1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Młodzi zawalczą o swoje prawo do educkacji seksualnej

Młodzi zawalczą o swoje prawo do educkacji seksualnej

Anja Rubik z SEXEDpl i marka Levi’s połączyły siły, by edukacja seksualna w Polsce stała się normą. (Fot. materiały prasowe)
Anja Rubik z SEXEDpl i marka Levi’s połączyły siły, by edukacja seksualna w Polsce stała się normą. (Fot. materiały prasowe)
Fundacja SEXEDpl to multimedialna platforma edukacyjna, której założycielką jest modelka i aktywistka Anja Rubik. Wspólnie z marką Levi’s, znaną ze swoich działań na rzecz tolerancji, równości i wolności, startuje z akcją na rzecz edukacji seksualnej młodych Polaków.

Celem akcji jest zachęcenie młodych ludzi do walki o swoje prawo do rzetelnych informacji o seksualności. Inicjatywa zachęca do działania i wzięcia sprawy w swoje ręce. Dlatego do udziału w akcji zaproszeni są młodzi ludzie, którzy chcą mieć wpływ na otaczającą ich rzeczywistość oraz mają pomysł jak tę rzeczywistość mogą zmienić.

Niezależnie od tego, czy pochodzicie z dużego czy małego miasta w Polsce, zachęcam wszystkich młodych ludzi do wzięcia udziału w rekrutacji i działania na rzecz lepszego dostępu do edukacji seksualnej. Bądź głosem w walce o swoje prawa. - powiedział Jeremy Leaf, prezes East Cluster, Levi Strauss & Co.

Ogromnie cieszę się na wspólną akcję z marką Levi’s. Wierzę, że zaangażowanie młodych ludzi do tego projektu pomoże nam jeszcze szerzej dotrzeć z rzetelnymi informacjami na temat edukacji seksualnej. Jak badania pokazują głównym źródłem wiedzy o seksualności są rówieśnicy! - mówi Anja Rubik, założycielka Fundacji SEXEDpl i dodaje - Myślę, że jest to bardzo ważna akcja dla młodych ludzi, ponieważ zachęca i motywuje ich do działania i zmiany otaczającej nas rzeczywistości.

Film promujący projekt #SEXEDpl i Levi’s ma motywować potencjalnych działaczy i działaczki do wzięcia udziału w warsztatach. Buntowniczy, pełen energii duch, przemawiający przez bohaterów video, ma konkretny przekaz: Młodzi, bierzcie sprawy w swoje ręce. Macie wpływ na otaczającą was rzeczywistość. Działajcie, a my #SEXEDpl i Levi’s Wam w tym pomożemy!

Zwieńczeniem projektu będą trzydniowe warsztaty, podczas których wybrana grupa będzie miała możliwość szkolić się pod okiem najlepszych specjalistów i specjalistek z dziedziny psychologii i seksuologii, organizacji wydarzeń specjalnych czy znanych aktywistów. Podczas warsztatów uczestnicy i uczestniczki nauczą się podstaw edukacji seksualnej. Poznają również narzędzia, dzięki którym będą mogli podzielić się zdobytą wiedzą z innymi osobami w ich społecznościach lokalnych. Rolą SEXEDpl będzie profesjonalne wsparcie w realizowaniu ich pomysłów. Po edukacyjnym zlocie działacze i działaczki pod skrzydłami SEXEDpl będą szerzyć zdobytą wiedzę - zarówno podczas lokalnych aktywności, jak i internetowych przekazów.

 

Kto może wziąć udział w warsztatach? Młodzi działacze i działaczki w wieku 15-20 lat. Aby wziąć udział w warsztatach, należy odpowiedzieć na kilka pytań, które znajdują się w formularzu zgłoszeniowym zamieszczonym w zakładce na stronie www.sexed.pl. Zapisy potrwają od 21 stycznia do 17 lutego 2021 roku. Spośród zgłoszeń zostanie wybranych 20 osób, które w najciekawszy i najbardziej kreatywny sposób podejdą do tematu propagowania edukacji seksualnej w swoich lokalnych społecznościach.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Pierwsza, przedszkolna miłość

Pierwsze miłości mają miejsce już w przedszkolu. (Fot. Getty Images)
Pierwsze miłości mają miejsce już w przedszkolu. (Fot. Getty Images)
Kiedy mówimy o miłości młodego człowieka, staje nam przed oczami najczęściej nastolatek. Wiek 12-14 lat uważamy zwyczajowo za czas pierwszych miłości. Niesłusznie, ponieważ to czas drugich miłości.

Pierwsze zauroczenia mają bowiem miejsce już w przedszkolu. Okres przedszkolny to czas częstego zafascynowania płcią przeciwną. Większość z nas, mimo szeroko promowanej edukacji seksualnej, nadal ma ogromne kłopoty ze swoją i cudzą seksualnością, nie mówiąc już o seksualności własnego dziecka, na którą zazwyczaj nie jesteśmy w ogóle przygotowani. Tymczasem twoje dziecko właśnie w przedszkolu, mając zaledwie kilka lat, odkrywa, że dzieci innej płci są inaczej zbudowane.

Wzorowa manifestacja uczuć

Czy kilkuletnie dziecko może być zakochane? Nawet jeśli jego stan uczuć nie mieści się w twojej definicji tego uczucia –  może. Kilkuletnie zakochane dziecko kocha inaczej niż człowiek dorosły. Gdyby przyjrzeć się takiemu uczuciu z bliska, to dziecko kocha idealnie – mocnej i szlachetniej niż młodzież i dorośli:
  • chce cały czas spędzać ze swoją sympatią (nie walczy o zachowanie własnej przestrzeni w związku);
  • jest załamane, rozbite, rozdrażnione, nie może sobie znaleźć miejsca, gdy sympatia nie przyszła do przedszkola (nie ma potrzeby odpoczynku od ukochanej osoby);
  • chce jej ofiarować cały świat, wszystko, co ma: swoją kanapkę, scyzoryk zabrany tacie, ładny kamyk i wszystkie pieniądze, jakie posiada;
  • chce siedzieć zawsze z nią, stać w parze, występować razem (wierzy, że ta druga osoba to naprawdę jego druga połówka);
  • nazywa rzeczy po imieniu, nie kręci i nie zwodzi („To moja narzeczona”; nie uważa, że relacje z sympatią są skomplikowane);
  • planuje przyszłość jednoznacznie, jest ufne i wierzy, że chcieć to móc – „ożenimy się i będziemy razem” (nie zakłada nigdy innej możliwości);
  • nie wstydzi się swoich uczuć, nie utajnia ich; wręcz przeciwnie – wszystkim z miejsca opowiada o swojej narzeczonej czy narzeczonym, chce żeby cały świat wiedział o ich szczęściu;
  • wchodzi w „nowy związek” bez obciążeń i zaszłości. Zamyka za sobą drzwi poprzedniego uczucia, zanim zakocha się ponownie (nikt nie musi go pocieszać po poprzednim związku).
  • nie buduje swojego uczucia na biologicznej fascynacji fizycznej ani nie odkłada bliskości fizycznej na później – ale buduje ją zdrowo, bo jednocześnie z bliskością psychiczną.
Jeśli uda ci się pokonać strach, poczucie winy i przyjrzysz się miłości swojego dziecka, zobaczysz, że jest ona idealna. Możemy się uczyć od małych dzieci, jak wzorowo kochać.

Aspekty fizyczny

Miłość dzieci nas śmieszy, czasem wzrusza. Potrafimy nawet wznieść się na wyżyny tolerancji i przyznać dziecku prawo do posiadania sympatii w przedszkolu, ale tylko tyle. Dotyk już nas przeraża. A przecież jeśli ktoś jest dla nas szczególnie bliski, dotyk jest wyrazem naszej sympatii, elementem budowania więzi, symptomem bycia kimś szczególnym, wręcz uwiarygodnieniem miłości. Zakochany kilkulatek w spectrum zachowań związanych z wyrażaniem miłości do przedszkolnej narzeczonej czy narzeczonego, ma kontakt fizyczny. Dzieci lubią się dotykać, trzymać za ręce, przytulać, całować (to jeszcze od biedy jesteśmy w stanie znieść); przedszkolaki dotykają również się w miejscach intymnych oraz pokazują je sobie. Jeśli masz z w historii swojego życia epizod „pokazywania” innym dzieciom swoich części intymnych, będzie ci łatwiej zmierzyć się z tym tematem. Doświadczenie osobiste – „ja też to robiłam, ale wyrosłam i teraz jestem normalna” – pomoże. Gorzej mają mamy, które nigdy nie brały udziału w zabawie w „pokazywanego”. One bardziej boją się jej i demonizują zarówno przyczyny, jak i skutki.

Pokazywanie

Małe dzieci, czy nam się to podoba czy nie, pokazują sobie swoje intymne części ciała. Pokazywanie budzi przerażenie dorosłych – kojarzy nam się bowiem z przemocą seksualną, z wykorzystywaniem i molestowaniem. Niesłusznie.

Jeśli to się zdarzy

Każda mama może „nakryć” swoje dziecko na pokazywaniu. Ty również. Zabawa w pokazywanego nie jest charakterystyczna tylko dla dzieci z rodzin patologicznych, zaburzonych czy niewydolnych wychowawczo. Jeśli jesteś kochającą, mądrą mamą:

  • Zareaguj spokojnie. Chociaż to trudne do akceptacji, to normalna faza rozwoju. Dziecko poznaje świat, a jednym z elementów wiedzy jest obejrzenie sobie płci przeciwnej (a czasem też własnej) „na żywo”.
  • Porozmawiaj o tym z dzieckiem. Przede wszystkim zapobiegnij kłopotom. Powiedz, że części intymne są bardzo wrażliwe. Nie wolno ich szarpać, wykręcać, dotykać brudnymi rękami ani niczego, absolutnie niczego do nich wkładać. Dzieci dość często, wiedzione ciekawością i naturalną chęcią eksperymentowania, próbują wetknąć w swoje intymne części ciała kredki, żywność, a nawet zabawki, patyki czy piasek. Robią to zawsze z jednego powodu: z ciekawości.
  • Nie denerwuj się. Twoje dziecko nie zaczęło uprawiać seksu. Nie jest zaburzone ani zboczone. Nie myśl w ten sposób.
  • Nic złego się nie stało. Twoja reakcja może wyrządzić większe szkody. Nie wolno dziecka zawstydzać („To było obrzydliwe, wstrętne”), karać („Za to, co zrobiłaś, nie dostaniesz prezentu, nie pojedziesz do cioci” itp.), odrzucać („Nie chcę takiego synka), zastraszać („Od tego się umiera. to straszny grzech”). Przesadzona i nadmiernie emocjonalna rekcja mamy sprawi, że dziecko zrozumie, że pokazywanie to doniosłe wydarzenie, a zyskasz tylko tyle, że następnym razem starannie zadba, żebyś nigdy się o tym nie dowiedziała.
  • Nie wypytuj, nie przenoś dziecka do innego przedszkola. Etap „pokazywania” i dziecięcych narzeczonych trwa bardzo krótko i kończy się wraz z rozpoczęciem edukacji szkolnej. Dzieci zajęte nauką porzucają zainteresowanie płcią przeciwną i własnym ciałem na rzecz zabaw w środowisku własnej płci rówieśniczej.
Kiedy się martwić

Przedszkolna miłość – pokazywanie, fascynacja i chęć bycia nieustannie razem – nie jest groźna, chyba że działa destrukcyjnie na inne sfery rozwoju. Dopóki twoje dziecko rozwija się normalnie, jest wesołe, lubi być aktywne, chętnie podejmuje wyzwania i czyni postępy w rozwoju, nic złego się nie dzieje. Dopiero gdy pokazywanie staje się dziecięcą obsesją, warto zabrać dziecko do dziecięcego psychologa i zobaczyć, czy nie potrzebuje ono wsparcia w rozwiązaniu problemu.

  1. Psychologia

Wyzwolona, czyli jaka?

Zmysłowość każdej kobiety jest tak niepowtarzalna jak jej linie papilarne. (Fot. Getty images)
Zmysłowość każdej kobiety jest tak niepowtarzalna jak jej linie papilarne. (Fot. Getty images)
Większość z nas uważa się dzisiaj za seksualnie wyzwolone. Czy to jednak znaczy, że społeczeństwo nic nam już nie narzuca? Czy naprawdę czujemy się w tej sferze spełnione, czy może nadal chcemy przede wszystkim zadowolić mężczyzn?

Wyzwolenie seksualne kobiet zaczęło się wraz z rewolucją obyczajowo-kulturową lat 60. XX wieku. – Feministki nie tylko paliły staniki, ale głosiły, że kobiety mają prawo do czerpania przyjemności z seksu – mówi Bianca-Beata Kotoro, psychoseksuolożka i terapeutka.

Stało się to też możliwe dzięki pigułce antykoncepcyjnej. Prof. Zbigniew Lew-Starowicz widzi dalszy proces wyzwolenia w tym, że kobiety tę prawdę przyjęły, zmieniła się ich świadomość i seks stał się dla nich wartością. Widać tę zmianę w badaniach: 30 lat temu tylko 35 proc. kobiet pragnęło seksu raz w tygodniu, dziś – 76,5 proc. Skoro więc tak wiele kobiet kocha się już nie dla partnera, ale dla siebie, bo lubi seks i daje sobie prawo do czerpania z niego przyjemności, to czy jest się jeszcze z czego wyzwalać?

Dobranoc dla ciebie

– Pytam kobiety: Jak układasz się w łóżku, kiedy śpisz sama? Na prawym boku, na plecach? A może zwijasz się w kłębek? – mówi Bianca-Beata Kotoro. – Kiedy widzę zdziwienie, wyjaśniam: miło jest wiedzieć, czy mam ulubioną pozycję. W czym lubimy spać? W koronkowej koszulce? We flaneli? Nago? Odpowiedzi na te, zdawać by się mogło, proste pytania, bywają trudne. Jeśli, na przykład, jako dzieci jeszcze długo spałyśmy z mamą, to ona nas przytulała tak, jak lubiła, i mogłyśmy nabrać jej nawyków. A potem dopasowałyśmy się do partnera.

Nocna bielizna? Z badań wynika, że zazwyczaj w tej kwestii kopiujemy matkę i babcię. Oczywiście poza tymi z nas, które mówią: „Tak się napatrzyłam na flanelę, że teraz tylko koronki”. I bardzo dobrze, jeśli tylko wygodnie nam w nich spać. Inaczej dopiero kiedy przełamiemy niechęć i nałożymy piżamę, wreszcie się wyśpimy. Ważne, aby to, co robimy z naszym ciałem, było nasze.

Skoro trudno nam powiedzieć, w czym lubimy spać, to czy wiemy, jakiego seksu pragniemy? A jeśli nie kochamy się w taki sposób, to co nas przed tym powstrzymuje?

Mody i snobizmy

Absolutna wolność dla kobiety to brak mężczyzny! Czysta zmysłowość, niezakłócona seksualnością. Tak rozumie wyzwolenie autorka „Sztuki sypiania samej” Sophie Fontanel. Jej powieść spopularyzowała jedną z orientacji seksualnych, tak zwaną aseksualną. Paradoks tej sytuacji polegał na tym, że kiedy pisała swoją książkę, dowodem wyzwolenia kobiet było posiadanie wielu kochanków! A największą zbrodnią – nieuprawianie seksu. Tymczasem Sophie przyznała się, że całkiem z niego zrezygnowała! Niczym typowa młoda paryżanka miała wielu kochanków, aż spostrzegła, że jej palce zaciskają się w pięści, kiedy jest z mężczyzną. I że woli przytulać się do poduszki i śnić o miłości zmysłowej niż się kochać. Ta szczerość jej się opłaciła, bo poczuła się tak szczęśliwa, że jej przyjaciele byli pewni: „Zakochała się!” „Tak – odpowiadała im – w samej sobie!”.

Bianca-Beata Kotoro: – Właśnie! Sophie wyzwoliła się z więzów, jakie nakładały na jej seksualność obowiązujące akurat normy, czyli z traktowania seksu jak sportu. Zawsze jakieś normy, zasady, mody lub snobizmy wchodzą nam do łóżka. Dlatego warto się zastanowić: Czy ja tego chcę, czy się z tym zgadzam, czy to moje?

Eksplozja libido

– Samo hasło „wyzwolenie seksualne kobiet” narzuca nam przekonanie, że każda z nas ma i musi mieć ogromny oraz niezaspokojony apetyt na seks – mówi Bianca-Beata Kotoro. – Dlatego trzeba odrzucić wszelkie krępujące nas ograniczenia.

Sporo kobiet rozumie wyzwolenie seksualne jako eksplozję libido (zapominając, że kobiety mogą mieć różne temperamenty), zwłaszcza tych 20-, 30-letnich. One dorastały w czasie, gdy media trąbiły o masturbacji (ma rozwijać seksualność kobiety), o wibratorach (mają dawać niezależność), o multiorgazmach (dowodzą wyzwolenia), czy o zdradzie zapisywanej na receptę (jako leku na brak satysfakcji w stałym związku). Zalew takich informacji spowodował, że łatwo było nabrać przekonania, że to są właśnie wskaźniki wolności.

– No i przychodzą do mnie zmartwione i zaniepokojone kobiety i mówią: „Nigdy się nie masturbowałam!”. Odpowiadam: „Niektórzy lubią się dotykać, ale jeśli ty tego nie chcesz, nie musisz” – opowiada Bianca-Beata Kotoro. – Wtedy dopytują się: „Czy na pewno czegoś ważnego nie tracę?”. „Jeśli masz udane życie seksualne, to nie słuchaj tych, którzy powiedzą, że tracisz”. „A wibratory i inne gadżety?”. „Fajnie jest wiedzieć, że są i co z nimi można robić. Są sex shopy tylko dla kobiet. Jest Internet. Nie znaczy to jednak, że masz je koniecznie posiadać i ich używać. Nawet jeśli twoja siostra codziennie rano sięga po wibrator, to ty nie musisz! Nie jesteś przez to pruderyjna, po prostu żadna z nas nie jest wykładnią dla pozostałych”. Zmysłowość każdej kobiety jest tak niepowtarzalna jak linie papilarne. Dlatego zastanów się, co dla ciebie jest sexy. Czerwona szminka? Super! Ale to nie znaczy, że wszystkie kobiety muszą malować nią usta. Mamy robić to, co nam daje poczucie bycia zmysłowymi. Naśladowanie – związane z brakiem wiary w siebie – przeszkadza w odkrywaniu swojej niepowtarzalnej zmysłowości.

Tak jak inne!

Katarzyna przyszła do gabinetu psychoseksuolożki z powodu problemów w pracy. 37-latka po dwóch rozwodach o swoim życiu prywatnym nie chciała rozmawiać. „Bo tam wszystko fantastycznie się układa!”. Kiedy jednak omówiły jej problemy zawodowe, Bianca-Beata Kotoro zaproponowała, aby poszukując zasobów, które pomogą Katarzynie poradzić sobie w pracy, sięgnęła tam, gdzie sobie dobrze radzi. Czyli do jej życia prywatnego. Katarzyna zgodziła się i opowiedziała z radością, że jest w grupie kobiet wyzwolonych! Faceci nie są im potrzebni! „Oni wciąż tylko gonią króliczka i myślą o jednym. A że traktują kobiety instrumentalnie, to my też będziemy ich używać!”. Katarzyna razem z koleżankami chodziła do sex shopu. Oglądały i wybierały gadżety. Zalogowane na portalach randkowych znajdowały tam kochanków, a potem przy winie i kawie opowiadały sobie o tym, co przeżyły.

„Wyobraź sobie – zaproponowała ekspertka – że patrzysz na siebie z zewnątrz, jak na obcą kobietę. I co o niej myślisz, co czujesz?”. Katarzyna zadumała się i ze zdziwieniem powiedziała, że ta kobieta naśladuje koleżanki! Mimo że ich stosunek do seksu i mężczyzn jednak jej nie odpowiada.

– Problemem Katarzyny było dopasowywanie się do innych. Z tego też powodu miała kłopoty w pracy – mówi Bianca-Beata Kotoro. – Wiele z nas wychowano tak, że bardziej zależy nam na akceptacji niż na byciu sobą. Seks sportowy, jaki uprawiała Katarzyna, bywa fajnym, pikantnym dodatkiem. Ale gdy staje się jedynym posiłkiem, trudno się nim najeść. Wymaga też oddzielania seksu od uczuć, od miłości. A wiele kobiet tak naprawdę takiego wyzwolenia nie chce. I nie dlatego, że są kobietami, ale dlatego, że każdy człowiek jest zintegrowaną całością i kiedy traktuje seks osobno i technicznie, zubaża siebie.

Badania mówią, że 15 proc. Polek jest gotowych na seks na pierwszej randce. 51 proc. dobrze czuje się na drugi dzień po seksprzygodzie, ale pozostałe mają niestety moralnego kaca.

Wolna czy uzależniona?

Na okładce seksroboty. W środku: „Seksografie. Reportaż uczestniczący o pokusach i pragnieniach”. Autorka Gabriela Wiener, peruwiańska dziennikarka, oddała się naga w ręce uzbrojonych w wibratory żon guru seksu tantrycznego Ricarda Badaniego. Do klubu swingersów poszła ze swoim ukochanym, aby tam razem z nim uprawiać seks z obcymi ludźmi, m.in. pieścić gigantyczne piersi nieznajomej. Choć Gabriela czuła zazdrość, pozwalała partnerowi kochać się z innymi, odnotowując tylko, że zazdrość powoduje ból brzucha. Ból nie był jednak dla niej granicą seksualnej eksploracji, skoro na scenie klubu Bizarre, na oczach setki widzów, pozwoliła dominie Lady Monique zbić się po pupie kańczugiem.

Czy Gabriela jest wyzwolona? Jeśli wyzwolenie to odrzucenie wszystkich norm, to tak! A może jest uzależniona od seksu? Nie wiemy. Jednak jej przekraczające granice przeżycia umożliwiają nam bezpieczne, bo w zaciszu własnej sypialni, zastanowienie się nad swoimi granicami.

– Zanim zdecydujemy się na coś ekstremalnego, warto pomyśleć: Co mną kieruje? Czy tęsknię za mocnymi wrażeniami, za miłosną adrenaliną? Są kobiety, które pragną w seksie ekstremalnych przeżyć – mówi Bianca-Beata Kotoro. – Poznałam jednak też wiele takich, które mówiły o odrzuceniu tabu, a tak naprawdę ulegały swojemu mężczyźnie z lęku, że go stracą. Postępując wbrew sobie, kobieta nadużywa siebie. Zniewala się.

W zatoce miłości

W szafce koło łóżka Elżbieta trzymała od lat buteleczkę lubrykantu. Myślała, że to klimakterium, że jest sucha, że nie podnieca się tak jak kiedyś. Kiedy rozstała się z mężem (miała wtedy 46 lat), poznała nowego mężczyznę. Sam jego dotyk, zapach, pocałunek sprawiały, że robiła się wilgotna.

– Nawilżenie pochwy świadczy o tym, że kobieta jest podniecona, gotowa do bezpiecznej penetracji. Ale też że chce z tym mężczyzną sypiać. Mogą mieć różne inne problemy, ale ona się do seksu z nim nie zmusza! – mówi ekspertka. – A często tak się dzieje, że kobieta wylewa na siebie pół butelki lubrykantu, bo nie ma ochoty na seks. A mimo to decyduje się na współżycie.

Dlaczego? Motywacje bywają różne, ale kiedy nie czujemy ani w sercu, ani w ciele, ani w głowie ochoty na seks, nie powinnyśmy się zmuszać! – Nie powinnyśmy przekraczać tej linii – stwierdza Bianca-Beata Kotoro. – Po kilku latach nadużywania siebie tym bardziej nie polubimy seksu. Bo jak go lubić, skoro nasz mózg i serce utożsamiły go z nadużyciem? Może też protestować nasze ciało: bólami głowy, podbrzusza, zapaleniami sromu, pochwy, czasem nawet wymiotami, których wcale z seksem nie wiążemy.

– Jeśli kobieta ma częste problemy z pęcherzem moczowym czy zapaleniami pochwy, proszę, aby przypomniała sobie, co się działo w jej życiu intymnym (lub zawodowym) na 72 godziny przed wystąpieniem objawów – mówi Bianca-Beata Kotoro. – Zazwyczaj słyszę: „Współżyłam, choć nie było mi to na rękę, cały czas myślałam o pracy. No, ale już się z mężem umówiłam. I nie było tak źle!”.

– To dobrze, że nie było „tak źle”, ale wolałabym, żeby powiedziała: „Było przyjemnie” – mówi ekspertka. – A na pytanie o następny raz poczuła w ciele błogość. Tak byłoby, gdyby kochała się wtedy, kiedy by tego pragnęła, czuła, że jej ciało chce, żeby ten mężczyzna je dotykał.

Smutna diagnoza

Dlaczego o wolności częściej mówimy, niż ją praktykujemy? Jedna z ważnych, jeśli nie najważniejszych odpowiedzi jest prosta i dlatego tak trudno ją dostrzec. Tkwi w zaszczepianym nam wstydzie. Wstydzie wobec tego fragmentu naszego ciała, który bywa przez poetów nazywany różą. Ten wstyd nie wygasł dzięki „wyzwoleniu seksualnemu”. Gorzej: zmutował! Stał się groźniejszy za sprawą pornograficznego, wulgarnego wizerunku tego, co stanowi o sile i pięknie kobiety.

– Wyzwolona kobieta nie wstydzi się swojej kobiecości, nie odcina od niej. Ma kontakt ze swoją Joni, jak w sanskrycie nazywamy waginę – mówi Julita Ostrowska, psychoterapeutka, instruktorka jogi i tantry.

Nawiązanie tej relacji często wymaga jednak pracy, bo wychowanie i bolesne doświadczenia powodują, że ta naturalna więź zostaje zerwana. Odbudować ją można m.in. poprzez medytację, świadomy oddech, dotyk i wizualizację.

– Wyobraź sobie, że stoisz pod drzwiami i że to są drzwi do twojej Joni – mówi Julita Ostrowska, prowadząc medytację „Moc Joni”. – A teraz wejdź do wnętrza tej komnaty, która jest za nimi. Co tam widzisz? Zwróć uwagę na wszystkie detale…

Kobiety mogą wówczas zobaczyć rozmaite obrazy. Jeśli są to na przykład gładkie, błyszczące czerwonością ściany, które oplatają kwiaty, to dobry znak. Ale może się też pojawić odczucie ciemnej pustki, zimna lub chropowatości. Albo brak uczuć i wrażeń. W tych obrazach symbolicznie zawarte są bolesne przeżycia związane z ich kobiecością.

– Jakiekolwiek by się jednak obrazy czy uczucia pojawiły, trzeba je przyjąć z wdzięcznością i miłością – mówi Julita Ostrowska. – Celem medytacji jest to, by poczuć miłość do Joni, dostrzec jej moc i piękno. Bywa więc, że potrzebne jest współczucie, a nawet przeprosiny, choćby za każdy seks, na który zgodziłyśmy się wbrew sobie lub który przekroczył nasze granice.

W zgodzie ze sobą samą

Wyzwolenie wymaga odwagi, gdyż jest to nauczenie się szacunku do siebie i swojego ciała, bez względu na to, jak kobieta została zraniona, bez względu na swoją wagę, bez względu na to, kogo poślubiła i jaka jest jej orientacja seksualna – twierdzi dr Christiane Northrup, ginekolożka, autorytet w dziedzinie kobiecego zdrowia. Dla Bianki-Beaty Kotoro to ważne słowa, bo często naszą wolność ograniczają przeżyte traumy, brak wiary w siebie i uległość wobec partnera, mody czy opinii innych. – Dlatego moja definicja wyzwolenia seksualnego brzmi: to życie intymne w zgodzie z samą sobą. Kobieta wyzwolona zna siebie i czerpie ze zmysłowości, cielesności i seksu jak z alfabetu, ale wybiera te litery, które chce. Ale też nie musi brać żadnej, ważne, by miała wiedzę o każdej z nich. To po prostu jej świadoma i osobista decyzja – kwituje Bianca-Beata Kotoro.

 

  1. Psychologia

Miłość nastolatków. Rozważni czy romantyczni?

Dziecko uczy się przez obserwację. Jeżeli ojciec i matka traktują się nawzajem z szacunkiem, okazują sobie uczucia, dzielą się obowiązkami, to ono poniesie w życie taki właśnie wzór relacji między kobietą a mężczyzną. (Fot. iStock)
Dziecko uczy się przez obserwację. Jeżeli ojciec i matka traktują się nawzajem z szacunkiem, okazują sobie uczucia, dzielą się obowiązkami, to ono poniesie w życie taki właśnie wzór relacji między kobietą a mężczyzną. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Kiedyś rodzice martwili się, że ich dzieci za wcześnie się zakochują, teraz – że robią to późno. – To tak wygląda, jakby musieli się o coś martwić. Jeżeli już chcą czymś zaprzątać sobie głowę, to tym, żeby przekazać dzieciom wiedzę na temat seksualności – mówi psycholożka doktor Barbara Arska-Karyłowska.

Nastolatki kochają dzisiaj inaczej?
A skąd takie przypuszczenia?

Słyszę od rodziców, że ich dziecko nie ma dziewczyny, chłopaka, tylko grupę znajomych. Nauczyciele liceów też przyznają, że widzą w szkołach mniej zakochanych par niż kiedyś. 
Zawsze było tak, że ta młodsza młodzież zaczynała od chodzenia w grupach, za naszych czasów też tak było. Trzeba uspokoić rodziców, że nastoletnia miłość ma różne fazy, uwarunkowane rozwojowo, i to się nie zmienia od wieków.

Ale przyzna pani, że teraz nastolatki, zamiast spotykać się, tak jak robili to ich rówieśnicy przed laty, SMS-ują.
Oni rzeczywiście teraz piszą do siebie na Facebooku, SMS-ują. No i bardzo dobrze. Myśmy godzinami wisieli na telefonach stacjonarnych, aż nam rodzice je wyłączali, a oni czatują. I niech czatują, to jest im bardzo potrzebne. Młodzi ludzie mają lęk przed romantycznym kontaktem twarzą w twarz. Potrzebują czasu, żeby do tego dojrzeć. Myśmy zyskiwali ten czas, rozmawiając przez telefon, bo to był wówczas środek komunikacji, a oni – za pomocą różnych komunikatorów, mediów społecznościowych.

Facebook zastępuje teraz bezpośredni kontakt, jest jego substytutem, czasem na długo.
To prawda, że więcej tego czatowania niż bezpośredniego kontaktu. No bo myśmy musieli w końcu wpaść do kolegi, żeby się nagadać, a oni mają wiele innych sposobów na kontakt. Mimo to jestem przekonana, że nie ma się czym martwić, bo przyjdzie taki moment, że młody człowiek się zakocha.

Co by pani powiedziała ojcu nastolatki, który nie tyle się martwi, ile dziwi: „Ja w jej wieku miałem już kilka dziewczyn, a ona nie ma chłopaka”.
Powiedziałabym mu o badaniach, jakie przeprowadzono w 32 krajach. Wynika z nich, że rzeczywiście w Polsce rzadziej niż w innych krajach ma miejsce wczesna inicjacja seksualna, czyli przed 15. rokiem życia. U nas dotyczy ona tylko 15 procent nastolatków, a na przykład na Grenlandii – 75 procent. W Polsce średnia wieku, w którym młodzi rozpoczynają życie seksualne, wynosi 18 lat i jest dużo wyższa niż w innych krajach.

To akurat dobra wiadomość.
Zdecydowanie tak. Bo, jak pokazują badania, bardzo wczesna inicjacja ma negatywne skutki zarówno dla zdrowia fizycznego, jak i psychicznego. Szczególnie u dziewcząt – u chłopców w mniejszym stopniu – wiąże się ona z objawami somatycznymi i depresją. Może więc nie martwmy się, że młodzież zaczyna trochę później. To tak wygląda, jakby rodzice musieli się o coś martwić. Za moich czasów martwili się zbyt wczesnym randkowaniem, teraz martwią się zbyt późnym. A ja myślę, że jeżeli już muszą czymś zaprzątać sobie głowę, to tym, żeby przekazać dzieciom wiedzę na temat seksualności. Tymczasem rodzice mają taki dziwny zwyczaj, że jak małe dziecko pyta, to oni mówią: „Jesteś za mały”. A potem to ono już nie chce z nami rozmawiać.

Radzi sobie samo.
No właśnie nie, ono sobie samo nie poradzi. Gdy wkracza w okres buntu przeciwko rodzicom, to na ogół nie chce na te tematy z nimi rozmawiać. Ze względu na to, że rodzice irytują je nieprzytomnie, ale też dlatego, że jest skrępowane. Dorastanie to nie jest dobry moment na rozmowy z rodzicami o seksie.

To kiedy jest dobry moment?
Wtedy, kiedy dziecko o to pyta, a nie wtedy, gdy my chcemy z nim o tym rozmawiać, bo nas coś niepokoi. Rozmawiajmy z dziećmi na tematy seksualności od małego, odpowiadajmy na ich pytania, obserwujmy je, edukujmy.

Ale też sami się edukujmy.
Trafny postulat. Przez jakiś czas, gdy mieszkałam w Stanach, byłam przedszkolną konsultantką. I od czasu do czasu w przedszkolu, w którym pracowałam, wybuchała epidemia masturbacji u czterolatków. Telefonowano wtedy po mnie: „Niech pani przyjedzie, bo coś dziwnego dzieje się w przedszkolu, może było molestowanie”. A to po prostu jest tak, że w wieku czterech, pięciu lat dzieci mają tendencję do wzmożonego zainteresowania ciałem – bawią się w doktora, oglądają swoje części ciała, porównują się, chcą wiedzieć, jaka jest różnica między chłopcem a dziewczynką, dotykają swojego penisa czy waginy i czasem zaczyna im to sprawiać przyjemność, wtedy tę zabawę powtarzają. Inne dzieci to widzą, naśladują i wybucha „epidemia” masturbacji. Rodzice powinni to wiedzieć i wykorzystać naturalne zainteresowanie dziecka do przekazania mu wiedzy.

Jak zareagować, gdy zauważymy, że dziecko się masturbuje?
Najpierw chwilę to poignorować. Nie wolno zawstydzać czy piętnować, trzeba natomiast wyjaśnić, że tego nie robi się na środku przedszkolnej sali ani na ulicy, że jeżeli już musi to robić, to w zaciszu swojego pokoju. Trzeba też wykorzystywać każdą sytuację do nauki szacunku dla innego człowieka. Oczywiście, trzeba dostosowywać rozmowy do poziomu rozwoju dziecka. W pewnym momencie warto wyjaśniać, jak wygląda romantyczna relacja, że drugiej osobie należy się wolność. Bo skąd oni czerpią wiedzę, jak się zachować na randce?

Od rówieśników?
Też, ale przede wszystkim z filmów. W życiu wygląda to jednak całkiem inaczej niż w kinie. Pierwsza randka to strasznie krępujące wydarzenie, więc warto do tego młodzież przygotować, rozmawiać o możliwych scenariuszach. Na przykład o tym, że ktoś może ich zmuszać do czegoś, czego oni nie chcą. I że powinni wtedy asertywnie odmawiać, czyli nie bać się mówić „nie”, i umieć wycofać się z relacji. Pamiętajmy, że nastolatek przyjmie pewne rady, jeśli podamy je w odpowiednim momencie, czyli wtedy, kiedy jest na to gotowy. W wypadku 12-, 13-letniego dziecka za wcześnie na rozmowę o przemocy, jest na to za słabe emocjonalnie, lepiej porozmawiać z nim na przykład o szacunku dla innego i wymaganiu od innych szacunku dla siebie.

Co wtedy, gdy rodzice popełnili grzech zaniechania, nie rozmawiali z dziećmi o seksie, ciele? Mogą to potem jakoś nadrobić?
Obawiam się, że będzie trudno. Jedyne, co mogę im doradzić, to żeby obserwowali dziecko i – jak trzeba – interweniowali. Bo jeżeli staje się ono ofiarą przemocy – a randkowa przemoc to bardzo trudne dla młodzieży przeżycie – to powinni interweniować. Także wtedy, kiedy to ich dziecko jest agresorem.

A jeśli nastolatek nie przyjmie naszej interwencji?
To bardzo prawdopodobne, jeżeli nigdy wcześniej nie poruszaliśmy z nim wspomnianych tematów. Dobrze wtedy znaleźć osobę, której dziecko ufa. Wujka, dziadka, trenera, wychowawcę, drużynowego. Być może młody człowiek zechce z nim rozmawiać, bo dotrzeć do niego może tylko ten, kogo on zaakceptuje.

Łatwiej dotrzeć, gdy relacje w rodzinie były zawsze dobre?
W zasadzie tak, bo dziecko uczy się przez modelowanie, obserwację. Jeżeli ojciec i matka traktują się nawzajem z szacunkiem, okazują sobie uczucia, dzielą się obowiązkami, to ono poniesie w życie taki właśnie wzór relacji między kobietą a mężczyzną. Ale nawet w rodzinach, w których rodzice mają dobrą relację z dzieckiem, w okresie adolescencji matka i ojciec zaczynają nastolatka irytować – że źle się ubierają, zachowują, nagle wszystko jest nie tak. Pamiętam, jak moja córka była nastolatką, a miałyśmy zdecydowanie dobrą relację. Mieszkaliśmy wtedy na Florydzie i często całą rodziną chodziliśmy na spacery plażą. Pewnego razu spacerujemy, a ona nagle znika. Potem okazało się, że zobaczyła kolegę z klasy i nas zostawiła, bo wstydziła się, że z nami idzie.

Wielu rodziców przeżywa takie zachowanie dzieci jako osobistą porażkę.
A w tym wieku jest ono czymś normalnym. Nasza córka w dodatku wstydziła się tego, że mamy akcent, że inaczej się ubieramy. Rozumiałam to, przecież ona chciała być taką samą dziewczyną jak jej koleżanki i mieć takich samych rodziców, a my byliśmy inni. Ale nawet jak byśmy nie byli inni, to z innego powodu by nas kontestowała, bo tak to już jest w tym wieku. Dlatego jeśli wcześniej nie dotarliśmy do dziecka z przekazem na temat seksualności, to darujmy sobie nauki w wieku dojrzewania, bo najprawdopodobniej będzie to bezowocne.

Czekać, aż bunt minie?
Nie czekać z założonymi rękami. Innym dobrym sposobem – oprócz szukania dorosłych sojuszników – jest skierowanie dziecka do środowiska, które podziela nasze wartości. Na przykład do szkoły społecznej o wartościach liberalnych. Albo do szkoły katolickiej, jeśli bliskie nam są wartości katolickie. Bo największy wpływ na nastolatka mają rówieśnicy.

Rodzice drżą na samą myśl o wyjeździe córki z chłopakiem na wakacje. Są przekonani, że nie mogą zabronić. Mogą?
13-latce mogą zabronić, ale już 16-latce zabronić nie sposób. Gdy zostajemy rodzicami, musimy pamiętać, że budowanie dobrej relacji we wczesnym dzieciństwie zaprocentuje. Nawet jeśli nastolatek powie: „Oj, mamo, nie zawracaj głowy” albo „Oj, tato, odchrzań się” – to wysłucha. Najważniejsze, żeby wiedział, że zawsze może na nas liczyć, nawet w najtrudniejszej sytuacji, że otrzyma od nas wtedy wsparcie, że staniemy za nim murem. Pamiętam z okresu dorastania mojej córki takie zdarzenie: późno w nocy dzwoni do mnie jej kolega i mówi: „Zaaresztowali mnie, pomóż mi”. Pytam: „Dlaczego do mnie dzwonisz, a nie do rodziców?”. Na co on: „Bo rodzice by na mnie nakrzyczeli, gdyby dowiedzieli się, że paliłem marihuanę”. Myśmy z mężem wtedy pomogli, ale powinni to zrobić jego rodzice.

Nastolatek zakochuje się, przeżywa skrajne emocje, cierpi. Rodzice nie wiedzą, jak zareagować. Bo jeśli zaczną się dopytywać, oferować pomoc, mogą się narazić na oskarżenia, że się wtrącają. Jeśli będą czekać, aż emocje opadną – dziecko może uznać: „No tak, rodziców nie obchodzi to, co przeżywam”. Co mają robić?
Zachować czujność. Dopóki dziecko o nic nie pyta i nie prosi o radę, a rodzice widzą, że jego stan emocjonalny jest stabilny, można zostawić je w spokoju i pozwolić mu sobie samodzielnie radzić. Trzeba jednak w tym czasie bardzo uważnie je obserwować. Może się bowiem zdarzyć, że sytuacja przerośnie młodego człowieka, że emocje będą zbyt silne, pojawią się objawy depresji, czasem myśli samobójcze lub próba samobójcza. Jeśli rodzice zaobserwują symptomy depresji, powinni szybko i zdecydowanie interweniować.

Czyli?
Odbyć poważną, wspierającą rozmowę i zabrać dziecko do psychiatry lub psychologa.

Wielu rodziców pozwala dzisiaj nastolatkom robić, co chcą. A oni tak naprawdę nie wiedzą, czego chcą.
Pozwalanie na wszystko nie zapewnia wcale dobrej relacji, owocuje zagubieniem. Tak zwane wychowanie bezstresowe jest najbardziej stresującym wychowaniem. Dzieci potrzebują ram i te ramy powinny się rozszerzać w miarę ich dorastania.

Trudność bycia rodzicem polega na tym, że gdy stawia się granice za wąsko, podejmuje się decyzje za dziecko. Ono wtedy nie nauczy się odpowiedzialności, samodzielności, nie będzie miało poczucia sprawczości. A gdy granice postawi się za szeroko, to dziecko też się tego nie nauczy, bo będzie zagubione. Trzeba stopniowo „odpuszczać”. Trzylatek niech zadecyduje o wyborze koloru spodni, ale nie o pójściu do dentysty, to musi zrobić dorosły. Nastolatek powinien wcześniej zdobyć narzędzia do radzenia sobie w trudnych sytuacjach. W tym celu powinien pojechać bez rodziców na zieloną szkołę, obóz. I gdy potem wyjedzie sam, będzie wiedział, jak reagować.

Nastoletnia miłość idzie w parze z seksem. Znam rodziców, którzy nie mają oporów przed tym, żeby dać dziecku prezerwatywę.
Bardzo dobrze, że dają prezerwatywę, ale mam nadzieję, że też z nim rozmawiają.

Z tym bywa gorzej.
No właśnie. A młodzież musi przejść gdzieś edukację seksualną, w szkołach jej nie ma. W Ameryce też kiedyś w niektórych stanach nie było edukacji seksualnej. W szkole mojej córki, koszmarnej, nie wolno było używać słowa „prezerwatywa”, nie mówiąc o szerszej edukacji na temat zapobiegania ciąży, takie było lokalne prawo. Zaskarżyliśmy je i wygraliśmy.

Zauważyła pani, że dominujące uczucie rodziców to teraz lęk o dziecko, nawet nastoletnie?
Coś w tym jest. Myśmy wychodzili sami na podwórka, nabijaliśmy sobie guzy i jakoś żyjemy. A moja córka – mieszka na Florydzie, ma trzech synów, najstarszy ma 11 lat – mówi, że teraz nie wysyła się dzieci na obozy, bo to jest niebezpieczne. W Stanach rodzice boją się, że dzieciom ktoś zrobi coś złego, wielu z nich nie posyła ich nawet na zieloną szkołę. Pytam córkę: „Dlaczego idziesz z chłopcami do parku? Mogą iść sami”. Na co ona: „Wszyscy rodzice tak robią”.

W Polsce ten trend też jest widoczny.
W znajomych rodzinach, szczególnie tych wielodzietnych, go nie dostrzegam. Ale i w takich rodzinach nie ma gwarancji na bezkolizyjne wejście dzieci w życie, w tym uczuciowe i seksualne. Uczę studentów, że najważniejsze jest to, żeby poznawać swoje dziecko. Bo jeśli będziemy wiedzieli, w jakim tempie się rozwija, jaki jest jego system nerwowy, jak przeżywa kryzysy rozwojowe, to będziemy też wiedzieli, jak bardzo można mu zaufać, w jakich momentach będzie potrzebowało wsparcia. Poznawanie własnego dziecka to absolutnie najważniejsze zadanie rodziców. I drugie, też ogromnie ważne – zgłębienie wiedzy na temat psychologii rozwojowej dzieci. Bo kiedy będziemy wiedzieli, jak przebiega rozwój, to będziemy się mniej denerwowali. Zrozumiemy: „Aha, to jego zachowanie jest rozwojowe, a to wynika z indywidualnych cech”. Zatem nie zamartwiajmy się, tylko uczmy się dziecka i o dziecku.

  1. Kultura

"Sex Education" - o nowym sezonie rozmawiamy z głównymi aktorami

(fot. materiały prasowe Netflix)
(fot. materiały prasowe Netflix)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
"Sex Education" to jeden z najpopularniejszych seriali ostatniego roku, jakie zaprezentował nam Netflix. Produkcja okazała się takim sukcesem, a tematy w niej poruszane tak ważne i potrzebne, że natychmiast zadecydowano o powstaniu drugiego sezonu. Nowe odcinki będziemy mogli obejrzeć już od 17 stycznia, a wszyscy, którzy pokochali ekscentryczną doktor Jean (w tej roli znakomita Gillian Anderson), jej syna Otisa i resztę bohaterów wkraczających w okres dojrzewania na pewno nie będą zawiedzeni.

O tym, co spotka bohaterów "Sex Education", czym dla nich było zagranie w serialu, który obnaża wszelkie tabu na temat budzącej się seksualności wśród młodzieży pytaliśmy m.in. Emmę Mackey (serialową Maeve), Aimee Lou Wood (Aimee), Connora Swindellsa (Adam) i Kedara Williamsa-Stirlinga (Jackson).

Co możecie nam powiedzieć o drugim sezonie Sex Education? Emma
: Przede wszystkim, że posuwamy się coraz dalej i przekraczamy jeszcze więcej granic! Maeve i Aimee spędzają ze sobą mnóstwo czasu co jest bardzo ekscytujące. Między dziewczynami rodzi się bardzo interesująca i dynamiczna relację, co bardzo fajnie widać na ekranie. Ja jestem tym wątkiem bardzo podekscytowana i nie mogę się go doczekać.

Aimee:
Tak, Aimee bardzo się „wzmacnia” dzięki Maeve. Jej bohaterka przechodzi wiele i to naprawdę gruntownie zmienia ją i jej życie. I właśnie dzięki Maeve staje się stopniowo inną osobą, o wiele silniejszą niż była. Ich przyjaźń jest bardzo głęboka, ośmiela ją do wielu zachowań i zmierzenia się z różnymi problemami. No i zauważa, że w końcu może być rzeczywiście sobą.

Emma:
Tak, to prawda, ich przyjaźń bardzo się zacieśnia.

fot. materiały prasowe Netflix fot. materiały prasowe Netflix

Maeve pomimo swojej „ciemnej strony” czuje się odpowiedzialna za dziewczyny w szkole. Pomaga im, rozmawia z nimi, wstawia się za nimi pomimo tego, że sama przecież była wyszydzana i obrażana. Uważasz, że to ważne, by dziewczyny w młodym wieku się wspierały? Wierzysz w kobiecą solidarność? Emma:
Oczywiście, choć dużo łatwiej to powiedzieć niż to wcielić w życie. Według mnie serial bardzo mocno o tym opowiada. I robi to w zdrowy sposób. Szczególnie w środowisku szkolnym to jest temat, który jest bardzo delikatny i wrażliwy, gdzie granice pomiędzy dobrym, a złym zachowaniem czasem są bardzo niewyraźne. Właśnie rozmawialiśmy o odcinku „It’s My Vagina” z pierwszego sezonu, który jest przykładem takiego zachowania, zachowania bardzo wspierającego na duchu dziewczyny. Tam najbardziej było czuć kobiece wsparcie, dziewczyn, które przecież nie do końca się lubiły, czy nawet znały. Moim zdaniem to jest niesamowite zobaczyć taką scenę na ekranie. Wydaje mi się ze jest bardzo motywujące i ważne. Zresztą w ogóle uważam, że dzisiejsza generacja młodych kobiet jest i tak bardziej świadoma niż dotychczasowe pokolenia. Oczywiście nie chcę generalizować, ale mam wrażenie, że powstał czy powstaje wciąż taki ogólny ruch, który motywuje młode kobiety do tego, by bardziej utożsamiać się z innymi przedstawicielkami swojej płci. Często też sprowadza się do tego, żeby po prostu przerwać milczenie i powiedzieć o czymś wprost, angażować się w hasła damskiej solidarności. Myślę, że wiele młodych kobiet odczuwa teraz taką potrzebę i to jest świetne.

Czy jak zaczynałyście kręcić pierwszy sezon "Sex Education", spodziewałyście się tak pozytywnych reakcji i odbioru? Emma:
Na planie była tak dobra energia, że raczej wszyscy trochę to wyczuwali. I chyba od samego początku mieliśmy dobre przeczucia, co do serialu i jego odbioru przez publiczność. Natomiast inna sprawa, że w większości przypadków dla nas, aktorów, którzy odgrywają główne role to była pierwsza taka duża rola i… nie bardzo wiedzieliśmy do czego się porównywać (śmiech). Więc też z drugiej strony musieliśmy do tego podejść realistycznie i nie myśleć non stop o tym, jak zostanie to odebrane przez innych, bo jedyne co my możemy zrobić jako aktorzy to dać z siebie wszystko na planie i cieszyć się z tego, co robimy. Wiele rzeczy zależy od różnych czynników, więc poza tym… trzeba to zostawić w rękach Boga (śmiech). Ale tak, raczej wszyscy czuliśmy, że to będzie mocny serial.

Aimee:
Jak zobaczyliśmy pierwszą zapowiedź, sneak peak serialu to wszyscy mieliśmy takie wewnętrzne „wow!”. Jak to wszystko zobaczy się w końcu poskładane ze sobą: muzykę, sceny, montaż, to jest to niewyobrażalne uczucie. I wtedy pojawiły się myśli: "to będzie coś wspaniałego". Coś czuję, że tak samo będzie i z drugim sezonem. W tym roku w szkole tyle będzie się działo! Oczywiście na razie niewiele możemy zdradzić, ale większość historii się bardzo pogłębia, pojawia się dużo nowych problemów, tworzą się nowe związki, relacje. Sama nie mogę się doczekać!

(fot. materiały prasowe Netflix) (fot. materiały prasowe Netflix)

Po pierwszym sezonie pojawiło się sporo komentarzy, że serial jest bardzo "brytyjski". Osadzony w tej kulturze, żartach... Czy uważacie, że to zmienia coś w odbiorze? Aimee:
Jesteśmy bardzo bezpośredni i otwarci w tym serialu, ale to chyba nie jest związane stricte z tym, że jest to brytyjski serial. Jesteśmy w nim bardzo szczerzy i mówimy rzeczy „wprost”. Oczywiście serial ma też dużo wrażliwych, łamiących serce momentów, ale jest przede wszystkim zabawny. Choć rzeczywiście, w "Sex Education" wszyscy bohaterowie są dalecy od ideału, a czasami wydaje mi się, że jak ogląda się niektóre, zwłaszcza amerykańskie produkcje, większość bohaterów jest bardzo poprawna i… wygładzona. W Sex Education nikt nie jest zbyt „wygładzony” (śmiech).

Pierwszy sezon rozpoczyna się odważną sceną z udziałem Aimee, potem też pojawia się wiele „pikantnych” scen. Nie miałyście oporu przed odegraniem takich scen, nie bałyście się jakichś negatywnych reakcji ze strony rodziny, przyjaciół, otoczenia? Aimee:
Reakcji się nie obawiałam, ale miałam delikatne obawy przed pierwsza scena, która rzeczywiście była dość mocna. Ale jak już to zrobiłam i usłyszałam o tym, jak będzie to zrealizowane: będzie fajna muzyka, jaka będzie praca kamery i że w zasadzie to będzie bardziej "komediowa" scena, to uznałam, że nie ma się czym przejmować, będzie dobrze. Ale przed tym, nim rzeczywiście zacznie się to kręcić, to wszystko wydaje się cięższe, sama idea takiej sceny wydaje się przytłaczająca. Ale jak już się ma to za sobą, to wtedy czujesz się wolny, szczęśliwy, że podjąłeś taką, a nie inną decyzję. Poza tym, na planie "Sex Education" pracowaliśmy w tak przyjaznym środowisku, że ani przez moment nie czułam się zagrożona czy przestraszona, czy żebym robiła coś wbrew sobie.

Sporo osób mówi o tym, że jest to serial, który powinna obejrzeć cała młodzież (może nawet w szkołach), bo jest lepszy niż jakakolwiek edukacja, którą się zdobywa w czasie całej nauki. Aimee:
Mój mały brat był u mnie w ten weekend i się go spytałam, czym się zajmują na zajęciach z edukacji seksualnej w szkole. Powiedział mi, że oglądali czarno-biały film o tym, jak facet "goni" kobietę, a później znikają pod prześcieradłem, które zaczyna się ruszać i wtedy na ekranie pojawił się napis „To jest właśnie sex”. Myślałam, że żartuje, ale jest to kolejny przykład na to, że musimy udoskonalić to, jak wygląda edukacja seksualna w szkołach. Nie przygotowujemy odpowiednio młodych ludzi do wkraczania w dorosłość, do poznania tak ważnych tematów na całe życie. Wszystko jest owiane taką tajemnicą, że młodzież czuje się po prostu osamotniona w swoich problemach. A jak jesteś kobietą, która po prostu ma ochotę na seks i szuka metod zabezpieczeń, żeby nie mieć dziecka, to czuje się jak nimfomanka. A prawda jest taka, że kobiety mają tak samo ochotę na seks, jak mężczyźni, a jedyne, co dostajemy w szkole to wykład o tym, że tak można się "dorobić dziecka".

Emma:
Tak, w zasadzie zamiast edukacji seksualnej dostajemy wzmocnioną lekcję biologii o reprodukcji, nic przydatnego czy interesującego. Natomiast fakty są takie, że coraz młodsi nastolatkowie uprawiają seks, a nic o tym nie wiedzą. W szkole powinno się uczyć, jak uprawiać bezpieczny seks i adresować wszelkie z tym związane tematy, możliwości, opcje. Między innymi dlatego też zrobiliśmy ten serial.

Może dlatego nie tylko nastolatkowie, ale też rodzice powinni obejrzeć ten serial? Aimee:
Tak, jest to doskonały pomysł, żeby rodzice go obejrzeli. Szczególnie niektóre wątki takie jak na przykład wątek Jean i Otisa poruszyły wielu rodziców, którzy zdali sobie sprawę, że dokładnie to robili. Oglądając widzieli dokładnie swoje zachowanie - byli zbyt zaangażowani, próbowali mikro-zarządzać swoimi dziećmi, oczywiście robili to z miłości i chęci ochrony. Chcieli uchronić dzieci przed problemami i traumami, ale tak naprawdę młodzi i tak musza przejść przez swoje traumy sami i popełnić swoje własne błędy. Nie da się i wręcz nie powinno się trzymać dziecka zupełnie pod kloszem

(fot. materiały prasowe Netflix) (fot. materiały prasowe Netflix)

A co Wasi rodzice sądzą na temat serialu? Aimee:
Oj uwielbiają go, to najwięksi fani! Już nie mogą się doczekać kolejnego sezonu.

Emma:
Tak, mamy to szczęście, że nasi rodzice bardzo wspierają ten serial i mu kibicują.

Pamiętacie, jak wyglądała Wasza edukacja seksualna? Bo jestem pewna, że nie tak, jak w serialu. Czytałam dużo komentarzy w stylu „żałuję, że nie obejrzałam tego, jako dziecko”. Kedar:
W zasadzie to miałem bardziej biologie o systemie rozrodczym niż jakąkolwiek edukacje seksualną, a już z pewnością nie mówiło się nic o uczuciach czy czymkolwiek innym. Bardzo bym chciał widzieć w szkołach otwarty dialog, wyjaśniający problemy.

Connor:
Ja pamiętam jedynie zupełny brak edukacji seksualnej, kompletnie nic, nawet jakichś podstaw, takich jak używać antykoncepcji. Musieliśmy wszystkiego uczyć się metodą prób i błędów, co jest bardzo niebezpieczne i może być tragiczne w skutkach. Dlatego uważam, że nasz serial jest bardzo ważny, zakładając oczywiście, że dalej tak są uczone dzieci, ale mam wrażenie, że tak niestety jest.

(fot. materiały prasowe Netflix) (fot. materiały prasowe Netflix)

Czy widzieliście jakieś podobieństwa pomiędzy Waszymi doświadczeniami z liceum, a tym co odgrywaliście w serialu? Connor
: Nie bardzo, a jeżeli już to bardziej w kontekście postaci jako takiej, a nie liceum. Moje liceum zdecydowanie nie wyglądało, jak to z serialu, które jest absolutnie wyjątkowe. Ale z punktu widzenia postaci: oczywiście, w każdej osobie z tego serialu widzę jakąś cząstkę mnie. Co do Adama - to utożsamiam się z pewnością z tym, jak stawia mur dookoła siebie, żeby trzymać wszystkich na dystans, żeby czuć się bezpiecznie. Takie trochę uciekanie od problemów.

Czy przy powstawaniu serialu mieliście doradców medycznych lub innych ekspertów, którzy dbali o to, by wszystko było zgodne z prawdą? Mogliście się z kimś skonsultować? Connor:
Mieliśmy tak zwanego "eksperta do spraw intymnych", do którego mogliśmy iść z różnymi pytaniami, dotyczącymi tego, jak coś rzeczywiście się robi, albo jak coś wygląda. Jak mieliśmy problem z tym, jak podejść do konkretnego tematu to zawsze mogliśmy porozmawiać z tą osobą, czy nawet wysłać jej maila. Jak czuliśmy się dziwnie lub byliśmy niepewni, to pomagała nam uspokoić nasze myśli, także było to bardzo pomocne, żeby też nie wprowadzić nikogo w błąd.

(fot. materiały prasowe) (fot. materiały prasowe)

Co uważacie o zarzucie, że zrobiliście kontrowersyjne show, w którym wygląda, jakby szalone nastolatki ciągle uprawiały seks? Niespecjalnie jest to show familijne? Kedar:
Raczej trzeba spojrzeć na serial jako całość, a nie tylko trywializować jako nastolatków uprawiających seks. Trzeba to rozumieć jako szerszy problem, który rzeczywiście istnieje - brak wiedzy na temat seksu u nastolatków i mnóstwo problemów. Oczywiście dla rodziców może być to niekomfortowe oglądać ze swoimi dziećmi w telewizji, jak dwie osoby uprawiają seks, ale prawda jest taka, że zarówno oni, jak i dzieci ten seks uprawiali, bo inaczej by tych dzieci przecież nie było.

Connor:
Każda scena seksu w "Sex Education" przedstawia jakiś konkretny problem, czy jest istotna z punktu widzenia fabuły. Dzięki seksowi jest zaprezentowane, co nastolatkowie myślą, co przeżywają, a co najważniejsze z jakimi problemami się borykają. Nie jest to seks, który ma szokować, czy być kontrowersyjny, oburzać, ma być pewnego rodzajem katalizatorem.

  1. Psychologia

Jak rozmawiać z dziećmi o seksie? Rozmowa z Kathariną Von Der Gathen edukatorką seksualną

Dzięki edukacji seksualnej umiemy rozpoznać i nazwać to, co się z nami dzieje. (Fot. iStock)
Dzięki edukacji seksualnej umiemy rozpoznać i nazwać to, co się z nami dzieje. (Fot. iStock)
O tym, dlaczego warto rozmawiać z dziećmi o seksie i jak to robić, mówi Katharina Von Der Gathen, edukatorka seksualna i autorka książki „Odpowiedz mi! dzieci pytają o intymne sprawy”.

Kiedy na edukację seksualną dziecka jest jeszcze za wcześnie?
Nigdy. Dotykamy i przewijamy niemowlę i ono zauważa, że są „specjalne” części ciała, które się zakrywa, których się nie całuje. Potem, kiedy dzieci uczą się mówić i nazywać poszczególne części ciała, chcą wiedzieć nie tylko, jak nazywamy rękę czy nogę, ale też genitalia. Pierwsze pytania na temat tego, skąd się biorą dzieci, pojawiają się między trzecim a szóstym rokiem życia, kiedy idzie się do przedszkola i seksualność dziecka jest bardzo obecna w jego życiu. Dziecko dostrzega ciała innych przedszkolaków, dokonuje porównań. Albo mama jest w ciąży i spodziewa się brata czy siostry. Z doświadczenia wiem, że większość maluchów sama zaczyna pytać. A jeśli tego nie robią, to tylko dlatego, że wyczuwają, że nie powinny, że sytuacja jest niesprzyjająca.

Na jakie pytania najtrudniej odpowiedzieć?
Pamiętam, jak na moich zajęciach z dziesięciolatkami ktoś zapytał, czy można uprawiać seks pupą i uchem. Byłam z początku poruszona. Czy mam rozmawiać z tak małymi dziećmi o praktykach seksualnych? Ale kiedy się zastanowiłam, doszłam do wniosku, że najlepsza odpowiedź jest w tym przypadku taka, że seks to też bycie blisko, dotykanie się, bycie w dobrej relacji, sprawianie sobie nawzajem przyjemności. Uchem i pupą też można uprawiać seks, bo są tam receptory, które powodują, że taki dotyk jest bardzo przyjemny. Poprosiłam uczniów, żeby delikatnie dotknęli swoich uszu i sprawdzili, jakie to miłe uczucie. Na zajęciach rysujemy też  ciało, każdy podpisuje jego części słowami, jakie zna. Z domu, podwórka, telewizji. Ten jeden raz mogą napisać wszystko, bez ograniczeń. Potem klasyfikujemy te słowa. Których używa się w domu, są pieszczotliwe, których u lekarza, które są obraźliwe, wulgarne. To uporządkowanie sprawia, że dzieci zaczynają lepiej się komunikować. Oczywiście, mówię o określonym etapie rozwojowym. Z ośmiolatkami nie rozmawia się o chorobach przenoszonych drogą płciową, nie ma takiej potrzeby. Jednak jeśli chodzi o 16-latków, to w Niemczech prowadzi się zajęcia, na których punkt ciężkości położony jest na antykoncepcję, HIV i inne choroby oraz tożsamość seksualną.

Dlaczego edukacja seksualna jest taka ważna?
Bo czyni nas silnymi. Umiem rozpoznać i nazwać to, co się ze mną dzieje. Nie boję się, mówię o swoich potrzebach i obawach, ale też potrafię reagować na zły dotyk czy niewłaściwe zachowania seksualne. Jak, nie mówiąc o „tych sprawach”, można zakomunikować, że coś jest nie tak?

Co odpowie pani na argument konserwatystów, że uświadamianie to seksualizacja dzieci?
To brak wyobraźni. Najczęściej to nie my pierwsi wprowadzamy je w temat. Chodzi o to, żeby to, co już wiedzą, przekładać na język intymności, uczuć. Uświadamianie odbywa się codziennie, to więź, którą budujemy z dzieckiem.

Wielu nastolatków pierwszą rozmowę z rodzicami na temat seksu ma jeszcze przed sobą.
Wtedy jest za późno. Mam takie doświadczenie z własnymi dziećmi – dopóki były małe, nie było tematów tabu, a kiedy weszły w wiek dojrzewania, nie chciały już otwarcie rozmawiać. Za to mają do dyspozycji książki, broszury. Wiedzą, że są na półkach w moim gabinecie, a ja wiem, że pod moją nieobecność synowie i córki (mam dwie nastolatki i dwóch nastolatków) przychodzą tam ze swoimi dziewczynami i chłopakami [śmiech].

Słyszałam o kontynuacji pani książki. Nazbierały się kolejne pytania. W czasie paru ostatnich lat Internet dużo zmienił?
Tak. Coraz więcej jest odniesień do pornografii. Ale na dzieci ma też wpływ rozwój świadomości społecznej. Pytają o seks osób na wózkach inwalidzkich albo o osoby transseksualne. Natomiast dostęp do sieci to dla nas, edukatorów, wyzwanie. Dzieci i tak sobie wszystko wygooglują, a potem przekażą to rówieśnikom. A jeśli wyrobią sobie obraz seksualności na podstawie porno, to najgorsze, co może się wydarzyć.

Katharina Von Der Gathen, niemiecka edukatorka seksualna, która w wydanej u nas nakładem wydawnictwa Dwie Siostry książce „Odpowiedz mi!...” zgromadziła najczęstsze i najciekawsze dziecięce pytania o intymne sprawy.