1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Randki w pandemii

Randki w pandemii

Olga Kamińska (Fot. materiały prasowe)
Olga Kamińska (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Gdzie spotykają się teraz pary? Czego tak na prawdę szukamy w miłości? Czy potrafimy budować relacje? Zastanawia się dr Olga Kamińska psycholog eksperymentalny, badaczka, autorka książki „#Love. Jak kochać w XXI wieku?”.

Dla singli to wyjątkowo trudny czas, tylko w sieci mogą kogoś poznać. Tinder, Sympatia, Badu i inne aplikacje są coraz bardziej popularne. Ale nawet, ci którzy mają wprawę w poznawaniu tam kandydatów do randkowania, mają problem. Przed pandemią po etapie rozmów na aplikacjach, pierwsze spotkania w realu odbywały się choćby w kawiarni, czy w klubie. No a teraz? Są dwa scenariusze, pierwszy, że od razu po zapoznaniu się na aplikacji dla singli dochodzi do bardzo intensywnego kontaktu w realu, czyli do spotkania w mieszkaniu jednego z nowych znajomych. Ale nie jest to bezpieczne, radziłabym zachować ostrożność. Internet, to przestrzeń, w której nie możemy zweryfikować tego, kim jest ta druga osoba. Zwłaszcza, że choć mamy tak skąpe przesłanki, jak zdjęcie i krótki opis, to i tak na tej podstawie, tworzymy w umyśle reprezentacje tej drugiej osoby, czyli wyobrażamy sobie, jaki ten człowiek jest! A to jaki jego obraz w naszym umyśle powstanie, zależy również od naszych oczekiwań. W covidowej rzeczywistości nasza tęsknota za bliskością jest tak silna, że umysł może ten obraz idealizować. Przekładać swoje marzenia, swoje intencje na to, co widzimy. Może nie potraktować poważnie sygnałów ostrzegawczych. Samotność, silne dążenie do spotkania się z kimś, do seksu, może sprawić, że mechanizm, który pomaga nam dostrzegać sygnały zagrożenia, zostaje osłabiony.

Tęsknota za bliskością jest jak różowy zniekształcający filtr? Nie ma co zaprzeczać temu, że czujemy się samotni, czy pragniemy bliskości, a nawet, że nasze libido krzyczy o seks. Trzeba uznać, że tak jest, bo to naturalne. I po prostu pamiętać, że te potrzeby będą kierować naszą uwagę na to, co potwierdzi to czego byśmy chcieli od tego człowieka. Przed pierwszą randką w realu weźmy więc pod uwagę, że możemy mieć wyidealizowany obraz osoby, z którą się mamy spotkać. Warto też wiedzieć, że możemy działać irracjonalnie. Teoria dysonansu mówi, że kiedy nie ma spójności w naszych zachowania i myślach będziemy odczuwać dyskomfort z tym związany i często będziemy dążyć do jego rozładowania – na przykład uzasadniając racjonalnie całkiem bezsensowne zachowania. No bo myślący rozsądnie człowiek, któremu powiemy, żeby poszedł do mieszkania obcego człowieka na pierwszą randkę, powie, że to nie jest w pełni bezpieczne. Ale kiedy jest w emocjach, na głodzie bliskości, to znajdzie jakiś powód, aby to zrobić.

Warto więc mówić o tym otwarcie – mamy libido, potrzebę bliskości mogą być one być po tylu miesiącach kompletnie niezaspokojone. Przed pandemią single odwiedzały kluby, miały „one night stans”, czyli przygody tylko na jedną noc, co nie było obarczone tak dużym ryzykiem jak dziś. Było łatwiej choć na chwilę poczuć bliskość z drugą osobą. Teraz sytuacja wymaga wejścia na aplikacje i umówienia się z kimś, kogo nie znamy.

Jest pani naukowcem. Jak z tej perspektywy podeszła by pani do problemu pierwszej randki w realu? Właśnie od strony dążenia do bliskości i zaufania. Z moich poprzednich badań wynika, że aktywność mózgu, która odpowiada za przetwarzanie twarzy (N-170), jest wrażliwa na kontekst. Jeśli więc mężczyzna na portalu napisze do nas coś miłego, a potem zobaczymy jego zdjęcie, to są duże szanse, że dostrzeżemy w nim pozytywne cechy.   

Co możemy zrobić, żeby nasz mózg zauważył, jeśli coś z tym mężczyzną będzie nie, tak? Zanim zdecydujemy się na randkę w domu, porozmawiajmy z nowym znajomym przez kamerkę. Widząc się na żywo, mamy znacznie więcej możliwości, by rozeznać, kim ten człowiek jest niż wtedy, gdy tylko piszemy i patrzymy na zdjęcia. Bo nawet gdy ktoś umie kłamać, to na ułamek sekundy na jego twarzy będzie widać prawdziwe emocje, które znacznie łatwiej będzie nam wyłapać niż w okienku czatu. I przy spotkaniu face to face nawet na poziomie intuicji i przeczucia (nie zawsze w pełni świadomego), mózg te prawdę wychwyci, gdyż jest wyczulony na sygnały społeczne.

Robin Durbar, amerykański antropolog, uważa, że mózg człowieka ewoluował właśnie ze względu na relacje społeczne, na potrzebę komunikacji w grupie. Patrząc więc z tej perspektywy- jesteśmy stworzeni do tego, aby budować relacje, komunikować się, odczytywać sygnały płynące od innych ludzi.

To bardzo ciekawe, bo Bóg w chrześcijaństwie jest w trzech postaciach jak się pisze - właśnie po to, aby podkreślić relacyjny charakter duchowości. Dodam jeszcze od siebie, komentując Durbara, że ludzka miłość także kształtuje się w relacji, w spotkaniu, w rozmowie. Ale my współcześnie jak sugeruje Eva Illouz mamy problem z głębszą relacją, która będzie prawdziwym spotkaniem z drugim człowiekiem. Chciałam bardzo, żeby wybrzmiało w mojej książce, że powodem naszych problemów jest to, że zaczynamy traktować miłość zbyt indywidualistycznie, jak café latte, modny ciuch czy półmaraton. Zamykamy się w swojej bańce doświadczania dopaminowej przyjemności. Ma nam być dobrze, mamy szybko zaspokajać swoje pragnienia i potrzeby, doświadczać przyjemności, ekstazy, a kiedy pojawią się trudności, odpuścić i się wycofać. Mamy trudności w seksie? To znaczy, że miłość się skończyła i trzeba poszukać tej prawdziwej”. No nie! Karmieni takimi hedonistycznymi mitami samorealizacji, jednocześnie zostajemy sami z naturalnymi ludzkimi potrzebami: relacyjności i bliskości, do realizacji których potrzebny jest nam drugi człowiek! Odczuwamy więc wewnętrzną pustkę, którą staramy się wypełnić - zgodnie z instrukcją konsumpcją dóbr, między którymi jest seks - oderwany od miłości, a nawet od relacji… Co oczywiście nie znaczy, że samo szukanie przyjemności w seksie jest ryzykowne. Bardziej chodzi o wzorzec budowania relacji.

Dziś jesteśmy bardzo hedonistycznie nastawione do związków. Czyli dopóki my coś z tych związków dostajemy, dopóki one nam przynoszą przyjemność, dopóty nich trwamy. Prowadzimy wiec wciąż kalkulacje zysków i strat Ale z drugiej strony coraz więcej jest takich głosów ze przechodzenie przez trudne momenty jesteśmy w stanie wytrzymać tylko w rodzinie. W relacjach intymnych mamy tendencje do wycofywania się, w tych bardziej wymagających momentach.  Powodem jest to skoncentrowanie na sobie, na swoim zadowoleniu oraz konsumpcjonizm. Fromm o tym pisał w „Mieć czy być”. Moim zdaniem niezwykle ważne jest przywrócenie roli trudności w związku, nie cierpienia, ale właśnie wspólnego pokonywania trudności

No więc zanim seks, pogadajmy przez kamerkę, idźmy na spacer? Najpierw zdzwońmy się, spotkajmy przed kamerką, a potem można iść na spacer. Dajmy sobie szanse na stopniowe poznanie tego człowieka. Rozmowa choćby przez telefon jest bardzo ważna, bo dzięki ewolucji naszego mózgu, która jak już mówiłam, odbywała się w interakcjach społecznych, bardzo dobrze odczytujemy emocje drugiego człowieka na poziomie samego dźwięku. Z tonu głosu, tembru, wysokości, jesteśmy w stanie odczytać niezwykłą ilość informacji o tym, co czuje ten drugi człowiek. Umiemy odróżnić nawet rozdrażnienie od złości i wiele innych bardzo dyskretnych stanów. No, ale niestety, sprawa nie jest taka łatwa jak mogłoby się wydawać, bo współcześni 20., 30. latkowie odczuwają wręcz lęk przed rozmową. Zazwyczaj więc po poznaniu się na aplikacji randkowej długo czatują, a skaczą od razu na głęboką wodę i na przykład spotykają się w mieszkaniu. Rekomenduje jednak przełamać się i porozmawiać. A potem spotkać przed kamerką, w dynamicznej interakcji z żywą osobą możemy zaobserwować mowę ciała, styl rozmowy, mimikę twarzy oraz bezpośrednią reakcję na nasze słowa. To wszystko daje nam mnóstwo informacji o tym drugim człowieku.

Przykład nieudanych randek, po szybkim „tak” na aplikacji, pokazuje choćby serial „Facet na święta”. Bohaterka umawia się na randki przez aplikacje, na siłowni (spinning rowerkowy), w saunie – gdzie spotyka rodziców! A co gorsza żaden z tych mężczyzna nie jest zainteresowany tym, czego ona chce. Kiedy się umawiamy z nowopoznanym na imprezie u znajomych chłopakiem to zazwyczaj przeszedł on już przez pewne sito weryfikacji i jest większa szansa, że będziemy do siebie podobnie. A w związkach to ważne. A jak poznajemy kogoś z Tindera to ten proces nie zachodzi. Nawet jeśli skorzystamy z portali wyspecjalizowanych dla konkretnych grup, których pojawia się na coraz więcej, na przykład, portal dla osób religijnych czy poszukujących męża, to też różnice między tymi którzy szukają męża, czy są wierzący naprawdę mogą być ogromne. Zdajemy się na aplikacje, a one mogą nas bardzo zawieść, choć wydaje się, że algorytmy w komputerze tyle o nas wiedzą, obserwując nasze ruchy i wybory w sieci. Nie oznacza to, że odradzam aplikacje randkowe. Raczej sugerowałabym, żeby więcej znajomości szybko weryfikować a nie spędzać kolejnych dni na klawiaturze.

No i na koniec porozmawiajmy o seksie w stałych związkach w czasach pandemii, czy jest inny? Czy będzie dużo tzw. covidowych dzieci, poczętych z nudów i izolacji? To tak nie działa, nie zaobserwowaliśmy wzrostu liczby urodzeń w porównaniu z zeszłym rokiem. Mamy najniższą ich liczbę od kilkunastu lat. Dlaczego? Lęk obniża libido, te dwa systemy, są przeciwstawne. Przewlekły stres sprawia, że czujemy się mniej wydolni oraz odczuwamy mniejszą ochotę na seks. Znaczenie ma też fakt, że niemal przez cały czas jesteśmy razem. Pożądamy tego co nas ekscytuje, co jest nieoczywiste, świeże. No a jak mamy sobie dostarczyć ekscytacji chodząc cały dzień w dresach? Trudniej się nam zmobilizować do seksu leżąc drugą godzinę na kanapie przed Netfiksem niż wtedy, gdy wracamy z pracy, gdzie było wiele pobudzających bodźców, ale też, gdzie mogliśmy odczuć tęsknotę za partnerem. A w kwarantannie nie mamy przestrzeni, żeby od siebie odpocząć, a co dopiero zatęsknić. Warto sobie zdać z tego sprawę i iść samemu na spacer...Często też kumulują się w nas trudne emocje względem partnera, czy naszej sytuacji w obliczu pandemii. Dobrze ilustruje to model turbulencji w związku, w którym poziom satysfakcji ze związku spada w obliczu trudności (w naszym przypadku jest to doświadczenie zbiorowe - pandemia), i wiele par się rozstanie, ale te, które przez te trudy przejdą będą miały szanse na pogłębienie swojej bliskości, co przekłada się na wyższy poziom satysfakcji ze związku.. I to kolejna teoria, która potwierdza, że warto zadawać sobie trud w budowanie prawdziwych, głębokich relacji z drugim człowiekiem.

Dr Olga Kamińska, '#Love. Jak kochać w XXI wieku?” Dr Olga Kamińska, "#Love. Jak kochać w XXI wieku?”

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak się kłócić w związku? Do czego potrzebne są nam kłótnie?

Kłótnie są ważne dla relacji. Trzeba tylko wiedziej, jak je przeprowadzać (fot. iStock)
Kłótnie są ważne dla relacji. Trzeba tylko wiedziej, jak je przeprowadzać (fot. iStock)
Pary często narzekają, że ciągle się kłócą. I że z tych kłótni nic dobrego nie wynika. „Gdybyśmy tylko mogli raz na zawsze skończyć z tymi konfliktami, to by było dobrze”. Ale czy na pewno?

Jak się kłócić, żeby wygrać?

Kłótnie i konflikty są ważne dla relacji, bo pokazują, że nam zależy, że jesteśmy zaangażowani, że chcemy zmian. Stanowią również cenne źródło informacji o nas i partnerze. Kłótnia, która jest „wygrana”, może naprawdę coś zmienić w związku.  Ale ważne jest to, jak rozumiemy słowo „wygrana”.

Długotrwałe związki opierają się na pewnej równowadze – zwycięstwo jednej strony staje się początkiem kolejnej „rozgrywki”, choć może na innym polu czy adresowanej mniej wprost. Wiele par tkwi w ten sposób w permanentnym konflikcie, nawet jeśli tematy kłótni wydają się zmieniać.

W tym sensie wygrana jednej ze stron konfliktu jest przegraną całej relacji. Jeśli rozwiązanie konfliktu ma przynieść więcej niż chwilową jednostronną satysfakcję, powinno odpowiadać na potrzeby obu stron, ale też związku jako całości. I chodzi tu zarówno o te potrzeby, które już znaliśmy, jak i te, które odkrywamy podczas kłótni. Jest to zatem okazja, żeby poszukać kierunku zmiany nie tylko dla siebie, ale i dla całej relacji.

Dobra kłótnia nie polega tylko na tłuczeniu talerzy

Pary, które unikają kłótni, zwykle wikłają się w konflikty zawoalowane i trudne do zaadresowania. Z drugiej strony samo ekspresyjne wyrażanie emocji może być zarówno niebezpieczne, jak i jałowe. Konstruktywne rozwiązanie konfliktu wymaga, żeby pozostać w kontakcie ze sobą i z drugą stroną. Oznacza to, że próbujemy rozumieć i siebie, i partnera/partnerkę.

Jeśli wiemy, co czujemy, to nie dajemy się ponieść emocjom bez opamiętania – widzimy drugą stronę, jej reakcje na nasze działania, dostrzegamy momenty, kiedy coś się zmienia w rozmowie i wnosi nową perspektywę. Dzięki temu dialog może się rozwijać, a nie wciąż zapętlać. W trakcie gorącej kłótni często obie osoby równocześnie czują się słabszą stroną. Niesie to ryzyko mocnych działań, które wykraczają poza ramy obrony. Jeśli zachowasz świadomość hierarchii rzeczy, które są dla ciebie ważne, będzie ci łatwiej brać odpowiedzialność za to, co w czasie kłótni mówisz i jak.

Jak i kiedy się kłócić?

Konflikty pojawiają się w każdej relacji. Są rzeczą normalną i zwykle nie odbywają się w idealnych warunkach. Ich długotrwałe powstrzymywanie, wyczekiwanie, łagodzenie do niczego nie prowadzi – konflikt i tak się rozgrywa, tyle że poza uwagą i świadomością pary. Warto pamiętać, że kłótnie mają charakter intymny – mówimy delikatne i trudne rzeczy o sobie i drugiej stronie – więc lepiej nie prowadzić ich przy świadkach.

Czego nie mówić w kłótni?

Szczerość pozwala budować głęboką relację. Nie znaczy to jednak, żeby podczas kłótni mówić wszystko, co nam przyjdzie do głowy. Jest szereg krzywdzących zachowań (poniżanie, porównywanie itp), mających długotrwałe konsekwencje, które nie ustają wraz z wyciszeniem konfliktu. Destrukcyjne jest też odnoszenie się do delikatnych tematów, które nie są związane z obszarem aktualnej kłótni. Kiedy jesteśmy z kimś blisko znamy jego/jej najbardziej bolesne miejsca i wykorzystywanie tego podczas kłótni bardzo obniża poczucie zaufania w relacji i wyrządza wam obojgu wiele krzywdy.

Czy powstrzymywać emocje czy nie?

Dobrze jest wiedzieć, co się czuje. Kiedy już to wiem, mogę decydować, w jaki sposób chcę to zakomunikować drugiej stronie. Im lepiej siebie znam, tym lepiej mogę tę wiedzę wykorzystać dla dobra związku. Warto poświęcić trochę czasu i uwagi, by zastanowić się, które emocje stanowią dla mnie szczególnie duże wyzwanie (lęk, złość, smutek, bezradność itp), i uczyć się tego, w jaki sposób je adresować podczas konfliktów.

Czy można planować kłótnie?

W przypadku tematów, które się powtarzają w kłótniach, można zaplanować rozmowę, stworzyć dla niej odpowiednie warunki i wyznaczyć jej ramy. Przygotowując się do niej, zastanów się, o co ci chodzi i o co może chodzić drugiej stronie? Jakie potrzeby za tym stoją? Pomocna jest też próba docenienia sytuacji: w jaki sposób rozwiązanie tego konfliktu może być rozwojowe dla waszej relacji? Co byłoby zwycięstwem dla was oboja i początkiem czegoś dobrego?

A jeśli naprawdę boisz się konfliktów...

Jeśli sama myśl o konfliktach wywołuje w tobie silne emocje, to warto zastanowić się, skąd bierze się taka postawa? Może nie chodzi o twój obecny związek, a wydarzenia z przeszłości. W takiej sytuacji warto najpierw zająć się sobą i swoją historią, aby wzmocnić siebie i uwierzyć, że konflikty - odpowiednio adresowane - mogą stanowić szansę na rozwój i bliskość dla obu stron.

Agnieszka Serafin i Mikołaj Czyż są psychoterapeutami Instytutu Psychologii Procesu, założycielami Centrum Rozwoju dla Par, w którym wspólnie prowadzą terapię par. 

  1. Psychologia

Rozpamiętywanie w związku – sposób na zniszczenie relacji

Związki to jeden z najczęściej rozpamiętywanych obszarów. Wiele kobiet poślubiając partnera, tak naprawdę poślubia zmartwienia – to one przysłaniają im drugą osobę i relacje z nią. Co wpędza nas w pułapkę rozpamiętywania? (fot. iStock)
Związki to jeden z najczęściej rozpamiętywanych obszarów. Wiele kobiet poślubiając partnera, tak naprawdę poślubia zmartwienia – to one przysłaniają im drugą osobę i relacje z nią. Co wpędza nas w pułapkę rozpamiętywania? (fot. iStock)
Kobiety, które uzależniają wszystko od zadowolenia partnerów i podtrzymania związku z nimi, są szczególnie podatne na częste rozpamiętywanie. Niewielka oznaka niezadowolenia ze strony partnerów wpędza je w spiralę zmartwień: „Co to znaczy? Co on czuje? Co mogę zrobić, by to naprawić?”. W głębi serca mogą mieć za złe swoją zależność od partnera, a poczucie, że nie są doceniane za wszystko, co robią, napędza ich rozpamiętywanie – pisze Susan Nolen-Hoeksema w swojej książce „Kobiety, które myślą za dużo. Jak uwolnić się od nadmiernego myślenia i osiągnąć spokój”.

Wśród respondentów naszych badań jednym z najpowszechniejszych tematów rozpamiętywania były relacje prywatne – z partnerami, małżonkami czy sympatiami. To, że związki tego rodzaju są często obiektem zmartwień, jest logiczne. Relacje prywatne leżą w samym centrum naszego poczucia tożsamości. Patrzymy na siebie przynajmniej w części oczami naszych partnerów, a oni świadczą o nas. Można więc zrozumieć, dlaczego martwimy się, co o nas myślą, w jakiej kondycji jest nasz związek, dokąd zmierza, dlaczego nasi partnerzy zachowują się tak, jak się zachowują, jak ich uszczęśliwić i co inni o tym wszystkim myślą.

Analizowanie relacji prywatnych to dobry pomysł, jeżeli prowadzi do identyfikacji problemów i podejmowania działań naprawczych albo jeżeli po prostu cieszysz się świadomością, że w twoim związku dzieje się fantastycznie. Rozpamiętywanie może jednak sabotować związek na każdym kroku – kiedy próbujemy wybrać partnera, chodzimy na randki, składamy sobie obietnice, kiedy mamy dzieci. Trendy historyczne, które doprowadziły do epidemii rozpamiętywania u obecnych pokoleń, sprawiają, że jest ono szczególnie niebezpieczne w kontekście związków.

Jeżeli nie wiemy, kim jesteśmy ani jakie są nasze fundamentalne przekonania, wybór dobrego partnera życiowego utrudniamy sobie już na początku. W powiedzeniu „przeciwieństwa się przyciągają” jest wprawdzie ziarno prawdy, w większości związków długoterminowych dwójka ludzi ma podobne przekonania i zainteresowania. Daje im to podstawę do podejmowania ważnych decyzji, na przykład na co wydawać pieniądze czy jak wychowywać dzieci. Dzięki temu mają też zrozumienie i szacunek dla swoich wzajemnych opinii i zainteresowań, a to ważne źródło zaufania i przyjaźni oraz podstawa dla wspólnych aktywności.

Kiedy jednak żyjemy w próżni wartości, zbyt łatwo dajemy się czasem przekonać opiniom innych (i mediów), jak poznać dobrego kandydata na partnera. Jeżeli poczucie uprzywilejowania wzięło nad nami górę – „Zasługuję na mnóstwo pieniędzy, przystojnego partnera i na to, by robić to, na co mam ochotę” – ograniczamy się do oceny potencjalnych partnerów na podstawie powierzchownych kryteriów, jak na przykład status społeczny, dochody, atrakcyjność albo to, jak bardzo irytuje naszych rodziców. Bez ustanku rozpamiętujemy, czy ta osoba spełnia nasze oczekiwania albo czy – jeżeli będziemy kontynuować związek – dostaniemy od życia to, czego chcemy.

Kiedy już wybierzemy partnera, możemy odkryć, że społeczna obsesja wywyższania się i doraźnych rozwiązań głębokich problemów emocjonalnych utrudnia budowę związku. W razie problemów łykamy antydepresanty, pijemy albo zaczynamy szybko rozważać separację czy rozwód. Jeżeli czujemy się w związku jak w pułapce albo seks nie do końca przynosi nam satysfakcję, zdrada wydaje się łatwym rozwiązaniem pragnienia zaspokojenia emocjonalnego i fizycznego. Jeżeli mamy za sobą rozpad kilku związków, przechodzimy z romansu w romans albo bezustannie kłócimy się z partnerem, to zaczynamy rozpamiętywać, co jest z nami nie tak, że nie udaje nam się utrzymać związku.

Nawet gdy nie mamy konfliktu z partnerem czy mężem, kultura zapatrzenia w siebie zachęca nas do nieustannego analizowania związku, weryfikowania jego stanu, rozważania zmian i odchyłów od normy i martwienia się o „spadek temperatury”. Kolorowe magazyny to źródło niekończących się quizów, które diagnozują stan naszych relacji, i nigdy jakoś nie udaje nam się w nich dostać najwyższej liczby punktów. Wyznacza się nam nieosiągalne standardy w każdej dziedzinie, począwszy od ilości i jakości uprawianego seksu po głębię relacji duchowej. Jeżeli brak nam silnych wartości, które pomogą w zrozumieniu relacji i docenieniu ich, jesteśmy szczególnie podatne na presję zewnętrzną i rozpamiętywanie, które jest jej skutkiem.

Kobiety znacznie częściej niż mężczyźni rozpamiętują relacje prywatne

Kobiety są podatne na rozpamiętywanie wszelkiego rodzaju relacji, w tym relacji z rodzicami i innymi członkami rodziny oraz związku z dziećmi.
Relacje z mężami i partnerami są szczególnie powszechnym powodem zamartwiania się, bo kobiety są często zależne od nich zarówno pod względem finansowym, jak i psychologicznym.
Wprawdzie jako grupa kobiety są dziś w znacznie większym stopniu niezależne finansowo od partnerów niż parędziesiąt lat temu, byt wielu kobiet i ich dzieci w dalszym ciągu uzależniony jest od dochodu mężczyzny. Tego rodzaju zależność motywuje kobiety, by akceptować wiele negatywnych elementów związku – od zdystansowania emocjonalnego po przemoc fizyczną czy seksualną. Kobieta tkwi w takim związku jak w pułapce, ale chce chronić siebie i dzieci, jest więc hiperwyczulona na oznaki niezadowolenia partnera – czy to z niej, czy w sensie ogólnym. Nie może sobie pozwolić na porzucenie go, a chce uniknąć przemocy, miarkuje więc każde słowo i kontroluje własne zachowanie z nadzieją, że go zadowoli, a przynajmniej uspokoi. Między interakcjami z partnerem próbuje wymyśleć sposoby, jak go ugłaskać – a może i jak go porzucić. Jeżeli jednak brak jej wykształcenia, umiejętności zawodowych i wsparcia otoczenia, a szczególnie gdy boi się reakcji partnera na próbę odejścia, będzie trwać przy nim, trzęsąc się ze strachu w jego obecności i rozpamiętując pod jego nieobecność.

Nawet gdy kobieta nie jest finansowo uzależniona od partnera, może być uzależniona psychologicznie. Być może potrzebuje jego akceptacji lub trwałości związku, by mieć o sobie dobre zdanie. Być może nie wie, jak określić własną tożsamość poza związkiem. Takie uzależnienie sprawia, że kobieta monitoruje każdy aspekt relacji – dlaczego on był dziś rano taki zły? Czy zrobiłam coś nie tak? Czy jest szczęśliwy w tym małżeństwie? Jak mogę sprawić, by był bardziej szczęśliwy? Naturalnie warto co pewien czas przyjrzeć się własnemu związkowi, ale gorączkowa analiza i chroniczne napady rozpamiętywania przynoszą więcej szkody niż pożytku. Przede wszystkim mogą partnera zniechęcić.

Psycholodzy Thomas Joiner z Uniwersytetu Stanowego Florydy i James Coyne z Uniwersytetu Pensylwanii opisali negatywne cykle interakcji, do których dochodzi, gdy jedno z partnerów nieustannie domaga się otuchy od drugiego. Niepewna siebie partnerka ciągle prosi o zapewnienia, że partner ją kocha i rozumie. Jej partner stara się dodać jej otuchy, ale to jej nie wystarcza, co może być dla niego źródłem frustracji i irytacji, a to z kolei napędza jej niepokój, więc w efekcie znowu pyta go w kółko, czy on ją na pewno kocha. On zaczyna się nad tym zastanawiać, ale może czuć się winny i przysięga, że ją kocha. Ona dostrzega jego irytację i ewentualne poczucie winy, martwi się jeszcze bardziej i wytyka mu, że jej zdaniem on jej jednak nie kocha. On irytuje się jeszcze bardziej i albo się wycofuje, albo wybucha. Cała rozmowa to dla niej doskonała pożywka do rozpamiętywania.

Nawet jeżeli zależność psychologiczna nie prowadzi do tak destrukcyjnych relacji z partnerem, może sprawić, że kobieta zacznie podejmować złe decyzje w sprawie związku. Podczas napadów rozpamiętywania może dostrzegać w relacji tylko problemy, a nie jasne strony, a przez to stracić motywację do pracy nad nią. To z kolei może sprawić, że zrezygnuje ze związku, który da się i warto ratować.

Rozpamiętywanie czasem też wiąże się z obwinianiem się i pogardą dla siebie samej. Kobieta może dojść do wniosku, że nie jest godna miłości albo niezdolna do stworzenia dobrego związku, a to prowadzi do różnorodnych zachowań autodestrukcyjnych, jak kompulsywne jedzenie, nadużywanie alkoholu, myśli samobójcze czy pozostawanie w złym dla niej związku, ponieważ jest przekonana, że nie stać jej na nic lepszego.

  1. Psychologia

Jak żyć, żeby chciało nam się kochać?

"Wszyscy wiedzą, że warto inwestować w firmę, bo to się opłaci, ale niewiele się mówi o tym, że warto inwestować też w swój związek i rozwój" - mówi Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
Zmęczeni pracą, życiem, a czasem i sobą nawzajem, gonimy za ekscytacją, odmianą, czymś zupełnie nowym. Szukamy miłości, ale powoli przestajemy w nią wierzyć. Podobnie jak w to, że można być szczęśliwym z jedną osobą przez całe życie. Albo po czterech nieudanych małżeństwach. Psychoterapeutka Katarzyna Miller przywraca wiarę w to, że „miłości jest tyle, ile trzeba nam”. I tłumaczy, jak niezbędna do kochania jest celebracja życia oraz akceptacja siebie i innych.

Żyjemy w czasach rzeczy jednorazowego użytku. Zamiast naprawiać, wymieniamy na nowe. Rodzi się pokusa, żeby przełożyć to na relacje. Nie masz wrażenia, że w tej materii czasem też zbyt szybko się poddajemy? Wyrzucamy na śmietnik jeszcze całkiem dobrze funkcjonujący związek tylko dlatego, że trochę się zaczął psuć?
Prawda, zbyt szybko się poddajemy – i to w wielu dziedzinach. Moim zdaniem jest to bezpośrednio związane z rodzajem wychowania, jakie nam się funduje. Jesteśmy niecierpliwi, bo nasi rodzice nie byli wobec nas cierpliwi. Nie dawali nam prawa do tego, żebyśmy na przykład bardzo spokojnie i bez pośpiechu nauczyli się zawiązywać sobie sznurówki albo jeść łyżką zupę. Dziecko bez przerwy jest popędzane przez dorosłych. Oczywiście rodzice samych siebie tak popędzają, ale poprzez to popędzają też swoje dzieci. Dlaczego nazywamy nasze czasy szybkimi? Właśnie dlatego. Ciągle słyszę i czytam, że czas tak szybko leci. A gówno prawda! Czas nie biegnie ani szybciej, ani wolniej – to od nas zależy, jak go postrzegamy i co z nim robimy. Jeśli zaczynasz urlop z myślą, że zaraz się skończy, to nic dziwnego, że czas ci pędzi jak szalony. Jeśli idziesz na randkę i nie oddajesz się przyjemności patrzenia na tę drugą osobę i trzymania jej za łapkę, tylko myślisz gorączkowo: „No, ciekawe, czy pójdziemy dziś do łóżka” albo: „Kiedy on mnie wreszcie pocałuje?”, tracisz całą przyjemność tej chwili.

Jak rozumiem, postulujesz o coś, co można nazwać…
…celebracją życia. Rzecz dziś bardzo unikalna. Niektórzy mówią, że celebrują życie w święta, ale nie bardzo chce mi się w to wierzyć – z moich obserwacji wynika, że raczej zapieprzają… Bo najpierw trzeba kupić, potem ugotować, podać, posprzątać, podać następne – gdzie tu jest celebracja?

A jak ktoś śpiewa piosenkę „Zamienię ciebie na lepszy model”, to wszyscy się cieszą, i choć przyznaję, jest to zabawny i przyjemny utwór, to jednak też i smutny. Wszyscy zgodziliśmy się na to, że jesteśmy takimi modelami – głównie do oglądania i oceniania: tu za dużo, tu za krótko, a tu nie ten kolor… Ciągle coś trzeba poprawiać i zmieniać.

Koleżanka powiedziała mi ostatnio, że jak słyszy, że jakaś kobieta zmieniła wszystko: wygląd, pracę, a potem partnera – to zaczyna się o nią martwić.
No bo jest w tym przymus uznania dla jej wielkiej zmiany. Wszyscy mają się cieszyć, że schudła i wszyscy mają się cieszyć, że ma nowego faceta. Ale czasami nowy jest gorszy od starego. Taki przykład: jak pomaluję sobie u kosmetyczki brwi, to się cieszę, że nie muszę ich codziennie malować i dzięki temu dobrze wyglądam od rana i mogę zaoszczędzić czas, ale nie spodziewam się, że dzięki nowym brwiom moje życie się odmieni. Po zmianach spodziewajmy się tylko konkretnych rezultatów, nie magii, raczej zadowolenia niż natychmiastowego szczęścia. Więcej dobrego wyniknie z tego, że dzięki temu, że schudłaś, będziesz bardziej zadowolona. W związku z tym zrobisz więcej miłych i dobrych rzeczy i na więcej będziesz miała ochotę. To są realne plusy. Na tym polega zmiana, ale nie na tym, że nagle świat się w tobie zakocha, bo inaczej wyglądasz. Świat może tego nawet nie zauważyć.

Na wspomnianej liście zmian ta dotycząca partnera była przedstawiona niczym jeden z porządków, jakie możesz zrobić w swoim życiu, tak jak przemeblowanie mieszkania. Trochę się przeciwko temu buntuję...
Rzeczą zrozumiałą w częstszych zmianach partnera jest to, że dzięki postępowi medycyny żyjemy obecnie coraz dłużej i po kilkunastu czy kilkudziesięciu latach może się okazać, że jeden partner nie jest kompatybilny z naszym życiowym rozwojem. Jeżeli para poznała się w podstawówce i od tego czasu są razem, mają dzieci i strasznie długi staż – to dla jednych będzie to cudowne, a dla innych męczące i nudne. Gorzej, jak tylko dla jednej strony będzie męczące, a dla drugiej cudowne. Ludziom w trakcie życia zmieniają się punkty widzenia, po kilkudziesięciu latach mogą mieć zupełnie inne cele, niż mieli na początku znajomości – jeśli partner nie zmienia się w takim tempie i kierunku jak ty, możecie po jakimś czasie nie mieć już ze sobą o czym rozmawiać.

Kiedyś wizja bycia z kimś do końca życia była dla mnie przerażająca. Dziś mogę ze zdziwieniem wyznać, że jestem w niezłym związku od prawie 30 lat, choć z przerwami, i myślę, że to całkiem normalna rzecz. I chwilami fajna. Oczywiście czepiam się go czasami, on mnie też, ale myślę, że każdego bym się czepiała, choć pewnie w innej sprawie. Może więc zmieniamy partnerów, bo chcemy się poczepiać kogoś o inne rzeczy (śmiech).

Ale słyszałam też takie wyznanie – mężczyzny, który ma już czwartą żonę – że dziś widzi, że tak naprawdę mógł być szczęśliwy już z tą pierwszą.
To samo słyszałam od jednej kobitki: „Po cholerę mi trzeci mąż, jak pierwszy był najlepszy”. Jedna z moich pacjentek nazwała to kiedyś ładnie „smok poganiacz” – myślę, że wielu z nas ma go w sobie. Ten smok podpowiada: „Jest dobrze, ale stać cię na więcej”, „Zmień coś, bo jakiś zastój się zrobił” i „Co ludzie powiedzą, że wy ciągle razem, z tym samym chłopem”. Dlatego zdarza nam się czasem psuć całkiem udane związki. Oczywiście każdy bardzo fajny związek z czasem nieuchronnie zmierza do kryzysu, ale po to, by go wspólnie przepracować. Znam wiele przykładów par, które po przepracowanych zdradach dostały takiego wiatru w żagle, że tylko zazdrościć. Przegadali, co trzeba, przyznali, że oddalili się od siebie i że zdrada znów ich zbliżyła – zrozumieli, że wcale nie chcą się rozstawać. Prawda jest taka, że gdyby ludzie dobrze się dobierali, to naprawdę mogliby większość życia przeżyć szczęśliwie w jednym związku. Ale zwykle ludzie nie są dobrze podobierani – czasem łączą się w pary całkiem przypadkowo, a bo ktoś mnie porzucił i teraz chcę pokazać, że wcale nie jestem taka kiepska, a bo nie było kogoś lepszego…

…albo wprawdzie się nie kochamy, ale się lubimy.
O, to już jest bardzo dużo. Wtedy można się tylko zastanowić, co dobrego zrobić, żeby dołożyć tu odrobinę iskry… To może być lepszy początek, niż zacząć od czystej namiętności, bo ta potrafi spalić na węgiel i zostawić związek na zgliszczach. Owszem, są małżeństwa, które tę początkową namiętność potrafiły przekształcić w bardzo głębokie przywiązanie, czyli prawdziwą miłość. Ale to zdarza się rzadko. Moja znajoma mi niedawno wyznała: „Ach, szkoda że ja tego mojego Adama nie spotkałam kilkanaście lat wcześniej, bo ja bym chciała przeżyć z nim całe życie”, na co jej odpowiedziałam, że wtedy pewnie by go nie doceniła.

Często podajesz przykład pary, która pobierała się cztery razy…
Tak, ale my z Edkiem też jesteśmy takim przykładem. Co prawda nigdy się nie pobraliśmy, ale nie raz i nie dwa się rozstawaliśmy, to znaczy, uczciwie mówiąc, to ja się rozstawałam. Dlaczego? Ciężko powiedzieć. Z jednej strony mam głębokie poczucie, że jest to mi najbliższy na świecie człowiek, a z drugiej bardzo mnie wkurza i mi przeszkadza – bo jest zupełnie inny ode mnie. Więc co jakiś czas miałam go zwyczajnie dosyć i mówiłam: „Już dłużej nie dam rady”. Rozstawaliśmy się i wiązaliśmy z innymi partnerami, ale po jakimś czasie wpadaliśmy na siebie i okazywało się, że nie chcemy być z nikim innym, tylko ze sobą. Jest między nami coś, co nas razem trzyma. Niektórzy nazywają to karmą – to ładny pomysł, choć troszkę zdejmujący z człowieka odpowiedzialność...

Kilka lat temu na łamach magazynu opisywaliśmy ciekawe zjawisko: ludzie rozstawali się ze swoimi partnerami i wracali do miłości ze szkolnych czasów.
I czasem byli rozczarowani, a czasem okazywało się to strzałem w dziesiątkę, prawda? Cóż, miłość z czasów szkolnych ma taki żar, świeżość i wbrew pozorom tak wielką głębię, wielkie nadzieje i taką niesamowitą wyjątkowość, że można tęsknić za tym całe życie. Poza tym młodość ma to do siebie, że za nic nie odpowiada – poza sobą i samą miłością.

Dlaczego chcemy wrócić do stanu pierwszego zakochania – z tą samą albo z inną osobą?
Myślę, że jest to swoisty powrót do niewinności. Wszyscy jako bardzo młodzi ludzie mówimy sobie: „Nie będę jak moi starzy, nie będę poganiał swoich dzieci, nie będę krzyczała na męża, nie będę się podlizywać szefowi”, „Będę działać tylko w zgodzie z moimi wartościami”, a kilka lub kilkanaście lat później robisz wszystko podobnie jak rodzice. Kiedy ludzie mają poczucie, że zdradzili swoje ideały, że się sami na sobie zawiedli, to co im zostaje? Dawna miłość na przykład. Może być tęsknotą za otworzeniem nowego rozdziału, powrotem do tego momentu, w którym to dorosłe życie dopiero się zaczynało. Jeśli ludzie byli w stanie zachować w sobie Wewnętrzne Dziecko, które nie dało się stłamsić i zagłuszyć, to powrót do siebie z czasów pierwszej miłości, tej niesamowitej radości i wiary, jest możliwy. Na ile się uda go zachować na dłużej, to już inna sprawa.

Sama znałam cudowną parę, która spotkała się po latach. Byli w sobie zakochani w szkole, potem on wyjechał za granicę i miał cztery żony, z którymi był względnie szczęśliwy, ona została i miała dwóch mężów, z którymi była nieszczęśliwa. Kiedy po kilkudziesięciu latach wrócił do Polski i się spotkali, nie mogli się nadziwić, co robili osobno przez tyle lat. Byli tak zgrani, miało się wrażenie, że nie wkładają w to bycie razem żadnego wysiłku.

Piękny przykład dojrzałego uczucia. Stanu, mam wrażenie, niedocenianego.
Masz rację, przeceniamy stan z początku związku, a nie doceniamy dojrzewania, nie doceniamy odpowiedzialności. Świat ludzki jest, niestety, światem niedorobionym. Większość idzie po linii najmniejszego oporu, bo nie nauczono ich czerpania satysfakcji z przezwyciężania siebie i z uczenia się nowych rzeczy. Nie chwalimy siebie, nie doceniamy swoich osiągnięć i w związku z tym mamy tak mało radości z ciężkiej pracy, jaką wykonujemy.

A jak to przekłada się na związek?
Ano tak: „Ja jestem zmęczona, ty jesteś zmęczony, odczep się ode mnie, sam wiesz, jakie jest to wszystko trudne”. Albo: „Marudzę, bo ty marudzisz, marudzę, bo już nie daję rady”. To, że oboje jesteśmy w podłym stanie, nie jest żadnym powodem do tego, żeby się poczuć blisko, tylko dalej od siebie. A przecież warto powiedzieć sobie: „Ponieważ oboje jesteśmy zmęczeni, zróbmy sobie kąpiel, herbatkę lub napijmy się winka”, a może się zdrzemnijmy, pobawmy z psem, obejrzyjmy z dziećmi jakiś film i chwilowo nic od siebie więcej nie chciejmy. I nie przenośmy na drugą osobę frustracji, którą przynieśliśmy z innego miejsca. Ale to wymaga wysiłku, o wiele łatwiej jest sobie odpuścić. Tym bardziej że tam – w pracy czy na ważnym spotkaniu – się pilnowałaś, a tu to przecież twój chłop, dla niego tak starać się nie musisz.

Jesteśmy milsi dla obcych osób niż dla tych najbliższych?
Wielokrotnie błagałam moją mamę: „Bądź dla mnie tak miła jak dla obcych ludzi albo tych, których nie lubisz”. To jakoś osmotycznie chyba przenika w głąb nas, że na swoich się warczy, a do obcych się mówi: „A dzień dobry pani, ależ nie, nie przeszkadza pani, nic się nie stało”. I kto oberwie potem za taką chwilę sztucznego uśmiechu? Mąż albo dzieci, czyli domownicy.

Porozmawiajmy chwilę o pracy nad związkiem.
Jeśli człowiek jest troszkę kumaty, to wie, że – czegokolwiek by to dotyczyło – ile włoży, tyle wyjmie. Wszyscy wiedzą, że warto inwestować w firmę, bo to się opłaci, ale niewiele się mówi o tym, że warto inwestować też w swój związek i rozwój. W pracy jest to dla nas zrozumiałe, że najpierw jest potrzebny wysiłek, żeby był efekt. A w pozostałych sferach życia oczekujemy, że samo się ułoży.

No ale z drugiej strony, jeśli ciągle musisz w coś wkładać dużo wysiłku – i mówię tu już o związku – to może nie jest on taki dobry, jak ci się wydaje…
Ale co to znaczy „wkładać w coś dużo wysiłku”? Może to, że na przykład zechcecie przez dwa dni nie wychodzić z łóżka? Robicie sobie szlafrokowy weekend, jecie śniadanko i pijecie kawkę w łóżku, gadacie sobie głupoty, co i rusz trochę seksu, troszkę przytulania, troszkę spania, troszkę oglądania filmów, a troszkę drapania po plecach – to jest właśnie wkładanie wysiłku i inwestowanie w związek. Czego przeciwieństwem jest na przykład to, że każde siedzi przy swoim laptopie i nawet na siebie nie spojrzą.

Albo inaczej: wracasz padnięta do domu i on od progu czymś cię denerwuje. Ty, zamiast odruchowo wyładować na nim złość, mówisz: „Chwileczkę, daj mi pięć minut”, wchodzisz do łazienki, bierzesz prysznic, robisz kilka głębokich oddechów…
Tak jest – na tym właśnie polega ta praca i ten wysiłek. Na wstrzymaniu odruchu roszczeniowego Wewnętrznego Bachora, który marudzi i kaprysi, bo chciałby, żeby ktoś go trochę porozpieszczał. Za darmo.

A widzisz, mnie się długo wydawało, że praca polega na tym, żeby wiecznie komuś ustępować, bardziej się starać, myśleć za dwoje, poświęcać się…
Bez poświęcania się mogłoby być na przykład tak – ja w mój związek wkładam więcej wysiłku, ewidentnie. I dawno sobie powiedziałam, że jakbym nie chciała, tobym tego nie robiła. Ja to lubię i ja to umiem. W jednych dziedzinach robię więcej, ale mi to nie przeszkadza – ja urządzam nasze mieszkania, planuję życie towarzyskie i ja zawsze myślę o prezencie, jak do kogoś idziemy. On wiedzie prym w innych sprawach, na przykład technicznych. Jesteśmy dla siebie wzajemnie dobrzy, żadne z nas nie jest męczennikiem miłości. Doceniamy swoją różnorodność i czerpiemy z tego obustronne korzyści.

Sądzisz, że jest możliwa reaktywacja miłości w wieloletnim związku?
Tak, ale pod warunkiem że najpierw zreaktywujemy miłość do samych siebie. Bo wtedy mamy z czego czerpać.

Można się na nowo zakochać we własnym mężu?
Absolutnie.

A czego do tego trzeba?
Przede wszystkim potrzeba zwolnienia obrotów, trzeba popytać samą siebie o to, czego mi brakuje i czy zdobycie tego jest w zasięgu ręki – a bardzo dużo rzeczy jest w zasięgu naszej ręki. Jeśli nie jest, to przestańmy się wreszcie siebie czepiać. To samo dotyczy partnera – jeśli nie jest nam w stanie dać tego, czego chcemy, przestańmy się go czepiać. Zgódźmy się na pewne rzeczy, bo one już inne nie będą. Natomiast są sprawy, które można odświeżyć. Na przykład wprowadzić jakieś wyjątkowo miłe nowe zwyczaje. Powiedzieć coś inaczej niż zwykle, zrobić coś dla drugiej osoby. Oczywiście, jeśli ci się chce. Jeśli ci się nie chce, nie rób nic – tylko potem nie miej pretensji.

Może przydałaby się też zmiana myślenia? Na przykład by zacząć nawyki partnera, które cię do tej pory denerwowały, postrzegać jako jego część składową. Może nawet uroczą. Na zasadzie: „on tak ma, i już”.
Jesteś mądrą kobietą, bo to jest właśnie największa sztuka, kochać kogoś tak po prostu. I z taką całkowitą akceptacją: „on tak ma”. W skrócie o to w tym wszystkim chodzi. Warto też przełożyć to na siebie, powiedzieć sobie i innym: „ja tak mam”. Mnie nie przeszkadza na przykład, jak ktoś mnie krytykuje, mówię wtedy: „Ale tobie się to może nie podobać, ja to rozumiem i nawet szanuję, ale niezbyt mnie to dotyka, bo niespecjalnie mogę coś z tym zrobić, a po drugie, nie zamierzam, więc po co masz sobie gębę strzępić?”. To jest właśnie to pytanie: Po co to robisz? Po co wszyscy to robimy? Odpowiedź jest prosta: dla poczucia czegoś znanego. Zawsze wygrywa to, co znane. Jeśli mieliśmy taki dom lub takie życie, że wiecznie było w nim marudzenie albo narzekanie, albo przynajmniej brak radości i chwalenia, to tego będziemy szukać i oczekiwać w życiu. Chyba że ktoś nad sobą naprawdę mocno popracuje, ale rzadko kto chce.

Co powiedziałabyś kobiecie, która jest po kilku nieudanych związkach i trochę wątpi w miłość…?
Że nigdy nie wiadomo, czy kolejny nie będzie cudny.

A tej, która jest w związku, ale też zaczęła wątpić...
Napisałam kiedyś takie słowa w piosence: „Bo miłości jest tyle, ile trzeba nam. Warto mieć do niej bilet, warto stukać do bram”. Tyle jej jest, więc ją bierzmy. Zacznijmy od akceptacji siebie, a potem akceptacji  tych, co do których nie jesteśmy zbyt szlachetne, że tak to ujmę. Po prostu popracujmy nad sobą. Oczywiście, jeśli ktoś nas rani czy niszczy – to coś zupełnie innego, ale jeżeli on się po prostu uwalił na kanapie, to niech leży. A co ci do tego? Kocury tak mają, że lubią leżeć na kanapie. Bo widzisz, w życiu to jest tak: albo będziesz chciała strasznie dużo rzeczy, które są nierealne, i nie będziesz ich miała, albo zobaczysz to, co masz, i się z tego ucieszysz. Czasu jest tyle, ile nam potrzeba, a życie jest długie i wszystko się w nim zmieści.

Katarzyna Miller -
psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi faceta”, „Daj się pokochać dziewczyno”, „Nie bój się życia”, „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi”, „Kup kochance męża kwiaty” i „Chcę być kochana tak jak chcę” (Wydawnictwo Zwierciadło). 

  1. Psychologia

Kobiety w związku - zamiast walczyć, współpracujmy

Kobiety mają wielką moc budowania lub niszczenia, jednak zawsze lepiej jest budować. (fot. iStock)
Kobiety mają wielką moc budowania lub niszczenia, jednak zawsze lepiej jest budować. (fot. iStock)
My, kobiety, mamy wielką moc budowania lub niszczenia. A zawsze lepiej budować – mówi Karen Berg, duchowa liderka kobiet.

Przez lata walczyłyśmy o swoje miejsce w świecie. Na czym dzisiaj polega nasza rola?
Teraz rola kobiet jest ważniejsza, niż była kiedykolwiek wcześniej. Mężczyznę od wieków był źródłem światła, a kobieta – istotą to światło transformującą. Kobiety były zatem podległe mężczyznom, ale nadszedł czas, kiedy stajemy się sobie równi. Jesteśmy właśnie świadkami tej zmiany. My, kobiety, mamy teraz więcej mocy i zaczynamy jej używać.

Na przykład do zastępowania mężczyzn. Czy o to chodzi?
Skoro przez całe wieki kobiety nie miały miejsca w świecie biznesu, nauki, polityki, więc nic dziwnego, że dzisiaj chcą zajmować stanowiska dyrektorek, prezesek, szefowych. I jeżeli pełnią je zgodnie ze swoimi predyspozycjami, to super. Gorzej, gdy walczą o coś dla samej walki.

Wiele kobiet za wszelką cenę chce udowodnić, że są lepsze, samowystarczalne. I często rzeczywiście takie są, co z kolei psuje relacje między nimi a mężczyznami.
Role kobiet i mężczyzn powinny być równoległe. Rywalizacja, kto jest lepszy, kto silniejszy, przynosi tylko negatywne skutki. Co to zresztą za radość żyć na podbitym terytorium, wcześniej zajętym przez obcych najeźdźców, a teraz przez nas odzyskanych siłą? Tam, gdzie usiłujemy budować na przemocy i nienawiści, nic dobrego nie osiągniemy. Zamiast rywalizacji i współzawodnictwa lepsza jest współpraca, zamiast prób bycia samowystarczalnym – uzupełnianie się, zamiast walki – rozmowa. To żadne odkrycie, wiadomo to już od dawna.

Jak jednak mamy współdziałać, skoro kompletnie się nie znamy? Długo wmawiano nam, że jesteśmy tacy sami, tymczasem ma rację John Gray, pisząc, że kobiety są z Wenus, a mężczyźni z Marsa.
Te różnice są bezdyskusyjne już od początku – to dziewczynki rodzą się silniejsze fizycznie, dlatego więcej ich przychodzi na świat. Potem też szybciej chodzą, mówią, w ogóle szybciej się rozwijają. Kobiety są silniejsze psychicznie, lepiej znoszą ból, inaczej reagują, inaczej postrzegają świat. Nie jesteśmy więc tacy sami, nikt już temu nie zaprzecza. Po co zatem się ścigać, udowadniać, kto jest lepszy? Nie chcę zabrać pracy mężczyźnie, tylko zobaczyć, co możemy zrobić razem. Nie chcę go „wycinać” ani on nie powinien „wycinać” mnie, tylko powinniśmy poszukiwać, gdzie i jak możemy razem współdziałać.

To trudne?
Dla niektórych kobiet rzeczywiście trudne, tak jak dla większości mężczyzn. Ale uważam, że wszystko zależy od nas, kobiet. Bo to my jesteśmy bardziej rozwinięte duchowo, to my dajemy życie i w dużej mierze wychowujemy dzieci, to my jesteśmy bardziej empatyczne i uczuciowe. To my jesteśmy zatem odpowiedzialne za to, żeby zaszczepiać w rodzinie wartości, a także żeby obudzić mężczyzn, bo oni nie rodzą się z takimi predyspozycjami jak my.

Francuski pisarz Grégoire Delacourt powiedział mi w wywiadzie, że różnica między sytuacją kobiet kiedyś a dzisiaj polega na tym, że kiedyś nie mogły mówić „nie”, a teraz mogą. Czy to dobry sposób na zmianę mężczyzn, czy skuteczniejsze są bardziej miękkie metody?
To świetnie, że mówimy „nie”, że dbamy o swoje prawa. Ale jeżeli będziemy to robiły, żeby pokazać, że teraz możemy to robić, to trochę tak, jakby wszystko inne nie miało znaczenia. Nasz umysł jest zupełnie różny od męskiego. My jesteśmy istotami wielozadaniowymi – możemy mieć na ręku dziecko, odbierać telefon, w międzyczasie nastawiać obiad. On jest jednozadaniowy – gdy bawi się z dzieckiem, nie jest w stanie gotować obiadu; gdy pracuje w ogrodzie, nie umie pilnować dziecka. I tak dalej. Rolą zrównoważonej emocjonalnie i duchowo kobiety jest zobaczenie rodziny jako „większego obrazka” i pokazanie swojemu mężczyźnie, jak można pogodzić różne zajęcia. Na tym polega nasza mądrość, żeby uczyć mężczyzn siebie, naszego widzenia świata. Czasami stawianie granic, domaganie się równości, sprawiedliwości nie jest skuteczne. O wiele mądrzejsze natomiast okazuje się pójście na ugodę, wyciągnięcie ręki, rozładowanie atmosfery. Kobieta może być też przyjacielem mężczyzny, a to możliwe wtedy, kiedy rozumie, że on działa inaczej.

I odwrotnie – mężczyzna też może stać się przyjacielem kobiety, a to możliwe wtedy, kiedy zrozumie, że ona działa inaczej niż on.
Absolutnie tak. Najwyższa pora, żeby przestać się nawzajem oskarżać i zacząć siebie poznawać. Z wzajemnym szacunkiem, zrozumieniem i poszanowaniem naszych inności i aspiracji. A my powinniśmy pokazywać, że nie tylko możemy rodzić dzieci i gotować obiady, ale że chcemy też brać czynny udział w tym, co się dzieje w świecie. Musimy jasno to komunikować i uczyć mężczyzn, że jest inny rodzaj porozumiewania się.

Jak to robić? Jak otwierać mężczyzn? Oni mają z tym duży problem.
Poprzez pielęgnowanie więzi. Kobiety są bardzo silne, mają wielką moc budowania lub niszczenia. Chodzi o to, aby budowały. Podam może trochę przerysowany, ale autentyczny przykład: oto atrakcyjna kobieta, mocno skoncentrowana na sobie, nieustannie wszystkiego się domaga: markowych ubrań, drogiego samochodu, zagranicznych wakacji. Jak na to reaguje jej mężczyzna? Szuka więzi w innym związku. Gdyby bardziej dbała o to, co wspólne, o więź duchową, gdyby na przykład zainicjowała więcej wspólnych zajęć, pracę na rzecz innych, ich związek na pewno by przetrwał. I na tym właśnie polega rola kobiety.

Czyli musimy podjąć się jeszcze jednego zadania?
Musimy je zainicjować, bo już jego realizacja zależy w równym stopniu od obu stron. Nie może być tak, że codzienne obowiązki, ta nasza wielozadaniowość, praca gospodyni domowej, opiekunki dzieci, zaopatrzeniowca, sprzątaczki, że to wszystko nas przytłacza i już na nic nie mamy siły. Wymagać od mężczyzn szacunku, współuczestniczenia w pracach domowych, ale też budować więź w rodzinie – oto nasze zadanie. Zaprośmy męża raz w tygodniu na randkę, potem on na pewno zaprosi nas. Dbajmy o czas tylko dla siebie, o czułe gesty, to niesłychanie ważne w związku.

Kobiety nie rwą się do zadań publicznych. Może nie jesteśmy do tego stworzone?
Każda kobieta powinna być sobą. Najważniejsze, żeby czuła się spełniona, zadowolona z tego, kim jest i gdzie jest. Nie powinna rezygnować z pracy publicznej, z pełnienia funkcji w świecie, ale ma prawo poprzestać na byciu matką i żoną. To powinna być jej decyzja, niczego nie może robić wbrew sobie. Musimy iść za swoim powołaniem. Gdyby mnie kazano cały dzień spędzać w domu, byłabym bardzo nieszczęśliwa. Moim powołaniem jest praca z ludźmi, bycie aktywną. Często, niestety, kobiety ukrywają się za domowymi zajęciami, ponieważ nie umieją znaleźć swojej drogi. Nie żyją swoim życiem, tylko życiem dzieci. A gdy te wyfruwają z domu, wpadają w depresję, bo w pewnym sensie tracą wtedy własne życie. Dlatego musimy myśleć też o sobie.

  1. Seks

Budowanie bliskości w związku

By mogła zaistnieć bliskość w związku, niezbędne są: wzajemność, sekretność, emocje i życzliwość. (Fot. iStock)
By mogła zaistnieć bliskość w związku, niezbędne są: wzajemność, sekretność, emocje i życzliwość. (Fot. iStock)
Wszyscy jej pragniemy i wszyscy się jej boimy. Czasem mylona jest z seksem. A przecież ma znacznie szerszy wymiar. Często niedoceniana. Albo demonizowana. Jak stworzyć prawdziwą bliskość w związku?

Wszyscy jej pragniemy i wszyscy się jej boimy. Czasem mylona jest z seksem, a przecież ma znacznie szerszy wymiar. Jak stworzyć prawdziwą bliskość w związku?

O co właściwie chodzi w pragnieniu bliskości? Dlaczego do niej dążymy, po co nam ona? Przecież można być zdystansowanym, chronić dostępu do siebie, nie narażać się na różne nieprzyjemności, zranienia, z odrzuceniem na czele... Owszem, można, tylko że oznacza to życie na pół gwizdka - z zamkniętym sercem, w ciasnym pancerzu. Bez możliwości korzystania ze wszystkich odcieni emocji.

Ziyad Marar, autor książki „Bliskość”, mówi, że dążenie do tytułowej wartości bierze się z głębokiej potrzeby, by ktoś nas znał i byśmy my też znali tego kogoś. Twierdzi nawet, że chodzi tu o pragnienie odkrycia „prawdziwego ciebie” i „prawdziwego mnie” – po to, by je ze sobą połączyć. Z kolei Hinduski mędrzec Osho zwraca uwagę na jeszcze inny aspekt: wchodzenie w intymny kontakt pozwala nam zbliżyć się do nieznanego, oswoić, zaakceptować i przyjąć jako własne.

Cztery składniki bliskości

Zdaniem Ziyada Marara, by mogła zaistnieć bliskość, niezbędne są: wzajemność, sekretność, emocje i życzliwość. Wzajemność – bo nie możesz być blisko z partnerem, jeśli nie ma w nim gotowości, by się otworzyć. Sekretność – bo wchodzicie w obszary niedostępne dla innych, poznajecie swoje pragnienia i pobudki, jakimi się kierujecie, wiecie, co was martwi i porusza. Temperatura emocji jest wyższa niż przy innych kontaktach, a nastawienie z założenia życzliwe.

Mimo to bliskość wywołuje lęk, bo zmusza do odsłonięcia się, ujawnienia pewnych, czasem bolesnych, prawd. Do rezygnacji z mechanizmów obronnych i porzucenia kontroli. To wszystko kojarzy się z zagrożeniem. Sprawia, że bliskość może być pełna napięcia, niestabilna. Chyba nie ma osoby, która nie nosi w sobie ran czy nie poczuła się kiedyś odtrącona. Sęk w tym, że czasem, opierając się na pojedynczych doświadczeniach, spodziewamy się ciosu od wszystkich, którzy się do nas zbliżają. Nakładamy kalki z przeszłości na obecne sytuacje. Gotowi jesteśmy zrobić wszystko, by uniknąć rozczarowań. Chronimy się, dumni z tego, że teraz już potrafimy o siebie zadbać. Tymczasem właśnie dlatego, że jesteśmy dojrzalsi, mocniejsi, lepiej znamy siebie i świat – najlepsze, co możemy zrobić, to zaryzykować! Jeśli czujesz ból z powodu wewnętrznych ran, pamiętaj, że nie zabliźnią się one, jeśli nie zostaną odsłonięte. Potrzebujesz je otworzyć, to jedyna szansa na uzdrowienie.

Z czego bierze się lęk przed bliskością?

Lęk przed bliskością związany jest ze wstydem. Każdy ma takie elementy w sobie, które chciałby ukryć przed innymi. Każdy został kiedyś wyśmiany, umniejszony. Otworzyć się przed partnerem to trochę jak stanąć przed nim nago - bez makijażu, zasłon dymnych, masek. W bliskości chodzi przede wszystkim o prawdę. O to, by ją uznać, ujawnić. Najpierw przed sobą. Osho utrzymuje, że nie ma nic piękniejszego od bycia sobą. Zresztą, jak miałbyś przeżyć coś prawdziwego, jeśli nie jesteś prawdziwy? Z prawdą nie opłaca się chodzić na kompromisy – ostrzega Hindus. Dla prawdy zaryzykuj wszystko; inaczej pozostaniesz w stanie odłączenia. Będziesz robił wiele rzeczy, ale żadna z nich nie przydarzy ci się naprawdę. Będziesz zmieniał miejsca, ale nigdy nigdzie nie dotrzesz. Wszystko stanie się absurdalne. To tak, jakbyś był głodny i wciąż marzył o jedzeniu.

Pierwszy krok to akceptacja samego siebie – nie ma sensu szukać jej u innych. Przyjmij całą prawdę o sobie – o swojej wartości, ale też niedoskonałości. Tylko wtedy możesz zbliżyć się do drugiego człowieka i zbudować intymną relację z samym sobą. Zdaniem Osho, żeby być prawdziwym wobec siebie, należy spełnić trzy warunki:

1. słuchać się w wewnętrzny głos – nie dać się zwieść tym, którzy mówią, jaki masz być, 2. zrezygnować z maski, 3. żyć w teraźniejszości – każde zakłamanie przychodzi z przeszłości albo przyszłości.

Ukrywanie prawdy – pod maską sukcesów czy obojętności – to ogromny wysiłek i strata energii. Osho opowiada, że Aleksander Wielki, po tym, jak podbił świat, zamknął się w swoim pokoju i zapłakał. Wcześniej zdarzało mu się być w poważnych tarapatach, stawał twarzą w twarz ze śmiercią, ale nigdy nie uronił łzy. Dlaczego więc rozkleił się wtedy, kiedy świat leżał u jego stóp? Oto jego odpowiedź: Teraz, gdy odniosłem sukces, wiem, że poniosłem klęskę. Wiem, że stoję w tym samym miejscu, w którym byłem, kiedy zaczął się ten cały nonsens związany z podbijaniem świata. Zdałem sobie z tego sprawę, ponieważ nie ma już innego świata do podbicia; inaczej mógłbym kontynuować podróż, mógłbym podbijać kolejny świat. Teraz nie ma drugiego świata do zdobycia, teraz nie ma nic do zrobienia – i nagle zostałem sam ze sobą.

Nadmiar i niedomiar

Otworzyć serce – czasem wymaga to nie mniejszej odwagi niż podbicie świata. Każde zbliżenie się do drugiej osoby wiąże się z ryzykiem. Ale też esencją życia jest brak bezpieczeństwa, doświadczanie, eksperymentowanie. Próbując się ochronić, niszczysz swoje życie. Pełne zabezpieczenie to śmierć - mówi Osho. Nikt nie obieca ci, że relacja, w którą wchodzisz, będzie w stanie unieść prawdę. Nie przekonasz się, co może ci dać, dopóki tego nie sprawdzisz.

Na pewno warto zadbać o granice. Kiedy potrafisz zachować własną odrębność, łatwiej ci pozwolić sobie na bliskość. Ziyad Marar ostrzega, że brak barier, zbytnia poufałość i otwartość odstraszają bliskość – kiedy całkowicie rezygnujesz z własnej prywatności, paradoksalnie wprowadzasz dystans. Podstawowym warunkiem wpuszczenia kogoś do środka jest absolutna pewność, że można go nie wpuścić albo wyrzucić. 

Bliskość wiąże się z odkrywaniem – pary, które nie mają już przed sobą żadnych tajemnic, mogą stracić dar jej odczuwania. Marar mówi, że w relacjach tańczymy wokół nadmiaru i niedomiaru ujawniania się: Zbyt mało ujawniania – mijamy się okryci pancerzem, zbyt dużo – stajemy się dla drugiej osoby przezroczyści jak powietrze.

Zwykle jednak cierpimy z powodu braku bliskości – ściśnięci lękiem, że drugi człowiek wchłonie nas, odbierze nam wolność, przytłoczy oczekiwaniami. A przecież pozwolenie sobie na bliskość nie oznacza wejścia w stan permanentnego kontaktu z partnerem. Czasami pojawi się potrzeba oddalenia, bycia sam na sam ze sobą - to normalne i zdrowe. Ważne, żebyś pozostawać wtedy blisko siebie. Zadbać o swoje samopoczucie, o dobry kontakt ze sobą. W końcu to najważniejsza relacja w twoim życiu.