1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Śnieg zamiast płótna

Śnieg zamiast płótna

Zrobienie jednego rysunku zajmuje Simonowi Beckowi około 11 godzin i zmusza do nawet 40- kilometrowego marszu. (Fot. materiały prasowe)
Zrobienie jednego rysunku zajmuje Simonowi Beckowi około 11 godzin i zmusza do nawet 40- kilometrowego marszu. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 13 Zdjęć
Kiedy podczas szusowania wśród alpejskich szczytów ujrzysz na śniegu niezwykłe wzory, nie martw się, to nie śnieżna fatamorgana – tu przechadzał się Simon Beck – artysta śniegu.

Brytyjczyk Simon Beck słynie z ciekawego hobby. Tworzy obrazy, które – oglądane z wysokości - zapierają dech w piersiach. Nie maluje ich, lecz wydeptuje w śnieżnym puchu, używając stóp i rakiet śnieżnych zamiast pędzla. Jest pierwszym na świecie artystą tworzącym sztukę na tak niekonwencjonalnym „płótnie”. Simon Beck od ponad 10 lat wytycza własną drogę w świecie sztuki, chodząc po śnieżnych połaciach wielkości kilku boisk do piłki nożnej. Tworząc geometryczne wzory w świeżym puchu.

„Latem, gdy śniegu jest mniej, jestem bezrobotny” – śmieje się artysta. Kiedy stęskni się za spacerami, przenosi się wówczas na słoneczne plaże, i tam w piasku wydeptuje swe obrazy. (Fot. materiały prasowe) „Latem, gdy śniegu jest mniej, jestem bezrobotny” – śmieje się artysta. Kiedy stęskni się za spacerami, przenosi się wówczas na słoneczne plaże, i tam w piasku wydeptuje swe obrazy. (Fot. materiały prasowe)

Sztuka chwili

Prace Simona są bardzo ulotne – niszczą je kaprysy aury: silniejsze podmuchy wiatru, obfitsze opady, ciepłe promienie słońca. A ich rekonstrukcja jest bardzo kłopotliwa. Beck skrupulatnie fotografuje więc wszystkie swoje dzieła - z okolicznych szczytów, kolejek linowych, czasem dronem. A potem sprzedaje kopie fotografii w wysokiej rozdzielczości. W ten sposób zarabia na życie. „Czuję, że wygrałem na loterii, nawet nie kupując losu” - śmieje się. Nie przeczuwał, że jego pierwsze niewinne zabawy w śniegu dadzą początek snow art – nowemu nurtowi sztuki plenerowej. Simon pociągnął za sobą rzesze naśladowców, ale to wciąż on jest numerem jeden. Chce zaoferować amatorom śnieżnych dzieł, oprócz wrażeń estetycznych, poczucie jedności z naturą i górskim krajobrazem.

Simon Beck pociągnął za sobą rzesze naśladowców, ale to wciąż on jest numerem jeden w technice snow art. (Fot. materiały prasowe) Simon Beck pociągnął za sobą rzesze naśladowców, ale to wciąż on jest numerem jeden w technice snow art. (Fot. materiały prasowe)

Płatki śniegu i fraktale

Z każdym krokiem Simona powoli, jak za pociągnięciem pędzla, rozwijają się okręgi i trójkąty, tworząc rodzaj mandali. Urodę gotowego dzieła trzeba podziwiać z lotu ptaka, przed lub po południu. Wówczas ukośne promienie słońca podkreślają wydeptany rysunek, rzucając cień na nierówności i sprawiają, że obraz staje się trójwymiarowy. W ciągu ostatnich dziesięciu lat Simon Beck udekorował zbocza Alp kilkuset gigantycznymi rysunkami – każdej zimy pojawia się około 30 nowych wzorów.
Zrobienie jednego rysunku (o pow. 100 x 100 m2) zajmuje mu około 11 godzin i zmusza do nawet 40- kilometrowego marszu.
Prace Becka przeważnie są geometryczne, bo takie najłatwiej wydeptać w plenerze. Pasjonuje go geometria fraktalna, w której – mówiąc w dużym uproszczeniu - każdy wzór składa się z wielu bliźniaczych, powtarzających się struktur. Przykładem może być płatek śniegu - to ulubiony motyw Simona! Tak jak nie ma dwóch identycznych płatków, tak nie ma dwóch takich samych prac artysty.

Jego obrazami rządzi symetria, którą udaje mu się osiągnąć dzięki liczeniu kroków. Potrzebny jest kompas, umiejętność liczenia, dobra kondycja i lata praktyki, którą Simon zdobywał pracując jako kartograf oraz oddając się swej pasji – biegom na orientację.

Śnieżne dzieła sztuki najpiękniej wyglądają o wschodzi i o zachodzie słońca. (Fot. materiały prasowe) Śnieżne dzieła sztuki najpiękniej wyglądają o wschodzi i o zachodzie słońca. (Fot. materiały prasowe)

Od kartografa do artysty

Po ukończeniu studiów inżynierskich w Oksfordzie Simon Beck zajmował się zawodowo tworzeniem map, a w wolnych chwilach uprawiał narciarstwo zjazdowe i biegi na orientację. Ale w 2009 r. doznał kontuzji – i pojawiły się kłopoty ze stopami. Jednym z elementów rehabilitacji miały być spacery. Początkowo nie przepadał za nimi, ale z czasem stały się pasją.

Swój pierwszy rysunek Beck stworzył w 2004 roku we francuskiej Sabaudii, gdy po dniu szusowania na nartach wydeptał w śniegu ogromną gwiazdę. Kiedy następnego dnia ujrzał ją z krzesełka wyciągu narciarskiego, był pod wrażeniem. Ale dopiero, gdy przeszedł na emeryturę, zaczął traktować swą nową działalność poważnie. Tym bardziej, że zdał sobie sprawę, iż nikt inny wcześniej nie robił czegoś podobnego. Zdjęcia prac zamieszczane przez niego na instagramie zaczęły robić fururę w sieci i przyciągać uwagę mediów.

Simon jest Brytyjczykiem, ale zwykle „spaceruje” we Francji, gdzie mieszka zimą. Gdy tylko pogoda i warunki śnieżne na to pozwalają, samotnie (czasami z pomocnikami) wychodzi w góry, by stworzyć kolejny rysunek.

Do tworzenia śnieżnych obrazów Simon Beck zaprasza czasem pomocników, zazwyczaj jednak wydeptuje je sam. (Fot. materiały prasowe) Do tworzenia śnieżnych obrazów Simon Beck zaprasza czasem pomocników, zazwyczaj jednak wydeptuje je sam. (Fot. materiały prasowe)

Śnieg zamiast płótna

Doświadczenie w kreśleniu map bardzo pomaga mu w tworzeniu śnieżnych wzorów. „Kiedy masz pustą kartkę papieru, rysujesz na niej” – mówi Simon. „Tak więc rysowanie na pustej połaci śniegu wydawało mi się rzeczą naturalną”.

Zaczyna od wykreślenia projektu na kartce A4 – każdy milimetr odpowiada jednemu krokowi. Gdy wzór jest gotowy, Beck udaje się w upatrzone miejsce, żeby wydeptać go w plenerze. Zabiera ze sobą niezbędne narzędzia: linę i kotwę (do kreślenia okręgów), kompas (do wytyczania kierunków), rakiety śnieżne (zapobiegają zapadaniu się w śniegu) oraz kijki narciarskie - do pomiaru odstępów pomiędzy sąsiednimi liniami i podpierania się w trudniejszych miejscach. Artysta nie może się bowiem potknąć, upaść ani zboczyć z wytyczanej linii. Zejście z trasy nawet o 6 cali zakłóca całość.

Doświadczenie w kreśleniu map bardzo pomaga mu w tworzeniu śnieżnych wzorów. (Fot. materiały prasowe) Doświadczenie w kreśleniu map bardzo pomaga mu w tworzeniu śnieżnych wzorów. (Fot. materiały prasowe)

Beck najpierw wyznacza centralny punkt wzoru, by stojąc w nim wytyczać pozostałe linie, pracując zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Gdy chce znaleźć punkt w połowie prostej, liczy kroki wzdłuż niej i dzieli przez dwa. Każdą linią stara się przejść dwa razy – wówczas uzyskuje gładką krawędź. Po około godzinie pracy pojawia się spora sieć ścieżek, którymi z łatwością może przejść z punktu A do punktu B, gdzie na przykład zostawił drugie śniadanie.

Artysta każdą linią stara się przejść dwa razy – wówczas uzyskuje gładką krawędź. (Fot. materiały prasowe) Artysta każdą linią stara się przejść dwa razy – wówczas uzyskuje gładką krawędź. (Fot. materiały prasowe)

Chopin w plenerze

Brodząc w śniegu Simon słucha Chopina, Bacha, Vivaldiego. Dźwięki muzyki otwierają jego umysł, a jest nad czym myśleć. Wszystko trzeba dokładnie zaplanować: czas, odległości, ocenić siły. Jeśli się je przeceni, można nie mieć siły na powrót do domu, a nawet umrzeć z wyczerpania i wyziębienia. W górach, zwłaszcza po zmroku, nie jest zbyt bezpiecznie. Simon zawsze stara się wykonać projekt w jeden dzień – pracuje non stop, posila się w marszu, by nie tracić rytmu. „Najtrudniej przebrać się w strój narciarski po skończonej pracy. Mam zgrabiałe ręce, często jestem zziębnięty na kość. Zdarzało się, że wracałem do domu na piechotę, gdyż nie potrafiłem założyć butów narciarskich” - wspomina Simon.

Wzory często przypominają mandale. (Fot. materiały prasowe) Wzory często przypominają mandale. (Fot. materiały prasowe)

Gra o tron

Z każdym rokiem stara się tworzyć coraz bardziej unikalne obrazy - we Francji i w innych zakątkach świata: od dzikich gór po stadiony sportowe w zaśnieżonych miastach (ostatnio w Minneapolis). Coraz częściej wykonuje prace na zamówienie. Na przykład jeden z jego ostatnich projektów powstał w ramach kampanii promocyjnej 6 sezonu serialu „Gra o tron”. Aby stworzyć ogromny herb rodu Starków i jego maksymę „Winter is coming”, artysta przeszedł ponad 32 kilometry w zaśnieżonych Alpach. Simon angażuje się też w akcje społeczne, choćby tworząc obraz „Stay Safe”, poświęcony Światowemu Dniu AIDS. Wydał też album ze zdjęciami ponad 200 obrazów śnieżnych, a projekty zainspirowały nawet… projektantów mody do stworzenia serii ubrań sportowych!

Śnieżne obrazy najlepiej podziwiać z lotu ptaka, lub przemieszczając się pomiędzy szczytami kolejką górską. (Fot. materiały prasowe) Śnieżne obrazy najlepiej podziwiać z lotu ptaka, lub przemieszczając się pomiędzy szczytami kolejką górską. (Fot. materiały prasowe)

Krok do przodu

Simona nie zraża nietrwałość jego dzieł. Tworzy je dla zdrowia i zabawy. Zaczyna nową pracę, kiedy ma na to ochotę, a kończy, kiedy czuje się zmęczony. Swymi obrazami chce sprawiać ludziom radość i pokazywać piękno gór z nowej perspektywy. Nie zależy mu na aspekcie komercyjnym, unika także nadmiernego rozgłosu.

Po 10 godzinach pracy i 45 000 tysięcy krokach, kiedy dzieło jest już ukończone, Simon Beck odczuwa wielką satysfakcję. Ma świadomość, że właśnie jest o krok bliżej do bycia zapamiętanym za robienie tego, co kocha.

Obrazy Simona Becka zachwycają misternością wzorów. (Fot. materiały prasowe) Obrazy Simona Becka zachwycają misternością wzorów. (Fot. materiały prasowe)

Na podstawie My Modern Met.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Tkane historie – z wizytą u podlaskich tkaczek

Karolina Radulska przy krosnach. (Fot. Karolina Jonderko)
Karolina Radulska przy krosnach. (Fot. Karolina Jonderko)
Jest ich zaledwie 14. Na swoich krosnach podlaskie tkaczki snują − w dwóch kolorach − opowieści o życiu, przyrodzie, otaczającym świecie. Tak powstają unikalne i zjawiskowe tkaniny dwuosnowowe, niemal zapomniana już sztuka ludowa.

Do tej historii doskonale pasowałby początek „Za górami, za lasami…”. Są w niej bowiem krosno i wrzeciono oraz bajkowo brzmiąca nazwa „Kraina Wątku i Osnowy”. Poza tym historia dzieje się jak najbardziej współcześnie, a wspomniana kraina znajduje się jakieś dwie i pół godziny jazdy samochodem od Warszawy.

O niewielkim Janowie, położonym na obrzeżach Puszczy Knyszyńskiej, mówi się, że to stolica polskiej tkaniny dwuosnowowej. Wełnianej, utkanej z dwóch kolorów nici na liczących czasem nawet ponad sto lat krosnach, takiej, której powstanie zajmuje dużo czasu i wymaga cierpliwości. Tkaniny wykonywanej unikalną techniką dwuosnowową, która przetrwała na tych terenach od drugiej połowy XIX wieku.

Tkanina nad którą pracuje Karolina Radulska. (Fot. Karolina Jonderko)Tkanina nad którą pracuje Karolina Radulska. (Fot. Karolina Jonderko)

− Od tamtej pory dwie rzeczy pozostały niezmienne: materiał i metody. Dwuosnowowe tkaniny zawsze powstają z nici wełnianej, którą pozyskujemy z gór, to musi być stuprocentowa owcza wełna. Tkaczki najpierw przędą na kołowrotku nici, następnie je skręcają i barwią. Kiedyś do nadania kolorów używano kory drzew, liści pokrzywy czy łusek cebuli. Dzisiaj stosuje się farby syntetyczne. Potem tworzą osnowę, czyli sposób ułożenia nici. Charakterystyczne jest to, że tkaniny u nas zawsze powstają z dwóch kontrastowych kolorów − podkreśla Karolina Radulska, najmłodsza tkaczka i jednocześnie opiekunka Izby Tkactwa Dwuosnowowego w Janowie. Wychowała się w Wasilówce w gminie Janów. Tkać nauczyła się od swojej teściowej Danuty Radulskiej.

Przyznaje, że tkanie pozwala jej nie tylko kontynuować rodzinną tradycję, lecz także pokazywać światu znakomitą sztukę ludową i chronić ją w ten sposób od zapomnienia. − Do tego mam poczucie, że tworzę coś pięknego i naprawdę wartościowego. I jednocześnie jestem w gronie 14 kobiet w Polsce, które potrafią tworzyć w tej najtrudniejszej technice tkackiej.

Tkanina „Kolędnicy” autorstwa Heleny Malewickiej. (Fot. Karolina Jonderko)Tkanina „Kolędnicy” autorstwa Heleny Malewickiej. (Fot. Karolina Jonderko)



Izba Tkactwa Dwuosnowowego w Janowie, którą się opiekuje, powstała 35 lat temu i zgromadziła w tym czasie prace ponad 20 artystów, którzy na przestrzeni tych lat tworzyli na tym terenie. Ściany zdobi ponad 50 dywanów i makat ich autorstwa. Wśród nich jest także praca Karoliny Radulskiej. Artystka podkreśla, że tkanina dwuosnowowa zawsze była jej bliska, bo do wąskiego grona podlaskich tkaczek, które stosowały tę technikę, należała jej babcia Aurelia Majewska. − Kiedy była młoda, na początku XX wieku, w Janowie pojawiła się Eleonora Plutyńska, artystka i profesorka Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Zafascynowana tkaninami zaczęła współpracę właśnie z moją rodziną, czyli babcią, rodziną Jaroszewiczów, Aleksandrą Radulską czy Reginą Maselbas.

Karolina Radulska przyznaje, że postać Eleonory Plutyńskiej miała bardzo duży wpływ na historię tkaniny dwuosnowowej. Dzięki jej współpracy z podlaskimi tkaczkami pojawiły się nie tylko nowe motywy wzornictwa, lecz także sposób tkania – wytwarzane tym sposobem dywany stały się grubsze.

Ludgarda Sińsko i jej praca 'cztery pory roku'. (Fot. Karolina Jonderko)Ludgarda Sińsko i jej praca "cztery pory roku". (Fot. Karolina Jonderko)

Ważnym elementem tkanin dwuosnowowych są kompozycje tematyczne, które na nich powstają. Każda z tkaczek ma swój charakterystyczny, rozpoznawalny motyw. Wzory dzielone są na trzy kategorie: tradycyjne, związane z Eleonorą Plutyńską oraz opowiadania. Te pierwsze są najstarsze i przekazywane z pokolenia na pokolenie, nawiązują często do świata roślin, przykładem mogą tu być kwiaty czy gałązka winorośli. Opowiadania to z kolei historie utkane na dywanach, na przykład: las, zabawa, cztery pory roku. Eleonora Plutyńska pokazała natomiast tkaczkom, że mogą tworzyć z głowy, czyli po prostu motywy, które same wymyślą. Te trzy kategorie wzorów można też mieszać. Wszystko zależy od tego, jaką historię chce opowiedzieć autorka albo jaki motyw przewodni zamówi klient. Janowskie tkaczki tkają nie tylko dywany. Można u nich zamówić makatę na ścianę, poszewki na poduszki, torby, a nawet zakładki do książek. Ich prace są znane na całym świecie i trafiły do wielu galerii oraz kolekcji muzealnych, między innymi: w Niemczech, Szwajcarii, Stanach Zjednoczonych, Australii czy Japonii.

Izba Tkactwa Dwuosnowowego w Janowie z muralem namalowanym przez Arkadiusza Andrejkowa. (Fot. Karolina Jonderko)Izba Tkactwa Dwuosnowowego w Janowie z muralem namalowanym przez Arkadiusza Andrejkowa. (Fot. Karolina Jonderko)


Kilka lat temu, dla podtrzymania, ale też ożywienia tradycji tkackich w regionie, powstał Szlak Turystyczny „Kraina Wątku i Osnowy”. Prowadzi przez tereny dwóch gmin, Janowa i Korycina, bo tutaj mieszka większość tkaczek. Szlak obejmuje 14 pracowni. Kiedy wchodzimy do jednej z nich, w Janowie, słychać najpierw charakterystyczny stukot pracy krosna. Niewielka pracownia wypełniona jest słońcem, a na ścianach porozwieszane są tkaniny dwuosnowowe, wszędzie widać leżące nici. Światło, które wpada przez okno, ciepło oświetla uśmiechniętą Ludgardę Sieńko, która właśnie pracuje przy ponadstuletnim krośnie. Pochylona ze skupieniem tka kolejny dywan, który tym razem pojedzie do Gdańska. − Klientów mam z całej Polski, ale też z innych krajów. Najczęściej zamawiają właśnie dywany, a taki o wymiarach, powiedzmy, półtora metra na dwa to jest dużo pracy. Zajmuje przynajmniej miesiąc – pani Ludgarda wie, co mówi, ma za sobą kilkadziesiąt lat doświadczenia.

Każdego roku, zazwyczaj latem, w Janowie odbywają się warsztaty tkackie, podczas których tkaczki dzielą się swoimi umiejętnościami. Wtedy też organizowany jest dla artystek konkurs na tkaninę dwuosnowową. Tak będzie i w tym roku. Przez lipiec i sierpień w Izbie Tkactwa Dwuosnowowego będzie można wziąć udział w warsztatach. 12 września planowane są rozwiązanie konkursu oraz Janowskie Sploty – Święto Tkactwa i Tradycji.

  1. Kultura

„Artystka. Anna Bilińska 1854–1893” – nowa wystawa w Muzeum Narodowym w Warszawie

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Nad morzem , 1886, olej, tektura , Muzeum Narodowe w Warszawie; Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) Jedyna pociecha, 1891, pastel, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie; Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Ulica Unter den Linden w Berlinie 1890, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (Fot. Piotr Safjan, Piotr Ligier, Krzysztof Wilczyński; Muzeum Narodowe w Warszawie)
Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Nad morzem , 1886, olej, tektura , Muzeum Narodowe w Warszawie; Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) Jedyna pociecha, 1891, pastel, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie; Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Ulica Unter den Linden w Berlinie 1890, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (Fot. Piotr Safjan, Piotr Ligier, Krzysztof Wilczyński; Muzeum Narodowe w Warszawie)
„Artystka. Anna Bilińska 1854–1893” - to pierwsza polska artystka, która osiągnęła międzynarodową sławę. Jej twórczość będzie można podziwiać niebawem na wystawie w Muzeum Narodowym w Warszawie.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) to pierwsza polska artystka, która osiągnęła międzynarodową sławę. Jej twórczość była prezentowana na najważniejszych europejskich wystawach i doceniania przez krytyków sztuki z wielu krajów. Także dziś obrazy i fascynujące losy malarki wzbudzają duże zainteresowanie publiczności, a wiele dzieł Bilińskiej trafiło do kanonu polskiej sztuki. Jednak całokształt twórczości i biografia artystki wciąż czekają na opracowanie.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) Portret własny, 1887, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Krakowie. (fot. Pracownia Fotograficzna Muzeum Narodowego w Krakowie)Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) Portret własny, 1887, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Krakowie. (fot. Pracownia Fotograficzna Muzeum Narodowego w Krakowie)

Celem wystawy jest prezentacja możliwie najszerszego wyboru prac malarskich i rysunkowych Bilińskiej (w tym dzieł do tej pory nieznanych), pochodzących z polskich i zagranicznych muzeów oraz kolekcji prywatnych. Głównym wątkiem wystawy będzie artystyczna kariera Bilińskiej, wiodąca od pierwszych prób malarskich w Warszawie poprzez naukę w paryskiej Académie Julian ku udziałowi w międzynarodowych wystawach sztuki.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), W oknie, 1890, pastel, płótno, Musée d’art modern et contemporain de Saint-Etienne Métropole (fot. Joëlle Villa, Musée d’art modernę et contemporain de Saint-Etienne Métropole)Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), W oknie, 1890, pastel, płótno, Musée d’art modern et contemporain de Saint-Etienne Métropole (fot. Joëlle Villa, Musée d’art modernę et contemporain de Saint-Etienne Métropole)

Prezentacja będzie poruszać zagadnienia natury artystycznej, takie jak akademizm w twórczości Bilińskiej, portret jako preferowany przez nią temat malarski czy technika pastelu, w której wypowiadała się równie często jak w malarstwie olejnym. Inne kwestie, które zamierzamy podjąć, to samoświadomość artystki i jej widzenie pozycji twórcy w świecie, wyrażające się m.in. w kreowaniu własnego wizerunku w autoportretach.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Fort Boyard, 1889, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (fot. Krzysztof Wilczyński, Muzeum Narodowe w Warszawie)Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Fort Boyard, 1889, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (fot. Krzysztof Wilczyński, Muzeum Narodowe w Warszawie)

Niezwykle interesujące są również wątki biograficzne: pokonywanie przez malarkę materialnych i osobistych trudności na drodze do zawodowego sukcesu czy jej relacje towarzyskie i uczuciowe. Twórczości Bilińskiej nie sposób przedstawić bez zarysowania ograniczeń, jakich w XIX wieku doświadczały kobiety w ramach instytucji sztuki i kształcenia artystycznego oraz ze względu na normy i oczekiwania społeczne.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Autoportret niedokończony, 1892 olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (fot. Piotr Ligier, Muzeum Narodowe w Warszawie)Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Autoportret niedokończony, 1892 olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (fot. Piotr Ligier, Muzeum Narodowe w Warszawie)

Ta znakomita malarka i jednocześnie silna kobieta może być interesującą postacią. Kobieta, która zmagała się z przeciwnościami losu (w niedługich odstępach czasu zmarł ojciec artystki, jej przyjaciółka i narzeczony), poważna choroba serca i w rezultacie przedwczesna śmierć uniemożliwiła realizację jej marzenia – planowała otworzyć w Warszawie szkołę malarstwa dla kobiet, wzorowaną na uczelniach paryskich. Bilińska obsypana za życia nagrodami, zapomniana po śmierci, ostatnio cieszy się coraz większym zainteresowaniem. W dobie coraz intensywniejszych badań nad twórczością kobiet artystek końca XIX wieku malarka jawi się jako jedna z najlepszych reprezentantek pokolenia artystek wychodzących z zapomnienia.

„Artystka. Anna Bilińska 1854–1893”, Muzeum Narodowe w Warszawie, 25 czerwca – 10 października 2021

  1. Styl Życia

Wanda Wąsowska: "Nawet w najtrudniejszych czasach znajdziesz coś pięknego, jeśli masz pasję"

Wanda Siniarska-Czaplicka Wąsowska, ur. 1931, olimpijka, dwukrotna II wicemistrzyni Polski w ujeżdżeniu, trenerka i działaczka Polskiego Związku Jeździeckiego. Miłośniczka i wybitna znawczyni koni, mentorka i wychowawczyni wielu znakomitych zawodników. (Fot. Albert Zawada/Agencja Gazeta)
Wanda Siniarska-Czaplicka Wąsowska, ur. 1931, olimpijka, dwukrotna II wicemistrzyni Polski w ujeżdżeniu, trenerka i działaczka Polskiego Związku Jeździeckiego. Miłośniczka i wybitna znawczyni koni, mentorka i wychowawczyni wielu znakomitych zawodników. (Fot. Albert Zawada/Agencja Gazeta)
Nawet w najtrudniejszych czasach znajdziesz coś pięknego, jeśli masz pasję – mówi olimpijka i najwybitniejsza polska amazonka Wanda Wąsowska. Swoje umiejętności oraz miłość do koni przekazała już ponad 200 wychowankom. Jej życie jest dowodem na to, że jeździectwo buduje wiarę we własne możliwości, a zdobyta w stajni wiedza pomaga pokonywać życiowe zakręty.

Panienki ze szlacheckich dworków chyba nie marzyły o pracy w stajni...
Być może byłam wyjątkiem. Wychowałam się w rodzinnym majątku Niemojewo na Kujawach. Mój ojciec był zamożnym ziemianinem, a mama hrabianką. Miałam wszystko, co można sobie wymarzyć, ale bardziej niż lalki czy lekcje z niemieckojęzyczną boną interesowały mnie zwierzęta. Uwielbiałam rozmawiać ze stajennymi i ludźmi pracującymi w gospodarstwie. Mnóstwo się od nich nauczyłam i dużo im zawdzięczam. Kiedy bona okazała się niemieckim szpiegiem, a cały majątek przepadł, to właśnie wiedza zdobyta przeze mnie w stajniach i oborach pomogła nam przetrwać najtrudniejsze chwile. Po Powstaniu Warszawskim, kiedy nie można było jeszcze wrócić do stolicy, osiedliliśmy się na wsi. Były tam trzy krowy, a ja jako jedyna w rodzinie potrafiłam je wydoić. Z mleka mama robiła sery i masło, które sprzedawała na bazarze. Z tych pieniędzy utrzymywała się cała nasza rodzina. Wiele lat później dostałam pracę jako specjalistka od hodowli krów w stadninie koni „Rzeczna”. Moje podopieczne zdobyły 24 złote medale, 12 srebrnych i 44 brązowe. A ja dzięki temu otrzymałam Srebrny Krzyż Zasługi.

A kiedy w pani życiu pojawiły się konie?
Były w nim od zawsze. W czasach mojego dzieciństwa wszyscy jeździli wierzchem. Kiedy miałam sześć lat, rodzice podarowali mi najspokojniejszego konia w całym majątku, ślepą Baśkę. Jeździłam na niej po okolicznych polach i lasach. To właśnie wtedy po raz pierwszy odkryłam, jak niezwykła więź może powstać między koniem a człowiekiem.

Co takiego jest w tych zwierzętach, że poświęciła im pani całe życie?
Każdego zachwyca coś innego: jednych – wdzięk i uroda, innych – siła i nieprzewidywalność. Dla mnie konie są tak zróżnicowane jak ludzie. Pamiętam doskonale wszystkie, na których jeździłam. Dwadzieścia osiem koni doprowadziłam do konkurencji programu św. Jerzego (to pierwszy konkurs międzynarodowy) i pięć do Grand Prix, czyli do najwyższej klasy ujeżdżenia.

Na koniu Damazym. 1982 rok. (Fot. archiwum prywatne pani Wandy Siniarskiej-Czaplickiej Wąsowskiej)Na koniu Damazym. 1982 rok. (Fot. archiwum prywatne pani Wandy Siniarskiej-Czaplickiej Wąsowskiej)

Czego można się nauczyć, przebywając z końmi?
Każdy – czegoś innego. Moim pierwszym koniem ujeżdżeniowym była klacz Kopra, którą do startów w zawodach przygotowywałam bez wsparcia trenerów. Pokazała mi, jaką wartość ma moja codzienna praca. Po trzech latach zakwalifikowałyśmy się do półfinału mistrzostw Polski w ujeżdżaniu. Niewielki kary wałach Damazy dał mi lekcję pokory i cierpliwości. To na nim startowałam na igrzyskach w Moskwie. Zajęliśmy czwarte miejsce w konkursie drużynowym. Był to pierwszy start polskich dresażystów w igrzyskach olimpijskich. Wałachowi Rustanowi zawdzięczam z kolei uznanie i karierę w Stanach Zjednoczonych. Kupiła go ode mnie amazonka z Arizony i przez trzy miesiące w Stanach przygotowywałam ją do startów na Rustanie. W efekcie zakwalifikowała się do młodzieżowej reprezentacji w ujeżdżeniu. A ja zyskałam szacunek tamtejszych jeźdźców i przez lata prowadziłam szkolenia jeździeckie w Arizonie.

Można się wiele dowiedzieć o sobie i swoich możliwościach.
Tak, konie to zwierzęta stadne, które komunikują się za pomocą mowy ciała, dlatego doskonale odczytują ją także u innych zwierząt i ludzi. W naturze to warunek ich przetrwania. Błyskawicznie wyłapują fałsz, strach, bezsilność czy tłumioną agresję. Można się w nich przejrzeć jak w zwierciadle. To mobilizuje do pracy nad sobą, hartuje charakter. Kiedy pochodzenie zablokowało mi drogę na studia, zaczęłam pracować jako stajenna na warszawskim torze wyścigów konnych Służewiec. Czyściłam konie, sprzątałam boksy, a z czasem zaczęłam startować w wyścigach. Konie wyścigowe są pełne energii, czasami trudno utrzymać się w siodle. Spadałam nawet kilka razy dziennie, ale za każdym razem natychmiast się podnosiłam i wracałam w siodło. W życiu było podobnie.

Czy jest koń, który odegrał szczególną rolę?
Najczęściej wspominam chyba ostatniego: pięknego, wysokiego – 177 cm w kłębie, czyli najwyższym punkcie grzbietu – świetnie zbudowanego, karego ogiera, którego kupiłam, kiedy miał zaledwie trzy lata. Nazwałam go Nabucco, jak bohater mojej ukochanej opery Verdiego. Spędził ze mną całe swoje życie. Wytworzyła się między nami niezwykła więź. Bezbłędnie i z daleka rozpoznawał pracę silnika mojego samochodu. Kiedy podjeżdżałam, stajenny już wiedział: Nabucco rży, zaraz wejdzie Wąsowska. Na zawodach ogólnopolskich zawsze plasowaliśmy się w pierwszej trójce. Startowałam na nim do 82. roku życia i do końca sama woziłam go przyczepą na zawody. Był moment, kiedy dawano mi za niego duże pieniądze. Nie sprzedałam, był członkiem rodziny. Odszedł pięć lat temu.

Czy to był moment, w którym przestała pani jeździć konno?
Ależ skąd! Przyczepę sprzedałam, ale konno jeżdżę do dziś. Gdy odszedł Nabucco, następnego dnia moja dawna uczennica Bogna Hupa podarowała mi jednego ze swoich koni. To był piękny, wzruszający gest. Ta klacz wciąż jest ze mną i nadal na nią wsiadam, choć nie są to już treningi sportowe. Jeżdżę, by utrzymać dobrą formę. Kiedy siedzę w siodle, zapominam o wszystkim, także o tym, ile mam lat.

Igrzyska olimpijskie w Moskwie z Damazym, 1982 rok. (Fot. archiwum prywatne pani Wandy Siniarskiej-Czaplickiej Wąsowskiej)Igrzyska olimpijskie w Moskwie z Damazym, 1982 rok. (Fot. archiwum prywatne pani Wandy Siniarskiej-Czaplickiej Wąsowskiej)

Ujeżdżała pani konie, ale też trenowała jeźdźców. Co dawało większą satysfakcję?
Jeśli chodzi o treningi, zawsze wolałam pracować sam na sam z koniem niż szkolić jeźdźców. W życiu jednak ciągnie mnie do ludzi, a dzięki swojej pracy poznałam mnóstwo niezwykłych osób. Mam około 200 wychowanków, z czego 92 uczestniczących w wyczynowym sporcie jeździeckim. Z wieloma wciąż utrzymuję kontakt. Katarzyna Milczarek, olimpijka, wielokrotna mistrzyni Polski i zwyciężczyni wielu zawodów międzynarodowych, zaczęła ze mną trenować jako 15-latka. Do dziś systematycznie dzwoni zapytać, jak się czuję. To miłe. Nawiązane w stajni znajomości są ponadczasowe, bo wspólna pasja zaciera różnice wieku.

Jest pani bez wątpienia autorytetem w świecie jeździeckim. Jestem ciekawa, kto był mentorem dla pani.
Zawsze inspirowało mnie życie wujka, rotmistrza Janusza Komorowskiego, brata rodzonego mojej mamy, który był wybitnym jeźdźcem okresu międzywojennego i uczestnikiem igrzysk w Berlinie w 1936 roku. Koń, na którym jeździł, Zbieg, należał do najlepszych w Europie. Niestety wybuchła wojna, a wujek jako uczestnik kampanii wrześniowej trafił do obozu jenieckiego Murnau i nie wrócił już do kraju po wojnie. Jako przedwojenny oficer sanacyjny nie miał czego szukać w komunie. Wyjechał do Londynu i ujeżdżał konie na dworze królewskim. Podczas zawodów w Anglii zaprzyjaźnił się z jeźdźcami z Argentyny, którzy namówili go na podróż do ich kraju. Został tam trenerem dużego klubu wojskowego. Mimo niełatwych czasów, dzięki koniom jego życie było barwne jak scenariusz filmu. Do Polski wrócił dopiero na emeryturze. Nigdy nie miałam okazji z nim trenować.

Komu więc zawdzięcza pani swoje jeździeckie umiejętności?
Po studiach skoków przez przeszkody uczyłam się pod okiem majora Henryka Leliwy-Roycewicza, srebrnego medalisty olimpijskiego z Berlina w 1936 roku, dowódcy batalionu „Kiliński” i zdobywcy budynku PAST-y podczas Powstania Warszawskiego. Niesamowicie przystojny mężczyzna, ogromnie wymagający, człowiek legenda. Nie skończył treningu, dopóki ćwiczona figura nie została wykonana poprawnie zarówno przez jeźdźca, jak i konia. Wpoił mi żelazną dyscyplinę.

Natomiast technik ujeżdżenia uczył mnie Andrzej Orłoś, uznawany za jednego z najwszechstronniejszych polskich jeźdźców. Sposoby szkolenia miał nieszablonowe. Przywiązywał mnie do siodła, żebym nauczyła się prawidłowej postawy, albo kazał trzymać garnek z wodą i galopować na koniu tak, by nie wylać ani kropli. Wszystko po to, by nauczyć się kontrolować dłonie. Ręce jeźdźca muszą być spokojne, konia prowadzi się tzw. dosiadem, czyli pozycją i ciężarem ciała w siodle. To sztuka, którą doskonali się latami.

Uczyła się pani od najlepszych, a potem uczyła sama. Jakie cechy powinien pani zdaniem posiadać mentor?
Przede wszystkim musi być praktykiem, nie teoretykiem. Jeśli uczeń nie może sobie poradzić z koniem, trener powinien wsiąść i pokazać, jak rozwiązać problem. Autorytet buduje się pracą, nie krzykiem. Nie można dobijać uczniów negatywnymi uwagami, ale trzeba mówić prawdę, korygować błędy. Trening zawsze kończę pozytywnym akcentem, czyli takim ćwiczeniem, które jeździec i koń mają już dobrze opanowane. To wzmacnia ich pewność siebie.

Co jeszcze? Dobry trener powinien znać swoją wartość, ale nie może obrastać w piórka, oceniać z góry, segregować uczniów na lepszych, bardziej rokujących i gorszych. Życie pisze zaskakujące scenariusze. Kiedy pracowałam na torze wyścigów konnych w Sopocie, pewnego dnia do stajni przyszedł mały chłopiec z kieszeniami pełnymi drobnych. Uzbierał je, pomagając rybakom rozkładać sieci o świcie. Marek okazał się niezwykle zdolny, w ujeżdżeniu osiągnął najwyższą klasę Grand Prix.

Z Rustanem, lata 90. (Fot. archiwum prywatne pani Wandy Siniarskiej-Czaplickiej Wąsowskiej)Z Rustanem, lata 90. (Fot. archiwum prywatne pani Wandy Siniarskiej-Czaplickiej Wąsowskiej)

Sukcesy podopiecznych cieszą bardziej niż własne?
Trudno powiedzieć. Obca jest mi fałszywa skromność, jestem zacięta, lubię rywalizację, na każdą wygraną ciężko zapracowałam. Ale równie sumiennie przykładałam się do treningów swoich uczniów. Często braliśmy udział w tych samych zawodach, ale nie wchodziliśmy sobie w drogę. Oni startowali w kategorii juniorów, ja w seniorach. Jestem tak samo dumna z własnych sukcesów, jak i z osiągnięć Katarzyny Milczarek czy Anny Bienias. Trenowałam je od dziecka, obie zostały multimedalistkami.

Nie każdy jednak nadaje się do jeździectwa. Znam wielu ludzi, którzy uwielbiają konie, ale boją się na nie wsiąść.
Strach jest zrozumiały. To duże, niezwykle silne, płochliwe i czasem nieprzewidywalne zwierzęta. Silny lęk przed nimi jest jednak jedynym ograniczeniem. Nie trzeba mieć żadnych wrodzonych predyspozycji, by czerpać przyjemność z jazdy konnej. Jako trenerka miałam różnych uczniów, ale żadnemu nie powiedziałam, żeby dał sobie spokój z jeździectwem. Nie można zabijać w ludziach pasji i nadziei. Jazda konna to sport bez limitów wieku. Japoński jeździec Hiroshi Hoketsu miał 71 lat, kiedy wystartował na igrzyskach w Londynie w konkursie ujeżdżenia. Królowa Elżbieta wciąż wsiada na konie, ja także.

Jako sportowiec ciągle wyznaczała sobie pani cele i dążyła do ich realizacji. Jakie ma pani teraz?
Dorastałam w czasach, w których ciągle traciliśmy dorobek życia i musieliśmy zaczynać wszystko od nowa, dlatego nie mam w zwyczaju się poddawać. Teraz chcę każdą godzinę życia dobrze wykorzystać, jak najdłużej być samodzielna, przebywać wśród ludzi. Dlatego ćwiczę umysł, grając w brydża i rozwiązuję krzyżówki. Codziennie się gimnastykuję, regularnie jeżdżę konno. Uwielbiam tańczyć! Bywały bale, na których przed północą trzy razy zmieniałam kreacje.

Wanda Siniarska-Czaplicka Wąsowska, ur. 1931, olimpijka, dwukrotna II wicemistrzyni Polski w ujeżdżeniu, trenerka i działaczka Polskiego Związku Jeździeckiego. Miłośniczka i wybitna znawczyni koni, mentorka i wychowawczyni wielu znakomitych zawodników, wandawasowska.kochamkonie.pl.

  1. Kultura

Niewidzialna rzeźba włoskiego artysty została sprzedana za 15 tys. euro

Salvatore Garau. (Fot. Instagram @salvatore_garau)
Salvatore Garau. (Fot. Instagram @salvatore_garau)
Dzieło sztuki, które istnieje tylko w wyobraźni włoskiego artysty. Niematerialna i niewidzialna rzeźba stworzona przez Salvatore Garau została sprzedana na aukcji za 15 tys. euro.

"Io sono" (po włosku „Jestem”) – tak Salvatore Garau nazwał swoje wyjątkowe dzieło. Wyjątkowe, bo... niewidzialne. Rzeźba to tak naprawdę próżnia, która według włoskiego artysty jest „niczym innym jak przestrzenią pełną energii”. „Nawet jeśli ją opróżnimy i nic nie zostanie, to zgodnie z zasadą nieoznaczoności Heisenberga, nic nie ma wagi. Dlatego ma energię, która jest skondensowana i przekształcona w cząsteczki, czyli w nas" – tłumaczył Garau hiszpańskiemu serwisowi informacyjnemu Diario AS.

(Screen: art-rite.it)(Screen: art-rite.it)

Rzeźba została wystawiona na sprzedaż w maju we włoskim domu aukcyjnym Art-Rite. Szacowano, że osiągnie cenę pomiędzy 6-9 tys. euro. Ostatecznie rzeźba „Io sono” została sprzedana za 15 tys. euro, a szczęśliwy nabywca jako fizyczny dowód otrzymał jedynie certyfikat autentyczności, podpisany przez samego Garau, oraz wytyczne, według których dzieło musi zostać wystawione w prywatnym domu, na wolnej przestrzeni o wymiarach około pięć na pięć stóp (1,5 x 1,5 metra).

Nie jest to pierwsze tego typu dzieło w dorobku Garau. W lutym tego roku na Piazza Della Scala w Mediolanie artysta wystawił „Budda im contemplation”, podobnie niewidoczną rzeźbę, której granice wyznaczał kwadrat taśmy na brukowanym chodniku. Z kolei przed nowojorską giełdą zainstalował „Afrodite cries”, o którym świadczył pusty biały okrąg - projekt wsparł Włoski Instytut Kultury.

  1. Kultura

Katarzyna Gintowt: "Bez sztuki byłabym wrakiem człowieka"

Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan” i „She”. (Fot. archiwum prywatne)
Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan” i „She”. (Fot. archiwum prywatne)
Bez sztuki byłabym dziś wrakiem człowieka − mówi malarka Katarzyna Gintowt. Kiedyś malarstwem i rysunkiem zajmowała się „przy okazji”, po wyprowadzce na Suwalszczyznę poświęca się im w pełni. Powstałe w tym czasie obrazy pokaże wkrótce w Galerii Leonarda w warszawskim centrum Koneser.

Czy sztuka jest dla ciebie formą rozwoju osobistego?
Sztuka jest dla mnie nie tylko formą rozwoju, ale także rodzajem terapii. W domu na suwalskiej wsi mogę zamknąć się w pracowni i potraktować ten czas jako medytację. Mam w głowie zanotowane jakieś obrazy i wrażenia, i jestem na tym skoncentrowana. I powiem ci, że już bym bez tego nie mogła żyć. W czasach pracy w luksusowych magazynach, malarstwo i rysunek były tylko „przy okazji”, teraz mogę wreszcie pokazać obrazy, które wtedy powstały, ponieważ dałam im całą moją uwagę, energię i talent.

W większości są to abstrakcyjne plenery...
Tak, ale nie malowałam ich w naturze. Nasycam się krajobrazami, porami roku, pogodą, nastrojem i potem w pracowni wyrzucam na płótno lub papier to, czego doświadczyłam, przetworzone już przeze mnie. Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest. Żeby wyjaśnić, czym są dla mnie, opowiem ci o moim dniu. A więc wstaję, biorę psa i ruszam na spacer po okolicy, czyli Wigierskim Parku Narodowym. Jest tu naprawdę pięknie. Mamy dwa jeziora, plażę, wieżę widokową, las… No a ja idę z psem i obserwuję. Co roku na przykład przyjeżdża tu, jak mogę już powiedzieć, nasza znajoma, rozbija namiot niedaleko wieży widokowej i tak sobie żyje kilka miesięcy z całą rodziną. Jeden z obrazów powstał tak, że po ich przyjeździe wróciłam do domu i z pamięci namalowałam ten moment, kiedy oni się już kąpali, odpoczywali po podróży.

- Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest - mówi Katarzyna Gintowt.- Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest - mówi Katarzyna Gintowt.

Pamiątką z wakacji jednak bym go nie nazwała. Mnie niepokoi.
No właśnie, to, co robię, to tylko pogranicze sztuki przedstawiającej i abstrakcyjnej. Niektóre obrazy są bardziej abstrakcyjne, inne mniej. Ale wszystkie są naładowane tym, co przeżyłam, co widzę, co czuję. Na przykład idę z psem na spacer, patrzę na rytmy brzóz, na rytmy innych drzew, a potem przenoszę je na płótno. Podobnie znajduję inspiracje w zaoranej ziemi. To nowy etap mojego malarstwa, który narodził się tutaj, na Suwalszczyźnie, i zapewne nigdzie indziej by się nie narodził w takiej formie.

Pejzaże i emocje – malarstwo, które leczy duszę?
Kiedy się zabieram do malowania, muszę być wewnętrznie naładowana. Muszę też mieć ochotę malować. Profesorowie mówią, że w malarstwie trzeba unikać anegdoty, ale dla mnie jest ona ważna. Aby ją jednak dobrze pokazać, muszę skupić się na świetle, zastanowić nad kolorami, kompozycją – zwłaszcza że mnie kompozycja bardzo kręci.

Kompozycje na twoich obrazach, w moim odczuciu, po mistrzowsku oddają postrzeganie świata, kiedy przeżywamy trudne emocje.
Dla mnie najbardziej przerażający moment to ten, kiedy staję przed czystym płótnem. Zazwyczaj wtedy mam jednak już w głowie, co zrobię że na przykład: „na tym płótnie opowiem o zimie”, i zaczynam. A wtedy jak podczas medytacji kompletnie odcinam się od zewnętrznego świata. Zaczynam tworzyć na płótnie świat, który wychodzi ode mnie, a nie jest tylko odwzorowaniem tego wokół mnie. W swoim świecie czuję się bezpieczna. Ten zewnętrzny budził zawsze we mnie różne lęki, na przykład boję się ludzi, jestem introwertyczką. Malarstwo mnie koi, a doświadczenie życia na wsi zmieniło także moje obrazy. Mniej zainteresowania człowiekiem, a więcej – naturą.

- Wszystkie moje obrazy są naładowane tym, co przeżyłam, co czuję. Idę z psem na spacer, patrzę na rytm drzew, a potem przenoszę je na płótno - mówi Katarzyna Gintowt.- Wszystkie moje obrazy są naładowane tym, co przeżyłam, co czuję. Idę z psem na spacer, patrzę na rytm drzew, a potem przenoszę je na płótno - mówi Katarzyna Gintowt.

Jak jeszcze zmieniłaś się przez te trzy lata?
Przestałam się spieszyć. Mam swój stały rytm, ale jest to rytm narzucony przez naturę. Nie chcę, żeby to brzmiało w sposób egzaltowany, ale to prawda. Wstaję razem ze słońcem, bo to jest dla mnie magiczny moment. Lubię się wtedy napatrzeć na świat, lubię się ładować tym specyficznym światłem wschodzącego słońca, tymi kolorami. Żyję też porami roku. Zima jest bardzo trudna. Ale potem jest nagroda – wiosna i lato. Pojawiają się kwiaty i ptaki. Magicznym momentem jest na przykład ten, na który czekam i którego staram się nie przegapić, a jest nim przylot żurawi. Zawsze zjawiają się trzy. Śmieję się, że to albo trójkąt, albo małżeństwo z dzieckiem, które – jak to teraz u ludzi bywa – nie chce się wyprowadzić.

Udało ci się tej wiosny złapać ten moment, kiedy przylatują?
Do tej pory zawsze mi się udawało. A wtedy dostaję takiego speedu, że chce mi się żyć jak nigdy! Bo tu jest życie. Przychodzą jelenie, a ja codziennie kupuję w sklepie pięć kilogramów kartofli i pięć kilogramów marchwi, i im wysypuję. Mój rytm życia reguluje też prowadzenie ogrodu na zasadach permakultury, a więc nie stosuję pestycydów, a uprawy dobieram tak, aby nawzajem się chroniły przed szkodnikami. Nauczyłam się tych zasad, i to się sprawdza. Wszystko samo rośnie, a ja nie mam problemu z kretami czy ze ślimakami. Nie zaburzam ekologicznej równowagi, nie tępię żadnych zwierząt i dlatego do mojego ogrodu przylatują ptaki, które te ślimaki zjadają. Sąsiadka, która prowadzi ogród tradycyjny, wciąż na nie narzeka…

Permakultura zakłada troszczenie się o ziemię, ale także o innych ludzi i sprawiedliwy podział dóbr…
Tutaj postanowiłam kultywować wszystko, co jest zgodne z naturą i co jest dobre. Oraz ograniczyć konsumpcję. Kiedy mam wybrać: czy wydam pieniądze na buty czy na farby albo filtr do aparatu, bo robię dużo zdjęć, to nigdy nie wybiorę butów.

Samo niespieszenie się może wiele zmienić…
Dokładnie tak, gdybym się spieszyła, nie miałabym czasu na permakulturę, na czekanie na żurawie, karmienie jeleni. Nauczyłam się tu kochać ziemię, kochać naturę, a to naprawdę wszystko zmienia. Ale też z tego powodu zaczynam świrować, bo tu są myśliwi, którzy zabijają zwierzęta. Są rolnicy, którzy zatruwają pola, a ja mam ule i szkoda mi pszczół. Nie chcę, żeby umierały załatwione chemią. A na przykład jutro jadę do wsi Szwajcaria pod Suwałkami walczyć o to, aby nie wycinali drzew.

Zamiast rozgrywek w redakcji, które często przypominały to, co znamy z „Diabeł ubiera się u Prady”, robisz coś bardzo sensownego.
Kiedyś sensem mojego życia było latte na soi. Tak, mam poczucie zmarnowanego czasu. No ale każdy z nas ma taki czas, kiedy „musi”, bo ma rodzinę, kredyt, ma dzieci. Na szczęście ja już nic nie muszę. Tu czuję się częścią natury, a to daje poczucie wewnętrznej równowagi…

Twoje malarstwo i rysunki tego nie pokazują. Mimo sielankowych miejsc i sytuacji jest w nich dużo trudnych emocji, depresyjnych, może nawet traumatycznych?
Zdecydowanie tak, choć wolałabym o tym nie mówić, wolę malować. Chciałabym, aby każdy mógł samodzielnie te moje prace odczytać. Powiem ci jednak, że moje życie i twórczość to była do niedawna ciągła walka z tym, co trudne, ciemne, chaotyczne. Teraz zaczynam odnosić w niej zwycięstwo, które polega na odzyskiwaniu wewnętrznej równowagi. Jestem pewna, że to zasługa czasu, jaki ofiarowałam mojemu malarstwu. Ale i miejsca, w którym żyję. Wróciłam do natury i to mnie leczy.

Miejskie życie nie służy spokojowi, wciąż o coś zabiegamy, rywalizujemy…
Jak mówi moja przyjaciółka, Hania Samson, w mieście trzeba wciąż: „kupywać, kupować, kupywać!”. Ale kiedy stajesz się częścią natury, wszystko wraca do normy, bo natura jest bardzo mądra.

Żyjesz ze sztuki?
Nie, ale mało o to dbam. Mam, jak wspominałam, taki problem, że ciężko mi się rozstawać z obrazami. Kontrakty, jakie dostają koleżanki artystki: powstaje hotel i w każdym pokoju powinien być obraz, a więc właściciel kupi płótna hurtem – mnie nie interesują. Z jednej strony to fajne, taka stała wystawa w hotelu, ale z drugiej – moje obrazy są zbyt intymne. Ja bym chciała, żeby kupowali je ci, którym one się naprawdę podobają. Jak ktoś powie: „o rany, jakie fajne, ja chcę to mieć” – to jest dla mnie największa zapłata!

„O rany, jaki fajny jest ten obraz z kilkoma psami, chciałabym go mieć!”. No właśnie, czy psy na obrazach to także zysk z zamieszkania na wsi?
Psy były ze mną już w Warszawie. Kocham te zwierzaki i zawsze je miałam. Dlatego zazwyczaj na każdym moim obrazie znajdzie się jakiś piesek. Kiedy boisz się ludzi, to bywa, że pies jest twoim jedynym przyjacielem…

Ale tu, na wsi, malując, pokonałaś swoje lęki?
Bez sztuki byłabym dziś wrakiem człowieka, tyle ci powiem…

Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan”, „She”.