1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Masaż w domu - sposób na wyjątkowy relaks

Masaż w domu - sposób na wyjątkowy relaks

Fot. materiał partnera
Fot. materiał partnera
Masaż jest jedną z najlepszych form relaksowania się po ciężkim dniu. Delikatne ugniatanie i rozcieranie ciała łagodzi ból mięśni, zwiększa elastyczność stawów oraz pozwala pozbyć się napięcia emocjonalnego. Czy możliwe jest korzystanie z dobroczynnego wpływu masażu w domowym zaciszu? Tak! Wystarczy, że postawi się na fotel masujący.

  1. Bezpieczny masaż w zaciszu domowym
  2. Relaks dla umysłu i ciała
Bolące mięśnie, problemy z więzadłami i ścięgnami, stres - jest wiele powodów, dla których warto skorzystać z masażu. Masaż pozwala w pełni odprężyć się nawet w ciężkie dni, gdy miało się wiele problemów na głowie lub długo wykonywało się pracę fizyczną. Jeśli chcesz pozbyć się każdego z wymienionych problemów, sprawdź, jak pomoże Ci fotel masujący.

Bezpieczny masaż w zaciszu domowym

Fotel masujący to mebel, który służy do wypoczynku na wiele sposobów. Na fotelu można usiąść z dobrą książka w dłoni, obejrzeć z niego film w telewizji lub skorzystać z odprężającego masażu, gdy odczuwa się ból mięśni lub silne zmęczenie. Dzięki temu można wykonać masaż o każdej porze dnia i nocy. Fotel działa cicho i w przeciwieństwie do gabinetów masażu jest dostępny nawet w nocy, gdy ból kręgosłupa wybudza ze snu i uniemożliwia wypoczynek przed kolejnym dniem. Dodatkowo w ciagu dnia bez wcześniejszego umawiania się z masażystą szybko złagodzi się skutki dźwigania, naderwania mięśnia lub innej kontuzji. Taki problem może przydarzyć się niemalże każdemu bez względu na wiek i stan zdrowia, dlatego fotel zapewnia masaż dla całej rodziny. Więcej dowiesz się tutaj.

Z fotela masującego mogą korzystać dzieci i dorośli. Dzięki niemu nastolatkowie pozbędą się bóli wzrostowych, rodzice odprężą się po stresującym dniu w pracy, a dziadkowie rozprawią się z dokuczającym im bólem stawów. Wystarczy kilka minut masażu dziennie, a wiele dolegliwości tego typu odejdzie w zapomnienie raz na zawsze.

Co ważne, masaż na specjalnym fotelu jest w pełni bezpieczny dla zdrowia. W żaden sposób nie wpływa negatywnie na różne schorzenia, nie pogłębia ich i nie potęguje ich objawów. Na fotelu można masować się bez żadnych przeszkód, gdy jednocześnie korzysta się z rehabilitacji u fizjoterapeuty. Dzięki temu szybciej zwalcza się problemy ze strony mięśni i stawów, co podnosi komfort życia i umożliwia wykonywanie czynności, które wcześniej były niemożliwe do zrobienia.

Relaks dla umysłu i ciała

Zmęczenie po całym dniu nieraz bywa tak silne, że trudno jest zasnąć i zregenerować się przed kolejnym dniem. Fotel masujący sprawia, że uczucie zmęczenia staje się mniej dokuczliwe. Mięśnie rozluźniają się, a stres powoli opuszcza umysł. Krótka chwila dla siebie spędzona na masażu sprawia, że ma się o wiele lepsze samopoczucie fizyczne i psychiczne.

Fotel masujący - wyjątkowy relaks w domu (fot. materiał partnera) Fotel masujący - wyjątkowy relaks w domu (fot. materiał partnera)

 

Fotele masujące posiadają liczne programy, które dopasuje się do potrzeb konkretnego użytkownika. Szybkość i siłę wibracji dobiera się do samopoczucia użytkownika, co umożliwia zarówno energiczne rozmasowanie bolących mięśni, jak i delikatne odprężenie się przed snem.

Pamiętaj, że gdy odczuwasz częste zmęczenie z powodu codziennych problemów, kilka minut na fotelu masującym to po prostu relaks, który Ci się należy. Trudno o efektywniejszą i przyjemniejszą formę wypoczynku dla osób, które cierpią z powodu stresu i związanych z nim objawów somatycznych. Warto znaleźć 5 minut tylko dla siebie, by zapomnieć o kłopotach rodzinnych i sprzeczkach w pracy, a także o innych nieprzyjemnych sytuacjach, które zdarzają się na co dzień. Fotel z funkcją masażu sprawdzi się pod tym względem znakomicie.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Moda i uroda

Ćwiczenia i masaże na twarz

Nie wystarczy chodzić regularnie na profesjonalny masaż twarzy do salonu. Liczy się to, jak będzie dbać o cerę na co dzień. (Fot. iStock)
Nie wystarczy chodzić regularnie na profesjonalny masaż twarzy do salonu. Liczy się to, jak będzie dbać o cerę na co dzień. (Fot. iStock)
Nagość zaczyna się od twarzy – napisała Simone de Beauvoir. I faktycznie, fizjonomia odzwierciedla to, jak żyjemy, w jaki sposób się odżywiamy, czy szanujemy swoje ciało, zatem i same siebie. Owszem, zawsze można się ukryć pod makijażem, ale – jak przekonuje charakteryzatorka Aneta Kolendo-Borowska – lepsze i zdrowsze są ćwiczenia i masaże.

Dlaczego mówimy, że twarz jest naszą wizytówką? Bo w drugim człowieku jako pierwszą zauważamy twarz, po twarzach się rozpoznajemy, z mimiki odczytujemy niewerbalne sygnały. Należy więc o nią dbać nie po to, by była ładna i wiecznie młoda, tylko by najlepiej odzwierciedlała nas samych.

Czy w naturalny sposób możemy sobie poradzić ze zmarszczkami, które przecież postarzają? To nie zmarszczki nas postarzają, ale owal twarzy, który z wiekiem staje się coraz mniej wyrazisty. I tak, dzięki odpowiedniej pielęgnacji możemy uzyskać dobre rezultaty. Sama nie korzystam z medycyny estetycznej, wygląd zawdzięczam uważności na potrzeby mojej skóry i masażowi. Jeśli możemy pozwolić sobie na głęboki masaż raz w tygodniu, to wspaniale, ale jeszcze ważniejsze jest to, co robimy pomiędzy wizytami w salonie, bo codzienne zachowania wpływają na nasz wygląd – na przykład dużo czasu spędzamy, wpatrując się w ekran smartfonów, co powoduje tworzenie się drugiego podbródka albo podczas rozmowy trzymamy telefon przy uchu, przez co tworzą się zmarszczki na policzkach. Lepiej używać słuchawek lub zestawów głośnomówiących. Poza tym wiele osób  ze stresu zaciska szczęki, a to powoduje np. podłużne bruzdy nad ustami, zwane zmarszczkami palacza czy – jak usłyszałam ostatnio – kodem kreskowym. Jemy też dużo miękkiego jedzenia, więc mniej gryziemy i tym samym nie gimnastykujemy żuchwy. A mięśnie twarzy są połączone.

Można korzystać z filmików z ćwiczeniami na twarz, których mnóstwo jest na YouTubie. Gdy nauczymy się podstawowych ruchów, możemy ćwiczyć w każdej wolnej chwili, a maseczki nawet nam to ułatwiają. Ostatnio jechałam pociągiem i dzięki przysłoniętej twarzy mogłam do woli robić dziwne miny. Warto też zaopatrzyć się w specjalny roller liftingujący z dwiema kulkami na końcu, taki roller zasysa skórę i tym samym ją rozmasowuje. To naprawdę działa! W ramach eksperymentu masowałam przez 30 dni tylko jedną połowę twarzy i okazało się, że bruzda nosowo-wargowa po tej stronie stała się krótsza.

Na nasz wygląd wpływa też spięty kark, więc znów – niezależnie od profesjonalnego masażu – warto samemu go uciskać. Jeśli boli, to znaczy, że bardzo tego potrzebujemy. Wiele zależy również od tego, jak śpimy. Jestem w stanie powiedzieć, na którym boku śpią moje klientki, bo mają po tej stronie głębszą bruzdę nosowo-wargową. Najlepiej zasypiać na wznak, bez poduszki. Może nie będzie to na początku specjalnie komfortowe, ale do wszystkiego można się przyzwyczaić.

Jakiś czas temu mówiło się, że nie należy masować twarzy, bo rozciągnie się od tego skóra. Dziś masaże i ćwiczenia twarzy przeżywają ogromną popularność. Dzięki globalizacji dotarły do nas trendy z Azji. Zaczęliśmy doceniać efekty jogi twarzy, japońskiego masażu kobido, akupresury czy shirodary, czyli ajurwedyjskiego rytuału polegającego na polewaniu okolic trzeciego oka strumieniem ciepłego oleju. Wzmianki o masażu twarzy pojawiają się w zapiskach z trzeciego wieku przed naszą erą. Nie ma on nic wspólnego z rozciąganiem skóry, wprost przeciwnie, dzięki masażowi i ćwiczeniom staje się ona lepiej ukrwiona i odżywiona, a przez to jędrniejsza. Maluję czasem śpiewaczki operowe. Wszystkie one, nawet dojrzałe już panie, mają przepiękne, idealnie gładkie dekolty. To skutek uboczny tego, że nieustannie pracują klatką piersiową.

Polki zachłysnęły się koreańską pielęgnacją, ale czy rzeczywiście będzie ona dla nas tak skuteczna jak dla Azjatek? Azjatyckie kosmetyki i rytuały pielęgnacyjne są wspaniałe, ale nie da się ukryć, że mamy inne twarze, choćby ze względu na układ kości czy częstą u mieszkanek Azji fałdę mongolską na górnej powiece. Azjatki mają też grubszą skórę i podściółkę tłuszczową, przez co wyglądają młodziej. Ich skóra lepiej znosi różnice temperatur i przesuszenie, a kosmetyki rzadziej ją podrażniają. Nawet masaż kobido, bardzo obecnie popularny, został stworzony z myślą o tamtejszej fizjonomii. Jest tam jeden gest, podczas którego dłoń masażysty płynnie przechodzi z jednej partii twarzy na drugą. U Europejek dłoń łatwo może zahaczyć wtedy o nos, w przypadku malutkich nosków Azjatek do tego nie dochodzi. Jeśli decydujemy się na masaż kobido, warto też pamiętać, żeby używać dużo olejku. Jako Polki mamy bowiem płytko unaczynioną skórę, więc każdy masaż powinien odbywać się z dużym poślizgiem.

Na co jeszcze jako Polki powinniśmy szczególnie uważać? Nasza skóra jest cienka, a do tego wystawiona na działanie dużych amplitud temperatur, co sprzyja pękaniu naczynek. W okresie zimowym przegrzewamy się, co sprawia, że nasze skóry są przesuszone. Modne morsowanie jest z mojej perspektywy wspaniałym snobizmem, bo zimno cudownie wpływa na skórę, ujędrnia ją i odmładza. Nie musimy oczywiście kąpać się w przerębli, wystarczy, że ustawimy temperaturę w sypialni na niższą.

Do największych pielęgnacyjnych grzechów Polek należy niezmywanie makijażu, a skóra musi odpocząć! Wiele kobiet używa zresztą za dużo kosmetyków, do tego często niedopasowanych do potrzeb skóry. Zamiast wybrać się do dermatologa, wolą zamalować trądzik grubą warstwą podkładu. Nie bardzo też rozumieją swoją skórę i jej potrzeby. A na jej wygląd może mieć wpływ bardzo wiele czynników: proszek użyty do prania pościeli; szampon, który podczas spłukiwania dostał się do oczu i na twarz; lakier do włosów.

Stan cery bardzo często wynika również z tego, co zjadłyśmy poprzedniego dnia. Od lat wyjeżdżam do Azji na wakacje. Długo nie zrozumiałam, dlaczego po powrocie do kraju stan mojej cery gwałtownie się pogarszał. W końcu uświadomiłam sobie, że chodzi o dietę: na wakacjach jadłam zdecydowanie mnie glutenu, za to na przykład wodorosty, które pomagają Azjatkom zachować jędrną skórę.

Jest pani charakteryzatorką, umalowała setki osób. Jaką wiedzę o skórze wyniosła pani ze swojej pracy? Moja praca polega nie tyle na malowaniu, co wręcz tworzeniu nowych twarzy. W zeszłym roku obchodziłam 25-lecie swojej pracy zawodowej, przez ten czas zyskałam ogromną wiedzę i świadomość. Na początku zachłysnęłam się kolorowymi kosmetykami i możliwościami, jakie dawały. Stosowałam produkty, które zawierały silikony, kleje, mnóstwo konserwantów. Z czasem zauważyłam jednak, że im bardziej troszczę się o twarz osoby, którą maluję, tym lepszy makijaż wychodzi. A jeśli najpierw wymasuję twarz aktora, nie potrzebuję potem aż tylu produktów do malowania, bo skóra i tak wygląda promiennie. Moje zainteresowania przeszły w stronę masażu i pielęgnacji, i poczułam, że chciałabym stworzyć kosmetyk, który zadbałby o skórę malowanych przeze mnie osób. I tak powstało Serum Rozświetlające Saint Oil, w którego skład wchodzi mieszanka cennych olejków i naturalnych składników aktywnych. Z czasem – na podstawie inspiracji z całego świata – stworzyłam autorską metodę masażu i automasażu Bless Me.

Makijaż jest super, poprawia humor, dodaje pewności siebie, może być środkiem ekspresji. Ale im bardziej zadbana skóra, tym mniej go potrzebujemy. Nawet modne na Instagramie konturowanie, polegające na nałożeniu kilku kosmetyków w różnych kolorach, okaże się niepotrzebne, jeśli porządnie wymasujemy twarz rollerem. Kości policzkowe wydadzą się lepiej zarysowane i wystarczy je tylko musnąć bronzerem, by wyglądały pięknie.

Podstawowa wiedza, jaką wyniosłam, jest więc taka, że nasza skóra, podobnie jak my sami, potrzebuje uważności i świadomego dotyku.

Aneta Kolendo-Borowska, charakteryzatorka filmowa i teatralna z 25-letnim stażem, terapeutka twarzy. Twórczyni marki Bless Me Cosmetics, której kluczowym produktem jest Serum Rozświetlające Bless Me Saint Oil Skin&MakeUp.

Na cztery pas

Nie wystarczy chodzić regularnie na profesjonalny masaż twarzy do salonu. Liczy się to, jak będziemy dbać o cerę na co dzień. Aneta Kolendo-Borowska proponuje, by domowa pielęgnacja obejmowała cztery elementy:
  • Drenaż limfatyczny (ważny zwłaszcza przy tendencji do obrzęków). Układ limfatyczny, w przeciwieństwie do krwionośnego, nie ma własnej pompy. Trzeba go rozruszać, zatem każdy dzień najlepiej zacząć od tego, żeby wysunąć głowę poza krawędź łóżka i parę minut poleżeć na plecach z głową w dół. Potem warto delikatnie przyłożyć dłonie do twarzy i przesunąć je do węzłów chłonnych przy obojczykach. W ten sposób stymulujemy limfę do przemieszczania się i obrzęk maleje.
  • Masaż skóry rollerem liftingującym zakończonym dwiema kulkami. Wystarczy przejechać nim siedem razy na każdą partię twarzy, pamiętając, by wszystkie ruchy były do góry, przeciwnie do grawitacji. Można to robić w każdej sytuacji, nawet szykując herbatę czy oglądając serial.
  • Ćwiczenia wzmacniające i napinające mięśnie. Dobrze jest robić różne dziwne, przerysowane miny, np. wytrzeszczać szeroko oczy, robić ustami ruch, jakby się rozcierało szminkę, a zwłaszcza rozluźniać żuchwę, bo zaciśnięte szczęki to bardzo powszechny problem.
  • Uciśnięcie punktów akupresurowych na twarzy (usuwa napięcie, a rysy stają się bardziej miękkie i łagodne). Przykładamy rozczapierzone palce do czoła, dociskamy je licząc do siedmiu i odpuszczamy. Potem w ten sam sposób uciskamy skronie i punkt między brwiami, tzw. trzecie oko, a koniec punkt tuż pod nosem, nad ustami.

  1. Styl Życia

Ajurweda na chłody

W zależności od szkoły masaż Abhyanga może wyglądać różnie, ale jedna zasada pozostaje niezmienna: całe ciało musi być porządnie wymasowane olejem sezamowym. (Fot. iStock)
W zależności od szkoły masaż Abhyanga może wyglądać różnie, ale jedna zasada pozostaje niezmienna: całe ciało musi być porządnie wymasowane olejem sezamowym. (Fot. iStock)
Chcesz rozgrzać ciało, a jednocześnie się zrelaksować? Uwolnić od bólu i poczuć przypływ sił witalnych? Wyciszyć umysł i emocje? Wszystko to oferują zabiegi wywodzące się z ajurwedy.

Pewnie słyszałaś o trzech doszach – energiach kształtujących nasze ciała, rozróżnianych przez ajurwedę. W wielu książkach czy na stronach internetowych znajdziesz test, który pomoże ci ustalić, która z nich dominuje w twoim organizmie.  Ale niezależnie od tego, czy twoją konstytucją jest vata, pitta czy kapha, polub olej! Dlaczego? Chociażby dlatego, że równoważy doszę vata, bardzo chwiejną niemal u wszystkich. Negatywnie wpływają na nią takie czynniki, jak stres, pośpiech, nadmierny wysiłek, niedosypianie, chłód, zimne posiłki, używki, nieregularny tryb życia...

– Vata uchodzi za królową dosz. Jeśli jest w równowadze, również pozostałe uzyskują stabilny poziom – tłumaczy Elżbieta Żuk-Widmańska, nauczycielka ajurwedy. – Do tego odpowiada za starzenie się i degenerację organizmu. A krótki masaż głowy, przy użyciu minimalnych ilości oleju, działa odmładzająco.

I właśnie od takiego masażu głowy terapeutka zaczyna zwykle sesję.

Precz z amą!

– Ludzie przychodzą do mnie najczęściej zmęczeni, zestresowani, więc najpierw ułatwiam im się wyciszyć, zostawić za sobą problemy, zabieganie właśnie poprzez masaż. Pomaga też przy bezsenności, depresji, pobudzeniu nerwowym – mówi Żuk-Widmańska.

Taka „przygrywka” odbywa się na siedząco. Ruchy są energiczne, obejmują też barki. Uwaga przenosi się do ciała i można przystąpić do bardziej zaawansowanych działań, do prawdziwego rozgrzania. Choćby do sztandarowego zabiegu ajurwedyjskiego, czyli Abhyangi. Tutaj także główną rolę odgrywa olej sezamowy. I używa się go naprawdę dużo – zwłaszcza dla osób z dominującą vatą.

Ruchy terapeutki są zdecydowane, posuwiste. Do tego dochodzi rytmiczne oklepywanie ciała. W ten sposób porusza się zastałą energię i uwalnia swobodny przepływ prany. – Ten masaż nie może być delikatny, w przeciwnym razie nie spełniłby swojej funkcji – tłumaczy Żuk-Widmańska. Chodzi o oczyszczanie. – Pokarm, który trafia do naszego żołądka, zostaje w procesie trawienia przetworzony na substancje odżywcze oraz odpady. Ale według ajurwedy jest jeszcze trzecia substancja, toksyczna – ama. Podczas gdy na naturalne odpady mamy kanały wydalnicze, lepka, kleista ama odkłada się w tkankach. Dostaje się do krwi, zaczyna podróżować po ciele, gromadzi się w najbardziej osłabionych miejscach. Wywołuje nadciśnienie, bóle stawów, głowy... Żeby pozbyć się amy, trzeba ją niejako zebrać z człowieka i wtłoczyć do układu wydalniczego. Ciepły olej sezamowy, wcierany w ciało, przenika przez wszystkie siedem tkanek, rozpuszcza ją i odrywa. Oczyszczony organizm odżywa – twierdzi terapeutka.

W zależności od szkoły Abhyanga może wyglądać różnie, ale jedna zasada pozostaje niezmienna: całe ciało musi być porządnie wymasowane olejem sezamowym. – Przyjmuje się, że przez 35 minut nie powinno się go zmywać, żeby dotarł w głąb każdej tkanki – mówi Elżbieta Żuk-Widmańska. – Poza rozpuszczeniem toksyn ten masaż daje też rozluźnienie, ulgę przy różnych dolegliwościach bólowych i problemach układu nerwowego. Nawilża całe ciało, zostawia je z uczuciem przyjemnego ciepła. Jedyne przeciwwskazania to rany, nadciśnienie i ciąża.

Fosa i stemple

Rozgrzanie wcale nie musi się kończyć na Abhyandze. Chcesz pójść krok dalej? Pozwolić, by uzdrawiające ciepło popłynęło wzdłuż kręgosłupa? Oto Kati Vasti (kati – kręgosłup, vasti – fosa). Leżysz na brzuchu, już rozgrzana, a terapeuta przykleja ci na plecach wałek z ciasta orkiszowego w kształcie kółka. Do powstałej w ten sposób „miseczki” wlewa ciepły olej sezamowy, czasem z dodatkiem kamforowego.

Ten zabieg ma już inny charakter, jest z kolei bardzo statyczny. Ruch jest wręcz niewskazany – każda zmiana pozycji może zniweczyć misterną konstrukcję. Nieporuszona, kontemplujesz więc ciepło. Na początku temperatura jest wysoka – najlepiej taka na granicy wytrzymałości. Błyskawicznie jednak obniża się, więc terapeuta wybiera łyżką olej i ponownie napełnia „fosę”. – Wraz z wylewanym olejem usuwany jest nadmiar vaty – tłumaczy Elżbieta Żuk-Widmańska. – To skuteczny sposób, żeby się go pozbyć.

Zabieg ten jest świetny na bóle kręgosłupa, dyskopatię, rwę kulszową – zapewnia terapeutka. Leżysz tak 15–20 minut. Albo i 30. W zależności od tego, czego potrzebujesz i ile wytrzymasz w bezruchu. Niewykluczone, że zaśniesz. Potem masz utrzymać ciepło.  Zatem zrezygnuj z ambitnych planów – co najwyżej przygotuj sobie mleko z kurkumą albo wodę z cytryną. I idź do łóżka.

Jeszcze inne możliwości daje masaż sakiewkami (inaczej stemplami), Podi Kizhi (podi – proszek, kizhi – sakiewka). Podstawa to wspomniane (lniane) sakiewki, wypełnione ziołami plus olej sezamowy, choć w niektórych wypadkach stosuje się bardziej skomplikowany wywar, na bazie mleka. Najpierw kładziesz się na brzuch, terapeuta zaczyna masaż od nóg. Nawilża kolejne części ciała, po czym sięga po aromatyczne, ociekające olejem, ciepłe woreczki. Zaczyna stawiać nimi na skórze „stemple”. Rytmicznie, jeden przy drugim. Potem wykonuje nimi koliste ruchy, uciskając. Masaż przynosi ulgę przy bólach mięśni, sztywności stawów czy chronicznych bólach reumatycznych. Usuwa skutki stresu i napięcia. Poprawia krążenie, wspomaga przewodnictwo nerwowe.

Nie tylko ciało

Elżbieta Żuk-Widmańska podkreśla, że każdy zabieg dotyka wszystkich aspektów człowieka: – Piękno zabiegów ajurwedyjskich polega na tym, że wychodzą daleko poza działanie fizyczne.

Jak możesz sama wpłynąć na umysł, stosując zasady ajurwedy? Najprostsza rada dla wszystkich: smaruj się codziennie olejem sezamowym. – Codzienna auto-Abhyanga zapewnia zdrowie i długowieczność. Dobrze pamiętać, że stawy masuje się okrężnymi ruchami, a kości podłużnymi. Że ciało to również stopy, dłonie, twarz, uszy, szyja – wylicza Elżbieta Żuk-Widmańska. – Najlepiej rozpocząć od głowy, tam się wszystko zaczyna.

Elżbieta Żuk-Widmańska terapeutka ajurwedy. Wiedzę i umiejętności zdobywała w Instytucie Jiba Ayurveda w Indiach.

  1. Zdrowie

Kinezjologia - leczenie bez leków

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Leczenie bez skutków ubocznych, bez leków? Warto szukać takiej metody. Lekarz medycyny, pediatra i specjalista rehabilitacji medycznej, dr Dorota Kalwajt, poszukiwała metody, która sprostałaby tej idei. Warta poznania okazała się kinezjologia - stworzona przez amerykańskich lekarzy fizjoterapeutów, dr Thie i dr Goodheartha, na początku XX w. Lekarze ci w trakcie swojej praktyki medycznej odkryli, że dobry stan mięśni - czyli ich odpowiednie napięcie - to nie tylko dowód, ale i warunek zdrowia. Kolejnym krokiem było dostrzeżenie połączeń między konkretnymi mięśniami, a określonymi narządami: sercem, wątrobą itp. A także tego, że oddziałując terapeutycznie na mięśnie możemy poprawić funkcjonowanie tych organów.

Leczenie bez skutków ubocznych? Bez leków? Warto szukać takiej metody. Lekarka medycyny, pediatra i specjalistka rehabilitacji medycznej, dr Dorota Kalwajt, poszukiwała metody, która sprostałaby tej idei.

Warta poznania okazała się kinezjologia - stworzona przez amerykańskich lekarzy fizjoterapeutów, dr Thie i dr Goodheartha, na początku XX w. Lekarze ci w trakcie swojej praktyki medycznej odkryli, że dobry stan mięśni - czyli ich odpowiednie napięcie - to nie tylko dowód, ale i warunek zdrowia. Kolejnym krokiem było dostrzeżenie połączeń między konkretnymi mięśniami, a określonymi narządami: sercem, wątrobą itp. A także tego, że oddziałując terapeutycznie na mięśnie możemy poprawić funkcjonowanie tych organów. Twórcy kinezjologii połączyli następnie zachodnią medycynę (anatomię, fizjologię, punkty neurolimfatyczne z naczyniowymi) z medycyną chińską (przepływ energii życiowej chi, meridiany, oddziaływania punktów akupunkturowych). Udowodnili, że oddziałując pozytywnie na stan energetyczny mięśni, a poprzez nie na pracę organów wewnętrznych, wpływamy na emocje i na duchowość.

Niemożliwe? A jednak: stres, lęk, zmęczenie - zmieniają naszą sylwetkę, bo powodują napięcie lub osłabienie mięśni. To widać. Gdy nagle otrzymujesz złą wiadomość – czujesz jak nogi się pod tobą uginają. Wspaniałą wiadomość – skaczesz  z radości. Czujesz skrzydła u ramion. Kinezjologia pokazuje jak poznać i wykorzystać dla naszego zdrowia połączenie myśli, emocji, ciała z otaczającym nas światem. Zmiany w mięśniach spowodowane stresem widać, ale są też inne, te niewidoczne, związane z zablokowaniem przepływu krwi, limfy, energii życiowej. Przywrócić prawidłowa sylwetkę, to też przywrócić prawidłowe krążenie oraz przepływ limfy i chi. A więc także poprawić nastrój, wzmocnić siły i chęć życia.

- Co mnie w tej metodzie zainteresowało? – mówi dr Dorota Kalwajt. – Test mięśniowy, chciałam się go nauczyć, gdyż widziałam, jak niemieccy lekarze dzięki niemu nie tylko zdiagnozowali chorobę i jej przyczyny, ale też sprawdzali, który z możliwych, czasem koniecznych, leków będzie dla tego chorego najodpowiedniejszy? A to istotny element pracy lekarza, gdyż każdy organizm jest inny, choćby z powodu nietolerancji pokarmowych itp.

Odblokuj punkty energetyczne

Codziennie rano, zanim jeszcze wstaniesz, możesz wykonać masaż punktów na twarzy i ciele oraz parę ruchów gałkami ocznymi, by poczuć przypływ energii życiowej. Łatwiej ci będzie wstać, a wówczas warto jeszcze postymulować punkty nazywane neurolimfatycznymi. To wystarczy, by energia, dobrze znana medycynie chińskiej, oraz krew i limfa zaczęły lepiej krążyć, a więc by ci nie zabrakło sił przez cały dzień.

Jeśli nauczymy się znajdować i pobudzać te miejsca, gdzie nasza energia na skutek stresu została zablokowana, co odczuwamy jako brak sił czy możliwości skupienia się przy pracy, a nawet jako ból, będziemy mogli sami sobie pomóc. Sens kinezjologii opiera się na tym, że zablokowanie energii w jakimś miejscu, zazwyczaj związane z długotrwałym stresem, staje się powodem choroby. Zazwyczaj wszystko zaczyna się od zaburzeń pracy żołądka.

Kinezjologia, czyli ratunek dla żołądka

Jeśli żołądek boli i nie pracuje tak jak trzeba, to dokładanie mu chemicznych substancji, jakimi są leki, nie zawsze pomoże. Może nawet zaszkodzić, bo to co dzieje się z przewodem pokarmowym ma zazwyczaj źródło w emocjach – przecież obok żołądka mamy splot słoneczny, czyli ich siedlisko. Jeśli więc nie chcemy, żeby brzuch nas bolał, potrzebujemy metody, która pomoże nam pokonać stres, a więc ukoi emocje.

Jakie to są emocje? Możemy poznać je dzięki badaniu mięśni, gdyż w nich są one zapisane. Tam też możemy je „rozładować”, a dzięki temu wzmocnić organizm. Jeśli mamy problemy żołądkowe – jest to często efekt wyłączenia pracy całego systemu trawiennego. A to bywa efektem stresu, bo po co organizm ma tracić siły na trawienie, kiedy jest zagrożone jego istnienie? To mechanizm pierwotny – kształtował się, gdy stres był sygnałem realnego zagrożenia, bo oto na naszej ścieżce pojawił się tygrys. A więc cała energia kierowana jest do mięśni, by przed nim uciec, albo go pokonać. Problem polega na tym, że ten mechanizm działa nadal, choć stres ma inne źródło. Niestety, stał się też permanentny co niszczy pracę układu pokarmowego. Popatrz na swój dzień: stres za stresem. Nie masz chwili wypoczynku, czyli też czasu, by móc strawić pokarm.

Potrzebne ci sposoby, który pomogą ograniczyć niszczące skutki stresu na dany organ, sposoby, które naturalnie wzmocnią twój organizm, czyli poprawią przepływ krwi i odblokują przepływ limfy oraz energii. Dzięki medycynie chińskiej (teoria meridianów, czyli kanałów którymi płynie energia życiowa) i fizjoterapii zachodniej (połączenia między mięśniami a organami wewnętrznymi) wiemy, że  w tym celu warto wzmacniać i stymulować mięśnie.

  1. Seks

Masaż dobry na wszystko

Masaż pomaga na seks - na poziomie czysto fizycznym oraz psychicznym. (Fot. iStock)
Masaż pomaga na seks - na poziomie czysto fizycznym oraz psychicznym. (Fot. iStock)
Gdy leżę na łóżku do masażu i jestem masowana, wokół pachnie, gra muzyka, a dłonie specjalistki/specjalisty wyczyniają cuda z moimi mięśniami, w takim momencie zazwyczaj myślę o jedzeniu.

Gdy leżę na łóżku do masażu i jestem masowana, wokół pachnie, gra muzyka, wprawne  dłonie wyczyniają cuda z moimi mięśniami, w takim momencie zazwyczaj myślę o jedzeniu.

Oczywiście koncentruję się na oddychaniu, żeby wdech i wydech tworzyły jeden nieprzerwany cykl, oczywiście jestem w ciele, obecna i uważna na to, co się dzieje. Ale myślę o jedzeniu. Leżę i wyobrażam sobie, jak wyjdę z masażu i jak pojadę do domu albo do knajpy i zamówię coś pysznego. Albo leżę i wspominam, jak byłam gdzieś ostatnio i jadłam coś wspaniałego. W przypadku dzisiejszego dnia wspomnienie dotyczyło uczty z owoców morza, którą spożyłam w słoweńskiej miejscowości Portoroz. Czasem sobie wyobrażam, co ugotuję, ale to już jest wyzwanie za poważne jak na warunki bycia masowanym, więc wracam do świadomego oddychania i kulinarnych fantazji.

Dlaczego profesjonalny masaż jest taki ważny? Bo ma niezliczone, pozytywne skutki dla naszego ciała, psychiki i ułatwia osiągnięcie dobrostanu. Wymienię najważniejsze zyski z nim związane.

Masaż czyni cuda

Masaż łagodzi objawy obniżonego nastroju, pomaga w leczeniu depresji i niepokojów, ułatwia redukcję stresu. Dzieje się tak dlatego, że masowanie obniża poziom kortyzolu (hormonu stresu) w naszym ciele. Co więcej, wzmaga produkcję serotoniny i dopaminy. Wiecie, co tak jeszcze działa? Seks oczywiście. Od masażu i od seksu, nasze ciało czuje się zrelaksowane, odprężone, poprawia nam się cyrkulacja krwi, łatwiej wydalamy toksyny. Masaż na dłuższy czas obniża ciśnienie, wygładzają nam się rysy, a mięśnie dostają to, czego najbardziej potrzebują, uwolnienie od napięć.

Masaż łagodzi chroniczne bóle i wspomaga terapie kręgosłupa i stawów. Masaż medyczny może być oczywiście częścią leczenia, ale nawet relaksacyjny pozwala poczuć się lepiej. Zarówno przy przewlekłych chorobach, jak i w czasie większej zapadalności na infekcje, masaż jest bezcenny, ponieważ aktywizuje nasz system odpornościowy.

Nasz mózg też czuje się zdrowszy. W czasie masażu dajemy mu odpocząć osiągając fale Alfa, takie jak przy indukowanym relaksie. Cichnie szum w naszej głowie, nieustanny monolog słabnie. Po kwadransie masażu głowy będziemy znacznie bardziej skupieni i skoncentrowani. Badania dowodzą, że nawet zadania matematyczne idą łatwiej tym, którzy przed testem mieli zrobiony masaż głowy. Mózg w czasie masażu relaksuje się na tyle, że śpimy mocniej i głębiej.

Gra wstępna

Masaż pomaga na seks. A jakżeby inaczej. Pomaga na poziomie czysto fizycznym oraz psychicznym. Ponieważ stres (czyli nierozładowana reakcja na zagrożenie) gromadzi się w naszym ciele w postaci napięć i przykurczy, masaż ma niezliczone zasługi w uwalnianiu tego napięcia. Przywrócone do normalności mięśnie pozwalają nam naprawdę poczuć nasze ciało (spróbujcie się uszczypnąć, jak macie napięte mięśnie, sami zobaczycie, że prawie nic nie czuć). Ciało, które czujemy i z którym mamy kontakt jest gotowe na doświadczanie seksu. Jak już się rzekło, obniżenie poziomu kortyzolu, które odbywa się w czasie masażu, także dobrze działa na poprawę naszego życia seksualnego. Na poziomie psychicznym masaż przywraca emocjonalny kontakt z ciałem, wspomaga leczenie traum przez poznanie dobrego, bezpiecznego dotyku, wzmacnia odczuwanie zmysłowe i pozwala poznawać reakcje ciała w sytuacjach nieseksualnych. A nade wszystko jest rozkoszny, przyjemny i otwierający, co jest wspaniałym wstępem do nauki rozkosznego, przyjemnego i otwierającego seksu. Jeżeli wystarcza wam powodów, już dziś zapiszcie się na dobry, profesjonalny masaż.

  1. Zdrowie

Technika Bowena - manualna terapia ciała, sposób na napięcia wywołane długotrwałym stresem

Technika Bowena skłania organizm do tego, by sam się uzdrawiał, daje mu impuls do autoregulacji. (Fot. iStock)
Technika Bowena skłania organizm do tego, by sam się uzdrawiał, daje mu impuls do autoregulacji. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Metoda skłania organizm do tego, by sam się uzdrawiał, daje mu impuls do autoregulacji. Technika Bowena polega na wykonywaniu charakterystycznych, delikatnych, ale bardzo dokładnych ruchów, zwanych chwytami

.

Pierwszy raz natknęłam się na wzmiankę o technice Bowena, rodzaju manualnej terapii ciała, w Internecie: jedno z warszawskich centrów medycyny naturalnej reklamowało ją słowami: „pomoże praktycznie na wszystko”. Z doświadczenia wiem, że jak coś pomaga na wszystko, to nie pomaga na nic, ale postanowiłam spróbować. Ostatnio źle sypiałam…

Na co pomaga technika Bowena?

Udałam się do Beaty Jańczuk, specjalizującej się w tej metodzie. Z uśmiechem odnosi się do hasła reklamowego. – Pomaga prawie na wszystko – prostuje i zaczyna wyliczać. Technika Bowena jest doskonałym sposobem na napięcia wywołane długotrwałym stresem (często ich już nie czujemy, bo nasze ciało stopniowo się usztywniało, ale są i uniemożliwiają powrót do równowagi), reguluje apetyt i układ hormonalny, likwiduje migreny. Sprawia, że miesiączki przestają się wiązać z cierpieniem. Pomaga na wszelkie dolegliwości związane z przeciążonym siedzącym trybem życia aparatem mięśniowym i układem kostnym. Zespół jelita nadwrażliwego leczy wręcz spektakularnie. Pomaga przy problemach z wypróżnianiem, świetnie reguluje pracę układu pokarmowego. Znosi bezsenność, zmniejsza alergie, wspomaga leczenie niepłodności. „A nadwaga?” – chcę wiedzieć. Jak większość kobiet, wciąż jestem na jakiejś diecie… – Układ nerwowy zarządza metabolizmem. Pracując z nim, powodujemy wyciszenie układu trawiennego – uspokaja mnie terapeutka. Mówi, że można oczywiście wykonać zabieg ogólnie wzmacniający, o którym pierwotnie myślałam, ale lepiej celować w konkretny problem. Wtedy terapia jest skuteczniejsza. Decyduję się więc ostatecznie na walkę z dodatkowymi kilogramami…

Najpierw jednak muszę wypełnić ankietę i odpowiedzieć na szereg pytań dotyczących mojej kondycji i przebytych chorób. Beata Jańczuk uspokaja mnie, że nawet jeśli pacjent zapomni o jakimś schorzeniu, terapeuta wyciągnie własne wnioski: – Patrzę, jak człowiek stoi, chodzi, siada; czy gdzieś się przekrzywia, w jaki sposób mówi. Wszystko jest dla mnie źródłem informacji. Czasem kilka zdań wystarczy, by się zorientować, że ktoś ma w gardle węzeł, który tłumi jego głos, zmienia ton. To się przekłada na płytkie, szybkie oddechy i niedotlenienie całego organizmu albo na schorzenia tarczycy, którą takie zaciśnięcie w okolicy gardła tłamsi i zadusza. Podkrążone oczy mogą wskazywać na niewydolne nerki. Ale może to też być tylko nieprzespana noc.

Przebieg zabiegu

Zaczynamy zabieg. Pani Beata unosi ręcznik, którym jestem przykryta, odsłania moje nogi. Czuję, że zostałam złapana za okolice kostek, najpierw w jednej, potem drugiej nodze. Chwyt jest przyjemny, ale zdecydowany. Trwa sekundę, półtorej i dłonie oddalają się. Teraz czuję kolejny, tym razem w okolicy kolan – i jeszcze jeden, po zewnętrznej stronie uda. I ręcznik wędruje z powrotem na miejsce. Teraz poczekamy chwilę, damy organizmowi czas na reakcję – mówi terapeutka i tłumaczy: – Zabieg polega na zastosowaniu serii tzw. chwytów, w różnych sekwencjach. Poprzez dotyk dostarczamy ciału impuls terapeutyczny, który wędruje do mózgu. Każdy chwyt musi być wykonany bardzo precyzyjnie w konkretnym miejscu, nawet dłonie muszą być ułożone w odpowiedni sposób.

A jeśli będzie inaczej? Jeśli terapeuta dotknie centymetr dalej niż trzeba? Wtedy chwyt nie da efektu lub spowoduje inny niż pożądany. Precyzja jest warunkiem powodzenia zabiegu. Z tego powodu pracujący techniką Bowena są szczegółowo przygotowywani (sam kurs ma kilka stopni, pomiędzy kolejnymi trzeba odbyć sporą ilość praktyk, a końcowy certyfikat wydaje Instytut Bowena w Australii).

Czyli masażu nie będzie? I zabieg polega tylko na kilku dotknięciach? – Owszem – potwierdza Beata Jańczuk i widząc moje zaskoczenie (a nawet delikatne rozczarowanie), wyjaśnia. – Jestem do takich reakcji przyzwyczajona, większość moich pacjentów jest „wychowana” na masażach. Technika Bowena bardzo się od masażu różni. Tutaj nie chodzi o to, żeby dotknąć pacjenta wszędzie – tylko tam, gdzie trzeba. Pobudzić organizm do samonaprawy, samoregeneracji, powrotu do własnej, naturalnej harmonii. To działa jak efekt domina: każdy chwyt daje impuls, który płynie dalej, uruchamiając po drodze kolejne – i przez ciało wędruje lawina informacji. Ale uwaga – chwytów nie może być za dużo! Bo choć dotyk jest delikatny, to impuls wysyłany do systemu nerwowego potrafi być bardzo silny, a wyodrębniony może „wybrzmieć”, skuteczniej zadziałać.

Z szacunkiem dla kręgosłupa

Terapeutka znów podnosi ręcznik i dotyka mnie w kilku miejscach: wzdłuż kręgosłupa, w okolicy łopatek, niedaleko szyi. Przykrywa mnie i wychodzi z pokoju. Daje mi czas, by wsłuchać się w ciało, w jego reakcje. Prosi też, by opowiedzieć jej o wszystkich odczuciach, nawet najlżejszych, jak mrowienie w kończynach, poczucie ciężkości, jakiś ból, który się gdzieś błąka, a nawet… burczenie w brzuchu! Mój właśnie burczy, a przecież niedawno jadłam. Ale to podobno jest związane z działaniem sympatycznego układu nerwowego. Czuję, jak rozluźniają się moje ramiona. Myślałam, że jestem odprężona, ale dopiero teraz zaczynają naprawdę swobodnie opadać. Gdy terapeutka wraca, pytam, czy jeśli ktoś ma czystą, zdrową pamięć komórkową, to też potrzebuje takich zabiegów. – Jak najbardziej – mówi Beata Jańczuk. – Naszym ciałom brak dziś silnego impulsu samoleczenia. Trochę nie nadążamy za współczesnymi czasami: tempem życia, zmianą sposobu odżywiania, ilością chemii wokół nas. Organizm stara się uporać ze skutkami postępu cywilizacyjnego, a naprawę konkretnych narządów odkłada na później. Trzeba go do tego procesu nakłonić. A kiedy już to zrobimy, ciało samo wybierze, gdzie zacznie naprawę. Z reguły zaczyna tam, gdzie pomoc jest najbardziej potrzebna.

Teraz leżę na brzuchu. Terapeutka prosi o nabranie powietrza i podczas wydechu uciska mnie poniżej żeber. Z prawej, z lewej; z prawej, z lewej. Przenosi dłonie na ramiona, śmiesznie układając palce, i wykonuje nimi skomplikowany gest. Odczekuje parę minut. Teraz lekko unosi moją głowę, uciskając palcami miejsca u nasady czaszki. Bardzo to przyjemne… Ale trwa tylko przez chwilę, bo przychodzi pora na twarz – tutaj czekają mnie dwa kolejne chwyty. Znów chwila przerwy. Potem jeszcze jeden chwyt i… koniec! Ale pani Beata prosi, żebym od razu nie wstawała. Lepiej poleżeć chwilę, dopiero potem powoli, ostrożnie i z miłością unieść ciało. Pokazuje, jak to zrobić prawidłowo, z szacunkiem dla kręgosłupa. O rety, całe życie źle wstawałam!

Czas na przetrwanie impulsów

Kiedy kolejny zabieg? Za tydzień. Trzeba dać organizmowi czas na „przetrawienie” impulsów, które dostał. Ile będzie wizyt? Tego się nie da określić. Zależy, w jakim stanie jest organizm, jak będę reagować. Jeśli ktoś jest ogólnie zdrowy, warto wykonać zabieg raz w miesiącu – w celu dostrojenia organizmu do prawidłowych częstotliwości. Beata Jańczuk zaznacza: – W ciągu tygodnia między zabiegami proszę nie uprawiać intensywnego sportu, wskazane są natomiast spacery. Dobrze też unikać mocnych używek. I dużo pić, małymi łykami – to pomaga w detoksykacji.

Po dwóch zabiegach mogę już śmiało powiedzieć, że widzę efekty. Jednym z nich jest mniejszy apetyt: przestałam się tak żarłocznie rzucać na czekoladę. W ogóle jakoś mniej mi się chce słodyczy. Drugi – to lepszy sen. Zapadam się w poduszkę i zasypiam jak kamień – a wcześniej różnie bywało. Środki przeciwbólowe schowałam głęboko do szuflady – choć przez kilka dni po pierwszym zabiegu pobolewała mnie głowa. Ale to podobno normalne: organizm się przestraja, więc mogą pojawić się tego typu efekty uboczne. Zaczęło mi też być niewygodnie w starej, przekrzywionej pozycji przed komputerem. To dobry znak: ciało samo wymusza zmianę postawy. Zwyczajnie nie pozwala mi siedzieć w szkodliwej pozycji. Cieszę się, że mam z nim kontakt.