1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Kreciość kreta. Rozmowa z Radkiem Rakiem, laureatem nagrody Nike

Kreciość kreta. Rozmowa z Radkiem Rakiem, laureatem nagrody Nike

Gdybym ja miał sobie jakieś zwierzątko przypisać, nie byłby to rak, lecz borsuk. (Fot. Mikołaj Starzyński//Wydawnictwo Powergraph; rysunki Zofia Różycka)
Gdybym ja miał sobie jakieś zwierzątko przypisać, nie byłby to rak, lecz borsuk. (Fot. Mikołaj Starzyński//Wydawnictwo Powergraph; rysunki Zofia Różycka)
Na ile naprawdę rozumiemy zwierzęta, a na ile tylko przypisujemy im ludzkie cechy, motywacje i dążenia? – pytamy Radka Raka, laureata Literackiej Nagrody „Nike” i… weterynarza.

Przeczytałam u Sigrid Nunez takie spostrzeżenie: „Weterynarze łatwo się irytują, ponieważ w swojej pracy spotykają się z wyjątkowo szeroką gamą ludzkiej głupoty – z której bez wątpienia duża część to antropomorfizacja”.
Niestety, jest to zjawisko, z którym spotykam się w mojej pracy bardzo często. Lubimy przypisywać zwierzętom ludzkie motywacje, intencje i cele. Nie do końca dociera do nas, jak złożona jest psychologia zwierząt i jak bardzo odmienna od tego, jak my patrzymy na świat. Opiekunowie kotów, z którymi mam zwykle do czynienia, na przykład często przypisują im złośliwe intencje, bo kot posikuje do łóżka czy drapie meble. Tymczasem on w ten sposób zwykle pokazuje człowiekowi, że ma jakiś problem, z którym sobie nie radzi. Pamiętam taką sytuację: w grudniu pan przyszedł z kotem, który oddawał mocz nie tam, gdzie trzeba. A ponieważ przebadano kota na wszelkie sposoby i okazał się kompletnie zdrowy, jeśli chodzi o ciało, głowiliśmy się długo – wspólnie z opiekunem i behawiorystą – nad tym, co może wywoływać stres u pacjenta. Problem rozwiązał się sam w lutym, kiedy z domu zniknęła choinka... Jak widać, to są czasem rzeczy, które nam mogą wydawać się absurdalne, a dla kota stanowią realny problem. Jego myślenie jest typowym myśleniem magicznym. Na zasadzie: „Jak tańczyłem przed swoją chałupą, to potem spadł deszcz, więc następnym razem jak będę chciał, by spadł deszcz, to też będę tańczył przed chałupą”. Jak to się może przejawiać u kota, że znów wrócę do tych nieszczęsnych dróg moczowych? Kiedy koty mają zapalenie pęcherza na różnym tle, wiąże się to zawsze z dyskomfortem podczas oddawania moczu; kuweta zaczyna się im więc kojarzyć z miejscem, gdzie piecze podczas sikania. Kot myśli: „Jak będę sikał do łóżka, do kwiatka albo na dywan – to mnie nie będzie piekło”. Oczywiście nie jestem behawiorystą i to, co pani opowiadam, to podstawy podstaw; z chęcią bym się dokształcił w tej kwestii.

Jak rozumiem, koty to pana najczęstsi pacjenci?
Ponieważ stanowią aż 70 proc. wszystkich moich pacjentów, ich świat jest mi znacznie bliższy i, nie ukrywam, jest też ciekawszy, bo bardziej złożony. Ale wracając do przejawów antropomorfizacji, której nie cierpię – to na przykład okazywanie miłości kotom przez podkarmianie. Jeden mój pacjent był tak gruby, że kiedy chciał spojrzeć w bok, musiał potuptać i odwrócić całe ciało o 90 stopni. A jego opiekun pyta: „No, ale on tak patrzy, jak mogę mu nic nie dać?”. Antropomorfizacja jest według mnie czymś złym i paskudnym, bo jest z naszej strony bardzo egoistyczna – wtedy nie zwracamy uwagi na potrzeby konkretnego zwierzęcia, nie słuchamy, co ma nam do zakomunikowania, albo w zupełnie opaczny i pokrętny sposób interpretujemy jego zachowanie.

Antropomorfizacja to też przypisywanie zwierzętom ludzkich uczuć.
Ja bym nie dzielił uczuć na ludzkie i zwierzęce. I nie mówię tego jako psycholog, a jedynie jako obserwator. Z moich obserwacji wynika, że zwierzę tak samo odczuwa przywiązanie, smutek czy nawet nienawiść – i nie jest to bynajmniej zbyt duże słowo w tym kontekście. To często widać, kiedy jest kilka zwierząt w domu.

A miłość pan obserwuje?
Ze słowem „miłość” mam pewien problem, bo pod nim każdy rozumie coś innego. Wszystkim chodzi o miłość, a proszę spojrzeć, w jak różny sposób ta miłość jest definiowana. Od fizycznego pociągu, przez bliską relację, po wybór, który rzutuje na nasze całe życie. To są definicje zupełnie inne, a nawzajem się zazębiające i zahaczające o siebie. Ale skoro mnie pani pyta o to, czy jest miłość w zwierzęcym świecie, odpowiem: oczywiście, że jest. Skoro widzimy, jak zwierzę tęskni, kiedy jest pozbawione swojego opiekuna lub gdy ten opiekun umiera – nie je, jest osowiałe i bez chęci do życia – może to świadczyć jedynie o głębi uczuć, jakie żywiło wobec tego człowieka.

Nunez podaje definicję miłości pochodzącą od Rilkego: „dwie samotności, które się nawzajem chronią, dotykają i pozdrawiają”. Podoba mi się ta definicja i tak jak Nunez myślę, że może pasować do relacji opiekun – zwierzę.
Zgadzam się, bo to działa w dwie strony. Oczywiście w zdrowej relacji między człowiekiem a zwierzęciem domowym to człowiek powinien bardziej to zwierzę chronić i się nim opiekować. Nie wolno dopuszczać do sytuacji, w której zwierzę bierze na siebie rolę opiekuna czy przewodnika. Z tego potem biorą się te wszystkie agresywne reakcje, zwłaszcza u małych psów. Mój pies, z którym niedawno musiałem się pożegnać, też był niewielkich rozmiarów, ale miał bardzo dobrze poukładane w głowie. Najpierw musiał jednak zrozumieć, że on jest w naszym stadzie członkiem podporządkowanym reszcie i że jego zadaniem jest się cieszyć życiem i nami – od tego momentu minęły jego wszystkie frustracje i diametralnie zmienił się jego komfort życia. Choć zwierzęta też się nami w jakiś sposób opiekują – na przykład poprzez to, że są do nas przywiązane. Kiedy przychodzi do gabinetu opiekun ze zwierzęciem, często widać tę więź, i to jest coś pięknego. A czasem jej nie ma, bo ich charaktery nie są zgrane. Ale to człowiek musi pokonać drogę do zwierzęcia, to on musi chcieć je zrozumieć.

W pana „Baśni o wężowym sercu...” jest cudowny wręcz fragment o kocie: „Kot jest stworzeniem doskonale ziemskim. Nie ma duszy, bo cały mieści się w sobie. W niebo nie spogląda, bo nie ma na niebie nic dla kota ciekawego. Stać się kotem – to zrzucić z siebie skorupy człowieczeństwa, wysmyknąć się pętom sumienia. To jeść, kiedy się jest głodnym, to zabijać, gdy jest taka potrzeba, to brać samicę, gdy nadchodzi czas rui, to umrzeć, gdy nadchodzi śmierć, umrzeć dokładnie i nieodwołalnie, bo nie ma żadnego kociego nieba ani kociego piekła i jeśli ktoś sobie takie rzeczy wyobraża, to niczego o kocie nie zrozumiał”.
Staram się w swojej prozie oddzielać siebie i swoje poglądy od tego, co jest podane, nawet jeśli jest to podane w narracji. Natomiast fragment, który pani zacytowała, to jest rzeczywiście jeden z nielicznych, w których mówię swoim własnym głosem. Może to jest właśnie wynik mojej frustracji spowodowanej antropomorfizacją kota, z którą tak często się spotykam w pracy...

Kot często występuje w mitach i legendach. To materia, w której – jako pisarz fantasy – czuje się pan chyba mocno zakorzeniony.
Zwierzę w mitach zawsze było, jest i będzie obecne, ale nie jest zwierzęciem per se, czyli takim, które przychodzi do mojego gabinetu. Dlatego na co dzień ja się przełączam między myśleniem racjonalistycznym, które towarzyszy mi w pracy, kiedy mam na sobie fartuch, a myśleniem mitycznym. To jedna z moich cech osobowości, być może coś na kształt schizofrenii intelektualnej, która pomaga mi funkcjonować dobrze na obu tych poziomach. Niektóre zwierzęta, które pojawiają się w „Baśni...”, to są zwierzęta mityczno-symboliczne. Opisany Kocmołuch pełni funkcję zwierzęcia totemicznego, czyli przewodnika głównego bohatera. Jako dziecko nie lubiłem, gdy zwierzę w bajce było przedstawiane jako błazen; Kocmołuch jest trochę błaznem, ale ma też do odegrania bardzo ważną rolę. Rolę, o którą na początku nawet go nie podejrzewałem.

Jako dziecko lubił pan książki o zwierzętach?
Od bajek wolałem książki popularnonaukowe. Najlepiej pamiętam jednak „Las Duncton” Williama Horwooda, który opowiadał o kretach. To nie były zwierzątka w przebraniu ludzi, lecz kanibale i wojownicy toczący krwawe walki. Zwierzęta, które się zupełnie zmieniają w czasie rui i których pojmowanie rzeczywistości było czymś tak różnym od mojego, że zrobiło to na mnie ogromne wrażenie. Gdy potem poczytałem więcej o kretach, zrozumiałem, że Horwood wiernie odwzorował ich kreciość. Lubiłem też „O czym szumią wierzby” Kennetha Grahame’a, gdzie wprawdzie zwierzątka są zantropomorfizowane, ale nie do końca. W jednym fragmencie pytają Borsuka, co mają zrobić z wrednym Ropuchem, a on na to odpowiada, że zimą żadne zwierzę nie jest zdolne do aktywności, dlatego trzeba poczekać do wiosny. Żaden człowiek by się w taki sposób nie wyraził. Ale ta książka jest wyjątkiem, bo w dużej mierze zawiera wszystko to, czego nie lubiłem w opowieściach bajkowych o zwierzętach.

Skąd w nas w ogóle ta potrzeba przypisywania zwierzętom cech ludzkich? Może w ten sposób chcemy je lepiej zrozumieć? Albo, ponieważ ich nie rozumiemy, chcemy je sobie oswoić, jako „kogoś takiego jak my”? A może podskórnie czujemy, że coś nas wszystkich łączy?
Człowiek jest jedynym gatunkiem na świecie, który wchodzi w tak bliskie interakcje z tak dużą liczbą gatunków. Trzymamy je czy hodujemy nie tylko dlatego, że mamy z nich korzyść, ale też sprawia nam to przyjemność i daje radość. Co więcej, nawet podczas obcowania ze zwierzętami hodowlanymi i tak dochodzi do obserwacji, które popychają nas do tego, że przestajemy je traktować jako przedmioty czy jedynie dostawców żywności. Moja żona opowiadała mi historię, jak jedna kura z małego stadka, które przez jakiś czas było w jej rodzinnym domu, po tym, jak zorientowała się, że zabiera się jej jajka, zniknęła na kilka dni i wróciła z tuzinem kurcząt. Wysiedziała jajka w ukryciu i tak oto oszukała wredny system złodziei jajek. A przecież kury to zwierzęta, o których nie mamy najlepszego zdania, a już na pewno jesteśmy dalecy od tego, by posądzać je o spryt i inteligencję. Obserwacja zwierząt sama z siebie jest fasynująca. Mieszkam w Krakowie, gdzie ptaków jest bardzo wiele, i to nie tylko gołębi, gawronów i kawek. Ale te właśnie widzę najczęściej rano, kiedy siadam do pisania przed oknem kuchennym. Niedawno wypatrzyłem parę gawronów, która się przytulała i pielęgnowała nawzajem swoje piórka. Trwało to bardzo długo i było ujmujące. Widziałem też, jak sroki zarzuciły gołębiowi torbę foliową na głowę, on się biedny szamotał, a one się temu przyglądały. Jeśli ktoś poświęci odrobinę czasu na oglądanie zwierząt, które wydają mu się nudne i nieciekawe, bo widzi je na co dzień, a tak naprawdę ich wcale nie widzi – to może się dopatrzyć rzeczy fascynujących. Nawet dojść do wniosku, że ich życie jest całkiem podobne do naszego, choć chyba teraz sam wpadam w pułapkę ich uczłowieczania. Na pewno jednak daleko odeszliśmy od myślenia o nich jako o mechanizmach pozbawionych uczuć i myśli.

Myślę, że dostrzegamy w zwierzętach czujące istoty najbardziej wtedy, kiedy cierpią i kiedy się cieszą. Mnie poraziła scena z filmu „Gunda” w reżyserii Victora Kossakovsky’ego, w której maciora szuka rozpaczliwie swoich dzieci. A zachwyciła inna, w której krowy w podskokach wybiegają z obory na łąkę.
Sam kiedyś na własne oczy widziałem tę dziką radość. To naprawdę robi ogromne wrażenie. Jeszcze na studiach na pytanie: „Jak sobie radzić z cierpieniem zwierząt?”, odpowiadano nam: „No, ale przecież cierpienie zwierzęcia to jest co innego niż ludzkie...”. Przyznam, że przez pierwszy rok, a może i dwa, mojej pracy bezrefleksyjnie to przyjmowałem i realizowałem, ale potem zmieniłem zdanie. Uświadomiłem sobie, że ich cierpienie niczym nie różni się od naszego.

Nie mogę nie spytać o pana nazwisko... Jak wiele raka jest w Raku?
W podstawówce koledzy się z tego naśmiewali – do „rak” można zrymować wiele słów, i to niekoniecznie fajnych. Ostatecznie doszedłem do wniosku, że to mnie w jakiś sposób dookreśla. W książce, którą teraz piszę, typowo fantastycznej, pojawiają się raki i są to bardzo osobliwe stworzenia, ale nie mogę za dużo zdradzać. Powiem tyle, że stworzyłem coś na kształt mitologii.

Moja przyjaciółka postanowiła na święta zrobić bliskim rysunki zwierząt, które nas wyrażają i które w sobie odnajdujemy...
I jakie zwierzę w sobie pani odnalazła?

Wydaje mi się, że mam dużo cech psa. Ale lubię też lisy i żyrafy.
Bruno Schulz mówił, że on jest psem. Natomiast gdybym ja miał sobie jakieś zwierzątko przypisać, nie byłby to rak, lecz borsuk. Biorę pod uwagę moją tendencję do siedzenia w norze i wychodzenia z niej tylko wtedy, kiedy już absolutnie muszę, silne związki rodzinne i klanowe – tak charakterystyczne dla borsuków. Plus umiłowanie porządku i mrukliwą introwersję. ●

Radek Rak lekarz weterynarii, autor takich książek, jak „Kocham cię, Lilith” i „Puste niebo”. Za najnowszą, „Baśń o wężowym sercu albo wtóre słowo o Jakóbie Szeli”, dostał Literacką Nagodę „Nike”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Strategie zwierząt na nadchodzącą zimę

Jeleń „wymienia futro” na zimowe i gromadzi pod skórą zapasy tłuszczu. Swoje poroże straci w połowie zimy. (fot. iStock)
Jeleń „wymienia futro” na zimowe i gromadzi pod skórą zapasy tłuszczu. Swoje poroże straci w połowie zimy. (fot. iStock)
Zobacz galerię 10 Zdjęć
Zwierzęta, przystosowując się do otoczenia, wypracowały ciekawe strategie radzenia sobie z niską temperaturą i niedostatkiem pożywienia. Nie wiemy jednak jak wpłynie na nie kolejna ciepła zima. Zmiany klimatu powodują, że wiele gatunków zwierząt, które powinny zapadać w sen zimowy, znacznie skracają czas snu i hibernacji. Jak powinien jednak wyglądać ten zimowy okres?

Późna jesień to czas, gdy większość dzikich zwierząt ma już zapełnione „spiżarnie”.

Sójka jesienią robi zapasy żołędzi i owoców buka, zaś kret obok gniazda zimowego ma spiżarnię, a w niej zapas żywych dżdżownic. Nadgryza im segmenty głowowe, niszcząc zwoje nerwowe, i tak unieruchomione, choć żywe, służą mu jako pokarm przez całą zimę.

Wydra poluje głównie za dnia, ale w pozostałych porach roku jest drapieżnikiem nocnym. Wiele gryzoni znika pod izolującą warstwą śniegu, prowadzą życie w istnym labiryncie ścieżek. Niska temperatura wymusza na zwierzętach ograniczanie strat ciepła. Gromadzony pod skórą tłuszcz to recepta na mrozy, np. żubrów i jeleni. Ssaki wymieniają futra na zimowe, gęstsze.

Bobry w czasie mrozów kryją się pod powierzchnią wody, gdyż pod lodem jest cieplej. Ryjówka aksamitna zmniejsza o blisko 30 proc. masę mózgu jako najbardziej energochłonnego organu (!). Rekordzistką odporności na mróz jest salamandra syberyjska, która wraca do życia po kilku tygodniach zamrożenia w -50 st. C. Stosunkowo nowym sposobem radzenia sobie zwierząt z trudami zimy jest okresowa migracja niektórych z nich do miast, gdzie łatwiej o pokarm i schronienie.

Ssaki takie jak borsuk, jenot czy niedźwiedź zapadają w dość płytki sen zimowy. Przygotowują się do niego, gromadząc duże rezerwy tkanki tłuszczowej. W czasie zimy tempo ich metabolizmu nieznacznie się obniża, spłyca i zwalnia się oddech, tętno i temperatura ciała spadają.

Świstaki, jeże i nietoperze, ale również gady i płazy zapadają w stan hibernacji. Metabolizm tych zwierząt bardzo zwalnia, a ilość oddechów spada do kilku na minutę. Temperatura ciała obniża się zwykle o 25–30 st. C i może wynosić zaledwie 1–2 stopnie C. Drastycznie spada też tętno, na przykład u nietoperzy z 450 do około 15 skurczów na minutę.

Bezkręgowce (szczególnie owady) przeczekują zimę w różnych stadiach rozwojowych (jaja, larwy, poczwarki), zazwyczaj w tzw. diapauzie, czyli w letargu z zahamowaniem wzrostu. Czasem dodatkowo jaja są pokryte woskową wydzieliną, a larwy i poczwarki zimują w specjalnych kokonach, co stanowi warstwę termoizolującą, gdy w ich ciele wzrasta stężenie związków obniżających temperaturę zamarzania.

Anna Adach, doktor inżynierii chemicznej i procesowej, większość jej prac badawczych poświęcona jest ochronie środowiska. Jej zainteresowania wywodzą się z przekonania, że najpiękniej żyje się w zgodzie ze sobą i ze środowiskiem. Swoją wiedzą i zaangażowaniem dzieli się w ramach wykładów na Politechnice Warszawskiej.

  1. Styl Życia

Dlaczego warto mieć zwierzaka?

Uważny i serdeczny kontakt ze zwierzętami rozwija naszą empatię, zdolności socjalne. (Fot. Getty Images)
Uważny i serdeczny kontakt ze zwierzętami rozwija naszą empatię, zdolności socjalne. (Fot. Getty Images)
Zwierzęta na prawach przyjaciół albo domowników? To jest możliwe. Coraz częściej dzielimy się z nimi przestrzenią, jedzeniem i miłością. Przygarniamy je ze schronisk, ratujemy przed okrucieństwem innych. Czyżbyśmy stali się bardziej empatyczni? A może siebie oszukujemy? Psychologa Pawła Droździaka pyta Renata Mazurowska.

Przez lata zmieniał się nasz stosunek do zwierząt. Choć w środowiskach wiejskich zwierzę wciąż pełni rolę usługową, użyteczną – pomaga w pracy, strzeże obejścia, jest źródłem jedzenia – to już w mieście psy i koty nie tylko mają imiona i stałą opiekę lekarską, ale też fryzjera, ubrania, bogatą w minerały karmę… To coraz bardziej aktywny ruch, gdzie zwierzę staje się towarzyszem rodziny. A nawet rodziną jako taką.

Jest też i drugi biegun reprezentowanej przez człowieka postawy wobec zwierząt, gdzie zwierzęta są porzucane, bestialsko traktowane… Czyli mamy dwa różne i skrajne zjawiska dotyczące traktowania zwierząt, które jednak coś łączy. Co? Ano to, że nie umiemy poradzić sobie z faktem, że zwierzę co prawda posiada jakieś życie psychiczne, ale jednocześnie pozostaje inne od nas. Albo przypisujemy zwierzętom ludzkie uczucia i cechy, albo odbieramy im jakiekolwiek uczucia w ogóle, i traktujemy jako przedmioty. Coraz częściej też w zbiorowej świadomości pojawia się obraz zwierzęcia jako ofiary do uratowania. To postać będąca uosobieniem niewinności i bezbronności, wykorzystywana przez ludzi niemających empatii. Ale oto my, mocą naszej miłości, ratujemy zwierzę z opresji. Odtwarzając tę opowieść, odczuwamy mieszaninę wzruszenia i oburzenia. Zwierzę i jego ludzcy nieliczni stronnicy reprezentują tu dobro, zaś ludzkość jako całość uosabia zło. Walka dobra i zła, jak w bajce. Zresztą z bajką ma to sporo wspólnego: grupą, która naturalnie jest zainteresowana życiem zwierząt, są dzieci – dla nich to są pieseczki, koteczki, kaczuszki, słoniki. A w bajkach często te zwierzątka mają ludzkie cechy i przeżywają ludzkie przygody.

Wystarczy przypomnieć filmy „Gdzie jest Nemo” czy „Król Lew”… W „Gdzie jest Nemo” tatuś szuka synka, a synek za nim tęskni – tyle tylko że to zjawiska ze świata ludzi, nie zwierząt. W świecie ryb ojciec nawet by nie wiedział, kto jest jego synem. Ale w świecie bajek przebieramy człowieka za zwierzę, a zwierzę za człowieka, na dodatek wszystkie nieszczęścia zwierzęcego bohatera są efektem ludzkich działań. Dziecko solidaryzuje się z bajkowymi zwierzętami, bo widzi, że są one równie bezradne wobec świata dorosłych jak ono. Zwierzę, można powiedzieć, jest czystą emocją i to emocje decydują o jego reakcjach. Nie kryje uczuć, od razu je okazuje (no, może poza szympansami, które potrafią udawać) – zatem dziecku łatwiej się ze zwierzęciem identyfikować, bo i u niego emocje decydują o reakcjach.

Dlaczego, Paweł, masz dwa koty, dlaczego ja mam psa? Mam koty, bo moja dziecięca część ma koty.

Współczując zwierzętom, cofamy się do etapu dziecka? Współczując nie, ale już utożsamiając zwierzęta z ludźmi – tak. To, co nas odróżnia od zwierząt, to myślenie, nadawanie sensu przeżyciom. Zwierzęta tego nie robią, one tylko przeżywają. Dlatego jeśli twierdzimy, że między nami a nimi nie ma żadnej różnicy, odcinamy to górne piętro. Dziś stało się to modne. To, że ktoś „tak czuje”, stało się nawet argumentem w dyskusjach. Mało tego, wskazanie, że emocja nie jest wystarczającą racją, może wręcz skutkować posądzeniem o brak empatii. A to mniej więcej tak, jak dawniej być podejrzanym o ateizm.

A może ten świat jest tak skomplikowany, że ratujemy się relacjami ze zwierzętami, ponieważ są oparte na szczerości i bezinteresowności? Pies cię nie porzuci, co najwyżej człowiek porzuci psa… Może to jakiś ratunek przed tymczasowością, zmiennością, nieprzewidywalnością? W życiu wielu z nas przychodzi taki moment, kiedy ponosimy porażkę w świecie międzyludzkich relacji. Czasem bywa to na tyle bolesne, że mamy dość i nie chcemy tego doświadczenia powtarzać. Co nie oznacza, że nie mamy emocjonalnych potrzeb. No i wtedy w sukurs przychodzi relacja ze zwierzakiem, z którym wszystko jest prostsze. Wielu osobom to pomaga. Coraz częściej zwierzęta są używane do tego, by można uchylić się od budowania relacji rodzinnych. Bo to krępuje człowieka, umieszcza w jakiejś strukturze, której on nie chce, każe stać się dorosłym na jakiś bardzo typowy sposób – więc człowiek odrzuca społeczne oczekiwania, przyjmując zwierzę za swoje symboliczne dziecko. To niekiedy ma zastąpić rodzinę, której nie daje się zbudować, ale czasem przeciwnie – i to szczególnie ciekawe – jest to forma buntu przeciwko przymusowi jej tworzenia.

Jednak – chciałbym to podkreślić – relacja ze strony zwierzęcia nie jest bezinteresowna. Psy towarzyszą ludzkości od setek tysięcy lat z powodu kości, najpierw przypadkowo, a później już celowo pozostawianych wokół ludzkich siedzib. Z czasem oba gatunki nauczyły się wspólnie polować i walczyć. W końcu pies nauczył się czegoś, czego żadne zwierzę nie potrafi. Odczytuje pewne elementy ludzkiego zachowania, podąża spojrzeniem za naszym wzrokiem, umie odczytać gest pokazania czegoś ręką, reaguje na nasz wzrost czujności, w nieznanym otoczeniu czeka ze swoją reakcją na naszą reakcję, trafnie odczytuje hierarchię w ludzkiej grupie… Nawet szympansy tego nie umieją. Niestety, początkiem tej wspólnej historii jest mięso, nie miłość. Dziś swoje domostwa chronimy już w inny sposób, ale nauczyliśmy się wykorzystywać psy w całkiem nowym celu. Często stają się one substytutem rodziny. Czymś w rodzaju naszych dzieci.

Ale dziś można nie mieć dzieci bez społecznego potępienia, a poprzez relacje ze zwierzętami realizować na przykład potrzebę opieki. Moim zdaniem coraz szerszy ruch w kierunku ochrony zwierząt wynika w dużej części ze wzrastającej świadomości tego, w jaki sposób traktuje się zwierzęta w masowej, przemysłowej hodowli. To zwierzęcy holokaust – myślę tu na przykład o „fabrykach mięsa”, w których zwierzę nie ma żadnych praw. Więc żeby nie zwariować, próbujemy „wyrównać emocje”, adoptując zwierzaki ze schronisk, przestając jeść mięso. Przemysłową hodowlę trudno przyjąć do wiadomości, jeśli się ją zobaczy. Większość ludzi jest zbyt wrażliwa na to, żeby trzymać zwierzaka w pojemniku nieruchomo przez całe jego życie, a jednak milcząco czerpiemy korzyści z takich działań. Można próbować to rozumieć jako próbę znieczulenia się.

Wiemy na przykład, że dzieci potrafią spontanicznie znęcać się nad zwierzętami i bawić się uśmiercaniem ich, ale potrafią też równie spontanicznie nimi się opiekować. O dziwo, czasem to są te same dzieci, tylko innego dnia. Niektórzy celowo zabijają w sobie całą empatię, żeby wyzbyć się oporów i ograniczeń. Tak chcą zyskać siłę, która ma ich ochronić.

Na przykład po to, by przywiązać psa do drzewa w lesie? I nic w związku z tym nie czuć? Niektórzy wiele robią, by nic nie czuć. Zabijają w sobie wrażliwość, bo w czymś przeszkadza. I teraz rodzi się pytanie, na ile to masowe zabijanie zwierząt – na skórę, na jedzenie, klej do tapet – ma rzeczywiście ekonomiczne uzasadnienie, a na ile można na to patrzeć jako na próbę usunięcia uczuć albo nawet problemu istnienia śmierci. Traktujemy zwierzę jak rzecz, bo rzecz nie może być zabita. Może robimy to, by uciec od strachu wywołanego wiedzą, że sami jesteśmy śmiertelni?

Od czasów nazizmu wiemy, że całkiem normalni ludzie, niezdolni do okrutnych czynów w kontakcie bezpośrednim, mogą przyczynić się do zła, jeśli działają w ramach instytucji, której są częścią. Częściowość własnego udziału, rozproszenie odpowiedzialności na „zbiorowego nikogo”, brak bezpośredniego kontaktu z tym, do czego się przykłada rękę, pewna abstrakcyjność obiektu, który jest jakby nigdzie. To wszystko sprawia, że można w tym uczestniczyć bez poczucia winy. Czyli można mieć pełną szafę skórzanych rzeczy i jednocześnie na Facebooku określać się jako przeciwnik polowań. Tak działa umysł. Reagujemy emocjami na to, co widzimy, a jak czegoś nie widzimy, to tego dla nas nie ma. Żeby opiekować się psem, kupujemy mu pokarm ze świni albo krowy i nie zastanawiamy się nad tym. Realność byłaby trudna do zniesienia. Szczególnie realność niemożliwa do zmiany.

Ale może fakt, że empatyzujemy ze zwierzętami, świadczy o tym, iż stajemy się coraz wrażliwsi? Nie jestem pewien, czy zawsze, kiedy mówimy, że empatyzujemy, to faktycznie empatyzujemy. Odnoszę wrażenie, że dość często, choć oczywiście nie zawsze, na przykład za restrykcjami dotyczącymi diety bezmięsnej kryje się nie tyle współczucie dla zwierząt, ile pragnienie zbudowania pewnej bariery między sobą a resztą ludzi. Podobnie jest z niektórymi przypadkami dość specyficznego traktowania zwierząt domowych – jako czegoś w rodzaju dziecka czy partnera życiowego. Myślę, że to nie zawsze empatia, bo empatia wobec psa czy kota polegałaby raczej na pozwoleniu mu, by psem albo kotem pozostał i żył w swym psim czy kocim świecie. Czasem chodzi o to, by tym zwierzęciem stworzyć jakąś barierę między sobą a innymi ludźmi, coś zastąpić, zanegować. A o cóż wówczas gramy? O wolność. O to, by się nie dać dookreślić jakkolwiek. To bardzo współczesny styl.

Poza tym generalnie mamy inną perspektywę, bo nie jesteśmy zagrożeni w naszym przetrwaniu i jesteśmy bardzo bogaci w porównaniu do naszych przodków. To sprawia, że dostrzegamy problemy, na których zauważenie naszym przodkom w ich ciężkim życiu nie starczyłoby miejsca. Można więc na nas spojrzeć albo jak na istoty wrażliwsze, bo dużo bardziej od swych przodków rozwinięte, albo jak na bardziej rozpieszczone przez nierealnie bezpieczne warunki. Zależy, co wolimy.

A pokusiłbyś się o odpowiedź, w czym świat ludzki i zwierzęcy jest podobny? Wydaje mi się, że jednak więcej nas łączy niż dzieli… Istnieje, oczywiście, wiele podobieństw, ale jedno jest szczególnie zaskakujące. Otóż okazuje się, że na przykład szympansy wykazują skłonność do czegoś, co chyba musimy nazwać mistycyzmem. U ludzi jest tak, że wyznają różne kulty. Nawet tam, gdzie nie ma żadnego, istnieje jakiś kult wodza i jest w tym coś na tyle charakterystycznego, że jeśli nie wiesz nic o kulturze danego kraju czy plemienia, to kiedy znajdziesz obiekt kultu, od razu widzisz, że to „to”. No i okazuje się, że żyjące dziko szympansy mają coś podobnego! Wybierają w lesie potężne drzewa, daleko od miejsc, w których mieszkają, i znoszą tam wielkie kamienie. Przychodzą tam, siedzą jakiś czas bez ruchu i odchodzą. Czasem przynoszą nowy kamień, żeby go dołożyć do kopca. To zupełnie niezwykłe, dosyć nowe odkrycie. Podobieństwo tych miejsc do pierwotnych miejsc kultowych ludzi, w których oni układali stosy kamieni, jest uderzające. W Internecie są już zdjęcia. Warto zobaczyć.

Moc terapeutyczna zwierząt - kilka argumentów na rzecz zaproszenia pod swój dach czworonoga

  • Uważny i serdeczny kontakt ze zwierzętami rozwija naszą empatię, zdolności socjalne (ile znajomości zawieranych jest w parkach z innymi właścicielami psów!), troskę o innych, otwartość, ufność i uważność na to, co dzieje się tu i teraz.
  • Kontakt z domowym futrzakiem, a zwłaszcza dotyk, przytulanie się z nim, głaskanie, stymuluje wydzielanie endorfin, hormonu, który nas nastraja pozytywnie i pobudza odporność organizmu, a także obniża poziom kortyzolu, hormonu stresu.
  • Od zwierząt otrzymujemy też bezwarunkową miłość i akceptację, ale to niejedyna terapeutyczna korzyść, jaka się wiąże z bezpośrednim kontaktem ze zwierzęciem.
  • Okazuje się, i zbadali to Sam oraz Elizabeth Corson, małżeństwo amerykańskich psychiatrów, że pacjenci, którym pozwalano na kontakt z psem, nabrali większej pewności siebie i stali się bardziej niezależni.
  • Jako terapię wspomagającą chętnie wykorzystuje się dziś kontakt z końmi, delfinami czy psami w leczeniu lub rozwijaniu m.in. funkcji poznawczych, słownictwa, pamięci długo- i krótkotrwałej, motoryki, koncentracji uwagi, koordynacji ruchowej, a także niwelowania lęków, podnoszenia samooceny, nauki relaksacji czy rozwijania empatii i umiejętności współdziałania w grupie. Asystę zwierząt wykorzystuje się wspomagająco w rehabilitacji dzieci z mózgowym porażeniem dziecięcym, ADHD, zespołem Downa, nerwicami i autyzmem. W ramach terapii z udziałem zwierząt możemy mówić o dogoterapii (psy), hipoterapii (konie), felinoterapii (koty), delfinoterapii (delfiny) i pet therapy – terapii związanej z obecnością różnych zwierząt, nawet chomików. Warunkiem koniecznym we wszystkich przypadkach jest dobrowolny udział zwierząt i ich dobre zdrowie psychiczne (m.in. pewność siebie, brak lęków).
  • Koty mają zbawienny wpływ na osoby z zaburzeniami psychicznymi i ruchowymi, na dzieci nadpobudliwe, ale także na osoby nieśmiałe. Dobre efekty uzyskuje się w pracy w asyście kotów lub psów z osobami uzależnionymi i więźniami.

  1. Zdrowie

Zwierzęta domowe - sposób na zdrowie

Iwona Wierzbicka, autorka książki
Iwona Wierzbicka, autorka książki "Odporność" ze swoimi psami (Fot. materiały prasowe)
Zwierzęta mają na nas dobroczynny wpływ, na co wskazuje ogromna ilość badań. Jeśli nie masz alergii, rozważ posiadanie psa lub kota albo chociaż rybek.

Dzięki psu z pewnością zwiększysz liczbę przechodzonych kroków i już nigdy pogoda nie będzie wymówką, by zostać w domu, natomiast kot to idealny towarzysz dla osób, które z powodu ograniczeń podwórkowych czy metrażowych nie mogą mieć psa. Oczywiście posiadanie psa nie wyklucza kota. Ja mam dwa psy – berneńskie psy pasterskie i trzy koty adoptowane ze schroniska.

Coś dla psiarzy

Zalety z posiadania psa:
  • Pies uczy człowieka miłości i łagodzi złość.
  • Pies składa się z miłości i ogona, ale głównie z miłości.
  • Zawsze się cieszy na twój widok.
  • Zawsze ma dobry dzień.
  • Zawsze cię wysłucha.
  • Pomoże nawiązać ci relacje międzyludzkie.
  • Zwiększysz liczbę przechodzonych kroków.
  • Już nigdy pogoda nie będzie dla ciebie wymówką, by nie iść na spacer.
  • Zawsze możesz się przytulić.
  • Wyliże twoje rany.
Badania pokazują, że pies może być terapeutą dla osób z zaburzeniami psychicznymi, poprawia nastrój, interakcje społeczne, zdolność uczenia się, a u dzieci koncentrację, wspomaga zdrowie i dobre samopoczucie u osób starszych, poprawia odporność organizmu między innymi poprzez wyzwalanie hormonów szczęścia i przywiązania, w tym oksytocyny. Głaskanie psa obniża poziom kortyzolu, poprawiają się relacje międzyludzkie i zwiększa zaangażowanie w rozmowę, częściej też dochodzi do kontaktu z innymi osobami (nie potwierdziły tego jednak badania wśród właścicieli groźnych psów, na przykład rottweilerów, bo ludzie raczej nie chcieli z takimi osobami rozpoczynać rozmów), ponadto zmniejszają się dolegliwości bólowe i stany zapalne, reguluje się ciśnienie krwi oraz gospodarka hormonalna. Naukowcy podkreślają także zbawienną rolę oksytocyny, która wytwarza się podczas głaskania własnego psa czy kota, ale również – co warto przypomnieć – podczas przytulania innej osoby, trzymania jej za rękę oraz podczas seksu, a także podczas karmienia piersią czy stymulacji sutków. Oksytocyna sprawia, że jesteśmy optymistycznie nastawieni do świata i ludzi, podwyższa nasze poczucie własnej wartości, wspiera proces budowy zaufania i pomaga przezwyciężyć zahamowania i lęki społeczne. Badania pokazują, że może być skuteczna w leczeniu nieśmiałości, pomagać ludziom pełnym niepokojów dotyczących relacji społecznych i zaburzeń nastroju. Istnieją także dowody na to, że może pomóc osobom cierpiącym na stres pourazowy. Oksytocyna może być pomocna w leczeniu ran i chorób zapalnych czy autoagresywnych dzięki swoim właściwościom przeciwzapalnym. Badania wykazały, że hormon ten może łagodzić rozmaity ból. Oddziałuje na obniżenie poziomu stresu, zmniejszając stężenie kortyzolu w organizmie oraz stabilizując ciśnienie krwi. Korzystnie wpływa na trawienie, które stres często mocno zaburza. Poprawia perystaltykę jelit i zmniejsza zapalenie jelit. Kilka badań dowodzi korzystnego wpływu kotów i psów na dzieci z autyzmem lub zaburzeniami rozwoju, a także na dzieci, które były wykorzystywane seksualnie (terapie innymi zwierzętami również są bardzo skuteczne). U dzieci z zaburzeniami rozwojowymi, zaburzeniami mowy bądź też zamkniętymi w sobie psy i koty poprawiają umiejętności komunikacji.

Coś dla kociarzy

Zalety płynące z posiadania kota:
  • Naukowcy zajmujący się chorobami naczyniowymi na uniwersytecie w Minnesocie dowiedli, że właściciele kotów przejawiają mniejsze skłonności do zawałów (30 procent mniej zawałów w porównaniu z grupą kontrolną), zmniejsza się u nich również ryzyko śmierci z powodu udarów czy innych chorób kardiologicznych.
  • Koty, które drzemią w ciągu dnia, mogą być dla nas świetnym przykładem! Badania pokazują, że osoby, które w ciągu dnia robią sobie 20 minut drzemki, są bardziej spostrzegawcze, mają lepszą pamięć, kreatywność i nastrój.
  • Bądź jak kot! Jeśli coś ci się nie uda – spróbuj jeszcze raz! Kot po każdej nieudanej akcji polowania na muchę, ponawia próbę, czasami odpocznie, zbierze siły, ale nigdy się nie poddaje. Wie, że mała porażka nie przekreśla jego szansy na sukces. Podziwiaj jego zaciętość i motywuj się do działania.
  • Kocie mruczenie o częstotliwości 20–140 Hz ma zbawienny wpływ na nasze ciśnienie i nastrój. Nasz organizm odbiera te częstotliwości i się synchronizuje. Kto miał mruczącego kota na sobie, wie, jak to uspokaja i poprawia zdrowie.
  • Koty często powodują u nas śmiech. Czy jest ktoś, kto oparł się śmiesznym filmikom na YouTube z kotem w roli głównej? Śmiech to zdrowie, to rozładowywanie trudnych emocji, to poprawa pracy całego organizmu i wzmocnienie odporności.

Dlaczego jeszcze warto mieć kota? Cytując za „Newsweekiem”: „Dzieci i dorośli, którzy cierpią na autyzm, mają problemy, by rozmawiać z innymi ludźmi. Barierę tę pomagają przezwyciężyć zwierzęta, z którymi chorzy czują głębszą więź. Potwierdzają to badania francuskich naukowców z 2012 roku. Obserwowali oni 40 dzieci z autyzmem. Okazało się, że te, które miały w domach zwierzęta, w tym koty, były spokojniejsze i łatwiej się komunikowały z otoczeniem niż dzieci bez domowych pupili. Owa otwartość u dzieci ma związek ze wzrostem poziomu oksytocyny (hormonu szczęścia), która wydziela się podczas głaskania futra. Pieszczoty wzmacniają też uczucie zaufania i miłości. Dlatego warto kupić lub adoptować kota dla swojego dziecka”.

Kontakt z kotem jest dobroczynny zwłaszcza przy takich chorobach i zaburzeniach, jak: ADHD, autyzm, choroba Alzheimera, zespół Downa, depresja, choroby psychiczne, choroby autoimmunizacyjne, stany zapalne, dolegliwości bólowe, nieśmiałość, wycofanie społeczne. Oczywiście warunkiem zdrowia jest brak alergii na kota!

Iwona Wierzbicka, dietetyczka z wieloletnią praktyką, autorka bloga ajwendieta.pl. i kanału na YouTubie, gdzie wspólnie z zespołem dietetyków dzieli się wiedzą. Jest autorką książki "Jak wzmocnić odporność" wydanej przez wydawnictwo Zwierciadło. Prywatnie jest mamą, żoną, posiadaczką 3 kotów i 2 psów. Każdy wolny czas spędza na pogłębianiu wiedzy klinicznej i na realizowaniu hobby, takich jak fotografia, podróże, wycieczki rowerowe i ogrodnictwo.

 

  1. Styl Życia

Jakie korzyści daje jazda konna?

Konie uczą między innymi sztuki porozumiewania się, ale też stanowczości i cierpliwości. (Fot. iStock)
Konie uczą między innymi sztuki porozumiewania się, ale też stanowczości i cierpliwości. (Fot. iStock)
Wydaje się, że na koniu nic się nie robi − wystarczy siedzieć. Ale to pozory. Robi się dużo, lecz i koń robi mnóstwo dla nas. Trenuje nie tylko naszą sylwetkę, ale i umysł. Uczy stanowczości i time managementu. Co jeszcze możemy zyskać w tej relacji?

Jazda konna wydaje się dyscypliną lekką i przyjemną. Wystarczy wdrapać się na siodło (w stajniach są ułatwiające to schodki), chwycić za wodze albo grzywę, i gotowe. Kto zaliczył choć jedną lekcję, wie, że lekko i przyjemnie jest, ale dopiero po wielu godzinach ćwiczeń. Najpierw trzeba przezwyciężyć lęk wysokości, znaleźć równowagę i nie spaść, gdy zacznie kołysać i trząść. A potem jeszcze przekonać zwierzę, które waży czasem nawet pół tony, żeby poruszało się w takim kierunku i tempie, jak chcemy. Następnego dnia mocno czujemy zakwasy przywodzicieli, mięśni głębokich brzucha i tych, o których istnieniu wcześniej nie wiedzieliśmy. Jeśli zdarzy się upadek –  dochodzą siniaki i obolałe ego. Na szczęście zalety jazdy konnej są w stanie zrekompensować wszystkie te trudności. Wzmocnione mięśnie (zwłaszcza brzucha, nóg, ramion i pleców), lepsza kondycja i lepsze samopoczucie (endorfiny). Ale do korzyści fizycznych i psychicznych dochodzą jeszcze te społeczne.

Czego uczą konie

Wiele sportów uprawiamy w samotności: narty, pływanie, gimnastyka w domu. Jest trochę sportów w parach, jak taniec i tenis, czy wręcz zespołowych, ale w każdym teamie są tylko ludzie. Tu partnerem jest dużo większy od człowieka koń, z którym nie tylko trzeba się jakoś komunikować, ale też skłonić go do współpracy. Kto oglądał „Zaklinacza koni”, „Wicher” albo oldschoolowy serial „Karino”, wie, o czym mowa.

Ewa Hadała-Mikołajczuk, instruktorka jazdy konnej i trenerka wyznaje, że dopiero ucząc się jazdy konnej, poznała świat zwierząt, wcześniej prawie nie miała z nimi kontaktu. − Stwierdziłam, że całkiem nieźle sobie z nimi radzę, co dodało mi wiary w siebie. Nie podejrzewałam, że będę z takim zaangażowaniem jeździć na lekcje do stajni – mówi. Skupiona na nauce, odkryła, że jazda konna sprawia jej ogromną przyjemność, do tego była chwalona za sposób, w jaki sobie radzi na koniu i z koniem. A to sztuka.

− Koń ma inteligencję trzyletniego dziecka − tłumaczy Ewa Hadała-Mikołajczuk. – To oznacza, że sporo rozumie, ma niezłą pamięć, ale to jednak trzylatek. W dodatku dużo od nas silniejszy − dodaje. Teraz sama prowadzi jazdy dla dzieci i współorganizuje warsztaty, na których konie pomagają ludziom zdobywać różne kompetencje, np. menedżerskie czy rodzicielskie i ogólnie być uważnym w relacjach z innymi. Swoimi uczniami stara się tak kierować, by byli w stanie skłonić konia do współpracy. Namówić, nie zmusić − bo to spora różnica. − W tej parze to człowiek decyduje o kolejnym kroku, ale nie wymusza tego siłą − podkreśla.

Konie uczą sztuki porozumiewania się, ale też stanowczości i cierpliwości. Efekty nie przychodzą od razu, czasem trzeba nawet kilkunastu treningów, żeby koń zaczął nas słuchać. Co nie znaczy, że będzie tak zawsze, bo też ma swoje upodobania i humory. Są wierzchowce bardziej skłonne do współpracy, inne lubią postawić na swoim.

Precyzyjne komendy oraz umiejętność radzenia sobie w trudnych sytuacjach (np. gdy koń się przestraszy) – to kolejne miesiące nauki. Ale opłaca się zainwestować czas w tę relację. Satysfakcję, jaką czujemy, gdy duże, silne, a czasem przestraszone albo uparte zwierzę z radością zaczyna wykonywać nasze polecenia, można porównać do zejścia poniżej czterech godzin w maratonie…

Zarządzanie sobą i czasem

Jazda konna to sport dla ludzi bystrych i wrażliwych, którzy potrafią zatroszczyć się o siebie. Takie odniosłam wrażenie, nie tylko sama jeżdżąc konno i obserwując treningi mojej 12-letniej córki Igi, ale też słuchając Ewy Hadały-Mikołajczuk. A jeśli ktoś nie dba o siebie − konie go tego nauczą, a dodatkowo wzmocnią inteligencję.

− Samo czyszczenie, siodłanie, a potem rozsiodływanie i zakładanie derki wymaga zapamiętania wielu sekwencji ruchów. I zapanowania nad czasem − wylicza instruktorka. – Jedną z ważniejszych rzeczy, których uczą się dzieci, jest właśnie świadomość czasu. Na jazdę muszą przyjść odpowiednio wcześnie, by zdążyć przygotować konia, potem punktualnie wyjść na ujeżdżalnię. Po zejściu z konia też jest szereg czynności do wykonania. To bywa trudne dla młodszego pokolenia, które zwykle nie nosi zegarków, tylko sprawdza godzinę w telefonie.

Każda kolejna lekcja to nauka koncentracji, uważności i empatii. Z czasem zaczynamy zwracać coraz większą uwagę na to, jak się ubrać, jak rozciągnąć po jeździe, kiedy zjeść, żeby obiad nie przeszkadzał nam w galopach. Ale też tego, że spocony koń na mrozie może się przeziębić, więc trzeba go przykryć, że nie można go karmić w dowolnym momencie i czymkolwiek, że należy zwracać uwagę, czy nie kuleje, nie ma przeciętej skóry albo nie jest brudny. Empatia, uważność, porozumienie, nawiązywanie relacji… – mogłabym wymieniać bez końca. Najfajniejsze jednak jest, że to, czego nauczyliśmy się podczas treningu, nie zostaje wykasowane z naszego mózgu. Zyskujemy większą pewność siebie, jesteśmy w lepszym kontakcie ze sobą i światem – po prostu mądrzejsi. A przypływ endorfin po galopie w lesie to tylko skutek uboczny. Nieziemsko przyjemny dodatek do tego sportu.

Coaching z końmi

Od zwierząt możemy się wiele nauczyć. Nie tylko o nich, ale i o sobie. Dlatego coraz więcej coachów i trenerów wykorzystuje konie do szkoleń. Ich uczestnicy na ogół nie potrafią jeździć, ale też nie muszą. Ze zwierzęciem pracują z ziemi: obserwują zachowania w stadzie, ale także próbują nawiązać kontakt z koniem. Warto spróbować.

  1. Styl Życia

Tydzień tygrysa - za co kochamy te zwierzęta?

 Jeszcze 120 lat temu ogromne obszary Azji zamieszkiwało ok. 100 000 tygrysów, dziś populacja światowa liczy jedynie około 3900 osobników. (fot. iStock)
Jeszcze 120 lat temu ogromne obszary Azji zamieszkiwało ok. 100 000 tygrysów, dziś populacja światowa liczy jedynie około 3900 osobników. (fot. iStock)
29 lipca przypada wyjątkowy dzień - Dzień Tygrysa, jednego z najpiękniejszych i najdzikszych kotów zamieszkujących naszą planetę. Specjalnie na jego cześć, WWF Polska ogłosiło tzw. Tydzień Tygrysa, podczas którego na różnych kanałach medialnych Fundacji będą pojawiały się artykuły, posty, filmy i zdjęcia przybliżające wszystkim ten wspaniały gatunek.

Choć na co dzień niewiele mówi się na temat tych wyjątkowych zwierząt w innym kontekście, niż ich niezwykle ciężka sytuacja wynikająca z nieodpowiedzialnej gospodarki człowieka, okazuje się, że jest wiele powodów, dla których powinniśmy mówić i dbać o nie w o wiele większym stopniu niż dotychczas.

Jak podaje WWF Polska tygrysy są gatunkiem, który chroni słabszych i należy do tzw. gatunków parasolowych - ochraniających inne zwierzęta i niosących im pomoc. "Terytorium zajmowane przez dorosłego samca ma zazwyczaj powierzchnię aż kilkuset kilometrów kwadratowych, w związku z czym jest także domem dla wielu innych zwierząt – często zagrożonych wyginięciem. Dobrym przykładem jest Sumatra, gdzie wszystkie nosorożce sumatrzańskie i orangutany żyją na terenach zamieszkanych przez tygrysy. Z kolei w lasach Dawna Tenasserim w Mjanmie (dawna Birma) tygrysy dzielą terytorium m.in. ze słoniami indyjskimi. Chroniąc królestwa tych wielkich kotów, zapewniamy przetrwanie także innym dzikim zwierzętom" - analizuje WWF Polska.

Tygrysy biorą także udział w walce ze zmianą klimatu oraz pomagają chronić niezbędne do życia zasoby, takie jak np. woda. "Dzięki ochronie naturalnych siedlisk tygrysów, dbamy o zachowanie i utrzymanie w dobrym stanie rzek, mokradeł i zbiorników wodnych. Z wody pochodzącej z obszarów występowania tygrysów korzysta aż 830 milionów ludzi" - wskazuje WWF Polska.

W wyniku nieodpowiedzialnej, rabunkowej gospodarki człowieka, liczba tygrysów żyjących na wolności spadła o ponad 95%. (fot. iStock) W wyniku nieodpowiedzialnej, rabunkowej gospodarki człowieka, liczba tygrysów żyjących na wolności spadła o ponad 95%. (fot. iStock)

Ponadto, postrzegane często jako zagrożenie dla ludzi, tygrysy - wręcz przeciwnie, stanowią niekiedy źródło ich "utrzymania". Przykładem może być m.in tygrysica Machali, która odegrała kluczową rolę w odbudowie populacji tygrysów bengalskich pochodzących z północnych Indii, obszaru Parku Narodowego Ranthambore, zdobywając przy tym dużą popularność wśród turystów odwiedzających park. Machali otrzymała tytuł jednego z najczęściej fotografowanych tygrysów w historii. "Szacuje się, że dzięki Machali park zarobił ponad 130 mln dolarów (opłaty za wstęp do parku, zakwaterowanie odwiedzających i inne usługi oraz podatki). Ta niezwykła tygrysica zapewniła tym samym miejsca pracy dla ok. 3 000 przedstawicieli lokalnej społeczności, a żadne z nich nie było związane z nieetyczną rozrywką, jaką oferują komercyjne ogrody czy farmy tygrysów. Ponadto obszary chronione, w których żyją tygrysy są chętnie odwiedzane przez turystów, co sprawia, że mieszkańcy przyległych terenów mogą prowadzić działalność zarobkową opartą na turystyce" - podaje WWF Polska.

Gatunek ten jest niezwykły pod wieloma względami i stanowi nieodłączny element kultury azjatyckiej. Jak wskazuje WWF Polska, ich społeczne znaczenie jest podkreślane w wyznaniach i opowieściach ludowych większości krajów, w których występują. "Te dzikie koty stanowią nieodłączny element jednej z najstarszych cywilizacji na Ziemi. Chroniąc tygrysy, ratujemy nie tylko przyrodę, ale też tradycyjne kultury, święte miejsca i tożsamość rdzennych ludów Azji, nierozerwalnie związane z dzikimi kotami. Tygrysy powinny dalej inspirować kolejne pokolenia, a nie być tylko wspomnieniem na dawnych obrazach czy rzeźbach."