1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. „Wychodź poza schematy myślowe” – radzi buddyjska mniszka Pema Chödrön

„Wychodź poza schematy myślowe” – radzi buddyjska mniszka Pema Chödrön

Pema Chödrön, mniszka buddyjska, należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy. (Fot. Susan Lirakis)
Pema Chödrön, mniszka buddyjska, należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy. (Fot. Susan Lirakis)
Za każdym razem, gdy ktoś pytał pewnego mistrza zen, jak się ma, ten zawsze odpowiadał: „Dobrze”. W końcu jeden z jego uczniów powiedział: „Roshi, jak to możliwe, że zawsze dobrze się czujesz? Czy ty nigdy nie masz złego dnia?”. Mistrz zen odpowiedział: „Pewnie, że mam. W złe dni czuję się dobrze. W dobre dni też czuję się dobrze”. Na tym polega równowaga.

Praktykując maitri (miłującą życzliwość), współczucie i radość, szkolimy się w wychodzeniu poza schematy myślowe, w otwieraniu się całym sercem na siebie, na naszych przyjaciół, a nawet na ludzi, których nie lubimy. Rozwijamy obiektywny stan równowagi. Bez tej czwartej niezmierzoności pozostałe trzy są ograniczone przez nawykowe lubienie i nielubienie, akceptowanie i odrzucanie.

Praktykuj bez uprzedzeń we wszystkich obszarach. Ważne jest, aby zawsze robić to dogłębnie i z oddaniem. - Wskazanie treningu umysłu Atiszy
Tradycyjnym wyobrażeniem równowagi jest bankiet, na który zaproszeni są wszyscy. To znaczy, że wszyscy i wszystko bez wyjątku jest na liście gości. Pomyśl o twoim najgorszym wrogu. Pomyśl o kimś, kto mógłby cię skrzywdzić. Pomyśl o Pol Pocie i Hitlerze oraz dilerach narkotykowych zaczepiających młodych ludzi. Wyobraź sobie, że zapraszasz ich na tę ucztę.

Trening równowagi to nauka otwierania drzwi wszystkim, przyjmowania z radością wszystkich istot, zapraszania życia w odwiedziny. Oczywiście będziemy odczuwać strach i niechęć w stosunku do niektórych gości. Na początek pozwalamy sobie tylko na uchylenie drzwi, jeśli to wszystko, co możemy obecnie zrobić, i pozwalamy sobie na zamykanie drzwi, gdy jest to konieczne. Rozwijanie równowagi jest pracą w toku. Dążymy do tego, aby spędzić nasze życie, ćwicząc się w miłości i odwadze, które są potrzebne, żeby przyjąć wszystko, co przychodzi – chorobę, zdrowie, ubóstwo, bogactwo, smutek i radość. Z radością przyjmujemy i poznajemy wszystko.

Równowaga obejmuje coś więcej niż naszą zwykłą ograniczoną perspektywę. Mamy nadzieję, że dostaniemy to, co chcemy, i boimy się stracić to, co mamy – to opisuje nasze trudne jak zawsze położenie. Nauki buddyjskie wskazują na osiem odmian skłonności do odczuwania nadziei i strachu jednocześnie: przyjemność i ból, pochwała i potępienie, zysk i strata, sława i hańba. Dopóki dajemy się wkręcać w którekolwiek z tych skrajnych uczuć, dopóty potencjał drugiego zawsze istnieje. Te skrajności cały czas podążają jedna za drugą. Żaden rodzaj trwałego szczęścia nie jest możliwy do osiągnięcia, gdy tkwimy w  tym cyklu pragnienia i niechęci. Życia nam nie starczy, żeby po ­ zbyć się wszystkiego, co wywołuje w nas lęk, i na koniec zostać tylko z tym, co dobre. Dlatego bodhisattwa pielęgnuje równowagę, szeroki umysł, który nie zawęża rzeczywistości do za i przeciw, lubienia i nie ­ lubienia.

W celu rozwijania równowagi uczymy się, jak uchwycić moment, w  którym zaczynamy czuć pragnienie lub niechęć, zanim zamienią się odpowiednio w zaborczość lub negację. Uczymy się pozostawać w miękkim miejscu i wykorzystujemy nasze uprzedzenia jako pomosty łączące nas z  zamętem, którego doświadczają inni. Silne emocje są pod tym względem bardzo przydatne. Cokolwiek się pojawi – bez względu na to, jak przykre jest to uczucie – może być wykorzystane do zwiększenia poczucia pokrewieństwa łączącego nas z innymi, którzy cierpią z powodu tego samego rodzaju agresji lub pragnienia, którzy tak jak my wpadają w sidła nadziei i strachu. Właśnie w ten sposób dociera do nas, że wszyscy jedziemy na tym samym wózku. Wszyscy mamy dramatyczną potrzebę rozpoznania, co prowadzi do szczęścia, a co do cierpienia.

Ostatnio odwiedziłam przyjaciółkę w ośrodku medytacyjnym. Każdego dnia wiele osób narzekało, że moja przyjaciółka ciągle się spóźnia. Byli z tego powodu niezadowoleni i poirytowani. Za każdym razem używała argumentów, które jej zdaniem usprawiedliwiały spóźnienie. Jej egoizm dawał się wszystkim we znaki. Pewnego dnia podeszłam do niej, kiedy siedziała na ławce. Miała czerwoną twarz i trzęsła się z wściekłości. Była z kimś umówiona i czekała już piętnaście minut, a ta osoba się nie pojawiła. Z trudem powstrzymałam się od komentarza, że jej reakcja jest co najmniej zabawna. Czekałam jednak, by sprawdzić, czy potrafi dostrzec, że role właśnie się odwróciły, że przez wiele lat to ona stawiała innych w takiej sytuacji. Ale nie było żadnej refleksji. Jeszcze nie potrafiła postawić się na ich miejscu. Zamiast tego trwała w gniewie i potęgowała swoją złość, robiąc przesycone wściekłością notatki. Nie była jeszcze gotowa, by poczuć więź z tymi wszystkimi ludźmi, którym kazała na siebie czekać. Tak jak większość z nas nieświadomie zintensyfikowała własne cierpienie. Zamiast pozwolić, by to doświadczenie ją zmiękczyło, wykorzystała je do wzmocnienia swojej zatwardziałości i obojętności.

Trwanie w gniewie i oburzeniu przychodzi z łatwością nawet po latach praktyki. Jeśli jednak uda nam się skontaktować z bezbronnością i bezradnością żalu czy wściekłości lub jeszcze innego uczucia, może pojawić się szersza perspektywa. W momencie, gdy zdecydujemy trzymać się tej energii, zamiast ją odrzucić lub stłumić, ćwiczymy się w równowadze, w myśleniu wykraczającym poza dobro i zło. W ten sposób wszystkie cztery niezmierzoności ewoluują z ograniczonych do bezgranicznych: ćwiczymy się w wychwytywaniu momentów, kiedy nasze myśli zmieniają się w twarde przekonania, i robimy wszystko, co w naszej mocy, aby je zmiękczyć. Bariery znikają dzięki zmiękczaniu.

Praktykowanie równowagi

Praktykowanie równowagi na miejscu polega na chodzeniu ulicami z intencją pozostania jak najbardziej świadomym wobec każdego, kogo spotykamy. Jest to szkolenie się w emocjonalnej uczciwości wobec siebie i stawaniu się bardziej przystępnym dla innych. Kiedy mijamy ludzi, skupiamy uwagę na tym, czy się otwieramy, czy zamykamy. Zauważamy, czy czujemy zainteresowanie, niechęć, czy obojętność, bez dodawania niczego więcej, bez oceniania.

Możemy współczuć komuś, kto wygląda na przygnębionego, lub radować się z kimś, kto uśmiecha się do siebie. Możemy odczuwać strach i niechęć do drugiej osoby, nawet nie wiedząc dlaczego. Zauważanie, gdzie się otwieramy i gdzie zamykamy – bez pochwał i obwiniania – jest podstawą naszej praktyki. Ten sposób praktykowania, choćby w czasie krótkiego spaceru, otworzy nam oczy na wiele spraw. Możemy w  tej praktyce pójść jeszcze dalej, wykorzystując to, co się pojawia, jako podstawę do odczuwania empatii i zrozumienia. Zamknięte uczucia, takie jak strach czy wstręt, pozwalają zrozumieć, że inni również dają się w ten sposób złapać. Otwarte stany, takie jak życzliwość i radość, również pozwalają na bardzo osobisty kontakt z ludźmi, których mijamy na ulicach. Tak czy inaczej, rozszerzamy nasze serca.

Podobnie jak w przypadku pozostałych niezmierzoności, formalna praktyka równowagi składa się z siedmiu etapów. Równowaga pojawia się wtedy, kiedy mamy poczucie przestronności i swobody, które nie tkwi w pułapce preferencji lub uprzedzeń. Możemy życzyć sobie i tym, których kochamy, abyśmy przebywali w tym poczuciu wolności. Następnie rozszerzamy tę aspirację na naszego przyjaciela, na osoby neutralne i na naszego wroga. Wtedy naszą aspiracją jest, abyśmy my i pozostali mogli żyć w równowadze. W końcu możemy rozszerzyć tę aspirację na wszystkie istoty w czasie i  przestrzeni. „Oby wszystkie istoty żyły w wielkiej równowadze, wolne od namiętności, agresji i uprzedzeń”.

Możemy również praktykować równowagę przed rozpoczęciem praktyki miłującej życzliwości czy współczucia. Po prostu zastanawiamy się, ile cierpienia wynika z pragnień i z niechęci, ile jest wynikiem strachu przed utratą szczęścia, a ile jest wyrazem przekonania, że niektórzy ludzie nie są godni naszego współczucia czy miłości. Potem możemy wyrazić życzenie, aby mieć siłę i odwagę, żeby odczuwać nieograniczone maitri i nieograniczone współczucie dla wszystkich istot bez wyjątku – łącznie z tymi, których nie lubimy i których się boimy. Z taką intencją rozpoczynamy siedmioetapową praktykę.

Jak mówi Sutra maitri: „Nieograniczony umysł pozwala otoczyć opieką wszystkie żywe istoty, promieniując życzliwością na cały świat, powyżej, poniżej i dookoła, bez żadnych ograniczeń”. Praktykując równowagę, ćwiczymy się w poszerzaniu naszego kręgu zrozumienia i współczucia na tyle, żeby objąć dobro i zło, piękno i brzydotę. Jednakże bezgraniczna równowaga, wolna od jakichkolwiek uprzedzeń, nie jest tym samym, co ostateczna harmonia, gdzie wszystko w końcu się zrówna. Jest to bardziej kwestia bycia w pełni zaangażowanym we wszystko, co nas spotyka. Możemy nazwać to życiem w pełni.

Ćwiczenie się w równowadze wymaga zostawienia za sobą pewnego bagażu: na przykład komfortu odrzucania jakiejś części naszego doświadczenia oraz negowania bezpieczeństwa wynikającego z przyjmowania tylko tego, co przyjemne. Odwaga niezbędna do kontynuowania tego rozwijającego się procesu wynika ze współczucia dla siebie i z dania sobie tyle czasu, ile potrzeba. Jeśli będziemy praktykować w ten sposób przez kolejne miesiące i lata, poczujemy, że nasze serca i umysły się powiększają. Kiedy ludzie pytają mnie, jak długo to trwa, mówię: „Co najmniej tak długo, jak długo będziesz żył”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Ucieczka od lęku i niepewności. Dokąd prowadzi nas ego? – wyjaśnia buddyjska mniszka Pema Chödrön

Pema Chödrön, mniszka buddyjska, należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy. (Fot. Susan Lirakis)
Pema Chödrön, mniszka buddyjska, należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy. (Fot. Susan Lirakis)
Albert Einstein mówił, że „Człowiek jest częścią całości, którą nazywamy wszechświatem. Ograniczony przez przestrzeń i czas, doświadcza siebie samego. Jego myśli i uczucia są oddzielone od całej reszty – swego rodzaju optycznego złudzenia świadomości. To złudzenie jest dla nas jak więzienie, które ogranicza nas do własnych upodobań oraz przychylności dla nielicznych nam bliskich. Naszym celem musi być wyzwolenie się z tego więzienia poprzez rozszerzenie horyzontów naszego rozumienia i współczucia, aż obejmie wszystkie żywe istoty i całą naturę w jej urodzie”.

Jak zauważył Albert Einstein, tragedia traktowania siebie w taki sposób, jakbyśmy byli oddzieleni od innych, polega na tym, że to złudzenie staje się więzieniem. Jeszcze smutniejsze jest to, że perspektywa wolności wytrąca nas z równowagi. Kiedy znikają bariery, a mury zaczynają pękać, nie wiemy, co robić. Potrzebujemy więcej informacji o tym, co się z nami dzieje. Musimy wiedzieć, że dorastaniu towarzyszą strach i dygot, a odpuszczenie wymaga odwagi. Znalezienie odwagi do tego, by udać się w miejsca, które nas przerażają, nie może nastąpić bez współczującego wglądu w  działanie ego. Zadajemy więc sobie pytanie: „Co mam robić, kiedy czuję, że nie mogę poradzić sobie z tym, co się dzieje? Skąd czerpię siłę i w czym pokładam zaufanie?”.

Budda nauczał, że elastyczność i otwartość dają siłę, a  ucieczka od bezzasadności osłabia nas i  przynosi ból. Ale czy rozumiemy, że kluczem jest konfrontacja z nią? Otwartość nie bierze się z opierania się naszym lękom, ale z ich dokładnego poznania. (…)

Poznajemy strategie i przekonania, których używamy do wznoszenia murów. Zadajemy sobie pytania: jakie są historie, które sobie opowiadam?, co mnie odpycha i co mnie pociąga? Zaczynamy interesować się tym, co się dzieje. Nie oceniamy tego, co widzimy, po pro[1]stu patrzymy na tyle obiektywnie, na ile to możliwe. Możemy obserwować siebie z poczuciem humoru, unikając nadmiernej powagi, moralizowania i  zdenerwowania w  związku z  tą obserwacją. Rok po roku szkolimy się w  pozostawaniu otwartym na wszystko,  co się pojawia. Powoli, bardzo powoli pęknięcia w ścianach zdają się rozszerzać i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki bodhiczitta zaczyna swobodnie płynąć.

Wsparciem w procesie odblokowywania bodhiczitty jest nauka trzech władców materializmu. Są to trzy sposoby, które wykorzystujemy do ochrony przed zmiennym, niedającym się zdefiniować światem, trzy strategie, których używamy, aby zapewnić sobie iluzję bezpieczeństwa. Nauka ta stanowi zachętę do tego, żeby zapoznać się ze strategiami ego, żeby wyraźnie zobaczyć, że sposoby, w których szukamy pocieszenia i ulgi, tylko wzmacniają nasze obawy.

Pierwszy z trzech władców materializmu nazywany jest władcą formy. Reprezentuje sposób, w jaki chcemy być postrzegani przez świat zewnętrzny, żeby mieć solidne oparcie. Możemy zacząć zwracać uwagę na nasze metody ucieczki. Co mam robić, gdy jestem niespokojny i  przygnębiony, znudzony lub samotny? Czy „terapia zakupowa” to mój sposób na radzenie sobie? Czy też sięgam po alkohol lub jedzenie? Czy pocieszam się narkotykami lub seksem? Czy szukam przygód? Czy wolę zanurzyć się w piękno natury lub wspaniałe przeżycia, których dostarcza naprawdę dobra książka? Czy wypełniam czas, rozmawiając przez telefon, surfując po sieci lub godzinami oglądając telewizję?

Niektóre z tych metod są niebezpieczne, inne zabawne, jeszcze inne całkiem nieszkodliwe. Tak naprawdę możemy nadużywać dowolnej substancji lub czynności, aby uciec od niepewności. Kiedy uzależniamy się od władcy formy, przyczyniamy się do eskalacji cierpienia. Nie jesteśmy w stanie odczuwać trwałego zadowolenia bez względu na to, jak bardzo się staramy. Natomiast właśnie te uczucia, od których staramy się uciec, stają się silniejsze.

Ból spowodowany przez władcę formy może wyjaśnić historia myszy, która daje złapać się w pułapkę, ponieważ nie może powstrzymać się od zjedzenia sera. Dalajlama dokonuje interesującego zwrotu akcji na bazie tego porównania. Opowiada, że w dzieciństwie próbował w Tybecie łapać myszy nie dlatego, że chciał je zabić, ale dlatego że chciał je przechytrzyć. Mówi, że myszy w Tybecie muszą być mądrzejsze od myszy z innych krajów, bo nigdy nie udało mu się ich złapać. Efekt był taki, że myszy stały się dla niego wzorem oświeconego postępowania. Uważał, że w przeciwieństwie do większości z nas myszy zorientowały się, że najlepszą rzeczą, jaką mogą dla siebie zrobić, jest rezygnacja z krótkotrwałej przyjemności zjedzenia sera na rzecz długotrwałej przyjemności  życia. Zachęca nas do pójścia za ich przykładem.

Bez względu na to, w jaką pułapkę wpadniemy, naszą typową reakcją jest brak zainteresowania tym, co się dzieje. Nie analizujemy w sposób naturalny strategii ego. Większość z nas po prostu bezmyślnie sięga po coś znanego, kojarzącego się z ulgą, a następnie zastanawia się, dlaczego nadal jest niezadowolona. Nowatorskie podejście praktyki bodhiczitty polega na tym, że skupiamy uwagę na tym, co robimy. Nie osądzając, szkolimy się w  przyjmowaniu tego, co się dzieje, z życzliwością. W  końcu możemy postanowić, że rezygnujemy ze starych sposobów krzywdzenia siebie.

Drugi z trzech władców materializmu jest władcą mowy. Ten władca reprezentuje sposób, w jaki wykorzystujemy wszelkiego rodzaju przekonania, żeby dać sobie złudzenie pewności co do natury rzeczywistości. Każdy z  izmów  – polityczny, ekologiczny, filozoficzny czy duchowy – może być przez to niewłaściwie wykorzystany. Polityczna poprawność jest dobrym przykładem tego, jak działa władca mowy. Kiedy wierzymy w poprawność naszego poglądu, patrzymy na skłonności innych ludzi w ograniczony, pełen uprzedzeń sposób.

Na przykład jak reaguję, gdy kwestionowane są moje opinie na temat rządu? Co robię, gdy inni nie zgadzają się z moimi poglądami na temat homoseksualizmu, praw kobiet lub środowiska? Co się dzieje, gdy kwestionuje się moje poglądy na temat palenia i picia? Co robię, gdy nikt nie podziela moich przekonań religijnych?

Osoby, które zaczynają przygodę z buddyzmem, zazwyczaj mają entuzjastyczne nastawienie do medytacji czy nauk buddyjskich. Czujemy się częścią nowej grupy, cieszymy się, że mamy nową perspektywę. Ale czy wtedy oceniamy ludzi, którzy widzą świat inaczej? Czy zamykamy nasze umysły na innych, ponieważ nie wierzą w karmę?

Problem nie tkwi w samych przekonaniach, ale polega na tym, jak ich używamy, aby poczuć się pewnie i przekonać innych, że się mylą, albo jak je wykorzystujemy do tego, aby uniknąć poczucia niepokoju związanego z brakiem wiedzy o tym, co się dzieje. Przypomina mi to człowieka, którego znałam w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku, a którego pasją było protestowanie przeciwko niesprawiedliwości. W chwili zażegnania konfliktu człowiek ten pogrążał się w swego rodzaju mroku. Kiedy pojawiał się nowy powód do demonstrowania oburzenia, znowu wpadał w ekscytację. (…)

Nawet uzasadnione przekonanie, że mamy rację, może sprawić, że wpadniemy w sidła władcy mowy. Jeśli jednak zauważymy, że zaczynamy pałać świętym oburzeniem, to pewny znak, że posunęliśmy się za daleko i że nasza zdolność do dokonywania zmian słabnie. Przekonania i ideały stanowią prostą drogę do stawiania murów.

Trzeci władca – władca umysłu – stosuje strategię najbardziej wyrafinowaną i podstępną ze wszystkich władców. Wchodzi do gry, gdy staramy się uniknąć niepewności poprzez ucieczkę w odmienne stany świadomości. Istnieje na to wiele sposobów. Możemy wykorzystywać do tego narkotyki, sport, zakochiwanie się albo praktyki duchowe. Te szczególne stany uzależniają. Tak dobrze jest uwolnić się od naszych prozaicznych doświadczeń. Chcemy więcej. Na przykład osoby rozpoczynające praktykę medytacyjną często oczekują, że dzięki treningowi będą mogły wyjść poza ból zwykłego życia. Jest co najmniej rozczarowujące, gdy słyszą, że powinny sięgać w głąb rzeczy, jednocześnie pozostając otwartymi na nudę i na rozkosz.

Czasami, nie wiadomo dlaczego, ludzie mają niesamowite doświadczenia. Niedawno pewna prawniczka opowiedziała mi, że kiedy stała na rogu ulicy i czekała na zmianę świateł, stało się coś niezwykłego. Nagle jej ciało zaczęło się rozszerzać aż do momentu, gdy stało się tak ogromne jak cały wszechświat. Instynktownie poczuła, że ona i kosmos stanowią jedno. Nie miała wątpliwości, że to prawda. Wiedziała, że nie jest oddzielona od wszystkiego innego, jak wcześniej przypuszczała.

Nie trzeba dodawać, że to doświadczenie wstrząsnęło jej przekonaniami i sprawiło, że zadała sobie pytanie, co robimy z naszym życiem, spędzając tyle czasu na próbach ochrony naszego iluzorycznego terytorium. Zrozumiała, że ta niefortunna postawa prowadzi do wojen i przemocy, których jest coraz więcej na całym świecie. Problem pojawił się, kiedy postanowiła trzymać się swoich doświadczeń, gdy chciała je odzyskać. Zwykłe postrzeganie nie było już satysfakcjonujące: sprawiło, że odczuwała niepokój i brak kontaktu. Czuła, że jeśli nie będzie mogła pozostać w tym odmiennym stanie, wkrótce po prostu umrze.

W latach sześćdziesiątych znałam ludzi, którzy codziennie brali LSD, wierząc, że pozwoli im to utrzymać stan uniesienia. Tymczasem to wypalało ich mózgi. Nadal znam mężczyzn i kobiety, którzy są uzależnieni od zakochiwania się. Tak jak Don Juan nie mogą znieść, kiedy początkowy blask zaczyna gasnąć. Cały czas szukają kogoś nowego.

Nawet jeśli doświadczenia szczytowe, na granicy mistycyzmu, pokazują nam prawdę i potwierdzają sens wykonywanych praktyk, to w zasadzie nie są one niczym wielkim. Jeśli nie potrafimy zintegrować ich ze wzlotami i upadkami naszego życia, jeśli będziemy się ich kurczowo trzymać, będą nam przeszkadzać. Możemy uważać, że te doświadczenia są ważne, ale potem musimy pójść dalej i nauczyć się dogadywać z sąsiadami.

Wtedy nawet najbardziej niezwykłe spostrzeżenia mogą mieć wpływ na nasze życie. Jak powiedział dwunastowieczny tybetański jogin Milarepa, gdy usłyszał o szczytowych doświadczeniach swojego ucznia Gampopa: „Nie są one ani dobre, ani złe. Medytuj dalej”. Problemem nie są same stany, tylko ich uzależniające właściwości. Nieuniknione jest, że jeśli coś idzie w górę, kiedyś musi zejść w dół, a jeśli schronimy się we władcy umysłu, jesteśmy skazani na rozczarowanie.

Każdy z nas ma różne nawykowe taktyki uciekania przed życiem takim, jakie jest. Krótko mówiąc, takie jest przesłanie trzech władców materii. Ta prosta nauka to, jak się wydaje, biografia każdego z nas. Kiedy używamy tych strategii, tracimy zdolność do radowania się czułością i zdumieniem, do których mamy dostęp nawet w najbardziej prozaicznych sytuacjach. (…)

Fragmenty pochodzą z książki Pemy Chödrön „Odważne życie. Jak być nieustraszonym w dzisiejszym świecie”.

  1. Psychologia

Podróż do środka siebie - jak i kiedy najlepiej w nią wyruszyć?

W podróż do środka siebie warto wyruszyć w nowym roku, w okolicy okrągłych urodzin lub wtedy, gdy czujesz zwątpienie, niespełnienie i pustkę. (Fot. iStock)
W podróż do środka siebie warto wyruszyć w nowym roku, w okolicy okrągłych urodzin lub wtedy, gdy czujesz zwątpienie, niespełnienie i pustkę. (Fot. iStock)
Warto w nią wyruszyć w nowym roku, w okolicy okrągłych urodzin, a zwłaszcza wtedy, kiedy czujesz zwątpienie, niespełnienie i pustkę. Terapeutka Psychologii Procesu Agnieszka Kramm wyjaśnia, jak wielką rolę w takiej podróży mogą odegrać sny, postaci z mitów, bajek czy popkultury.

 

Sytuacja, jaka obecnie jest na świecie, ale też przekroczenie pewnego wieku, początek roku czy kryzys w życiu osobistym – sprawiają, że zadajemy sobie pytanie: „Czy na pewno tak powinno wyglądać moje życie?!”. Chcemy coś zmienić, ale nie bardzo wiemy, co...
To jest bardzo częste zjawisko. Gdybym miała podać powody, dlaczego ludzie idą na terapię lub zaczynają zagłębiać się w siebie, to byłby to jeden z najważniejszych. Czyli człowiek dochodzi do takiego momentu, w którym okazuje się, że pewne role i zadania, ale też pewne pomysły na życie przestają działać. Pojawia się rodzaj pustki, braku, niespełnienia. Ponieważ przeważnie pracuję z kobietami, skupię się na tym, jak ta kwestia wygląda w ich przypadku, bo jest trochę odmienna niż u mężczyzn.

Na czym polega ta różnica?
Kobiety często zdają sobie sprawę z tego, że model, w jakim do tej pory funkcjonowały, jest typowo męski, żeby nie powiedzieć: patriarchalny. Czyli związany z działaniem i zdobywaniem, robieniem kariery zawodowej. A taki paradygmat, po pierwsze, nie oddaje pełni kobiecej natury, a po drugie, wiąże się z nieustającym eksploatowaniem samej siebie. Inna sprawa to fakt, że kobiety częściej niż mężczyźni dochodzą do wniosku, że wiele wzorców zostało im narzuconych, i dotyczą one zarówno tego, jak mają wyglądać, jak i czego powinny pragnąć.

Bardzo często słyszę to od kobiet. Że realizują plan na życie, który nie do końca jest ich.
Mówią: „No dobrze, jestem matką, żoną, mam mieszkanie, psa i całkiem fajną karierę, a w ogóle nie czuję satysfakcji”. Przy czym: „nie czuję satysfakcji” to jest ten bardzo lekki poziom rozczarowania, dużo gorzej, kiedy pojawia się poczucie wypalenia albo gdy budzisz się rano i kompletnie nic nie czujesz. To są momenty wręcz depresyjne. I często dotyczy to kobiet, którym inne kobiety wszystkiego zazdroszczą.

Przychodzą do pani i słyszą: „Szłaś złą drogą?”.
Nie, nie chodzi o to, że wszystko było złe. Ale że najwyższa pora coś zmienić, pojawia się potrzeba znalezienia głębszego  sensu  życia. To oczywiście nie oznacza, że ta nowa droga z sensem będzie tylko miła i przyjemna, że od teraz będzie wieczna zabawa.

Ja bardzo lubię swoją pracę. Kiedy zamykamy numer, często czuję się wyczerpana i przemęczona, ale gdy jest już na rynku, przychodzi też satysfakcja, duma. Mój energetyczny bak znów zostaje zapełniony. Problem pojawia się chyba wtedy, kiedy bak jest ciągle pusty. Czy to znak, że ktoś za dużo pracuje, czy że jednak nie robi czegoś, co go „napełnia”?
Najlepiej byłoby sprawdzić obie te hipotezy, ale dużo częstsza jest taka: „To, co robię, mnie napełnia, ale robię tego za dużo, nie ma przeciwwagi, drugiej strony”. A ta druga strona, zwłaszcza u kobiet, musi się pojawić. Wypalenie, depresja są często właśnie wołaniem tej drugiej strony.

Czym jest ta druga strona? Co nas woła?
W największym skrócie – dusza. Przeciwwaga dla działania, osiągania, zdobywania i wiecznej aktywności. Aby się z nią spotkać, potrzebujemy wejść w głąb siebie. Jest mnóstwo bajek i mitów na ten temat, a mity i baśnie pokazują pewne archetypy, czyli nieuświadomione, głębokie pragnienia i tendencje. Jednym z takich mitów jest mit o Demeter i Persefonie. Opowiada o tym, że życie jest cyklem. Tego się nas wcale nie uczy, w związku z tym nie dajemy sobie przyzwolenia na to, by też nie działać. A niedziałanie jest nam bardzo potrzebne. Po pierwsze, po to, by odpocząć. Po drugie, by zajrzeć w głąb siebie i spotkać się z tym, co tam się znajduje. Bo jest czas na to, że Demeter i Persefona, matka i córka, się spotykają i wszystko rozkwita. Jest wiosna, lato, słońce i czas plonów. Potem jednak Persefona musi zejść do podziemia, a na zewnątrz świat zamiera – jest jesień, zima, liście opadają, nic nie kwitnie. My też musimy czasem zejść do podziemia. To naturalne. I są na to potrzebne czas i przestrzeń. Nie da się tego robić jednocześnie, czyli pracować 24 godziny na dobę i mieć czas na bogate życie psychiczne i duchowe. A ono również domaga się naszej uwagi. Ono też woła, czasem tak głośno, że manifestuje się poprzez chorobę psychosomatyczną czy depresję.

Już usłyszałyśmy ten głos, co możemy teraz zrobić?
Przede wszystkim trzeba się zatrzymać. Polecam bardzo książkę „Podróż bohaterki” Maureen Murdock. Autorka, uznana jungistka, pisze, że kiedy już się wyruszy w podróż do środka siebie, to trzeba wiedzieć, że nie będzie tu żadnych map i wytycznych. Można się wspierać różnymi narzędziami, po to są m.in. kręgi kobiet, terapia, medytacja czy kontakt z przyrodą, ale cel jest jeden: spotkać siebie. A to odbywa się głównie poprzez obserwację, nie poprzez działanie. Co obserwuję? To, jakie emocje się we mnie pojawiają i co mi się śni.

Sny są ważne w takiej podróży?
Ogromnie ważne. Psychika, dusza mówią do nas właśnie snami.

Ale robią to nie zawsze w języku, który rozumiemy...
Można się go nauczyć. To język symboli, metafor i energii, ale nie takich jak w sennikach. Każdy sam jest dla siebie słownikiem symboli i metafor.

Sama wiem, jak zinterpretować swój sen?
Bo wiem, co dla mnie znaczą różne elementy tego snu.

Powiedzmy, że śni mi się podróż i ciągle się w tym śnie przemieszczam, w dodatku spotykam różnych ludzi – zarówno tych realnych, z mojego życia, jak i postaci z filmów czy książek, które oglądam lub czytam.
Pewne elementy snów są dla nas wszystkich wspólne, archetypiczne. Podróż to taki właśnie archetyp. Oznacza zmianę, czasem nawet zmianę tożsamości, albo jej potrzebę. Sny, wbrew temu, co myślimy, nie pokazują, co się stanie, ale co jest nam potrzebne, ukazują tendencje naszego rozwoju. Czyli warto zadać sobie pytania: w jakim aspekcie mojego życia muszę w tę podróż wyruszyć? Gdzie jest zbyt wielka stagnacja, gdzie jestem zbyt „zatrzymana”? W następnej kolejności warto popatrzeć na osoby, które spotykam w tej podróży ze snu. Z czym one mi się kojarzą? Jaką jakość wnoszą, jaką mają energię, kim one są dla mnie? Gdybym miała opisać je zupełnie obcej osobie, to co jest w nich takiego specyficznego i indywidualnego? Warto to ustalić, bo to znaczy, że ten kawałek jest mi potrzebny w podróży. Może muszę go bardziej rozwinąć albo jest dla mnie najbardziej trudny. Ale na pewno mieści się w nim coś ważnego. I to jest właśnie ten indywidualny odbiór.

Sny są cudowną materią do pracy nad sobą, już Zygmunt Freud mówił o nich „królewska droga do nieświadomości”. Można je zapisywać w postaci słów, można robić mapy snów, można je rysować... Co więcej, kiedy wyruszamy w taką wewnętrzną podróż, miewamy zwykle więcej snów i są one bardziej wyraziste i znaczące niż zwykle. I mówią to nawet ci, którzy nigdy nie śnią.

Co jeszcze obserwujemy, oprócz snów?
Emocje oraz ciało. Co się w nim dzieje? Co ono czuje? Czego potrzebuje? Jak reaguje na różne sytuacje, emocje i bodźce? W ten sposób wchodzimy też w bliższy kontakt z naszym Wewnętrznym Dzieckiem, czyli tą częścią nas, która cała jest zbudowana z potrzeb. Kiedy nakarmimy, uspokoimy i uszczęśliwimy to nasze Dziecko, odnajdziemy właściwą drogę do siebie.

Często będą to rzeczy, które z punktu widzenia świata uzgodnionej rzeczywistości, czyli świata działania i osiągania, nie będą szczególnie atrakcyjne. Dziecko rzadko chce zostać dyrektorem, zwykle chce dostać psa albo iść na spacer, więcej czasu spędzać z przyjaciółmi albo chce leżeć i robić nic! To często jest właśnie pierwszy etap takiej podróży: pozwolenie sobie na leżenie i nicnierobienie.

Żyjemy w bardzo silnym paradygmacie produktywności, boimy się, że jeśli się zatrzymamy, to się rozpadniemy. Ale my właśnie mamy się rozpaść. I tak to się wkrótce stanie, lepiej więc z tym współdziałać, niż być w kontrze, bo wtedy się rozpada z jeszcze większym hukiem. Ludzie mówią: „czuję, że jeśli się położę, to już nie wstanę”. To nieprawda, tak się nigdy nie dzieje, ale może przez tydzień rzeczywiście tylko poleżymy.

Czyli: śnimy, leżymy, obserwujemy siebie i swoje potrzeby. A jeśli mamy ochotę na jakiś serial czy książkę, może te, które już widziałyśmy czy czytałyśmy setki razy? Czego mamy w nich szukać? Jak odnaleźć w nich tę brakującą cząstkę siebie, to „coś”?
No właśnie tego nie da się opisać na zasadzie: „jest różowe i pachnie wanilią”. Gdy to się znajdzie, to się po prostu wie. Nazywam to poczuciem mocy osobistej, w której jest miejsce na siłę, ale również na słabość.

Kolejny etap stanowi zbudowanie pomostu pomiędzy tym, co jest we mnie, a światem, czyli zrobienie na to, co odnalazłam, miejsca w swoim życiu. I zawodowym, i osobistym. Ale też bądźmy świadome, że to czasem zadanie na parę miesięcy. Albo i lat – i to jest w porządku.

Wielu kobietom pomaga zrobienie listy pod tytułem „Kim jestem?”. Co się tam najpierw pojawi?
Najpierw pojawiają się role, które odgrywamy w życiu. Czyli: jestem żoną, matką, prawniczką... Dopiero potem robi się miejsce na dużo głębsze poczucie, kim jestem Ja, właśnie Ja. To chyba dobra pora, żeby wspomnieć o micie osobistym...

Czym jest mit osobisty?
Carl Gustav Jung jako pierwszy powiedział, że jest coś takiego jak osobista historia, która dzieje się przez całe twoje życie, takie trochę „po co tu jestem?”, i ma to wiele wspólnego z głębokim poczuciem sensu. Mit osobisty to podstawowy wzorzec, motyw, ale też twoje wyzwania i zadania. To coś więcej niż codzienne obowiązki, to siła, która nami kieruje, historia, jaka chce się wypełnić. Nie chodzi o to, że nasze życie jest przez coś zdeterminowane, niezależne od naszej woli, tylko że właśnie ma głębszy sens. Indianie wierzą, że każda dusza przychodzi na ten świat po coś, tylko kiedy już się rodzi, to zapomina po co. I jej życiowym zadaniem jest to sobie właśnie przypomnieć.

Co może być naszym mitem osobistym?
Zwykle odnajdujemy go, cofając się do pierwszego snu z dzieciństwa albo analizując powtarzające się sny. Sam fakt, że one się powtarzają, znaczy, że zawierają ważny wzorzec, coś do odkrycia. Na przykład jedna z kobiet, z którą pracowałam nad odnalezieniem jej mitu osobistego, była bardzo zadaniowa, skupiona na różnych celach i wysoko produktywna. Miała też powtarzający się sen, śniony już w dorosłości, że tańczy: z kimś, czyli w parze, albo sama. Rzeczą do nauczenia czy zrozumienia, tym, co było jej potrzebne, czyli jej lekarstwem na różne bolączki – bo tym też jest mit – było to, by nauczyła się bardziej tańczyć w swoim życiu. Czyli chodziło o lekkość, przyjemność i radość. Metafora tańca była tym, co w sposób bardziej świadomy potrzebowała wnieść do swojego życia.

Jej mit mówił: „życie jest tańcem”.
Zgadza się. Inna historia z mojego gabinetu dotyczyła pierwszego snu z dzieciństwa. Dziewczynę goniły wilki, czego oczywiście bardzo się bała, ale w snach często to, czego się boimy, jest tym, co najbardziej nam potrzebne. Chodziło więc, by połączyła się z energią wilków, częściej używała kłów i pazurów. Na co dzień była bardzo miłą i grzeczną osobą, trzymającą się zasad, a potrzebowała zaufać swoim instynktom.

A można też doszukać się swojego mitu w ulubionych bajkach, książkach lub filmach? Powiedziała pani o wilkach, mnie przyszły na myśl wampiry. Wiele osób, w tym ja, uwielbia filmy i książki o nich.
Ja też. Seriale o wampirach to moje guilty pleasure. Kocham wampiry!

Co takiego w sobie mają, że tak je kochamy?
Wampiry to bardzo ciekawy, kulturowy symbol. Reprezentują bardzo wypartą, dziką część nas. Z jednej strony są ludźmi, z drugiej – zwierzętami.  Mają w sobie ogromną siłę, jakąś pierwotność. Krew, którą piją, ja rozumiem jako coś żywego. Nie żywią się byle czym, a esencją życia.

Są też bardzo egoistyczne, pozwalają, by ich pragnienia były ważniejsze niż innych.
Zdecydowanie tak. I uwielbiają rządzić innymi. Powiedziałabym tak: jeśli ktoś bardzo lubi czytać o wampirach lub często mu się śnią, wskazówką dla niego jest „stań się wampirem w swoim życiu”. Czyli stawiaj swoje pragnienia na pierwszym miejscu i ustal, co jest tą „krwią”, bez której nie przeżyjesz. Żyw się nią.

Dla wielu kobiet ważną postacią jest czarownica. Od kilku lat obserwuję odradzanie się kultu współczesnych wiedźm. Mnie kojarzy się to z powrotem do natury, z uznaniem, że jesteśmy połączeni ze wszystkim, co żyje. Ale wiedźma to dla mnie też mądrość, moc, wiedza.
Ogromnie się cieszę, że powraca kult czarownicy. Między innymi dlatego, że mamy bardzo mało postaci bogiń w naszej kulturze. Mamy Matkę Boską i Ewę. Jedna jest związana z ogromnym poświęceniem, a druga – z ogromnym poczuciem winy. A jeśli nie ma czegoś w baśniach, mitach czy opowieściach, to nie ma reprezentacji tego w kulturze. Wtedy dużo trudniej jest to poczuć w sobie, dać sobie na to przyzwolenie. Czarownica to wyparty element boginicznej, ale i realnej kobiecości. To część związana ze starością, mądrością i ogromną mocą. Związana z cyklami natury, z roślinami, zwierzętami. Jest dzika, złośliwa, często brzydka – ma brodawki, siwe, potargane włosy, pazury i garb. Ale ona pozwala sobie na bycie brzydką, na niezabieganie o aprobatę otoczenia. Bo ma wielkie poczucie mocy; stąd strach, jaki czarownice wzbudzały w wiekach średnich.

Na jednym z protestów widziałam transparent: „Jesteśmy wnuczkami czarownic, których nie udało się wam spalić”. Aż mnie dreszcz przeszedł, taki był mocny. I pomyślałam sobie, że czarownice towarzyszą naszemu dzieciństwu, a potem znikają. Dziś wiele kobiet określa się „współczesnymi czarownicami” i nie są to żadne metafory czy żarty.
To kobiety, które nie pozwalają, by je kontrolować. Są mądre, pewne siebie, wolne i pełne radości życia. Ich siła jest połączona z naturalnym cyklem: wiedzą, kiedy trzeba coś pożegnać i pozwolić mu odejść, a kiedy coś przywitać czy nawet przywołać. Wiedzą, kiedy trzeba wejść do lasu i odciąć się od ludzi, a kiedy do nich wrócić i im pomóc. I my tej mądrości bardzo potrzebujemy. Cieszę się, że ta energia się dziś budzi. Kobiety, które do mnie przychodzą, bardzo często śnią o czarownicach, które je gonią. Ale widać to też w popkulturze: ile filmów jest teraz o czarownicach i o superbohaterkach! A popkultura zawsze odzwierciedla potrzeby społeczne i ważne trendy. Może więc w tej podróży tak naprawdę potrzebujemy odkryć naszą wewnętrzną czarownicę, superbohaterkę, nosicielkę naszej mocy?

Agnieszka Kramm, psycholożka, psychoterapeutka, superwizorka. Prowadzi projekty i kręgi kobiet, autorka podcastu "krammzemocjami".

Ćwiczenie na początek drogi

Weź kartkę papieru i napisz, bez cenzury i bez dłuższego zastanowienia, co jest na ten moment dla ciebie ważne, co jest superważne i co lubisz, co ci sprawia przyjemność. Możesz użyć kolorów, rysunków, wzorów. Następnie zadaj sobie pytania: kiedy najbardziej czuję się sobą? W jakim momencie? Potem to przeanalizuj i pomyśl, jak na to wszystko, co napisałaś, możesz zrobić więcej przestrzeni w swoim życiu. I wpisz to sobie do kalendarza.

  1. Psychologia

Praktyka współczucia uchroni nas przed znieczulicą

Pod wpływem trudnych doświadczeń możemy twardnieć (w taki sposób, że będziemy czuli coraz większy żal i lęk), albo łagodnieć i stawać się bardziej życzliwymi i otwartymi na to, co w nas ten lęk budzi. (Fot. iStock)
Pod wpływem trudnych doświadczeń możemy twardnieć (w taki sposób, że będziemy czuli coraz większy żal i lęk), albo łagodnieć i stawać się bardziej życzliwymi i otwartymi na to, co w nas ten lęk budzi. (Fot. iStock)
Czy w momentach trudnych, chwilach cierpienia i rozpaczy można nadal mieć otwarte i wrażliwe serce? Mniszka buddyjska Pema Chödrön twierdzi, że jak najbardziej. I że praktyka współczucia uchroni nas przed znieczulicą.

Miałam jakieś sześć lat, kiedy dostałam ważną lekcję bodhiczitty od starej kobiety, która siedziała i wygrzewała się w słońcu. Pewnego dnia przechodziłam obok jej domu, czując się samotna, niekochana i  wściekła. Kopałam wszystko, co tylko się dało. Ta kobieta, śmiejąc się, powiedziała do mnie: „Dziewczynko, nie pozwól, żeby życie znieczuliło twoje serce”. Właśnie wtedy dostałam tę ważną lekcję: możemy pozwolić, żebyśmy pod wpływem doświadczeń twardnieli w taki sposób, że będziemy czuli coraz większy żal i  lęk, albo możemy pod ich wpływem łagodnieć i stawać się bardziej życzliwymi i otwartymi na to, co budzi nasz lęk. Zawsze mamy wybór.

Moment bezradności

Czitta oznacza: „umysł”, a także „serce” lub „postawa”. Bodhi znaczy: „obudzić się”, „oświecony” lub „całkowicie otwarty”. Czasami całkowicie otwarte serce i umysł bodhiczitty nazywane są miękkim miejscem, miejscem tak wrażliwym i czułym jak otwarta rana. Po części jest to równoznaczne z naszą zdolnością do miłości. Nawet najbardziej okrutni ludzie mają ten miękki punkt. Nawet najgroźniejsze zwierzęta kochają swoje potomstwo. Jak ujął to Trungpa Rinpocze: „Każdy coś kocha, nawet jeśli to tylko tortille”.

Bodhiczitta jest także częściowo utożsamiana ze współczuciem – naszą zdolnością do odczuwania bólu, który dzielimy z  innymi. Ból nas przeraża, więc bronimy się przed nim, nie zdając sobie z tego sprawy. Z opinii, uprzedzeń i strategii stawiamy mury obronne; bariery budowane na głębokim lęku przed cierpieniem. Mury te są dodatkowo wzmacniane wszelkiego rodzaju emocjami: gniewem, żądzą, obojętnością, zazdrością i  zawiścią, arogancją i  dumą. Ale na nasze szczęście miękkie miejsce – nasza wrodzona zdolność do kochania i  dbania o  innych  – jest jak pęknięcie w murze, który wznosimy. Jest to naturalna szczelina w ścianach, które wznosimy ze strachu. Dzięki praktyce możemy nauczyć się znajdować tę szczelinę. Aby obudzić bodhiczittę, możemy nauczyć się chwytać ten moment bezbronności – miłość, wdzięczność, samotność, zakłopotanie, nieadekwatność.

Środek bólu

Do bodhiczitty podobna jest bezbronność rozpaczy. Czasami budzi ona trwogę i  panikę, niekiedy złość, niechęć i poczucie winy. Ale pod twardością tego pancerza kryje się miękkość prawdziwego smutku. To jest więź łącząca nas z tymi wszystkimi, którzy kiedykolwiek kochali.

Uczucie głębokiego smutku może nas nauczyć wielkiego współczucia. Może nas poskromić, gdy stajemy się aroganccy, i  stonować, gdy jesteśmy nieżyczliwi. Budzi nas, kiedy wolimy spać, i przebija się przez naszą obojętność. Ten nieustanny ból serca jest błogosławieństwem, które może być dzielone ze wszystkimi, jeśli jest w pełni zaakceptowane.

Otwartość i serdeczność bodhiczitty są w rzeczywistości naszą prawdziwą naturą i stanem. Nawet jeśli nasza nerwica ma się o wiele lepiej niż nasza mądrość, nawet jeśli czujemy się najbardziej zagubieni i pozbawieni nadziei, bodhiczitta jest zawsze tutaj jak bezkresne niebo, ani trochę niepomniejszone przez chmury, które chwilowo je zasłaniają. W samym środku naszego cierpienia, w najtrudniejszych chwilach możemy skontaktować się ze szlachetnym sercem bodhiczitty. Jest ono zawsze dostępne, zarówno w bólu, jak i w radości.

Pewna młoda kobieta napisała do mnie o tym, jak w małym miasteczku na Bliskim Wschodzie została otoczona przez tłum ludzi, którzy gwizdali, wrzeszczeli i  grozili, że zaczną rzucać kamieniami w nią i w jej przyjaciół, ponieważ są Amerykanami. Oczywiście była przerażona, jednak to, czego doświadczyła, jest niezwykle interesujące. Nagle utożsamiła się z  każdą osobą w dziejach, która kiedykolwiek była znienawidzona i poniżana. Zrozumiała, jak to jest być pogardzaną z jakiegokolwiek powodu: rasy, przynależności do grupy etnicznej, preferencji seksualnych, płci.

Coś w niej pękło i poczuła to samo, co miliony uciśnionych ludzi. Spojrzała na to z nowej perspektywy. Zrozumiała, że wspólnota człowieczeństwa łączy ją nawet z tymi, którzy czują nienawiść wobec niej. To poczucie głębokiej więzi, przynależności do tej samej rodziny – to właśnie bodhiczitta.

Nieagresywny wojownik

Istnieją dwa poziomy bodhiczitty. Pierwszy to absolutna bodhiczitta, natychmiastowe doświadczenie, które jest całkowicie wolne od koncepcji, opinii i typowego dla nas przekonania, że wiemy już wszystko. To coś tak niezwykle dobrego, że w żaden sposób nie jesteśmy w stanie tego określić, coś jak intuicyjna pewność, że nie mamy absolutnie nic do stracenia. Drugi poziom, relatywna bodhiczitta, to zdolność do utrzymywania naszych serc i umysłów otwartych na cierpienie, bez odcinania się.

Ci, którzy całym sercem oddają się ćwiczeniom w budzeniu absolutnej i relatywnej bodhiczitty, nazywani są bodhisattwami lub wojownikami – nie takimi, którzy zabijają i krzywdzą, ale takimi, którzy słyszą wołanie świata, nieagresywnymi. Są to mężczyźni i kobiety gotowi ćwiczyć, gdy wybucha pożar. Trening w czasie pożaru oznacza, że wojownik wchodzi w trudne sytuacje, aby złagodzić cierpienie. Odnosi się to również do jego chęci przebicia się przez własną reaktywność i przez oszukiwanie samego siebie, do zaangażowania w odkrywanie podstawowej, niezakłóconej energii bodhiczitty.

Wojownik akceptuje to, że nigdy nie wie, co się z nim stanie. Możemy próbować kontrolować to, co niekontrolowalne, szukając bezpieczeństwa i przewidywalności, zawsze mając nadzieję, że będziemy czuć się wygodnie i bezpiecznie. Ale prawda jest taka, że nigdy nie unikniemy niepewności. To, że nie wiemy, jest częścią przygody, ale wywołuje w nas również lęk. Kluczową kwestią treningu wojownika nie jest to, jak uniknąć niepewności i strachu, ale jak odnieść się do uczucia dyskomfortu. Bodhiczitta jest jak odkrycie mądrości i odwagi, o których istnieniu nie mieliśmy pojęcia. Tak jak alchemia zmienia każdy metal w złoto, tak bodhiczitta może, jeśli na to pozwolimy, przekształcić każdą czynność, słowo lub myśl w narzędzie, które przebudzi nasze współczucie.

Praktyka współczucia

  • Obudź współczucie wobec siebie: „Obym był wolny od cierpienia i przyczyny cierpienia” – lub wyraź tę aspirację własnymi słowami.
  • Obudź współczucie dla osoby (lub zwierzęcia), wobec której odczuwasz już spontaniczne współczucie: „Oby (imię) był wolny od cierpienia i przyczyny cierpienia” – lub wyraź to swoimi słowami.
  • Obudź współczucie dla przyjaciela (wykorzystaj te same słowa).
  • Obudź współczucie dla kogoś, kogo uważasz za osobę neutralną (wykorzystaj te same słowa).
  • Obudź współczucie dla kogoś, kto jest dla ciebie trudny (wykorzystaj te same słowa).
  • Obudź współczucie dla wszystkich istot wymienionych powyżej (wykorzystaj te same słowa).
  • Obudź współczucie dla wszystkich istot w całym wszechświecie, zaczynając blisko domu i coraz bardziej rozszerzając zasięg: „Oby wszystkie istoty były wolne od cierpienia i przyczyny cierpienia”.
Fragment książki "Odważne życie" Pemy Chödrön. Wszystkie skróty pochodzą od redakcji. Książka do kupienia na www.zwierciadlo.pl/sklep. 

  1. Styl Życia

Czy każdy z nas ma szansę na oświecenie?

Wszyscy jesteśmy więźniami naszych pomysłów, idei, teorii, konceptów, sposobu myślenia, opinii. Skoro jednak zbudowaliśmy własne więzienie, to mamy klucz, żeby siebie z niego wypuścić (fot. iStock)
Wszyscy jesteśmy więźniami naszych pomysłów, idei, teorii, konceptów, sposobu myślenia, opinii. Skoro jednak zbudowaliśmy własne więzienie, to mamy klucz, żeby siebie z niego wypuścić (fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Czy można osiągnąć oświecenie w jedno popołudnie? Roshi Genpo Merzel, mistrz zen, twierdzi, że tak. Chodzi o to, by przestać się utożsamiać z głosem, a właściwie głosami, jakie ciągle słyszymy w swojej głowie.

Czy można osiągnąć oświecenie w jedno popołudnie? Roshi Genpo Merzel, mistrz zen, twierdzi, że tak. Chodzi o to, by przestać się utożsamiać z głosem, a właściwie głosami, jakie ciągle słyszymy w swojej głowie. I nie oznacza to wielogodzinnej medytacji w ciszy, ale rozmowę w luźnej atmosferze. A gdy robi się zbyt poważnie, Roshi przerywa i mówi: „Nie macie z tego w ogóle żadnej radości!”

Ponad 50 osób na sali. Większość z nich uczestniczyła w porannych warsztatach Roshiego, ale z ciekawości i potrzeby przyszli także na popołudniowe. Roshi śmieje się, że choć już są oświeceni, to jednak dopiero od kilku godzin, więc jest nad czym pracować. W końcu jemu przejście od niedojrzałej fazy bycia oświeconym do tej dojrzałej zajęło 15 lat. Roshi Dennis Genpo Merzel (Genpo jest jego buddyjskim imieniem) jest mistrzem zen (Roshi oznacza mistrza), uczniem słynnego mistrza Taizana Maezumiego. Założył międzynarodową grupę buddyzmu zen Kanzeon International Sangha z siedzibą w Salt Lake City. Polską grupę przez długi czas prowadziła jego spadkobierczyni, Małgorzata Braunek.

Zrzuć skorupę

– Czy wiecie, jak rosną homary? – zaczyna Roshi. – To ciekawe, bo robią to dokładnie jak my – dodaje. Otóż homar rośnie wewnątrz swojej skorupy, a gdy ta staje się zbyt ciasna i zaczyna go uwierać, długo waha się, czy ją zrzucić. Pozbycie się jej uczyni go wprawdzie bezbronnym, ale pozostawienie jej skazuje go na ból. W końcu homar zrzuca skorupę, chowa się pod skałą i czeka, aż wyrośnie mu nowy pancerz. Tak się dzieje za każdym razem, gdy skorupa znowu okazuje się za mała. Podobnie jest z ludźmi, tyle że naszą skorupę tworzą przekonania, sposób myślenia, nawet nasze opinie. Jesteśmy tak do nich przywiązani, że wolimy mieć rację niż być szczęśliwi. I w końcu ta potrzeba posiadania racji zaczyna nas uwierać, ale boimy się, że – porzucając swoje przekonania i opinie – staniemy się bezbronni. Praktyka zen mówi, że trzeba zrzucić skorupę. – Nikt nie robi skorupy dla homara, on sam ją wytwarza. W jakimkolwiek więzieniu jesteś, sam je sobie budujesz – kończy Roshi i dodaje: –  Mam dla was dobrą i złą wiadomość. Zła jest taka, że wszyscy jesteśmy więźniami naszych pomysłów, idei, teorii, konceptów, sposobu myślenia, opinii, nawet jeśli przyszły od innych autorytetów, to przyjęliśmy je jako swoje. Dobra wiadomość jest taka, że skoro zbudowałeś własne więzienie, to masz klucz, by siebie z niego wypuścić. Nie ma zewnętrznego autorytetu, który mógłby ci pomóc. Możesz liczyć na to, że praktyka zen cię wyzwoli, ale drzwi musisz otworzyć sam – kończy.

Gdy Budda przebudził się ze swojego koszmaru, iluzji, powiedział: „Jestem przebudzony. I wszyscy inni też są, tylko że ja to sobie uświadamiam, a inni jeszcze nie”. – Jesteście całkowicie przebudzeni, tylko w to nie wierzycie. Wolicie inwestować w prawo do posiadania racji niż w bycie wolnym i szczęśliwym – mówi Roshi. – Kiedy w końcu zrzucamy swoją skorupę, stajemy się bezbronni. Podobnie kiedy tracimy kogoś, kogo kochamy, przechodzimy wtedy przez proces żałoby i smutku, który czyni nas bezbronnymi. Mówimy, że mamy złamane serce, ale ono jest tylko odsłonięte, bo pękła otaczająca je skorupa. I chociaż jesteśmy wtedy bezbronni, to z drugiej strony właśnie teraz możemy poczuć prawdziwą bliskość. Kiedy przechodzimy proces smutku i żałoby, ciężko jest nam zobaczyć w nim coś pozytywnego. Ale jeśli przejdziemy przez ten trudny czas, wszystko się zmieni. Zaczniemy dostrzegać jasną stronę sytuacji, dojrzejemy – puentuje Roshi. I proponuje: – A teraz zróbmy trochę Big Mindu.

Głosy w nas

Big Mind to słowo klucz tych warsztatów. Autorska metoda rozwoju osobowości Roshiego Genpo, proces, który prowadzi do oświecenia. Big Mind łączy w sobie mądrość Zachodu i Wschodu, czerpiąc zarówno z mistycznych doświadczeń autora i praktyki zen, w tym medytacji, jak i z psychologii głębi, technik psychologii Gestalt oraz terapii Junga, jako że mistrz sam przed laty był terapeutą Gestalt. Roshi wykorzystał tu zwłaszcza metodę Hala i Sidry Stone’ów, pary terapeutów, który stworzyli tzw. Dialog z Głosami. Koncepcja ta zakłada istnienie w człowieku kilku osobowości, które często dochodzą do głosu, i z którymi błędnie identyfikujemy się, jako z prawdziwym „ja”. Podczas rozmowy z tymi osobowościami przenosimy je do naszej świadomości, dzięki czemu przestają nami rządzić. Tę samą metodę rozmowy z głosami możemy wykorzystać w rozwoju duchowym, podczas kontaktu z Absolutem, czyli właśnie Big Mind, Wielkim Umysłem.

Prosimy o rozmowę z głosami, by poznać ich prawdziwą naturę, zdecydować, czy chcemy być oświeceni i przejąć odpowiedzialność za swoje życie, czy też pozostać nieświadomi i żyć w złudzeniu, a tym samym pozwolić, by głosy nami kierowały.

Bąbelek, który chce być większy od oceanu

Kluczowym pojęciem w Big Mind jest „self” czyli „ja”. To nasz Umysł Dualny, głos, z którym mamy do czynienia na co dzień, z którym się utożsamiamy. W rzeczywistości to głos ograniczony, a jednocześnie różnicujący świat na tu i tam, nas i innych, podmiot i przedmiot, złe i dobre. Aby wyjść poza te ograniczenia, musimy skontaktować się z Umysłem Niedualnym, który nie rozróżnia, nie ocenia, tylko obserwuje – Absolutem.

Jak mówi Roshi, „self” uważa siebie za najważniejsze, ustawia siebie w centrum wszechświata. – Nasza prawdziwa natura to ocean, a „self” jest jedynie bąbelkiem na jego powierzchni. Tych bąbelków jest milion i każdemu z nich się wydaje, że jest najważniejszy i nie może pęknąć, bo świat się wtedy rozpadnie. Ten bąbelek zbudowany jest z naszych napięć – tłumaczy Roshi. – Dlatego tak bardzo boimy się śmierci i utraty siebie. Tak długo jak identyfikujemy się z bąbelkiem, tak długo jesteśmy spięci, zestresowani. Żeby się rozluźnić, musimy puścić bąbelek. Boimy się jednak, że wówczas stracimy pewną wersję siebie, w którą wierzymy. To prawda, stracimy ją, ale wtedy staniemy się oceanem, czyli naszą prawdziwą naturą – dodaje.

Przejmij odpowiedzialność

Roshi: Czy mogę rozmawiać z głosem, który jest już oświecony, ale „self” sobie tego jeszcze nie uświadomiło? Powiedzcie, jak zachowuje się „self”, kiedy nie wie, że jest oświecone? Uczestnicy: Jest pełne lęku.

Jaki to lęk? Przed nowym, przed wszystkim, przed śmiercią, chorobą, samotnością, odrzuceniem, utratą kontroli.

Jak zachowuje się „self” pod wpływem lęku? Ocenia, kontroluje sytuację, zrzuca odpowiedzialność na inne osoby. Koncentruje się na wizerunku, myśli o tym, jak inni je odbierają, cały czas ocenia, czy sytuacja jest dobra czy zła.

– Kiedy rozmawiamy z głosem, który jest oświecony, to, co z was wypływa, nazywamy mądrością – tłumaczy Roshi. – Ale wyobraźcie sobie, że rozmawiamy z kimś, kto jest oświecony, ale „self” tego jeszcze nie wie. Budda nazwał ten stan złudzeniem. Choć jesteśmy oświeceni, zachowujemy się jak nieświadomi. Jesteś tu cały czas – oświecony – ale „self” nie wierzy, że tu jesteś. Nie wierzy, bo nie chce uwierzyć, że jest całkowicie odpowiedzialne za swoje życie. Dlatego wybiera złudzenie. Wiedząc, jak się sprawy mają, dostajemy klucz i wolność wyboru. Możemy powiedzieć: „Wybieram bycie w złudzeniu, nieświadomości”, ale możemy też wybrać niebycie w złudzeniu. A kiedy coś wybieramy, bierzemy za to odpowiedzialność – kwituje Roshi. I dodaje, by rozluźnić poważną atmosferę: – Mój nauczyciel powiedział, że woli żyć w złudzeniu, bo to jest zabawniejsze.

Warsztaty trwają. Genpo po kolei rozmawia z pełni oświeconym, świadomym, przebudzonym „ja”, oraz z nieświadomym „ja”, które nie wie, że żyje w złudzeniu. Za każdym razem pyta głosy, jak się czują w danej sytuacji. Na koniec prosi o rozmowę z głosem, który obejmuje w pełni świadome i oświecone „ja” oraz w pełni nieświadome, żyjące w złudzeniu „ja”.

– Kiedy ktoś myśli, że jest oświecony, to pozostaje nieświadomy, w złudzeniu, a gdy ktoś myśli, że żyje w złudzeniu, to właśnie jest oświecony. To od nas zależy, czy jesteśmy jednym czy drugim – podsumowuje Roshi. – Do nas należy głos Ostatecznego Autorytetu. Nie znajdziemy w tej kwestii akceptacji pochodzącej z zewnątrz, czyli tam, gdzie autorytetu szuka nasze dualne „self”. To my jako ostateczny autorytet musimy zaakceptować, przyjąć nasze „self” takim, jakim ono jest, z pełnym uznaniem.

Czy czuję się oświecona? Raczej zdezorientowana. Ale pocieszam się, bo po pierwsze praktyka czyni mistrza (dosłownie!), a po drugie, jak mówi Roshi, różnica między oświeceniem a nieświadomością jest taka, że złudzenie uważa, że jest jakaś różnica między tymi stanami, a oświecenie wie, że jej nie ma.

Jak patrzeć na siebie z boku? - wyjaśnia Roshi Genpo Merzel

Jak na co dzień panować nad głosami w swojej głowie, które zatruwają życie i chwieją poczuciem własnej wartości? Tu potrzeba medytacji, by móc oglądać, patrzeć na te myśli, pozwolić, by one przyszły, bez oceniania ich, bez krytyki, bez preferencji. Nie zastanawiamy się, czy one są złe albo dobre, pozwalamy im przyjść i odejść. To trochę jak z czystym niebem, na którym pojawiają się chmury. A niebo ich nie ocenia, tylko obserwuje. Problem polega na tym, że gdy umysł otrzymuje te niepokojące myśli, odbiera je jako prawdziwe, jako coś wielkiego. Ale tak naprawdę możemy je tylko obserwować i pozwolić im odejść, traktować je jak bąbelki na powierzchni wody, nie utożsamiać się z nimi.

Bardzo trudno jest widzieć siebie takim, jakim chcemy, ale ważne, by być otwartym na ludzi, którzy nas znają, kochają i którym na nas zależy. Pozwólmy im opowiedzieć nam o nas, wysłuchajmy, co chcą nam przekazać, to ma ogromną wartość i moc. Można też wyjść z własnego „self”, zadać sobie interesujące pytania – wtedy jesteśmy szczerzy, bo nie identyfikujemy się ze sobą, z własnym „self”, patrzymy na siebie z boku. Teraz ważna rzecz: jeśli kogoś nie lubimy lub nie akceptujemy jakiejś cechy w tej osobie, możemy być pewni, że mamy tę cechę w sobie. Po prostu nie dopuszczamy jej do głosu, albo wiemy że jest, tylko negujemy jej istnienie.

Mamy wiele twarzy, jak odróżnić fasadę od prawdziwego „ja”? Właściwie wszystko, co myślimy o sobie, co jakoś nas określa, jest fasadą. „Self” samo w sobie jest puste. Ale to jest piękne, bo oznacza, że możemy odłożyć na bok fasady i rozmawiać z prawdziwym „ja”. Mówimy: pozwól mi porozmawiać z fasadą. W naszym trójkącie na jednym rogu podstawy mamy fasadę, na drugim prawdziwe „ja”. A na wierzchołku, gdzie fasada jest prawdziwym „ja”, a prawdziwe „ja” fasadą, możemy wybrać, na co się decydujemy, możemy się zmieniać, być bardziej elastyczni. Ważne, żeby wiedzieć, na co się godzimy. Chodzi nie tyle o wybór, ile o świadomość wyboru, jakiego dokonujemy. To tak jak z byciem raz szczodrym, raz skąpym. Możemy być i tacy, i tacy, nie musimy tego akceptować, wystarczy, że przyznamy, że jesteśmy raz tacy, a raz tacy.

  1. Psychologia

Krytyka - broń masowego rażenia

Krytyka nie ma nic wspólnego z motywowaniem, wpływa na pogorszenie naszego samopoczucia, obniżenie poczucia własnej wartości, osłabienie naszej psychiki. (fot. iStock)
Krytyka nie ma nic wspólnego z motywowaniem, wpływa na pogorszenie naszego samopoczucia, obniżenie poczucia własnej wartości, osłabienie naszej psychiki. (fot. iStock)
Kto z nas lubi być krytykowanym? Jakie emocje wywołuje w nas krytyka i czy faktycznie motywuje nas do wzrostu, doskonalenia? Kto samowolnie się jej poddaje?

Krytykanctwo (krytykowanie) jest jedną z form zaliczanych do tak zwanego języka „szakala”, używając terminu wprowadzonego przez Marshalla Rosenberga, twórcy idei porozumienia bez przemocy. Krytyka, tak jak poniżanie, pretensjonalizm, obwinianie, obarczanie odpowiedzialnością, zamierzone ignorowanie, wyszydzanie niesie w sobie „ujemny ładunek energetyczny” i wpływa na pogorszenie naszego samopoczucia, obniżenie poczucia własnej wartości, osłabienie naszej psychiki. Krytyka nie ma nic wspólnego z motywowaniem, pobudzaniem kreatywności, tworzeniem czegoś, co ma tchnienie życia w sobie.

Kto z Was ma w swoim otoczeniu zawodowym czy rodzinnym osoby, które niemal na wszystko co zrobimy reagują krytyką?

Nie pamiętasz, kiedy ostatni raz zostałeś/łaś pochwalony/a przez swojego męża, żonę, matkę, ojca? Masz wrażenie, że możesz się starać za każdym razem coraz bardziej, a wystarczy drobne potknięcie i cały wysiłek na marne, bo zapłata jaką otrzymujesz od innych to w dużej mierze sama krytyka?

Słyszeliście, kiedyś podobne słowa?: „Na ciebie nigdy nie można liczyć”; „No mogłam się tego po tobie spodziewać”, „Dawaj, sam to zrobię, bo ty jak się za coś zabierasz, to jak zwykle porażka”; „Po co ty w ogóle się wychylasz, lepiej siedź w domu i słuchaj innych, to przynajmniej problemu nie będzie”. Przypominacie sobie, co się wtedy w was działo? Co czuliście?

Pewnie wśród tych uczuć były smutek, żal, wstyd, beznadzieja, chęć wymierzenia sobie kary, za niespełnione oczekiwania, rozgoryczenie, odrzucenie… Słowo ma wielką moc, może dać życie, ale może też je zniszczyć. Krytyka niszczy życie, jakie jest w człowieku i jego twórczym potencjale.

Lubimy otaczać się regułami, mieć jasno określone schematy postępowania dla danej płci, wieku, grupy społecznej, czy formacji politycznej. Jeśli ktoś w naszym otoczeniu nie postępuje wedle tych reguł, np. samotna matka z dwójką dzieci zakłada nową rodzinę, komentujemy, że jej już nie przystoi, bo powinna zostać sama i dziećmi się zająć… tak, jakby je nagle zostawiła i się nimi nie zajmowała. Inny przykład, kiedy dojrzała kobieta po 60-stce postanawia założyć biznes, krytykujemy, że na pewno jej się nie uda, że nie zna wymagań rynku, itp., itd. Jeśli ktoś podejmuje wysiłek, łamie konwenanse i onieśmiela własne lęki musi jeszcze zmierzyć się ze środowiskiem, w którym chce rozwinąć skrzydła i wzbić się w powietrze, realizując swój pomysł na życie, czy pracę. Tu nierzadko właśnie napotyka na krytykę, porównywanie i powątpiewanie w powodzenie. Dlaczego? Czy celowo chcemy sobie zrobić na złość? Czy może wyrazić niezadowolenie, czasem wręcz oburzenie, że ktoś ma odwagę po prostu żyć, zamiast bać się żyjąc?

Odpowiedź tkwi w prostym mechanizmie wzajemności. Ty, który krytykujesz tego, któremu się powiodło, lub zwyczajnie „chciało” zawalczyć o lepszy komfort dla siebie w dowolnej sferze życia, gdzieś, kiedyś, głęboko w swoim sercu odmówiłeś sobie tego sam…Tak jak agresja rodzi agresję, tak krytyka względem siebie, wzmacniana przez najbliższych poprzez atmosferę braku akceptacji dla naszych działań, decyzji... rodzi krytykę wobec innych. Gdy chcemy rozliczać się wzajemnie z praw, reguł, zasad - musimy pamiętać, że wchodzimy do świata, w którym nie ma miłosierdzia, elastyczności, wyrozumiałości. Straszne, prawda? Krytykując, poniżając siebie i innych zamykamy sobie okno na życie, odcinamy sobie dostęp do powietrza. Świadomie wybieramy ciemny pokój, bez okien, do którego, gdy byliśmy dziećmi nie chcieliśmy wchodzić, bo było ponuro i nudno. Teraz sami pokornie go odwiedzamy, bo weszło nam to w krew, poza tym widzimy innych, którzy też go często odwiedzają, albo się tam zasiedzieli i oddychają tym zatęchłym powietrzem konwenansów i zasad.

Nowa myśl, twórcza myśl oraz życie rodzą się w wolności… Nie zniewalajmy własnych serc przez bombardowanie siebie samych i siebie nawzajem słowami krytyki.

Stary nawyk, nawet ten werbalny czy myślowy zawsze można zmienić, wyeliminować, zastępując go innym, tym pożądanym.

Lekarstwem na nasz żal… na ten smutek i odrzucenie, jakie czuliśmy, gdy kolejny raz zostaliśmy skrytykowani, nie jest oddanie komuś innemu tego samego na zasadzie: „a masz!, ja tak miałem, to Tobie niech też nie będzie lepiej”. Uzdrawiającą moc i pozytywną myśl niesie ze sobą akceptacja i miłość. Słowa wypowiadane z troską, wzmacniające naszą siłę sprawczą - nasze poczucie własnej wartości. Nie jest trudno je wypowiedzieć, choć wydaje się, że niektórym nie przechodzą przez usta. A może tym, którym tak trudno skierować słowa miłości, życzliwości, dobroci, szacunku i akceptacji do samego siebie i do innych będzie łatwiej, jeśli uświadomią sobie, że tym sposobem pomagają. Człowiek z zasady lubi pomagać i to jest dobre. Krytyka nie pomaga. To mit. Mówmy do siebie z intencją pobudzenia życia, twórczości. Nie podcinajmy skrzydeł. Otwórzmy się na zmiany i pozwólmy zmieniać innym.

Krytyka to broń, broń masowego rażenia, od której na końcu giniemy my sami. Życie zaczyna się od akceptacji i dialogu…

Warto żyć nie po to, by mieć rację, lecz po to by być szczęśliwymi!

Ewelina Jasik: propadatorka rozwoju osobistego, life coach i trenerka umiejętności interpersonalnych.