1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Slow travel - sposób na odpoczynek od życia w biegu

Slow travel - sposób na odpoczynek od życia w biegu

Jesteśmy coraz bardziej zagonieni, a slow travel, czyli powolne podróżowanie koleją, jest sposobem, by od tej gonitwy odpocząć. (Fot. iStock)
Jesteśmy coraz bardziej zagonieni, a slow travel, czyli powolne podróżowanie koleją, jest sposobem, by od tej gonitwy odpocząć. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Choć dziś lokomotywy wyglądają inaczej niż w wierszu Juliana Tuwima, to wagony nadal pełne są interesujących podróżnych. Pociągi dają poczucie wolności, a poza tym są bardziej eko niż samoloty czy samochody – mówi Torbjørn Færøvik, norweski pisarz i propagator slow travel – powolnej podróży koleją. 

Torbjørn Færøvik, norweski historyk i pisarz, przez wiele lat był zagranicznym korespondentem prasowym i telewizyjnym. (Fot. archiwum prywatne) Torbjørn Færøvik, norweski historyk i pisarz, przez wiele lat był zagranicznym korespondentem prasowym i telewizyjnym. (Fot. archiwum prywatne)

Dlaczego wybiera pan slow travel, czyli powolną podróż koleją, skoro samolotem można dolecieć szybciej i więcej zobaczyć w tym samym czasie? Dziś wiele osób lata na przykład na 10 dni do Chin. Nasze życie zmieniło się dramatycznie w przeciągu ostatnich 20–30 lat. Jesteśmy coraz bardziej zagonieni i slow travel jest moim sposobem, by od tej gonitwy odpocząć. Wyjeżdżam na dwa, trzy miesiące albo nawet na pół roku. Rzeczywiście wielu ludzie podróżuje do Chin na tydzień–dwa, ale jeśli ten czas spędzą głównie w Pekinie, który jest obecnie nowoczesnym, wspaniałym miastem, to tak naprawdę nie poznają Chin. Centrum Pekinu można dziś równie dobrze pomylić z Londynem czy Nowym Jorkiem. W porównaniu ze starym Pekinem (z jego niskimi i szarymi budynkami), który istniał jeszcze, gdy byłem tam w 1974 roku, takie zwiedzanie jest zwyczajnie nudne.

Aby poznać Chiny trzeba podróżować po wsiach. Pojechać pod Wielki Mur, ale zobaczyć też, jak rolnicy pielęgnują stare śliwy. To olbrzymi kraj, prawie kontynent. I jest zróżnicowany jak cała Europa, w której mamy tak odmienne kulturowo państwa, jak Albanię, Polskę czy Francję. Ale rozumiem, że ktoś ma tylko tydzień urlopu i brakuje mu czasu na jeżdżenie do małych wiosek. Może jednak to, co zobaczy, spodoba mu się na tyle, żeby poprosić pracodawcę o dłuższy urlop?

Powolna podróż przygotowuje nas do poznania nowego miejsca? Latanie powoduje, że podróżuje się zbyt szybko: wsiadasz do samolotu w Warszawie i kilka godzin później jesteś w Pekinie. Kiedy przemieszczasz się wolno, widzisz, jak zmienia się nie tylko krajobraz, ale też kultura, ludzie, systemy polityczne. Takie powolne zmiany otaczającego świata są jak aklimatyzacja dla himalaistów – stopniowym przyzwyczajaniem się do warunków.

Poza tym jazda pociągiem to najbardziej socjalizujący sposób podróżowania – poznaje się wiele osób, można z nimi swobodnie porozmawiać, zjeść w wagonie restauracyjnym, tym samym próbując lokalnej kuchni. Jest też bardzo elastyczna – jeśli po drodze spodoba ci się jakieś mijane miejsce, możesz wysiąść na dowolnej stacji. To daje poczucie wolności. W pociągach nie kontrolują bagaży jak na lotniskach, nie trzeba stać aż w takich kolejkach: wystarczy kupić bilet i wsiąść. Znacznie łatwiej czytać w nich książki czy pracować na komputerze. W autobusie lub samolocie jest to trudniejsze. No i jest to również środek lokomocji bardziej ekologiczny niż samochody, autobusy czy samoloty.

W mojej ostatniej książce „Orient Express” opisałem swoją podróż koleją z Londynu aż do Samarkandy. W Europie system kolei jest bardzo rozbudowany, więc można udać się prawie w każdym kierunku. Jest wiele rodzajów wagonów: mniej lub bardziej luksusowe, sypialne – łatwo dobrać właściwy do swoich potrzeb i możliwości.

Czy czasem lata pan jeszcze samolotami? Tak. Nie mogę za każdym razem jechać pociągiem – to zajęłoby mi zbyt wiele czasu. Ale byłem już w Chinach kilka razy koleją: jechałem pociągiem z Oslo, przez Finlandię, Moskwę i Koleją Transsyberyjską. A kiedyś nawet pojechałem śladami Marca Pola: z Wenecji przez Turcję, Iran, Afganistan, Pakistan, Tybet i prowincje tzw. Mongolii Wewnętrznej.

Nowy Orient Express kursuje od początku lat 80. XX wieku. (Fot. iStock) Nowy Orient Express kursuje od początku lat 80. XX wieku. (Fot. iStock)

Obecnie fascynująca jest jazda z Wielkiej Brytanii pod kanałem La Manche – podróż z Londynu do Paryża zajmuje dwie i pół godziny. Generalnie uważam, że w Europie podróże koleją są lepsze niż samolotami. Szybkie (na przykład z Paryża aż do Wiednia pociąg jedzie z prędkością 300 km na godzinę, zatrzymując się w głównych miastach) i  nie aż tak drogie. Ale jeśli chce się zakosztować egzotyki, koniecznie trzeba pojeździć po Indiach.

Byłem. Ciekawa przygoda! Czy nadal wywieszają przy wejściach do wagonów listę imienną pasażerów? Tak! Można powiedzieć wiele złego o kolonializmie, ale Brytyjczycy zrobili sporo dobrego dla rozbudowy infrastruktury kolejowej w swoich koloniach. Zwłaszcza w Indiach mają silnie rozbudowaną sieć. I chyba najbardziej staromodną, dużo więcej pasażerów bywa na dachu pociągu niż w jego środku. Wagony są w kiepskim stanie, słabo utrzymywane, więc wypadki zdarzają się często. Jednak mnie nigdy się nie przydarzył, choć jeździłem tam dużo.

Już kilkadziesiąt lat jeździ pan głównie pociągami. Czy ta forma podróżowania jakoś pana zmieniła? W trasie generalnie dużo czytam o przeszłości każdego państwa, przez które jadę. Sądzę, że to jeżdżeniu koleją zawdzięczam lepsze poznanie powiązań między krajami, ich kulturami, wynikające często z przeszłości. To dzięki powolnemu podróżowaniu wciągnęła mnie historia Azji, zwłaszcza Chin. Dziś dostrzegam szerszą perspektywę, bo historia Chin musi być postrzegana przez wpływy Mongolii, Indii czy Japonii.

Lubi pan cytować amerykańskiego powieściopisarza Henry'ego Millera „Celem podróży nie jest określone miejsce, ale nowy sposób postrzegania rzeczy”. Co pan spostrzegł inaczej po dwóch miesiącach spędzonych w Orient Expressie? Mimo że we wszystkich krajach, przez które jedzie pociąg, byłem już wcześniej, w niektórych nawet kilka razy, to przed tą wyprawą musiałem je poznać na nowo. Przeczytałem wiele książek i dzięki tej nowo zdobytej wiedzy obejrzałem muzea, miejsca, zabytki, których wcześniej nie widziałem.

Peron dworca w Bucharze. Na zdjęciu: obiad dla pasażerów. (Fot. archiwum prywatne) Peron dworca w Bucharze. Na zdjęciu: obiad dla pasażerów. (Fot. archiwum prywatne)

Na przykład Bułgaria, która należy do biedniejszych państw Unii Europejskiej – ma tak bogate zabytki, bo była miejscem, w którym Wschód spotykał się z Zachodem. Podobnie rzecz się ma z Turkmenistanem, o którym wiele osób nawet nie słyszało. A to kiedyś było ważne miejsce na Szlaku Jedwabnym. Wszędzie pozostały zabytki, ruiny, dawne miasta, resztki murów obronnych.

Dzięki slow travel człowiek nie tylko zdobywa wiedzę o nowych kulturach, ale także zyskuje szacunek dla mieszkańców, którzy są przecież częścią historii danego kraju.

Czy zawsze podróżowanie było dla pana takie ważne? Tak, przez całe życie. Pochodzę z małej miejscowości w środkowej Norwegii, zaściankowej i mało otwartej na świat. Moi rodzice przenieśli się do okręgu Oslo, gdy miałem dziewięć lat. Wtedy trafiłem do zupełnie nowego świata... Zacząłem czytać książki o podróżach na Jawę, do Chin, Indii, Afryki. Zafascynowały mnie. Kiedy studiowałem historię w Oslo, zacząłem pracować w agencji informacyjnej, miałem więc okazję jeździć do Azji zawodowo. Później zawsze szukałem pracy, w której mogę łączyć przyjemne z pożytecznym. Teraz mam 72 lata, ale podróżowanie nadal sprawia mi tyle przyjemności, że pracuję dla biura podróży „Escape travel”. Zabieram pojedyncze osoby nad wielkie rzeki: Mekong, Ganges, Jangcy. To jest niezwykle interesujące, bo wszędzie tam, gdzie jest woda, powstały duże cywilizacje: Chiny, Indie, kultura Angkor... Moja matka niedawno zmarła w wieku 104 lat. Żartuję więc, że będę podróżował, aż osiągnę ten sam wiek.

Torbjørn Færøvik, norweski historyk i pisarz, przez wiele lat był zagranicznym korespondentem prasowym i telewizyjnym. Jest autorem 11 książek, po Polsku ostatnio ukazał się reportaż „Orient Express”.

'Orient Express. Świat z okien najsłynniejszego pociągu' Torbjørn Færøvik, wyd. Poznańskie "Orient Express. Świat z okien najsłynniejszego pociągu" Torbjørn Færøvik, wyd. Poznańskie

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Materiał partnera

Rodzinne wakacje – jak się zabezpieczyć?

Zagraniczny wyjazd z dziećmi oznacza konieczność zaplanowania wszystkich detali. W tym tekście opowiemy Ci o tym, jak odpowiednio zabezpieczyć całą rodzinę na czas podróży oraz przeżyć wakacje w spokoju.

Najważniejsze jest ubezpieczenie

Jedynym skutecznym i zapewniającym kompleksową ochronę sposobem na zabezpieczenie całej rodziny jest wykupienie ubezpieczenia turystycznego. Nie chodzi jednak o pierwszą lepszą ofertę. Polisa powinna być dostosowana do potrzeb wszystkich uczestników wyjazdu. Najlepiej więc będzie, jeśli skorzystasz z Internetu i to właśnie tam poszukasz idealnego rozwiązania. Obecnie popularne są porównywarki oraz kalkulatory, które pomagają w wybraniu odpowiedniej oferty. Wystarczy tylko, że wpiszesz do formularza swoje dane oraz informacje dotyczące oczekiwań. Po chwili otrzymasz całą listę, pasujących do Ciebie i Twojej rodziny polis. Więcej informacji znajdziesz w tym kalkulatorze ubezpieczeń turystycznych: https://kalkulator.polisaturystyczna.pl/kalkulator/ubezpieczenia-turystyczne/.

Co powinno zawierać ubezpieczenie turystyczne dla rodziny?

Poniżej znajdziesz opis najważniejszych elementów, które muszą znaleźć się w polisie turystycznej dla rodziny.

  1. Koszty leczenia

Wyjazd z dziećmi to zawsze pewne ryzyko. Nagłe choroby oraz kontuzje mogą skutecznie popsuć wypoczynek. Właśnie dlatego bardzo ważne jest, by ubezpieczenie gwarantowało pokrycie kosztów leczenia poza granicami kraju. Pamiętaj, że w wielu kurortach nie ma publicznych przychodni, a turyści mają do dyspozycji wyłącznie prywatne kliniki, których ceny za usługi są bardzo wysokie. Jeśli jednak zaopatrzysz swoją rodzinę w ubezpieczenie, towarzystwo pokryje wszelkie koszty, wynikające z udzielenia pomocy Tobie lub Twoim dzieciom. Sprawdź, czy polisa działa przy zakażeniu koronawirusem.

  1. OC

Wypadki zdarzają się niemal każdemu. Jeśli więc podczas podróży lub pobytu spowodujesz niebezpieczne zdarzenie, w którym ucierpią osoby trzecie, ubezpieczyciel pomoże Ci uniknąć finansowych konsekwencji. Osoby poszkodowane otrzymają odszkodowania, a Ty nie zbankrutujesz.

  1. NNW

Jak już wspominaliśmy, nie zawsze wszystko da się przewidzieć. Niebezpieczne zdarzenia mogą spotkać Twoją rodzinę w każdym momencie. Istnieje jednak możliwość zabezpieczenia się przed konsekwencjami, płynącymi z tego typu sytuacji. Z ubezpieczeniem turystycznym otrzymasz pomoc finansową, jeśli Ty lub inne osoby objęte ochroną ulegną wypadkowi, a stan ich zdrowia się pogorszy. Środki finansowe wypłacone przez ubezpieczyciela będziesz mogła wykorzystać na leczenie lub rehabilitację. Sprawdź, dostępne sposoby ochrony przy wyjeździe do pracy tymczasowej: https://www.polisaturystyczna.pl/poradniki/ubezpieczenie-na-wyjazd-do-pracy-tymczasowej-za-granice

  1. Ochrona bagażu

Lotniska to miejsca, w których panuje chaos. Nie pomaga też konieczność upilnowania dzieci, ich walizek i cennych przedmiotów. Musisz wiedzieć, że złodzieje tylko czekają, by Twoja czujność spadła. Jeśli więc bagaż należący do osób ubezpieczonych zostanie skradziony lub zaginie, ubezpieczyciel zwróci koszty, które poniosłaś. Pamiętaj jednak, by zbierać dowody zakupów. W innym wypadku towarzystwo może odmówić pomocy.

  1. Rekompensata za odwołany lub opóźniony lot

Koronawirus sprawił, że wyjazdy w każdej chwili mogą zostać odwołane. Jeśli więc chcesz, by Twoja rodzina otrzymała rekompensatę za opóźniony lub odwołany lot i w rezultacie zepsute wakacje, zainwestuj w polisę turystyczną.

Podsumowanie

Rodzinny wyjazd to duże wyzwanie logistyczne, które trzeba zaplanować. Twoim priorytetem powinno być zapewnienie bezpieczeństwa wszystkim uczestnikom, tak by mogli w pełni cieszyć się urokami letniego wypoczynku. Sprawdź też, co lepiej wybrać na wyjazd - ekuz czy ubezpieczenie (więcej na https://www.polisaturystyczna.pl/)

  1. Styl Życia

Pora na rower - 6 najciekawszych tras rowerowych w Polsce

Sezon rowerowy jest w Polsce dość krótki, warto go maksymalnie wykorzystać. (Fot. iStock)
Sezon rowerowy jest w Polsce dość krótki, warto go maksymalnie wykorzystać. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Malownicze wybrzeże, bardziej wymagające kondycyjnie góry, urokliwe Pojezierze Mazurskie czy leśne dukty wśród kapliczek i świątyń. Polska oferuje wielbicielom dwóch kółek wiele wspaniałych miejsc do zwiedzania z co najmniej przyzwoitą infrastrukturą rowerową. Prezentujemy sześć najciekawszych, podpierając się opiniami znawców tematu – Bartosza Huzarskiego, specjalisty od kolarstwa szosowego i Bartłomieja Wawaka, zawodowego kolarza górskiego.

Malownicze wybrzeże, bardziej wymagające kondycyjnie góry, urokliwe Pojezierze Mazurskie czy leśne dukty wśród kapliczek i świątyń. Polska oferuje wielbicielom dwóch kółek wiele wspaniałych miejsc do zwiedzania z co najmniej przyzwoitą infrastrukturą rowerową. Oto najciekawsze trasy rowerowe po Polsce według znawców tematu – Bartosza Huzarskiego, specjalisty od kolarstwa szosowego i Bartłomieja Wawaka, zawodowego kolarza górskiego.

Sezon rowerowy w Polsce nie trwa zbyt długo. Z drugiej strony jednak nie mieszkamy też w mroźnej Skandynawii. Jeżeli więc przepadasz za rowerowymi wycieczkami, masz szansę zwiedzić większość najciekawszych zakątków kraju, bez potrzeby brania urlopu na okrągły miesiąc. Przedstawiamy więc listę 6 najbardziej interesujących i najbardziej urokliwych miejsc, do których warto zapuścić się na dwóch kółkach – w wersji górskiej i szosowej. Zostały dobrane tak, aby legitymowanie się licencją kolarską, czy dyplomem skauta nie było konieczne.

Góry Orlickie – Zieleniec

- Jeśli chodzi o moje wybory były one podyktowane kilkoma ważnymi czynnikami, takimi jak klimat, odległość od domu, wysokość nad poziomem morza i jakość dróg – przyznaje Bartosz Huzarski, wybitny były zawodowy kolarz szosowy, wielokrotny uczestnik Tour de France i Giro d'Italia oraz założyciel Huzar Bike Academy. - Jeśli decydowałem się na jakikolwiek wyjazd na zgrupowanie w Polsce, celowałem w jedno miejsce w Górach Orlickich – Zieleniec, czyli górską dzielnicę miejscowości Duszniki Zdrój. Ten opustoszały w lecie kurort narciarski dawał mi wszystkie z tych punktów. Po około 90 minutach jazdy autem byłem na wysokości około 900 m.n.p.m w ciszy i spokoju, doświadczając niemal alpejskiego klimatu. Z dobrą siatką dróg po polskiej oraz bardzo dobrą po czeskiej stronie. Dodatkowo świetna kuchnia i otwartość ludzi sprawiały, że wracałem tam regularnie przed najważniejszymi wyścigami sezonu – podkreśla.

Nadmorski Szlak Rowerowy EuroVelo 10

Zdecydowanie jednym z najlepszych pomysłów jest wybrać się na wycieczkę wzdłuż polskiego wybrzeża, przez większość czasu mając w zasięgu wzroku Bałtyk. Nadmorski Szlak Rowerowy R-10 (EuroVelo 10), biegnący od Świnoujścia do Półwyspu Hel, oferuje od eleganckiej asfaltowej ścieżki rowerowej, przez szuter i leśne dukty, aż po wydmy i dziki wertepy. Po drodze nie brakuje licznych miejsc do spania w domkach letniskowych albo polach namiotowych. Trasa wiedzie przez tak urokliwe miejsca jak parki narodowe – Słowiński i Woliński, dodatkowym argumentem niech będzie widok latarni morskich. Na osobną uwagę zasługuje odcinek, prowadzący przez samą Mierzeję Helską.

Transgraniczna ścieżka Komańcza-Medzilaborce

Na tej liście nie mogło zabraknąć „mitycznego” miejsca ucieczki wszystkich pracowników korporacji z wielkich miast. W Bieszczadach możesz liczyć na gęstą siatkę tras rowerowych, z których szczególnie warto polecić transgraniczną asfaltową ścieżkę Komańcza-Medzilaborce o całkowitej długości 160 km (w tym 60 km przebiega przez Słowację). Po drodze miniesz wiele kapliczek i cerkwi. Innym interesującą propozycją jest szlak rowerowy dziedzictwa historycznego R-64, zwany Śladami Dobrego Wojaka Szwejka. Wędrował nią podczas I wojny światowej słynny bohater powieści Jaroslava Haška w swojej podróży na front wschodni.

Warmia i Mazury – z Giżycka do Mikołajek

Ten region od dawna sławią wszyscy fani kolarstwa i trudno im się dziwić. Przekonuje do siebie pięknymi krajobrazami, zabytkami turystycznymi (sanktuaria i zamki) czy ogromną liczbą uroczysk oraz jezior przy których można rozbić biwak. Znajdziesz tu wiele zadbanych, dopieszczonych pod każdym względem szlaków rowerowych. Większość spokojnie pozwoli na zabranie na wycieczkę małych dzieci w przyczepkach. Grzechem byłoby nie wybrać się w podróż z Giżycka do Mikołajek i z tej drugiej miejscowości do Ełku oraz dookoła jeziora Selmęt Wielki.

Żywiec, Jezioro Żywieckie i okolice

To jedna z ulubionych tras Bartłomieja Wawaka, zawodnika drużyny Kross Racing Team i byłego mistrza Polski elity kolarstwa górskiego (z reguła zapuszcza się tam jednak na szosówce). - Jezioro położone jest w kotlinie górskiej, co dodaje mu wyjątkowego uroku. Możemy je objechać dookoła całe. Trasa widokowa wiedzie po małych pagórkach z którymi upora się każdy. Możemy również przejechać przez zaporę w Tresnej, na której warto się zatrzymać i podziwiać jej imponujący rozmiar. Po drodze znajdziemy wiele miejsc w których można się zatrzymać, np. na świeżutką rybę czy na szybki „coffee break” – mówi Wawak. - Bardziej ambitnych zachęcam do wybrania się także na górę Żar, która znajduje się w pobliżu Jeziora Żywieckiego. Rozpościera się z niej niesamowity widok na okoliczne góry i doliny. Na samym szczycie znajduje się również ogromny zbiornik wodny, który sam w sobie robi wrażenie. Podczas dobrej pogody z jej szczytu startują paralotniarze i szybowce – dodaje.

Wschodni Szlak Rowerowy (1987 km), Green Velo, odcinek podkarpacki

Jedna z turystycznych wizytówek tego województwa. Na przygranicznych, z reguły mało uczęszczanych drogach możesz natknąć się na takie atrakcje jak stare cmentarze z wyrytymi na nagrobkach cyrylicą napisami, drewniane cerkwie (np. św. Paraskewy w Radrużu), arboretum w Bolestraszycach czy pięć sosen wyrastających z jednego pnia przy Sanktuarium Maryjnym na tzw. Płomieniu. Znawcy tego regionu opisują w samych superlatywach swoje wrażenia z wycieczki wzdłuż Pogórza Przemyskiego i Pogórza Dynowskiego aż do Rzeszowa. Trasę da się wytyczyć tak, by ominąć niekomfortowe drogi szutrowe.

  1. Psychologia

Gimnastyka słowiańska - nauka szacunku dla ciała i słuchania jego potrzeb

Gimnastyka to czas, który poświęcamy tylko sobie. Ćwiczenia odgruzowują nasze ciało i usuwają gromadzone latami napięcia. (Fot. Iwona Krupińska)
Gimnastyka to czas, który poświęcamy tylko sobie. Ćwiczenia odgruzowują nasze ciało i usuwają gromadzone latami napięcia. (Fot. Iwona Krupińska)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Dla wielu kobiet odkryciem jest to, że gimnastyka słowiańska jest tylko dla nich. W kobiecym gronie mogą poczuć się bardzo komfortowo i zrobić  w końcu coś dla siebie -  bez bycia ocenianą i w pełnej akceptacji. To jest ten pierwszy krok, który pozwala odpocząć i na chwilę odpuścić napięcie. 

Monika Półrolnik od piętnastu lat zajmuje się pracą z ciałem. Przyznaje, że długo szukała przestrzeni dla siebie i takiej aktywności, która łączyłaby ciało z umysłem i duszą. Na początku wciągnęła ją Yoga Trilo Chi i po jakimś czasie zaczęła prowadzić własną praktykę. W pewnym momencie zauważyła, że coraz częściej w jej grupie ćwiczą niemal same kobiety. „Kiedy na sali nie było mężczyzn, zajęcia przebiegały w całkiem innym klimacie i czuć było zupełnie inną energię. – przyznaje Monika. „Dziewczyny były bardziej rozluźnione, opadało z nich całe napięcie, nie miały tego poczucia, że ktoś na nie patrzy, ocenia i obserwuje.” To właśnie wtedy Monika pomyślała, że byłoby cudownie prowadzić zajęcia skierowane wyłącznie do kobiet. Kiedy partner pokazał znaleziony na Facebooku artykuł o gimnastyce słowiańskiej, od razu wiedziała, że znalazła to, czego od dawna szukała.

Monika Półrolnik  (Fot. Iwona Krupińska) Monika Półrolnik  (Fot. Iwona Krupińska)

Pierwsze spotkanie w kobiecym kręgu

„O gimnastyce słowiańskiej dowiedziałam się z bloga blowminder.com Kasi Wiekiera. To była prawdopodobnie jedna z pierwszych publikacja w języku polskim, która poruszała ten temat. Niecały miesiąc później znalazłam zapowiedź pierwszego warsztatu w Polsce, który miał odbyć się w Łodzi. Zajęcia dla Polek przeprowadziła Jula Winogradowa. Wzięło w nim udział około 40 kobiet” - wspomina Monika. Julia Winogradowa, rosyjska nauczycielka i uczennica Oksany Pawłowskiej, która z kolei pobierała nauki u białoruskiego profesora Giennadija Adamowicza, przyjechała do Polski w 2015 roku na zaproszenie Pauliny Antipowej oraz Olgi Chorąży.

„Pamiętam, że spóźniłam się na zajęcia dwadzieścia minut i wszyscy czekali tylko na mnie. W pierwszym odruchu chciałam usiąść gdzieś w kąciku, żeby nie przeszkadzać. Ale powiedziałam sobie: „Przecież ten warsztat jest dla ciebie i tyle na niego czekałaś”. Przemaszerowałam przez całą salę i usiadłam blisko trenerki. Atmosfera była niesamowita. W drugim dniu warsztatów rozumiałam już wszystko bez pomocy tłumaczki, chociaż język rosyjski znam bardzo słabo. Wydaje mi się, że ta wiedza i ruch tkwią gdzieś głęboko w nas. Wiele kobiet w trakcie zajęć opowiadało, że one to pamiętają i czują. Dla mnie uderzające było uczucie niesamowitej jedności i bliskości z kobietami. Szczególnie mocno odczuwałam je drugiego dnia zajęć, kiedy wygłaszałyśmy intencje. Czułam, że każda z obecnych na sali kobiet jest mi bardzo bliska, a to o czym mówiły, znałam z własnego doświadczenia”.

„Po warsztatach podeszłam do Julii i powiedziałam, że chciałabym pracować taką metodą z kobietami w Polsce. Nie tylko mnie zafascynowała wtedy gimnastyka słowiańska. Kolejne spotkanie odbyło się we wrześniu tego samego roku, pojawiło się na nim sporo uczestniczek, które pamiętałam z pierwszych zajęć. Myślę, że wiele przyjaźni zawartych w trakcie tamtych warsztatów przetrwało i większość kobiet, która wtedy ukończyła kurs instruktorski, nadal pracuje z kobietami, a gimnastyka słowiańska jest bardzo ważną częścią ich życia.”

Inteligentna przestrzeń, która dopasowuje się do naszych potrzeb

O gimnastyce słowiańskiej wiadomo nieco więcej od 1995 roku dzięki naukowej pracy białoruskiego wykładowcy Giennadija Adamowicza. Na jednym z wykładów Adamowicz usłyszał od swojej studentki o ćwiczeniach, które dziewczyna znała od swojej babki. Zafascynowany niezwykłą opowieścią zaczął prowadzić miejscowe badania etnograficzne i rozmawiać z wiejskimi kobietami o specjalnej gimnastyce, którą praktykowano od pokoleń. Adamowiczowi udało się zebrać i opisać zestaw 27 ćwiczeń. Gimnastykę połączył z horoskopem słowiańskim i nadał jej kształt, w jakim dziś jest często praktykowana. Ćwiczenia znane jako system „Stojąca Woda” sięgały korzeniami do pogańskiej kultury naszych przodków i związane były z tradycją dawnych Słowian czczących Biereginie, boginie-opiekunki i obrończynie przed złymi mocami (nazwa Biereginie odnosi się dziś do ukraińskich motanek – słowiańskich lalek tradycyjnie wykonywanych przez matki i córki). Adamowicz prowadził wiele warsztatów na temat słowiańskiej gimnastyki na Białorusi i uważał, że ćwiczenia opierają się nie tylko na tradycyjnej wiedzy, ale są także zakorzenione w „pamięci genetycznej” słowiańskich kobiet.

„Kobiety w poszczególnych rodach miały swoje konkretne ćwiczenia, być może wyliczane z dat urodzenia. Pierwotnie gimnastyka słowiańska była tańcem. Kobieta czuła się związana z naturą, była połączona z energiami ziemi i nieba. Poprzez taniec i zestaw pewnych ruchów komunikowała się z otoczeniem i obszarami związanymi ze światem bogów, ludzi oraz przodków. Wiedziała intuicyjnie, w jak sposób powinna się poruszać, żeby uzyskać konkretny efekt. My dopiero uczymy się tego, w jaki sposób słuchać swojego ciała i czuć jego potrzeby.”

Gimnastyka słowiańska jest zestawem 27 ćwiczeń. Tyle udało się przynajmniej zrekonstruować Adamowiczowi. Każda pozycja niesie pewną informacje i energię. Ćwiczenia dzielą się na trzy grupy: Górny, Średni i Dolny świat, co odwołuje się bezpośrednio do wierzeń dawnych Słowian. Górny był światem bogów, Środkowy przestrzenią ludzi, Dolny był miejscem, w którym przebywały dusze przodków.

„Jako instruktorka nie jestem tak mocno osadzona w słowiańszczyźnie. Odnoszę się do niej z wielkim szacunkiem, ale bliższe jest mi podejście psychologiczne, w którym Górny świat jest naszą nadświadomością, Średni – świadomością, a Dolny odnosi się do obszaru podświadomego. Dla mnie gimnastyka słowiańska spaja bardzo wiele istotnych elementów, które się wzajemnie uzupełniają, a każdy jest tak samo ważny” – wyjaśnia Monika. „Gimnastyka jest żywym systemem i pewnego rodzaju inteligentną przestrzenią, która pracuje, i w której zawiera się głęboka mądrość o nas samych. Kiedy poznajemy gimnastykę słowiańską, zaczynamy wchodzić z nią w dialog. Dlatego każda z nas będzie ją odbierać po swojemu, inaczej odczuwać każdą pozycję. Dla niektórych kobiet ważne będą symbole umieszczone na kartach do ćwiczeń, dla innych nie będą one miały większego znaczenia. Gimnastyka słowiańska jest niezwykle pojemna i szeroka, można wybrać z niej to, co sprawia nam najwięcej radości.”

Jednym z niezwykłych elementów gimnastyki słowiańskiej są specjalne karty do ćwiczeń. Na każdej znajduje się symbol zaczerpnięty z tradycji ludowej. „Nie mamy stuprocentowej pewności, co oznacza każdy z nich i z jaką związany jest energią. Zgadzamy się na pewną umowność, oczywiście podpartą wiedzą, ale jednak zrekonstruowaną na podstawie różnych podań. Jest to koncepcja, którą można przyjąć lub odrzucić” – tłumaczy Monika.

Zestaw 27 ćwiczeń powiązany został ze strukturą słowiańskiego horoskopu, na podstawie którego opracowywano system indywidualnego doboru siedmiu pozycji, zwanych indywidulanym kompleksem. Każdy z mikrokompleksów miał rozwiązywać inne problemy: pierwsze trzy ćwiczenia zapobiegały chorobom ciała, druga trójka rozwiązywała problemy związane ze zdrowiem psychicznym, siódme ćwiczenie pozwalało harmonizować te dwa obszary.

„Gdy się o tym mówi, może wydawać się to nieco skomplikowane, ale na zajęciach wszystko dzieje się bardzo naturalnie – tłumaczy Monika. „Jest chwila na oddech i uziemienie, czas na indywidualne intencje, później omawiam każde ćwiczenie. Jedna z najważniejszych nauk, którą wyniosłam z warsztatów z trenerkami mówi, że w gimnastyce słowiańskiej nie ma miejsca na krytykę ani negatywne komunikaty. Wszystko opiera się na pełnej otwartość i akceptacji tego, co dzieje się w danym momencie.”

Pierwsze zajęcia: każda podróż zaczyna się od pierwszego kroku

Na pierwszym spotkaniu poznajemy siedem podstawowych ćwiczeń. Adamowicz opracował specjalne tabele, które na podstawie daty urodzenia, słowiańskiego horoskopu i kalendarza księżycowego pozwalały obliczyć zestaw siedmiu indywidualnych pozycji.

„Nie korzystam z tabel Adamowicza, ponieważ są niezwykle skomplikowane. Mam natomiast skrócone wersje, którymi się kieruję i ćwiczymy zestaw tylko tych siedmiu ćwiczeń, który jest przydzielony na konkretny dzień. Na zajęciach zaczynamy od Górnego świata (ćwiczenia wykonywane w pozycji stojącej), następnie przechodzimy przez Średni (ćwiczenia wykonywane na kolanach) i Dolny (pozycje na czworakach), ponownie wracamy do świata Górnego, Średniego i Dolnego. Ostatnie, siódme ćwiczenie jest najważniejsze, ponieważ symbolizuje energię danego dnia i konkretny zestaw ćwiczeń. W trakcie kolejnych spotkań poznajemy następne zestawy. Na ósmych zajęciach, które u mnie wypadają po dwóch miesiącach sukcesywnej pracy, każda z kobiet otrzymuje indywidualny zestaw ćwiczeń wyliczony na podstawie daty urodzenia. Przez te dwa miesiące można poznać podstawy gimnastyki słowiańskiej i poczuć swoje ciało, a dzięki indywidulnym zestawom ćwiczyć samodzielnie w domu. Są panie, które ćwiczą ze mną od pięciu lat i co tydzień przychodzą na zajęcia, ale są i takie, które praktykują gimnastykę w pojedynkę”.

„Dla mnie niezwykle ważna jest praca z intencją, czyli „co jest celem, do którego zmierzam”. Kiedy jestem już skupiona, wyciszona i przygotowuję się do realizacji ćwiczeń, intencja pozwala mi uświadomić sobie, co jest w tym momencie dla mnie ważne, na co kieruję moją uwagę i na czym skupiam energię. Poprzez ćwiczenia w pewnym sensie przybliżam się do realizacji tego pragnienia. Kiedy jestem w kontakcie ze sobą i wiem, czego pragnę, to mogę też przewidzieć, jaki kolejny ruch powinnam wykonać. Każda podróż zaczyna się od pierwszego kroku. I ta intencja jest właśnie takim pierwszym krokiem do realizacji mojego celu”.

Odzyskiwanie swojego ciała

Monika, tak samo jak większość kobiet, które praktykują gimnastykę słowiańską potwierdza, że ćwiczenia w fantastyczny sposób oddziałują na ciało i pozwalają poczuć się wspaniale. „Poranne zajęcia są dla mnie jak łyk dobrej kawy. Ciało jest luźne i otwarte, pojawia się stan radości i uspokojenia.” Ćwicząc aktywujemy układ hormonalny do jak najbardziej optymalnej pracy. „Odpowiada za to oczywiście określony ruch, ale także sposób, w jaki dotykamy swojego ciała. Wykonując automasaż ogrzewamy i stymulujemy nadnercza, aktywujemy grasicę, stymulujemy tarczycę i przysadkę. Ruch, który powtarzamy codziennie sprawia, że gospodarka hormonalna zaczyna się regulować, co potwierdzają prowadzone na ten temat badania. Ćwiczenia przynoszą ulgę w bolesnych miesiączkach i pomagają kobietom w menopauzie. Pracujemy również z układem limfatycznym, więc ciało staje się bardziej odporne. Mięśnie się wydłużają i uelastyczniają.”

Jednak jeszcze ciekawsze wydaje się nie to, co gimnastyka słowiańska „robi” z naszym ciałem, ale to w jaki sposób zaczynamy je odczuwać. „Ćwiczenia odgruzowują nasze ciało i usuwają gromadzone latami napięcia. Rozluźniają się barki, klatka piersiowa i biodra. Przypominamy sobie, że jako małe dziewczynki byłyśmy niezwykle gibkie, jednak z biegiem lat nasze ciała zaczęły się usztywniać. Oczywiście jest to związane z tym, że zbyt mało się ruszamy i często pracujemy w jednej pozycji, ale bardzo wiele tego usztywnienia pochodzi z napięć, które „przytrzymują” nasze ciało. W dzieciństwie wiele z nas nie zostało nauczonych sposobu prawidłowego uwalniania emocji i usuwania napięć ze swojego ciała, dlatego gromadzone przez lata przeżycia, doświadczenia i traumy tak bardzo je usztywniają.”

Poranne zajęcia są jak łyk dobrej kawy. Ciało jest luźne i otwarte, pojawia się stan radości i uspokojenia (Fot. Iwona Krupińska) Poranne zajęcia są jak łyk dobrej kawy. Ciało jest luźne i otwarte, pojawia się stan radości i uspokojenia (Fot. Iwona Krupińska)

„Dla wielu kobiet ogromne znaczenie ma odkrycie, że gimnastyka słowiańska jest tylko dla nich. W kobiecym gronie mogą poczuć się bardzo komfortowo i zrobić w końcu coś dla siebie - bez bycia ocenianą i w pełnej akceptacji. To jest ten pierwszy krok, który pozwala odpocząć i na chwilę zostawić napięcie - „Aha, nic nie muszę. Jak będzie, tak będzie.”

Kiedy udaje nam się zdjąć napięcie z barków, klatki piersiowej i bioder, zmienia się nasza postawa, prostujemy się, wydłuża się kręgosłup, który staje się też bardziej elastyczny i młodnieje. Zyskujemy także niezwykłą gibkość ciała, zwiększa się ruchomość w stawach. Zarysowuje się talia i ujędrnia biust. Część kobiet chudnie, inne nabierają ciała, optymalizuje się sylwetka. „Gimnastyka dopasowuje się do naszych potrzeb. Jeśli pracujemy na głębokich poziomach i schodzi z nas to, co powodowało, że miałyśmy np. nadmiar ciała – kiedy znika ta bezpośrednio przyczyna – to ciało zaczyna po prostu chudnąć, a my przestajemy z nim walczyć. Poprzez głęboki oddech, który jest bardzo ważnym elementem ćwiczeń, uwalniamy toksyny i wszystkie napięcia. Często się zdarza, że kobiety w trakcie ćwiczeń zaczynają płakać, pojawiają się bardzo silne emocje, bo gdzieś na tym głębszym poziomie coś zaczyna się oczyszczać.”

„Ciało jest zapisem wszystkich życiowych doświadczeń. Zdarza się, że ćwiczenie przywołuje w naszym umyśle konkretną informację, coś sobie przypominamy, a za tym mogą iść emocje. To jest oczywiście długi proces, nic nie dzieje się od razu. Ale uważam, że zmiany, które przebiegają łagodnie, są bardziej trwałe.”

Bez ograniczeń

Najstarszą uczestniczką warsztatów Moniki była pani koło osiemdziesiątki, która miała spore ograniczenia ruchowe. Część ćwiczeń wykonywała siedząc na krześle. „Później wyznała, że był to jeden z cudowniej spędzonych dni” – wspomina Monika. „Ta kobieta nie czuła dyskomfortu z powodu tego, że nie mogła wszystkiego powtórzyć. Cieszyła się tym, co mogła zrobić. Kiedy ćwiczymy nasze ciało, to z każdą pozycją zwiększamy zakres jego ruchu i to, czego nie mogłyśmy zrobić wczoraj, na pewno zrobimy za jakiś czas. Ruchy w gimnastyce słowiańskiej otwierają całe ciało. Można ćwiczyć nawet z przepukliną kręgosłupa, oczywiście za zgodą lekarza. Kobiety w ciąży również mogą praktykować wszystkie pozycje i wykonywać większość ruchów. Wyjątkiem jest pozycja pączka, w której podnosimy ręce w górę. Jedynym przeciwskazaniem do wykonywania ćwiczeń jest złe samopoczucie spowodowane chorobą oraz różnego rodzaju bóle, szczególnie kręgosłupa. Ból jest również przeciwskazaniem do pogłębiania jakiegoś ćwiczenia, nie wolno przekraczać tej granicy. Ból warto poznać, można przez chwilę w nim pobyć, ale nie należy wchodzić dalej w pozycję. Nie ma w gimnastyce słowiańskiej miejsca na działanie wbrew sobie i wbrew swojemu ciału. Podchodzimy do niego z pełnym szacunkiem i respektem. Większość kobiet dopiero się tego uczy i często nie potrafi słuchać swojego ciała. Gimnastyka wywraca takie myślenie do góry nogami i mówi „rób wszystko zgodnie z sobą, dokładnie jak czujesz”.

Monika Półrolnik, od 2015 roku certyfikowana instruktorka gimnastyki słowiańskiej, pomysłodawczyni Festiwalu Siostrzanego Bycia Kobieta – Kobiecie w Łodzi. Regularne zajęcia odbywają się w Łodzi w pracowni Twórcy Skrzydeł.

  1. Kuchnia

Osładzanie codzienności. Rozmowa z Elizą Mórawską-Kmitą

Eliza Mórawska-Kmita (Fot. Anna Rutkowska/ JG Publishing)
Eliza Mórawska-Kmita (Fot. Anna Rutkowska/ JG Publishing)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
"Nie ma chyba nikogo, kogo zapach szarlotki, nie przeniósłby do krainy wspomnień" - mówi autorka bestsellerowej książki kulinarnej „Słodkie”, która po kilku latach nieobecności na rynku, została na prośbę czytelników, wydana ponownie.

Czy masz swój rytuał „słodkości”? Codziennie? Po obiedzie? Do kawki? Tylko w weekendy? Kiedyś nie mogłam żyć bez codziennej dawki słodyczy, ale dziś to się zmieniło i jem tylko to, co naprawdę lubię - najchętniej coś domowego, świeżo wyjętego z piekarnika. Piekę ciasta zazwyczaj 1-2 razy w tygodniu, czasem częściej. Zawsze mam też ochotę na domową chałkę z dużą ilością kruszonki.

„Słodkie” to Twoja pierwsza książka kulinarna - ukazała się w 2014 r., doczekała się kilku dodruków i wyprzedała się do ostatniej sztuki.  A teraz wróciła. Z tymi samymi przepisami, ale nowymi zdjęciami. Oprawa wpływa na smak? Moim zdaniem tak. To książka, do której sama chętnie wracam, korzystam z niej, podarowałam ją też w ciągu tych kilku lat wielu osobom, ale chciałam nieco odświeżyć jej wygląd.

Wszystkie zdjęcia do nowego wydania zrobiłaś sama. Jak stałaś się zawodowym fotografem? Robię zdjęcia już prawie dwadzieścia lat, każdego dnia. Zaczynałam na potrzeby bloga, a potem pasja się rozwinęła i zaczęłam robić zdjęcia również zawodowo. Inspiracji szukam przede wszystkim w naturze - dziś interesuje mnie głównie fotografia, przy której jak najmniej "majstrowano", taka niedoskonała, naturalna, zwyczajna. Przeszłam długą drogę od fascynacji wielkimi sesjami zdjęciowymi ze scenografią, stylistami jedzenia, a dziś najbliżej mi do zdjęć naturalnych, minimalistycznych.  

Przeżywasz fascynację kulturą Korei, interesujesz się Japonią - czy w swojej następnej książce podzielisz się z nami niezawodnymi przepisami na dania kuchni azjatyckiej? Jeśli opanuję je w satysfakcjonujący sposób, to czemu nie?  

Liczymy na to, bo przepisy od Ciebie po prostu wychodzą. Obserwując Twojego Instagrama (whiteplatecom) nie można mieć wątpliwości - w gotowaniu i pieczeniu osiągnęłaś mistrzowski poziom. Ramen, burger, pączki, chałka - to tylko kwestia zachcianki, decyzji. Czy tak było zawsze? Czy miałaś jakieś wpadki?  Zrobiłaś kiedyś zakalca? To jest dosyć zabawne, ale rzeczywiście to prawda - właściwie nie ma rzeczy, na którą miałabym ochotę, a nie umiałabym jej sama zrobić w domu. Jeśli za czymś tęsknię, to są to zazwyczaj dania jedzone w jakichś określonych "okolicznościach przyrody", związane z miejscami, sytuacjami, emocjami. Tego oczywiście w domu powtórzyć się nie da, ale cała reszta jest do zrobienia. Kiedyś dużo podróżowałam, a w tych podróżach jedzenie stanowiło jeden z najważniejszych elementów - jadłam, notowałam, kupowałam książki kucharskie i uczyłam się odtwarzać w domu to, co lubię. Wiadomo, że nauka to też wpadki i nieudane dania - dziś jest tego zdecydowanie mniej, ale po prostu gotuję już na tyle długo, że umiem uniknąć wielu wpadek  - bo już je zaliczyłam ;)

Czy jakieś przepis wciąż stawia Ci opór? Miałam kilka podejść do francuskich macarons i niestety nie wychodziły tak, jak powinny. Idealne macarons to te prosto z Paryża, z cukierni Ladurée, jedzone na miejscu. Dla mnie najlepsze i już nie próbuję robić ich sama w domu.

Wiele osób zaczyna swoje kulinarne eksperymenty właśnie od deserów, od pieczenia ciast  - czy masz dla nich jakiś złoty standard działania? Jeśli zaczynamy to najważniejsze jest staranne czytanie przepisu i instrukcji - wiele początkujących osób uważa, że to mało istotne, bo "babcia robiła na oko i było pyszne", ale ja uważam, że bez opanowania podstaw, trudno jest iść dalej i rozwinąć skrzydła.

Przepisy z książki "Słodkie" 

Brownie z suszonymi śliwkami

(Fot. Eliza Mórawska-Kmita) (Fot. Eliza Mórawska-Kmita)

Składniki: gorzka czekolada 200 g, masło 160 g, cukier puder 200 g, jajka 4 szt., mąka 80 g, proszek do pieczenia 1/2 łyżeczki, śliwki kalifornijskie bez pestek, drobno pokrojone, zalane szklanką (250 ml) mocnej herbaty

Przygotowanie: 1. Czekoladę połamać na małe kawałeczki, masło drobno pokroić. W garnku zagotować wodę. Czekoladę i masło włożyć do miski i postawić ją na garnku z gotującą się wodą, która nie powinna dotykać dna miski. Mieszać czekoladę i masło, aż się rozpuszczą. Lekko przestudzić.

2. Jajka ubić z cukrem pudrem, dodawać powoli czekoladę z masłem. Mąkę przesiać, połączyć z proszkiem do pieczenia i powoli dodawać do masy jajecznej, delikatnie mieszając łyżką.

3. Śliwki odcedzić na sitku i wmieszać do masy.

4. Masę wlać do formy (20x30 cm) i wstawić do nagrzanego piekarnika (180°C) na 25 minut. (Ważne − proponuję sprawdzić drewnianym patyczkiem stan upieczenia w środku, pod warstwą ciasta. Niektóre piekarniki pieką szybciej i brownie można wyjąć już po 15 minutach).

Sernik śliwka w białej czekoladzie

(Fot. Eliza Mórawska-Kmita) (Fot. Eliza Mórawska-Kmita)

Składniki:  Spód: cukierki śliwka w czekoladzie 200 g, masło 100 g, brązowy cukier 100 g, mąka 100 g, proszek do pieczenia 1/2 łyżeczki, jajko 1 szt. Masa serowa: serek waniliowy (dowolny) 200 g, trzykrotnie mielony twaróg (może być z wiaderka) 600 g, cukier puder 250 g, jajka 4 szt. Wierzch: biała czekolada 200 g, niesłodzone mleko skondensowane lub śmietanka 36% 5 łyżek, cukierki śliwka w czekoladzie bardzo drobno pokrojone (opcjonalnie) 100-150 g

Przygotowanie:

1. Cukierki, masło i cukier włożyć do garnuszka i podgrzewać na małym ogniu, aż czekolada i masło się rozpuszczą. Zdjąć z ognia, odstawić na 1o−15 minut, następnie zmiksować na purée. Dodać mąkę wymieszaną z proszkiem do pieczenia i jajko, dokładnie wymieszać.

2 . Tortownicę (24 cm) wyłożyć papierem do pieczenia, posmarować masłem, wysypać tartą bułką (lub mąką). Przełożyć do niej ciasto − będzie gęste i lśniące. Wyrównać wierzch, wstawić do nagrzanego piekarnika (180°C)  i piec 15 minut. W tym czasie przygotować masę serową.

Masa serowa

3. Sery umieścić w misce, zmiksować z cukrem pudrem, następnie dodawać po jednym jajku. Nie należy miksować zbyt długo, wystarczy kilka minut.

4. Wyjąć z piekarnika tortownicę ze spodem, wlać masę serową, wstawić do nagrzanego piekarnika, zmniejszyć temperaturę do 160°C i piec 5o minut. Wyłączyć piekarnik, uchylić drzwiczki i ostudzić sernik w piekarniku. Po całkowitym ostudzeniu ciasta przygotować wierzch.

Wierzch

5. Czekoladę i śmietanę umieścić w szklanej misce ustawionej na garnku z gotującą się wodą. Mieszać, aż czekolada się rozpuści. Polać wierzch sernika. Cukierkami obsypać brzeg ciasta i odstawić do czasu, aż polewa czekoladowa stężeje.

Książka "Słodkie" to 55 sprawdzonych przepisów. Większość z nich autorka napisała sama od początku, niektóre pochodzą ze starych zapisków, jeszcze inne zostały przywołane, bo cieszyły się powodzeniem na blogu. Oprócz przepisów w książce każdy początkujący cukiernik znajdzie informacje dotyczące przyborów, akcesoriów, składników i praktycznych porad dotyczących pieczenia. Książkę można kupić  wyłącznie na: jgpublishing.pl

  1. Styl Życia

Nieodkryty Dolny Śląsk. Niezwykłe miejsca na weekendowy wypad, niezapomniane wakacje

(Fot. Paweł Zasada)
(Fot. Paweł Zasada)
Zobacz galerię 9 Zdjęć
Jeśli zastanawiacie się, dokąd wyruszyć tej wiosny, by na szlakach nie spotykać uciążliwych tłumów, uciec od miejskiego zgiełku i poznać wciąż nieodkryty na masową skalę region Polski, podpowiadamy – jedźcie na Dolny Śląsk.

Średniowieczne zamki, pałace jak z bajki, tajemnicze sztolnie, dawne kopalnie, jaskinie, ruiny, wygasłe wulkany i góry jak z opowieści fantasy. Rozległe wrzosowiska,  malownicze wodospady i setki kilometrów szlaków – narciarskich, rowerowych i pieszych. Dolny Śląsk to miejsce niezwykłe. Wszystko tutaj jest trochę inne. Architektura, jedzenie, ludzie, przyroda. Nie opuszczając granic kraju, można poczuć się jak na zagranicznej wycieczce.

Dla miłośników gór nie lada gratka, to właśnie tutaj, w województwie dolnośląskim, znajduje się aż 15 z 28 szczytów Korony Gór Polskich. To także w tych okolicach – w Kotlinie Kłodzkiej i położonych wokół niej górach – poprowadzono najbardziej rozbudowaną w Polsce sieć rowerowych tras typu singletrack, prowadzących pętlami różnej długości i pozwalających na zwiedzanie regionu z perspektywy dwóch kółek. Ale na tym oczywiście atrakcje tych okolic się nie kończą.

 

Pałac w Gorzanowie. (Fot. Paweł Zasada) Pałac w Gorzanowie. (Fot. Paweł Zasada)

Zainteresowanych odkrywaniem Dolnego Ślaska i poszukujących nieoczywistych i wyjątkowych noclegów w tej okolicy powinna zainteresować najnowsza książka z serii „Odetchnij od miasta”. Jej autorka, Sylwia Kawalerowicz, rozmawia z gospodarzami domów gościnnych, poznaje lokalne targi, słucha miejscowych opowieści i odkrywa niesamowite miejsca. Każdy znaleźć tu może miejsce dla siebie. Nic, tylko ruszać w drogę.

Chociaż na Dolnym Śląsku nie brakuje typowo turystycznych miejscówek chętnie odwiedzanych przez grupowe wycieczki, znaleźć tu można miejsca odludne, niezadeptane, a przy tym piękne, ciekawe i co ważne – gościnne. Prężnie rozwija się tutaj coś, co można określić mianem turystyki w stylu „slow”, w której liczy się doświadczenie, przeżycie, dobre jedzenie, spotkanie z wyjątkowymi ludźmi, nocleg w miejscu z historią, nieoczywistym, ciekawym. Zanocować można tu m.in. w salach wyremontowanego XVI-wiecznego pałacu, przytulnych pokojach stuletniego poniemieckiego domostwa z widokiem na wygasły przed kilku milionami lat wulkan, w nowoczesnej jurcie, prawdziwym ekologicznym gospodarstwie rolnym, starej kaszarni albo designerskim bungalowie pośrodku dzikiej łąki.

Casa Mila (Fot. Paweł Zasada) Casa Mila (Fot. Paweł Zasada)

Casa Mila (Fot. Paweł Zasada) Casa Mila (Fot. Paweł Zasada)

Tartak w Dolinie Bobru (Fot. Paweł Zasada) Tartak w Dolinie Bobru (Fot. Paweł Zasada)

Vegan House (Fot. Paweł Zasada) Vegan House (Fot. Paweł Zasada)

Dolina Harmonii (Fot. Paweł Zasada) Dolina Harmonii (Fot. Paweł Zasada)

Dolina Harmonii (Fot. Paweł Zasada) Dolina Harmonii (Fot. Paweł Zasada)

Oprócz propozycji noclegowych w książce czytelnik znajdzie też informacje o tym, gdzie dobrze zjeść, dokąd wybrać się po lokalne specjały, jakie serowarnie, winiarnie czy gospodarstwa odwiedzić. Wyprawy na Dolny Śląsk były dla mnie wielką przygodą. Odkryłam świat fascynujący, nieoczywisty, czasami intrygująco szkaradny, a czasami obłędnie piękny. Pisząc tę książkę, poznałam ludzi, którzy pozwolili mi zrozumieć, czym są te krainy, odkryć ich trudną historię – często zapisaną w rodzinnych opowieściach, zaszytą w ścianach tutejszych domostw” pisze we wstępie autorka.

„Odetchnij od miasta” to bogaty w zdjęcia poradnik, w którym praktyczne wskazówki dotyczące podróżowania po Polsce przeplatają się z opisami niezwykłych domów gościnnych oraz inspirującymi opowieściami ich gospodarzy. Każde z polecanych noclegów został przez autorkę sprawdzony. Każde miejsce jest nietuzinkowe i przepełnione duchem regionu.

Sylwia Kawalerowicz „Odetchnij od miasta. Dolny Śląsk”, Wydawnictwo Buchmann