1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Lidia Popiel: "Hoduję w sobie bunt"

Lidia Popiel: "Hoduję w sobie bunt"

Lidia Popiel: Warto być prawdziwym, ale też zostawić jakąś tajemnicę. (Fot. Bartek Wieczorek/Visual Crafters)
Lidia Popiel: Warto być prawdziwym, ale też zostawić jakąś tajemnicę. (Fot. Bartek Wieczorek/Visual Crafters)
Zobacz galerię 9 Zdjęć
Myślę, że nie wszyscy chcą „wrócić do normalności”, bo ta nasza normalność miała bardzo dużo wad. To, co możemy teraz zrobić, to walczyć o lepszą normalność – mówi Lidia Popiel. Jaki, oprócz fotografii, ma sposób na zachowanie życiowej równowagi? Hodowanie roślin… i buntu w sobie.

Gdzie dziś czujesz się swobodniej: przed aparatem czy za nim? Za aparatem jest na pewno bardziej interesująco. Fotografia jest dużo bardziej kreatywna. Ale stanie przed aparatem jest też wyzwaniem, mocno związanym z tym, kim się jest. Nie kim chciałoby się być, tylko właśnie kim się jest. Trzeba podjąć decyzję, na ile chcemy się odsłonić, bo przecież nie jest wskazane, by odsłaniać się w całości – już nawet zdrowy rozsądek tego zabrania. Warto być prawdziwym, ale też zostawić jakąś tajemnicę. Na pewno jako modelce bardzo pomaga mi wiedza o fotografii. Wiem, jak układa się moje ciało, ubranie na nim, ale też jak działają obiektywy. Oczywiście sesja pozowana zawsze jest bardziej wystudiowana. Fotografia sama w sobie nie musi być wcale idealna czy proporcjonalna, ale musi mieć w sobie prawdę.

Jako modelka zostałaś odkryta dość wcześnie, jako 17-latka, i dość wcześnie, bo kilka lat potem, porzuciłaś modeling na rzecz fotografii. Chciałaś przejąć kontrolę? Na pewno wzięłam aparat do ręki stanowczo [śmiech]. Moje pierwsze zdjęcia trafiły na plakat firmy kosmetycznej, i tak z dnia na dzień stałam się fotografką. Znajomy przypomniał mi niedawno, że już mając 19 lat, zapowiedziałam, że będę robić zdjęcia. Ja tego kompletnie nie pamiętam. Zaczęło się od pozowania do zdjęć modowych, potem pomagałam fotografom przy stylizacjach i robieniu makijażu, a później robiłam już zdjęcia ubrań. Aparat zawsze był dla mnie narzędziem rozwoju. Poza tym sama fotografia cały czas się rozwija, pojawiają się nowe sprzęty, rozwiązania, działy fotografii. Do niedawna w ogóle nie interesował mnie krajobraz, aż pewnego dnia odkryłam, że uwielbiam robić krajobrazy. Albo martwe natury – to naprawdę jest bardzo ciekawa praca, szczególnie w kontrze do portretów, które najbardziej lubię, a które wymagają odwagi, umiejętności układania relacji, także rozwiązywania problemów. I dużej samodzielności.

Nawet w czasach, gdy każdy ma aparat w swoim smartfonie i każdy może zostać fotografem? W tej dostępności fotografii upatruję samych pozytywów. Im większy wybór, tym lepiej. Dla wielu osób udane – często przez przypadek – zdjęcie może być dobrym początkiem, wstępem do tego, by robić coś ciekawego. Weźmy fotografię społeczną, która ma ogromne znaczenie w przekazywaniu informacji, propagowaniu postaw i inspirowaniu do czynienia dobra. Dzieci się świetnie uczą przez fotografię, bardzo to lubią i są nadzwyczaj kreatywne. Poza tym wielość uczy też selekcji i rezygnacji.

Lidia Popiel: Jako modelce bardzo pomaga mi wiedza o fotografii. Wiem, jak układa się moje ciało, ubranie na nim, ale też jak działają obiektywy. (Fot. Bartek Wieczorek/Visual Crafters) Lidia Popiel: Jako modelce bardzo pomaga mi wiedza o fotografii. Wiem, jak układa się moje ciało, ubranie na nim, ale też jak działają obiektywy. (Fot. Bartek Wieczorek/Visual Crafters)

Robisz zdjęcia sobie samej? Bardzo rzadko. Inni są dla mnie o wiele ciekawszym obiektem.

A twoi bliscy? Córka, mąż? Lubisz robić im zdjęcia? Od czasu do czasu, jak potrzebują. Bogusławowi przez lata robiłam zdjęcia do wywiadów, bo byłam po prostu fotografem pod ręką. Ale ponieważ oboje jesteśmy profesjonalistami, szybko się wtedy przestawiamy na inny niż prywatny tryb. Nie fotografuję męża, tylko zawodowego aktora. Ale też człowieka.

Mąż jest aktorem, córka stawia w tym świecie pierwsze kroki, ty sama też zagrałaś w kilku filmach. Ale to zdecydowanie nie jest mój świat. Jestem chyba zbyt skryta, by być aktorką.

Ważne jest, by docenić chwile zawieszenia. Cieszę się, że wracamy do czasów, w których możemy sobie powiedzieć: „Nudź się, bo to jest właściwe”. (Fot. Bartek Wieczorek/Visual Crafters) Ważne jest, by docenić chwile zawieszenia. Cieszę się, że wracamy do czasów, w których możemy sobie powiedzieć: „Nudź się, bo to jest właściwe”. (Fot. Bartek Wieczorek/Visual Crafters)

Obserwowałam cię podczas naszej sesji, masz niesamowitą świadomość swojego ciała, ale też tego, kim jesteś. Trudno się zdystansować do samej siebie, ale myślę, że trzeba hodować w sobie coś w rodzaju buntu. Nie dopuścić do tego, by inni tobą zawładnęli, mieć nad tym kontrolę. Z drugiej strony życie to też jest ciągła praca nad akceptacją siebie, bez względu na to, co się dzieje i w jakim świetle siebie widzimy. Najważniejsze jest, by w tym wszystkim – zalewie informacji, nadmiarze bodźców – nie stracić siebie, mieć kontakt z samą sobą.

Powiedziałaś kiedyś, że ludzie najczęściej komentują twoje długie, lekko siwiejące włosy. Może dlatego, że to jest zewnętrzna oznaka tego, na co stawiasz w życiu: na autentyczność, własną ścieżkę. Mam po prostu głębokie poczucie, że powinniśmy częściej zastanawiać się, czy to, co powielamy w kolejnych pokoleniach, jest tym, czego naprawdę chcemy. Te wieczne „wypada – nie wypada”, „przystoi – nie przystoi”. One tyczą się też tak osobistego, intymnego tematu jak kobiece włosy. Krótkie czy długie? Farbowane czy naturalne? W pewnym wieku to już na pewno krótkie i farbowane. A ja właśnie postanowiłam, że nie.

Lidia Popiel: Bywamy szczęśliwi, i to jest fajne. Co więcej, sami jesteśmy sobie w stanie zorganizować te chwile szczęścia. (Fot. Bartek Wieczorek/Visual Crafters) Lidia Popiel: Bywamy szczęśliwi, i to jest fajne. Co więcej, sami jesteśmy sobie w stanie zorganizować te chwile szczęścia. (Fot. Bartek Wieczorek/Visual Crafters)

W sumie nie zrobiłaś nic strasznego ani też specjalnie odważnego… Ależ oczywiście, że nie. Czasem aż mi głupio, że moje włosy wzbudzają takie emocje. Ale ja chyba urodziłam się z oporem przeciwko robieniu czegoś tylko dlatego, że ktoś mi każe. Jestem w stanie zrobić prawie wszystko dla kogoś, kto jest miły, ale rozkaz, żądanie – jak to? Należy mi się prawo wyboru, a jeśli ktoś ingeruje w drobiazgi, to również poważniejsze sprawy są w zagrożeniu.

Były czasy, gdy siwiejące włosy były oznaką zaniedbania, dziś jesteś w trendach. Najważniejsze jest, by ludzie odpuścili innym i poczuli, że sami też mogą robić to, co im się podoba. Owszem, jest coś takiego jak savoir-vivre. Ale nie po to został wymyślony, by komuś skomplikować życie i skuć go łańcuchami, tylko po to, by nie szkodzić innym. Poza tym ta liczba sztućców obok talerza nie jest po to, by nas zestresować, tylko dlatego, że wygodniej jest zjeść coś takim widelcem niż innym, a kształt kieliszka pozwala nam lepiej czuć piękno i aromat danego trunku.

Lidia Popiel: 'Codziennie coś tracimy, pogódźmy się z tym'. (Fot. Bartek Wieczorek/Visual Crafters) Lidia Popiel: "Codziennie coś tracimy, pogódźmy się z tym". (Fot. Bartek Wieczorek/Visual Crafters)

Ale jest też coś takiego, jak na przykład czerwona szminka. Kiedy parę lat temu usłyszałam, że w pewnym wieku czerwona szminka już nie przystoi, bo jest to epatowanie seksualnością, to pomyślałam sobie: „Boże, nawet o to musimy walczyć”. Rozpuszczone włosy to oczywiście też epatowanie seksualnością. Do tego siwe? Czarownica! Nie wiem, co bardziej mnie wkurza: to, że uznaje się, iż po przekroczeniu pewnego wieku nie możesz używać czerwonej szminki, czy to, że w pewnym wieku musisz, bo przecież jak to tak bez? Paradoksy i absurdy na każdym kroku. Nasuwa się pytanie: dlaczego? Dlaczego tak nam zatruwa się życie? I dlaczego to trwa od tylu lat? Ja widzę tu bezmyślność i brak refleksji. To, że jesteśmy troszkę niższe i delikatniejsze od mężczyzn, to nie znaczy, że nie możemy się pobić z kimś wyższym i silniejszym, zwłaszcza jeśli mamy słuszny powód i motywację.

Lidia Popiel: 'Kiedy usłyszałam, że w pewnym wieku czerwona szminka nie przystoi, bo to epatowanie seksualnością, pomyślałam: „Boże, nawet o to musimy walczyć”. (Fot. Bartek Wieczorek/Visual Crafters) Lidia Popiel: "Kiedy usłyszałam, że w pewnym wieku czerwona szminka nie przystoi, bo to epatowanie seksualnością, pomyślałam: „Boże, nawet o to musimy walczyć”. (Fot. Bartek Wieczorek/Visual Crafters)

Swojej córce też zaszczepiłaś tę skłonność do buntu? Aleksandra ma dużo fajnych przykładów w życiu, myślę, że idzie w dobrym kierunku. Oczywiście martwię się, że jest za delikatna na taką trudną robotę, jaką jest aktorstwo, ale po pierwsze, nie zamierzam sprzeciwiać się jej wyborom, a po drugie, chcę, by wiedziała, że zawsze trzymam za nią kciuki. Uważam, że postawa akceptacyjna matki jest bardzo ważna dla rozwoju dziecka. Ono musi widzieć, że mama zawsze jest po jego stronie. Bez tego ciągłego jęczenia, krytykowania i negacji.

Nie masz wrażenia, że zwłaszcza ostatnio zaczęliśmy bardziej szukać prostych, szczerych relacji? Na pewno wielu z nas poczuło potrzebę odcięcia się od polityki i błyskotliwych karier. Czasem gdy włączę telewizor i widzę osoby, które mówią rzekomo o naszych sprawach, doznaję szoku, bo ich życie zupełnie nie przystaje do świata ludzi, których ten problem dotyczy. A podobno politycy mają służyć ludziom. Ta idea dzisiaj zupełnie się wypaczyła. Z drugiej strony obserwuję, że jako ludzie potrafimy sobie poradzić w każdej sytuacji i nawet w chwili największego nieszczęścia znaleźć jakieś szczęście.

Właśnie, co byś odpowiedziała, gdybym spytała cię, czy jesteś szczęśliwa? Że szczęśliwa bywam. Dokładnie tak. Bywamy szczęśliwi, i to jest fajne. Co więcej, sami jesteśmy sobie w stanie zorganizować te chwile szczęścia. I to zwykle nie są rzeczy typu nowy samochód, raczej spacer po lesie albo radość z tego, że wreszcie spadł śnieg. Codziennie rano z okien szkoły, w której uczę, widzę, jak z domku naprzeciwko przy minusowej temperaturze wyskakuje chłopak w T-shircie i spodenkach na spacer z pieskiem. I myślę sobie: tak wyskoczyć na śnieg, to jest życie!

Dlatego tak smuci mnie tytuł nowego filmu Małgorzaty Szumowskiej i Michała Englerta „Śniegu już nigdy nie będzie”. Nie widziałam jeszcze filmu, ale pomyślałam sobie, że ten tytuł można odczytywać nie jako smutne proroctwo, tylko jako komentarz do naszego wiecznego narzekania. Nie ma tego, nie ma tamtego, jest zima, a nie ma śniegu... A co jeśli śniegu nigdy nie będzie? Codziennie coś tracimy, pogódźmy się z tym. Jeśli nie żal nam niczego, to jesteśmy w stanie działać w o wiele szerszy sposób.

Lidia Popiel: 'Potrzebujemy samotności, by poukładać sobie różne rzeczy w głowie'. (Fot. Bartek Wieczorek/Visual Crafters) Lidia Popiel: "Potrzebujemy samotności, by poukładać sobie różne rzeczy w głowie". (Fot. Bartek Wieczorek/Visual Crafters)

Jaka była twoja największa strata w minionym roku? Oczywiście miałam gdzieś pojechać, a nie pojechałam; miałam coś zrobić, a nie zrobiłam, z niezależnych ode mnie przyczyn, ale nie myślę o tym w kategoriach straty. Przecież to są zmienne w naszym życiu, trudno, by miały trwały wpływ na moje samopoczucie czy świadomość tego, kim jestem. W tym roku dokuczała mi bardzo strata jednego z moich przyjaciół, który umarł dokładnie rok temu. Niby staram się myśleć otwarcie o śmierci, ale ten właśnie brak był dla mnie dojmujący. Nasza przyjaźń była tak wyraźna, tak dowcipna i przebiegająca na tak wysokich tonach, nic nie jest w stanie mi tej straty zrekompensować. Jedyne, co mogę, to zrobić sobie dzień wspomnień o nim, wyciągnąć stare zdjęcia, przypomnieć jego powiedzonka, może potem mi się przyśni.

Jak radziłaś sobie, i radzisz, w pandemii? Co cię ratowało? Nie miałam poczucia, że to, że nie mogę gdzieś wyjść czy że wszędzie muszę zakładać maskę, jest jakimś wielkim wyrzeczeniem z mojej strony. Były gorsze rzeczy, i mogą być gorsze rzeczy. Jestem więc zdania, że nie należy narzekać. Narzekanie niczego nie rozwiązuje, nie buduje. Poza tym zawsze możemy zrobić coś, by poprawić swój nastrój, przegonić przygnębienie. Na przykład obejrzeć serial. Ile ja ich widziałam w ciągu ostatniego roku! Teraz najbardziej pamiętam „Anię, nie Annę”, „Good Girls” i „Gambit królowej”. Miałam też poczucie, że bardzo ważne jest, by docenić chwile zawieszenia. Cieszę się, że wracamy do czasów, w których możemy sobie powiedzieć: „Nudź się, bo to jest właściwe”. Jestem zwolenniczką robienia sobie częstych przerw. Uważam, że godzina przerwy dziennie powinna być wliczana w czas pracy. W dodatku powinna być to godzina spędzona w samotności – potrzebujemy jej, by poukładać sobie różne rzeczy w głowie. Tego przebywania w samotności nauczył mnie właśnie modeling. Ale też zrozumienia dla ludzi, których spotykasz, i polegania na sobie.

Lidia Popiel: 'Jestem optymistką. Staram się wyciągnąć z życia wszystko, co najlepsze, i zawsze wybierać jego dobrą stronę'. (Fot. Bartek Wieczorek/Visual Crafters) Lidia Popiel: "Jestem optymistką. Staram się wyciągnąć z życia wszystko, co najlepsze, i zawsze wybierać jego dobrą stronę". (Fot. Bartek Wieczorek/Visual Crafters)

A jaki był ten rok dla ciebie zawodowo? Trochę mniej zdjęć robiłam. Zaczęłam myśleć o tym, by wydać album czy fotoksiążkę ze swoimi pracami. W Warszawskiej Szkole Filmowej, gdzie uczę portretu, jedne zajęcia poświęciliśmy portretowi demonstranta. Okazało się, że brakuje takich zdjęć. Jest dużo fotografii streetowej, ale to są ujęcia raczej reportażowe. Znalazłam nawet fotografa, który objechał około 40 krajów i zrobił portrety osób demonstrujących, z akcesoriami, które były związane z daną demonstracją, a protestowali w różnych intencjach. Najciekawsze było to, że oni wszyscy mieli coś podobnego w postawie, w wyrazie twarzy, jakąś naturalność i determinację.

Portret koncentruje się zwykle na twarzy, a my mamy teraz ich brak w przestrzeni publicznej. A ja przekonałam się, jak wiele można wyczytać z czyjejś postawy, chodu, wyrazu oczu. To nas też charakteryzuje. Są ludzie, których rozpoznajesz, nawet jak mają zakrytą całą twarz. Zauważyłam, że wiele osób polubiło to zamaskowanie, czują się bardziej pewni siebie, są anonimowi, mogą się schować.

Czego jeszcze dowiedziałaś się o sobie i innych w tym czasie? Jestem optymistką. Staram się wyciągnąć z życia wszystko, co najlepsze, i zawsze wybierać jego dobrą stronę. Ale nie można siebie oszukiwać. Myślę, że ludzie zdali sobie sprawę, że szli schematami i układali sobie życie według tego, co inni mówią, że trzeba robić. Może to było łatwiejsze, a może wygodniejsze. Wreszcie zrozumieliśmy, jak wiele osób ma wpływ na nasze życie, jakie niewidzialne siły nami kierują, i zadaliśmy sobie pytanie: czy nasze wybory są rzeczywiście nasze? Niektórzy są na tyle ogarnięci, że są w stanie wypunktować rzeczy, które w ich życiu nie działały.

Myślę, że nie wszyscy chcą „wrócić do normalności”, bo ta nasza normalność miała bardzo dużo wad. To, co możemy teraz zrobić, to walczyć o lepszą normalność. Myśleć w sposób względnie nowoczesny. Ciągle wielu z nas uważa, że nie ma na nic wpływu, nie ma siły przebicia, a jeśli nawet zaczną o coś walczyć, to będą w tej walce osamotnieni i zostaną udupieni przez siły potężniejsze od nich. W ostatnim czasie mnóstwo różnych akcji udowodniło, że tak nie jest. Bo zbiór się składa zawsze z pojedynczych osób. Co chwila słyszę o tym, jak ludzie się skrzykują w jakiejś sprawie, bo jakaś duża firma traktuje swoich pracowników nie fair lub jakieś fajne miejsce jest na progu bankructwa. Stawiają się lub pomagają, i to działa. Są skuteczni.

To co nas dziś mobilizuje? Niezgoda na nieetyczne działania, ale też współczucie. Dlatego potrzebujemy rzetelnych, obiektywnych informacji. Najpierw byłam fanką drukowanych dzienników, potem TVN24, a później portali informacyjnych. Podczas pandemii po raz pierwszy poczułam, że już nie mogę tego czytać i słuchać, że jestem na granicy wytrzymałości, bo to, co jest mi wciskane, nie jest wcale tym, co się dzieje, nie jest odwzorowaniem rzeczywistości. I zupełnie się przerzuciłam na Make Life Harder, których oglądam na Instastories. To jest dokładnie to, czego szukałam, czyli dopływ informacji zdystansowanej i przeplatanej tym, co jest budujące. Widać tu jasność sytuacji. Już trochę lat żyję i widzę różne zależności mediów, zobowiązania, drobne nieuczciwości. A tu mi powiało świeżością. To według mnie nowa generacja informacji.

A ja słyszałam, że bardziej od newsów interesuje cię zwykłe patrzenie przez okno... Konrad Pustoła, młody fotograf, zrobił kiedyś projekt polegający na tym, że wszedł do pokoi wysokich rangą urzędników oraz ludzi mających władzę i sfotografował to, co widzą przez okno, bo stwierdził, że ma to ogromny wpływ na podejmowane przez nich decyzje i na ich osobowość. Wyobraź sobie, że widzisz za oknem tylko mur. To pewnie jeden z najgorszych widoków, ale z drugiej strony masz wpływ na to, co zrobisz z tym murem. Może zejdziesz na dół i zasadzisz przy nim pnącza. Wtedy będzie wyglądał już zupełnie inaczej. Jeśli masz widok na ruchliwą ulicę, też od ciebie zależy, co na tej ulicy widzisz. Czy błoto i smutnych ludzi, czy zabawne sytuacje i pierwsze oznaki wiosny. Wierzę, że można panować nad swoimi myślami i przekierowywać uwagę.

Te pnącza wijące się po murze przywołały mi na myśl to, co mówiło wielu moich znajomych, że w tym roku po raz pierwszy mieli czas i potrzebę, by tak dokładnie obserwować przyrodę. Bez przyrody nie mogłabym żyć. Uczestniczyła w moim życiu od dziecka. Mieszkaliśmy w domu z ogródkiem, regularnie chodziłam do lasu na grzyby. Dzisiaj już chyba zapomniałam, jak się je zbiera. Tata śmiał się ze mnie ostatnio, że wcale ich nie widzę, a jeśli już zobaczę – to nie umiem rozpoznać. Czasem wracam skądś i nie wchodzę od razu do domu, tylko chodzę po ogrodzie. Coś przytnę, coś pozamiatam, coś przestawię. Hodowanie roślin to jest fantastyczna sprawa, także w domu. Choć trudna, bo rośliny nie zawsze współpracują z człowiekiem [śmiech]. Za to mają tę cudowną właściwość oczyszczania powietrza i ludzkich głów. W zeszłym roku w Bunkrze Sztuki w Krakowie była wystawa jednego z członków grupy artystycznej Łódź Kaliska – Adama Rzepeckiego. Niesamowite, szczere zdjęcia, także rzeźby. Można było naprawdę wniknąć w życie tego niesamowitego człowieka, który ciągle coś kwestionował, nie zgadzał się, szukał, sprawdzał. W pewnym okresie życia przebywał w szpitalu psychiatrycznym, gdzie zaczął malować na kartonach niebo, ale też fotografować przejawy przyrody wdzierającej się do środka budynku.

Wyobraź sobie, że widzisz za oknem tylko mur. To pewnie jeden z najgorszych widoków, ale z drugiej strony – masz wpływ na to, co zrobisz z tym murem. (Fot. Bartek Wieczorek/Visual Crafters) Wyobraź sobie, że widzisz za oknem tylko mur. To pewnie jeden z najgorszych widoków, ale z drugiej strony – masz wpływ na to, co zrobisz z tym murem. (Fot. Bartek Wieczorek/Visual Crafters)

Czym był dla ciebie dom podczas kolejnych lockdownów? Myślałam trochę o ludziach, dla których dom czy mieszkanie przed pandemią było rodzajem hotelu – z którego wcześnie rano wychodzili i do którego wracali późnym wieczorem. Czy ucieszyli się z tego, że mogli w nim teraz dłużej zostać? Poczuli się jak na wakacjach? Czy po jakimś czasie zaczęli się w nim dusić? 
Mój tryb życia podczas pandemii diametralnie się nie zmienił, zwykle pracuję kilka dni, a potem robię sobie kilka dni wolnego. Nie czułam się zamknięta, bo mamy ogród. Nie robiłam też zbyt dużych zakupów. Jedzenie zamawiam przez Internet już od lat. Przy czym nadal przeraża mnie ilość opakowań, jaka przy tym zostaje. Naprawdę jedynym rozwiązaniem jest ograniczenie zużywania różnych przedmiotów codziennego użytku, recykling i zero waste. Zobacz, w naszej szafce w szkole są kubki, które profesorowie przynieśli z domu, bo nie są im potrzebne. A teraz wszyscy z nich z przyjemnością pijemy. Tak więc w pandemii jaskrawiej powyłaziły niedoskonałości codziennego życia, ale też pojawiły się jakieś rozwiązania.

Jak, jako optymistka, patrzysz w przyszłość? Przede wszystkim mam nadzieję, że nie zostanę starym dziadem [śmiech]. Niesamowite, jak po sześćdziesiątce zmienia się optyka patrzenia na świat i siebie. Nagle okazuje się, że to nasze ciało nie jest takie silne jak kiedyś. Do postępujących zmarszczek już w pewien sposób się przyzwyczaiłam, choć do tego bardzo trudno się przyzwyczaić, ale OK, niech będzie. Wiem, że chcę jak najdłużej pracować, czuję, że mam jeszcze wiele rzeczy do zrobienia, ale też bardziej o siebie dbam. Gdybym miała poradzić coś dziś młodym kobietom, powiedziałabym: dbajcie o swoje zdrowie. No, i oczywiście o wnętrze duchowe.

A co się mieści w tej kategorii dbania o zdrowie? Ruch, jedzenie, spanie i zapewnianie sobie godziwych rozrywek!

Lidia Popiel ma 62 lata, urodziła się pod Warszawą. Przed obiektywem zadebiutowała w 1976 roku. Pracowała między innymi dla Mody Polskiej. Zawodowo fotografią zajmuje się od 1985 roku. Publikowała w „Zwierciadle”, „Pani” czy „Sukcesie”. Jest redaktorką naczelną magazynu „PhotoCulture” i przewodniczącą rady sygnatariuszy w Partii Kobiet. Działa w Fundacji „Polska jest kobietą”. Wykłada fotografię w Warszawskiej Szkole Filmowej. Żona Bogusława Lindy i mama Aleksandry Lindy.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Moda i uroda

Łazienkowi super heroes, czyli urządzenia do domowej pielęgnacji

Spa można urządzić we własnej łazience. Miły wystrój sprzyja regularnej pielęgnacji. (Fot iStock)
Spa można urządzić we własnej łazience. Miły wystrój sprzyja regularnej pielęgnacji. (Fot iStock)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Firmy kosmetyczne intensywnie pracują nad tym, żebyśmy nie musiały wychodzić z domu, przynajmniej nie do kosmetyczki. Urządzenia do domowej pielęgnacji to już nie są zwykłe gadżety, ale prawdziwy high-tech. jedyne, co musisz zrobić, to ich używać, najlepiej codziennie.

Firmy kosmetyczne intensywnie pracują nad tym, żebyśmy nie musiały wychodzić z domu, przynajmniej nie do kosmetyczki. Urządzenia do domowej pielęgnacji to już nie są zwykłe gadżety, ale prawdziwy high-tech. Jedyne, co musisz zrobić, to ich używać, najlepiej codziennie.

Łazienka jest jedynym miejscem w mieszkaniu, gdzie mogę zamknąć drzwi na kluczyk i mieć choć chwilę czasu dla siebie. Dlatego zaczęłam sobie ten czas uprzyjemniać. Świetnie nadają się do tego olejki aromaterapeutyczne. Można w łazience postawić klasyczny kominek ze świeczką, ale moim ostatnim odkryciem jest zestaw olejków aromaterapeutycznych Mind & Mood marki Oriflame, który można kupić wraz z dyfuzorem. Urządzenie to napełniamy wodą, dodajemy kilka kropli olejku, a ono uwalnia mgiełkę zapachową, która szybko wypełnia łazienkę. Dyfuzor emituje też przyjemne miękkie światło, powoli zmieniające kolor i poprawiające nastrój. Same olejki z kolekcji Mind & Mood zostały opracowane na bazie starannie dobranych, naturalnych ekstraktów z roślin. Ich skuteczność potwierdziły badania neurobiologiczne. Do wyboru są cztery mieszanki: Energise Me, Empower Me, Balance Me i Relax Me. Dwie ostatnie należą do moich ulubionych. Równowadze sprzyja zapach olibanum (żywica pozyskiwana z drzewa kadzidłowca) i drzewa cedrowego, a relaks pachnie lawendą i drzewem sandałowym. W tak miłej atmosferze można zająć się urodowymi rytuałami.

Dyfuzor i olejki aromaterapeutyczne Oriflame 79,99 zł  i 169,99 zł za olejek 5 ml. Dyfuzor i olejki aromaterapeutyczne Oriflame 79,99 zł  i 169,99 zł za olejek 5 ml.

Elektryzujący masaż

Od lat obiecuję sobie, że będę codziennie masowała twarz i robiła ćwiczenia wzmacniające mięśnie – fitness czy jogę twarzy. Kończy się na tym, że robię to od święta i nigdy dobrze nie pamiętam sekwencji ruchów. Jakby z myślą o mnie powstał Bear Foreo. „Miś” jest jak domowy trener fitnessu twarzy. Wzmacnia skórę, daje efekt glow i modeluje kontur twarzy. Już po pierwszym użyciu widać różnicę, co motywuje do regularnego stosowania. Jak działa? Stymuluje skórę za pomocą mikroprądów, czyli technologii chętnie wykorzystywanej w gabinetach medycyny estetycznej. Dodatkowo soniczne pulsacje T-Sonic relaksują mięśnie twarzy, działając tam, gdzie pojawia się największe napięcie. Zrelaksowane mięśnie to mniej zmarszczek. Mikroprądy, czyli impulsy elektryczne o bardzo małym natężeniu, stymulują procesy fizjologiczne w skórze, dzięki czemu staje się ona jędrniejsza, a kontur twarzy wysmuklony. Urządzenie jest całkowicie bezpieczne, idealne do domowego użytku. Samo dostosowuje siłę działania do potrzeb twojej skóry. Jak zrobić pełny zabieg, podpowiada aplikacja w telefonie. Jedyna rzecz, o której nie można zapomnieć, to położenie na twarz serum nawilżającego przed użyciem masażera. Może to być Serum Serum Serum Foreo lub inny produkt nawilżający – jego zadaniem jest właściwe przewodzenie mikroprądów.

Bear, urządzenie do modelowania twarzy, FOREO 1299 zł. Bear, urządzenie do modelowania twarzy, FOREO 1299 zł.

Wsparcie dla serum

Dermasonic Artistry jest na rynku od kilku lat. Warto sobie o nim przypomnieć, szczególnie że właśnie pojawiła się nowa nakładka przeznaczona do pielęgnacji okolic oczu. Teraz to urządzenie 3 w 1. Składa się z głowicy z ultradźwiękową szpatułką, głowicy z galwanicznym jonem dermalnym i nowej nakładki Ultimate Eye. Szpatułka ultradźwiękowa służy do gruntownego oczyszczania. Włączamy ją i przykładamy do zwilżonej wodą lub tonikiem skóry. Urządzenie wytwarza wibracje dźwiękowe na poziomie 30 tysięcy herców, które rozbijają wodę na mikroskopijne kropelki. Te z kolei sprawnie oczyszczają pory, usuwając zaskórniki, martwy naskórek, sebum i pozostałości makijażu. Osoby, które mają problem z trądzikiem, mogą używać szpatułki ultradźwiękowej nawet dwa razy dziennie. Już po samym oczyszczaniu skóra jest wygładzona, miękka i wydaje się jaśniejsza. Drugi etap pielęgnacji to użycie głowicy z jonem dermalnym. Pracuje ona w dwóch trybach. W pierwszym wytwarza mikroprądy, które w połączeniu z wibracjami głowicy działają jak stymulujący masaż. Drugi tryb służy do wtłaczania w głąb skóry składników aktywnych serum za pomocą prądu galwanicznego, który zwiększa przepuszczalność błon w tkankach. Dodatkowo w czasie masażu skóra lekko się rozgrzewa, co powoduje otwarcie porów i również sprzyja lepszemu wchłanianiu się kosmetyków. Nakładka do pielęgnacji okolic oczu wykorzystuje te same technologie. Łagodna galwanizacja wspomaga wchłanianie składników kremów pod oczy, delikatna kuracja termiczna poprawia krążenie płynów w skórze, eliminując opuchnięcia, a mikrowibracje stymulują skórę i zapewniają jej witalność. Głowica powleczona jest rodem (pierwiastkiem z rodziny platynowców) i dobrze sprawdza się jako manualny masażer. Choć brzmi to jak bardzo skomplikowany długi zabieg, tak naprawdę zajmuje kilkanaście minut.

Dermasonic ARTISTRY 1369 zł plus nakładka Ultimate Eyse 310 zł (www.amway.pl) Dermasonic ARTISTRY 1369 zł plus nakładka Ultimate Eyse 310 zł (www.amway.pl)

Japoński patent na dobranoc

Marzysz o perfekcyjnej skórze, jaką mają Azjatki? Jeśli tylko możesz zainwestować w Biomimesis Sensai, na pewno zobaczysz poprawę kondycji skóry. To cudo to dyfuzor, który pokrywa skórę cieniutką niewidzialną mgiełką mikrowłókien, otulającą twarz jak kokon. Po co? Żeby składniki pielęgnacji, którą nałożyłaś wcześniej, lepiej się wchłaniały, a woda nie wydostawała się z naskórka. Rano ściągasz z twarzy tę delikatną powłokę jednym pociągnięciem (rób to bez świadków, bo możesz wzbudzić przerażenie wśród osób niezorientowanych, na przykład dzieci) i odkrywasz gładziutką, mięciutką skórę.

 Dyfuzor Biomimesis SENSAI 2790 zł.  Dyfuzor Biomimesis SENSAI 2790 zł.

 

Sprawy przyziemne

Gdy doszłaś już do perfekcji w domowym oczyszczaniu, masowaniu i pielęgnowaniu skóry, pozostaje kwestia spraw praktycznych, jak depilacja. Wąsik bez problemu usuniesz depilatorem do twarzy. Braun FaceSpa Pro 911 poza końcówką, która szybko i delikatnie usuwa włoski wraz z cebulkami, ma szczoteczkę do mycia twarzy i wibrującą głowicę, która służy do wmasowywania w skórę serum czy kremu.

Depilator FaceSpa Pro 911 Braun 499 zł. Depilator FaceSpa Pro 911 Braun 499 zł.

Profesjonalne podejście

Po pierwszej fali epidemii i lockdownu dermatolodzy mieli pełne ręce roboty. Zgłaszało się do nich bardzo dużo pacjentek, które korzystając z wolnego czasu (lub ukrywając się przed domownikami w łazience), kompulsywnie nakładały na twarz dziesiątki warstw kosmetyków. Nadmiar składników aktywnych lub nakładanie ich w niewłaściwej kolejności doprowadziły do tego, że cera, zamiast wyglądać promiennie i zdrowo, była w gorszej kondycji niż wcześniej. Jeśli chcesz zrobić coś dobrego dla swojej skóry i poprawić jej kondycję, możesz się zdecydować na domową pielęgnację opracowaną przez tak zwane marki gabinetowe. Są to zwykle produkty sprzedawane jako uzupełnienie i kontynuacja profesjonalnych zabiegów. Ale można też po prostu umówić się z dermatologiem lub kosmetologiem na konsultację. Specjalista fachowym okiem obejrzy skórę, zada kilka pytań i opracuje optymalny zestaw pielęgnacyjny. Produkty jednej marki, dobrze dobrane i stosowane zgodnie z zaleceniami, dają szybkie i widoczne efekty poprawy wyglądu skóry. Poniżej kilka marek, w których kosmetyki warto zainwestować. Najlepiej w profesjonalnie dobranym pakiecie.

1. Serum peptydowe Bakuchiol Peptides Medik8 30ml/275 zł. 2. Lotion P50W, złuszczający lotion do cery wrażliwej, Biologique Recherche 150 ml/199 zł. 3. SKIN MAP Booster dla zmęczonych oczu diego dalla palma professional 15 ml/216 zł. 4. Radical Night Repair, preparat z retinolem, zo skin Health 60 ml/720 zł (esteva.pl). 1. Serum peptydowe Bakuchiol Peptides Medik8 30ml/275 zł. 2. Lotion P50W, złuszczający lotion do cery wrażliwej, Biologique Recherche 150 ml/199 zł. 3. SKIN MAP Booster dla zmęczonych oczu diego dalla palma professional 15 ml/216 zł. 4. Radical Night Repair, preparat z retinolem, zo skin Health 60 ml/720 zł (esteva.pl).

  1. Moda i uroda

Moda 50+. Jak wyglądać stylowo po 50 roku życia?

Od lewej: Helena Norowicz w sesji dla „Zwierciadła” 6/2019; Joan Didion w reklamie dla Céline;
Lidia Popiel, Eppram (Fot. materiały prasowe)
Od lewej: Helena Norowicz w sesji dla „Zwierciadła” 6/2019; Joan Didion w reklamie dla Céline; Lidia Popiel, Eppram (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 9 Zdjęć
Dziś ikoną stylu możesz zostać w wieku 50 lat, a gwiazdą Instagrama – 60, pierwszą głośną książkę napisać w wieku 70 lat, a tatuaż zrobić sobie po osiemdziesiątce. Rozumieją to moda i popkultura, które przestają pokazywać i sprzedawać nam jedynie wycinek społeczeństwa.

Piękna, spełniona kobieta o siwych, delikatnie opadających na ramiona włosach w dużych okularach muchach i czarnym półgolfie. Joan Didion w kampanii z 2015 roku domu mody Céline nie jest jedynym przykładem tego, że od kilku lat moda wysoka nie opiera się już wyłącznie na nastolatkach. Zdjęcia 80-letniej wówczas ikony amerykańskiej i światowej literatury, autorki takich książek jak „Rok magicznego myślenia” czy „The White Album” momentalnie opanowały magazyny drukowane i Internet. Rok później polska marka Bohoboco zaprosiła do kampanii równolatkę Didion, aktorkę i modelkę Helenę Norowicz.

Po paru miesiącach gwiazdą kampanii bielizny Calvina Kleina i wybiegu Bottegi Venety została 73-letnia Lauren Hutton, a reklamy hiszpańskiej firmy Mango – 63-letnia profesor Uniwersytetu Nowego Jorku Lyn Slater, której profil na Instagramie @iconaccidental śledzi obecnie 750 tysięcy obserwujących.

I ten trend się utrzymuje! Kampanie, okładki i sesje zdjęciowe światowych magazynów otworzyły się szeroko na starsze modelki, aktorki czy wokalistki. Joni Mitchell wystąpiła w kampanii Saint Laurent, Iris Apfel – u Kate Spade (obydwie reklamy z 2015 roku), a Stevie Nicks, muza Alessandra Michelego z Gucci, podczas pokazu jego kolekcji cruise 2020. Z kolei w Polsce bohaterką najnowszej kampanii Big Star została 60-letnia Katarzyna Przewłocka, która potwierdza, że kojarzony z modą młodzieżową dżinsowy total look wygląda świetnie na osobach w każdym wieku. A w kampanii najnowszej kolekcji Eppram, marki założonej przez Julię Kuczyńską (Maffashion) i Lanę Nguyen, jedną z modelek została 61-letnia Lidia Popiel. I nie są to odosobnione przypadki.

Lyn Slater, Mango; Joni Mitchell w kampanii Saint Laurent; Barbara Stanisławska w swojej pierwszej sesji mody, „Zwierciadło” 3/2020. (Fot. materiały prasowe) Lyn Slater, Mango; Joni Mitchell w kampanii Saint Laurent; Barbara Stanisławska w swojej pierwszej sesji mody, „Zwierciadło” 3/2020. (Fot. materiały prasowe)

Hit za hitem

Także branża filmowa, do niedawna tak uparta w stawianiu na nowe i młodociane twarze, zaczyna rozumieć, że wiek jest jedynie liczbą. „25 lat? To już nie jest młodość w tym biznesie” – usłyszała podczas przesłuchania w późnych latach 50. w Hollywood Joan Collins. Dzisiaj coraz częściej czytamy, że pięćdziesiątka, sześćdziesiątka, a także osiemdziesiątka jest nową dwudziestką. „Dużo więcej uwagi poświęca się głębszym, poważniejszym tematom i starszym bohaterom” – mówi Lily Tomlin, gwiazda hitu Netflixa „Grace & Frankie”, w którym gra u boku Jane Fondy. Aktorka nie spodziewała się, że serial odniesie taki sukces. Obecnie (z przerwami spowodowanymi światową pandemią) nagrywany jest jego siódmy sezon.

Lily Tomlin i Jane Fonda w serialu 'Grace & Frankie. (Fot. materiały prasowe Netflix) Lily Tomlin i Jane Fonda w serialu "Grace & Frankie. (Fot. materiały prasowe Netflix)

Dzięki takim platformom, jak Netflix, HBO Go czy Amazon Prime, produkuje się coraz więcej wieloodcinkowych programów o różnorodnych tematach, z czego korzystają aktorzy w każdym wieku. Choćby 71-letnia Jessica Lange, która wciąż jest na szczycie kariery. Od 2010 roku dostała trzy nagrody Emmy i wciąż otrzymuje role w najbardziej wyczekiwanych serialach, jak „American Horror Story”, „Konflikt: Bette i Joan” czy „Wybory Paytona Hobarta”. Podobne sukcesy odnoszą: Helen Mirren, Jane Fonda, Susan Sarandon, Jennifer Aniston czy Julianne Moore. Na rozdaniu nagród Emmy w 2017 roku aż 14 z 19 aktorek nominowanych za główne role miało powyżej 40 lat (więcej niż połowa z nich ponad 50), w tym gronie znalazły się Reese Witherspoon i Nicole Kidman za „Wielkie kłamstewka” – jeden z największych serialowych hitów ostatnich lat.

71-letnia Jessica Lange wciąż jest na szczycie kariery (Fot. materiały prasowe) 71-letnia Jessica Lange wciąż jest na szczycie kariery (Fot. materiały prasowe)

Prawda i naturalność

Można powiedzieć, że popkultura dorosła do tego, by poświęcać uwagę dojrzałym kobietom. Zrozumiała, że pokazywanie jedynie wycinka społeczeństwa wcale nie jest dobrą strategią. Zmarszczki na wielkim ekranie czy okładkach magazynów stały się nie tylko akceptowalne, ale i pożądane. Przeszkadzają nam za to sztucznie wygładzone twarze. Chcemy prawdy i naturalności. „Następnym krokiem byłoby w ogóle o tym nie mówić. Nie sądzę, żeby mężczyźni o tym rozmawiali. Starzenie się jest po prostu normalne! […] To żałosne, kiedy słyszę, że jakiś 55-letni aktor nie zagra u boku 42-letniej kobiety, ponieważ jest dla niego za stara. Ludzie już tego nie kupują” – mówi amerykańska aktorka Patricia Arquette, nawiązując do tego, że przez lata siwiejący mężczyźni z bruzdami na skórze uznawani byli za seksownych, a kobiety w podobnym wieku nie miały szans na dobre role.

Podobnie zmienia się podejście do różnicy wieku. Mężczyzna z o połowę młodszą partnerką? Żaden problem! Wystarczyłoby odwrócić sytuację, by brwi odbiorców uniosły się znacząco do góry, sugerując oburzenie i zdziwienie. Dzisiaj kibicujemy Heidi Klum (47), która w zeszłym roku wzięła ślub z Tomem Kaulitzem (31), Madonnie (62), która spotyka się z 20-letnimi mężczyznami, czy ikonie francuskiego stylu Brigitte Macron (67), żonie o 25 lat młodszego prezydenta Francji Emmanuela Macrona.

Wreszcie żyjemy w świecie, w którym przyjmowana do królewskiej rodziny księżniczka nie musi być nastoletnim niewiniątkiem, ale doświadczoną życiowo 37-latką (Meghan Markle), 72-latka może spełnić marzenia o zostaniu pisarką (Katherine Ashenburg, autorka książki „Sofie & Cecilia”), a bycie ikoną stylu nie wymaga odpowiedniej metryki.

Carmen Dell’Orefice na okładce najnowszego meksykańskiego „Harper’s Bazaar” 10/2020; Katarzyna Przewłocka w kampanii dla Big Star; Irena Wielocha @kobieta.zawsze.mloda była naszą bohaterką w sesji beauty 10/2020. (Fot. materiały prasowe) Carmen Dell’Orefice na okładce najnowszego meksykańskiego „Harper’s Bazaar” 10/2020; Katarzyna Przewłocka w kampanii dla Big Star; Irena Wielocha @kobieta.zawsze.mloda była naszą bohaterką w sesji beauty 10/2020. (Fot. materiały prasowe)

Styl nie zna wieku

„Mam 53 lata i po prostu chcę wyglądać zdrowo, stylowo i nowocześnie, a nie młodziej. I chcę mieć znaczenie, nawet z moimi zmarszczkami. Jesteśmy ważnymi wzorami do naśladowania dla młodych dziewczyn. […] Wreszcie niektóre marki zaczynają ze mną rozmawiać, ale zajęło im dużo czasu, zanim zrozumiały naszą siłę” – mówiła w 2017 roku redaktorka mody Alyson Walsh, autorka bloga That’s Not My Age (ang. to nie mój wiek).

W samej Wielkiej Brytanii osoby powyżej 65. roku życia wydają na ubrania 6,7 miliarda funtów rocznie. To zadziwiające, że do niedawna w ogóle nie były przez marki odzieżowe brane pod uwagę pod kątem reprezentacji w reklamach i przekazie wizualnym. Dopiero pięć lat temu Rebecca Valentine założyła agencję Grey Model Agency dla starszych modeli i modelek, reprezentującą obecnie setki nazwisk, coraz częściej wykorzystywanych w prestiżowych kampaniach międzynarodowych brandów. I dotyczy to wszystkich kolekcji.

Wspomniana Helena Norowicz wystąpiła ostatnio w kampanii sukni ślubnych polskiej marki Laurelle, a 89-letnia modelka Carmen Dell’Orefice, która pozuje od 15. roku życia, nie zamierza przejść na emeryturę. Chodzi po wybiegach, pozuje na okładkach. Jej najnowsza to ta z października 2020 roku dla meksykańskiego „Harper’s Bazaar”. Podobnie jej koleżanka po fachu, 55-letnia Yasmin Le Bon, która jedynie w 2020 roku wystąpiła w kampanii reklamowej Alberty Ferretti i Fendi oraz chodziła po wybiegach Tommy’ego Hilfigera, Jeana-Paula Gaultiera, Fendi czy Preen by Thornton Bregazzi.

Syndrom (nie)widzialnej kobiety

Moda bez wieku stała się już ruchem, który podkreśla, że data urodzenia nie wiąże się z nakazem noszenia pewnych ubrań i koniecznością rezygnacji z innych. Poza tym dzięki rozwijającej się medycynie, świadomości odpowiedniego odżywiania i powszechnej kulturze sportu jesteśmy coraz zdrowsi i dłużej żyjemy. Mamy też dużo więcej możliwości. Pod hashtagami #50fitandfabulous i #fitfab50 kryje się na Instagramie łącznie ponad sześć milionów publikacji, co świadczy o tym, że na przekór syndromowi niewidzialnej kobiety – zgodnie z którym kobiety po 40. roku życia zaczynają się wycofywać z życia publicznego – chcemy być widziane; i jesteśmy, bez względu na wiek. Potwierdza to też największa gwiazda stylu ulicznego ostatnich sezonów – Celine Dion. Piosenkarka, tuż przed pięćdziesiątką, coraz odważniej zaczęła eksperymentować ze swoim sposobem ubierania się, a jej każdą stylizację publikowano na stronach i w mediach społecznościowych najbardziej prestiżowych magazynów mody pod stworzonym przez „Vogue’a” hashtagiem #celinetakes­couture. Dion została prawdziwą it girl. Raper Drake już zapowiedział, że zamierza zrobić sobie tatuaż z jej wizerunkiem. A skoro jesteśmy przy tatuażach, aktorka Judi Dench zrobiła sobie pierwszy w wieku 81 lat. Na jej nadgarstku widnieje teraz napis: carpe diem.

Podczas gdy dla poprzednich pokoleń menopauza równoznaczna była z zamknięciem w domowym zaciszu z parą wygodnych kapci pod ręką, dzisiaj kobiety w każdym wieku, podobnie jak Dench, chwytają dzień.

73-letnia Lauren Hutton, Bottega Veneta, lato 2017; 55-letnia Yasmin Le Bon, pokaz Fendi, lato 2020; Debbie Harry, Coach, zima 2020. (Fot. IMAXTREE) 73-letnia Lauren Hutton, Bottega Veneta, lato 2017; 55-letnia Yasmin Le Bon, pokaz Fendi, lato 2020; Debbie Harry, Coach, zima 2020. (Fot. IMAXTREE)

Nie anti, ale slow lub smart

To nie koniec rewolucji. Amerykański magazyn „Allure” już dwa lata temu ogłosił, że nie będzie na swoich łamach używał określenia „anti-aging”, które znamy z reklam kremów przeciwzmarszczkowych, a które w swoim rdzeniu obok słowa „starzenie” zawiera człon „anty-”, sugerujący, że upływ czasu jest czymś negatywnym. Jak mówi redaktor naczelna magazynu Michelle Lee, czy zdajemy sobie z tego sprawę, czy nie, termin ten wzmacnia przesłanie, że starzenie się jest stanem, z którym trzeba walczyć. Począwszy od lat 80. XX wieku, miał przekonywać do zakupu nowych kremów starsze klientki, niektórzy twierdzą jednak, że przybrało to formę zastraszenia. Nie będziesz atrakcyjna, póki nie będziesz stosować produktów anti-aging, które mają służyć wymazaniu wieku. Kolejnym absurdem było reklamowanie ich przez 20-letnie modelki; znów jakby nie wypadało pokazywać na ekranach kobiet, do których produkt jest autentycznie skierowany.

Taki absurd nie może mieć już miejsca w dzisiejszym świecie, w którym kobiety w każdym wieku podbijają wybiegi, kino i popkulturę, a sektor produktów dla dojrzałych kobiet nadal się rozwija. Wycenia się, że do 2021 roku wart będzie blisko 270 miliardów dolarów. Nie chcemy już walczyć ze starzeniem, a jedynie mądrze je spowalniać (stąd coraz popularniejsze określniki „slow” i „smart”).

Jeszcze parę lat temu jakiś hollywoodzki producent mógł powiedzieć, że kariera w tej branży kończy się po 25. roku życia i większość widzów, a nawet aktorek, przyznałaby mu rację. Współczesne kobiety i ikony stylu udowadniają, że dziś życie zaczyna się niekiedy dopiero po pięćdziesiątce.

  1. Materiał partnera

Wywoływanie zdjęć – przewodnik dla początkujących

Fot. materiał partnera
Fot. materiał partnera
Zobacz galerię 2 Zdjęcia
Zdjęcia cyfrowe mają wiele zalet, ale warto również wywoływać ulubione fotografie, by wyeksponować je w domu lub zgromadzić w wygodnym w przeglądaniu albumie. Obecnie odbitki można zamówić online, w łatwy  sposób wybierając ich parametry, takie jak rozmiar, kadrowanie czy rodzaj papieru. Wbrew pozorom ma to całkiem duże znaczenie. Dowiedz się, na jakim papierze warto wywoływać zdjęcia.

Mat czy błysk?

Jedną z najważniejszych decyzji, jaką musisz podjąć przy zamawianiu wydruków zdjęć, jest ta dotycząca wykończenia papieru. Zarówno odbitki błyszczące, jak i odbitki matowe mają swoich zwolenników, a ich zalety są zgoła odmienne. Odbitki błyszczące to:
  • gładka powierzchnia,
  • żywe, wyraziste kolory, głębokie czernie
  • bardzo dobre odwzorowanie szczegółów,
  • świetny wybór do albumów.
Z kolei odbitki matowe wyróżniają się:
  • powierzchnią odporną na odciski palców i drobne uszkodzenia,
  • delikatniejszą kolorystyką,
  • brakiem refleksów świetlnych utrudniających oglądanie,
  • idealnymi parametrami do ekspozycji w ramkach, choć mogą być przechowywane również w albumach, a nawet „luzem” w pudełkach
To jednak nie wszystko! Jeśli decydujesz się na wywoływanie zdjęć online, możesz wybrać papier o wykończeniu jedwabistym. Nie odbija on światła podobnie jak ten matowy, dlatego wykonane na nim wydruki dobrze prezentują się w ramkach. Ma jednak unikalną fakturę, która sprawia, że fotografie prezentują się bardzo elegancko, jak wykonane przez profesjonalistę. Papier jedwabisty doda szyku Twoim ujęciom, dlatego często wykorzystuje się go podczas drukowania zdjęć ślubnych i innych ważnych pamiątek.

Zwróć uwagę na jakość papieru foto!

Dobranie właściwego papieru, na którym zostaną wydrukowane Twoje zdjęcia, jest wbrew pozorom bardzo istotnym czynnikiem podczas zamawiania zdjęć. W końcu przecież każdemu zależy, aby ulotne chwile złapane na fotografiach zachowały trwałość i niezmienną jakość na lata, by mogły się nimi cieszyć następne pokolenia. Dlatego jakość stosowanego w laboratorium fotograficznym materiału ma ogromne znaczenie.

W ofercie niemal każdego fotolabu znajdziesz papier w jakości standard oraz premium. Te dwa rodzaje nośnika różni przede wszystkim grubość (gramatura). Papier standardowy jest cieńszy i tańszy. Nie oznacza to jednak, że jest nietrwały. To nośnik wysokiej jakości, który idealnie nadaje się do wydruku różnych typów zdjęć, w szczególności mniejszych formatów. Przy wywoływaniu większych ilości możesz liczyć na bardzo przystępną cenę.

Papier premium jest nieco grubszy, dzięki czemu uzyskane odbitki sprawiają wrażenie bardziej solidnych. Jego dużą zaletą jest większa przestrzeń kolorystyczna. Za jej sprawą wydruki są znacznie żywsze i prezentują się bardziej profesjonalnie. To wybór dla tych, którym zależy na dokładnym odwzorowaniu każdego detalu zdjęcia oraz wydobyciu jego atutów.

W ofercie Foto Fujifilm znajdziesz również papier profesjonalny. To najgrubszy wariant, który gwarantuje uzyskanie doskonałych parametrów odwzorowania obrazu, głębokiej czerni, nasyconych barw i maksymalnej ostrości. To właśnie na takim nośniku drukowane są zdjęcia zawodowych fotografów. Pozwala on na wyeksponowanie ich wszystkich walorów.

Ostatnim rodzajem nośnika jest papier fotograficzny velvet o matowym wykończeniu i aksamitnej powierzchni. To dobry wybór dla ujęć, którym chcesz dodać elegancji, w szczególności zaś zdjęć artystycznych. Odbitki na papierze velvet mogą być eksponowane bez oprawiania w szkło i uzyskują unikalny charakter. Wyróżniają się też miękką kolorystyką.

Kadrowanie

Ostatnim, jednak równie ważnym parametrem przy zamawianiu zdjęć jest możliwość ich kadrowania, nawet na zwykłych odbitkach. Nie każdy zdaje sobie sprawę, że większość fotografii, które obecnie wykonujemy smartfonem, ma spore różnice w proporcjach kadru w porównaniu do klasycznej odbitki 10x15 (format pocztówkowy). Ma to szczególne znaczenie w przypadku kadrów, w których znaczące elementy obrazu są na jego skraju. Takie istotne części zdjęcia są automatycznie ucinane. Dlatego warto poszukać serwisu, który umożliwia kadrowanie każdej fotografii indywidualnie. Na Foto Fujifilm masz pełną kontrolę nad tym, jak będą finalnie wyglądać Twoje zdjęcia na odbitkach.

  1. Kultura

Helmut Newton - władza, sława, bogactwo

„Crocodile Eating Ballerina”, Wuppertal (1983). (Fot. materiały prasowe; Helmut Newton Estate)
„Crocodile Eating Ballerina”, Wuppertal (1983). (Fot. materiały prasowe; Helmut Newton Estate)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Helmut Newton, jedna z największych i najbardziej kontrowersyjnych gwiazd fotografii modowej. Gdyby żył, skończyłby w tym roku sto lat. Jego dorobek jest nie tylko zbiorem wybitnych prac, lecz także przyczynkiem do dyskusji o seksizmie, przemianach wrażliwości i ewolucji wizerunku kobiety w społeczeństwie.

Stulecie urodzin to pretekst do organizowania mu wystaw, premiery poświęconego mu filmu dokumentalnego, ale też do rozliczeń z jego twórczością. W Toruniu możemy oglądać jego retrospektywę. Tytuł wystawy „Lubię silne kobiety” to cytat. Newton powtarzał tę deklarację przez całe życie, nierzadko w odpowiedzi na zarzuty o seksizm. Czy mówił szczerze?

Ulubiona bohaterka jego fotografii to rzeczywiście kobieta na swój sposób silna – supermodelka o nierealnie długich nogach, nienagannej urodzie, o wyzywającym wyrazie twarzy, prawdziwa walkiria stylu i seksapilu. Newton nie był zainteresowany zwykłymi ludźmi, fascynowali go „nadludzie”, a dokładniej mówiąc – „nadkobiety”. Patrząc na niektóre jego zdjęcia, trudno nie pomyśleć o kulcie ciała i siły, którym przesycona była sztuka III Rzeszy. To skojarzenie jest tak mylące, jak to tylko możliwe. A jednocześnie na swój sposób słuszne, nazizm wywarł bowiem ogromny wpływ zarówno na wrażliwość, jak i losy fotografa.

„Rue Aubriot”, fotografia Helmuta Newtona dla marki Yves Saint Laurent, Paryż (1975). (Fot. materiały prasowe/ Helmut Newton Estate) „Rue Aubriot”, fotografia Helmuta Newtona dla marki Yves Saint Laurent, Paryż (1975). (Fot. materiały prasowe/ Helmut Newton Estate)

Kwintesencja piękna

Zanim został Newtonem, nazywał się Neustädter. Urodzony w 1920 roku w Berlinie w rodzinie przedstawicieli żydowskiej burżuazji, pierwszy aparat zdobył w wieku 12 lat. Dwa lata później odmówił uczęszczania do szkoły. Po następnych dwóch był już asystentem Yvy, pierwszej kobiety, której udało się w Berlinie przebić na rynku fotografii modowej. Berlin, w którym przyszedł na świat, uchodził za najbardziej dekadenckie miasto w Europie. Berlin, w którym dojrzewał – po dojściu Hitlera do władzy – stał się miastem niebezpiecznym, szczególnie dla młodego Żyda. W swej autobiografii fotograf wspomina narastający terror i grozę tamtych lat, przyznaje się jednak do swego rodzaju fascynacji estetyką reżimu. Wrażenie robiły na nim filmy Leni Riefenstahl, ulubionej reżyserki Hitlera. Jej prace, na czele ze słynnym dokumentem o olimpiadzie w 1936 roku, są kwintesencją nazistowskiej idei piękna. Młody Helmut wyciągnął z lekcji Riefenstahl swoje wnioski i nie wszystkie spodobałyby się hitlerowskim piewcom czystości rasy, zdrowia i siły. Wiele lat później, już po wojnie, miał zresztą okazję podyskutować o tym z Riefenstahl osobiście, kiedy spotkał się z reżyserką, by zrobić jej portret.

Tymczasem rodzina Neustädterów musiała uciekać z Niemiec. Rodzice udali się do Argentyny, on sam zaokrętował się na statek płynący do Chin, ale utknął w Singapurze. Próbował szczęścia jako fotoreporter prasowy, ale mu się nie powiodło. Po wybuchu drugiej wojny światowej brytyjskie władze kolonialne wysłały go wraz z innymi obywatelami Niemiec do obozu internowania w Australii. I to tam Helmut Neustädter stał się Helmutem Newtonem. Już w powojennym Melbourne otworzył studio fotograficzne. Poznał też miłość swojego życia, June Browne, aktorkę, modelkę i fotografkę, znaną pod pseudonimem Alice Springs. Newton lubił kreować się na kobieciarza, co nie przeszkodziło mu stworzyć związku, w którym wytrwał do końca swego 84-letniego życia. June towarzyszyła mu w życiu i pracy, współorganizując sesje, kuratorując wystawy i menedżerując karierę nie tylko swoją, lecz także męża.

„David Lynch and Isabella Rossellini”, Los Angeles (1988). (Fot. materiały prasowe/ Helmut Newton Estate) „David Lynch and Isabella Rossellini”, Los Angeles (1988). (Fot. materiały prasowe/ Helmut Newton Estate)

Ryzykowna ścieżka

Było czym się zajmować, bo jego kariera nabierała rozpędu. Został zauważony przez redakcję brytyjskiego „Vogue’a” i ściągnięty do Londynu. Nie spodobało mu się tam, przeniósł się więc do Paryża. Zaczynały się lata 60., dekada obyczajowej rewolucji. Newton był na nią gotowy. Fotografia modowa często igra z erotyką, ale on wzniósł tę grę na nowy, nieznany wcześniej poziom. Przyprawiał swoje sesje aluzjami do kultury sado-maso, równie obficie korzystając z lekcji estetyki nazistowskiej, którą, chcąc nie chcąc, odebrał za młodu. Jego przewrotność polegała na przywłaszczeniu sobie wypracowanego w hitlerowskich Niemczech stylu po to, by go „zdeprawować”, odrzeć z figowych listków ideologii i odsłonić nagą, cyniczną prawdę: tym co, ludzi naprawdę ekscytuje, tym, co ich podnieca, jest dominacja nad innymi, a seks, bogactwo albo sława to tylko różne synonimy tego samego pojęcia: władzy. Nic dziwnego, że jego zdjęcia gorszyły odbiorców, ale im się podobały, a mówiąc dokładniej: podobały się właśnie dlatego, że były gorszące. Ta ryzykowna ścieżka już w latach 60. zaprowadziła go na szczyt, choć nieraz próbowano go z tych wyżyn strącić. Obrońców dobrego smaku do białej gorączki doprowadzały flirty gwiazdora z kiczem. Feministki krytykowały wizerunek kobiety zredukowanej do roli seksualnego obiektu.

„Arena” dla „New York Timesa”, Miami (1978). (Fot. materiały prasowe/ Helmut Newton Estate) „Arena” dla „New York Timesa”, Miami (1978). (Fot. materiały prasowe/ Helmut Newton Estate)

Jeden z paradoksów jego twórczości polega właśnie na tym, że choć pracował przede wszystkim dla pism przeznaczonych dla kobiet, jego fotografie należą bez reszty do uniwersum męskiego spojrzenia i męskich erotycznych fantazji, lęków, fetyszów. Bohaterki inscenizacji Newtona rzeczywiście grają często role kobiet „silnych” i erotycznie dominujących, ale jednocześnie niepokojąco przypominają lalki – realistyczne zabawki w rękach dużego chłopca, który bawi się nimi przed obiektywem aparatu. Znamienne, że w swej późnej twórczości artysta eksperymentował z zastępowaniem żywych modelek manekinami i lalkami z sex shopów.

W nakręconym na stulecie urodzin fotografa dokumencie „Helmut Newton. Piękno i bestia” wypowiadają się: Claudia Schiffer, Isabella Rossellini, Grace Jones i wiele innych kobiet, które miały okazję pracować z Newtonem. Wszystkie mówią zgodnie, że choć namawiał je nierzadko do robienia przed obiektywem rzeczy perwersyjnych, nigdy nie czuły się przez niego poniżone czy uprzedmiotowione. Sam Newton tłumaczył, że to, co przedstawia na zdjęciach, jest inscenizowaną fikcją, która dotyka jednak pewnej niewygodnej prawdy: bogactwo, uroda, władza i erotyka po prostu są takie, jakimi je ukazuje – podniecające, okrutne i niebezpieczne. Osławiona redaktorka naczelna amerykańskiego „Vogue’a”, Anna Wintour, również występuje w roli jego adwokatki. Przyznaje jednak, że dziś taka fotografia, jaką uprawiał, byłaby już nie do pomyślenia. W latach 60. Newton wystawiał na próbę granice obyczajowej przyzwoitości. Dziś nie zmieściłby się w kryteriach politycznej poprawności. Jak na epokę #MeToo i #BlackLivesMatter jego twórczość jest zbyt maczystowska, zbyt biała, ostentacyjnie elitarna.

Portret fotografa: Helmut Newton pozuje z Sylvią Gobbel (1981). (Fot. materiały prasowe/ Helmut Newton Estate) Portret fotografa: Helmut Newton pozuje z Sylvią Gobbel (1981). (Fot. materiały prasowe/ Helmut Newton Estate)

Przybysz z innej epoki

W 2004 roku Helmut Newton zasłabł w Hollywood za kierownicą i zginął w wypadku samochodowym. Przebył w życiu daleką drogę od pogrążającego się w cieniu nazizmu Berlina lat międzywojennych do świata XXI wieku, Internetu, cyfrowych aparatów i nowych wyobrażeń o seksualności, kobiecości oraz o tym, co jest, a co nie jest etyczne w fotografii. Dziś wydaje się przybyszem z innej, odległej epoki. Ten dystans nie unieważnia jednak przyjemności zagłębiania się w perwersyjne, niepoprawne politycznie uniwersum jego fotografii. Jest to przyjemność grzeszna, może i godna potępienia, ale zarazem niezaprzeczalna. Podobnie jak niezaprzeczalne są osiągnięcia Helmuta Newtona, który – jak mało który fotograf w XX wieku – rozumiał, że piękno niekoniecznie musi iść w parze z dobrem.

Wystawa „Helmut Newton: Lubię silne kobiety” w CSW Znaki Czasu w Toruniu potrwa do 28 marca 2021 roku.

Rubryka powstaje we współpracy z Jankilevitsch Collection.

  1. Materiał partnera

Prezent na święta? A może to coś więcej. Przyłącz się do akcji Answear

Fot. materiał partnera
Fot. materiał partnera
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Święta Bożego Narodzenia to czas, kiedy każdy z nas ma trochę więcej czasu dla siebie i swoich bliskich, to czas refleksji i przemyśleń. Dlatego marka Answear postanowiła zaprosić swoich fanów i klientów do akcji #CatchTheCharity z której całkowity dochód zostanie przekazany na wskazanych przez klientów sklepu dom dziecka.

Na początku był konkurs fotograficzny

Akcja charytatywna, do której zaprasza marka, została zapoczątkowana przez konkurs fotograficzny, który trwa nieprzerwanie od marca 2020, a wynikiem którego, jest nadesłanie ponad 15 000 zdjęć ukazujących najciekawsze momenty z życia ludzi skupionych wokół marki. Widząc zaangażowanie osób nadsyłających zdjęcia, Answear postanowił przekuć to na kolejny projekt, który zatrzymanym w kadrze chwilom daje kolejne życie. We współpracy z dwiema graficzkami powstała kolekcja limitowana, w skład której wchodzą plakaty i puzzle. Wszystkie produkty biorące udział w akcji możesz kupić tutaj.

Cały dochód ze sprzedaży tych produktów zostanie przeznaczony na cele pomocowe dla dzieci z domu dziecka.

Tym razem możemy więcej

To nie jest pierwsza inicjatywa marki, ale na pewno pierwsza świąteczna, do której chce zaprosić szersze grono. Bo w myśl hasła #WeAreTheAnswar to właśnie razem tworzymy coś wielkiego, to razem możemy przenosić góry, to razem możemy więcej. Produkty, które weszły w skład kolekcji limitowanej, są idealnym pomysłem na prezent, wykonane z myślą o współczesnych trendach nie tylko będą cieszyć oko, ale także będą przypominać realne wsparcie, jakie dał każdy z klientów, który kupi produkt.

”Pomoc domom dziecka wynika z wieloletniej tradycji pomocy takim ośrodkom, która została zapoczątkowana przez pracowników marki i przez nich samych z ogromnym sercem prowadzona. W tym roku – jakże innym od poprzednich, chcemy zaprosić do tej akcji także naszych fanów i klientów. Przygotowane przez dwie artystki Maję Nowakowską i Magdalenę Bażelę, plakaty i puzzle są urealnieniem myśli, że każda chwila, nawet ta uwieczniona na fotografii, może stać się pretekstem do czegoś o wiele większego.” – mówi Joanna Kosman, marketing manager Answear.com

 #WeAreTheAnswar

Zachęcamy Was do nabycia plakatów lub puzzli oraz wskazania domu dziecka, do którego sugerujecie, aby trafiło wsparcie. Możecie to zrobić pod instagramowym postem dedykowanym akcji #CatchTheCharity lub na stronie catchthecharity.answear.com

Answear to sklep multibrandowy zrzeszający ponad 300 marek z całego świata, to miejsce, w którym gromadzą się miliony klientów chcących zaspokoić swoje rozliczne potrzeby związane z odzieżą, butami i dodatkami.

To nie jest jedyny projekt o takim charakterze, którego organizatorem jest marka Answear. Na swoim koncie ma wiele projektów skierowanych do młodych, kreatywnych osób, do których należą między innymi: Bitwa Stylistów, #CatchTheMoment, Manifest Your Style czy wiele innych.

Marka skupia wokół siebie ludzi z pasją, którzy aktywnie współtworzą obraz otaczającego nas świata pop kultury. Takie podejście stanowi niezaprzeczalny wyróżnik Answear i silnie zaczyna plasować go w obszarze szeroko pojętego lifestylu.