1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Asystenci zdrowienia - po prostu nowe życie

Asystenci zdrowienia - po prostu nowe życie

 Anna Olearczuk: Teram mogę się dzielić tym, co mam. Doświadczenie choroby okazało się czymś cennym. (Fot. archiwum prywatne)
Anna Olearczuk: Teram mogę się dzielić tym, co mam. Doświadczenie choroby okazało się czymś cennym. (Fot. archiwum prywatne)
Zobacz galerię 4 Zdjęć
Dają nadzieję. Na wyzdrowienie, na powrót do społeczeństwa. Nie są lekarzami ani terapeutami, ale pomagają chorym. Asystenci zdrowienia sami przeszli przez kryzys psychiczny. I wyszli z tego. Dlatego jeśli oni mówią: „uda ci się”, są w tym wiarygodni. A przecież wiara w powodzenie terapii to jeden z podstawowych leków w każdej chorobie.

Pokazują, że możliwe jest pokonanie nawet dużego kryzysu. Że pesymistyczne prognozy, które można wyczytać w książkach, nie muszą być prawdą. – Po latach chorowania, diagnoz, po miesiącach w szpitalu, czasem po próbach samobójczych, jest ciężko. Człowiek rezygnuje z siebie. A ja jestem, przeszłam przez to i żyję. Funkcjonuję, pracuję – mówi jedna z asystentek zdrowienia, Anna Olearczuk.

– Wielu naszych pacjentów poddaje się na starcie, mają poczucie, że ich choroba jest nieuleczalna – i oczekują pomocy typu wyręczanie, od siebie nie wymagają nic – tłumaczy psychiatra, profesor Jacek Wciórka. – W ostrej fazie kryzysu musi być wsparcie zewnętrzne, żeby można było ruszyć do przodu. Ale potem przychodzi czas, kiedy trzeba odzyskiwać teren i ograniczyć straty, które kryzys powodują. Trzeba wytrwałości, pogodzenia się z tym, że czasem to dwa kroki do przodu i krok w tył, powoli się zyskuje tę przestrzeń dla siebie, ale się da. Dlatego tak ważna jest nadzieja i motywacja do wysiłku. To właśnie mogą dać asystenci zdrowienia.

Pracują najczęściej w centrach zdrowia psychicznego, które są zobowiązane zatrudniać osoby z takimi kompetencjami. – To sprawa nowa i jednocześnie nienowa – tłumaczy prof. Wciórka. – Nowa, bo teraz funkcjonują oficjalnie, tworzy się osobny zawód. Ale jednocześnie od dawna coś takiego funkcjonuje w systemie pomagania osobom uzależnionym, instruktorzy terapii odwykowych to trzeźwi alkoholicy, którzy poddali swoje doświadczenie refleksji – i teraz pokazują, że jeśli praca jest wytrwała, może przynosić dobre efekty. Ich największą siłą jest doświadczenie kryzysu. Nie opowiadają o tym, co przeczytali, tylko o tym, co przeżyli. – To pozwala mi wejść w koalicję z pacjentem – mówi asystentka zdrowienia Elżbieta Jełowicka. – Ja nie mam na czole wypisane, że przeszedłem kryzys – mówi Ivan Sitsko pracujący na jednym z oddziałów w Instytucie Psychiatrii i Neurologii w Warszawie. – Mówię o tym, kiedy jest okazja, ktoś mnie zapyta. Wydaje mi się, że na oddziale pacjenci wiedzą, że byłem w ich sytuacji i dzięki temu mogę pewne rzeczy lepiej zrozumieć. Choć nie przeżyłem przecież wszystkich kryzysów świata, mój kryzys był moim kryzysem, miał dla mnie wyjątkową jakość, ale to, że go przeszedłem, nie znaczy jeszcze, że zrozumiem każdego. Z drugiej strony faktycznie osoby z podobnym doświadczeniem łatwiej mi wesprzeć. Mogę powiedzieć: „Słuchaj, miałem tak samo”. Kiedyś pewien pacjent powiedział mi, że nie ufa psychologom ani psychiatrom, co oni mogą wiedzieć na temat tego, co on przeżywa, oni mają wiedzę z książek. No więc ja mam wiedzę z życia.

Praca

Ivan parzy herbatę na oddziale szpitalnym. Ale nie dla siebie. Dla pacjentów. Co czwartek. – Wczoraj było wyjątkowe spotkanie – mówi – bo akurat wypadało chińskie święto środka jesieni, bardzo tam ważne, wyrażające wdzięczność za zbiory. Opowiadałem o tym podczas parzenia herbaty. Można w ciszy napić się herbaty, można też w każdej chwili wyjść, jeśli ktoś nie czuje się z nami komfortowo. A jednocześnie to okazja do bycia z ludźmi. Do spotkania. Ma ono charakter uspokajający, ćwiczy się cierpliwość, każda czynność wymaga czasu, nic się nie da przyspieszyć. To nie jest wrzucenie torebki do wrzątku.

Ivan Sitsko: Cieszę się,że daję chorym na oddziale chwilę oddechu. (Fot. archiwum prywatne) Ivan Sitsko: Cieszę się,że daję chorym na oddziale chwilę oddechu. (Fot. archiwum prywatne)

Oczywiście nie jest tak, że to każdemu odpowiada. Czasem ktoś przyjdzie raz i nie wraca. Ale są i tacy, którzy przychodzą często. Bo pobyty na oddziale bywają długie. A Ivan zawsze się stara prowadzić spotkanie w choć trochę inny sposób. – Wczoraj na przykład przyniosłem herbatę kwitnącą – to takie kuleczki, które podczas parzenia rozwijają się w kwiat. Parzyliśmy ją w szklanym, przezroczystym naczyniu, żeby to obserwować. Zapach, kolor naparu, faktura liści, zapach suszu – to wszystko odgrywa rolę w treningu uważności.

Ania Olearczuk od stycznia 2019 roku pracuje jako asystent zdrowienia na warszawskich Bielanach, w Środowiskowym Centrum Zdrowia Psychicznego. Mówi o sobie: „jestem gadaczem”. Pracuje, rozmawiając. I zdecydowanie nie tylko o chorobie. – Mam na przykład w tej chwili uczestniczkę, która nie potrzebuje akurat mojego doświadczenia choroby. Po prostu sobie gadamy, a kiedy widzę, że się robi zbyt smutno, że ona zaczyna płakać, przestawiam wajchę na pogodniejsze tory, na lżejsze tematy. Tutaj to, co przeżyłam, sprawia, że łatwiej mi się z nią skomunikować.

Anna Olearczuk: Teram mogę się dzielić tym, co mam. Doświadczenie choroby okazało się czymś cennym. (Fot. archiwum prywatne) Anna Olearczuk: Teram mogę się dzielić tym, co mam. Doświadczenie choroby okazało się czymś cennym. (Fot. archiwum prywatne)

Elżbieta Jełowicka potwierdza: – Dla mnie też najważniejsza jest rozmowa. I spotkania. Towarzyszenie. Pomoc w próbach wychodzenia z konkretnego problemu. Ale to właśnie podczas rozmowy otwierają się ścieżki, nawiązuje się kontakt, buduje zaufanie. Oczywiście teraz wszystko jest trudniejsze. – Mamy nakładkę pandemiczną, to zmienia charakter pracy. Byłam w trybie kwarantanny, więc w odprawach uczestniczyłam na Zoomie – mówi Elżbieta Jełowicka. – Większość kontaktów teraz to jednak kontakty online, ale nie wszyscy to dobrze znoszą. Coraz więcej pacjentów zgłasza potrzebę spotkania i ja się zgadzam, jeśli to tylko możliwe, to zupełnie inna wartość.

Ivan mówi, że na oddziale nikt mu nie powiedział, co konkretnie ma robić. Musiał sposób na siebie wymyślić. – To nie tylko herbata. Prowadzę zajęcia ruchowe, bo kiedyś ćwiczyłem kung-fu, jogę i pilates, teraz uprawiam tai-chi. Kolejna rzecz to bajkoterapia, czytam jedną z bajek chińskich – ona jest pretekstem, żeby porozmawiać potem na jakiś głębszy temat. To też dobre ćwiczenie z koncentracji. Czasem ktoś powie mi, że moje zajęcia były fajne, już samo to, że ludzie na nie wracają, to dla mnie takie dobre, pozytywne światełka. Cieszę się, że ludziom na oddziale daję chwilę oddechu. Zresztą i ja sam wiele od nich dostaję.

Koalicja

To, co niezwykle ważne, to jakość kontaktu między chorym a asystentem zdrowienia. Inna niż na linii pacjent–lekarz. – Teraz, kiedy pracuję w zespole leczenia środowiskowego, gdzie są wszyscy: lekarze, psychologowie, psychoterapeuci, pracownicy socjalni i asystenci zdrowienia, jest wspólna przestrzeń do wymiany opinii na temat poszczególnych pacjentów, szczerze gadamy, mogą się spotkać różne perspektywy – mówi Elżbieta Jełowicka. – Ale ja jestem osobą najbliższą pacjentowi, to oczywiste, siłą rzeczy tworzę z nim koalicję, ale też staram się być pomostem między nim a lekarzem. Trzeba dopuścić taką możliwość – a z tym psychiatrzy mają trudność – że perspektywa lekarza, do tej pory uważana za najważniejszą, może nią nie być. Coraz częściej zdarza się, że dochodzi do panelu na odprawach, to nowość i skutkuje tym, że oferta płynie od całego zespołu, jest bardziej kompleksowa i uwzględnia stanowisko pacjenta.

Elżbieta Jełowicka: Choroba dużo zabiera, ale może teżsłużyć budowaniu nowych zasobów. (Fot. archiwum prywatne) Elżbieta Jełowicka: Choroba dużo zabiera, ale może teżsłużyć budowaniu nowych zasobów. (Fot. archiwum prywatne)

Asystent zdrowienia, który jest w częstym kontakcie z chorym, często jako pierwszy wyłapuje niepokojące sygnały. Co wtedy? Mówi Ela Jełowicka: – Najpierw rozmawiam o tym z osobą, z którą pracuję. To jest też okazja do pogadania o tym, jak ona się odnajduje w leczeniu. Czasem widzę, że nie ma odwagi porozmawiać z lekarzem, że nie mówi mu na przykład o trudnych dla niej do zaakceptowania efektach ubocznych leków, co z kolei przekłada się na to, czy chce się leczyć. Ja to dobrze rozumiem, sama też miałam takie trudności, odwołuję się więc do swoich doświadczeń, dzielę się nimi w sposób naturalny. Myślę, że daję też odwagę do tego, żeby zrewidować relacje z lekarzem. Żeby starać się być szczerym. A nawet, w ostateczności, zdecydować się na odważny krok i zmienić lekarza.

Choroba

Zanim doszli do miejsca, w którym są dziś, przeszli przez kryzys. Ivan Sitsko: – W pracy asystenta zdrowienia fundamentem jest bolesne, druzgoczące czasem, pustoszące doświadczenie choroby. Ale przecież fundament składa się z różnych części. Jestem inżynierem budowlanym i wiem, że każda część jest ważna. Powiedzmy: hydroizolacja to doświadczenie, a zbrojenia i beton, którym to potem zalewamy, to powinna być miłość, wartości podstawowe, coś, co daje nam siłę. A Elżbieta Jełowicka dodaje, że choroba dużo zabiera, ale jednocześnie może służyć budowaniu nowych zasobów. Czasem takich, których nie spodziewaliśmy się znaleźć. I okazuje się, że to, co wyrzuciło nas poza nawias wszystkich naszych ról, może stać się odskocznią do nowego. – Mnie się udało coś takiego zbudować – opowiada. – Moje chorowanie zaczęło się głęboką depresją. Mam diagnozę ChAD (choroby afektywnej dwubiegunowej) z przeważającą ilością epizodów depresyjnych. Depresja skończyła się próbą samobójczą i to uważam za początek mojego zmagania się z kryzysem i zamknięcie tamtej części życia. Konfrontowałam się z sytuacjami, które mnie przerastały, nie korzystałam z możliwości pomocy – i ostatecznie zostałam z tym sama. Wiele lat zmagałam się z chorobą. Byłam trudną pacjentką, bo nie miałam w sobie zgody na farmakoterapię. Dużo było hospitalizacji, winię za to system, tak nie musiało być. W końcu udało mi się znaleźć lekarza, z którym mogłam rozmawiać szczerze, zdecydowałam się na terapię indywidualną i tak się zaczął mój „kurs na słońce”. Opanowałam problemy, poczułam, że wstępują we mnie siły witalne. Moja pani psycholog zasugerowała, żebym zainteresowała się kursem dla asystentów zdrowienia. I to był genialny pomysł. Inaczej postrzegam siebie, swoje chorowanie, relacje z innymi. Udało mi się odbudować to, co straciłam.
Anna Olearczuk diagnozę ChAD dostała w 2008 roku. Choć po raz pierwszy trafiła do szpitala w 2003, diagnoza się zmieniała. – Miałam pracę, którą z jednej strony lubiłam – mówi Anna – z drugiej – wielu rzeczy nie umiałam zaakceptować; często problemy psychiczne to forma niezgody na rzeczywistość. Tak chyba właśnie było ze mną. Miałam dwie próby samobójcze. W 2014 roku zdałam sobie sprawę z tego, że funkcjonuję coraz gorzej. Że albo coś z tym zrobię, albo to się źle skończy. Postanowiłam, że będę starać się o rentę. Wielu nie rozumiało, mówili: „Masz dobrą pracę, nie rezygnuj z tego”. Ale ja zdecydowałam. Szłam na rentę z założeniem, że zmienię coś w życiu. Zaczęłam prowadzić blog o ChAD, zobaczyłam, że jest odzew, że ludzie na to reagują. Poczułam, że chcę pomagać innym. I kiedy pojawiła się idea kursu dla asystentów zdrowienia, poczułam, że to coś dla mnie. Ivan miał dwa kryzysy psychiczne, ten drugi – jak mówi – był trudniejszy. – Z pierwszego udało się wyjść, pięć lat remisji, zapomniałem, że kiedyś chorowałem, i nagle to się powtórzyło. To mnie zdruzgotało. Byłem kompletnie rozbity. Zacząłem pracę z psycholog, która bardzo mi pomogła po pierwszym kryzysie. I podczas jednego ze spotkań w zespole leczenia środowiskowego, kiedy po raz kolejny narzekałem, jaki jestem biedny, psycholog powiedziała: „Zobacz, tu jest ogłoszenie. Są poszukiwane osoby z twoim doświadczeniem. Ono może być nie garbem, ale wartością. Może służyć tobie i innym. Spróbuj”. Pomyślałem: „Właściwie czemu nie”. Na zakończenie kursu każdy był zaproszony na rozmowę podsumowującą. Usłyszałem wtedy – ku swojemu zaskoczeniu – że to, co wnoszę, może być cenne dla innych i że nadaję się do pracy w roli asystenta zdrowienia. Zacząłem chodzić na oddział szpitalny, na którym teraz pracuję jako wolontariusz. Robiłem moje spotkania herbaciane. To był ten sam oddział, na którym leżałem jako pacjent. Kursy dla asystentów organizują na przykład Fundacja „Leonardo” czy Polski Instytut Otwartego Dialogu.

Proces zdrowienia

Czy w ogóle da się zmierzyć, czy i na ile pomoc asystentów jest skuteczna? To trudne, bo zdrowienie to proces rozciągnięty często na lata, składający się z małych elementów. – Pomyślałam o pewnym panu, którego wspieram – mówi Anna Olearczuk. – Non stop lądował w szpitalu przywożony przez policję, trwało to latami. Jakiś czas temu zaczęliśmy pracować nad wczesnym rozpoznawaniem tego, co się z nim dzieje. I niedawno on znów trafił do szpitala. Ale jak trafił! Spakował torbę i pojechał. Bo wiedział, że musi. Ktoś powie: „Wielkie rzeczy, co to takiego?!”. Dla niego wielkie. Zrobił coś, czego wcześniej zrobić nie był w stanie. Drobiazg, a u niego kosmos! W chorobach duszy w ogóle trudniej oceniać skuteczność terapii. – Na pewno wiele razy widzę, że z kimś jest lepiej, niż było na początku naszej współpracy – mówi Ela Jełowicka. – Choć bywają skrajnie trudne momenty, kiedy jestem bezradna, przerażona ogromem problemów mimo podejmowanych różnych prób wsparcia. Warto jednak – mierząc tę skuteczność – powiedzieć jeszcze o tym, że praca asystenta zdrowienia pomaga też… asystentowi zdrowienia.

– Jest wiele osób, które garną się do podjęcia tej roli – mówi prof. Jacek Wciórka. – To zrozumiałe, bo mają wtedy szansę przekuć to ekstremalnie trudne doświadczenie w wartość. I to pełni też funkcję autoterapeutyczną. Praca, taka, za którą dostaje się wynagrodzenie, jest przecież jednym z elementów zdrowienia i dobrego funkcjonowania. – Daje nam bardzo dużo. Nie pamiętam, kiedy wcześniej miałam pracę, do której chce mi się iść. Która mobilizuje pozytywnie, nie przez stres. Teraz mogę się dzielić tym, co mam, doświadczenie choroby i zdrowienia okazało się czymś cennym. Daje mi poczucie, że to, przez co przeszłam, miało sens. I że warto dbać o siebie, żeby to robić dalej. Widzę to także u osób z mojego kursu – to w wielu przypadkach nowe życie, bo stare skończyło się wielkim kryzysem. Tak, tak właśnie o tym myślę: nowe życie.

Obawy

Bo są i obawy. O asystentów. O to, czy kontakt z osobami w ostrym kryzysie nie naruszy ich równowagi, o którą długo przecież każdy z nich walczył. – Tak, to strach realny, ale powiedzmy sobie szczerze: czasem i psychiatrom ta praca szkodzi – mówi prof. Jacek Wciórka. – Oczywiście asystentom zapewnia się pomoc, superwizję, możliwość rozładowania napięć. Obawa jest, ale nie może paraliżować. Praca z osobami w kryzysach psychicznych, zwłaszcza psychotycznych, zawsze wymaga wsparcia i systematycznej refleksji nad emocjami. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że niektórzy asystenci wpadają w kryzys. Ale wtedy się wycofują, poświęcają sobie czas, otrzymują pomoc i często wracają. Polska psychiatria się zmienia. Przestaje być monocentryczna, z wszechmocnym i wszechwiedzącym psychiatrą, pojawiają się ludzie o różnych kompetencjach: psycholodzy, psychoterapeuci, terapeuci zajęciowi, pielęgniarki, pracownicy socjalni i właśnie asystenci zdrowienia. Nie wszyscy psychiatrzy przyjmują te zmiany z entuzjazmem. – Na początku na pewno wielu z nich miało obawy – mówi prof. Wciórka. – Niektórzy nadal są nieufni, niektórzy przeciwni, bo przecież psychiatrzy, jak cała populacja, są zróżnicowani w postawach i poglądach. Jedni uważają, że wystarczy wiedza, którą kiedyś zdobyli – to trudniejsza sprawa. Ale jest wielu takich, którzy są otwarci, chcą próbować. I widzę, że po pewnym czasie wszyscy się przyzwyczajają i dostrzegają w tym wartość. To pewien proces. Anna Olearczuk też ma wrażenie, że obawy się nie potwierdziły. – Coraz więcej o nas słychać, coraz więcej osób się przekonuje. Są oczywiście zespoły, w których asystenci przyjmowani są lepiej, wręcz zabiega się o to, żeby byli, i takie, gdzie nie do końca wiadomo, co z nimi zrobić. Ale nigdy przecież nie jest tak, że wszyscy są zadowoleni. A z czasem asystenci będą coraz lepiej przygotowani do pracy, wypracuje się model szkoleń. I z czasem, miejmy nadzieję, będzie ich więcej. Zarówno w centrach środowiskowych, jak i na oddziałach szpitalnych. – Oni potrafią inaczej rozmawiać z chorymi, mają inne kompetencje językowe, nie operują językiem medycyny, tylko życia – podkreśla prof. Wciórka. A język jest ważny. Dużo zmieniło już choćby samo to, że teraz mówi się o kryzysie psychicznym, nie o chorobie psychicznej. – To istotne, bo chorobę oswoili lekarze, to ich język, ich fach, ale okazuje się, że to, co człowieka dotyka w trudnej sytuacji, ma jeszcze wiele odsłon, masek, do których język medyczny nie daje dostępu. A które czasem mają kluczowe znaczenie dla procesów zdrowienia. Słowo „choroba”, zwłaszcza „choroba psychiczna” czy tym bardziej „umysłowa”, jest stygmatyzujące. Ma niedobry osad. Przejście na „kryzys” usadawia całą sprawę w innej perspektywie. Bo kryzysy mogą być różne, silne, krótkie, gwałtowne – i kryzysy się kończą, można je przezwyciężyć. Elżbieta Jełowicka też widzi zmiany. – Na korzyść. Choć przede wszystkim w dużych miastach, po staremu jest w małych miasteczkach, na wsiach – to smutne, bo jednocześnie tam właśnie jest większa stygmatyzacja ludzi chorych. Nie ma psychoedukacji, a ona powinna się przecież zacząć już w przedszkolu. Trzeba rozmawiać o emocjach, uczyć uważności na nie, zrozumienia. Ja tak postrzegam moją pracę – jak niesienie kaganka oświaty. Jestem cząstką tej zmiany, może małą, ale jednak. Jeśli mogę komuś pomóc, jeśli moje doświadczenie może się przydać, to dla mnie wartość. 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Jak poradzić sobie z anemią?

Zwykle stosunkowo łatwo jest zapobiec anemii. Pod warunkiem że nie pomylimy jej objawów ze zwykłym zmęczeniem. (Fot. iStock)
Zwykle stosunkowo łatwo jest zapobiec anemii. Pod warunkiem że nie pomylimy jej objawów ze zwykłym zmęczeniem. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęć
Anemia – niczym dementorzy z książek o Harrym Potterze – wysysa z nas siły i radość życia. Na szczęście zwykle stosunkowo łatwo jej zapobiec, a jeśli się pojawi – skutecznie wyleczyć.

Pod warunkiem że nie zlekceważymy ani nie pomylimy objawów anemii ze zwykłym zmęczeniem.

Pierwsze tygodnie wiosny to prawdziwe wyzwanie dla organizmu. Zmysły pracują ze zdwojoną mocą, by nadążyć za zmieniającym się i piękniejącym z dnia na dzień światem. Nasze siły witalne są jeszcze nieco spowolnione po zimie – narzekamy na zmęczenie i niewyspanie. Źle tolerujemy wysiłek, a czasem mamy też zawroty i bóle głowy. Bladość oraz problemy z włosami i paznokciami tłumaczymy brakiem czasu na odpoczynek, ale mimo to nie zwalniamy. Zwłaszcza jeśli funkcjonujemy w środowisku, w którym gloryfikuje się bycie zajętym i zapracowanym.

– Bycie „zagonioną” to dla wielu Polek powód do dumy. Czerpią satysfakcję z tego, że potrafią wykorzystać każdą chwilę na realizację kolejnych zadań i zaspokajanie cudzych potrzeb. Niektóre kobiety zdają się opierać poczucie własnej wartości na tym, jak bardzo są zajęte – mówi coach wellness i zdrowia Ewa Stelmasiak.

Kiedy jednak do tego wszystkiego dołącza podenerwowanie, drażliwość lub obniżony nastrój – powinno zapalić się nam światełko alarmowe. Przyczyną wszystkich wymienionych objawów może być anemia, a pierwszym krokiem do diagnozy powinno być badanie krwi i wizyta u lekarza.

Kobiety podchodzą niefrasobliwie do anemii

– Obrywamy za to, że wcześniej nie ćwiczyliśmy! – tak jeden z uczestników trekkingu w Alpach próbował pocieszyć 35-letnią Julię, która dotarła do schroniska godzinę później niż reszta grupy. – Tyle że ja ćwiczyłam regularnie – odpowiedziała, z trudem łapiąc oddech. Była zlana potem, serce jej waliło jak szalone i miała zawroty głowy. Podczas każdego podejścia czuła się jakby miała zaraz umrzeć. – No to ja na twoim miejscu gruntownie bym się  przebadał – usłyszała.

Tamta rozmowa sprawiła, że Julia zaczęła bać się o swoje zdrowie. Po powrocie do domu zrobiła badania, począwszy od EKG, przez echo serca, na spirometrii skończywszy. Nie wykryto nic poza anemią. Internistka stwierdziła, że to niedokrwistość musiała być przyczyną jej problemów w górach.

– Miałam tę chorobę od lat i podchodziłam do niej dość lekko – wspomina Julia. – Można powiedzieć, że się do niej przyzwyczaiłam. Nawet jeśli zaczynałam brać leki, wkrótce o nich zapominałam. Do głowy mi nie przyszło, że to wszystko, co się ze mną dzieje, może być spowodowane „banalną anemią”, którą przecież ma tak wiele kobiet.

Anemia rzeczywiście nie jest wśród kobiet rzadkością. – Niedokrwistość, zwłaszcza z niedoboru żelaza, jest dość częsta u młodych dziewczyn i spowodowana głównie obfitymi krwawieniami miesięcznymi – mówi hematolog prof. dr hab. Wiesław Jędrzejczak. W ciąży, ze względu na zwiększone zapotrzebowanie na ten pierwiastek, anemia jest tak powszechna, że określa się ją jako „fizjologiczną”.

Dla dietetyczki klinicznej Ewy Kurowskiej niefrasobliwy stosunek kobiet do niedokrwistości nie jest zaskoczeniem. – Kiedy w trakcie wywiadu pytam o badania krwi, słyszę często: „a tak… rzeczywiście, kiedyś miałam złe wyniki, ale nic z tym nie zrobiłam”. Albo dowiaduję się, że kobieta podjęła leczenie, ale już nie sprawdziła, czy przyniosło skutek – mówi. – Niektóre osoby pamiętają z dzieciństwa, że kiedy ktoś z rówieśników miał anemię, jadł przez pewien czas wątróbkę i szybko wracał do zdrowia. Niesłusznie więc wyciągają z tego wniosek, że niedokrwistość to nie jest poważna choroba.

Wpływ diety na anemię

Poza obfitymi miesiączkami, częstą przyczyną niedoborów żelaza jest niewystarczająca jego ilość w diecie, co paradoksalnie może wynikać z chęci dbania o siebie. Jak mówi Ewa Kurowska, krzywdę mogą nam zrobić m.in. niezbilansowana dieta wegetariańska, wegańska, bezglutenowa, monodiety i źle pojmowane oczyszczanie.

– Nie jestem przeciwniczką diet bezmięsnych, ale najlepszym źródłem żelaza hemowego, czyli lepiej przyswajalnego, jest czerwone mięso i jeśli wyłączymy je z diety, musimy dostarczyć więcej żelaza niehemowego, czyli pochodzenia roślinnego, oraz zadbać o jego dobre wchłaniane, np. włączając produkty bogate w witaminę C – tłumaczy Ewa Kurowska.

Układając dietę wegetariańską i wegańską, warto też pomyśleć o przyjmowaniu witaminy B12, bo ona występuje głównie w produktach odzwierzęcych. Zwłaszcza że, jak mówi prof. dr hab. Wiesław Jędrzejczak: – Oprócz niedoboru żelaza, niedokrwistość najczęściej powodują niedobory witaminy B12 i kwasu foliowego. O ile niedokrwistość z niedoboru żelaza charakteryzuje się występowaniem krwinek mniejszych niż normalnie, czyli mikrocytów, to niedokrwistości z niedoboru witaminy B12 czy kwasu foliowego odwrotnie – charakteryzują się występowaniem krwinek większych niż normalnie, czyli makrocytów.

Ostrożność warto zachować, nie tylko wyłączając produkty odzwierzęce, ale jakiekolwiek duże grupy artykułów, np. zboża. Kojarzymy je głównie z węglowodanami i często odstawiamy jako pierwsze, gdy zaczynamy się odchudzać, a przecież w zbożach jest też wiele innych cennych składników odżywczych, m.in. właśnie żelazo i witaminy z grupy B. Nie można więc nagle zrezygnować ze zbóż, niczym ich nie zastępując.

– Ryzykowne mogą okazać się też wszelkie głodówki i tzw. oczyszczanie organizmu, polegające na przyjmowaniu przez kilka dni wyłącznie soków i wody. Jeśli opieramy dietę na płynach, nie pracują jelita i wątroba, a bez tego organizm się nie oczyści, tylko raczej zakwasi i zacznie wykorzystywać zapasy składników odżywczych, co może prowadzić do niedoborów – przestrzega Ewa Kurowska i porównuje: – Organizm jest jak gra Tetris – lepiej nie lekceważyć żadnego elementu, bo wszystkie mają swoje znaczenie.

Konsekwencje anemii

U kobiet anemię stwierdza się, gdy poziom hemoglobiny krwi, czyli białka odpowiedzialnego za transport tlenu, spada poniżej 12 g/dl. Jeśli jest jej za mało, cały organizm jest gorzej dotleniony. Pół biedy, jeżeli taki stan nie trwa długo, a wyniki za bardzo nie odbiegają od normy albo są na jej granicy. Czasem wystarczy zadbać o dietę, by sytuacja się poprawiła. Gorzej, jeśli taki stan się przedłuża. Jako pierwsze buntują się zazwyczaj serce i mózg – bez tlenu nie będą dobrze pracować, w ich ślady idą inne organy.

– Przewlekła niedokrwistość powoduje dysfunkcję niemal wszystkich narządów – mówi prof. dr hab. Wiesław Jędrzejczak. – Musi być traktowana jako sygnał do poszukiwania poważnej przyczyny takiego stanu. Kobieta, która ma hemoglobinę niższą niż 9 g/dl, powinna być skierowana do hematologa.

Niewłaściwa dieta i obfite miesiączki to najczęstsze, ale nie jedyne przyczyny anemii u młodych kobiet. Zdarza się, że w organizmie jest jakieś źródło krwawienia albo są problemy z wchłanianiem żelaza spowodowane pasożytami przewodu pokarmowego lub celiakią. Zresztą i te zbyt silne comiesięczne krwawienia też powinny być skonsultowane przez ginekologa – trzeba ustalić, co je powoduje. Warto więc zadawać pytania – sobie i lekarzom, ale przede wszystkim uważnie słuchać tego, co mówi nasz organizm i nie przeprowadzać na nim eksperymentów ani żywieniowych, ani wytrzymałościowych. – To pierwszy i najważniejszy krok ku zdrowemu i pełnemu radości życiu – mówi Ewa Stelmasiak.

Dostępne źródła żelaza

Najpopularniejszym źródłem żelaza są produkty pochodzenia zwierzęcego, przede wszystkim podroby, wołowina. Dużą zawartością tego pierwiastka charakteryzują się również mięczaki. Jest to dobrze przyswajalne żelazo hemowe. W produktach pochodzenia roślinnego znajdziemy natomiast żelazo niehemowe, trudniej wchłanialne, ale w towarzystwie witaminy C ten parametr znacznie się poprawia. Właśnie ze względu na zawartość witaminy C doskonałym źródłem żelaza roślinnego są brokuły, brukselka, zielona natka pietruszki czy sok z pokrzywy. Znaczne ilości żelaza zawierają też rośliny strączkowe, kasza gryczana, jaglana, quinoa czy jęczmienna, a także pestki dyni, kakao, sezam, jarmuż. Kwestia przyswajalności żelaza, tzw. biodostępność, jest bardzo istotna, ponieważ dopiero po przeniknięciu do krwiobiegu jest ono pożyteczne dla organizmu, a z kolei jeśli pozostanie w nadmiarze w jelitach, może zaburzyć mikroflorę jelitową i wywołać zaparcia, biegunki oraz obniżenie odporności. Jeśli decydujemy się na suplementację, warto więc wybrać formę żelaza o wysokiej biodostępności, na przykład tzw. elementarne.

Jak nie wypaść blado?

  • Przynajmniej raz w roku rób morfologię krwi. Dowiesz się m.in., jaki masz poziom hemoglobiny.
  • Przeanalizuj swoją dietę i zastanów się, czy przyjmujesz wystarczającą ilość żelaza, a jeżeli jesteś weganką – koniecznie suplementuj witaminę B12.
  • Jeśli masz obfite miesiączki, trwające dłużej niż tydzień, wymagające zmiany podpasek częściej niż 8 razy na dobę, także w nocy, i we krwi zauważasz dużo skrzepów, koniecznie porozmawiaj o tym z ginekologiem. Trzeba szukać przyczyny takiego stanu.
  • Jeśli chcesz uzupełnić żelazo w diecie i jadasz mięso, wybieraj chudą wołowinę lub wieprzowinę. Raz na jakiś czas możesz sięgnąć po wątróbkę i nie zapominaj o jajkach. Żelazo, które jest w żółtku, świetnie się przyswaja. Jeśli jesteś wegetarianką lub weganką, pamiętaj o roślinach strączkowych, zielonych warzywach (brokułach, szpinaku, jarmużu), burakach, pestkach dyni i pełnoziarnistych produktach zbożowych.
Leczysz anemię? Nie przerywaj terapii – ani kiedy poczujesz się lepiej, ani gdy okaże się, że źle tolerujesz jakiś preparat. Szukaj innych rozwiązań.

  1. Zdrowie

Płyny do płukania jamy ustnej mogą hamować rozwój wirusa

Płyny do płukania mogą znaleźć zastosowanie w codziennej profilaktyce COVID-19, obok takich rozwiązań jak dystans społeczny, dezynfekcja rąk czy noszenie maseczek. (Fot. iStock)
Płyny do płukania mogą znaleźć zastosowanie w codziennej profilaktyce COVID-19, obok takich rozwiązań jak dystans społeczny, dezynfekcja rąk czy noszenie maseczek. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Płyny do płukania jamy ustnej pomogą zapobiec transmisji SARS CoV-2? Badania amerykańskich naukowców dają na to szanse. Ale dentyści ostrzegają przed zbytnim optymizmem – płukanka przeciwko koronawirusowi to fake news.

Płyny do płukania jamy ustnej pomogą zapobiec transmisji SARS CoV-2? Badania amerykańskich naukowców dają na to szanse. Ale dentyści ostrzegają przed zbytnim optymizmem.  

Płukanką w koronawirusa?

Amerykańscy naukowcy potwierdzili, że dwa rodzaje płynów do płukania jamy ustnej niszczą 99,9 proc. koronawirusa w warunkach laboratoryjnych, zakłócając tym samym jego replikację w komórkach ludzkich.

Badania wykonane w Rutgers School of Dental Medicine w stanie New Jersey zostały opublikowane w czasopiśmie "Pathogens". Wykazano w nich m.in. że popularny płyn do płukania jamy ustnej, który kupimy w aptece czy drogerii oraz płyn na receptę z dodatkiem chlorheksydyny, są w stanie dezaktywować wirusa w ciągu nawet kilku sekund.

Badanie zostało przeprowadzone w laboratorium przy użyciu odpowiednich stężeń płynu do płukania oraz w czasie niezbędnym do kontaktu z tkankami w celu odtworzenia rzeczywistych warunków występujących w jamie ustnej.

Niektóre płukanki do higieny jamy ustnej, zawierające takie składniki, jak jodopowidon oraz nadtlenek wodoru, ograniczały przenoszenie się wirusa, ale wpływały przy tym szkodliwie na komórki jamy ustnej.

Natomiast inne płyny, m.in. z antyseptykiem o szerokim zastosowaniu - chlorheksydyną, zabiły jednostki wirusa zapewniając skuteczną ochronę przed zachorowaniem, ale były przy tym minimalnie inwazyjne dla komórek skóry. To sprawia, że preparaty te mogłyby znaleźć zastosowanie w codziennej profilaktyce COVID-19, obok takich rozwiązań jak dystans społeczny, dezynfekcja rąk czy noszenie maseczek.

Potrzeba jednak dalszych badań klinicznych, aby przetestować skuteczność płukanek pod kątem COVID-19 u człowieka. Już wcześniej m.in. niemieccy wirusolodzy molekularni, medyczni oraz naukowcy potwierdzili, że niektóre płyny dostępne powszechnie w handlu mogą unieszkodliwić wiriony i zahamować ich replikację.

Obiecujące są także możliwości płynów do płukania jamy ustnej zawierających co najmniej 0,07% CPC, czyli chlorku cetylopirydyniowego. Ten ostatni składnik nie tylko niszczy drobnoustroje, działając bakteriobójczo oraz przeciwgrzybiczo, ale jest przy tym bezpieczny w stosowaniu.

Czy warto więc robić sobie nadzieję, że regularnie stosowane płukanki pomogą w walce z COVID-19? Nie jest to takie proste.

– Mimo pojawiających się doniesień naukowców na temat wpływu płynów do płukania jamy ustnej na mniejsze ryzyko zarażenia się COVID-19, warto sprostować, że nie jest to metoda walki z koronawirusem. Badania w laboratorium wykazały, że niektóre płyny rzeczywiście mogą szybko niszczyć koronawirusy, ale jest to działanie miejscowe w obszarze jamy ustnej i gardła. Nie wyleczą natomiast infekcji. Nie ma też jednoznacznych dowodów na to, że mogą zapobiec przenoszeniu wirusa pomiędzy ludźmi - komentuje lek. stom. Monika Stachowicz z Centrum Periodent w Warszawie.

Z uwagi na fakt, że wirus SARS CoV-2 odpowiedzialny za COVID-19 przenika do organizmu m.in. poprzez jamę ustną i namnaża się bezpośrednio w gruczołach ślinowych, to ostatecznym celem byłoby ustalenie, czy płukanie ust płynem o działaniu antyseptycznym i przeciwwirusowym mogłoby obniżyć, w perspektywie krótkoterminowej, ryzyko przenoszenia koronawirusa na inne osoby.

Płyny do płukania ust już od dłuższego czasu wykorzystywane są w wielu gabinetach przed zabiegami dentystycznymi, aby zmniejszyć tzw. miano wirusa u pacjentów, czyli zmniejszyć niebezpieczeństwo zakażenia innych osób. Mogą też być pomocne podczas opieki medycznej nad pacjentami cierpiącymi na COVID-19.

- Pacjent może również stosować płukanki samodzielnie, np. po powrocie do domu i ściągnięciu maseczki może umyć zęby i przepłukać je płukanką ze składnikami o właściwościach odkażających. Przy tym należy pamiętać, że płyn działa doraźnie i miejscowo, czyli w jamie ustnej i gardle – można porównać to do umycia rąk, które również dezynfekujemy odpowiednimi preparatami. Wówczas będzie to dodatkowe wsparcie, które nie zaszkodzi, a może pomóc, nie tylko w zmniejszeniu transmisji wirusa na inne osoby, ale także w walce z plagą próchnicy czy schorzeniami dziąseł – dodaje stomatolog.

Źródło: biuro prasowe Periodent Centrum Leczenia i Profilaktyki Paradontozy

  1. Psychologia

Depresja maskowana - jak rozpoznać objawy? Rozmowa z Joanną Porembą, prezeską fundacji Melancholia

Rozmawiamy z Joanną Porembą, współzałożycielką i prezeską fundacji Melancholia, www. melancholia.org.pl. (Fot. Jacek Poremba)
Rozmawiamy z Joanną Porembą, współzałożycielką i prezeską fundacji Melancholia, www. melancholia.org.pl. (Fot. Jacek Poremba)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Przewlekłe bóle głowy lub karku, napady paniki, fobie i natręctwa, ale też zaburzenia snu czy pracy serca – pod wszystkimi tymi objawami może ukrywać się depresja. Joanna Poremba, współzałożycielka i prezeska fundacji Melancholia, wyjaśnia, jak rozpoznać ją u siebie i bliskich.

Na hasło „depresja” wielu z nas staje przed oczami obraz zmęczonego, zaniedbanego człowieka, który nie ma siły podnieść się z łóżka... Bywa, że rzeczywiście tak to wygląda, jednak depresja może mieć rozmaite podłoże i bardzo różny przebieg, często daleki od powszechnego wyobrażenia. Przywołany przez ciebie obrazek może stanowić całą prawdę o czyjejś chorobie, ale może też nie pojawić się w ogóle lub być tylko jedną z kilku różnych faz. Fakt, że wiele osób tak właśnie wyobraża sobie depresję, wynika z uwarunkowań kulturowych, w tym opisów filmowych i literackich – wystarczy, że wspomnimy „Lot nad kukułczym gniazdem” czy „Przerwaną lekcję muzyki”. Z całą pewnością nie jest jednak jedynym ani obowiązującym sposobem przechodzenia choroby! Rzeczywiście często występuje w niej apatia i ospałość, ale równie dobrze może pojawić się nadaktywność i bezsenność. Podobnie jest z apetytem: objawem depresji może być zarówno brak apetytu, jak i nadmierne łaknienie. Bywa, że dominujące objawy są jeszcze bardziej zwodnicze. W niektórych formach depresji okazują się mylące na tyle, że sugerują występowanie zupełnie innych chorób. To tak zwane maski depresji, które sprawiają, że jest ona szczególnie trudna do zdiagnozowania.

O maskach w ostatnim czasie mówimy głównie w kontekście koronawirusa, wcześniej zaś przy okazji rozmów o teatrze i karnawale. I w teatrze, i podczas karnawału, i nawet w czasie pandemii, podczas której staramy się przechytrzyć wirusa, maska kojarzy się z odgrywaniem jakiejś roli, z oszukiwaniem otoczenia. W depresji, jak sobie wyobrażam, występuje zwykle wtedy, kiedy siebie oszukujemy, nie chcąc przyjąć do wiadomości pewnych prawd na temat otoczenia i siebie samych. Nie nazwałabym tego oszukiwaniem, a raczej niebyciem przy sobie, pewnym brakiem uważności wobec sygnałów, które daje nam własny organizm. Nasza postawa jest bardzo często zupełnie nieuświadomiona: wywieramy na samych siebie różne rodzaje presji, nie akceptując się, a w konsekwencji nie darząc troską, czułością i uwagą. Bez kochania siebie nie da się kochać i akceptować świata. Niestety, jeśli tej uważności na siebie nie wyniesiemy z domu, jeśli rodzice nie nauczą nas korzystania z pewnych narzędzi, to w życiu dorosłym będzie nam o wiele trudniej. Na szczęście, kiedy zaczynamy ich w końcu szukać, z pomocą przychodzi psychoterapia.

Wracając do twojego pytania – wspomniany karnawał stanowił kiedyś coś w rodzaju wentylu bezpieczeństwa, okres, kiedy można było zapomnieć o konwenansach i ograniczeniach. Maska w depresji również jest wentylem. Depresja to choroba duszy i umysłu, a nasz mózg – ciągle jeszcze nie do końca poznany – nie mogąc zmieścić w głowie wszystkich napięć, „upycha” je w ciele. To, z czym sobie nie radzimy, trudne emocje zaczynają pukać do nas pod postacią przypominającą rozmaite schorzenia. Według niektórych badaczy, którym trudno odmówić pewnej racji, jeśli poświęcamy naszemu ciału wystarczająco dużo uwagi i jesteśmy wyczuleni na płynące z niego sygnały, to być może zauważymy te symptomy wcześniej. To jedna z wielu korzyści bycia w kontakcie ze swoim ciałem.

W naszej kulturze mamy raczej niską świadomość własnego ciała. Niestety, masz rację. Nie uczy się jej w szkołach, a powinno. I nie mam tu na myśli sportu, bo aktywność fizyczna nie zawsze jest równoznaczna z kontaktem nawiązanym z ciałem. Znany amerykański psychiatra i psychoterapeuta Alexander Lowen podkreślał często, że głowa nie działa bez ciała, i odwrotnie. U współczesnego człowieka Zachodu jednak ta komunikacja między nimi nie odbywa się tak, jak powinna.

Czy lekarz, jeśli ktoś zwraca się do niego z dolegliwością somatyczną, zawsze również powinien brać pod uwagę, że ta osoba może chorować na depresję? Byłoby to tak zwane holistyczne podejście do pacjenta, które na razie nie jest u nas powszechne, choć na szczęście nie powiedziałabym, że się nie zdarza. Lekarz z całą pewnością powinien zastanowić się, czy nie ma do czynienia z maską depresji wtedy, kiedy pacjent zrobi wszystkie możliwe badania, wyniki są dobre, a jego ciało cierpi. Warto przy tym podkreślić, że nie chodzi o wyimaginowany ból czy dyskomfort – te dolegliwości, umiejscowione w konkretnym punkcie, naprawdę się odczuwa, i po pewnym czasie może rozwinąć się z nich coś poważniejszego. Tym, co ostatecznie potwierdza, że chodziło o maskę, jest skuteczność leczenia lekami antydepresyjnymi: dolegliwości ustępują po ich zażyciu, nie zaś po preparacie, który zwykle stosuje się na chorobę imitowaną tutaj przez depresję.

Pomówmy jeszcze o stereotypowym wyobrażeniu osoby chorującej na depresję. Wielu z nas wie już, że nie zawsze objawia się ona rozpaczą, apatią i zaniedbaniem higieny. Jednak termin „maski depresji” chyba nie wszyscy słyszeli. Ja, która choruję na depresję od ponad 20 lat, nigdy nie usłyszałam tego określenia od żadnego lekarza. Dodam, że zawsze byłam bardzo aktywna, rzadko kiedy smutna, a moim głównym problemem było dojmujące uczucie lęku. Termin „maski depresji” nie jest nowy, natomiast rzeczywiście nie wszedł do literatury przedmiotu; trudno przewidzieć, czy się to zmieni. Nie dotarł także do szerszej świadomości. Symptomy, których doświadczałaś, można jednak określić takim właśnie mianem.

Maski depresji mają rozmaity charakter. Jednym z ich rodzajów są tzw. maski psychopatologiczne – zaburzenia lękowe (lęk przewlekły lub ataki paniki, jak u ciebie), fobie oraz natręctwa. Drugą typową kategorią są symptomy fizyczne, głównie bólowe. Do najczęstszych zalicza się bóle w klatce piersiowej, kłucie serca, wrażenie duszności i ucisku; bóle głowy (np. pulsowanie, uczucie ucisku na mózg, szum w uszach) połączone z uczuciem niepokoju; nerwobóle; drętwienie, pieczenie, palenie, cierpnięcie kończyn, przepływ ciepła lub uczucie zimna; świąd skóry; zespół niespokojnych nóg; dziwne odczucia w rozmaitych narządach, szczególnie w żołądku i wątrobie. Maską depresji mogą być też zaburzenia rytmu biologicznego: snu i czuwania (problemy z zasypianiem, płytki sen, zbyt wczesne budzenie się, nadmierna senność w ciągu dnia), łaknienia (utrata apetytu lub napady głodu), problemy z miesiączkowaniem, zaburzenia erekcji. Wspomniany już Lowen mianem maski depresji określał także alkoholizm. Jak widać wachlarz możliwości jest szeroki.

Ja na przykład długo cierpiałam na coś, co wydało się być reumatoidalnym zapaleniem stawów – to też jedna z masek depresji. Drugą były męczące mnie latami dokuczliwe bóle karku – z czasem tak silne, że nie mogłam ruszyć szyją, nie byłam też w stanie zapiąć pasów w samochodzie. Lekarze rozważali nawet operację. Zamiast tego zdecydowałam się na długą fizjoterapię, która pomogła mi rozluźnić i poczuć własne ciało. Kiedy do leczenia włączono antydepresanty, dolegliwości ustały. Warto dodać, że zwykle najlepszym rozwiązaniem jest połączenie leczenia farmakologicznego z psychoterapią.

U mnie maską był lęk, u ciebie bóle karku; wymieniłaś też wiele innych możliwości. Zastanawiam się, czy – skoro znamy ich tyle – depresja maskowana nie jest częstą formą depresji? Spotkałam się kiedyś z szacunkami, wedle których depresja maskowana może występować nawet trzy razy częściej niż inne postaci zaburzeń depresyjnych. Niestety, nie dysponujemy szczegółowymi danymi; wiele przypadków pozostaje niezdiagnozowanych, a i o „klasycznej” depresji, jak pokazuje praktyka, coraz trudniej jest mówić, bo każdy przypadek jest inny, a generalizowanie prowadzi donikąd.

W ramach działalności fundacji Melancholia publikujemy rozmowy ze znanymi osobami, które mają za sobą doświadczenie depresji – porównując te wywiady, bardzo łatwo zauważyć oczywiście pewne elementy wspólne, ale także ogromne różnice. Ktoś rzeczywiście nie wstaje tygodniami z łóżka, ktoś inny – jak na przykład reżyserka Joanna Kos-Krauze, która z wielką otwartością i szczerością opisała swoją historię – rzuca się w wir pracy, podróżuje po całym świecie, zamienia się w prawdziwego tytana. Jeden ucieka więc w sen i izolację, drugi – w pracę czy niebywałą aktywność. Ona także odcina nas od emocji – wsłuchać się w nie możemy tylko wtedy, kiedy wreszcie się zatrzymamy. Różna bywa też etiologia choroby, która może pojawić się na skutek traumatycznych doświadczeń, ale także wtedy, kiedy nie przechodzimy ewidentnego życiowego kryzysu – to odróżnia ją od zaburzeń adaptacyjnych. I znowu, w obu przypadkach może wystąpić wspomniane odcięcie emocji od ciała, co często skutkuje powstawaniem masek.

Przy okazji warto też dodać, że w Polsce rozmowa o liczbach dotyczących depresji jest w ogóle prawie niemożliwa, bo dane, które przedstawia NFZ, dotyczą tylko i wyłącznie sektora publicznego; prywatna działalność psychiatrów i psychoterapeutów nie jest w ogóle uwzględniana w oficjalnych statystykach, a to właśnie tam trafia około 60 proc. pacjentów. Nasza fundacja na przykład czerpie dane ze strony WHO.

Wiemy na pewno, że w Polsce alarmujące są statystyki dotyczące depresji wśród młodzieży. Jak wygląda kwestia masek w ich przypadku? Podobnie jak u dorosłych, depresja maskowana u dzieci może być trudna do uchwycenia, a spektrum możliwych masek jest bardzo szerokie. Może polegać na opóźnieniu rozwoju psychicznego, intelektualnego oraz emocjonalnego. Z depresją maskowaną łączy się też często fobia szkolna, objawiająca się poprzez dążenie do izolacji. Powtarzające się bóle brzucha przed pójściem do szkoły na pewno powinny zwrócić uwagę rodziców, podobnie jak rozmaite zaburzenia zachowania (nieuzasadnione napady złości, przesadzone reakcje, obojętność, zachowania autodestrukcyjne), przewlekłe bóle głowy, arytmia serca, alergie.

Warto więc słuchać swojego organizmu oraz być czułym na sygnały wysyłane przez osoby najbliższe. Rozmawiać – z sobą i bliskimi. Obserwować – bliskich i samego siebie. Jest takie ładne zdanie, które powiedział bodajże Oscar Wilde: „Daj człowiekowi maskę, a powie ci prawdę”. W pewnym sensie podobnie jest z naszym ciałem i duszą. Czasem nasze „ja” musi sięgnąć po maskę, żeby powiedzieć prawdę o tym, co je boli i gnębi.

  1. Zwierciadło poleca

XVIII Aukcja Charytatywna „ziarno SZTUKI – ogród NADZIEI”

 Plakat aukcji został zaprojektowany przez Andrzeja Pągowskiego, przyjaciela Fundacji, który od lat wspiera aukcje „ziarno SZTUKI – ogród NADZIEI” i Fundację.
Plakat aukcji został zaprojektowany przez Andrzeja Pągowskiego, przyjaciela Fundacji, który od lat wspiera aukcje „ziarno SZTUKI – ogród NADZIEI” i Fundację.
Zobacz galerię 2 Zdjęć
XVIII Aukcja Charytatywna „ziarno SZTUKI – ogród NADZIEI” osiągnęła pełnoletniość. Po raz 18-sty zapraszamy na licytację prac artystów, którzy hojnie obdarowali Fundację. Przed nami wyjątkowe, coroczne spotkanie ze sztuką. 

Obecny czas sprawia, że bardziej niż kiedykolwiek doceniamy wartość relacji międzyludzkich i rolę wzajemnej pomocy. Mając na uwadze dotkliwe ograniczenia i potrzeby osób chorych onkologicznie, liczymy na wsparcie tego wyjątkowego przedsięwzięcia.

Dzięki hojności darczyńców i licytujących możemy wspomagać podopiecznych Fundacji w radzeniu sobie z doświadczeniem choroby, docieraniu do źródeł wewnętrznej mocy, powrocie do zdrowia i poprawie jakości życia. To dla nas niezwykle cenny dar, będący wyrazem zarówno empatii i zrozumienia dla drugiego człowieka, jak i uznania dla artystów ofiarowujących swoje dzieła z potrzeby serca. Kiedy łączymy się we wspólnej idei płynącej z ponadczasowych, ogólnoludzkich wartości, wnosimy bezcenny wkład do świata, stając się zmianą, jaką chcemy w nim widzieć i możemy ją razem współtworzyć - podsumowała Prezes Fundacji, Monika A. Popowicz.

Aukcje charytatywne „ziarno SZTUKI – ogród NADZIEI” mają długą tradycję i są organizowane od 2007 roku. Do tej pory wydarzenie wsparło około trzystu znanych, jak również początkujących artystów, w gronie wspierających znaleźli się: Stanisław Baj, Wojciech Ćwiertniewicz, Ryszard Grzyb, Rafał Olbiński, Urszula Wilk, Olga Wolniak oraz wielu innych.

Tegoroczne wydarzenie zaplanowano na 22 kwietnia, o godz. 19.00. Z uwagi na panujące obostrzenia aukcja odbędzie się bez udziału publiczności. Środki zgromadzone podczas wydarzenia zostaną, jak co roku, przeznaczone na terapię osób zmagających się z chorobami nowotworowymi.

Prace można oglądać po wcześniejszym skontaktowaniu się pod numerem tel. 500 777 240. Bieżące informacje o aukcji, Kunstmatrix – wystawa wirtualna oraz katalog aukcyjny będą dostępne na Facebooku i stronie internetowej Fundacji Ogród Nadziei. W aukcji natomiast można wziąć udział telefonicznie (zlecenia przyjmowane są pod tel. 500 777 240), mailowo (zgloszenia.aukcja@wp.pl) lub za pomocą serwisu OneBid.pl.

Plakat aukcji został zaprojektowany przez Andrzeja Pągowskiego, przyjaciela Fundacji, który od lat wspiera aukcje „ziarno SZTUKI – ogród NADZIEI” i Fundację. Plakat aukcji został zaprojektowany przez Andrzeja Pągowskiego, przyjaciela Fundacji, który od lat wspiera aukcje „ziarno SZTUKI – ogród NADZIEI” i Fundację.

  1. Psychologia

Przejdziemy przez to razem. Gdy w związku pojawia się choroba

Towarzyszenie w chorobie i odchodzeniu nie wymaga wielkich deklaracji, wzniosłych słów pożegnania. Wystarczy być obok, uszanować uczucia chorego i swoje własne. (Fot. iStock)
Towarzyszenie w chorobie i odchodzeniu nie wymaga wielkich deklaracji, wzniosłych słów pożegnania. Wystarczy być obok, uszanować uczucia chorego i swoje własne. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Wczoraj jeszcze: plany na wakacje, seks, zakupy. Dziś: leki, szpital, niewiadoma. Kiedy w związku pojawia się choroba, nic już nie będzie takie samo.

Wczoraj jeszcze: plany na wakacje, seks, zakupy. Dziś: leki, szpital, niewiadoma. Kiedy w związku pojawia się choroba, nic już nie będzie takie samo.

Obiecujemy sobie: być razem ,,na dobre i na złe”, ale wierzymy, że to złe nas ominie. Kiedy się pojawi, na przykład jako ciężka choroba, złorzeczymy na niesprawiedliwy los: ,,Dlaczego to spotkało właśnie nas?, Co teraz będzie?”. Zmienia się wszystko- harmonogram dnia i hierarchia wartości. Zmienia się miłość. Jak? To zależy – bo choroba jest bolesnym, ale najbardziej wiarygodnym testem siły związku i każdego z nas z osobna.

Jedziemy do lekarza

Kilka tygodni temu mąż mnie zapytał, czy zawiozę go na badania. Od jakiegoś czasu miał problemy z jelitami. Lekarka zleciła kolonoskopię. Poprosił o badanie w znieczuleniu, po którym nie mógł prowadzić samochodu. W naszej rodzinie to ja – jak typowa kobieta – przyznawałam sobie prawo do migren, jesiennych infekcji czy gorszego samopoczucia przed miesiączką. On był tym twardym, opiekuńczym i unikającym (prawdopodobnie z lęku) ,,gadania” o chorobach. Kiedy patrzyłam po badaniu na tego silnego faceta, teraz spoconego ze strachu, zmęczonego, z wyrazem bezradności w oczach czekającego na diagnozę – miałam mieszane uczucia. Był lęk, czy to na pewno nic poważnego, przerażenie: "a co, jeśli okaże się najgorsze?", bezradność: "jak mam się zachować, co powiedzieć, jak go wesprzeć?" i… trochę wściekłości: "jak on mógł mi to zrobić?", buntu: "to ja jestem ta słabsza, a on mocniejszy, to niesprawiedliwe".

Badania nie wykazały niczego poważnego. Na szczęście. Ale zadałam sobie pytanie: ,,Czy znalazłabym wystarczającą siłę do walki z poważną chorobą? Czy coś zaniedbałam?”.

Mariola Kosowicz, psychoonkolog, codziennie pracuje z ludźmi dotkniętymi takim problemem, osobami, dla których diagnoza zabrzmiała jak wyrok. Pytam ją, jak dbać o kogoś bliskiego. Zauważa, że w związku umawiamy się na wiele ważnych rzeczy: podział obowiązków, sposób wychowywania dzieci, zarządzania domowym budżetem itp., ale rzadko świadomie bierzemy odpowiedzialność za nasz – swój i partnera – stan psychofizyczny. Nie pamiętamy na przykład o tym, że mąż wszedł w okres, kiedy powinien robić badania pod kątem prostaty. Bagatelizujemy swoje migreny, bo tyle jest ważniejszych spraw! Gorsze samopoczucie? Odsuwamy ten ,,przykry” temat, wypieramy niepokojące objawy, zrzucając wszystko na kark zmęczenia, upływu lat. Tracimy czujność albo próbujemy zaczarować bolesne fakty. Mariola Kosowicz przytacza przykłady ze swojej praktyki.

Pacjentka w okresie okołomenopauzalnym od jakiegoś czasu lekko krwawi. Mąż zauważa to przy stosunku. Pyta, czy była u lekarza. Ona uspokaja go, że w jej wieku takie dolegliwości się zdarzają. Gdy po ciężkim krwotoku trafia do szpitala, słyszą: zaawansowane stadium raka jajnika, z przerzutami.

Albo inny: czterdziestolatek umiera na ulicy na zawał. Zrozpaczona żona tłumaczy znajomym: "Zawsze po pracy był zmęczony. Czasami narzekał na bóle w klatce piersiowej. Gdybym wiedziała…".

– Nie chodzi o to, żeby być nadwrażliwym, ale żeby nie zatracać wrażliwości – wyjaśnia psychoonkolog.

Trzeba odejść od sztywnych ról, że w naszej rodzinie to zawsze on biega po lekarzach, a ona jest ta silna. Mieć odwagę podzielić się z partnerem niepokojem: "Wiesz, ostatnio pobolewa mnie podbrzusze. Boję się, co to może być". I dobrze, kiedy on odłoży wtedy gazetę, wyłączy telewizor i powie: "To pewnie nic poważnego, ale lepiej sprawdzić. Zapisz się do lekarza, zawiozę cię". Albo odwrotnie: kiedy on w nocy kilka razy wstaje do łazienki, ona mówi, żeby zrobił badania. A potem, konsekwentnie, o tym nie zapomina. Pyta znajomych o dobrego lekarza, pomimo protestów jedzie z mężem na wizytę. Bo w obliczu choroby, zwłaszcza w tym pierwszym momencie, gdy słyszy się diagnozę, człowiek nie powinien być sam.

Test dla dwojga

Choroba to nie wyrok, nawet ta przewlekła czy śmiertelna. Wola walki, a nade wszystko wsparcie osób bliskich mają ogromny wpływ na jej przebieg i pomyślne rokowania. Nowotwór, cukrzyca, zawał – to potrafi zaburzyć poczucie bezpieczeństwa, wygenerować potworny lęk, niepewność oraz postawić na głowie bliższe i dalsze plany. Ale też obnaża prawdę o życiu – tym wspólnym i każdego z nas z osobna. Pokazuje, jakie role pełnimy w związku, jak radzimy sobie z emocjami, czy potrafimy rozmawiać o tym, co trudne i przerażające. Testuje rodzinny system, to, jak reaguje na zmiany. Zmusza do uważności, skończenia z małżeńskimi grami, konfrontuje z prawdziwym życiem. Pytasz: "Dlaczego to przydarzyło się właśnie nam?". A dlaczego miałoby właśnie was ominąć?

Najpierw pojawia się szok, z którym każdy z partnerów radzi sobie na swój własny sposób. Być może on – z rozpoznaniem poważnej choroby – udaje, że jego to nie dotyczy. Zaraz po chemii idzie do pracy, nie przestrzega zaleceń lekarza i magicznie chce wierzyć, że nie jest tak chory, jak to widzą inni. Za to ona rzuca się w wir działania, bo tak redukuje napięcie. Załatwia kolejnego lekarza, sprowadza lek z zagranicy, na forach internetowych czyta, co napisano na temat tej choroby. Czasami jest wściekła, że on to bagatelizuje, może nawet robi mu okrutny wyrzut: "Jasne. Ty sobie umrzesz i zostawisz mnie samą z tym wszystkim". Tymczasem z psychologicznego punktu widzenia, osoby, które określają swoją tożsamość na podstawie działania w świecie: pracę, konto bankowe, troskę o rodzinę – wolą zaprzeczać chorobie. On mówi: "Daj mi spokój. Jeszcze nie jest ze mną tak źle". A ona – określająca swoje "ja" przez relacje – ma poczucie, że ich świat rozpada się jak domek z kart i musi walczyć za oboje.

 
Z kolei, jak wynika z badań, mężczyźni na wieść o chorobie żony częściej reagują ogromnym niepokojem, złością, bezradnością... Tym bardziej kiedy mąż mówi: "Nienawidzę szpitali, ale pójdę z tobą na te badania, bo nie powinnaś być wtedy sama" – daje tym dowód prawdziwej odwagi i dojrzałej miłości. I nawet jeśli ona odpowie: "Dam sobie radę. W czym ty mi pomożesz?" – jego zdecydowana postawa w takiej chwili będzie naprawdę ważna. To naturalne, że obydwoje przeżywają lęk. Najpewniej nigdy wcześniej o tym nie rozmawiali.

Choroba to dobry moment, żeby zdobyć się na szczerość. Bo mąż na przykład unika zbliżenia, bojąc się, że jego żonę będzie za bardzo bolało, a ona jest przekonana, że po mastektomii przestała być kobietą, że on jej nie kocha. Może być też tak, że na poszczególnych etapach choroby każde z partnerów jest w innym miejscu. Osoba zdrowa, wspierająca musi uznać decyzje i zwyczajowy sposób reagowania chorego w sytuacjach stresowych. Może jednak powiedzieć: "Wiem, że ty zawsze w takich chwilach się wycofujesz, ale tym razem sprawa jest poważna i nie możemy jej zbagatelizować", albo: "Moim zdaniem, powinieneś pójść na zwolnienie. Ale jesteś dorosły i zrobisz, jak zechcesz". Bardzo ważne jest takie werbalizowanie potrzeb partnera, nawet kiedy im zaprzeczamy.

Bywa jednak, że wszystkie próby spokojnej rozmowy są odrzucane i wówczas z bezradności, lęku, rozpaczy, partner wykrzykuje wszystko to, czego nie mógł wyrazić inaczej. Dla niektórych związków to jedyny sposób wyrażania trudnych myśli. Za chwilę można przecież powiedzieć: "Wcale tak nie myślę. Byłam zdenerwowana". Są też chwile, kiedy krzyk nie wyraża złości, lecz niewyobrażalny lęk. Mamy do tego prawo. Podobnie jak do kłótni, awantur, chwil zwątpienia czy łez. Byle nie zaprzeczać chorobie i uczuciom, które nami targają.

– Kiedy patrzysz na tego niegdyś silnego mężczyznę, który leży blady w łóżku i jest bezradny jak dziecko, i chce ci się płakać, nie oszukuj go, nie hamuj łez, powiedz: "Czasami jest mi tak ciężko, że muszę sobie popłakać, ale razem sobie z tym poradzimy". W dojrzałym stosunku do choroby jest miejsce i na siłę, i na słabość – mówi psychoonkolog.

Stary dom, nowe meble

W obliczu sytuacji kryzysowych każdy system rodzinny dąży za wszelką cenę i za pomocą znanych sobie sposobów zaradczych do przywrócenia równowagi sprzed problemu. A tymczasem poważna choroba nie da się przykryć „normalnością”. Przekonanie, że: "jak nic nie zmienimy, będziemy żyć tak jak dawniej, to może choroba zniknie" – jest nierealne. Życie z chorobą w związku można porównać do kupna nowych mebli do starego mieszkania. Po prostu musimy zrobić miejsce na nową kanapę.

Żmudny, często bolesny proces leczenia, skutki uboczne, zmieniające się samopoczucie chorego, pobyt w szpitalu, badania kontrolne i oczekiwanie, na poprawę – to wszystko zmienia życie, decyduje nawet o tym, czy i gdzie wyjedziecie na wakacje. Jesteście z tym razem, ale też każde z osobna: ze swoimi emocjami, lękami, nadziejami…

To może doprowadzić do nieporozumień czy wzajemnego krzywdzenia się. Jak w tej historii – on po operacji raka prostaty, widząc, jak ona wychodzi do pracy, rzuca mimochodem: "Nie spiesz się, poradzę sobie. Idź na kawę z tym swoim szefem. Niedługo umrę, nie będę stał na drodze do twojego szczęścia". Co odpowiedzieć w takiej sytuacji? Że jego słowa bolą. Czyli mówić o swoich uczuciach, pragnieniach: "Wiesz, kiedy mnie tak odtrącasz, jest mi przykro", "Pamiętasz, kiedyś tak lubiliśmy siedzieć przytuleni na kanapie. Brakuje mi tego" albo "Bardzo chciałbym się z tobą kochać, ale boję się, że ty nie chcesz".

Przede wszystkim jednak trzeba dać sobie czas i dużo wzajemnego zrozumienia i ciepła. Oczekiwanie, że z chwili na chwilę wszystko samo powróci do normalności, generuje napięcie, oczekiwania i frustrację, gdy tak się nie dzieje.

Zdaniem Marioli Kosowicz, umiejętność towarzyszenia w chorobie, to także umiejętność nabywania nowych ról – kiedyś on zawsze płacił rachunki, dziś ona musi przejąć tę rolę, zwykle to partnerka dawała sygnał: "musimy porozmawiać", teraz zamknęła się w swoim milczeniu, które on szanuje, ale nie może przecież pozwolić, by w nim trwała bez końca, więc zaczyna być tym, kto zachęca do konfrontacji.

Najwięcej wysiłku wkłada się zwykle w to, żeby wszystko działo się po staremu, żeby święta były takie jak dawniej – nie w mniejszym gronie czy minorowym nastroju, ale na wesoło i z rozmachem. Ale przecież gdzieś z tyłu czai się strach, obawa, którą czasem werbalizują dzieci, pytając "Tato, czy mama umrze?".

Nawet jeśli potraficie rozmawiać o trudnych sprawach, zwykle wspólnie podejmowaliście ważne decyzje, to słowa: "gdy ty umrzesz…" z trudem przechodzą przez gardło. "My o takich strasznych sprawach nie rozmawiamy" – powiedział mi niedawno znajomy, którego żona umiera na raka piersi.

Gdy mówię o tym Marioli Kosowicz, ona odpowiada, że to ich prawo. – Nikogo nie można zmusić do rozmów o śmierci. Często odwiedzam moich przewlekle chorych pacjentów, bywa że towarzyszę im w procesie odchodzenia. Zdarza się też, że po śmierci dzwoni do mnie mąż pacjentki i pyta: "Czy pani wie, w czym żona chciała być pochowana?", bo on ją o to nigdy nie spytał. Umieramy samotnie, pomimo tylu ludzi dookoła – konstatuje.

Towarzyszenie w chorobie i odchodzeniu nie wymaga wielkich deklaracji, wzniosłych słów pożegnania. Wystarczy być obok, uszanować uczucia chorego i swoje własne. Powspominać wspólnie spędzone chwile i podziękować za wszystko, co dobre.