1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Miłość rodzi się w kontakcie - cała prawda o adopcji

Miłość rodzi się w kontakcie - cała prawda o adopcji

Magda wie na pewno, że dziecko, czy to biologiczne, czy adoptowane, kocha się tak samo. (Fot. Mariola Kędzior)
Magda wie na pewno, że dziecko, czy to biologiczne, czy adoptowane, kocha się tak samo. (Fot. Mariola Kędzior)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Najpierw chciała być po prostu mamą. Bezskutecznie. Potem mamą adopcyjną. Udało się. Ale gdy zobaczyła, jak dużo jest w tym obszarze do zrobienia, wzięła się do organicznej pracy. Założyła fundację, napisała książkę i setki artykułów. I tak stała się ekspertką od adopcji.

Najpierw chciała być po prostu mamą. Bezskutecznie. Potem mamą adopcyjną. Udało się. Ale gdy zobaczyła, jak dużo jest w tym obszarze do zrobienia, wzięła się do organicznej pracy. Założyła fundację, napisała książkę i setki artykułów. I tak stała się ekspertką od adopcji.

Magda Modlibowska, 48 lat, z wykształcenia socjolożka. A z zawodu? Gdyby wnosić po tematach, jakie wyskakują, gdy wpisze się do wyszukiwarki jej nazwisko, można by sądzić, że zajmuje się adopcją na pełny etat. A ona, owszem, od kilkunastu lat pracuje na rzecz adopcji, tyle że charytatywnie. Po raz pierwszy spotkałyśmy się dziesięć lat temu przy okazji jej książki „Odczarować adopcję”. To był temat, który nie tylko odczarowywała, ale przede wszystkim wyciągała z otchłani tematów tabu. Bo w tamtych czasach w Polsce przyznawanie się do bycia niebiologiczną matką było czymś wstydliwym. Bywało, że kobiety fingowały ciążę, żeby ukryć fakt zostania „matkami inaczej”. Magda od początku przecierała szlaki. Dla siebie, innych, dla sprawy. Zapamiętałam ją jako wulkan energii. Wygadana, kompetentna, inteligentna. Jeszcze wtedy łączyła pracę w korporacji z działaniami proadopcyjnymi. Potem skupiła się tylko na tym drugim. Sądziłam, że tak będzie do końca świata i jeden dzień dłużej. A ona jesienią mówi mi: – Teraz przyszedł czas na zamknięcie tamtego okresu, kiedy zajmowałam się tylko wspieraniem innych. Nie zamierzam skończyć jako babcia adopcyjna. Pora zająć się sobą. Nie słyszę w tych słowach żartobliwego tonu. Zmiana, którą widzę, też jest zaskakująca. Na spotkanie przychodzi w długiej czerwonej sukience, z tatuażem na przedramieniu, burzą włosów w naturalnym popielatym kolorze. Podkreśla, że nasze obydwa spotkania to taka symboliczna klamra spinająca jej działalność adopcyjną.

Procedury

Zaczęło się od tego, że Magda nie mogła zajść w ciążę. Oboje z mężem byli dla lekarzy zagadką. Z medycznego punktu widzenia nic nie stało na przeszkodzie, by mieli biologiczne dzieci. Ale mieć nie mogli. Z góry odrzucili in vitro. Uważali, że ta metoda nie daje gwarancji powodzenia, oznacza lata walki, burze hormonalne i czekanie, czekanie. – Byłam umęczona badaniami diagnostycznymi. Nie chcieliśmy dalej w to brnąć. Już wcześniej myśleliśmy o adopcji – że jak będziemy mieć dwoje dzieci, to potem adoptujemy. Pierwszą procedurę adopcyjną przeszli w Krakowie, za darmo, w państwowym ośrodku adopcyjnym, który mieścił się w zagrzybiałym starym budynku. – W ośrodku w Krakowie pracowali z nami wspaniali ludzie. Docierano do naszej głębokiej motywacji. Nagle uświadomiliśmy sobie, że pragnienie dziecka to nie żaden altruizm, żadne myślenie Bóg wie o czym, tylko o tym, żeby być mamą i tatą. Po prostu. W trakcie tych spotkań okazało się, że na wiele spraw Magda ma inne poglądy niż mąż. Na przykład uważała, że macierzyństwo adopcyjne niczym się nie różni od naturalnego, mąż – że się różni. Zostawili sobie ten temat jako nierozstrzygnięty. Usiłowali przejść adopcję także w Warszawie w niepublicznym ośrodku, usytuowanym w nowoczesnych wnętrzach, za spore pieniądze. Ale okazało się to niemiłym doświadczeniem. Magda pytała wtedy buńczucznie: „Czy ośrodki adopcyjne i domy dziecka są naprawdę zainteresowane przygotowywaniem dzieci do adopcji?”. Dzisiaj nie jest tak radykalna. – Każde staranie o dziecko długo trwa, i to naturalne, i to adopcyjne. Ośrodki dwoją się i troją, ale co mają zrobić w sytuacji, gdy jest dużo więcej rodziców niż dzieci do adopcji? Część dzieci nie jest „wolna prawnie”. Dlatego dzisiaj sformułowałabym inny postulat: powierzania takich dzieci rodzinom zastępczym, w których mogłyby wzrastać w kontakcie z rodziną biologiczną, ale w bezpiecznych warunkach.

Ona i one

Wypełniając ankietę w jednym z warszawskich ośrodków, w rubryce „oczekiwania” wpisała: żadnych. Starsza córka Magdy (18 lat, w chwili adopcji – dwa miesiące) urodziła się z wieloma wadami. Przechodziła operację za operacją. Młodsza (nieco ponad 13 lat, adoptowali ją w wieku 2,5) była zdrowa, ale długo borykali się z jej traumami. Magda powtarza, że miłość do dziecka nie rodzi się automatycznie, nawet gdy poród jest naturalny. Rodzi się w kontakcie. Pierwsza córka wymagała całodobowego czuwania, opieki, więc wzajemna miłość narodziła się samoczynnie. O uczucia drugiej trzeba było się starać. – Musiałam niejako urodzić tę relację. Po trzech latach poczułam, że druga córka stała się naprawdę naszym dzieckiem. Nagle zaczęła emanować takim prawdziwym, niewymuszonym ciepłem. Rączki, które mnie obejmowały, wprost się do mnie przyklejały. Jak mówiła: „mamuniu, przytul mnie”, to z głębi serca, a nie jak na początku, recytując. Bardzo pomogła mi koleżanka, która ma pięcioro biologicznych dzieci. Kiedy urodziła trzecie, zadzwoniła: „Mam wielki problem, tylko ty możesz mi pomóc”. Myślę sobie: „Matko, taki wzór macierzyństwa dzwoni po radę właśnie do mnie?”. Okazało się, że zawsze karmiła piersią, a teraz dziecko jest uczulone i musi karmić sztucznie. No a kto lepiej zna się na mieszankach i butelkach, jak nie ja? I wtedy zrozumiałam, że nie powinnam się porównywać, bo nie ma znaczenia, czy urodziłam, czy nie. Ważne, że kocham, że czuję się matką. Później przekonałam się, że moja miłość do córek nie różni się od tej do biologicznego syna. Urodził się dziewięć lat temu jako totalna niespodzianka. Dla niego nie ma znaczenia, że siostry są adoptowane. Ostatnio powiedział do jednej: „Ty to masz fajnie, bo masz dwie mamy, a ja tylko jedną”. Teraz Magda wie na pewno, że dziecko, czy to biologiczne, czy adoptowane, kocha się tak samo. Problemy wszystkich matek są podobne. Uważa, że jej jako matce córek było nawet łatwiej niż matkom biologicznym. Nie przechodziła przez trudy ciąży i porodu. Ale – z drugiej strony – nie doświadczając tych dziewięciu miesięcy, ciężko było jej od razu poczuć macierzyństwo. Cały czas szukała książek dla matek adopcyjnych. Dopiero po jakimś czasie zrozumiała, że powinna czytać zwykłe książki dla zwykłych matek, bo tak samo karmi, przewija.

Magda Modlibowska: 'Macierzyństwo, i to adopcyjne, i biologiczne, najpierw otworzyło mnie na innych, teraz na siebie'. (Fot. Mariola Kędzior) Magda Modlibowska: "Macierzyństwo, i to adopcyjne, i biologiczne, najpierw otworzyło mnie na innych, teraz na siebie". (Fot. Mariola Kędzior)

Praca od podstaw

Szybko przekonała się, że w procedurze adopcyjnej przeorania wymaga wszystko. – Zjadłam zęby na poszukiwaniu wsparcia, które w Polsce kuleje. Na ogół rodziny z dzieckiem zostają pozostawione same sobie, często w poczuciu, że nie wypada o nic prosić, bo przecież nas zakwalifikowano. Więc jak już dowiedziałam się, gdzie szukać pomocy, chciałam się tą wiedzą podzielić. Najpierw napisała książkę „Odczarować adopcję”. Pamięta dokładnie, że zainspirowało ją do tego takie zdarzenie: Rozmawia z koleżankami z pracy o tym, w jakim szpitalu rodzić, naturalnie czy przez cesarskie. Koleżanki wiedzą, że jest świeżo upieczoną mamą. Któraś z nich pyta: „A ty jak rodziłaś?”. Odpowiada: „Adoptowałam”. I wtedy zapada cisza. Krępująca. Magda jest przekonana, że koleżanki jej nie oceniają, tylko nie mają wzorców, jak się zachować. Ta sama sytuacja kilka lat później w Szwecji: Magda z córkami w międzynarodowym towarzystwie. Ktoś pyta, czy rodziła w Polsce. Kiedy mówi, że adoptowała, gratulują, są ciekawi, jakie to doświadczenie, czy dzieci są rodzeństwem. – Zamarzyło mi się, żeby w Polsce też tak było, żeby o adopcji mówiło się otwarcie, a nie półgębkiem. Książka rozeszła się na pniu. Potem zorientowała się, że to za mało, bo ludzie potrzebują kontaktu. Założyła więc Fundację Wsparcia Rodzin po Adopcji, którą do dziś prowadzi i finansuje. Przyznaje, że to wyczerpujące zadanie. – Innym wydaje się, że jestem wielką instytucją, dzwonią do mnie z pytaniami, oburzają się, że czekają na odpowiedź, a ja nie odpowiadam, bo mam chore dziecko. Nikt nie wie, że działam sama. Ale nie mam o to pretensji. To moja decyzja i moja za nią odpowiedzialność. Rozpiera mnie duma, że przez fundację przewinęło się ponad tysiąc rodzin, którym mogłam pomóc. Ale na tym nie koniec. Magda to kobieta orkiestra. Napisała ponad 300 artykułów do Internetu i gazet, nagrała wiele audycji radiowych, występowała w programach telewizyjnych. Wymyśliła i wypuściła w świat „Księgę Adoptowanego Dziecka” – kronikę przygotowań rodziców na przyjęcie dziecka. Była przez kilka lat wiceprezeską Stowarzyszenia „Dobrze Urodzeni”. Właśnie wychodzi kolejne wydanie książki „Odczarować adopcję”. Uzupełnione o doświadczenie nie tylko jej, lecz także innych rodziców, o wywiady z psychologami, o ważne zagadnienia, jak poronienia. Redaktorka, czytając opasłe tomisko, podsumowała: „Powstała biblia adopcyjna”.

Misja

Magda od początku chętnie wypowiadała się publicznie na temat adopcji. Była na każde zawołanie. – Chodziło mi o to, żeby więcej się o niej mówiło. Bo gdy się mówi, jest szansa, że się ją oswoi, że stanie się mniej dzika, tajemnicza. Uważam, że to moja misja, dług do spłacenia. W końcu po coś doświadczyłam tego wszystkiego: dwóch adopcji, porodu domowego i czterech poronień. Po coś mam dar mówienia i tyle energii. Co by powiedziała teraz, bogatsza o doświadczenia, przyszłym rodzicom adopcyjnym? Żeby nie bać się adopcji. Bo daje szansę na przepiękne rodzicielstwo. Podobne do biologicznego – są w nim te same troski i to samo szczęście. Ale w rodzicielstwie adopcyjnym jest coś jeszcze: właśnie ta adopcyjność, czyli mnóstwo wyzwań, których nie ma w rodzicielstwie biologicznym. Trzeba się na to przygotować. I szukać wsparcia. Magda bardzo nie lubi mitu, że adopcja to bohaterstwo, bo oto ktoś uratował dziecko. – Nie, ja uratowałam siebie. Bohaterstwem jest urodzić dziecko z dysfunkcjami. Ja na każdym etapie adopcji mogłam powiedzieć: nie, a matka biologiczna tego nie może zrobić. Przygotowanie do adopcji to wgląd w siebie, na co jestem otwarta. Ja na przykład nie byłam w stanie przyjąć dziecka z poważnymi dysfunkcjami umysłowymi. Dlatego głośno mówię rodzicom adopcyjnym: macie do tego prawo. Pytam Magdę, czy jako działaczka adopcyjna ma poczucie sukcesu. – Absolutnie nie, wręcz mam poczucie porażki. Nie zintegrowałam środowiska adopcyjnego, nie ruszyłam w posadach systemu, nie zostałam wysłuchana tam, gdzie być powinnam. Adopcja nadal jest dla polityków mało ważnym zagadnieniem. Nie udało mi się także dlatego, że jak proszę matki adopcyjne o publiczne zabranie głosu, to odmawiają. Anonimowo wypowiadają się chętnie. Co to pokazuje? Że nie chcą eksponować swojej inności. A przecież ze swoimi dziećmi do końca życia będą żyć z adopcją w tle. Co trzeba zrobić, żeby odczarować w Polsce adopcje? – Podzieliłabym te działania na dwa nurty. Społeczny, czyli uświadamianie ludzi poprzez media, w szkole, czym jest adopcja, a z drugiej strony – uwrażliwianie na problemy adopcyjnych rodzin. Dlaczego gratulujemy biologicznej matce urodzenia, a adopcyjnej już nie? Drugi nurt jest systemowy, i tu jest bardzo dużo do zrobienia. Wywróciłabym do góry nogami ustawodawstwo. Bo w tej chwili jest tak, że po decyzji sądu o adopcji przed rodzicami zamykają się wszystkie drzwi, nie mają oni żadnej opieki, nawet prawa do pielęgniarki środowiskowej.

Wypalenie

Magda powtarza, że zrobiła, co mogła. Teraz chce oddać się rodzinie. Z każdym dzieckiem jest w innym procesie. Najstarsza córka szuka swoich korzeni biologicznych, młodsza ją w tym podpatruje. Córki od początku wiedziały, że ich nie urodziła, niczego przed nimi nie ukrywała. Mimo to etap, który teraz wspólnie przechodzą, nie jest łatwy. – Badania potwierdzają, że każde dziecko przechodzi przez traumę odrzucenia. Czasem już na etapie prenatalnym. Psychologowie powtarzają to rodzicom adopcyjnym od początku, tylko oni nie chcą tego słyszeć. Myślą, że miłością można wyleczyć wszystko. A to nieprawda. Pytanie mojej córki o rodziców biologicznych było dla mnie bardzo silnym tąpnięciem. Mimo że wiem, że ona nie przestanie mnie nagle kochać, nie odejdzie od nas. Magda nie ma żalu do biologicznych matek swoich córek, czuje do nich wdzięczność. Są w jej rodzinie od początku. Najpierw mentalnie, teraz w rozmowach z córkami, niedługo być może spotka je w realu. Bo jeżeli kiedyś córka poprosi ją, żeby pojechały do niej razem, zrobi to bez wahania. – My, rodzice adopcyjni, musimy być na to gotowi. To część naszego rodzicielstwa. Moje córki przychodzą do mnie i mówią: „Chcemy wiedzieć, do kogo jesteśmy podobne. Zadać pytanie, dlaczego rodzice mnie oddali do adopcji, czy dlatego, że byłam ciężko chora, czy że byłam kłopotliwym dzieckiem”. Cieszę się, że przychodzą z tym do mnie. Gdybym nie wiedziała tego, co wiem o adopcji, mogłabym się podłamać. Bo przecież wlałam w nie tyle miłości. Wskoczyłabym za nie w ogień. Zawsze będę je wspierać. Ale adopcji jako takiej już wspierać nie chcę. Czuję się wypalona byciem na jej świeczniku. Chcę się skupić na moich dzieciach, mężu. I na sobie. Prowadzę własny biznes, piszę wiersze, gram na czandrze, maluję. Macierzyństwo, i to adopcyjne, i biologiczne, najpierw otworzyło mnie na innych, teraz na siebie. 

W 2020 roku  ukazało się uzupełnione wznowienie książki Magdaleny Modlibowskiej „Odczarować adopcję”. Wydawnictwo Mamania.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jedno chce mieć dziecko, a drugie nie - czy taki związek przetrwa?

Przed podjęciem decyzji o wspólnym życiu za rzadko rozmawiamy o tym, czy chcemy mieć dzieci. Przyjmujemy, że druga strona myśli tak samo jak my. Ale wcale nie musi tak być. (Fot. iStock)
Przed podjęciem decyzji o wspólnym życiu za rzadko rozmawiamy o tym, czy chcemy mieć dzieci. Przyjmujemy, że druga strona myśli tak samo jak my. Ale wcale nie musi tak być. (Fot. iStock)
Przed podjęciem decyzji o wspólnym życiu za rzadko rozmawiamy o tym, czy chcemy mieć dzieci. Przyjmujemy, że druga strona myśli tak samo jak my. Ale wcale nie musi tak być... Jak przejść przez kryzys w związku związany z odkryciem, że partnerzy mają kompletnie inne podejście do rodzicielstwa – pytamy psychoterapeutkę Renatę Pająkowską-Rożen.

Czy to oczywiste, że w związku chcemy mieć dzieci, czy lepiej zapytać? Przed ślubem lub przed wspólnym wzięciem kredytu, który także połączy nas na dobre i na złe... Koniecznie trzeba o tym porozmawiać! I nie w ten sposób, że nie udzielamy sobie jednoznacznych odpowiedzi. Mężczyzna na przykład mówi: „Porozmawiamy o tym później, nie teraz”. Być może to nieodpowiedni moment, bo właśnie stracił pracę, jednak ustalmy, kiedy o tym porozmawiamy. Jeśli tego nie wyjaśnimy, to w pewnym momencie może pojawić się problem, bo mężczyzna, mówiąc: „nie rozmawiajmy o tym”, miał na myśli „nie ma o czym gadać, nie chcę dzieci!”, a kobieta zrozumiała jego słowa jako odroczenie: „teraz nie, ale za 10 lat będziemy je mieć!”.

Niedogadane pary przychodzą po pomoc do psychoterapeuty? Dobrze, jeśli się na to zdobędą, bo to jest poważny problem. Zazwyczaj wygląda to tak, że na początku oboje przeżywają ogromne zdziwienie. Jedno pyta: „Dlaczego wracamy do tego tematu? Przecież to ustalone?!”, drugie równie zaskoczone: „Jak to? Dziwisz się, że chcę mieć dzieci?”. Problemem pary, o której teraz opowiadam, nie było jednak chciane i niechciane rodzicielstwo, ale to, że był to jeden z tematów, których nie poruszali, żeby nie psuć atmosfery w związku. Ponieważ bardzo angażowali się w swoje kariery zawodowe, nie było to konieczne do momentu, kiedy kobieta poczuła, że już teraz chce dzieci. Niedogadane sprawy są jak kula śniegowa…

Co zrobili? Rozstali się czy jedno z nich ustąpiło? Zrobili to, co powinni zrobić już dawno temu, czyli zaczęli wreszcie rozmawiać o tym, co jest dla nich w życiu najważniejsze. To, że omijali na trudne i ważne tematy, powodowało, że nie żyli razem, ale obok siebie, w dwóch różnych światach. Pracowaliśmy więc na terapii nad tym, czy będą mogli na nowo się spotkać i być razem, czy nie.

Spotkać? Przecież byli razem... Czyżby? Kobieta przez te lata marzyła o byciu mamą, o zabawkach na środku salonu, o kinderbalach z balonikami i tortem, mężczyzna z kolei w swoich fantazjach widział ich zawsze tylko we dwoje – jak prowadzą wygodne życie, podróżują, odwiedzają przyjaciół. Ich marzenia, ich wizje przyszłości rozmijały się. Żeby to zmienić, zaczęliśmy rozmawiać o tym, co jest dla nich w życiu najważniejsze. Dla każdego z nich indywidualnie i dla nich w związku. I czy można te wizje połączyć. Kiedy kończyli terapię, temat dziecka nadal był otwarty. Mieli podjąć wspólnie decyzję, ze świadomością, że zegar biologiczny tyka. Mężczyzna dopuścił już taką możliwość, ponieważ podczas terapii indywidualnej, którą także rozpoczął, zrozumiał, że przed byciem ojcem hamuje go lęk, że nie będzie potrafił zadbać o dzieci, że powtórzy błędy swojego ojca. Jednocześnie zdał sobie sprawę, że jest przecież innym człowiekiem niż jego ojciec i nie musi być złym rodzicem.

Sama doświadczyłam tego, że chęć bycia rodzicem może się niespodziewanie pojawić. Poczułam, że chcę zostać mamą, kiedy skończyłam terapię i 40 lat. No właśnie! Nawet jeśli omówimy ten temat raz, to się może zmienić. Można nabrać pewności siebie, koleżanki mogą urodzić dzieci, a my bawiąc się z tymi dziećmi, zaczynamy odnajdować się w roli matki. Każde wydarzenie może wpłynąć na zmianę stanowiska. Mogę zapragnąć dziecka, gdy stracę rodziców, żeby nie być sama. Ale też go nie chcieć – bo co z nim będzie, jeśli i ja umrę?

Nie sposób przewidzieć, co będę myśleć ani co będzie myślał mój mąż za kilka lat, choć teraz oboje jesteśmy przeciw. Pamiętajmy, że w związku spotykają się dwie osoby, które mają indywidualne historie wyniesione z domu rodzinnego. Chcą być razem, ale to nie znaczy, że stają się tacy sami i mają takie same potrzeby. Poza tym nie jesteśmy tą samą osobą w wieku 20 lat i potem 30. Rozwijamy się, mamy różne doświadczenia, które mogą silnie na nas wpływać. I ważne jest, czy kiedy zmienimy zdanie, jesteśmy blisko z partnerem. Bo jeśli tak, to łatwiej nam będzie znaleźć najlepsze dla obojga rozwiązanie.

Usłyszałam kiedyś: „mam już wszystko, brak mi tylko dziecka”. Zawsze pytam kobietę, dlaczego chce być mamą. Może dlatego, że jej zdaniem kobiety bezdzietne są gorsze? Prowadziłam terapię dla pary, w której kobieta upierała się, żeby mieć dziecko, bo – co odkryliśmy – bez tego czuła się gorsza od pierwszej żony swojego męża, z którą miał ich aż troje. Kiedy ten mężczyzna to zrozumiał, dał swojej partnerce tak wiele miłości i zachwytu, że już nie czuła potrzeby dowartościowania się przez urodzenie dziecka. Jeśli kimś kieruje „projekt dziecko”, a nie potrzeba serca, to szczerze odradzam. Jeśli kobieta tak naprawdę nie chce mieć dziecka, to zostając mamą, będzie rozczarowana. Choćby dlatego, że obok perfekcyjnej żony i perfekcyjnego męża pojawi się nieperfekcyjne dziecko. W takiej sytuacji warto być uczciwą wobec siebie, bo często nie chodzi wcale o dziecko, ale na przykład o to, że teściowa albo mamusia mówi: „Co ja mam swoim przyjaciółkom powiedzieć? Kiedy będziecie mieć dzieci, a ja wnuki?”.

Nacisk rodziny ma takie znaczenie? Oczywiście, pytanie „kiedy będziecie mieć dziecko?” należy do zadawanych najczęściej. A pary niekiedy zapominają, że to ich intymna sprawa, więc rodzic, który o to pyta, przekracza granice. Radzę, żeby w takiej sytuacji powiedzieć: „na takie pytanie nie odpowiadamy, to jest nasza prywatna sprawa” i omawiać ten temat tylko ze sobą. Dzieci nie mamy z rodzicami, tylko ze sobą, podobnie jak tylko ze sobą uprawiamy seks.

Rozmowa może przekonać do rezygnacji z bycia rodzicem? Znam przykład, gdzie to kobieta absolutnie nie chciała mieć dziecka. Nie rozwiedli się, bo mężczyzna poczuł, że dla niego istotniejszy jest ten związek, ta kobieta i to, żeby ona była szczęśliwa. Świadomie więc zgodził się na ten brak w swoim życiu.

Ogromny brak! Czy ktoś, poza twórcami reklam, obiecywał nam, że będziemy mieć wszystko? Szczęście nie na tym polega. Kiedy ta para ode mnie wychodziła, wyglądali na dwójkę szczęśliwych ludzi. Szczęśliwych, bo się ze sobą dogadali, znaleźli świadomy kompromis. Terapia zmieniła ich wewnętrzne nastawienie. Kobieta zaakceptowała to, że jej mąż potrzebuje zajmować się dziećmi, więc zgodziła się, żeby raz na miesiąc przyjeżdżali do nich siostrzeńcy męża. I choć sama za nimi nie przepadała i miała piękny dom, to akceptowała, że na ten jeden weekend dzieci wprowadzały do niego chaos.

Może nie chodzi nam o „wszystko”, ale w naszej kulturze dzieci są najważniejsze… A jednocześnie do mojego gabinetu trafia wielu ludzi, którzy wychodzą z traum z czasów dzieciństwa... i to doświadczeń bycia niekochanymi dziećmi. Jakoś mi się to nie składa z deklaracją o tym, że dzieci są priorytetem.

Czy coś może zastąpić doświadczenie bycia rodzicem? Nie, ale to nie znaczy, że wszyscy musimy je mieć. Najistotniejsze, abyśmy dokonywali świadomych wyborów. Wtedy będziemy szczęśliwi i będzie mniej nieszczęśliwych dzieci. Oczywiście wybór zawsze jest trudny i może oznaczać rozstanie, a z kolei bycie razem dalej oznacza kompromis.

Jeśli kompromis, to jak uniknąć żalu, kiedy widzę małe buciki i mam ucisk w gardle? To jest najtrudniejsze i bardzo ważne, aby zająć się swoimi uczuciami. Mogę na przykład cały czas rozpamiętywać tę stratę, a jednocześnie pozostawać w związku z lęku. Czyli nie odejdę, bo przecież mogę nikogo już nie spotkać, no i wtedy nie będę miała ani męża, ani dziecka. Tylko że taka zanurzona w żalu i stracie postawa zapewne doprowadzi do rozstania! Bo kiedy tylko rano mój mąż wstanie, to nie zobaczę w nim ukochanego mężczyzny, a kogoś, kto nie pozwolił mi zostać mamą! Zatem jeśli decydujemy się zostać i czujemy stratę, trzeba coś z nią zrobić.

Co można zrobić ze stratą marzenia o byciu mamą? To zależy, czasem wystarczy wolontariat w domu dziecka? A może uwolnienie się spod presji rodziny, która szantażuje emocjonalnie i ekonomicznie z tego powodu, że nie mamy dzieci? Każdy człowiek to inna historia, a więc też inne rozwiązanie.

Dom dziecka? Kobiety chcą mieć własne dzieci, nie pożyczone czy nawet adoptowane! Nie zgodzę się z tobą! Dla młodych kobiet to już nie jest taki problem jak dla pokolenia ich matek. Patrząc z perspektywy gabinetu, mam wręcz wrażenie, że to jest problem dla matek moich klientek. Kobiet niespełnionych, sfrustrowanych, które tłuką córkom do głów: „Musisz mu urodzić dziecko, bo cię zostawi i będziesz sama!”. Myślę, że dużą część problemów młodych par generują ich rodzice. Gdy matka, teściowa są wspierające, ale nie naruszają granic, to para ma szanse się dogadać w każdej sprawie. Ale jeśli młodzi na każdy weekend jadą do którychś rodziców, a ci pytają kobietę: „Przytyłaś?! Jesteś wreszcie w ciąży”, to trudno zachować własne zdanie i obronić potrzeby.

A może kobietą kieruje jakaś inna potrzeba czy ukryty lęk? Przywołam jeszcze jeden przykład: kobieta wyszła za mąż, ale miała już dzieci z pierwszego związku. Była też starsza od swojego nowego męża i nie chciała już mieć dzieci. On z czasem przyznał, że trzymał ją na dystans, bo ona nie chciała mieć dzieci, a taki związek jego zdaniem nie jest trwały. W końcu rozstali się, a mężczyzna ponownie związał się z kobietą z dziećmi. Nie mieli jednak wspólnego dziecka. Dlaczego? Może tak naprawdę ten mężczyzna nie chciał mieć własnych i dlatego wybierał kobiety, które już były matkami? Każdy z nas ma niepowtarzalną historię i jeśli chcemy żyć świadomie, trzeba poznać swój cel i swoje prawdziwe potrzeby. Bo wtedy dopiero możemy zrozumieć, o co nam tak naprawdę chodzi, gdy mówimy o rodzicielstwie.

Nowy związek może wpłynąć na chęć bycia matką czy ojcem? Tak. Zdarza się, że nie chcemy dzieci z jednym partnerem, a myślimy, że nie chcemy ich w ogóle. Kiedy jednak w naszym życiu pojawi się ktoś inny, zaczynamy odczuwać ogromne pragnienie, aby zostać rodzicem. Znam wiele kobiet, które nie chciały mieć dzieci w jednym związku, ale w nowym już po kilku miesiącach były w chcianej ciąży. I może zdarzyć się też odwrotnie: kobieta ma dziecko z pierwszym mężem, ale z drugim już nie chce. Pozornie ma całkiem racjonalny powód, już jest mamą, jednak prawdziwa przyczyna leży gdzie indziej, na przykład mężczyzna jest narcystyczny i skupiony na sobie.

Jak to możliwe, że nasze podejście do bycia rodzicem zmienia się w różnych związkach? Przecież wiele osób uważa, że chęć posiadania potomstwa to coś oczywistego i naturalnego, a nie relacyjnego. Stajemy się trochę inni, będąc z różnymi ludźmi. Kiedy nowy partner daje kobiecie poczucie bezpieczeństwa i stabilność, a poprzedni nie dawał, to jej potrzeba bycia mamą może dojść do głosu. Mówiąc wprost: jeśli nie chcemy mieć dzieci, to po prostu możemy być w związku z kimś, z kim ich nie chcemy. Najważniejsze to odkryć w życiu swoją prawdę i nią się kierować. Nie pozwalać na to, aby rządziły nami nasze własne lęki. Decydować o tym, czy chcemy zostać rodzicami, nie może za nas nawet partner, a co dopiero rodzice lub teściowie.

Renata Pająkowska-Rożen, kulturoznawczyni, psycholożka, psychoterapeutka, terapeutka, trenerka Terapii Skoncentrowanej na Rozwiązaniach.

  1. Zdrowie

Chirurgiczne leczenie endometriozy szansą na płodność

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Endometrioza jest chorobą, która dotyka co 10 kobietę, a wśród pacjentek leczonych z powodu niepłodności diagnozowana jest nawet u 50-60%. Przynosi ból kobietom, które na nią cierpią, i jest wielkim problemem dla par starających się o dziecko. Na szczęcie endometriozę można leczyć. I to skutecznie.

Czym jest endometrioza?

Endometrioza to nieprawidłowe umiejscowienie komórek endometrium, czyli błony śluzowej macicy. Powinna być w jamie macicy, a w przypadkach endometriozy znajduje się w innych miejscach ciała, czyli poza jamą macicy. Najczęstszym miejscem występowania jest otrzewna miednicy mniejszej i narządy w niej występujące takie jak: jajniki, jajowody, jelito, moczowody, pęcherz moczowy. Zdecydowanie rzadziej spotykana jest poza miednicą na przykład w płucach, na siatkówce oka lub w mózgu. Do chwili obecnej naukowcy nie przedstawili żadnej jednoznacznie potwierdzonej teorii powstawania endometriozy. Według jednej z najpopularniejszych teorii, komórki endometrium przemieszczają się z krwią miesiączkową przez jajowody do jamy otrzewnej i w cyklu miesiączkowym, pod wpływem hormonów ulegają takim samym przemianom, jak komórki endometrium występujące w jamie macicy. Powstawanie tego schorzenia jest skomplikowane i wieloczynnikowe.

Jak ta choroba się objawia?

Najczęstszym objawem, niezależnie od tego, gdzie jest umiejscowiona, jest ból. W ognisku endometriozy dochodzi do powstania krwi miesiączkowej, która najczęściej nie ma jak się wydostać z organizmu (normalnie wylewa się przez szyjkę macicy i pochwę na zewnątrz ciała). Ale gdy ogniska endometriozy są zamknięte, np. w płucach, jajnikach, wątrobie, mózgu itp. – krew nie ma gdzie się wydostać. Dochodzi do miejscowych odczynów zapalnych i bólu głowy, brzucha, podbrzusza czy nawet płuc. Częstymi objawami endometriozy są też bolesne okresy i obfite krwawienia trwające dłużej niż 5-7 dni. Silne skurcze brzucha, które nie ustępują nawet po zażyciu leków przeciwbólowych, oraz krwawienia tak obfite, że podpaski trzeba zmieniać co godzinę lub dwie, i to niemal przez cały okres.

Endometrioza może powodować też bolesność podczas stosunku. Pojawiają się też bolesne oddawanie stolca, moczu, bóle pleców w okolicy krzyżowej. Dolegliwości jest bardzo dużo.

Im wcześniej kobieta się dowie, że ma endometriozę, wdrożenie leczenie i jest szansa, że nie dojdzie do rozszerzenia się choroby.

Jak się diagnozuje endometriozę?

Do gabinetu lekarskiego najczęściej sprowadza kobiety ból. Diagnostykę zaczyna się od dokładnego wywiadu, podczas którego można dostrzec charakterystyczne objawy związane z endometriozą: przedłużające się i obfite miesiączki, wzdęcia, biegunki, niespecyficzne bóle brzucha. Następnie wykonuje się badania kliniczne i dalszą diagnostykę obrazową. Najczęstszą postacią endometriozy są torbiele jajnika tzw. czekoladowe. Na otrzewnej z kolei widać sinofioletowe guzki. Endometrioza może utrudniać zajście w ciążę, bo jej konsekwencją są m.in. zrosty, które mogą powodować np. niedrożność jajowodów. Wybierając ścieżkę leczenia pacjentki, należy brać pod uwagę szereg różnych aspektów, począwszy od zaawansowania choroby, przez plany związane z macierzyństwem, po jej nastawienie do wybranej metody. Nie każda kobieta akceptuje interwencję chirurgiczną. W wielu przypadkach kluczowe okazuje się leczenie dietetyczne, fizjoterapia i pomoc psychologa” – komentuje dr Joanna Jacko, ginekolog ze Szpitala Medicover.

(Fot. iStock) (Fot. iStock)

Kiedy operacja?

Celem leczenia operacyjnego endometriozy jest uwolnienie zrostów, przywrócenie warunków anatomicznych, wycięcie guzów endometrialnych, poprawa płodności i przede wszystkim zniesienie dolegliwości bólowych. Dlatego też ta metoda leczenia powinna dotyczyć przede wszystkim kobiet z dolegliwościami bólowymi, u których inne metody leczenia nie przynoszą poprawy. Również pacjentki z niepłodnością po przeprowadzeniu dokładnej diagnostyki, wykluczającej inne przyczyny niemożności zajścia w ciążę powinny rozważyć leczenie operacyjne. „Zawsze wskazaniem do operacji są duże guzy endometrialne naciekające jelito, drogi moczowe i pęcherz moczowy, a także przegrodę odbytniczo-pochwową” – wyjaśnia dr Joanna Jacko.

Dlaczego laparoskopia?

W przypadku leczenia operacyjnego, metodą z wyboru jest laparoskopia. Jest to metoda bardzo precyzyjna, pozwalająca na dokładne zlokalizowanie i usunięcie najdrobniejszych zmian z możliwością zaoszczędzenia unerwienia. „W trakcie operacji oglądamy całą jamę brzuszną i miednicę mniejszą. Za pomocą kamery, na zbliżeniu, widzimy zmiany chorobowe umiejscowione w najtrudniej dostępnych miejscach. Im lepsza technologia optyczna, możliwość obrazowania 3D i zastosowanie rozdzielczości 4K, tym większe szanse na optymalne zoperowanie chorej. W Szpitalu Medicover korzystamy z nowoczesnych narzędzi chirurgicznych jak np. Bisect lub igła monopolarna. Część zmian jest usuwana za pomocą plazmy argonowej, ponieważ w przypadku pacjentek z niepłodnością pozwala to na oszczędzenie rezerwy jajnikowej” – wyjaśnia dr Joanna Jacko.

Dr n. med. Joanna Jacko – absolwentka Pomorskiej Akademii Medycznej w Szczecinie. Posiada specjalizację z ginekologii i położnictwa oraz specjalizację z ginekologii onkologicznej. Specjalizuje się w leczeniu operacyjnym endometriozy głęboko naciekającej, diagnostyce ultrasonograficznej endometriozy, onkologii ginekologicznej, ultrasonografii ginekologicznej, prenatalnej diagnostyce ultrasonograficznej, prowadzeniu ciąży fizjologicznej i ciąży wysokiego ryzyka. Jest ceniona za olbrzymie doświadczenie, profesjonalizm, otwartość i szczerość w bezpośrednim kontakcie z pacjentką. W 2003 roku obroniła pracę doktorską na temat zaburzeń metabolicznych w ciąży, ze szczególnym uwzględnieniem cukrzycy ciążowej. Dr n. med. Joanna Jacko – absolwentka Pomorskiej Akademii Medycznej w Szczecinie. Posiada specjalizację z ginekologii i położnictwa oraz specjalizację z ginekologii onkologicznej. Specjalizuje się w leczeniu operacyjnym endometriozy głęboko naciekającej, diagnostyce ultrasonograficznej endometriozy, onkologii ginekologicznej, ultrasonografii ginekologicznej, prenatalnej diagnostyce ultrasonograficznej, prowadzeniu ciąży fizjologicznej i ciąży wysokiego ryzyka. Jest ceniona za olbrzymie doświadczenie, profesjonalizm, otwartość i szczerość w bezpośrednim kontakcie z pacjentką. W 2003 roku obroniła pracę doktorską na temat zaburzeń metabolicznych w ciąży, ze szczególnym uwzględnieniem cukrzycy ciążowej.

Rekonwalescencja po operacji 

Powrót do pełni sił zależy w dużym stopniu od zakresu operacji, jak i stanu ogólnego pacjentki. Pacjentki po operacji wypisywane są do domu po 2-6 dniach.

Niestety endometrioza jest chorobą nieprzewidywalną. Zdarza się, że mimo prawidłowo wykonanej operacji dolegliwości po kilku latach wracają, jednak dokładne wykonanie pierwszej operacji znacząco obniża ryzyko nawrotu. Dużo zależy od wdrożenia prawidłowego postępowania pooperacyjnego nacelowanego na „wyciszenie” choroby. Myśleć tu należy przede wszystkim o leczeniu farmakologicznym, dietetycznym i fizjoterapii.

Szpital Medicover, Warszawa,  Aleja Rzeczypospolitej 5 

  1. Psychologia

Ojciec i syn. Synowie potrzebują przede wszystkim rozmowy

Dzielenie się sobą, tym, czego ojciec doświadczył, co 
przeżywał, ma dla syna kolosalne znaczenie. (Fot. iStock)
Dzielenie się sobą, tym, czego ojciec doświadczył, co przeżywał, ma dla syna kolosalne znaczenie. (Fot. iStock)
„Co ja mogę przekazać synowi? Życie jak życie. Nie ma o czym gadać!”. Właśnie o to chodzi, żeby ojcowie gadali o tym niczym! Na to właśnie synowie czekają – wyjaśnia Benedykt Peczko, psychoterapeuta.

Zaprzyjaźniony 50-latek zwierzał mi się ostatnio, że gdy patrzy na swojego niemal 30-letniego syna, który właśnie zostanie ojcem, to mu się robi słabo. „On powtarza wszystkie moje błędy!”. Dlaczego ten mężczyzna nie powie o tym synowi?

Boi się reakcji. Nie chce chłopaka pouczać, strofować, naprowadzać na właściwą drogę. Nie był dla niego idealnym ojcem, więc syn może powiedzieć: „Przegrałeś swoje ojcostwo, więc co mi będziesz gadał!”. Niech właśnie o tym gada! Że przegrał, że się nie wyrabiał…

„Wiesz, na kilka dni przed twoim urodzeniem pojechałem z kolegami w góry, żeby się powspinać…” Tak, niech powie: „Uciekałem. Bałem się. Byłem przerażony, jak to będzie, gdy się urodzisz… Żaden ze starszych mężczyzn ze mną o tym nie rozmawiał. Mama w ciąży chodziła sama na badania, bo ja miałem treningi. Po skomplikowanym porodzie też była sama. Do tej pory nie może mi tego wybaczyć”. Wiele par na terapii boryka się z taką przeszłością. Kobiety mają żal, że mężczyzna nie był obecny w okresie ciąży i po porodzie. Mówią, że czuły się porzucone. Ojciec więc może powiedzieć synowi, czego żałuje, jakie błędy popełnił.

„W moim pokoleniu, gdy kobiety rodziły dzieci, mężczyźni balowali z kolegami do rana, a współcześni chłopcy nie wychodzą z Internetu” – mówi ten ojciec. To jest mniej więcej to samo. Dla młodego mężczyzny sytuacja, gdy rodzi się dziecko, jest tak trudna, nowa, nieznana, że przestaje być obecny, wyjeżdża, zapuszcza grę komputerową. Kiedyś mężczyźni się upijali. Teraz nie muszą tego robić; wystarczy, że wejdą do Internetu, i już ich nie ma.

Załóżmy, że ojciec zaryzykuje taką rozmowę. Dobrze, gdyby to on zaczął. Syn raczej nie odważy się zapytać, nie poprosi o radę czy pomoc. Relacje między synami a ojcami bywają napięte, a poza tym mężczyzna radzi sobie sam, nawet jeśli sobie nie radzi. Więc trudno mu przyznać, że czuje się zagubiony, że dziecko to dla niego życiowy próg, wielkie wyzwanie.

Co się dzieje w wewnętrznym świecie obu mężczyzn, gdy dochodzi do takiej rozmowy? Dzielenie się sobą, tym, czego ojciec doświadczył, co przeżywał, ma dla syna kolosalne znaczenie. Doceni z pewnością odwagę ojca, który mówi prawdziwie, z serca, nie boi się, że ucierpi jego wizerunek ojca i mężczyzny. „Ciężko było mi wejść w rolę ojca, wolałem, żeby matka się tobą zajmowała, brakowało mi cierpliwości”; „Gdy się urodziłeś, trudno było mi od razu się ucieszyć, kobiety przeżywają macierzyństwo inaczej”. Ojciec, który przyznaje, że kiepsko sobie radził, zawiódł, popełniał błędy, często wybuchał, był rozdrażniony, nieobecny, tym samym pokazuje swoją siłę, ponieważ przyznanie się do słabości jest oznaką siły. Oczywiście, niedobrze, gdyby ojciec na tym poprzestał. Wiele się nauczył, szczególnie na temat kobiet, niech o tym opowie.

Na przykład? To się często w terapii zdarza. Mężczyzna mówi, że gdyby mógł cofnąć czas, postąpiłby inaczej. Że gdyby miał świadomość, jak bardzo kobiety potrzebują w tym czasie obecności, opieki i miłości, nigdzie by nie wyjeżdżał. Ten przekaz dla syna mógłby brzmieć tak: „Nawet jeśli dziecko będzie cię nudzić czy drażnić, pamiętaj, że od tego, czy będziesz obecny, zależy przyszłość waszej rodziny”. Lepiej to wiedzieć zawczasu niż później przez lata borykać się ze skutkami zaniedbań. Rana porzucenia ciężko się zabliźnia.

To ma być przede wszystkim rozmowa o kobiecie? Tak, o więzi, jak ją budować, wzmacniać. To jest najważniejsze. Kobiety skarżą się, że są przemęczone, wyczerpane. W jaki sposób mężczyzna mógłby odciążyć partnerkę w opiece nad dzieckiem? Na przykład zorganizować pomoc, aby mogła odpocząć, wyspać się, pójść na spacer, spotkać się z przyjaciółkami.

A relacja z dzieckiem? Jeśli mężczyzna będzie obecny, miłość do dziecka się pojawi. Ojciec może powiedzieć do syna: „Nie martw się zawczasu. Ojcostwo mamy w genach, to są naturalne reakcje i zachowania. Ręce same wyciągają się do dziecka”. Instynktownie wiemy, co robić, jak się troszczyć, jak wzmacniać więź, która przecież i tak istnieje.

Ojciec może mieć wątpliwości co do swoich kompetencji w temacie ojcostwa także z tego powodu, że młodzi ludzie mają teraz dostęp do mądrych książek, Internetu, do wszystkich możliwych specjalistów. Tak, to częste obawy. Nie doceniamy przekazu międzypokoleniowego. Ten przekaz jest nieoceniony, ponieważ jest żywy. W bezpośrednim kontakcie płynie energia i to ona nas zmienia i rozwija. Książka mnie nie widzi, coś wyjaśnia, opisuje, jednak w sposób mocno uogólniony. Ojciec jest obok, patrzy, słucha, rozumie, zależy mu, nie jestem sam. Gdyby młody mężczyzna przyznał się przed sobą, że potrzebuje kontaktu, że ma prawo sięgać po wsparcie ojca, gdyby nie upierał się, że przecież musi poradzić sobie sam, to wiele by zmieniło. Taka otwartość zawsze skutkuje dobrymi rozwiązaniami i uzdrowieniem rodzinnych zaszłości.

Pod warunkiem że ojciec nie chce rozwiązywać problemów syna. Tak, musi na to uważać; wystrzegać się pouczania, nacisków, słownej i emocjonalnej przemocy. Dojrzali i świadomi ojcowie to potrafią. Wiedzą również, że taka rozmowa jest ważna także dlatego, że traktuje o relacji między ojcem a synem. Przełamuje lody. Otwiera na inne rozmowy – na przykład o dzieciństwie ojca. Synowie mają wtedy szansę na nowo poznać swoich ojców. I zrozumieć siebie.

W jaki sposób? Syn zaczyna rozumieć, co wydarzyło się w jego dzieciństwie. Jako dzieci nadajemy sens różnym zdarzeniom, na przykład nieobecności ojca. Zapisuje się przekonanie, że skoro ojca nie było, to znaczy, że ja nie jestem ważny. To jest głęboko nieświadomy proces. Kiedy dowiadujemy się, że ojca nie było, ponieważ czuł się zagubiony i przerażony, nie wiedział, co robić, nie miał świadomości, wiedzy ani wsparcia ze strony swojego ojca, wtedy czujemy smutek, ale i ulgę. „A więc jego zachowanie nie było wymierzone przeciwko mnie”. Ta ulga sprawia, że zaczynamy doceniać to, co dostaliśmy, przypominamy sobie, że brał na spacery, czytał do snu, uczył jeździć na rowerze.

Co się dzieje, gdy ojciec jest obojętny wobec syna, który ma zostać tatą? Ojciec ucieka od tego tematu, tak jak uciekał, gdy był młody. To znaczy, że nie zintegrował tamtego doświadczenia. Syn czuje się samotny, zirytowany, nawet wściekły. Myśli o ojcu: „Zawsze taki był, nic się nie zmienił, cały tatuś!”. Paradoksalnie to może bardzo syna motywować: „Nie będę taki jak ty, ja o swoje dziecko zadbam!”.

To się udaje? Może się udać. Młodzi mężczyźni wyciągają wnioski z doświadczeń z ojcami i zaczynają żyć inaczej. Są dobrymi ojcami, co nie znaczy, że nie popełniają błędów. Uczą się ojcostwa, czytają, szukają mentorów. A jeśli szukają, to znajdują. A więc to, czego nauczyli się na zasadzie przeciwieństwa, może być wartością.

Znam ojca, który dużo rozmawia ze swoim synem. Temu synowi właśnie rodzi się trzecia córka, więc jest spanikowany, przemęczony. A ojciec go uspokaja: „To normalne, że się denerwujesz, takie jest życie, dasz radę”. Totalna akceptacja wszystkiego. Może być tak, że tracimy mnóstwo energii na walkę z tym, co jest. A także z samymi sobą, bo przecież coś powinienem zrobić, tylko co. Pojawia się wewnętrzne rozdarcie, konflikt: to nie tak powinno być. A czasami trzeba po prostu zaakceptować to, co jest, przestać się szarpać. Starsi taką wiedzę, zgodę, akceptację mają w swoich sieciach neuronalnych. Wiele przeszli, doświadczyli, znają życie; warto ich słuchać.

Są też ojcowie, którzy mówią: „Co ja mogę przekazać synowi? Życie jak życie. Nie ma o czym gadać!”. Właśnie o to chodzi, żeby gadali o tym niczym! Na to właśnie synowie czekają! Nie na dywagacje o pracy, polityce, pieniądzach, samochodach i kosiarkach; to już synowie znają do znudzenia. Niech ojcowie powspominają swoje zwyczajne, codzienne życie – jak to było, gdy syn się urodził, jakieś zdarzenia, anegdoty. Niech opowiedzą o swoim dorastaniu, o tym, co wiedzą o swoich ojcach. To nieprawda, że nie mają nic do przekazania. Mają wiele i synowie bardzo potrzebują tych opowieści. Potrzebują zwyczajnych rozmów, kontaktu.

  1. Psychologia

Macierzyństwo - jak opanować stres i emocje?

Rodzicielstwo to cudowna okazja, by popracować nad sobą. (Fot. iStock)
Rodzicielstwo to cudowna okazja, by popracować nad sobą. (Fot. iStock)
Największym wyzwaniem w codzienności każdej mamy, ale też w ogóle rodzica, jest zachować spokój na przekór burzy, która – uosobiona w małym ciałku naszego dziecka – szaleje i ciska piorunami.

Nagle okazuje się, że praca nad sobą, lata szkoły i studiów, wiek czy wrodzona cierpliwość nie wystarczają. Emocje biorą górę i ani się spostrzeżemy, jak zaczynamy krzyczeć, a nawet poszturchiwać malucha czy nastolatka, mimo że obiecywałyśmy sobie, że nigdy tego nie zrobimy. Zdaniem psychologów winne wszystkiemu są nasze oczekiwania, by świat był „jakiś”. A w tym kontekście – by dzieci były posłuszne i umiały się sobą zająć. Albo by zawsze były grzeczne i spokojne. Tymczasem one są właśnie jak burza – zgodne ze swoją naturą. Nieumiejętność opanowania emocji wynika także z tego, że tak naprawdę niewiele o nich wiemy, zwłaszcza o tych trudnych, jak złość, smutek, zazdrość czy strach. Nie potrafimy ich rozpoznawać i nazywać. Od małego jesteśmy przyuczani do ich ukrywania. Ale tłumiąc je, tłumimy ważną część siebie, która w sytuacjach trudnych i kryzysowych bierze nad nami górę.

I jeszcze jedno – niepotrzebnie dążymy do ideału. Choć psychologowie powtarzają do znudzenia, że trzeba być wystarczająco dobrą matką czy rodzicem, my wyrzucamy sobie własne błędy czy niedostatki. Rodzicielstwo to cudowna okazja, by popracować nad sobą. Na początek możesz zacząć od kilku prostych ćwiczeń.

Jak radzić sobie ze stresem? Podpowiada Wojciech Eichelberger

Negatywne przekonania o sobie, sensie macierzyństwa lub o swoich rodzicielskich kompetencjach generują negatywne emocje, które przejawiają się w naszych kontaktach z dziećmi. Praca nad weryfikacją takich szkodliwych przekonań zmienia na korzyść nasze emocje. Wystarczą dobre narzędzia plus szczere chęci i odrobina dyscypliny. Tym bardziej warto, że negatywne emocje powodują wewnętrzny, autogenny stres. A stres sprawia, że reagujemy obronnie i agresywnie, bo ogranicza nam dostęp do zasobów naszej emocjonalnej inteligencji: empatii, zdolności dystansowania się, samoobserwacji i poczucia humoru. Ustępujący stres sprawia, że odzyskujemy świadomość ciała i zaczynamy oddychać głębiej i przeponowo, co dodatkowo wzmacnia kontrolę nad negatywnymi emocjami. Wszystkie te elementy można ćwiczyć także dzięki warsztatom.

Ćwiczenia na trudne emocje

Ćwiczenie 1. Przypomnij sobie konkretne sytuacje z dzieciństwa, kiedy przeżywałaś coś nieprzyjemnego, a rodzice negowali lub zaprzeczali twoim uczuciom. Dokończ następujące zdania:
  • Kiedy było mi smutno, mama:
  • Kiedy było mi smutno, tata:
  • Kiedy byłam zła, mama:
  • Kiedy byłam zła, tata:
  • Kiedy bałam się czegoś, mama:
  • Kiedy bałam się czegoś, tata:
A teraz spójrz na swoje odpowiedzi i zastanów się, czy dziś, gdy jesteś dorosła, potrafisz zaakceptować swoje smutki, złość i lęki. Jak reagujesz, kiedy twoje dziecko okazuje te uczucia?

Ćwiczenie 2. W skali od 1 do 5 zaznacz, na ile zgadzasz się z poniższymi stwierdzeniami, przy czym 1 oznacza „w ogóle się nie zgadzam”, a 5 – „jak najbardziej się zgadzam”.

  • Akceptuję fakt, że czasem odczuwam złość.
  • Akceptuję fakt, że czasem czuję zazdrość.
  • Akceptuję fakt, że czasem czuję frustrację.
  • Akceptuję fakt, że czasem czuję smutek.
  • Akceptuję fakt, że czasem czuję rozczarowanie.
  • Akceptuję fakt, że czasem czuję lęk.
  • Akceptuję fakt, że czasem czuję niepokój.
  • Akceptuję fakt, że czasem czuję wstyd.
  • Akceptuję fakt, że czasem czuję się winna.
  • Akceptuję fakt, że czasem moje uczucia są intensywne.
  • Akceptuję wszystkie uczucia, nawet te nieprzyjemne.
Przyjrzyj się uczuciom, które jest ci najtrudniej zaakceptować. Być może to są te same uczucia, których najbardziej unikano w twoim domu rodzinnym. A może są to uczucia związane z zachowaniami, z którymi łączy się największe poczucie winy?

Ćwiczenie 3. Zaobserwuj sytuacje, w których pojawia się uczucie trudne do zaakceptowania, np. lęk. Określ intensywność tego lęku w skali od 1 do 10 w momencie, kiedy go zauważasz. Zgodnie z tym, co w danym momencie czujesz, powiedz do siebie:

Czuję lęk i mam opór przed tym uczuciem

lub

Czuję lęk i boję się tego uczucia

albo

Czuję lęk i akceptuję to uczucie

Ćwiczenie 4. Dokończ poniższe zdania. Staraj się znaleźć takie sytuacje, które zwykle wywołują w tobie określone uczucie.

Uwaga! odpowiedzi mogą być tak długie, jak chcesz

  • Jestem zła, kiedy:
  • Jestem sfrustrowana, kiedy:
  • Jest mi smutno, kiedy:
  • Jestem przygnębiona, kiedy:
  • Jestem zakłopotana, kiedy:
  • Czuję się winna, kiedy:
  • Czuję niepokój, kiedy:
  • Czuję lęk, kiedy:
  • Wpadam w panikę, kiedy:
  • Czuję miłość, kiedy:
  • Czuję wdzięczność, kiedy:
  • Czuję dumę, kiedy:
  • Czuję radość, kiedy:
  • Czuję się kochana, kiedy:
  • Czuję ekscytację, kiedy:
Wzbogacenie słownictwa opisującego emocje pomoże ci lepiej zrozumieć, co przeżywa dziecko, i pomóc mu się wyciszyć.

Zadanie domowe: Wybierz co drugi dzień jedno negatywne uczucie (złość, irytacja, frustracja, poczucie winy, zakłopotanie, zazdrość, przygnębienie, rozczarowanie, tęsknota, zniechęcenie, zmęczenie, uczucie zawodu, niepokój, panika, znudzenie, wstyd, żal, przerażenie, smutek, lęk) i pomyśl o nim przez dwa dni. Następnie odpowiedz na pytania z nim związane: Czy mogłaś wyrażać to uczucie w dzieciństwie? Jak się z nim wtedy czułaś? Jak wygląda to dzisiaj? Czy je akceptujesz?

Wybierz codziennie jedno pozytywne uczucie (radość, miłość, duma, współczucie, wdzięczność, serdeczność, entuzjazm, ciekawość, zadowolenie, ekscytacja, zachwyt, błogość, przyjemność). Przypomnij sobie w szczegółach jak najwięcej sytuacji, w których doświadczyłaś tego uczucia od innych. Podaruj sobie to uczucie – pomyśl o sobie przepełniona tym uczuciem. Kilkakrotnie okaż to uczucie dziecku. Postaraj się, żeby za każdym razem inaczej je wyrazić.

 

  1. Psychologia

Córeczka tatusia, synek mamusi

Dziewczynkom i chłopcom potrzebni są oboje rodziców, z całą swoją różnorodnością charakterów i umiejętności. (Fot. iStock)
Dziewczynkom i chłopcom potrzebni są oboje rodziców, z całą swoją różnorodnością charakterów i umiejętności. (Fot. iStock)
Jak traktować chłopca, a jak dziewczynkę? Jednakowo – twierdzą jedni. Zupełnie inaczej, uważają inni. A prawda, jak zwykle, leży pośrodku

Magda, świeżo upieczona mama Kacpra: - Na pytanie, czy chcemy chłopca, czy dziewczynkę, odpowiadaliśmy, że wszystko nam jedno, że najważniejsze, aby  urodziło się zdrowe dziecko. Ale gdzieś tam w głębi duszy ja marzyłam o chłopcu, a mąż o dziewczynce. Tak naprawdę mieliśmy dwa imiona i dwie wizje naszego dzidziusia. Kiedy zobaczyliśmy na monitorze usg, że jednak mamy synka, obydwoje ucieszyliśmy się, ale mąż jakby mniej. Zapytałam go, dlaczego tak bardzo chce córeczki. Odpowiedział: Bo dziewczynkę można przytulać, rozpieszczać, mówić jej „kocham cię”. A wydawało mi się, że mój  mąż jest świadomym swej roli ojcem! Potem dużo rozmawialiśmy i czytaliśmy na temat wychowania chłopców, chodziliśmy na zajęcia w szkole rodzenia. Mąż był ze mną przy porodzie, od pierwszych dni życia zajmuje się Kacprem. Mam wrażenie, że wątpliwości, czy można go przytulać, zniknęły.

Piękne różnice

O tym, jak silne są stereotypy dotyczące wychowania chłopców i dziewczynek, świadczy eksperyment. Pierwszy: Grupę niemowląt obu płci ubrano w różowe i błękitne ubranka, po czym poproszono kilku ojców o opisanie dzieci. Tatusiowie wyraźnie inaczej traktowali „różowe” niemowlęta niż „niebieskie”. Te „różowe” opisywali jako delikatne, śliczne, słodkie, urocze, choć byli wśród nich także chłopcy. Te „błękitne” określali jako zdrowe, silne, bystre, choć w tym gronie znalazło się też kilka dziewczynek.

Współczesna kultura masowa te różnice sztucznie wyolbrzymia. Wywiera dużą presję na dziewczynki, żeby były piękne i modnie ubrane, a na chłopców, żeby byli twardzielami (wszak prawdziwi mężczyźni nie płaczą). Dlatego tak ważna w kształtowaniu się męskości i kobiecości naszych dzieci jest rola rodziców. A wszystko zaczyna się od tego, jak my sami widzimy rolę córki i syna w świecie. I od tego, jak w tym świecie widzimy siebie.

Im lepiej siebie znamy i rozumiemy własne lęki, uczucia, pragnienia, tym mniejsze ryzyko, że spróbujemy na siłę wciskać dziecko w jakąś formę lub przenosić na nie swoje obawy.

Zastanówmy się, co dla nas oznacza fakt, że jesteśmy rodzicami dziewczynki. Czy powinna być dobra z matematyki? Asertywna? Miła? Grzeczna? Zastanówmy się, co cenimy u kobiet. Umiejętności praktyczne, intuicję, empatię, wysportowanie, dobry wygląd? Zapiszmy wszystkie na ten temat wyobrażenia, oczekiwania i oceny. Sporządźmy podobną listę pożądanych przez nas cech mężczyzny. Jaki według nas jest męski wzór? To ktoś zaradny, pracowity, inteligentny, czuły, troskliwy?

Taki rejestr pozwoli nam uświadomić sobie, co myślimy o kobietach i mężczyznach. Pamiętajmy: To w dużym stopniu będzie kształtowało nasze dzieci.

Maluchy do szóstego roku życia nie przejmują się płcią. Dziewczynki chętnie bawią się samochodzikami, a chłopcy lalkami. I należy im na to pozwalać. W tym okresie ważna jest nasza uwaga, okazywanie miłości. Dzięki temu w dzieciach rozwinie się poczucie bezpieczeństwa na całe życie.

Dziewczynkom i chłopcom potrzebni są oboje rodziców, z całą swoją różnorodnością charakterów i umiejętności. Na początku, z oczywistych względów, dominuje związek z matką, ale oddzielenie z nią jest nieuchronne i konieczne. Przychodzi to dziecku tym łatwiej, im częściej towarzyszy mu tata. Obecność matki i ojca pozwala mu poznać różne odcienie relacji międzyludzkich. Jedno z rodziców uczy je wyrażania uczuć, empatii, rozmawiania o intymnych sprawach (czasami lepszy jest w tym ojciec). Drugie praktycznych działań (bywa, że lepiej radzi sobie z tym matka).

Dorastające dzieci, choć zbuntowane i kontestujące wszystko, co im proponujemy, tak naprawdę potrzebują przytulenia, dotyku, poklepania po plecach. Nie zmuszajmy ich na siłę do rozmów. Czasem lepiej zaproponować milczący spacer do lasu albo przejażdżkę na rowerach.

Miłość i dyscyplina

Dorastająca dziewczynka przeżywa zmienne nastroje. Zamiast pytać, dlaczego  jest smutna, można opowiedzieć historię własnego smutku z okresu dorastania. To bardzo pomaga. Każdy pretekst jest dobry do rozmowy na temat tego, co się dzieje w jej organizmie. Ale nie mówmy: „rządzą tobą hormony”.  Lepiej  powiedzieć: „Czasem czuję, wręcz namacalnie, że jestem kobietą. Przychodzą do mnie niechciane uczucia, nie wywołane żadnym cudzym zachowaniem. Obserwuję, jak przemijają, zupełnie jak woda w rzece. To część mojej kobiecości”.

Warto zachęcać córki do ruchu. Ćwiczenia fizyczne pomagają ustabilizować poziom hormonów i substancji chemicznych w mózgu. Bardzo ważna jest też czujność dotycząca odżywiania. Dziewczyny leczą smutki przy pomocy słodyczy, by za chwilę narzucać sobie reżimy żywieniowe. Mądra matka pamięta, jak była bardzo przeczulona na własnym punkcie w okresie dojrzewania. Ta perspektywa pozwoli jej z troską i zrozumieniem przeprowadzić córkę przez ten trudny okres.

Ojciec wnosi w życie dziewczynki, która utożsamia się z matką, fascynujący element odmienności. Może budować jej poczucie wartości, powtarzając, że ją kocha, podziwia. Ale nic nie dadzą nawet najpiękniejsze komplementy, gdy nie zostaną poparte czynami. Córka przestanie wierzyć ojcu, który mówi, że jest fantastyczna, ale zaraz potem pyta, dlaczego dostała tylko trójkę z matematyki. Ojcowska miłość nie jest córce ani mniej potrzebna, niż miłość matki, ani bardziej ważna. Jest inna. Może dziewczynie dodać skrzydeł bądź ją złamać. W dzieciństwie ojciec jest jej bohaterem, a w okresie dorastania – kimś, z kim się konfrontuje. Ojciec ślepo zapatrzony w córkę, niewymagający, może ugruntować w niej przekonanie, że wszyscy powinni być wobec niej bezkrytyczni. Tata, który nie ukrywa przed córką swych słabych stron, ma szansę stać się jej powiernikiem. Ten zawsze zachowujący stoicki spokój, jawi się jej  jako tajemnica do rozwiązania. Trzymający wobec niej dystans, restrykcyjny, może stać się ciężarem na resztę  życia. Natomiast ojciec wspierający rozwój córki, ma szansę zaskarbić sobie jej uczucia, a nawet stać się jej wyrocznią.

Tatusiowie na ogół uwielbiają swe córki, ale w ich uwielbieniu kryją się często skomplikowane oczekiwania, które mogą zaburzyć zarówno ich relacje, jak i rozwój córki. A czego potrzebują córki od ojców? Przede wszystkim obecności. Ale także – niezależności. Badania pokazują, że dziewczęta wychowywane przez ojców, którzy pomagają im znaleźć własną niezależność, lepiej sobie radzą  w pracy i wyrastają na kobiety pewne siebie. Ale nie będą czuć się w pełni kochane, jeżeli oprócz miłości nie doświadczą także dyscypliny – nauki panowania nad własnymi emocjami i zachowaniem.

Chłopcy też potrzebują czułości

Z badań wynika, że rodzice już od narodzin o wiele częściej przytulają córki niż synów. Częściej też do nich mówią, natomiast synów częściej karcą. Tymczasem synowie tak samo potrzebują czułości i bliskości. Nie bójmy się okazywania im miłości!  Wiele badań dowodzi, że chłopcy, bardziej niż dziewczynki, są podatni na lęki związane z rozstaniem z rodzicami. Dlatego psychologowie radzą, żeby, jeśli to możliwe, chłopiec pozostawał w domu z jednym z rodziców do ukończenia trzech lat. Oddany do żłobka może stać się zamknięty w sobie, nerwowy, albo agresywny.

Utarło się przekonanie, że dziewczynki – jako te delikatniejsze, słabsze -  wymagają więcej opieki. Tymczasem większość nawet małych dziewczynek to osóbki zaradne, pewne siebie i pracowite. Wystarczy odwiedzić pierwsze lepsze przedszkole, żeby się o tym przekonać. Dziewczynki chętniej się ze sobą bawią, wykonują polecenia nauczycielki, natomiast chłopcy na ogół rozrabiają i hałasują. W szkole podstawowej te różnice tylko się pogłębiają – chłopcy gorzej radzą sobie z nauką, mniej starannie piszą i nadal przysparzają kłopotów z zachowaniem.

W pierwotnych społeczeństwach ważna była chłopięca inicjacja w dorosłość. Plemię Lakota (które poznaliśmy dzięki filmowi „Tańczący z wilkami”), praktykowało obrzęd z udziałem dorastających chłopców. Mniej więcej w wieku 14 lat wyruszali oni, by „szukać wizji”, a tak naprawdę, przejść próbę inicjacji. Polegała ona na tym, że chłopak siedział na szczycie góry i pościł. W samotności, trzęsąc się ze strachu i głodu, słyszał rzekome ryki pum, a w rzeczywistości krzyki mężczyzn z plemienia, czuwających, aby nic mu się nie stało.

Dzisiaj chłopców często wychowują samotne matki. Ale to nie znaczy, że nie mogą one dobrze wychować swoich synów. Powinny jednak kontaktować ich z godnymi zaufania, mądrymi mężczyznami, którzy byliby dla nich wzorem. Matki muszą też pamiętać, żeby ich poglądy na to, jacy są mężczyźni i ich własne doświadczenia wyniesione z relacji z ojcem, mężem, kochankiem, nie  wpływały na zachowanie.

Mama jest pierwszą miłością syna. Powinna być delikatna, taktowna, mieć poczucie humoru, ale w żadnym razie nie może traktować syna jak swojej własności. Może natomiast pomóc mu zrozumieć dziewczynki – wytłumaczyć, że lubią chłopców otwartych, z poczuciem humoru, uprzejmych, mających swoje zdanie. To ona buduje w synu wysoką samoocenę, podobnie, jak ojciec buduje w córce.  Poczucie własnej wartości dziecka często zależy od rodziców płci przeciwnej. Ojcowie – pierwsi mężczyźni w życiu córek – umacniają w nich wizerunek inteligentnych i interesujących osób, a matki – pierwsze kobiety w życiu synów – potwierdzają, że są w porządku.

Azymut na ojca

Zbudowanie w synu męskiej tożsamości to zadanie zarówno dla matek jak i ojców, ale dla ojców w szczególności. Powinni oni aktywnie towarzyszyć synom we wszystkich etapach jego rozwoju, a zwłaszcza od szóstego roku życia. W tym wieku chłopcy biorą azymut na ojców. Chcą z nimi przebywać i ich naśladować. Jeśli tata ignoruje syna, chłopiec robi wszystko, aby zwrócić na siebie uwagę. Potrafi kraść, moczyć się w nocy, zachowywać agresywnie tylko po to, by zwrócić na siebie uwagę taty.

W byciu ojca z synem liczą się: wspólne mocowanie, spacery, opowiadanie ojca o swoim dzieciństwie, wspólne uprawianie sportów. Około 14. roku życia syn przechodzi kolejną fazę szybkiego wzrostu, a w jego organizmie zachodzi niezwykła przemiana: poziom testosteronu wzrasta niemal o 800 procent! Większość chłopców w tym wieku staje się konfliktowa, niespokojna i humorzasta. Nie znaczy to, że młodzi chłopcy są destrukcyjni. Po prostu rodzi się ich nowa tożsamość, a takim narodzinom zawsze towarzyszą zmagania. Chłopcy muszą odpowiedzieć sobie na ważne pytania, stawić czoła nowym wyzwaniom, nauczyć się umiejętności potrzebnych w życiu, a biologiczny zegar gna ich do przodu.

W tym okresie my dorośli najczęściej zawodzimy chłopców. Co im oferujemy? Więcej nauki, rutynowych działań, traktowanie jak małe dzieci, kontrole. Tymczasem oni są gotowi do podjęcia poważnych zadań. Potrzebne jest coś, co ich zafascynuje, nakłoni do twórczego wysiłku, wciągnie w jakąś pasję, która doda im pewności siebie.   

W ich życiu powinien pojawić się ktoś, kto wprowadzi ich w dorosłość.  Właśnie taką rolę pełni mentor - to więcej niż nauczyciel czy trener. Nastolatek nie zawsze posłucha rodziców, to wbrew jego naturze. Ale mentora - to co innego. Właśnie on powinien pomagać chłopcu znosić porażki, które są w tym okresie życia, z jednej strony, fundamentalnym doświadczeniem, a z drugiej  - mogą okazać się tragiczne w skutkach. Dla nastoletnich chłopców ogromne znaczenie ma społeczność, w jakiej przyszło im spędzać czas. Może to być prospołeczna szkoła, krąg przyjaciół, których łączy silna więź, rodzinnie nastawiona drużyna sportowa, czy dynamicznie działająca parafia. Z badań wynika, że czasem wystarczy jeden mądry dorosły spoza rodziny, aby zapobiec przestępstwu popełnianemu przez nastolatka.

Zarówno córki, jak i synów trzeba kochać bezwarunkowo. A także wymagać, uczyć obowiązkowości i odpowiedzialności. Ale przede wszystkim - akceptować ich takimi, jacy są. Choćby córka nosiła się jak chłopczyca, a syn wybierał zabawę lalkami.

Lektury dla rodziców:

  • „Wychowanie dziewcząt” Gisela Preuschoff;
  • „Wspaniały świat dziewcząt”, Michael Gurian;
  • „Wychowanie chłopców”, Steve Biddulph;
  • „Zrozumieć nastolatka” Michael Gurian,
  • „Tak, twój nastolatek jest szalony” Michael J. Bradley – wszystkie wydane przez Dom Wydawniczy REBIS
  • „O chłopcach dla chłopców”, Andrzej Jaczewski;
  • „Jak kształtować charakter nastolatka” M.S. Josephson, V. J. Peter, T. Dowd – obydwie wydane przez PZWL

I do wspólnego czytania:

  • „Co się dzieje z moim ciałem. Książka dla chłopców”
  • „Co się dziej z moim ciałem. Książka dla dziewcząt.” – obydiwe autorstwa Lyndy Madras, wydane przez WAB