił kiedyś mój tatuś. Nie był głupim facetem i naprawdę dużo dobrego mu zawdzięczam, natomiast wepchnął mnie pod wodę w taki sposób, że mało się nie utopiłam i przeraziłam się strasznie. Ale też się wtedy zaparłam, że się nauczę pływać sama, i się nauczyłam. Nocami wyobrażałam sobie, że pływam i tak sobie to przyswoiłam. Serio, to jedno z moich większych osiągnięć. Choć mogłam się też nauczyć pływać bez tego. Ja dałam radę, ktoś inny może by się nie zaparł, tylko pozostał z lękiem przed wodą.

Wracając do szkół aktorskich, to pomyślałam sobie, że jeśli takie rzeczy dzieją się przed całą grupą, to ci pedagodzy robią coś jeszcze – uczą chamstwa, prostactwa, braku empatii, niehumanitarnych wartości. A przecież żadna szkoła, nie tylko artystyczna, nie tego powinna uczyć. Zobacz, co chwila docierają do nas ze świata informacje o tym, że ludzie pokazują swoją nieludzką twarz. I jeszcze mają dla swojego zachowania bardzo dużo uzasadnień i wyższych racji. Jestem za tym, by uczyć dzieci dawania sobie rady, ale nie w ten sposób, że podpala się im mieszkanie, żeby umiały uciec z pożaru.

Czasem już malutkim dzieciom mówi się, chcąc je zmotywować: „A ja myślę, że ci się nie uda, że nie dasz rady”. Jedno dziecko się zaprze i będzie chciało udowodnić, że jest inaczej, a inne uzna, że skoro mama, tata czy pani w przedszkolu uważają, że nie dam rady, to może mają rację.
Akurat jestem po weekendowej grupie terapeutycznej, gdzie wspólny mianownik wszystkich uczestniczek był następujący: „mama we mnie nie wierzyła i cały czas mnie sekowała”. Owszem, te dziewczyny pokazały, że potrafią – pokończyły studia, świetnie zarabiają i wyglądają, ale w środku są bardzo powichrowane. Nie połamane, bo przecież w końcu sobie radzą i umieją szukać pomocy, skoro na takie warsztaty przyjeżdżają, ale niewątpliwie cierpią. A przecież ta ich energia mogłaby się cudownie przydać przy innych rzeczach, niekoniecznie przy wychodzeniu z ciemnego dołka. Powinniśmy się opierać w życiu na czymś pozytywnym, nie negatywnym.

Mówiłam już kiedyś o pewnych warsztatach, w których brałam udział jako młoda dziewczyna. Prowadzący poprosił, żebyśmy dobrali się w pary i sprawdzili na sobie to, co chcemy, tylko oczywiście musimy to wcześniej między sobą ustalić, żeby dla wszystkich było to bezpieczne. I pamiętam, że wybrałam sobie taką drobniutką dziewczynkę i powiedziałam: „Pokaż mi, że się mnie boisz”. Po czym zaczęłam iść na nią jak jakiś potwór, i ona weszła pod stolik, zakryła sobie głowę. Przerwałam to i powiedziałam: „Wystarczy, dziękuję ci bardzo, wiem, że tego nie chcę”. Zrozumiałam, że ani mnie to bawi, ani cieszy, ani karmi, ani buduje poczucie wartości. Ale ważne było, że mogłam to zrobić i że to było umówione.

Bo ona tylko udawała.
Oczywiście. Obie strony były na to przygotowane. A ja bałam się mojej mamy i chciałam sprawdzić, czy może poczuję się lepiej, kiedy ktoś mnie będzie się bał. Działanie motywowane strachem nie jest dobre dla nikogo, dlatego rodzice mogliby swoim dzieciom, a zwłaszcza dziewczynkom, częściej wpajać pewność siebie, przekonanie, że mają się czym obronić i że mają prawo siebie bronić oraz wspierać innych. Tego też uczę na moich warsztatach – budowania swojej siły na przykład poprzez mówienie „nie”. Znajomym, partnerowi, szefom, rodzicom. Choćby takiemu nauczycielowi, który bez uprzedzenia daje mi w twarz, żeby pokazać, jak trzeba zagrać.

Podajemy te przykłady krytykujących i umniejszających nauczycieli i rodziców, by powiedzieć też o tym, że i my często ich uwewnętrzniamy i sami sobie dowalamy: „Znowu ci się nie udało”, „Nie nadajesz się do tego”.
W dodatku robimy to niezwykle celnie, bo najlepiej wiemy, w co uderzyć, by najbardziej bolało. Oczywiście nauczyli nas tego nasi wychowawcy czy opiekunowie, ale my to ciągniemy, co więcej – my to udoskonalamy, cyzelujemy. Jesteśmy w tym dobrzy, to nam wychodzi i ma to swój diabelski urok. Zobacz, ile ludzie sobie mówią nieprzyjemnych rzeczy, a ile dobrych. A nawet jest taki zwyczaj, że jeśli masz powiedzieć o sobie coś dobrego, to trzeba zastrzec, „Przepraszam, że to powiem, ale dlatego, że się na tym znam”, „Nie chcę wyjść na nieskromną, ale naprawdę mi to wychodzi”. Rzadko kto mówi: „Jestem w tym najlepszy, świetny; jestem genialna” i jeszcze się sobie w tym podoba.

Jako młoda dziewczyna często wyrzucałam sobie coś, co zrobiłam komuś kilka lat wcześniej i czego się bardzo wstydziłam.
O, to szalenie powszechne. Masami do mnie przychodzą ludzie ze wstydem dotyczącym czegoś, co kiedyś zrobili. Ludzie hołubią wstyd, podlewają go, pielęgnują, trudno im się z nim rozstać. Pytam czasem: „Taka jesteś do tego przywiązana, a co będzie, kiedy to stracisz?”. „No dobrze będzie”. „To skoro chcesz, by było dobrze, czemu tego nie puszczasz?”. Naprawdę czasem wystarczy puścić.

Ale jeśli zawstydzano cię w dzieciństwie, nic dziwnego, że nie wierzysz, że wolno. Jakby się przyjrzeć temu, co rodzice robią dzieciom w tej materii, to aż się włos na głowie jeży: obgadują ich, mówią tak, jakby ich nie było, wyśmiewają się z nich, krytykują, klepią po pupie albo chwalą tak, że dziecko nie wie, co z tym zrobić. W ogóle nie ma szacunku do dzieci jako do osób. Dziecko też trzeba spytać o to, czy mu to odpowiada i pasuje. A nie: przynieś, podaj, pozamiataj. Albo: jak ty wyglądasz?; nie podsłuchuj; chodź tu w tej chwili; a czego ty chcesz?; wyjdź stąd natychmiast, nie przeszkadzaj. Dzieci wiedzą, kiedy się mówi do nich jak do osoby, a kiedy się je lekceważy.

Krytykują ci, którzy byli krytykowani, a poniżają ci, których poniżano...
Ależ oczywiście, wyłącznie ci.

Powiedziałaś niedawno, że zrobiłaś sobie życiowy bilans i rozprawiłaś się z kilkoma rzeczami, które się tobie w sobie nie podobały, że było to trudne, ale ostatecznie dało ci oczyszczenie i nowy początek. Myślę, że to świetna sprawa, ale i ryzykowna. Jak nie przegiąć z takim bilansem czy rachunkiem sumienia?
Jest wielka różnica między świadomym rachunkiem sumienia a wyrzucaniem sobie czegoś i gnębieniem samego siebie. W ogóle uważam, że warto raz na jakiś czas zatrzymać się i zastanowić, czy jestem zadowolona z kierunku, w którym zmierza moje życie; czy moje relacje mi się podobają; czy to, co ostatnio osiągnęłam, jest tym, co chciałam osiągnąć. Z tym że nad czymś takim zastanawiają się tylko osoby z refleksją, bo dużo ludzi po prostu żyje z dnia na dzień. Niektórzy żyją z wielką prostotą, wręcz filozoficznie, ale większość żyje bezrefleksyjnie. Również jest tak, że wielu ludziom się wydaje, że spojrzenie na siebie warto mieć wyłącznie bardzo krytyczne. I że jeżeli mówisz o sobie, że jesteś fajna, to znaczy, żeś zepsuta albo kretynka.

Ja na przykład jednej dziewczynie z grupy warsztatowej powiedziałam: „Kochana, na razie to ty przestań pracować nad sobą, bo ty siebie nadwyrężasz. Masz spać, jeść, leżeć, siusiu robić, śmiać się i robić najprostsze rzeczy”. Bo trzeba powiedzieć, że są osoby, które tak się przepracowują na swój temat, że nie ma już tam wręcz powietrza. Ledwo żyją i ciągle nie są szczęśliwe ani spokojne. Nie mają w sobie takiej pogody, stanu pod tytułem „jest OK”.

Bo ciągle nie jest OK.
I to przykład, że tego rachunku jest za dużo i że idzie w złym kierunku. Głównie – perfekcjonizmu. Wiesz, co mi odpowiedziała ta dziewczyna? „Marzę, by być wreszcie zadowoloną z siebie”. Ale perfekcjonista nigdy nie jest z siebie zadowolony, dlatego trzeba rozstać się z perfekcjonizmem. Są oczywiście bardzo różne powody, dla których ludzie się katują. Z pozoru bardzo pozytywne, no bo przecież ja się rozwijam – kolejne książki czytam, na kolejną terapię poszłam, kolejny warsztat zaliczam... Ale co z tego? Uspokój się i usiądź na pupie, oddychaj. Tyle wystarczy.

Czasem myślę, że można podzielić ludzi na tych, co obwiniają o wszystko świat i innych, oraz na tych, którzy za wszystko obwiniają siebie.
A są jeszcze ci, którzy obwiniają i świat, i siebie. Nic im się nie podoba. Ale na pewno na próżno ich szukać na grupach terapeutycznych, już prędzej na wysokich stołkach (śmiech).

A dałoby się to ująć w proporcje: ile sobie mówić dobrych rzeczy, a ile tych sprowadzających do pionu?
Najfajniej oczywiście być adekwatnym, ale do tego potrzeba albo mądrego wychowania, albo dobrej pracy nad sobą, żeby się dopracować takiego poczucia, że po pierwsze, nie wszystko muszę, po drugie, to, co potrafię i dobrze robię, mam jak najczęściej robić i mam z tego czerpać satysfakcję i pieniądze. A po trzecie, pewnych rzeczy w ogóle nie muszę, bo inni robią je lepiej – i mam ich za to szanować, podziwiać i dziękować im za to. Natomiast jest jakiś procent rzeczy, nad którymi warto popracować. W ogóle warto pracować nad sobą całe życie, żeby się nie zaśniedzieć, nie zmurszeć, nie zestarzeć w ten niedobry sposób – czyli kiedy myślisz, że wszystko się skończyło, a świat zszedł na psy. I nie chodzi o to, by mieć sobie coś za złe, ale by mieć przed sobą jakieś cele. Na przykład: jeszcze się nauczę tego, żeby wobec mojej rodziny zachowywać się w sposób uprzejmy, z klasą, ale też taki, który mnie nie kosztuje emocjonalnie. Albo: jeszcze się nauczę być asertywnym, najpierw wobec znajomych, potem wobec przyjaciół, a potem wobec męża.

Chodzi o cele, które dają nam więcej luzu w życiu?
I czynią je lepszym, a tym samym też czynią lepszym życie osób wokół nas. Bo na przykład uczę się być bardziej tolerancyjna, a jednocześnie nie mówić sobie w kółko: „Boże, jak on mógł mi to powiedzieć?!”. No skoro powiedział, to znaczy, że mógł. To jest tak proste, ale wpaść na to trudno, a przestać się tym przejmować – jeszcze trudniej. Albo to słynne: „A może ja robię błąd? I za parę lat będę żałowała?”. Kochana, a gdzie ty jesteś? W którym miejscu? I jaki błąd? Robisz coś, co w tej chwili wybierasz. Jeżeli ci się to nie spodoba, zmienisz to i już. Jeżeli weszłaś nie w tę uliczkę, to z niej wyjdź. Jak poszłaś na złe studia, to je zmień. Jak jesteś nie z tym facetem, to przestań z nim być. Czujesz, że terapia ci nie odpowiada, zmień terapeutę. Oczywiście nie w sekundę, trzeba to najpierw sprawdzić, przetestować, porozmawiać...

W jakich kwestiach warto jeszcze wrzucić sobie na luz?
Ja w ogóle mówię: wyluzuj wszystko, co się da. A co to znaczy? To, co się da. Ty już wiesz, co należy do tej kategorii. Jeśli coś jest dla ciebie cholernie ważne, to tego za nic nie puścisz. Natomiast zdecydowanie warto puścić toksyczne relacje. Najpierw zastanawiając się, czy to może ja nie jestem w nich toksyczna. Oraz warto odpuścić „co sobie ludzie pomyślą”. Oczywiście jeśli są to ważni dla mnie ludzie i mówią coś dla mnie cennego – to nie odpuszczać. To wszystko jest do sprawdzenia i wyważenia. Znów to powtórzę: mamy być adekwatni, czyli obecni w tym, co się dzieje, a jednocześnie umieć spojrzeć na to z boku.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi” czy „Daj się pokochać, dziewczyno” (wydane przez Wydawnictwo Zwierciadło).

  1. Styl Życia

Joga na stres – krótkie ćwiczenie, które pomoże się odprężyć

W tej pozycji najważniejszy jest układ dłoni, prosty kręgosłup i koncentracja na oddechu. (Fot. iStock)
W tej pozycji najważniejszy jest układ dłoni, prosty kręgosłup i koncentracja na oddechu. (Fot. iStock)
Jak ograniczyć zgubny wpływ stresu na nasze ciało i psychikę? Ćwiczmy i odpoczywajmy – radzi Iwona Kozak, nauczycielka jogi kundalini i terapeutka reiki.

Praktyka jogi często kojarzona jest jedynie ze sposobami na uelastycznienie ciała i wyciszenie. Joga kundalini idzie o wiele dalej – pozwala sięgnąć do potężnych sił i zasobów, które w nas drzemią, i wykorzystać je dla własnego dobra. Na przykład do skutecznego radzenia sobie ze stresem.

Stres to silne napięcie spowodowane zachwianiem równowagi w organizmie i umyśle. Doświadczył go niejednokrotnie każdy z nas. Na poziomie ciała stres osłabia naszą odporność, podwyższa poziomu cholesterolu we krwi i przyspiesza proces starzenia się. Na poziomie psychiki powoduje, że stajemy się niecierpliwi, niespokojni. Stres może prowadzić do stanów lękowych, do nerwic i bezsenności. Wiemy, że stres to główna przyczyna chorób, a napięcie mentalne wpływa negatywnie na zdolność przyswajania wiedzy, kreatywne myślenie i pamięć. Wiemy też, że niestety stresujące sytuacje są w nasze życie wpisane. Ważna jest więc umiejętność sterowania naszym ciałem i umysłem tak, aby wpływ stresu ograniczyć.

Powinniśmy przede wszystkim wzmocnić system nerwowy oraz zharmonizować pracę gruczołów. W jodze kundalini wykonujemy w tym celu ćwiczenia, które pobudzają system nerwowy do wysiłku po to, aby następnie pozwolić całemu organizmowi na głębokie odprężenie. To przeplatanie się wysiłku i odpoczynku sprawia, że układ nerwowy wzmacnia się i uodparnia, a my potrafimy zachować spokój nawet w najbardziej napiętych sytuacjach. Nabieramy dystansu do tego, co dzieje się wokół, zwiększa się nasza zdolność do oceny sytuacji w sposób racjonalny, bez nadmiernego emocjonowania się. Mamy też więcej energii, dzięki której potrafimy stawić czoła wyzwaniom.

Gdy już dotrzemy do wewnętrznego źródła energii, nasze życie stanie się lżejsze, bogatsze, osiągniemy radość i harmonię. Możliwe jest wówczas doświadczenie wewnętrznej siły – spokoju i równowagi – dzięki której wiemy, że nic nie jest w stanie na przeszkodzie naszemu szczęściu i spełnieniu. Wszystko, czego potrzebujemy, jest w nas. Stres i niezadowolenie są zaś tylko przejawem tego, że oddaliliśmy się od tego źródła.

Ćwiczenie oddechowe

To znakomita medytacja na stres. Siedzimy z wyprostowanym kręgosłupem (najlepiej w pozycji lotosu lub w siadzie skrzyżnym), barki są rozluźnione. Mocno przyciskamy do siebie palce obu rąk. Kciuki skierowane są w stronę tułowia; oczy zrelaksowane, lekko otwarte – patrzymy na czubek nosa. Wykonujemy wdech przez nos. Wydech składa się zaś z ośmiu krótkich wydechów przez zaokrąglone usta; przy każdym wydechu dynamicznie wciągamy przeponę.

Zaczynamy od trzech minut i powoli wydłużamy czas ćwiczenia do 11 minut. Najlepsze efekty można osiągnąć, praktykując medytację codziennie przez 40 dni.