1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Koczownicy XXI wieku - rozmowa z Jessicą Bruder, autorką książki "Nomadland. W drodze za pracą”

Koczownicy XXI wieku - rozmowa z Jessicą Bruder, autorką książki "Nomadland. W drodze za pracą”

 Polecamy książkę:
Polecamy książkę: "Nomadland. W drodze za pracą", Jessica Bruder, wyd. Czarne.
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Spakować się do samochodu i ruszyć przed siebie – to marzenie wielu wypalonych zawodowo osób. Jednak dla tych, których do życia w kamperze zmusiła konieczność, niewiele w tym romantyzmu. O koczownikach XXI wieku rozmawiamy z Jessicą Bruder, autorką książki, na podstawie której nakręcono nagrodzony Oscarem film "Nomadland".

Jessica Bruder, dziennikarka, wykładowczyni na Uniwersytecie Columbia. Współpracowała z „New York Timesem”, pisała m.in. dla „Washington Post” czy „Guardiana”. Autorka książki 'Nomadland. W drodze za pracą'. (Fot. archiwum prywatne) Jessica Bruder, dziennikarka, wykładowczyni na Uniwersytecie Columbia. Współpracowała z „New York Timesem”, pisała m.in. dla „Washington Post” czy „Guardiana”. Autorka książki \"Nomadland. W drodze za pracą\". (Fot. archiwum prywatne)

Kilka lat temu kupiłaś minibus i postanowiłaś ruszyć szlakiem ludzi, którzy mieszkają w kamperach, pracują sezonowo i właściwie cały czas są w drodze. Pamiętasz jeszcze te emocje? Na początku cały czas towarzyszył mi niepokój, bo musiałam bardzo dużo jeździć i to naprawdę dużym autem. Ale martwiłam się też o to, gdzie będę spać, czy będę bezpieczna, gdzie zaparkuję. Wiedziałam, że dla mnie nie jest to początek nowego życia, tylko chwilowa sytuacja, ale i tak się stresowałam.

Pamiętasz pierwszą noc? Pewnie! Zaparkowałam w miejscu, gdzie był zakaz nocowania w aucie. Bałam się, że ktoś do mnie zapuka, policja zacznie zadawać pytania… Na szczęście szybko przywykłam. Od niedawna w Stanach obowiązuje zakaz nocowania w aucie, co dla mnie jest naruszeniem amerykańskich wolności, bo możesz zaparkować wszędzie, ale nie możesz spać.

Wyobrażam sobie, że to krzywdzący przepis w sytuacji, gdy auto jest twoim domem, a tak jest w przypadku bohaterów twojej książki „Nomadland”. Jakie jeszcze miałaś wrażenia w pierwszych tygodniach? Bycie w drodze nieustannie dostarcza bodźców, bo cały czas poznajesz nowych ludzi, trafiasz też do nowych miejsc. To jest fascynujące, ale też wyczerpujące. Ja miałam ten luksus, że w każdej chwili mogłam wrócić do domu. Najdłużej w drodze spędziłam dwa miesiące, potem jeszcze kilka razy ruszałam w kilkutygodniową trasę. Pamiętam, jak bardzo zdezorientowana czułam się, gdy po dwóch miesiącach wróciłam do siebie. Sypialnia nagle wydała mi się ogromna, czułam się dziwnie w mieście, nie mogłam się odnaleźć. Ale dla mnie takie wytrącenie z równowagi było bardzo przydatne.

Co masz na myśli? Gdy decydujesz się uprawiać dziennikarstwo, które wiąże się z tzw. obserwacją uczestniczącą, to trzeba cały czas siebie pilnować, by za bardzo nie zbliżyć się do bohaterów, nie zacząć patrzeć ich oczami. Jasne, biorę auto, spędzam kilka tygodni w drodze i poznaję ludzi, z niektórymi się zaprzyjaźniam, ale muszę pamiętać o tym, że cały czas jedną nogą jestem w ich świecie, ale drugą muszę pozostać w swoim, jeśli chcę zobaczyć cały obrazek, cały kontekst, i zarazem oddać im sprawiedliwość.

Co było dla ciebie najtrudniejsze w takim życiu? Czas, kiedy pracowałam przy zbiorach buraków cukrowych – to jedna z tych sezonowych prac, przy których chętnie zatrudniają się nomadzi – był dla mnie totalnie wyczerpujący. Jesteś na nogach przez 12 godzin, jest zimno, przewalasz łopatą tony buraków, a obok ciebie tak samo ciężko pracują ludzie w wieku twoich rodziców. To było dla mnie emocjonalnie trudne, bo sama ledwo sobie z tym radziłam. Po całym dniu pracy każdy mięsień w ciele palił.

A druga rzecz: przez cały czas było mi zimno. Nigdy nie udało mi się dobrze ogrzać samochodu. Miałam co prawda grzejnik na gaz, czasem włączałam go i grzałam, dopóki nie szłam spać. Musiałam go wyłączać na noc, żeby się nie zatruć, i często budziłam się zmarznięta w wychłodzonym aucie. Zimno nie pozwalało mi też skoncentrować się i pisać, więc pod koniec dnia robiłam notatki w jakiejś przydrożnej pizzerii.

Tym kamperem Jessica Bruder przemierzyła dziesiątki kilometrów w poszukiwaniu bohaterów swojej książki 'Nomadland. W poszukiwaniu pracy' (Fot. archiwum prywatne) Tym kamperem Jessica Bruder przemierzyła dziesiątki kilometrów w poszukiwaniu bohaterów swojej książki \"Nomadland. W poszukiwaniu pracy\" (Fot. archiwum prywatne)

Twoi bohaterowie nie wpadli po prostu na pomysł mieszkania w kamperach i dorabiania sobie przy sezonowych pracach. To w większości ci, którzy z powodu kryzysu gospodarczego stracili pracę i domy, i musieli odnaleźć się w nowej rzeczywistości, tyle że większość z nich dziś jest na emeryturze. Spotkałam bardzo wielu ludzi, którzy całe życie żyli modelowo: mieli pracę, płacili rachunki, odkładali pieniądze i dbali o rodzinę. I nagle zdarzyła się w ich życiu katastrofa, o co nietrudno, bo płace w Stanach nie rosną; rosną za to raty kredytów czy ceny wynajmu. Wielu z nich nigdy nie marzyło o życiu w kamperze.

W książce zwracasz uwagę na to, jak łatwo twoi bohaterowie zaczynają tworzyć społeczność, wspierać się, a ich ruch z roku na rok rośnie. Zdecydowanie, ludzi na drodze jest coraz więcej. Bardzo szybko też zaczęli spotykać się w zorganizowany sposób. Jedną z tradycji nomadów jest Rubber Tramp Rendezvous (czyli Zlot Zmotoryzowanych Trampów), organizowany w styczniu na pustyni blisko miasteczka Quartzsite w Arizonie. Trwa dwa tygodnie i jest okazją do tego, by wymieniać się doświadczeniem, nawiązywać przyjaźnie i uczyć nowicjuszy. Zaczęło się od kilku–kilkunastu osób, a parę lat potem, kiedy ja się tam wybrałam, było już tysiąc uczestników. Ludzie chcą być razem, dzielić się tym, co przeżyli. I choć wiele osób, które spotkałam, mówiło mi, że tak naprawdę są introwertykami, to wciąż potrzebowały one życia towarzyskiego, chętnie również pomagały innym. Poza zlotami też pozostają ze sobą w stałym kontakcie.

W jaki sposób? Dziś wiele osób korzysta z Messengera, wysyłają do siebie wiadomości, dzwonią, dbają o siebie nawzajem, ten aspekt troski o innych był dla mnie bardzo ciekawy. Podczas pandemii, gdy zamykały się parki, a kempingi zmieniły zasady korzystania, ludzie zakładali strony internetowe, gdzie udzielali informacji o tym, co się dzieje w kraju, jak rozumieć obostrzenia i jak się odnaleźć w sytuacji reżimu sanitarnego czy objawów koronawirusa.

Wiele nauczyłam się zwłaszcza od Lindy May, siedemdziesięciolatki, z którą się zaprzyjaźniłam. Dla niej każdy dzień był przygodą, którą przyjmowała z radością. Linda pokazała mi, jak otwarci i hojni potrafią być ludzie w drodze, choć nie jest im łatwo.

Nie chcę przedstawiać życia nomadów w romantycznym świetle, natomiast urzekło mnie to, jak ludzie w drodze dzielą się tym, co mają, a jednocześnie potrafią zdobyć albo skonstruować samemu to, czego właśnie potrzebują. Swoją drogą zabawne jest to, że amerykańskie społeczeństwo ma obsesję na punkcie Doliny Krzemowej i przełomowych wynalazków, które zwykle sprowadzają się do tego, że możesz uprać albo wysuszyć pranie pięć minut szybciej, ale nie wpływają realnie na życie zwykłych ludzi.

Mówisz o drobnych wynalazkach, ale dla mnie samo życie nomadów jest wielkim społecznym eksperymentem. I to mnie pozytywnie zaskoczyło, jak niesamowicie ludzie potrafią się  adaptować do zmieniających się okoliczności, tworząc światy, w których mogą żyć, nawet jeśli są one tak odmienne od tych znanych nam, żyjącym w ciepłych domach czy mieszkaniach. Ale też to, jak mimo różnej sytuacji życiowej są otwarci na zmiany i na siebie. Miałam wrażenie, że łączą ich silniejsze więzi niż ludzi w dużych miastach, choćby w Nowym Jorku, gdzie mieszkam.

Masz poczucie, że dzisiejsi nomadzi powielają tryb życia pionierów, mit założycielski Ameryki? Wszystko zależy od punktu widzenia. Co innego gdy jesteś w sytuacji, kiedy nie masz wyboru, a co innego, gdy bycie w drodze jest twoją decyzją – wtedy naprawdę mogą cię zachwycać wspaniałe widoki, przestrzeń, przyroda. Sama miałam nieraz wrażenie, że przeżywam piękne chwile na łonie natury. Nie chcę utrwalać amerykańskiego mitu koczownika, choć wiem, że wiele osób ma takie romantyczne podejście do bycia w drodze. A to życie potrafi być naprawdę trudne. Niektórzy z moich bohaterów zakładają, że będą pracować i jeździć po Stanach w nieskończoność. A na przykład Linda May chciałaby jeszcze osiąść gdzieś na stałe.

Jakie były ich reakcje na książkę? Społeczność nomadów pozytywnie na nią zareagowała, ale wiele osób mówiło też, że to nie o nich. Myślę, że bierze się to z lęku przed stygmatyzacją związaną z biedą, która w Stanach jest wciąż ogromna. Kwestia bezdomności i ubóstwa jest delikatna, łatwo można kogoś urazić. Wiąże się z tym również wstyd, ludzie martwią się, co inni o nich pomyślą. Z drugiej strony, jeśli o tym nie będą mówić, stracą szansę na to, by poprawić swoją sytuację, ale też poznać osoby, które pozwolą im się zorganizować we wspólnotę.

Wydałaś swoją książkę w 2017 roku. Ile zostało w tobie z tego doświadczenia bycia nomadką? Zrozumiałam, że poradzę sobie w różnych warunkach, że mogę być samowystarczalna. Nawet gdy zaczęła się pandemia, świadomość, że mam w pełni wyposażone auto, że mogę zostawić wszystko i mimo lockdownu po prostu jechać przed siebie, była wyzwalająca.

Jessica Bruder, dziennikarka, wykładowczyni na Uniwersytecie Columbia. Współpracowała z „New York Timesem”, pisała m.in. dla „Washington Post” czy „Guardiana”. Podczas pracy nad „Nomadlandem” spędziła trzy lata w podróży. Za książkę otrzymała nagrodę sieci księgarń Barnes & Noble (w kategorii „Odkrycie”).

Polecamy książkę: 'Nomadland. W drodze za pracą', Jessica Bruder, wyd. Czarne. Polecamy książkę: \"Nomadland. W drodze za pracą\", Jessica Bruder, wyd. Czarne.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Kino Atlas i Muzeum Kinematografii w Stambule powraca

 Kino Atlas i Muzeum Kinematografii w Stambule (Fot. materiały prasowe)
Kino Atlas i Muzeum Kinematografii w Stambule (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 4 Zdjęć
Nowe obostrzenia w całym kraju to niedobry moment na planowanie podróży? A może wręcz odwrotnie, może właśnie takie planowanie to dobry sposób, żeby myślami wyrwać się z pandemicznej rzeczywistości? Co powiecie na Stambuł? Pojawił się kolejny powód, dla którego warto go odwiedzić.

Miasto dwóch kontynentów – położone i w Europie i w Azji. Olbrzymie z prawie 20 milionami mieszkańców, nieoczywiste, piękne, mroczne. W Stambule nie brakuje historycznych miejsc, które warto odwiedzić. A właśnie teraz, po przerwie, na kulturalną mapę stolicy Turcji wróciło jedno z nich – kino Atlas i Muzeum Kinematografii.

Kino Atlas i Muzeum Kinematografii w Stambule (Fot. materiały prasowe) Kino Atlas i Muzeum Kinematografii w Stambule (Fot. materiały prasowe)

Położone w dzielnicy Beyoğlu, przy słynnym deptaku İstiklal Caddesi (pol. Aleja Niepodległości) w europejskiej dzielnicy Stambułu, swoją działalność rozpoczęło w 1948 roku, a historia budynku, w którym kino się znajduje sięga jeszcze bardziej wstecz – neoklasycystyczną kamienicę ukończono w 1870 roku za panowania sułtana Abdulaziza. To miejsce wielu wyjątkowych premier, festiwali (w tym Międzynarodowego Festiwalu Filmów Fabularnych w Stambule) przez dwa ostatnie lata było zamknięte na głucho z powodu renowacji. Pracami konserwatorskimi zostały objęte między innymi takie miejsca jak scena, widownia, nagłośnienie i foyer. W odnowionym kinie dostępnych jest 483 miejsc siedzących, odnowiona scena o wymiarach 13x7 metrów, możliwe są tu projekcje w wysokiej jakości obrazu 4K, ale także inne niż filmowe wydarzenia, sala przystosowana jest m.in. do spektakli teatralnych.

Kino Atlas i Muzeum Kinematografii w Stambule (Fot. materiały prasowe) Kino Atlas i Muzeum Kinematografii w Stambule (Fot. materiały prasowe)

Renowacji poddane zostało także mieszczące się w tym samym budynku Muzeum Kinematografii. Instytucja udostępnia cyfrowe kopie wszystkich filmów nakręconych w historii tureckiego kina. W muzeum można też będzie zobaczyć krajowe i międzynarodowe nagrody i wyróżnienia, które kino tureckie otrzymało na przestrzeni lat.

Kino Atlas i Muzeum Kinematografii w Stambule powraca (Fot. materiały prasowe) Kino Atlas i Muzeum Kinematografii w Stambule powraca (Fot. materiały prasowe)

A z ciekawostek – wśród zagranicznych gości podczas ceremonii otwarcia kina i muzeum znalazł się znany reżyser Guy Ritchie, który kręci właśnie w Turcji swój najnowszy film „Five Eyes” z Jasonem Stathamem, Joshem Harnettem i Jacquie Ainsley.

  1. Kultura

Rewolucja w sztuce - kto dziś rządzi art worldem?

 Kara Walker na tle swojej pracy „Fons Americanus” w Hali Turbin w Tate Modern (2019). (Fot. Ben Fisher). (Fot. materiały prasowe)
Kara Walker na tle swojej pracy „Fons Americanus” w Hali Turbin w Tate Modern (2019). (Fot. Ben Fisher). (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Nikt nie mówił, że sztuka należy do białych mężczyzn, bo do niedawna nie trzeba było tego mówić, tak po prostu wyglądała rzeczywistość. Czy wiele się w tej kwestii zmieniło?

Kto był najbardziej wpływową postacią świata sztuki w 2020 roku? Ruch Black Lives Matter. Tak w każdym razie uważa magazyn „Art Review”. Mało kto przyzna, że przejmuje się rankingami, ale prawie każdy na nie zerka. Pod koniec każdego roku między­narodowa społeczność artystyczna spogląda zatem właśnie na „Art Review”, czekając na „Power 100” – dorocznie aktualizowaną, prestiżową listę stu osób, które rządzą art worldem.

Dobry ranking poznać można po tym, że chwyta w żagle zmieniający się wiatr. I tak, rok temu „Power 100” otwierał Glenn D. Lowry, dyrektor MoMA w Nowym Jorku. Co znaczy zastąpienie go na pierwszej pozycji przez Black Lives Matter? Lowry symbolizuje tradycyjny układ władzy. To biały i, powiedzmy sobie szczerze, niemłody mężczyzna, szef jednej z najpotężniejszych instytucji artystycznych, która przesądza niejednokrotnie, co zostanie wpisane do globalnej historii sztuki, a co znajdzie się na historii tej marginesie.

A Black Lives Matter? Ruch społeczny pozbawiony przywództwa, najbardziej spektakularnie manifestujący się w ulicznych protestach – co taki zbiorowy aktor spektaklu politycznego ma wspólnego ze sztuką? BLM istnieje od kilku lat, ale w centrum debaty znalazł się w roku 2020, po śmierci zamordowanego przez policję Afroamerykanina George’a Floyda. To zdarzenie było kroplą, która przepełniła czarę dyskryminacji i niesprawiedliwości. Wywołało kryzys, którego głosem i symbolem stało się BLM. Mogłoby się wydawać, że pola bitew z rasizmem znajdują się daleko od wystawowych sal i muzealnych kolekcji. Przeciwnie. Policyjna przemoc i inne formy codziennej dyskryminacji to nie istota problemu, ale jedynie jego symptom. Problemem jest rasizm głęboko wpisany w kulturę, dlatego zmiana nie może się skończyć w muzeach. Musi się w nich zacząć.

Zamaskowana prawda

W połowie lat 80. w nowojorskich muzeach zaczęły się pojawiać kobiety w maskach goryli. Były to członkinie kolektywu Guerrilla Girls – artystycznego komanda, które wypowiedziało partyzancką wojnę seksizmowi w sztuce. Organizowały protesty w salach wystawowych, ale upubliczniały także twarde dane. Wyliczyły na przykład, że wśród twórców, których dzieła znajdują się w kolekcji Metropolitan Museum, kobiety stanowią zaledwie 5 proc. Za to wśród kobiet, które przedstawione są w pracach znajdujących się w zbiorach tej instytucji, aż 85 proc. ukazanych jest nago. To właśnie z tamtych czasów pochodzi słynny plakat Guerrilla Girls z nagą „Odaliską” Ingresa w masce małpy i retorycznym pytaniem: „Czy kobieta musi być naga, aby znaleźć się w muzeum?”.

Plakat kolektywu Guerrilla Girls „Do women have to be naked to get into the Met. Museum?” (1989). (Fot. materiały prasowe) Plakat kolektywu Guerrilla Girls „Do women have to be naked to get into the Met. Museum?” (1989). (Fot. materiały prasowe)

A w jaki sposób w muzeach mogły znaleźć się osoby o innym niż biały kolorze skóry? Jeśli wśród osób reprezentowanych przez muzea kogoś było mniej niż (białych) kobiet, to tylko czarnych artystów – nie mówiąc o czarnych artystkach. Próżno było też szukać czarnych twarzy na obrazach. Jedyne takie oblicza, które zdarzało się widywać w salach wystawowych, to te należące do sprzątaczek i muzealnych strażników.

Rewolucja feministyczna w sztuce trwa, stąd na piątym miejscu wspomnianego rankingu w tym roku znajduje się ruch #MeToo. Rewolucja rasowa dopiero się zaczyna, ale jaskółki tego przewrotu widać już w programach światowych instytucji. Może się wydawać, że najpotężniejszym obecnie kuratorem sztuki jest koronawirus, który zamyka wystawy i zmienia terminy ich otwarć. Epidemia jednak wcześniej czy później przeminie, zaś świadomość, że sztuka nie należy już wyłącznie do białych mężczyzn, ma duże szanse pozostać z nami na zawsze. Powiedzieć, że 2021 będzie rokiem czarnych wystaw, to przesadzić. Ale zainteresowanie czarnymi artystkami nigdy jeszcze nie było tak duże.

Klasyczki, gwiazdy, pionierki

Tate Britain w Londynie weszło w nowy rok z retrospektywą Lynette Yiadom-Boakye, poetki i malarki słynącej z portretów. Osoby przedstawiane przez artystkę wydają się intensywnie obecne, rzeczywiste. I bez wyjątku są fikcyjne. Są też, podobnie jak autorka, czarne i ten fakt ma fundamentalne znaczenie. Kiedy w muzeach oglądamy wizerunki białych ludzi, rasa jest ostatnią kwestią, którą dostrzegamy w postaciach bogów, świętych i królów, w autoportretach malarzy i w portretach ich muz. Tym bardziej nie dostrzegamy nieobecności osób czarnych, dopóki ich wizerunki nie wypełnią obrazów, galerii, muzeów – tak jak dzieje się to na wystawie Yiadom-Boakye. Jej obrazy nie niosą żadnych politycznych aluzji. Nie muszą, ponieważ samo malowanie czarnych osób ma swoją polityczną wagę.

Lynette Yiadom-Boakye „To improvise a mountain” (2018). (Fot. materiały prasowe) Lynette Yiadom-Boakye „To improvise a mountain” (2018). (Fot. materiały prasowe)

Podobna idea napędza sztukę fotografki Deany Lawson. Jej prace mają w sobie intymność właściwą fotografii prywatnej, ale jednocześnie rodzaj osobliwej monumentalności: każde zdjęcie Lawson jest w rzeczywistości pieczołowicie aranżowane i reżyserowane. Wszystkie jej zdjęcia układają się w rodzaj rodzinnego albumu, który przekracza granice zarówno osobiste, jak i geograficzne, bo artystka fotografuje wielką czarną rodzinę i symbole czarnej kultury w różnych częściach świata, od Nowego Jorku przez Brazylię po Kongo. Artystka została laureatką Nagrody im. Hugona Bossa jako pierwsza fotografka w historii tego wyróżnienia. Jak wszyscy laureaci została uhonorowana wystawą retrospektywną w Muzeum Guggenheima w Nowym Jorku, której otwarcie zaplanowano na wiosnę.

2021 to rok, w którym muzea będą celebrowały klasyczki czarnej sztuki, takie jak nieżyjąca od czterech dekad abstrakcjonistka Alma Thomas czy sędziwa już Lorraine O’Grady, która zanim została artystką, pracowała między innymi jako analityczka w wywiadzie, by w latach 80. stać się performerką, konceptualistką, czasem też prowokatorką łączącą sztukę z aktywizmem.

Lorraine O’Grady „Art is... (Girl pointing)” (1983/2009). (Fot. materiały prasowe) Lorraine O’Grady „Art is... (Girl pointing)” (1983/2009). (Fot. materiały prasowe)

Na fundamencie twórczości takich pionierek jak O’Grady budowały kariery czarne artystki następnego pokolenia. Jedną z nich jest Kara Walker, dziś jedna z najbardziej prominentnych postaci amerykańskiej sztuki. Do końca lutego trwa pokaz jej instalacji w Hali Turbin Tate Modern, a tymczasem artystka już szykuje się do tournée z retrospektywą, którą w 2021 roku pokażą kolejno Kunstmuseum w Bazylei, Schirn Kunsthalle we Frankfurcie i De Pont Museum w Tilburgu.

W latach 90. Kara Walker szokowała pięknymi na pierwszy rzut oka, ale drastycznymi w treści pracami, które przypominały teatr cieni. Opowiadała epizody z historii niewolnictwa: okrucieństwo tych dziejów do dziś kładzie się długim cieniem na kwestie rasowe, i to nie tylko w USA. Podobnie długi cień rzuca przeszłość kolonialna, którą w swojej sztuce zajmuje się między innymi Otobong Nkanga. Urodzona w Nigerii i mieszkająca w Antwerpii była gwiazdą ostatniego Biennale w Wenecji. Teraz szykuje dwie nowe wystawy w dwóch prestiżowych europejskich instytucjach: Castello di Rivoli w Turynie oraz w ekskluzywnym Kunsthaus Bregenz w Austrii.

Kara Walker na tle swojej pracy „Fons Americanus” w Hali Turbin w Tate Modern (2019). (Fot. Ben Fisher). (Fot. materiały prasowe) Kara Walker na tle swojej pracy „Fons Americanus” w Hali Turbin w Tate Modern (2019). (Fot. Ben Fisher). (Fot. materiały prasowe)

Tate Modern planuje z kolei zakończenie roku retrospektywą Lubainy Himid, urodzonej w 1954 roku na Zanzibarze artystki, ale też kuratorki, która w latach 80. jako jedna z pierwszych w Wielkiej Brytanii zaczęła pokazywać czarne twórczynie.

Lubaina Himid „Freedom and Change” (1984). (Fot. materiały prasowe) Lubaina Himid „Freedom and Change” (1984). (Fot. materiały prasowe)

Samospełniająca się przepowiednia

Świat sztuki nie jest wprawdzie kierowany przez żadną grupę trzymającą władzę, ale pozostaje za to bardzo podatny na odruchy stadne. Zainteresowanie sztuką czarnych, a zwłaszcza czarnych artystek, rozwijało się od kilku lat, ale eksplodowało po wystąpieniach ruchu BLM w 2020 roku. W tym zainteresowaniu jest oczywiście wiele z mody. W 2021 roku muzeum, które chce być na czasie, nie może ignorować kwestii rasowych, podobnie jak nie może pozostawać obojętne na problematykę genderową. Mówimy jednak o modzie, która nie przeminie bez śladu. Sztuka w tym wypadku działa jak samospełniająca się przepowiednia. Jeżeli coś staje się możliwe w galerii, dlaczego nie miałoby stać się możliwe w rzeczywistości? Zmiany, które naprawdę następują, to te, które wcześniej spełniły się w wyobraźni.

Rubryka powstaje we współpracy z Jankilevitsch Collection.

  1. Styl Życia

Sztuka noszona - niezwykły naszyjnik Elżbiety Dzikowskiej

 Elżbieta Dzikowska, historyczka sztuki, podróżniczka, sinolożka, reżyserka i operatorka filmów dokumentalnych, autorka wielu książek, programów telewizyjnych, audycji radiowych, wystaw sztuki współczesnej. (Fot. Jacek Poremba)<em style= " mmid="252198" />
Elżbieta Dzikowska, historyczka sztuki, podróżniczka, sinolożka, reżyserka i operatorka filmów dokumentalnych, autorka wielu książek, programów telewizyjnych, audycji radiowych, wystaw sztuki współczesnej. (Fot. Jacek Poremba) 
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Pochodzi z Meksyku i zarazem z Polski. Unikat. Przypomina Elżbiecie Dzikowskiej ukochanego człowieka i miłe sercu miejsce.

Głównym elementem tego naszyjnika jest główka olmecka z Meksyku. Cywilizacja olmecka, sprzed 4000 lat, jest najstarszą cywilizacją w Meksyku i stanowi podstawę wielu innych cywilizacji, między innymi Majów. Owa główka to kopia, ale tak sobie myślę, że a nuż to oryginał?

Dostałam ją od mojego męża Tony’ego Halika. Było to prawie pół wieku temu, w Meksyku. Po raz pierwszy pojechałam tam w 1964 roku wysłana przez pismo „Kontynenty”. A ten naszyjnik dostałam dziesięć lat później, kiedy pojechałam po raz kolejny i kiedy poznałam Tony’ego. Zwiedzaliśmy razem park archeologiczny La Venta w Villahermosa, gdzie zgromadzono najwybitniejsze dzieła sztuki olmeckiej, między innymi ogromne kamienne głowy o charakterystycznych, jakby afrykańskich rysach. Zachwyciłam się. I Tony kupił mi maleńką ich kopię z zielonego jadeitu. Od dawna jestem fanką biżuterii, którą zwożę z całego świata, a potem ofiarowuję Muzeum Podróżników w Toruniu imienia Tony’ego Halika, które posiada chyba największą w Polsce kolekcję biżuterii etnicznej.

Ten naszyjnik pochodzi z Meksyku, ale też z Polski. A to dlatego, że główkę olmecką dałam do oprawy mojemu przyjacielowi, znakomitemu złotnikowi Andrzejowi Kupniewskiemu, którego wyobraźni nie ograniczam.

Mam wiele jego dzieł, to małe rzeźby, ale jak na biżuterię – duże formaty. Ja je nazywam sztuką noszoną. Bo to z całą pewnością sztuka przez duże „S” w znakomitym wydaniu. A noszona, bo zakładam je do skromnych jednokolorowych sukienek, które stanowią jedynie tło dla tych dzieł biżuteryjnych. Po moim długim życiu trafią wszystkie do muzeum w Toruniu. Co spojrzę na ten naszyjnik, a zakładam go na wyjątkowe okazje, to widzę mojego męża. Przypomina mi się Meksyk ze swoimi starymi, prekolumbijskimi cywilizacjami, a zwłaszcza z olmecką, którą szczególnie się interesuję. Jeździłam jej tropem po tym wspaniałym i ciekawym kraju. Przypominają mi się także okoliczności otrzymania tego prezentu. Teraz w Paryżu trwa ogromna wystawa sztuki olmeckiej, szkoda, że nie mogę jej zobaczyć.

Mam więc z tym naszyjnikiem wiele ciekawych wspomnień. To wyjątkowe dzieło, niepowtarzalne, unikat. Bardzo sobie go cenię i mam do niego niezwykle ciepły stosunek. Jak tylko go włożę, od razu lepiej się czuję.

Elżbieta Dzikowska, historyczka sztuki, podróżniczka, sinolożka, reżyserka i operatorka filmów dokumentalnych, autorka wielu książek, programów telewizyjnych, audycji radiowych, wystaw sztuki współczesnej. (Fot. Jacek Poremba)  Elżbieta Dzikowska, historyczka sztuki, podróżniczka, sinolożka, reżyserka i operatorka filmów dokumentalnych, autorka wielu książek, programów telewizyjnych, audycji radiowych, wystaw sztuki współczesnej. (Fot. Jacek Poremba) 

  1. Styl Życia

Przemysław Kossakowski: Wystrzelili mnie w kosmos

 Przemysław Kossakowski, na drugim planie od lewej: Adam Wdówka, Szymon Grzech i Jan Skiba. (Fot. TVN/M.Wojtal)
Przemysław Kossakowski, na drugim planie od lewej: Adam Wdówka, Szymon Grzech i Jan Skiba. (Fot. TVN/M.Wojtal)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Mam swoje opus magnum, zdecydowanie. I nie chodzi mi o to, że znalazłem się w telewizji… „Down the Road” i to, co wydarzyło się po tym programie, to jedna z najlepszych rzeczy, jakie zrobiłem. Mam też bardzo dobry czas w życiu prywatnym. Zdecydowanie nie tylko nieszczęścia chodzą parami – mówi Przemek Kossakowski, dziennikarz, dokumentalista i podróżnik.

Jesteś człowiekiem „w drodze”, wciąż w podróży, w każdym razie takiego cię znamy. Jak przetrwałeś ten miniony rok w zamknięciu? Mam to szczęście, że nie jestem uzależniony od żadnego stanu. Nie muszę się przemieszczać, żeby żyć. Jedyne, czego rzeczywiście potrzebuję koniecznie, to wysiłek fizyczny, ale ten mogę zapewnić sobie w każdym miejscu. W moim życiu były bardzo długie okresy „stacjonarności”. Zupełnie mi to nie przeszkadzało, potrafię także w tym odnaleźć przyjemność, nie czuję się źle. Poza tym, tak naprawdę, to moje intensywne podróżowanie związane jest z telewizją, więc zaczęło się stosunkowo niedawno, kiedy byłem już w pełni ukształtowanym człowiekiem. Ta nowość nie zdążyła mnie jeszcze w tej kwestii zmienić, ale na pewno bardzo mnie wzbogaciła. Jedyny problem, jaki mi doskwiera, to ograniczony z powodu pandemii kontakt z drugim człowiekiem. Ale umiem siedzieć w domu, wiele lat przesiedziałem w domu.

Mówisz o kontakcie z drugim człowiekiem. Gdy ogląda się twoje programy, można odnieść wrażenie, że to jest właśnie coś, co cenisz sobie najbardziej. Czy w podróży liczy się dla ciebie przede wszystkim jej cel, czy towarzystwo? Zdecydowanie to drugie! Jasne, to wielka frajda poznawać świat, zmieniać strefy klimatyczne i scenerię, oglądać różne oblicza natury. To fascynujące, ale bez tego mógłbym się obyć. Kontakt z drugim człowiekiem to dla mnie esencja odkrywania. Nie wiem, z czego to wynika, ale najbardziej frapuje mnie różnorodność charakterów, osobowości, obyczajów i przyzwyczajeń ludzkich, a nie różnorodność krajobrazu.

Czy to znaczy, że gdyby nie ludzie, nie umiałbyś czerpać, korzystać z podróżowania? Od czasu do czasu, dla higieny psychicznej, wyjeżdżam sam. Zapadam się wtedy w lesie na Podlasiu w naturę i czerpię z tego siłę. Tkwię w ciszy i bezruchu. Lubię tę intymność. Ale w każdym innym podróżowaniu, w tym podróżowaniu, które opisuję w telewizji, liczy się właściwie wyłącznie człowiek. Tylko przez ludzi umiem opisać rzeczywistość.

Przemysław Kossakowski, na drugim planie od lewej: Adam Wdówka, Szymon Grzech i Jan Skiba. (Fot. TVN/M.Wojtal) Przemysław Kossakowski, na drugim planie od lewej: Adam Wdówka, Szymon Grzech i Jan Skiba. (Fot. TVN/M.Wojtal)

Czy jesteś człowiekiem, który uważa, że można śmiać się absolutnie ze wszystkiego? Wiem, o co pytasz. Nie, uważam, że są granice, ale ja mam je dosyć daleko przesunięte. I sądzę, że to powód, dla którego tak dobrze „zagrałem” w kontakcie z osobami z zespołem Downa. Bardzo dużo się ze sobą śmialiśmy. To był dla mnie powrót do dziecięcej substancji w przeżywaniu. Oni mnie wciągnęli na swoją orbitę. A ta orbita składa się ze wszystkiego, co dorosły człowiek z czasem traci. Tracimy zachwyt nad prostymi rzeczami. Jeśli się na coś napatrzymy, już się nigdy tym nie zachwycimy. A dziecko może zachwycać się czymś, co dobrze zna, bez końca, bo potrafi wciąż nadawać temu inne znaczenie, inny kontekst. W kilku zbitych deskach potrafi zobaczyć galeon, na który można wsiąść i popłynąć, żeby odkryć nowe lądy. Im jesteśmy starsi, tym ten „galeon” coraz mocniej się zaciera, aż w końcu zostaje tylko kilka zwyczajnych desek – to oznacza, że jesteśmy dorosłymi! Krzesło, na którym siedzimy, już nie może być fotelem w statku kosmicznym itd.

Robi się smutno? W pewnym sensie tak, choć raczej większość z nas w ogóle nie zauważa źródła tego smutku. Ja miałem szczęście, bo bohaterowie „Down the Road” zaproponowali mi powrót do tego stanu, wystrzelili mnie – i wciąż wystrzeliwują, bo mamy ze sobą kontakt – w kosmos. Ale nie chciałbym być źle zrozumiany – nie chcę powiedzieć przez to, że ludzie z zespołem Downa są infantylni, absolutnie nie. Tu chodzi o coś innego, o umiejętność korzystania z potencjału wyobraźni. Z wielką przyjemnością dałem im się wciągnąć w ten świat i, wracając do twojego pytania, śmialiśmy się razem ze wszystkiego, wkręcaliśmy siebie nawzajem. Choć przyznam, że musiałem się przełamać, na początku pierwszego sezonu programu czułem się skrępowany. Uruchomiły się rozmaite blokady: „Nie powinienem”, „Nie wypada”, „Robienie sobie żartów z osoby z zespołem Downa jest nie na miejscu” itd. Poszedłem wtedy na konsultację do pracujących na planie terapeutek i zwierzyłem się, że mam problem, bo moja natura jest taka, że często sobie z ludzi, z siebie też, żartuję, a nie wiem, czy w tym przypadku mogę to robić. Usłyszałem, że jeżeli zamierzam poddać się takiej autokontroli, jeżeli będę się ciągle zastanawiał się, czy to, co chcę zrobić, albo to, co chcę powiedzieć, jest właściwe czy nie, to stracę szansę na dogadanie się z tymi ludźmi! Oni nie będą czekać na wynik moich kalkulacji, a poza tym oni tę kalkulację wyczują i odsuną się ode mnie, tak jak ludzie uczciwi odsuwają się od kłamców.

Wyczują sztuczność? Dokładnie. Jeśli nie będę robił tego, na co mam ochotę, oni w mig to wychwycą – to bardzo bystre osoby – i nawet jeśli tego nie powiedzą, nie nazwą, to nie pozwolą się do siebie zbliżyć, bo nie będę dla nich wiarygodny. Będę w ich oczach obserwatorem, cenzorem, a nie przyjacielem. Przede wszystkim poczują, że jestem na nich zamknięty, a oni mają wokół siebie wystarczająco dużo zamkniętych na nich ludzi, ludzi, którzy sprawiają im cierpienie, bo nie chcą ich do siebie dopuścić.

Przełamałem się raz, a potem już to wszystko gładko popłynęło. Jest taka scena w drugim sezonie, kiedy jedziemy samochodem i w pewnej chwili mówię do nich, że już mam dość tej naszej sielanki i chciałbym się z nimi pokłócić. Oni jednym głosem odpowiadają: „No co ty, nie ma mowy!”, ale za moment jeden z nich, Janek Skiba, podejmuje rękawicę. I nagle zaczynamy przerzucać się wyzwiskami! Janek mówi do mnie, że jestem: matołem, tępakiem, prostakiem, a ja nie pozostaję mu dłużny. Pomyślałem sobie chwilę po tej soczystej wymianie, że to jest nieprawdopodobne, co ci ludzie ze mną zrobili. Rok temu w życiu bym sobie na to nie pozwolił, bo byłem poblokowany i myślałem, że nie wolno mi powiedzieć do kogoś z niepełnosprawnością przykrej rzeczy. A tymczasem umówiliśmy się na jakąś konwencję i poszliśmy w nią ramię w ramię! Zabawa była genialna – powstała świetna scena, w której prowadzący program obraża człowieka z zespołem Downa, a ten nie pozostaje mu dłużny, cała reszta kibicuje, oczywiście nie mnie, tylko Jankowi! Skończyliśmy, zapadł werdykt, że wygrał Janek, dostanie więc nagrodę, którą sobie wcześniej wymyślił – dowiedziałem się dopiero wtedy, że była nią moja żona i że ją właśnie przegrałem!

Miałem potem taką refleksję, że w tym naszym świecie, coraz bardziej kneblowanym przez coraz silniej patologizowaną poprawność, taka sytuacja mogła wydarzyć się tylko w towarzystwie tych ludzi. Mam wielki przywilej, że jesteśmy ze sobą blisko, że siebie mamy, że mogłem ich poznać. Ekscytujące.

Ci, którzy oglądają twoje programy, wiedzą, że ty tych ekscytujących historii masz na swoim koncie już całkiem sporo, ale rozumiem, że to coś zupełnie nowego, zupełnie inny rodzaj ekscytacji. Tak, to jest kompletnie inny rodzaj doświadczenia. W moich wcześniejszych projektach spotkanie z człowiekiem było tylko chwilą, spędzaliśmy wspólnie kilka intensywnych dni, a potem każdy szedł w swoją stronę i nasze drogi już nigdy się nie przecinały, nie było kontaktu. Więc to nigdy nie była głęboka więź, bo głębokiej relacji nie da się zbudować w kilka dni. A tu, po pierwsze, wyjeżdżamy razem na trzy tygodnie, jesteśmy non stop razem. Po drugie, kiedy kończy się projekt, i w przypadku pierwszego, i w przypadku drugiego sezonu, my wciąż mamy ze sobą stały kontakt. Pół godziny temu rozmawiałem właśnie z Jankiem Skibą, umówiliśmy się na jutro na spotkanie.

Masz z nimi kontakt, bo za nimi zwyczajnie, tak po ludzku, tęsknisz? Tęsknię bardzo. Za każdym z nich z osobna, za charakterem, poczuciem humoru, za twarzą, ale to jest też coś więcej. To jest tęsknota za stanem, w którym się dzięki nim znajduję. Wiem, egoistyczne, ale taka jest prawda. I to był jeden z powodów, dla których po powrocie z pierwszego wyjazdu z moimi bohaterami postanowiłem zostać w tym świecie.

To znaczy? To znaczy, że ostatni rok regularnie uczęszczałem jako wolontariusz na warsztaty terapii zajęciowej w Warszawie, na Pradze. Spędzałem tam czas z ludźmi nie tylko z zespołem Downa, lecz także ze schizofrenią czy z autyzmem.

I nie jest to poświęcenie. Potrzebowałem tego, to na pewno, wiele z tego czerpię dla siebie. Ale chcę też powiedzieć, że to nie tylko „łatwe, miłe i przyjemne” spotkania. Bohaterowie „Down the Road” to osoby, które przeszły przez castingi, mówiąc fachowym językiem – to ludzie wysoko­funkcjonujący: wiele rzeczy są w stanie robić sami, są dość niezależni. Natomiast i zespół Downa, i autyzm mają swoje szerokie spektrum i są także osoby niskofunkcjonujące, które nie mają zbyt dużej autonomii, wymagają praktycznie ciągłej opieki i pomocy. Takie także spotykam na terapii zajęciowej – i to już nie są wyłącznie radosne chwile… Tu dołącza się jeszcze inny aspekt – myślę o tym w kategoriach mojej moralnej powinności. To już nie jest tylko zabawa, śmiech i powrót do dzieciństwa, to już coś, co mogę nazwać – nawet jeśli zabrzmi to dla niektórych patetycznie – posługą. Posługą, którą jako neurotypowa większość jesteśmy tym ludziom winni. I tyle. Oni i ich rodziny bardzo często pozostawieni są przez system, ale też przez społeczeństwo sami sobie.

Czy ta posługa bywa frustrująca? Bywa. Spotykam osoby, które mają kłopot z mówieniem w ogóle, ale też takie, które nie są w stanie nazywać swoich emocji, opisać, co czują. Ktoś płacze, a ty nie wiesz dlaczego, nie możesz do niego dotrzeć w żaden sposób, zrozumieć. Tak, to bywa frustrujące…

Co zobaczyłeś w sobie, kiedy zetknąłeś się z takim murem? Że mam bardzo duże braki, że dużo nauki przede mną, to tak, jakbym zaczynał uczyć się zupełnie nowego języka, i to z grupy tych trudnych. Ale akurat to mnie motywuje, chcę w to wchodzić głębiej, chcę – znowu będzie patetycznie – jakoś, na miarę swoich możliwości, im pomóc, dawać chwilową ulgę. Jak pierwszy raz udało mi się kogoś zza tego muru rozbawić, byłem naprawdę szczęśliwy.

Wiesz, ja pierwszy raz w życiu, właśnie teraz, poczułem się przydatny, tak naprawdę pożyteczny. Od pewnego czasu chodziły mi po głowie myśli, żeby zrobić coś sensownego, dobrego, ale zupełnie nie miałem pojęcia, co by to mogło być. Poza tym to były tylko myśli, a nie prawdziwa, głęboka potrzeba. Kiedy poznałem ludzi z zespołem Downa, to wszystko samo się ułożyło – wykiełkowała potrzeba i jednocześnie znalazł się na to sposób. Dwa w jednym. Tu, gdzie teraz jestem, czuję się pożyteczny i chcę zachęcić innych do wolontariatu. Proszę wierzyć, to nie jest coś, co zabiera życie, dramatycznie każe zmienić codzienność, to mogą być zaledwie trzy godziny w tygodniu. Tylko tyle i aż tyle. Chciałbym, żeby zachwyt widzów programu „Down the Road” nie był jedynie chwilą zabawy przed telewizorem, tylko żeby coś w ludziach rozpalił, przeniósł się na realne, nawet drobne działania. Narzucam się z opowieścią o moim wolontariacie nie dlatego, że chcę ci się pochwalić, ale dlatego, że to naprawdę jest dużo prostsze, niż sądzimy, a można w ten sposób coś realnie poprawić. Jestem samozwańczym ambasadorem wolontariatu! Dziś pole do działania jest gigantyczne. Marzy mi się, że wolontariat stanie się modny.

Motywacje i intencje cię nie interesują? Zupełnie nie, akurat tu naprawdę liczy się wyłącznie efekt. Wiem, że ludzie czasem by chcieli, ale się boją. Rozumiem, też się bałem przed pierwszym spotkaniem z moimi bohaterami „Down the Road”. Bałem się, że nie będę wiedział, jak się zachować. Bałem się, czy dam radę. I tu znowu miałem szczęście, bo oni doskonale wiedzieli, co zrobić z moim lękiem. Skracanie dystansu wzięli na siebie i zrobili to po mistrzowsku. Oswoili mnie bardzo fachowo. Ale myślę, że ja też się sprawdziłem i sprawdzam się nadal.

To jedna z najważniejszych „przygód” w twoim życiu? To moje opus magnum, zdecydowanie. I nie mówię o tym, że znalazłem się w telewizji… „Down the Road” i to, co wydarzyło się po tym programie, to najlepsza rzecz, jaką kiedykolwiek zrobiłem. Mam też bardzo dobry czas w życiu prywatnym, więc zdecydowanie nie tylko nieszczęścia chodzą parami. Moje życie obfitowało w wiele, czasem dość dramatycznych zmian. Długo byłem zawieszony, nie wiedziałem, co ze sobą zrobić, nie miałem żadnej konkretnej wizji siebie. Doceniam ten moment, w którym teraz jestem. Nie należę do tych, którzy wciąż chcą więcej. Potrafię się nasycić, jeśli naprawdę mam czym. A dziś mam.

Przemek Kossakowski, dziennikarz, dokumentalista i podróżnik. Ukończył studia na Wydziale Wychowania Artystycznego Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Częstochowie. Początkowo zajmował się malarstwem. Później pracował jako nauczyciel, drwal, mechanik samochodowy. W 2012 roku został zatrudniony jako dokumentalista w stacji TTV i zaczął pracować jako dziennikarz i prowadzący programy. W lutym na antenie TTV będzie można oglądać nowy sezon formatu „Down the Road”.

  1. Styl Życia

Pomyłki są OK. Czego powinniśmy nauczyć się od Amerykanów?

Jedną z najlepszych cech narodowych Amerykanów jest umiejętność przyznawania się do błędów. (Fot. iStock)
Jedną z najlepszych cech narodowych Amerykanów jest umiejętność przyznawania się do błędów. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Amerykanie są obecnie rozczarowani swoją pogonią za szczęściem i dobrym samopoczuciem. Z drugiej strony – jak zgodnie mówią jej rozmówcy – jedną z ich najlepszych cech narodowych jest umiejętność przyznawania się do błędów.

Pogoń za szczęściem zawarta jest w amerykańskiej Deklaracji niepodległości, a dobre samopoczucie to dla Amerykanina stan, którego po prostu się od siebie wymaga. Jednak kiedy próbuję porozmawiać o szczęściu z moimi amerykańskimi przyjaciółmi, znajomymi i krewnymi – chętnych nie udaje mi się znaleźć. Każda osoba, z którą nawiązuję kontakt, odpowiada, że Amerykanie szczęśliwi zwyczajnie nie są. Victoria i Robin – dwie znajome mieszkanki Nowego Jorku, urodzone w drugiej połowie lat 80. – próbują wytłumaczyć, dlaczego tak się dzieje. I czego, mimo wszystko, moglibyśmy się od Amerykanów nauczyć.

Czyżbym trafiła na zły moment, żeby pytać o szczęście? Victoria: Zacznijmy od tego, że jest rzeczywiście źle. Wskaźniki zachorowań na depresję są dramatyczne – a nie mamy jeszcze danych z czasów pandemii. W 2016 roku ponad 16 milionów dorosłych w Stanach Zjednoczonych miało  przynajmniej jeden epizod depresyjny. Miliony ludzi są uzależnione od narkotyków; ponad 200 osób dziennie umiera z powodu przedawkowania! To dobitnie świadczy o tym, że nie radzimy sobie z rzeczywistością. Dlaczego? Dlatego, że amerykańska wizja szczęścia jest nierozerwalnie związana z kapitalizmem. Choć wydawać by się mogło, że w XXI wieku powinniśmy być już ciut mądrzejsi, nadal bardzo wielu uważa, że prawdziwe szczęście – a wraz z nim szacunek drugiego człowieka – można osiągnąć tylko poprzez posiadanie dużego konta w banku. Łączy się to z wielkim amerykańskim mitem, wedle którego, skądkolwiek pochodzisz, kimkolwiek jesteś – możesz wspiąć się na szczyt, jeśli tylko będziesz wystarczająco ciężko pracować. Sylogizm jest prosty – jeśli nie udało ci się osiągnąć wszystkiego, co chciałeś, to znaczy, że nie pracowałeś wystarczająco ciężko. Co zaś znajduje się na tym wyimaginowanym szczycie? Pieniądze? Sława? Wygodna emerytura? Wszystkie trzy. Dopiero lockdown, do którego doszło w ostatnich miesiącach, uświadomił wielu Amerykanom, że pieniądze to nie wszystko, a dużo więcej szczęścia dać im może zdrowie, poczucie bezpieczeństwa (w tym także ubezpieczenie zdrowotne, którego dużo osób nie ma), dach nad głową. To niby truizmy, ale w Stanach rzecz dla wielu nieosiągalna. Kiedy mój pochodzący z Europy mąż po raz pierwszy tu przyjechał, nie mógł nadziwić się liczbie bezdomnych! Nie chodzi tylko o żebrzących na ulicach; wielu z nich cierpi na choroby psychiczne. Na Starym Kontynencie nie spotyka się tego problemu aż na taką skalę. A już na pewno nie udaje się, że on  nie istnieje.

Robin: Kultura amerykańska powstała poprzez wymieszanie tradycji, filozofii i opinii z różnych części świata, więc myślę, że nie istnieje jedna wizja szczęścia wspólna dla całego narodu – zbyt wiele tu wpływów z rozmaitych stron. Jednak zgodzę się, że model opisany przez Victorię jest najbardziej rozpowszechniony – także dzięki kulturze masowej, a więc filmom, muzyce, historiom opowiadanym w mediach. Nie przepadamy za tymi, którym udało się dlatego, że mieli szczęście; uwielbiamy za to biografie, w których nacisk kładziony jest na ciężką pracę prowadzącą do dobrobytu. Znak równości często stawiamy między szczęściem a bezpieczeństwem materialnym. Masz męża lub żonę, dzieci, dom, samochód i pracę? Powinieneś być szczęśliwy. Ważnym elementem tej układanki jest też rywalizacja. Musimy być coraz lepsi, lepsi niż kolega z działu, lepsi niż sąsiad zza płotu, cały czas udowadniać, że nasza wysoka pozycja jest zasłużona. Z drugiej strony uważamy, że szczęście jest prawem, które przysługuje nam od urodzenia. To okropna presja.

Może za dużo o nim myślicie? Robin: Powiedziałabym, że mamy na jego punkcie obsesję, a to nigdy nie jest zdrowe. Myślimy o nim cały czas i przez to nie jesteśmy w stanie go osiągnąć. Koło się zamyka. Media społecznościowe nie bez kozery narodziły się właśnie w Stanach Zjednoczonych! Jakże silna jest tu potrzeba stworzenia awataru, który stanowić będzie ucieleśnienie siły, sukcesu... Potem trzeba temu awatarowi sprostać. Eksportowaliśmy tę całą zabawę za granicę, gdzie oczywiście także się przyjęła; w końcu rywalizacja to coś do pewnego stopnia właściwego wszystkim ludziom, nie tylko Amerykanom.

Wracając jeszcze do mitu szczęścia osiąganego dzięki ciężkiej pracy – nikt nie tłumaczy dzieciom, jak ta praca ma tak naprawdę wyglądać. Czy tak, że siedzimy w biurze po 15 godzin na dobę i nie widujemy słońca, chmur, nieba? Wielu ludzi nie uświadamia sobie tutaj prostej prawdy: bardziej zrównoważony tryb życia o wiele szybciej doprowadziłby ich do poczucia satysfakcji i wewnętrznego spokoju.

Victoria: Amerykańskie społeczeństwo ma awersję do wszystkiego, co negatywne. Jesteśmy zawsze uśmiechnięci, wszystko ma nam się doskonale udawać, a jeśli tak się nie stanie – broń Boże nikomu o tym nie powiemy. Takie podejście nie tylko prowadzi na dłuższą metę do obniżenia nastroju, ale także blokuje wszelki rozwój. Żeby się rozwijać, człowiek potrzebuje bowiem czasem spojrzeć w oczy czemuś negatywnemu, złemu, smutnemu, pobyć z tym, zmierzyć się. Unikanie wszystkiego, co choć trochę trudne i bolesne, nie skutkuje większą liczbą dojrzałych obywateli.

Robin: Jako amerykańska Żydówka muszę zaznaczyć, że w mojej grupie etnicznej narzekanie i negatywne myślenie to tradycja! (śmiech). Natomiast rzeczywiście większość Amerykanów woli nie zaprzątać sobie głowy niczym trudniejszym, bardziej skomplikowanym czy bolesnym. Nauczyła nas tego kultura masowa. Weźmy bajki Disneya, na których chowają się amerykańskie dzieci. W odróżnieniu od europejskich historii opowiadanych przez Andersena czy braci Grimm, tu każda baśń kończy się dobrze albo jeszcze lepiej! Do lat 50. XX wieku w Hollywood obowiązywał nakaz pozytywnych zakończeń filmowych. Poddając tę naszą ciągłą „pozytywność” krytyce, nie twierdzę oczywiście, że mamy skupiać się w życiu na tym, co złe; warto jednak byłoby dać sobie moment na nauczenie się pewnych mechanizmów, zdobycie narzędzi, które pomogą nam, gdy coś się nie uda. Zło, ból, smutek są przecież częścią ludzkiego doświadczenia.

Pamiętam, że gdy jako nastolatka odwiedzałam rodzinę w Teksasie, często miałam wrażenie, że moje kuzynki nie wiedziały, jak się zachować, jeśli miałam gorszy dzień albo chciałam ponarzekać na problemy z chłopakiem. Dziś moje amerykańskie koleżanki wydają się bardzo skrępowane, mówiąc, że na coś chorują, coś je boli, coś im się nie udało. Macie nawet taki skrót: TMI (too much information). Zwykle właśnie wtedy stosowany. Robin: Tak, przepraszamy za TMI, ale rozmawiamy. Zaczynamy mówić także o tym, co trudne. To jest postęp. Pokolenie naszych rodziców cały czas miałoby uśmiech przyklejony do twarzy, unikałoby konfrontacji i wierzyło, że to ich wina, że coś ich uwiera. Mogli przecież ciężej pracować, by nie uwierało.

Victoria: Powoli zaczynamy otwierać się na to, co trudniejsze. Z drugiej strony postawa, o której mówiłyśmy na początku – ta utożsamiająca szczęście z liczbą zer na koncie – w ostatnich latach stała się jeszcze bardziej powszechna, co doskonale pokazuje filmowy dokument Lauren Greenfield, zatytułowany „Pokolenie pieniądza” (2018). Wielu nadal nie rozumie, że amerykański sen skończył się dawno temu. Kariera od pucybuta do milionera niektórym się oczywiście zdarzała, ale mało kto bierze w tym równaniu pod uwagę czynnik zwany łutem szczęścia. A on, moim zdaniem, był jednak decydujący.

Robin: Amerykański sen może nie tyle się skończył, co zatrząsł w posadach. Zaczynamy zdawać sobie powoli sprawę, że do osiągnięcia życiowej satysfakcji nie prowadzi ta droga, którą wybraliśmy – i to jest wspaniałe. Jest w nas wola nauki. Mam wielką nadzieję, że będziemy z tej dawnej drogi zawracać, że będziemy dalej się uczyć. To ludzie stworzyli tę kulturę; to ludzie mogą naprawić to, co się w niej nie udało. To chyba nie jest stereotypowe amerykańskie pozytywne myślenie, prawda?!

Victoria: Myślę, że spora część społeczeństwa zorientowała się już, jak wiele było w naszej kulturze hipokryzji. Tym bardziej że wiele jest też u nas w kraju pięknych odruchów serca, odwagi i chyba takiej tęsknoty za prawdą.

Czego jeszcze można się od was uczyć? Victoria: Tego, jak z entuzjazmem dzielimy się kontaktami, lubimy ludzi i lubimy ich łączyć. Powiedziałabyś, że interesuje cię astronomia, a zaraz ktoś zaproponowałby spotkanie z kolegą z NASA. Nie boimy się też próbować nowych rzeczy, umiemy wyjść poza strefę komfortu. Chcemy i potrafimy słuchać opinii innych niż nasze. To są amerykańskie „racje”, jak je nazywacie w tej rubryce. W sklepach mamy wspaniały zwyczaj: zawsze dostaje się pełny zwrot pieniędzy, nawet jeśli powodem zwrotu towaru jest po prostu fakt, że zmieniło się zdanie – nie trzeba wymyślać wymówek! Pokazuje to, że nie boimy się przyznać do pomyłki, błędu, akceptujemy je. Teraz czas na zmianę kursu w szukaniu radości życia.

Jeśli nie pieniądze, to co?

Eli Cook, profesor historii amerykańskiej na uniwersytecie w Hajfie, z doktoratem uzyskanym na Harvardzie; zajmuje się historią kapitalizmu i jego wpływu na społeczeństwo amerykańskie.

Wizja szczęścia, a może bardziej: ideał dobrego życia, jest w Ameryce rzeczywiście nierozerwalnie związany z kapitalizmem. Jest to kraj, w którym człowieka określa stan posiadania. Ten ideał realizuje się w życiu codziennym o tyle, że w Stanach Zjednoczonych bardzo trudno jest istnieć bez pieniędzy. Oczywiście nie jest to łatwe nigdzie, ale tam szczególnie – wystarczy pomyśleć o opiece zdrowotnej, a raczej jej braku, z którym borykają się rzesze ludzi. Natomiast samo szczęście jest, powiedziałbym, utkane dla Amerykanów z tej samej materii co rywalizacja. Żeby być szczęśliwym, musisz walczyć i wygrywać. Widać to już we wczesnym dzieciństwie – na etapie wyboru żłobka, przedszkola, szkoły, które selekcjonuje się równie pieczołowicie co uczelnię wyższą. Tak zwana mobilność społeczna Amerykanów, czyli, socjologicznie rzecz biorąc, możliwość awansu jednostek w strukturze społecznej, jest bardzo niska, a kod pocztowy naprawdę definiuje tu twój los – tak niewielka jest szansa na zmianę środowiska. „The New York Times” opublikował niedawno badanie pokazujące, że mobilność społeczna jest większa choćby w Chinach! Oznacza to, że amerykański sen rzeczywiście jest już pustym frazesem. Jednak wiele osób nie zdaje sobie z tego sprawy – w kolejnym badaniu pytano ankietowanych, czy mają ich zdaniem szansę na zostanie milionerem. Zdecydowana większość odpowiedziała twierdząco. Ta narodowa obsesja dobrobytu i utożsamianego z nim szczęścia dotyczy szczęścia jednostek, nie społeczeństwa. W Ameryce myśli się o sobie. Więzi społeczne nie są szczególnie mocne, także ze względu na kult pracy, który sprawia, że często z powodów zawodowych zmienia się miejsce zamieszkania. Oczywiście pojawiają się nowe koncepcje tego, czym może być szczęście i jak je osiągnąć, na razie jednak mocno rozproszone i także oscylujące wokół kwestii materialnych, jak np. UBI, czyli Universal Basic Income – powszechny dochód podstawowy, który sprawiłby, że człowieka nie definiowałaby praca i zarobione w niej pieniądze, oraz dał przestrzeń, którą można by wypełnić znaczeniem. Pozostaje pytanie, czy Amerykanie – i w ogóle każdy z nas – jest na to gotowy.