1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Zaproś wiosnę do domu - 7 prostych inspiracji

Zaproś wiosnę do domu - 7 prostych inspiracji

(Fot. Zara Home)
(Fot. Zara Home)
Zobacz galerię 10 Zdjęć
Nie czekaj na zielone trawniki i wysokie temperatury - rozkoszuj się każdym dniem wiosny, odkrywaj ją powoli. Doceniaj każdy listek wychodzący z twardej gałązki, każdy kolorowy kwiatek i promień słońca. Zadbaj o swoje otoczenie. Wiosna to nowa energia i czas na zmiany.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Najlepsze polskie wzornictwo – plebiscyt Must have 2021 rozstrzygnięty

W plebiscycie must have organizowanym przez Łódź Design Festival nagrodzono ponad 70 projektów. Jednym z nich jest projekt Aleksandry Kujawskiej - Zabawki, seria rzeźb wykonanych ręcznie, techniką hutniczą. Przyciski do myśli.(Fot. materiały Prasowe ŁDF)
W plebiscycie must have organizowanym przez Łódź Design Festival nagrodzono ponad 70 projektów. Jednym z nich jest projekt Aleksandry Kujawskiej - Zabawki, seria rzeźb wykonanych ręcznie, techniką hutniczą. Przyciski do myśli.(Fot. materiały Prasowe ŁDF)
Must have to plebiscyt w ramach Łódź Design Festival, wyróżniający najlepsze projekty polskich projektantów i producentów. Organizowany jest już po raz jedenasty. W tym roku spośród ponad 300 zgłoszeń nagrodzono 75 projektów. Zobaczcie te, które nam spodobały się najbardziej.

  1. Styl Życia

Inteligentne światło, które nada życiu barw

Zobacz galerię 8 Zdjęć
Chociaż pogoda potrafi być wiosną kapryśna, nie ma wątpliwości, że budząca się do życia natura zachęca do działania. Skoro nie zawsze możemy liczyć na słoneczną aurę na zewnątrz, warto poszukać rozwiązania, które pomoże ją stworzyć w naszych domach. Kolory zamknięte w inteligentnej lampie Philips Hue Iris są na wyciągnięcie ręki – kiedy tylko potrzebujesz pomogą imitować światło słoneczne. Co więcej – oferują całą serię barw i odcieni.

Odkryj swoją przestrzeń na nowo

Szeroka paleta białego światła pozwoli uzyskać właściwy nastrój zarówno do pracy, zabawy jak i relaksu, niezależnie od pory dnia. Decydując się na inteligentne oświetlenie Philips Hue każdy dzień możesz rozpocząć przy chłodnych, rześkich barwach. Imitujące wschód słońca coraz jaśniejsze światło pomoże naładować baterie niczym poranna, mocna kawa i zapewni energię nawet w pochmurne dni. A po pracy? Jednym kliknięciem przemienisz swój salon z domowego biura w prawdziwą oazę relaksu – ulubiona książka, aromatyczna chai tea latte i dopełniająca doznania bursztynowa barwa światła brzmią magicznie, czyż nie? Natomiast przed snem łagodne dla oczu złote odcienie pomogą Ci odprężyć się przed ucieczką w krainę nocnych marzeń. Możesz też z łatwością sprawić by światło samo podążało drogą słońca w trakcie dnia i zmieniało barwę od chłodnego do ciepłego – imitując wędrówkę słońca po niebie.

Inteligentne światło, które nada życiu barwInteligentne światło, które nada życiu barw
Inteligentne światło, które nada życiu barwInteligentne światło, które nada życiu barw

Jednak dobranie oświetlenia do codziennych zadań to nie wszystkie możliwości stylowej lampy Iris i całego inteligentnego oświetlenia Philips Hue. 16 milionów kolorowego światła pozwoli na stworzenie nastroju niezależnie od okazji. Energetyczna czerwień dodająca sił do porannego treningu? Relaksujące pudrowo różowe tony idealne do medytacji? Czy mieniące się blaskiem świec miodowo-szafranowe barwy, rozgrzewające atmosferę podczas romantycznej kolacji? Wybór należy do Ciebie – w dekorowaniu domu światłem jedyną granicą jest już tylko wyobraźnia. Decydując się na więcej niż jedno źródło światła możesz stworzyć wyjątkowe aranżacje świetlne, zmieniając swój dom w prawdziwą, magiczną krainę.

Inteligentne światło, które nada życiu barwInteligentne światło, które nada życiu barw
Możliwość sterowania przez aplikację pozwala nie tylko łatwo włączać i wyłączać lampę z poziomu telefonu, ale również dostosowywać temperaturę barwową czy natężenie. Do dyspozycji użytkownika są też różne sceny oświetleniowe, zaprojektowane z myślą o czynnościach takich jak praca, czytanie czy relaks. Możliwości jest mnóstwo, bo system oferuje 16 milionów kolorów światła i aż 50 tysięcy odcieni światła białego. Każdy znajdzie wśród nich te ulubione. Możliwość sterowania przez aplikację pozwala nie tylko łatwo włączać i wyłączać lampę z poziomu telefonu, ale również dostosowywać temperaturę barwową czy natężenie. Do dyspozycji użytkownika są też różne sceny oświetleniowe, zaprojektowane z myślą o czynnościach takich jak praca, czytanie czy relaks. Możliwości jest mnóstwo, bo system oferuje 16 milionów kolorów światła i aż 50 tysięcy odcieni światła białego. Każdy znajdzie wśród nich te ulubione.

Piękna i inteligentna

Philips Hue to coś więcej niż oświetlenie, to część wystroju domu. Najnowsza lampa Philips Hue Iris o unikalnym designie delikatnie obmywa ściany kolorem, subtelnie podświetlając otoczenie. Miękkie światło wydobywające się z tyłu lampy nadaje jej jeszcze bardziej wyjątkowego wyglądu, a nowoczesny projekt sprawia, że zachwyca nawet, gdy jest wyłączona. Teraz ten kultowy model oferowany jest w czterech metalicznych odcieniach: miedzianym, różowym, srebrnym oraz złotym. Ekskluzywna odsłona lampy stanowi idealne uzupełnienie niemal wszystkich wnętrz, a bogactwo barw pozwoli na nowo zdefiniować nastrój każdego pomieszczenia nawet najbardziej wybrednemu amatorowi aranżacji wnętrz.

Elegancki design sprawia, że lampa Philips Hue Iris w limitowanej edycji to coś więcej niż  inteligentna lampa. To prawdziwe dzieło sztuki wzornictwa. Elegancki design sprawia, że lampa Philips Hue Iris w limitowanej edycji to coś więcej niż  inteligentna lampa. To prawdziwe dzieło sztuki wzornictwa.
  1. Styl Życia

Natasza Urbańska i przepustka od Rogera Watersa

(Fot. archiwum prywatne)
(Fot. archiwum prywatne)
Mieszka w szufladzie w domu Nataszy Urbańskiej pośród innych łyżeczek z całego świata. Wyjątkowa, bo od wyjątkowego człowieka.

Długo zastanawiałam się, co wybrać. I nagle mnie olśniło: to takie proste, przecież od lat je zbieram! Jeszcze jako nastolatka miałam słabość do łyżeczek. Zachwycały mnie różnorodnym kształtem, materiałem, z którego zostały zrobione, fakturą. Są ujmujące, szlachetne. Po prostu piękne. No i w życiu niezbędne.

Jako trochę starsza dziewczyna, kiedy już wyjeżdżałam za granicę, lubiłam zaglądać do anty­kwariatów. I zawsze moją uwagę przykuwała jakaś łyżeczka albo cały zestaw. Dopiero teraz to sobie uświadomiłam, że przywoziłam je z każdego miejsca, w którym byłam. Chcąc nie chcąc, bo to nie był mój plan. Każdy wyjazd kończył się jednak szperaniem w sklepach, gdzie dziwnym trafem można było je kupić [śmiech].

Pamiętam, że kiedy wyprowadzałam się z domu rodzinnego, mama wręczyła mi po babciach, prababci z Poznania piękne stare cukiernice z łyżeczkami. Tak więc mam w domu swój bogaty zbiór łyżeczek przeróżnych. Z jedną z nich łączy się niecodzienna historia. Otóż kilka lat temu współpracowaliśmy z liderem grupy Pink Floyd, Rogerem Watersem, przy operze „Ça Ira”, którą napisał. Potem spotykaliśmy się wielokrotnie już prywatnie, zaprzyjaźniliśmy się. I pewnego dnia Roger zaprosił nas do siebie do domu pod Londynem na obiad, który sam przygotowywał. Rozmawiamy w kuchni, między innymi o dzieciach: naszej wtedy półtorarocznej córeczce Kalince, o jego wnuku, mniej więcej w takim samym wieku. I nagle Janusz [Józefowicz, mąż Nataszy – przyp. red.] tonem pełnym zachwytu mówi: „O, jaka piękna!”. To było o łyżeczce leżącej na stole. Rzeczywiście jest bardzo oryginalna. Malutka, okrąglutka, a udaje hardą – uchwyt ma w kształcie karabinu. Roger, widząc nasz zachwyt, powiedział: „No to ja wam ją ofiaruję. I niech Kalina przyjedzie z nią na osiemnaste urodziny mojego wnuka. To będzie jej przepustka”.

Nie używamy jej, oczywiście, jest zbyt cenna. Mieszka sobie na dnie szuflady razem z innymi koleżankami i cieszy oko. No i czeka na osiemnastkę wnuka Rogera Watersa. 

Natasza Urbańska, piosenkarka, tancerka, aktorka, kompozytorka, autorka tekstów. Od lat związana z teatrem Studio Buffo w Warszawie. Wiosną ukaże się trzeci singiel promujący jej nową płytę, która zostanie wydana jesienią tego roku.

  1. Styl Życia

Pisanki, czyli jajka z niespodzianką

W Łowiczu pisanki nazywane są oklejankami. Zdobi się je wycinankami z kolorowego papieru naklejanymi
warstwami na wydmuszkę. Na zdjęciu pisanki autorstwa pani Stefanii Borkowskiej (Fot. Karolina Jonderko)
W Łowiczu pisanki nazywane są oklejankami. Zdobi się je wycinankami z kolorowego papieru naklejanymi warstwami na wydmuszkę. Na zdjęciu pisanki autorstwa pani Stefanii Borkowskiej (Fot. Karolina Jonderko)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Ich zdobienie stało się jednym z elementów sztuki ludowej. Zachwycają bogatym wzornictwem oraz precyzją wykonania. Polskie pisanki tworzy się od pokoleń. wymagają mistrzowskiej dokładności, dużych pokładów cierpliwości i skupienia.

Zdobienie pisanek to nadal żywa tradycja w całej Polsce. Powstają często na uboczu wielkich miast, z dala od social mediów, w zaciszu wiejskich domów.

To nieodłączny element polskiej sztuki ludowej. Połączenie wiedzy i umiejętności przekazywanych od pokoleń oraz pasji – mówi Ewa Skowysz-Mucha.

W jej podlaskiej rodzinie, w Lipsku nad Biebrzą, pisanki wykonuje się od ponad 200 lat. To dlatego zainicjowała powstanie Muzeum Lipskiej Pisanki i Tradycji. W drewnianym budynku, przed którym stoi trzymetrowa pisanka, pani Ewa zgromadziła zbiory z całej Polski. Przechadza się między szklanymi gablotami wypełnionymi setkami kolorowych i pięknie zdobionych pisanek i z dumą o nich opowiada.

Powstają w każdym regionie Polski. Co region, to inny wzór i metoda zdobienia. Kaszubskie, łowickie, opolskie, lipskie, kurpiowskie i wiele innych. Ażurowe, oklejanki albo zdobione pszczelim woskiem czy drapane. Barwione w łupinach cebuli, korze dębu czy płatkach chabrów. Chociaż obecnie często używa się farb przemysłowych – mówi Ewa Skowysz-Mucha.

W rodzinie pani Ewy Skowysz-Muchy, w Lipsku nad Biebrzą, pisanki wykonuje się od ponad 200 lat. Dla tego wzoru charakterystyczna jest rozciągnięta łezka, którą w różnych konfiguracjach kwiatuszków, gwiazdek czy pajęczynek nanosi się na wydmuszkę. (Fot. Karolina Jonderko) W rodzinie pani Ewy Skowysz-Muchy, w Lipsku nad Biebrzą, pisanki wykonuje się od ponad 200 lat. Dla tego wzoru charakterystyczna jest rozciągnięta łezka, którą w różnych konfiguracjach kwiatuszków, gwiazdek czy pajęczynek nanosi się na wydmuszkę. (Fot. Karolina Jonderko)

W Lipsku, ale często też w innych częściach Podlasia, pisanki wykonuje się przy użyciu pszczelego wosku, metodą batiku szpilkowego. Różnią się wzorami. Dla Lipska charakterystyczna jest rozciągnięta łezka, którą w różnych konfiguracjach nanosi się na wydmuszkę. Powstają gwiazdki, słoneczka, kwiatuszki czy pajęczynki. Pani Ewa milknie, kiedy siada do zdobienia. Pracuje w pełnym skupieniu, z okularami zsuniętymi na nos. Jedno zamoczenie w wosku, jedno pociągnięcie na wydmuszce. Po naniesieniu wzoru zanurza się ją w barwnikach od najjaśniejszego do najciemniejszego.

Wzory czerpiemy z przyrody, bo żyjemy w otulinie Biebrzańskiego Parku Narodowego. Na ozdobienie jednej pisanki trzeba poświęcić kilka godzin. Oczywiście ten czas zależy też od wielkości jajka. Pisanki tworzone są na jajach gęsich, kaczych, kurzych, a nawet strusich – opowiada.

Pisanki z Lipska nad Biebrzą. (Fot. Karolina Jonderko) Pisanki z Lipska nad Biebrzą. (Fot. Karolina Jonderko)

Na kolejną wielką pisankę trafiłam w słynnym Gogolinie, do którego poszła Karolinka. Kilkanaście kilometrów dalej, w miejscowości Walce, powstają podobne, tylko mniejsze. To kroszonki, tradycyjne pisanki ze Śląska Opolskiego.

W innych częściach regionu też występują pod tą nazwą, ale są też kraszanki, które różnią się trochę wyglądem – wyjaśnia Maria Żmija-Glombik, przewodnicząca Związku Śląskich Kobiet Wiejskich.

Kroszenia, czyli upiększania, nauczyła się od swojej babci. Dodaje, że ta metoda to cała logistyka. Najpierw jajko trzeba umyć, aby nie było na nim tłuszczu i barwniki dobrze się przyjęły. Następnie trzeba gotować przynajmniej dwie godziny, wtedy unika się brzydkiego zapachu. Dziesięć minut przed końcem gotowania dolewa się octu. Potem w zimnej wodzie jajko przecierane jest gąbką. Barwi się je w łupinach cebuli, farbkami do tkanin albo tuszem.

Kroszonki to pisanki robione na Śląsku Opolskim. Jednokolorowe z wydrapanymi śląskimi wzorami, na przykład: kwiatkami, listkami czy gałązkami albo kratkami i szlaczkami. (Fot.Karolina Jonderko) Kroszonki to pisanki robione na Śląsku Opolskim. Jednokolorowe z wydrapanymi śląskimi wzorami, na przykład: kwiatkami, listkami czy gałązkami albo kratkami i szlaczkami. (Fot.Karolina Jonderko)

Nożykiem do tapet lub brzytwą wydrapujemy śląskie wzory: kwiatki, listki czy gałązki lub kółka, kratki i szlaczki. Kolory też mają swoje znaczenie. Na przykład czerwony oznacza miłość, zielony – nadzieję.

Maria Żmija-Glombik opowiada, że w jej rodzinie kroszonki robi już czwarte pokolenie. Jako animatorka kultury stara się też podtrzymywać tradycję, organizując warsztaty kroszonkarskie dla dzieci i młodzieży. Pani Jadwiga Niedźwiedzka z Kadzidła na Kurpiach batik ma po babci. Wąski patyczek z metalowym łepkiem wbitym na końcu trzyma pewnie. Mówi, że umiejętność zdobienia pisanek jest tutaj na porządku dziennym i uczą się jej już dzieci. Na Kurpiach do tradycji przykłada się szczególną wagę. Pisanki z tego regionu są oszczędne, najczęściej dwukolorowe. Na jednolitym tle: czerwonym, czarnym, niebieskim lub zielonym, znajduje się biały wzór. Pani Jadwiga nakłada go z mistrzowską precyzją. – W końcu jestem nauczycielem matematyki – śmieje się. Swoje umiejętności przekazała córce, zdobić pisanki nauczyła też wnuczkę.

Pisanki kurpiowskie autorstwa pani Jadwigi Niedźwiedzkiej. Przed zabarwieniem nanosi się na nie wzory gorącym woskiem pszczelim. (Fot.Karolina Jonderko) Pisanki kurpiowskie autorstwa pani Jadwigi Niedźwiedzkiej. Przed zabarwieniem nanosi się na nie wzory gorącym woskiem pszczelim. (Fot.Karolina Jonderko)

I wreszcie klasyk wśród pisanek, bo te motywy są rozpoznawalne jak mało które. Łowickie wzory podbiły świat i swoje odzwierciedlenie znalazły też na pisankach, nazywanych tutaj oklejankami (na zdjęciu głównym). Pani Stefania Borkowska z Boczek Chełmońskich tworzy wycinanki od 1972 roku. Uczyła się sama. – Kobiety z sąsiedniej wioski takie robiły. Pamiętam kartki z kolorowymi kogucikami, które bardzo mi się podobały. I sama zaczęłam powoli takie robić, a później doszły oklejanki.

Bardzo długo zajmowałam się tym zawodowo w spółdzielni rękodzieła Sztuka Łowicka. Jej pisanki to mistrzostwo świata. Dokładnie, po kolei naklejane na wydmuszkę warstwy kolorowego papieru układają się w łowickie motywy: sceny rodzajowe, koguty czy pawie. Dzisiaj pani Stefania jest na emeryturze i pracuje na swoim gospodarstwie. Lubi, szczególnie zimą, usiąść sobie w fotelu i powycinać. Twierdzi, że zawsze ją to bardzo uspokaja. 

  1. Styl Życia

Wielkanoc na Podlasiu - powrót do korzeni

Jadalnia to serce Nadbużańskiego Domu. Krzesła „odziedziczone” po szkole, na ścianie stary bijący zegar, oryginalne godło z byłej szkoły, portret gospodarza wyszywany ściegiem krzyżykowym przez lokalną artystkę. A na stole – wielkanocne śniadanie. Gotowe. Można siadać! (Fot. Celestyna Król)
Jadalnia to serce Nadbużańskiego Domu. Krzesła „odziedziczone” po szkole, na ścianie stary bijący zegar, oryginalne godło z byłej szkoły, portret gospodarza wyszywany ściegiem krzyżykowym przez lokalną artystkę. A na stole – wielkanocne śniadanie. Gotowe. Można siadać! (Fot. Celestyna Król)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Nadbużański Dom niedługo będzie obchodzić setne urodziny. Dla drewnianego budynku to moment przełomowy. Jeśli się o niego troskliwie nie zadba, zacznie się sypać. Ten dom miał szczęście. Trafił na Wojtka. A właściwie trafili na siebie nawzajem. Wpadliśmy do nich z wizytą tuż przed Wielkanocą…

Niedaleko, jakieś dziesięć kilometrów stąd, jest wieś Mierzwice – mówi Wojtek Błaszczyk. – 25 lat temu kupiłem tam rodzicom domek letniskowy. Nad Bugiem. Zaczęliśmy tu przyjeżdżać. Potem pojawił się syn, pies, a że domek mały, zaczęło brakować miejsca. Wyczułem w kościach, że dobrze byłoby mieć coś swojego. A ponieważ dobrze się w tej okolicy czułem, rozesłałem wici, może ktoś o czymś słyszał. Mały domek w środku lasu najchętniej. W pewnym momencie znajomy napisał, że gmina Sarnaki organizuje przetarg na sprzedaż dawnej szkoły ludowej. Ani to mały domek, bo prawie 300 metrów, ani w środku lasu, bo we wsi, ale fajne miejsce, urokliwe, obok rezerwatu przyrody. Wsiadłem w samochód, pojechałem obejrzeć. Tyle że z drogi przez gęstwinę drzew nic właściwie nie zobaczyłem. I następnego dnia na przetargu kupiłem kota w worku, czyli mój Nadbużański Dom. Było to 11 lat temu. Po jakimś czasie Wojtek przypomniał sobie, że rodzina taty pochodzi z Kosowa Lackiego, niecałe 60 kilometrów w linii prostej – może dlatego tak dobrze wszyscy się w tym rejonie czują? Lepiej niż w Szczecinie czy w Zakopanem – bo to powrót do korzeni. Na początku był w rozkroku między tym miejscem a Warszawą. Traktował dom nad Bugiem jak daczę. Wpadał na przedłużone weekendy, nic nie przerabiał, nie remontował. Ale stopniowo zaczęło się to zmieniać. Przyjeżdżali znajomi, przekonywali, że to wspaniałe miejsce, że trzeba je inaczej wykorzystać, może agroturystyka? – Zacząłem więc małymi kroczkami tę przestrzeń przekształcać, adaptować – opowiada Wojtek. – Z pomocą miejscowych majstrów, z roku na rok, bez pośpiechu. Najpierw zrobiłem wszystkie drzwi. Potem odmalowałem i odświeżyłem pokoje. Przełomowym momentem była śmierć mojego ojca. Wcześniej rodzice tu przyjeżdżali, pomagali mi, mama uprawiała ogródek, sadziła kwiaty, warzywa. A po śmierci ojca chciałem dać mamie więcej zajęć, aby miała mniej czasu na rozmyślania o stracie. Ona świetnie gotuje. Gotowała zawsze, kiedy byli goście, wszyscy się zachwycali, chwalili, ona się cieszyła. A że zawsze chwalili, to zawsze się cieszyła. Zaczęli przyjeżdżać różni goście, już nie tylko znajomi, ale znajomi znajomych. Zrobił się taki dom gościnny z domową, nieformalną atmosferą. Wojtek zostawiał tu czasem mamę samą z tym całym zamieszaniem. A zawsze jest co robić: nakarmić gości, ogarnąć, posprzątać… Pandemia spowodowała, że rok temu przeniósł się tu właściwie na stałe.

Wielkanoc na Podlasiu - powrót do korzeni Wielkanoc na Podlasiu - powrót do korzeni

Minimalistyczny miszmasz

Pokoje gościnne są trzy. Jeden wielki, z kominkiem, kiedyś była tu świetlica, a rano – przedszkole. Znajomi radzili: podziel to ściankami, będziesz mieć więcej pod wynajem. Ale Wojtek pomyślał, że to zmieni jednak charakter domu, odbierze mu autentyczność i zachowany klimat starej szkoły. Kiedy gmina zabierała rzeczy, Wojtek odkupił, co mógł, za niewielkie pieniądze. Na przykład większość krzeseł to stare krzesła szkolne. Teraz zresztą bardzo modne. Wystrój wnętrza to, jak określa to właściciel, minimalistyczny miszmasz. Są stare kanapy z targu staroci, ale są też kanapy z Ikei. I są takie, które Wojtek wypatrzył w ogłoszeniach. Sporo mebli pochodzi z okolicy. Różnorodnie, ale jednocześnie spójnie. – W Białej Podlaskiej – mówi Wojtek – jest moja ulubiona galeria z antykami, gdzie sprzedają regionalne starocie. Sporo rzeczy tam kupiłem. Kilimy, wyszywane obrusy oraz makatki. Chcę w miarę możliwości mieć oryginalne rzeczy z tego rejonu. W dwóch pokojach są narzutokilimy z Ukrainy, są dwie narzuty od mojej babci spod Kosowa Lackiego, sporo rzeczy zza wschodniej granicy.

Kiedyś szkolna klasa, dziś duży pokój z kominkiem. (Fot. Celestyna Król) Kiedyś szkolna klasa, dziś duży pokój z kominkiem. (Fot. Celestyna Król)

Kiedy dom był już urządzony, Wojtek zastanawiał się, czy jeszcze bardziej nie otworzyć się na gości. – Znajomi powiedzieli mi o serwisie Slowhop – ogłaszają się tam sprawdzone, fajne pensjonaty agroturystyczne. Twierdzili, że mój dom to miejsce, które idealnie wpisuje się w ten klimat. I faktycznie – zgłosiłem się, zaakceptowali mnie od razu.

Główny hol dawnej szkoły. (Fot. Celestyna Król) Główny hol dawnej szkoły. (Fot. Celestyna Król)

Mam dziennie po kilka zapytań o możliwość przyjazdu. Chcę, żeby pobyt tu był doświadczeniem wielowymiarowym. Kiedy ktoś do mnie pisze, staram się dowiedzieć, kim jest, jaki jest, czy będzie pasować do tego miejsca, do innych gości. No i do mnie. Trochę wymusza to przestrzeń, jest specyficzna, ja tych ludzi przyjmuję dosłownie u siebie. Tak naprawdę jesteśmy razem prawie przez cały czas. Struktura funkcjonalności domu jest taka, jaka była w szkole. Goście mieszkają w byłych klasach, reszta pomieszczeń to część wspólna. Muszą to więc być osoby, które potrafią i lubią być z innymi. I nie mają takich oczekiwań, jakie miałyby w pięciogwiazdkowym hotelu. Na ogół jest super, choć raz trafili się goście, którzy nie rozumieli, dlaczego nie ma kiełbasy i disco polo.

Od lewej: Toaletka ze sklepu z antykami w Białej Podlaskiej. Tablica ortograficzna z zasadami pisowni, „spadek” po byłej szkole; Harmonia, prezent od przyjaciela gospodarza; Stary obraz, wyszywany ściegiem krzyżykowym. (fot. Celestyna Król) Od lewej: Toaletka ze sklepu z antykami w Białej Podlaskiej. Tablica ortograficzna z zasadami pisowni, „spadek” po byłej szkole; Harmonia, prezent od przyjaciela gospodarza; Stary obraz, wyszywany ściegiem krzyżykowym. (fot. Celestyna Król)

Regionalne smaki

A kiełbasy nie ma, bo Wojtek od 24 lat nie je mięsa. I taką właśnie wegetariańską kuchnię prowadzi w swoim domu, także dla gości. – Jestem w tym konsekwentny i pewnie to też kolejna zaleta tego miejsca – bo w okolicy wielu takich nie ma – mówi. – Goście mogą zgłaszać swoje potrzeby – czy kuchnia wegańska, czy bez laktozy. Musimy tylko wcześniej o tym wiedzieć. Takie gotowanie to w tym regionie rzadkość, choć to oczywiście kolejny paradoks – kiedyś przecież mięso było kilka razy w roku. Na co dzień, zwłaszcza na wsiach, jedzono jarsko: kasze, ziemniaki, warzywa. Potem ludzie zachłysnęli się „lepszym życiem” i zarzucili starą, tradycyjną kuchnię – dodaje. Wojtek od jakiegoś czasu organizuje w Nadbużańskim Domu kulinarne festiwale – sezonowe i jarskie. Były dwa festiwale szparagów – sąsiedzi mają obok plantację. Był festiwal truskawek, grzybów, ziemniaków. – Przyjeżdżają często szefowie kuchni nie tylko z Polski, lecz także z zagranicy. Siedzimy pod drzewami, mamy menu degustacyjne. A jeśli pada, ustawiamy w holu szkolnym długi stół festiwalowy. Ważną rolę gra wtedy rodzinny duet: wnuczek, czyli syn Wojtka, Donald, z babcią Teresą. Są gotującą festiwalową parą. Tworzą potrawy tradycyjnej polskiej kuchni (wersja wegetariańska) – ale w nowoczesnym, autorskim wydaniu. Donald zresztą jest profesjonalistą, na co dzień pracuje jako kucharz w Berlinie. Ale urlopy i wolne dni spędza w Nadbużańskim Domu, gdzie – rzecz jasna – gotuje. Skąd pomysł na festiwale? Wojtek: – Pomyślałem, że czasem nie chce mi się stać przy kuchni, pojechałbym gdzieś coś zjeść, ale nie ma gdzie. To zrobię festiwal, niech ludzie posmakują, zobaczą, jakie cuda można robić choćby z ziemniaków, czyli z tego, z czego przecież na co dzień korzystają. Chciałem zainspirować innych – i siebie przy okazji.

Wojtek jest też mistrzem w robieniu nalewek. Ciekawych, nietypowych, bo niesłodkich. Goście Nadbużańskiego Domu mają okazję ich spróbować. I bardzo to sobie chwalą. (Fot. Celestyna Król) Wojtek jest też mistrzem w robieniu nalewek. Ciekawych, nietypowych, bo niesłodkich. Goście Nadbużańskiego Domu mają okazję ich spróbować. I bardzo to sobie chwalą. (Fot. Celestyna Król)

Przepisy na wielkanocne przepisy z Nadbużańskiego Domu znajdziecie tutaj: