1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Lidia Popiel: "Hoduję w sobie bunt"

Lidia Popiel: "Hoduję w sobie bunt"

Lidia Popiel: Warto być prawdziwym, ale też zostawić jakąś tajemnicę. (Fot. Bartek Wieczorek/Visual Crafters)
Lidia Popiel: Warto być prawdziwym, ale też zostawić jakąś tajemnicę. (Fot. Bartek Wieczorek/Visual Crafters)
Zobacz galerię 9 Zdjęć
Myślę, że nie wszyscy chcą „wrócić do normalności”, bo ta nasza normalność miała bardzo dużo wad. To, co możemy teraz zrobić, to walczyć o lepszą normalność – mówi Lidia Popiel. Jaki, oprócz fotografii, ma sposób na zachowanie życiowej równowagi? Hodowanie roślin… i buntu w sobie.

Gdzie dziś czujesz się swobodniej: przed aparatem czy za nim?
Za aparatem jest na pewno bardziej interesująco. Fotografia jest dużo bardziej kreatywna. Ale stanie przed aparatem jest też wyzwaniem, mocno związanym z tym, kim się jest. Nie kim chciałoby się być, tylko właśnie kim się jest. Trzeba podjąć decyzję, na ile chcemy się odsłonić, bo przecież nie jest wskazane, by odsłaniać się w całości – już nawet zdrowy rozsądek tego zabrania. Warto być prawdziwym, ale też zostawić jakąś tajemnicę. Na pewno jako modelce bardzo pomaga mi wiedza o fotografii. Wiem, jak układa się moje ciało, ubranie na nim, ale też jak działają obiektywy. Oczywiście sesja pozowana zawsze jest bardziej wystudiowana. Fotografia sama w sobie nie musi być wcale idealna czy proporcjonalna, ale musi mieć w sobie prawdę.

Jako modelka zostałaś odkryta dość wcześnie, jako 17-latka, i dość wcześnie, bo kilka lat potem, porzuciłaś modeling na rzecz fotografii. Chciałaś przejąć kontrolę?
Na pewno wzięłam aparat do ręki stanowczo [śmiech]. Moje pierwsze zdjęcia trafiły na plakat firmy kosmetycznej, i tak z dnia na dzień stałam się fotografką. Znajomy przypomniał mi niedawno, że już mając 19 lat, zapowiedziałam, że będę robić zdjęcia. Ja tego kompletnie nie pamiętam. Zaczęło się od pozowania do zdjęć modowych, potem pomagałam fotografom przy stylizacjach i robieniu makijażu, a później robiłam już zdjęcia ubrań. Aparat zawsze był dla mnie narzędziem rozwoju. Poza tym sama fotografia cały czas się rozwija, pojawiają się nowe sprzęty, rozwiązania, działy fotografii. Do niedawna w ogóle nie interesował mnie krajobraz, aż pewnego dnia odkryłam, że uwielbiam robić krajobrazy. Albo martwe natury – to naprawdę jest bardzo ciekawa praca, szczególnie w kontrze do portretów, które najbardziej lubię, a które wymagają odwagi, umiejętności układania relacji, także rozwiązywania problemów. I dużej samodzielności.

Nawet w czasach, gdy każdy ma aparat w swoim smartfonie i każdy może zostać fotografem?
W tej dostępności fotografii upatruję samych pozytywów. Im większy wybór, tym lepiej. Dla wielu osób udane – często przez przypadek – zdjęcie może być dobrym początkiem, wstępem do tego, by robić coś ciekawego. Weźmy fotografię społeczną, która ma ogromne znaczenie w przekazywaniu informacji, propagowaniu postaw i inspirowaniu do czynienia dobra. Dzieci się świetnie uczą przez fotografię, bardzo to lubią i są nadzwyczaj kreatywne. Poza tym wielość uczy też selekcji i rezygnacji.

Lidia Popiel: Jako modelce bardzo pomaga mi wiedza o fotografii. Wiem, jak układa się moje ciało, ubranie na nim, ale też jak działają obiektywy. (Fot. Bartek Wieczorek/Visual Crafters) Lidia Popiel: Jako modelce bardzo pomaga mi wiedza o fotografii. Wiem, jak układa się moje ciało, ubranie na nim, ale też jak działają obiektywy. (Fot. Bartek Wieczorek/Visual Crafters)

Robisz zdjęcia sobie samej?
Bardzo rzadko. Inni są dla mnie o wiele ciekawszym obiektem.

A twoi bliscy? Córka, mąż? Lubisz robić im zdjęcia?
Od czasu do czasu, jak potrzebują. Bogusławowi przez lata robiłam zdjęcia do wywiadów, bo byłam po prostu fotografem pod ręką. Ale ponieważ oboje jesteśmy profesjonalistami, szybko się wtedy przestawiamy na inny niż prywatny tryb. Nie fotografuję męża, tylko zawodowego aktora. Ale też człowieka.

Mąż jest aktorem, córka stawia w tym świecie pierwsze kroki, ty sama też zagrałaś w kilku filmach.
Ale to zdecydowanie nie jest mój świat. Jestem chyba zbyt skryta, by być aktorką.

Ważne jest, by docenić chwile zawieszenia. Cieszę się, że wracamy do czasów, w których możemy sobie powiedzieć: „Nudź się, bo to jest właściwe”. (Fot. Bartek Wieczorek/Visual Crafters) Ważne jest, by docenić chwile zawieszenia. Cieszę się, że wracamy do czasów, w których możemy sobie powiedzieć: „Nudź się, bo to jest właściwe”. (Fot. Bartek Wieczorek/Visual Crafters)

Obserwowałam cię podczas naszej sesji, masz niesamowitą świadomość swojego ciała, ale też tego, kim jesteś.
Trudno się zdystansować do samej siebie, ale myślę, że trzeba hodować w sobie coś w rodzaju buntu. Nie dopuścić do tego, by inni tobą zawładnęli, mieć nad tym kontrolę. Z drugiej strony życie to też jest ciągła praca nad akceptacją siebie, bez względu na to, co się dzieje i w jakim świetle siebie widzimy. Najważniejsze jest, by w tym wszystkim – zalewie informacji, nadmiarze bodźców – nie stracić siebie, mieć kontakt z samą sobą.

Powiedziałaś kiedyś, że ludzie najczęściej komentują twoje długie, lekko siwiejące włosy. Może dlatego, że to jest zewnętrzna oznaka tego, na co stawiasz w życiu: na autentyczność, własną ścieżkę.
Mam po prostu głębokie poczucie, że powinniśmy częściej zastanawiać się, czy to, co powielamy w kolejnych pokoleniach, jest tym, czego naprawdę chcemy. Te wieczne „wypada – nie wypada”, „przystoi – nie przystoi”. One tyczą się też tak osobistego, intymnego tematu jak kobiece włosy. Krótkie czy długie? Farbowane czy naturalne? W pewnym wieku to już na pewno krótkie i farbowane. A ja właśnie postanowiłam, że nie.

Lidia Popiel: Bywamy szczęśliwi, i to jest fajne. Co więcej, sami jesteśmy sobie w stanie zorganizować te chwile szczęścia. (Fot. Bartek Wieczorek/Visual Crafters) Lidia Popiel: Bywamy szczęśliwi, i to jest fajne. Co więcej, sami jesteśmy sobie w stanie zorganizować te chwile szczęścia. (Fot. Bartek Wieczorek/Visual Crafters)

W sumie nie zrobiłaś nic strasznego ani też specjalnie odważnego…
Ależ oczywiście, że nie. Czasem aż mi głupio, że moje włosy wzbudzają takie emocje. Ale ja chyba urodziłam się z oporem przeciwko robieniu czegoś tylko dlatego, że ktoś mi każe. Jestem w stanie zrobić prawie wszystko dla kogoś, kto jest miły, ale rozkaz, żądanie – jak to? Należy mi się prawo wyboru, a jeśli ktoś ingeruje w drobiazgi, to również poważniejsze sprawy są w zagrożeniu.

Były czasy, gdy siwiejące włosy były oznaką zaniedbania, dziś jesteś w trendach.
Najważniejsze jest, by ludzie odpuścili innym i poczuli, że sami też mogą robić to, co im się podoba. Owszem, jest coś takiego jak savoir-vivre. Ale nie po to został wymyślony, by komuś skomplikować życie i skuć go łańcuchami, tylko po to, by nie szkodzić innym. Poza tym ta liczba sztućców obok talerza nie jest po to, by nas zestresować, tylko dlatego, że wygodniej jest zjeść coś takim widelcem niż innym, a kształt kieliszka pozwala nam lepiej czuć piękno i aromat danego trunku.

Lidia Popiel: 'Codziennie coś tracimy, pogódźmy się z tym'. (Fot. Bartek Wieczorek/Visual Crafters) Lidia Popiel: "Codziennie coś tracimy, pogódźmy się z tym". (Fot. Bartek Wieczorek/Visual Crafters)

Ale jest też coś takiego, jak na przykład czerwona szminka. Kiedy parę lat temu usłyszałam, że w pewnym wieku czerwona szminka już nie przystoi, bo jest to epatowanie seksualnością, to pomyślałam sobie: „Boże, nawet o to musimy walczyć”. Rozpuszczone włosy to oczywiście też epatowanie seksualnością. Do tego siwe? Czarownica! Nie wiem, co bardziej mnie wkurza: to, że uznaje się, iż po przekroczeniu pewnego wieku nie możesz używać czerwonej szminki, czy to, że w pewnym wieku musisz, bo przecież jak to tak bez? Paradoksy i absurdy na każdym kroku. Nasuwa się pytanie: dlaczego? Dlaczego tak nam zatruwa się życie? I dlaczego to trwa od tylu lat? Ja widzę tu bezmyślność i brak refleksji. To, że jesteśmy troszkę niższe i delikatniejsze od mężczyzn, to nie znaczy, że nie możemy się pobić z kimś wyższym i silniejszym, zwłaszcza jeśli mamy słuszny powód i motywację.

Lidia Popiel: 'Kiedy usłyszałam, że w pewnym wieku czerwona szminka nie przystoi, bo to epatowanie seksualnością, pomyślałam: „Boże, nawet o to musimy walczyć”. (Fot. Bartek Wieczorek/Visual Crafters) Lidia Popiel: "Kiedy usłyszałam, że w pewnym wieku czerwona szminka nie przystoi, bo to epatowanie seksualnością, pomyślałam: „Boże, nawet o to musimy walczyć”. (Fot. Bartek Wieczorek/Visual Crafters)

Swojej córce też zaszczepiłaś tę skłonność do buntu?
Aleksandra ma dużo fajnych przykładów w życiu, myślę, że idzie w dobrym kierunku. Oczywiście martwię się, że jest za delikatna na taką trudną robotę, jaką jest aktorstwo, ale po pierwsze, nie zamierzam sprzeciwiać się jej wyborom, a po drugie, chcę, by wiedziała, że zawsze trzymam za nią kciuki. Uważam, że postawa akceptacyjna matki jest bardzo ważna dla rozwoju dziecka. Ono musi widzieć, że mama zawsze jest po jego stronie. Bez tego ciągłego jęczenia, krytykowania i negacji.

Nie masz wrażenia, że zwłaszcza ostatnio zaczęliśmy bardziej szukać prostych, szczerych relacji?
Na pewno wielu z nas poczuło potrzebę odcięcia się od polityki i błyskotliwych karier. Czasem gdy włączę telewizor i widzę osoby, które mówią rzekomo o naszych sprawach, doznaję szoku, bo ich życie zupełnie nie przystaje do świata ludzi, których ten problem dotyczy. A podobno politycy mają służyć ludziom. Ta idea dzisiaj zupełnie się wypaczyła. Z drugiej strony obserwuję, że jako ludzie potrafimy sobie poradzić w każdej sytuacji i nawet w chwili największego nieszczęścia znaleźć jakieś szczęście.

Właśnie, co byś odpowiedziała, gdybym spytała cię, czy jesteś szczęśliwa?
Że szczęśliwa bywam. Dokładnie tak. Bywamy szczęśliwi, i to jest fajne. Co więcej, sami jesteśmy sobie w stanie zorganizować te chwile szczęścia. I to zwykle nie są rzeczy typu nowy samochód, raczej spacer po lesie albo radość z tego, że wreszcie spadł śnieg. Codziennie rano z okien szkoły, w której uczę, widzę, jak z domku naprzeciwko przy minusowej temperaturze wyskakuje chłopak w T-shircie i spodenkach na spacer z pieskiem. I myślę sobie: tak wyskoczyć na śnieg, to jest życie!

Dlatego tak smuci mnie tytuł nowego filmu Małgorzaty Szumowskiej i Michała Englerta „Śniegu już nigdy nie będzie”.
Nie widziałam jeszcze filmu, ale pomyślałam sobie, że ten tytuł można odczytywać nie jako smutne proroctwo, tylko jako komentarz do naszego wiecznego narzekania. Nie ma tego, nie ma tamtego, jest zima, a nie ma śniegu... A co jeśli śniegu nigdy nie będzie? Codziennie coś tracimy, pogódźmy się z tym. Jeśli nie żal nam niczego, to jesteśmy w stanie działać w o wiele szerszy sposób.

Lidia Popiel: 'Potrzebujemy samotności, by poukładać sobie różne rzeczy w głowie'. (Fot. Bartek Wieczorek/Visual Crafters) Lidia Popiel: "Potrzebujemy samotności, by poukładać sobie różne rzeczy w głowie". (Fot. Bartek Wieczorek/Visual Crafters)

Jaka była twoja największa strata w minionym roku?
Oczywiście miałam gdzieś pojechać, a nie pojechałam; miałam coś zrobić, a nie zrobiłam, z niezależnych ode mnie przyczyn, ale nie myślę o tym w kategoriach straty. Przecież to są zmienne w naszym życiu, trudno, by miały trwały wpływ na moje samopoczucie czy świadomość tego, kim jestem. W tym roku dokuczała mi bardzo strata jednego z moich przyjaciół, który umarł dokładnie rok temu. Niby staram się myśleć otwarcie o śmierci, ale ten właśnie brak był dla mnie dojmujący. Nasza przyjaźń była tak wyraźna, tak dowcipna i przebiegająca na tak wysokich tonach, nic nie jest w stanie mi tej straty zrekompensować. Jedyne, co mogę, to zrobić sobie dzień wspomnień o nim, wyciągnąć stare zdjęcia, przypomnieć jego powiedzonka, może potem mi się przyśni.

Jak radziłaś sobie, i radzisz, w pandemii? Co cię ratowało?
Nie miałam poczucia, że to, że nie mogę gdzieś wyjść czy że wszędzie muszę zakładać maskę, jest jakimś wielkim wyrzeczeniem z mojej strony. Były gorsze rzeczy, i mogą być gorsze rzeczy. Jestem więc zdania, że nie należy narzekać. Narzekanie niczego nie rozwiązuje, nie buduje. Poza tym zawsze możemy zrobić coś, by poprawić swój nastrój, przegonić przygnębienie. Na przykład obejrzeć serial. Ile ja ich widziałam w ciągu ostatniego roku! Teraz najbardziej pamiętam „Anię, nie Annę”, „Good Girls” i „Gambit królowej”. Miałam też poczucie, że bardzo ważne jest, by docenić chwile zawieszenia. Cieszę się, że wracamy do czasów, w których możemy sobie powiedzieć: „Nudź się, bo to jest właściwe”. Jestem zwolenniczką robienia sobie częstych przerw. Uważam, że godzina przerwy dziennie powinna być wliczana w czas pracy. W dodatku powinna być to godzina spędzona w samotności – potrzebujemy jej, by poukładać sobie różne rzeczy w głowie. Tego przebywania w samotności nauczył mnie właśnie modeling. Ale też zrozumienia dla ludzi, których spotykasz, i polegania na sobie.

Lidia Popiel: 'Jestem optymistką. Staram się wyciągnąć z życia wszystko, co najlepsze, i zawsze wybierać jego dobrą stronę'. (Fot. Bartek Wieczorek/Visual Crafters) Lidia Popiel: "Jestem optymistką. Staram się wyciągnąć z życia wszystko, co najlepsze, i zawsze wybierać jego dobrą stronę". (Fot. Bartek Wieczorek/Visual Crafters)

A jaki był ten rok dla ciebie zawodowo?
Trochę mniej zdjęć robiłam. Zaczęłam myśleć o tym, by wydać album czy fotoksiążkę ze swoimi pracami. W Warszawskiej Szkole Filmowej, gdzie uczę portretu, jedne zajęcia poświęciliśmy portretowi demonstranta. Okazało się, że brakuje takich zdjęć. Jest dużo fotografii streetowej, ale to są ujęcia raczej reportażowe. Znalazłam nawet fotografa, który objechał około 40 krajów i zrobił portrety osób demonstrujących, z akcesoriami, które były związane z daną demonstracją, a protestowali w różnych intencjach. Najciekawsze było to, że oni wszyscy mieli coś podobnego w postawie, w wyrazie twarzy, jakąś naturalność i determinację.

Portret koncentruje się zwykle na twarzy, a my mamy teraz ich brak w przestrzeni publicznej.
A ja przekonałam się, jak wiele można wyczytać z czyjejś postawy, chodu, wyrazu oczu. To nas też charakteryzuje. Są ludzie, których rozpoznajesz, nawet jak mają zakrytą całą twarz. Zauważyłam, że wiele osób polubiło to zamaskowanie, czują się bardziej pewni siebie, są anonimowi, mogą się schować.

Czego jeszcze dowiedziałaś się o sobie i innych w tym czasie?
Jestem optymistką. Staram się wyciągnąć z życia wszystko, co najlepsze, i zawsze wybierać jego dobrą stronę. Ale nie można siebie oszukiwać. Myślę, że ludzie zdali sobie sprawę, że szli schematami i układali sobie życie według tego, co inni mówią, że trzeba robić. Może to było łatwiejsze, a może wygodniejsze. Wreszcie zrozumieliśmy, jak wiele osób ma wpływ na nasze życie, jakie niewidzialne siły nami kierują, i zadaliśmy sobie pytanie: czy nasze wybory są rzeczywiście nasze? Niektórzy są na tyle ogarnięci, że są w stanie wypunktować rzeczy, które w ich życiu nie działały.

Myślę, że nie wszyscy chcą „wrócić do normalności”, bo ta nasza normalność miała bardzo dużo wad. To, co możemy teraz zrobić, to walczyć o lepszą normalność. Myśleć w sposób względnie nowoczesny. Ciągle wielu z nas uważa, że nie ma na nic wpływu, nie ma siły przebicia, a jeśli nawet zaczną o coś walczyć, to będą w tej walce osamotnieni i zostaną udupieni przez siły potężniejsze od nich. W ostatnim czasie mnóstwo różnych akcji udowodniło, że tak nie jest. Bo zbiór się składa zawsze z pojedynczych osób. Co chwila słyszę o tym, jak ludzie się skrzykują w jakiejś sprawie, bo jakaś duża firma traktuje swoich pracowników nie fair lub jakieś fajne miejsce jest na progu bankructwa. Stawiają się lub pomagają, i to działa. Są skuteczni.

To co nas dziś mobilizuje?
Niezgoda na nieetyczne działania, ale też współczucie. Dlatego potrzebujemy rzetelnych, obiektywnych informacji. Najpierw byłam fanką drukowanych dzienników, potem TVN24, a później portali informacyjnych. Podczas pandemii po raz pierwszy poczułam, że już nie mogę tego czytać i słuchać, że jestem na granicy wytrzymałości, bo to, co jest mi wciskane, nie jest wcale tym, co się dzieje, nie jest odwzorowaniem rzeczywistości. I zupełnie się przerzuciłam na Make Life Harder, których oglądam na Instastories. To jest dokładnie to, czego szukałam, czyli dopływ informacji zdystansowanej i przeplatanej tym, co jest budujące. Widać tu jasność sytuacji. Już trochę lat żyję i widzę różne zależności mediów, zobowiązania, drobne nieuczciwości. A tu mi powiało świeżością. To według mnie nowa generacja informacji.

A ja słyszałam, że bardziej od newsów interesuje cię zwykłe patrzenie przez okno...
Konrad Pustoła, młody fotograf, zrobił kiedyś projekt polegający na tym, że wszedł do pokoi wysokich rangą urzędników oraz ludzi mających władzę i sfotografował to, co widzą przez okno, bo stwierdził, że ma to ogromny wpływ na podejmowane przez nich decyzje i na ich osobowość. Wyobraź sobie, że widzisz za oknem tylko mur. To pewnie jeden z najgorszych widoków, ale z drugiej strony masz wpływ na to, co zrobisz z tym murem. Może zejdziesz na dół i zasadzisz przy nim pnącza. Wtedy będzie wyglądał już zupełnie inaczej. Jeśli masz widok na ruchliwą ulicę, też od ciebie zależy, co na tej ulicy widzisz. Czy błoto i smutnych ludzi, czy zabawne sytuacje i pierwsze oznaki wiosny. Wierzę, że można panować nad swoimi myślami i przekierowywać uwagę.

Te pnącza wijące się po murze przywołały mi na myśl to, co mówiło wielu moich znajomych, że w tym roku po raz pierwszy mieli czas i potrzebę, by tak dokładnie obserwować przyrodę.
Bez przyrody nie mogłabym żyć. Uczestniczyła w moim życiu od dziecka. Mieszkaliśmy w domu z ogródkiem, regularnie chodziłam do lasu na grzyby. Dzisiaj już chyba zapomniałam, jak się je zbiera. Tata śmiał się ze mnie ostatnio, że wcale ich nie widzę, a jeśli już zobaczę – to nie umiem rozpoznać. Czasem wracam skądś i nie wchodzę od razu do domu, tylko chodzę po ogrodzie. Coś przytnę, coś pozamiatam, coś przestawię. Hodowanie roślin to jest fantastyczna sprawa, także w domu. Choć trudna, bo rośliny nie zawsze współpracują z człowiekiem [śmiech]. Za to mają tę cudowną właściwość oczyszczania powietrza i ludzkich głów. W zeszłym roku w Bunkrze Sztuki w Krakowie była wystawa jednego z członków grupy artystycznej Łódź Kaliska – Adama Rzepeckiego. Niesamowite, szczere zdjęcia, także rzeźby. Można było naprawdę wniknąć w życie tego niesamowitego człowieka, który ciągle coś kwestionował, nie zgadzał się, szukał, sprawdzał. W pewnym okresie życia przebywał w szpitalu psychiatrycznym, gdzie zaczął malować na kartonach niebo, ale też fotografować przejawy przyrody wdzierającej się do środka budynku.

Wyobraź sobie, że widzisz za oknem tylko mur. To pewnie jeden z najgorszych widoków, ale z drugiej strony – masz wpływ na to, co zrobisz z tym murem. (Fot. Bartek Wieczorek/Visual Crafters) Wyobraź sobie, że widzisz za oknem tylko mur. To pewnie jeden z najgorszych widoków, ale z drugiej strony – masz wpływ na to, co zrobisz z tym murem. (Fot. Bartek Wieczorek/Visual Crafters)

Czym był dla ciebie dom podczas kolejnych lockdownów?
Myślałam trochę o ludziach, dla których dom czy mieszkanie przed pandemią było rodzajem hotelu – z którego wcześnie rano wychodzili i do którego wracali późnym wieczorem. Czy ucieszyli się z tego, że mogli w nim teraz dłużej zostać? Poczuli się jak na wakacjach? Czy po jakimś czasie zaczęli się w nim dusić? 
Mój tryb życia podczas pandemii diametralnie się nie zmienił, zwykle pracuję kilka dni, a potem robię sobie kilka dni wolnego. Nie czułam się zamknięta, bo mamy ogród. Nie robiłam też zbyt dużych zakupów. Jedzenie zamawiam przez Internet już od lat. Przy czym nadal przeraża mnie ilość opakowań, jaka przy tym zostaje. Naprawdę jedynym rozwiązaniem jest ograniczenie zużywania różnych przedmiotów codziennego użytku, recykling i zero waste. Zobacz, w naszej szafce w szkole są kubki, które profesorowie przynieśli z domu, bo nie są im potrzebne. A teraz wszyscy z nich z przyjemnością pijemy. Tak więc w pandemii jaskrawiej powyłaziły niedoskonałości codziennego życia, ale też pojawiły się jakieś rozwiązania.

Jak, jako optymistka, patrzysz w przyszłość?
Przede wszystkim mam nadzieję, że nie zostanę starym dziadem [śmiech]. Niesamowite, jak po sześćdziesiątce zmienia się optyka patrzenia na świat i siebie. Nagle okazuje się, że to nasze ciało nie jest takie silne jak kiedyś. Do postępujących zmarszczek już w pewien sposób się przyzwyczaiłam, choć do tego bardzo trudno się przyzwyczaić, ale OK, niech będzie. Wiem, że chcę jak najdłużej pracować, czuję, że mam jeszcze wiele rzeczy do zrobienia, ale też bardziej o siebie dbam. Gdybym miała poradzić coś dziś młodym kobietom, powiedziałabym: dbajcie o swoje zdrowie. No, i oczywiście o wnętrze duchowe.

A co się mieści w tej kategorii dbania o zdrowie?
Ruch, jedzenie, spanie i zapewnianie sobie godziwych rozrywek!

Lidia Popiel ma 62 lata, urodziła się pod Warszawą. Przed obiektywem zadebiutowała w 1976 roku. Pracowała między innymi dla Mody Polskiej. Zawodowo fotografią zajmuje się od 1985 roku. Publikowała w „Zwierciadle”, „Pani” czy „Sukcesie”. Jest redaktorką naczelną magazynu „PhotoCulture” i przewodniczącą rady sygnatariuszy w Partii Kobiet. Działa w Fundacji „Polska jest kobietą”. Wykłada fotografię w Warszawskiej Szkole Filmowej. Żona Bogusława Lindy i mama Aleksandry Lindy.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Monica Bellucci i jej manifest dojrzałości

Monica Belluci: Ciała aktorów to instrument pracy, podobnie jak ciała tancerzy. Wybieram takie role, które mają mnie rozwijać i pomagać pokonywać granice, te we mnie, ale też w widzu. (Fot. East News)
Monica Belluci: Ciała aktorów to instrument pracy, podobnie jak ciała tancerzy. Wybieram takie role, które mają mnie rozwijać i pomagać pokonywać granice, te we mnie, ale też w widzu. (Fot. East News)
Zobacz galerię 10 Zdjęć
Udowadnia, że uroda nie tylko nie przemija z wiekiem, ale zyskuje nowy wymiar. Jej droga z małego miasteczka w Umbrii na światowe ekrany i festiwale sama mogłaby posłużyć za scenariusz do filmu. Monica Bellucci to dziś ikona kina na miarę Sofii Loren czy Moniki Vitti. W wieku 56 lat pozostaje symbolem seksu, elegancji i wyrafinowania. Oto jej manifest dojrzałości.

Cicha, nieśmiała. Generalnie – nic specjalnego. Spokojna jedynaczka, która ze zdziwieniem zauważyła, że kiedy z przeciętnej dziewczynki zaczęła wyrastać na piękną nastolatkę, ludzie zaczęli być dla niej milsi.

– Nie rozumiałam, dlaczego do tej pory to ja musiałam o wszystko się starać, a potem, w ciągu jednego roku, nagle stałam się popularna.

Lokalny entuzjasta fotografii poprosił, aby pozowała mu do zdjęć, kiedy miała 13 lat. Wiadomo, że tylko dla zabawy – Monica miała poważne plany, bo chciała zostać prawniczką, a nie wdzięczyć się do aparatu za pieniądze.

Studia na uniwersytecie w Perugii dowiodły jednak, że kiedy z braku pieniędzy trzeba jeść najtańszy makaron, a można dorobić sobie modelowaniem, to należy przynajmniej spróbować. Zaproszenie do Mediolanu i podpisanie kontraktu z agencją Elite zmieniły jednak wszystko. Może zabawa w modę – koncept nieznany w jej rodzinnym Città di Castello – nie jest jednak złym pomysłem, przynajmniej na jakiś czas? Skoro płacą jej tylko za to, jak wygląda, a przy okazji świetnie się bawi na sesjach u Dolcego i Gabbany, głupotą byłoby zmarnować tę okazję. W ciągu dwóch lat była już znana po obu stronach oceanu, a jej twarz znalazła się na okładkach „Elle”, „Esquire” i „Maxima”.

Monica Bellucci wybiera różnorodne role, unikając zaszufladkowania, gra po angielsku, francusku i włosku, nauczyła się też ról po aramejsku, serbsku i persku. (Fot. East News) Monica Bellucci wybiera różnorodne role, unikając zaszufladkowania, gra po angielsku, francusku i włosku, nauczyła się też ról po aramejsku, serbsku i persku. (Fot. East News)

Bellucci chciała się jednak rozwijać, więc zaczęła chodzić na lekcje aktorstwa. Po dwóch mniejszych rolach przyszedł przełom – nagroda dla najlepszej aktorki drugoplanowej w filmie „Apartament”. Film zdobył BAFT-ę, Monica umocniła swoją pozycję w show-biznesie, a poznany na planie francuski gwiazdor Vincent Cassel trzy lata później został jej mężem.

Kto wciąż kojarzył Bellucci tylko z reklam, wybiegów i okładek, w 2000 roku musiał już ją znać jako „Malenę” – rola w tym filmie przyniosła jej międzynarodową sławę. Po niej mogła na zawsze zostać w szufladzie śródziemnomorskiej piękności, na której widok mężczyźni tracą głowę i zatrzymuje się ruch uliczny. Dlatego kinomani ze zdziwieniem przyjęli jej udział w „Nieodwracalnym” – dziele Gaspara Noégo, w którym postać grana przez Bellucci zostaje brutalnie zgwałcona. Film wywołał skandal, krytycy wychodzili z kin. Obraz stał się przedmiotem publicznej debaty, w której dyskutowano zasadność pokazywania tak drastycznych scen.

To kreacja tytułowej „Maleny” (2000) w reżyserii Giuseppego Tornatorego, w filmie, który zdobył Złoty Glob i dwie nominacje do Oscara (za muzykę i zdjęcia), przyniosła Bellucci międzynarodową sławę i zrobiła z niej symbol seksu. (Fot. BEW) To kreacja tytułowej „Maleny” (2000) w reżyserii Giuseppego Tornatorego, w filmie, który zdobył Złoty Glob i dwie nominacje do Oscara (za muzykę i zdjęcia), przyniosła Bellucci międzynarodową sławę i zrobiła z niej symbol seksu. (Fot. BEW)

– Aktorzy nie decydują o tym, jakie role im się oferuje. Jedyny sposób kierowania naszą karierą to wybór tych, które chcemy zagrać. Ja dokonuję wyborów, które mają mnie rozwijać i pomagać pokonywać granice, te we mnie, ale i w widzu – mówiła Monica magazynowi „The Film Review”. – Nasze ciała to instrument pracy, podobnie jak ciała tancerzy. One pozwalają nam wyrażać wizję scenarzysty i reżysera. Jeżeli sceny przedstawiają coś, co prywatnie kwestionuję, proszę reżysera o uzasadnienie. Ten film, swego czasu uznany za skandaliczny, dziś ma status kultowego i omawia się go w szkołach filmowych. Dlatego trzeba szukać nowych rozwiązań, pokazywać coś inaczej, prowokować do myślenia, a czasem wywoływać oburzenie.

Kobieta, nie dziewczyna

– Jestem Włoszką i jak dla wszystkich Włochów najważniejsi są dla mnie przyjaciele, dobre jedzenie i rodzina. Bardzo chciałam mieć dzieci, ale wiedziałam też, że najpierw muszę zbudować karierę, aby później móc spokojnie poświęcić się ich wychowaniu – mówiła w jednym z wywiadów. – Patrzyłam na koleżanki aktorki, które musiały zostawiać dzieci z nianiami na długie tygodnie, kiedy trzeba było wyjechać na zdjęcia. Obiecywałam sobie wtedy, że ja zorganizuję to inaczej.

Na planie kontrowersyjnej „Pasji” Mela Gibsona, w której grała Marię Magdalenę, była w ciąży. – Ciąża to nie choroba, a skoro zobowiązałam się, że zagram w tym filmie, to przecież nie mogłam odmówić – mówiła. Pierwszą córkę, Devę, urodziła, kiedy miała 40 lat. Zanim druga, Leonie, przyszła na świat pięć lat później, jej mama zdążyła wystąpić w kilkunastu filmach. Gdyby jej kariera oparta była tylko na hollywoodzkich produkcjach, prawdopodobnie przestałaby dostawać w tym wieku propozycje ról. Na szczęście mieszka we Francji, gdzie aktorki, takie jak Catherine Deneuve, Isabelle Huppert czy Charlotte Rampling, wciąż przyciągają publiczność, a ich agenci mają pełne ręce roboty. Praca jest ważna, ale dzieci były ważniejsze.

– Nie przesadzajmy, że udział w dwóch projektach rocznie to taka ciężka praca – mówiła aktorka przy okazji wywiadów do filmu Emira Kusturicy „Na mlecznej drodze”. – To nie praca w fabryce. Ja przecież jestem szczęściarą, a nie bohaterką, jak miliony innych kobiet.

„Pasja” (2004). W tym kontrowersyjnym filmie Mela Gibsona zagrała Marię Magdalenę, w dodatku w języku aramejskim. (Fot. BEW) „Pasja” (2004). W tym kontrowersyjnym filmie Mela Gibsona zagrała Marię Magdalenę, w dodatku w języku aramejskim. (Fot. BEW)

Czasem trzeba wyjechać, ale jej dzieci mają dwoje rodziców, więc któryś może przejąć pałeczkę. Gdy nie była na zdjęciach, nie było dnia, żeby nie odprowadziła córek do szkoły, nie zrobiła im kanapek, obiadu, nie odrobiła z nimi lekcji. Jak większość matek, jeśli tylko mają na to czas. Ewentualna rezygnacja z pracy nigdy nie była tematem do rozważania, bez względu na to, czy ją na to stać, czy nie. Artysta musi pracować, bo proces kreatywny potrzebny mu jest do życia. A matka musi wpoić swoim córkom, najlepiej na własnym przykładzie, że tylko praca i realizacja własnych pasji są paszportami do lepszego, spełnionego życia. Małą Devę zabierała ze sobą przez cztery lata na każdy plan filmowy, dopóki mała nie zaczęła szkoły. Kiedy na świat przyszła jej młodsza siostra, pora było zmienić styl życia. Dopiero wtedy zdecydowała się zamieszkać na stałe w Paryżu. Aktorka strzeże prywatności swojej rodziny i nigdy nie karmi mediów plotkami. Gdy siedem lat temu pytano ją o to, jak radzi sobie jako singielka po rozwodzie z Casselem, odpowiadała: „Czuję się doskonale. Samotność nie powinna nas przerażać. Zwłaszcza po wielu latach małżeństwa czy bycia w związku nie ma nic lepszego niż pobyć samemu ze sobą”. Zawsze też podkreśla, że jej córki mają świetny kontakt z ojcem. Zeszłoroczną, wiosenną kwarantannę spędzili wszyscy razem w okolicach Biarritz, gdzie Cassel ma dom. Monica przeniosła się tam na kilka miesięcy, żeby – z zachowaniem zasad bezpieczeństwa – dziewczynki mogły się z nim widywać. Ona nadzorowała ich lekcje przez Internet i gotowała.

Monica Bellucci na wybiegu podczas pokazów kolekcji Dolce & Gabbana wiosna/lato 2019. oraz w akcji wspierającej stowarzyszenie Corri la Vita działające na rzecz kobiet dotkniętych rakiem piersi, 2020 rok. Monica Bellucci na wybiegu podczas pokazów kolekcji Dolce & Gabbana wiosna/lato 2019. oraz w akcji wspierającej stowarzyszenie Corri la Vita działające na rzecz kobiet dotkniętych rakiem piersi, 2020 rok.

Bellucci dziewczyną Bonda? Chyba komuś się coś pomyliło – spekulowała prasa plotkarska, gdy wyszło na jaw, że Monica ma zagrać obiekt pożądania Daniela Craiga w „Spectre”. – Kiedy Sam Mendes zadzwonił do mnie z propozycją, myślałam, że mam przejąć rolę po Judi Dench, która zmarła w poprzedniej części przygód agenta 007 – śmiała się aktorka. – Gdy wyznał, że chodzi mu o „dziewczynę Bonda”, uświadomiłam mu prostą rzecz: film wejdzie na ekrany, kiedy będę miała 51 lat. Ja nie jestem już dziewczyną, więc sam pomysł jest kuriozalny. Ale kobieta Bonda – proszę bardzo!

„Spectre” (2015) – w objęciach Daniela Craiga jako kobieta Bonda. (Fot. BEW) „Spectre” (2015) – w objęciach Daniela Craiga jako kobieta Bonda. (Fot. BEW)

Mendes chciał wywołać ferment w filmowym światku i z pewnością mu się udało. Reakcje w Europie były entuzjastyczne. W Hollywood – niekoniecznie. – Świat wciąż urządzany jest przez mężczyzn – tłumaczyła to Bellucci w wywiadzie dla „Guardiana”. – To oni trzymają władzę: w dziennikarstwie, bankach, finansach, edukacji. Prawo też jest tworzone przez mężczyzn. I oni myślą, że kobieta, która nie może już mieć dzieci, jest stara. Powinna być niewidzialna. Co jest bzdurą, bo takie kobiety są wciąż wspaniałe. Dlatego myślę, że Mendes, wybierając dojrzałą kobietę do tej roli, wywołał małą rewolucję. A ja uważam, że Bond jest najwspanialszym mężczyzną. Dlaczego? Bo nie istnieje!

Podczas festiwalu w Cannes w 2006 roku aktorka była członkinią jury, na czerwonym dywanie z ówczesnym mężem Vincentem Casselem. (Fot. Getty Images) Podczas festiwalu w Cannes w 2006 roku aktorka była członkinią jury, na czerwonym dywanie z ówczesnym mężem Vincentem Casselem. (Fot. Getty Images)

Wieczór z Marią Callas

Bellucci nie byłaby sobą, gdyby spoczęła na laurach i przykleiła sobie etykietkę „tej seksownej aktorki po pięćdziesiątce”. Uważa, że upływ czasu wyzwala nas, kobiety, z wdrukowanego nam kulturowo obowiązku podobania się mężczyznom. Choć podwalinami jej kariery z pewnością była uroda, przez ponad 20 lat pracowała nad tym, aby zbudować własną pozycję, majątek i mieć zawodową wolność w angażowaniu się w projekty, które ją interesują, bez względu na wypłatę. Teraz zbiera żniwo tej strategii. Aby zagrać w filmie Emira Kusturicy, nauczyła się serbskiego, w filmie irańskim grała po persku.

Od kilku lat, zgodnie z duchem zmieniających się mediów, próbuje zasmakować nowej zawodowej przygody, grając w serialach HBO, Netflix czy Amazon Prime, takich jak: „Mozart w miejskiej dżungli”, „Gdzie jest mój agent?” czy nowa wersja „Twin Peaks”. Jeszcze kilka lat temu zarzekała się, że granie w teatrze zupełnie jej nie interesuje. Tym większą sensację wywołała zeszłoroczna premiera sztuki Toma Volfa w paryskim teatrze Bouffes-Parisiens, w której Bellucci wciela się w rolę samej Marii Callas. Spektakl oparty jest na listach i wspomnieniach słynnej śpiewaczki. Pokazuje prawdziwą kobietę za maską diwy światowej sławy. Sztuka cieszyła się uznaniem krytyków i publiczności, ale Monica twierdzi, że było to najtrudniejsze zawodowe zadanie, z którym się zmierzyła, bo co wieczór musiała walczyć z potwornymi atakami tremy.

– To czysty, paraliżujący strach. Fizycznie się trzęsłam – mówiła agencji AFP. – Zmuszanie się do wyjścia na scenę było jak akt przemocy, który sama sobie zadawałam. W filmach gra się pojedyncze sceny, człowiek jest jak w bańce, chroniony od świata. W teatrze oddychasz tym samym powietrzem co twoja publiczność, czerpiesz od nich energię. I ani przez chwilę nie możesz się rozproszyć.

W zeszłym roku Bellucci wystąpiła w teatrze w roli samej Marii Callas. (Fot. East News) W zeszłym roku Bellucci wystąpiła w teatrze w roli samej Marii Callas. (Fot. East News)

Jej najnowszy projekt to przybliżenie telewidzom postaci Tiny Modotti – włoskiej modelki, aktorki i fotografki, która przed pierwszą wojną światową wyemigrowała do USA i do Meksyku i została komunistką. Ten projekt, meksykański miniserial, z racji pandemii wciąż czeka na realizację. Bellucci od dawna zafascynowana jest Modotti, która była nie tylko niezwykłą artystką, ale przede wszystkim kobietą, która żyła na własnych warunkach, i jedną z ikon feminizmu.

Chciałaby przekazać swoim córkom to, czego nauczyła ją jej długa kariera. Powiedzieć im, że pewnego dnia spojrzą za siebie i będą się zastanawiać, dlaczego przejmowały się drobiazgami. Chce też przekonać je, że najważniejsza jest wiara w siebie, a jeśli jej brak, to dobra fasada zupełnie wystarczy – ważne, żeby reszta świata uwierzyła, że ją masz, a życie stanie się prostsze.

Deva Cassel, córka Moniki Bellucci i Vincenta Cassela, w kampanii perfum Dolce & Gabbana. Deva Cassel, córka Moniki Bellucci i Vincenta Cassela, w kampanii perfum Dolce & Gabbana.

– Przeraża mnie świat mediów społecznościowych, w którym moje dziewczynki biorą udział – mówiła niedawno magazynowi „Glass”. – Tłumaczę im, że na Instagramie ludzie sprzedają ułudę, że każdy może się wykreować na to, co chce, a co nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Ja przecież coś wiem o sprzedawaniu marzeń – byłam i wciąż bywam modelką. Czy naprawdę ktoś myśli, że na co dzień wyglądam tak jak na reklamach? One, widząc mnie rano w szlafroku czy w dresie, najlepiej wiedzą, że to tylko gra złudzeń. Muszę im jednak pozwolić na znalezienie własnej drogi – tak jak moi rodzice pozwolili mnie. Moja rola to być oparciem i drogowskazem. I zawsze, zawsze kochać.

Monica Bellucci ma 56 lat, urodziła się w Città de Castello w Umbrii. W trakcie studiowania prawa zaczęła zarabiać jako modelka i przeprowadziła się do Mediolanu, jej agencją jest Elite. Rzuciła studia i w ciągu dwóch lat zrobiła karierę po obu stronach oceanu. Do dziś jest jedną z ulubionych modelek Diora i Dolce & Gabbana oraz ambasadorką kosmetyków tej marki i biżuterii Cartier. Na początku lat 90. zaczęła grać w filmach, rola w „Apartamencie” przyniosła jej nagrodę Cezara, a za „Malenę” trafiła do niej Europejska Nagroda Filmowa (nagroda publiczności). Wybiera różnorodne role, unikając zaszufladkowania, gra po angielsku, francusku i włosku, nauczyła się też ról po aramejsku, serbsku i persku. Przez 14 lat była żoną aktora Vincenta Cassela, z którym ma dwie nastoletnie córki. Na stałe mieszka w Paryżu.

  1. Styl Życia

Inès de la Fressange: "Nie jestem buntowniczką, jestem Francuzką"

Inès de la Fressange (Fot.Getty Images)
Inès de la Fressange (Fot.Getty Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Znaki rozpoznawcze? Połączenie luzu i elegancji, szeroki uśmiech, własna opinia. Nie chowa urazy i nigdy się nie poddaje. Modelka i projektantka Inès de la Fressange to ucieleśnienie paryskiego stylu i hartu ducha.

Zaczęła pani karierę modelki w wieku 17 lat, zaraz po maturze. Traktowała to pani jak przygodę czy zawód?
Na pewno nie jak misję, jaką jest choćby zawód lekarza. Nigdy nie planowałam, że będę modelką, po prostu mi to zaproponowano. Nie spodziewałam się też, że będę nią tak długo. Modeling pozwolił mi ostatecznie stać się tym, kim jestem dzisiaj – stylistką i projektantką.

Bliscy nie byli przeciwni pani karierze? Pani rodzina wywodzi się z bardzo starej arystokracji. Takie rody często cechują sztywne kody zachowań.
Moja rodzina zawsze wyłamywała się ze stereotypu sztywnych arystokratów! Wszyscy moi bliscy byli pełni fantazji, nietuzinkowi i kreatywni, całym sercem oddani kulturze i sztuce. Nie mieli żadnych uprzedzeń w stosunku do innych i zawsze dawali mi odczuć, że ufają moim wyborom. Jestem im za to bardzo wdzięczna, bo często obserwuję, jak z lęku o przyszłość swoich dzieci rodzice wprowadzają pełen nakazów i zakazów rygor, co nigdy daje dobrych rezultatów.

W latach 90. była pani najbardziej znaną francuską modelką na świecie, muzą głównego projektanta Chanel – Karla Lagerfelda. Kontrakt na wyłączność (pierwszy taki w historii) skończył się jednak w chwili, gdy zgodziła się pani pozować do nowego popiersia Marianny, symbolu francuskiej Republiki.
Praca dla Chanel była dla mnie wielkim szczęściem i radością, ale kiedy merowie całej Francji wybrali mnie jako tę, która ma odzwierciedlać współczesną wizję Marianny, symbolu wszystkich francuskich wartości, nie mogłam i nie chciałam odmówić. Bardzo zdziwiło mnie, że ten pomysł spotkał się z tak zdecydowaną dezaprobatą Karla, ale ponieważ nasze stosunki były od jakiegoś czasu napięte, wybrałam wolność. W końcu hasło „Wolność, równość, braterstwo” nadal jest dewizą naszego kraju.

Inès de la Fressange jako panna młoda z Karlem Lagerfeldem na pokazie Chanel na sezon jesień/zima w 1988 roku. (Fot. Getty Images) Inès de la Fressange jako panna młoda z Karlem Lagerfeldem na pokazie Chanel na sezon jesień/zima w 1988 roku. (Fot. Getty Images)

Nie opuściła pani jednak świata mody – obecnie znów stoi pani na czele własnej marki – Inès de la Fressange Paris. Jej butik przez wiele lat znajdował się na Avenue Montaigne, najelegantszej ulicy w Paryżu. Dokładnie tam, gdzie mieszkał pani dziadek.
Mój butik mieści się obecnie w Dzielnicy Łacińskiej. I ogromną przyjemność sprawia mi, kiedy widzę w nim babcię w towarzystwie wnuczki, wspólnie robiące zakupy. Stawiam raczej na sportowy szyk. Jestem przeciwna przeładowanym szafom, pełnym różnych ubrań, wzorów i dodatków. Lepiej posiadać ich niewiele, ale za to takich, które można ze sobą łączyć i zestawiać w wielu wariantach. Przesadny konsumpcjonizm nie jest dzisiaj na czasie, podobnie jak ostentacyjna elegancja. Staram się projektować ubrania, których zawsze sama poszukiwałam w sklepach i które mogłabym codziennie nosić.

Świat biznesu nie okazał się dla pani zbyt łaskawy: w wyniku konfliktu ze współudziałowcami została pani zwolniona i dopiero po 14 latach procesów odzyskała prawo do własnej marki. W tym czasie była pani dyrektorką artystyczną marki Roger Vivier, projektowała, pisała książki. Nie poddała się pani. Dzisiaj nazywa się to rezyliencją...
Ludzie biznesu potrafią być pełni agresji, nieżyczliwi i pozbawieni zdrowego rozsądku, ale uważam, że istnieje coś w rodzaju sprawiedliwości, która sprawia, że zostają za to ostatecznie ukarani. Od kilku lat pracuję z Diegiem Della Valle z Roger Vivier. To ktoś wyjątkowy – bardzo dba o swoich pracowników, nie traci kontaktu z rzeczywistością i rozumie, że najważniejszy jest dobry produkt. Dzięki temu moja marka rozwija się wręcz wspaniale. Wracając do moich dawnych problemów – już o nich nie myślę. Nie chcę żyć z urazą ani życzyć komuś źle. To klucz do szczęścia!

W życiu prywatnym też przeżyła pani trudne chwile, mam na myśli nagłą śmierć pani męża, włoskiego historyka sztuki Luigiego d’Urso, ojca pani córek Nine i Violette. Jak po tym wszystkim udało się pani odnaleźć radość życia?
Każdy z nas miewa w życiu problemy, a czasami nawet dramaty i tragedie. Moje córki i ja musiałyśmy znaleźć w sobie wiele odwagi, aby zmierzyć się ze stratą Luigiego, ale sądzę, że ostatecznie to doświadczenie wykształciło w nich wielkie pokłady współczucia i wielkoduszności. Myślę, że należy trzymać się listy tego, co w naszym życiu pozytywne, zamiast w kółko odtwarzać sobie w głowie, co się nie udało, albo bać się tego, co nastąpi.

Inès z Karlem Lagerfeldem oraz córkami Nine i Violette podczas Paris Fashion Week – Haute Couture jesień/zima 2014–2015. (Fot. Getty Images) Inès z Karlem Lagerfeldem oraz córkami Nine i Violette podczas Paris Fashion Week – Haute Couture jesień/zima 2014–2015. (Fot. Getty Images)

Jakie wartości stara się pani przekazać córkom?
To moje córki przekazują mi swoje wartości! Ich pokolenie jest zdumiewające – bardzo feministyczne, otwarte na świat, zainteresowane ekologią, wielkoduszne i życzliwe w stosunku do starszych. Kiedy dziewczynki były małe, często powtarzałam im, żeby nie czyniły drugim tego, czego same nie chciałyby doświadczyć. Mówiłam, że większość ludzi na Ziemi nie żyje w takim komforcie jak one i że nie pomoże bycie piękną i elegancką, jeśli nie posiada się szerokiego uśmiechu. Myślę, że doskonale to zrozumiały.

Pani wielkoduszność przejawia się na przykład w tym, że działa pani w wielu stowarzyszeniach...
Bardzo bliskie są mi problemy dotykające dzieci – czy to we Francji, czy w Afryce. Staram się też wspierać walkę z rakiem, chorobą Alzheimera i pomagać stowarzyszeniom stojącym na straży praw człowieka, jak Amnesty International. Nie wolno być obojętnym na świat.

Ma pani w sobie chyba coś z kameleona – szybko odnajduje się w nowych sytuacjach i dziedzinach.
Kameleon zmienia kolor w zależności od miejsca i sytuacji, w jakiej się znajduje, ja wolę zachować określone poglądy. Ale to prawda, lubię interesować się różnymi dziedzinami i pracować z nowymi ludźmi. Myślę, że zdolność adaptacji nie wyklucza tego, że pozostaje się sobą.

W jednym z wywiadów powiedziała pani, że najlepszym sposobem, żeby osiągnąć sukces, jest „nie bać się nie podobać innym”. Miała pani na myśli siebie samą? Był czas, kiedy określano panią słowami „modelka, która mówi”. Czuje się pani buntowniczką?
Nie, absolutnie nie jestem buntowniczką, jestem po prostu Francuzką! Zawsze robię, co mogę i jak mogę. Jako modelka chodziłam zygzakiem, szeroko się uśmiechałam i zawsze mówiłam to, co myślę. Nie świadczyło to o mojej rewolucyjności, ale dzięki temu wydawałam się bardziej autentyczna i szczera. Udało mi się, ale wszystko równie dobrze mogło się skończyć katastrofą!

Ale się nie skończyło! W wieku 63 lat jest pani kobietą biznesu i ikoną mody. Jaką radę dałaby pani dojrzałym kobietom?
Nie poddawajcie się nostalgii, nie myślcie, że przedtem było lepiej, interesujcie się młodymi ludźmi i nowymi rzeczami. Oddajcie połowę swojej garderoby, wyrzućcie stare dokumenty i gazety, wysprzątajcie dom i patrząc na wasze aktualne zdjęcia, pomyślcie, że za dziesięć lat wydacie się sobie na nich po prostu fantastyczne! Oczywiście, nie jest przyjemnością kontemplować swoje zmarszczki czy siwe włosy, ale na szczęście mam moje dwie absolutnie cudowne córki, przy których bardzo często się uśmiecham. Moje zmarszczki wtedy trochę znikają...

Za granicą, a także w kraju jest pani ambasadorką paryskiej elegancji, napisała pani bestsellerowy poradnik „Paryski szyk”. Skąd u pani ta pasja do Paryża i paryżanek?
Książka była rzeczywiście wielkim sukcesem, również w Polsce. Wciąż otrzymuję znad Wisły lajki na Instagramie, to bardzo miłe. A Paryż? Cóż, to bardzo zróżnicowane miasto, każda dzielnica żyje swoim własnym życiem. Mieszkali tu chociażby Francis Scott Fitzgerald, Maria Curie czy Ernest Hemingway, wszyscy oni wzbogacili to miasto, czyniąc je jeszcze bogatszym i ciekawszym. Jako dziecko mieszkałam na wsi i zawsze, kiedy przyjeżdżałam do Paryża, moją wielką radością była podróż metrem. A zresztą, kto nie lubi Paryża?

Latami paryski szyk był kwintesencją najlepszego stylu. Pojawiają się głosy, że to już minęło, a serce mody bije dziś raczej w Nowym Jorku, Londynie czy Mediolanie.
Jeśli zapytam panią, jakie są najsłynniejsze marki mody na świecie, myślę, że nasuną się pani na myśl firmy francuskie... Paryski styl od zawsze wzbudza zachwyt, podobnie jak paryska kreatywność. Sztuka i moda mają jednak kosmopolityczny charakter – wielu stylistów we Francji jest obcokrajowcami. Podobnie elegancja istnieje wszędzie – najpiękniejsze kobiety, ubrane w sari, widziałam w indyjskim Radżastanie. Muszę też przyznać, że bardzo lubię pewną japońską markę...

Prawdziwa paryżanka pochodzi z prowincji – to też pani słowa…
To często prawda, ale bycie paryżanką to tak naprawdę kwestia mentalności i estetycznych wyborów – prawdziwe paryżanki mogą mieszkać równie dobrze w Krakowie!

Z jednej strony żyje pani w paryskim szalonym tempie, z drugiej kocha południe Europy i dolce far niente. Czy to nie paradoks?
Moje tempo nie jest wcale szalone, powiedzmy raczej, że dużo pracuję. Z wiekiem nauczyłam się już nie stresować. Aby móc efektywnie działać, należy stworzyć sobie niszę spokoju. Ja sama od czasu do czasu potrzebuję się rozluźnić i poleniuchować bez poczucia winy – to zapewne pozostałość dzieciństwa spędzonego poza miastem. Ale można też żyć w Paryżu czy innym wielkim mieście i nie miotać się bez przerwy. Trzeba tylko określić swoje priorytety, nauczyć się mówić „nie” i czasami po prostu zostać w domu.

Paryskie życie jest często krytykowane za snobizm, sztuczność, hipokryzję i obojętność. Pani sama jest krańcowo inna – spontaniczna i żywiołowa. Paryż pani nie zmienił?
Głupcy, imbecyle, okrutnicy i ludzie nieżyczliwi istnieją na całym świecie, we wszystkich środowiskach zawodowych. Często mówię sobie, że muszą być naprawdę nieszczęśliwi, żeby przejawiać tyle agresji i małostkowości. Mnie zdrowe podejście do życia zaszczepiła niania, która była dla mnie jak druga matka. Była Polką i nazywała się Wiktoria Hacieja, ja mówiłam na nią Toja, inni – Wisia. Pochodziła z bardzo biednej rodziny, w dzieciństwie musiała chodzić boso do szkoły i często nie miała prawie nic do jedzenia. Powtarzała mi, że wiele ludzi ma dużo mniej szczęścia od nas, że należy im pomagać oraz cieszyć się z małych rzeczy. Piekłyśmy więc ziemniaki w ognisku, robiłyśmy girlandy z papieru albo laleczki z płatków maków i masowo produkowałyśmy strucle. Zawsze przy tym dużo się śmiałyśmy. Wiktoria nauczyła mnie kochać kwiaty i naturę. Mimo że przeczytała w życiu niewiele książek, wiedziała o nim więcej niż większość ludzi, których znam. Przez całe moje dzieciństwo opowiadała mi o swojej siostrzenicy, która została w Polsce i którą w końcu poznałam, kiedy miałam 20 lat. Część mojego serca jest polska – być może to właśnie pomaga mi cieszyć się każdym dniem.

Rozmawiamy w czasie pandemii koronawirusa. Jak znaleźć w tej sytuacji przestrzeń na szczęście?
Rzeczywiście, nie jest to proste – i nie myślę jedynie o chorych. Wielu ludzi znajduje się czy za chwilę znajdzie w ciężkiej sytuacji ekonomicznej, inni czują się samotni, odizolowani od innych i pełni obaw o przyszłość. Dlatego tym bardziej nie należy sobie zatruwać życia niepotrzebnymi kłótniami, egoizmem czy rasistowskimi postawami. Życie jest zbyt krótkie, żeby je marnować na głupoty! 

Inès de la Fressange urodziła się w 1957 roku w Gassin jako córka Andrégo de Seignard, markiza de La Fressange, maklera giełdowego, oraz Cecilii Sánchez Cirez, argentyńskiej modelki. Razem z dwójką braci wychowywała się w XVIII-wiecznym młynie pod Paryżem. Obecnie mieszka w Paryżu z drugim mężem Denisem Oliviennesem. Ma na swoim koncie kilka poradników stylu. Najnowszy to – napisany wspólnie z Sophie Gachet – „Paryski szyk jeszcze raz. Podręcznik stylu”, Dom Wydawniczy Rebis.

  1. Styl Życia

Maciej Nabrdalik - fotograf z duszą

Maciej Nabrdalik (Fot. Wojciech Grzędziński)
Maciej Nabrdalik (Fot. Wojciech Grzędziński)
Po studiach informatycznych mógł mieć pracę z przyszłością, a robienie zdjęć traktować jako dziecięcą pasję. A jednak został członkiem prestiżowej agencji fotograficznej i ma na swoim koncie wiele nagród za fotografie prasowe. Jak to jest, kiedy zajmujesz się zawodowo czymś, co cię naprawdę cieszy – pytamy Maćka Nabrdalika.

Studiowałeś informatykę, pracowałeś jako ratownik – jak to się stało, że w końcu wybrałeś fotografię?
Praca ratownika z założenia była zajęciem tymczasowym, pracą wakacyjną; a informatyka – wyborem pragmatycznym, wydawała się oferować atrakcyjną przyszłość. Zresztą pewnie wielu ludzi faktycznie tych atrakcji doświadczyło. Internet pojawił się w Polsce, gdy byłem w liceum. Wciągnął mnie świat, który otwierały komputery. Dzięki nim nawiązałem pierwsze międzynarodowe kontakty, zaczynałem podróżować. Fotografia towarzyszyła mi jako pasja i, jak to w życiu bywa, spotkałem na swojej drodze ludzi, którzy pozwolili mi uwierzyć, że ta pasja i dziecięca fascynacja może stać się również moją rzeczywistością. Do teraz zdarza mi się zastanawiać, jak to możliwe, że zajmuję się zawodowo czymś, co tak bardzo mnie cieszy.

Które z setek wykonanych zdjęć jest dla ciebie najważniejsze?
Ciągle wracam myślami do jednego. To fotografia rodziny uchodźców na brzegu wyspy Lesbos. Sfotografowałem ich tuż po wyjściu z pontonu, w którym ściśnięci z kilkudziesięcioma innymi ludźmi przemierzyli fragment Morza Egejskiego między Turcją a Grecją. Wtedy trudno było uzyskać nawet podstawowe informacje od uchodźców, większość chętnie dawała się fotografować, ale nie chcieli się przedstawiać. Często po wyjściu na brzeg darli swoje paszporty, obawiając się, że prawdziwa tożsamość może im zaszkodzić. Tę rodzinę widziałem dzień później w okolicach portu. Chciałem ponownie nawiązać z nimi kontakt, ale zanim udało mi się zaparkować, zniknęli mi z oczu. Ich obraz niejako prześladuje mnie od tego czasu. Ciekaw jestem, jak potoczyły się ich losy, wyglądali na silnych, w pewien sposób dumnych, i wraz ze znajomym dziennikarzem zastanawiamy się, jak można by ich odszukać, nie narażając ich. Nie chcemy robić tego przez media społecznościowe, bo być może tam, dokąd trafili, nie wszyscy znają ich przeszłość.

Kilka lat temu powiedziałeś, że od zawsze towarzyszył ci mit podróżującego fotoreportera. Czy to Ryszard Kapuściński zaszczepił w tobie takie myślenie?
Ryszard Kapuściński pojawił się na mojej drodze na tyle wcześnie, że zawód reportera funkcjonował w mojej świadomości od najmłodszych lat, bo dzięki mojemu wujkowi dziennikarzowi Kapuściński był w moim rodzinnym domu w dniu, kiedy się urodziłem, i na pamiątkę tego spotkania podpisał tomik swoich opowiadań „Busz po polsku”. Dzisiaj moje podróże nie służą już poznawaniu odległych zakątków świata, choć i to lubię, ale uważam, że reporter czy fotoreporter musi podróżować, bo w innym przypadku łatwo utknąć w bezpiecznej bańce.

Jesteś członkiem prestiżowej amerykańskiej agencji fotograficznej Photo VII, jednym z jej założycieli jest urodzony w Czechach Antonin Kratochvil. To ważna dla ciebie osoba, czego się od niego nauczyłeś?
Antonina chętniej niż nauczycielem nazywam mentorem. Wielu nauczycieli próbuje rzeźbić swoich wychowanków na postawie sztywnych założeń i swoich przekonań. Prowadząc ich za rękę w wyznaczonym przez siebie kierunku, Antonin pozwolił mi odkryć własną drogę. Asekurował, ale na długiej elastycznej linie. Pomógł mi zrozumieć, że każde bez wyjątku doświadczenie, które spotkało mnie w życiu – dobre i złe, może stać się moją siłą.

Krzyzys uchodźczy, 24 września 2015, Skala Sikamineas, Lesbos, Grecja. Rodzina uchodźców z Syrii odpoczywa na wybrzeżu greckiej wyspy Lesbos. (Fot. Maciej Nabrdalik) Krzyzys uchodźczy, 24 września 2015, Skala Sikamineas, Lesbos, Grecja. Rodzina uchodźców z Syrii odpoczywa na wybrzeżu greckiej wyspy Lesbos. (Fot. Maciej Nabrdalik)

Masz też za sobą rok na Harvardzie w ramach stypendium Nieman Foundation, najstarszego i najbardziej renomowanego programu kształcenia dziennikarzy z całego świata. Czego się tam nauczyłeś?
Ha! To będzie długa lista. Oczywiście w sensie dosłownym nauczyłem się wielu rzeczy, studiując u boku wybitnych profesorów, wśród ambitnych i zdolnych młodych ludzi, ale chyba najwięcej dowiedziałem się o sobie samym. Wiele rzeczy tam uporządkowałem, odświeżyłem, ułożyłem na nowo. Celem tego stypendium jest umacnianie dziennikarzy poprzez stworzenie im warunków do rozwoju zawodowego. Myślę, że jednym z ważniejszych elementów tego procesu jest odseparowanie całej grupy od wszelkich bieżących zadań zawodowych. W niemal terapeutycznej atmosferze mogliśmy zastanowić się także, dlaczego robimy to, co robimy. Nauczyłem się patrzeć na sprawy z wielu perspektyw, bo każda wypowiedziana myśl wracała do mnie po chwili w zupełnie nowym kontekście, przefiltrowana przez doświadczenia współstudiujących z różnych zakątków świata. Poza tym nauczyłem się, że zniknięcie z dotychczasowego krajobrazu na cały rok nie powoduje żadnej katastrofy. To doświadczenie pozwoliło mi zwolnić, spędzam mniej czasu w tzw. środowisku, łatwo przychodzi mi wyłączenie się z mediów społecznościowych.

W pewien sposób wszyscy mamy za sobą taki rok „zniknięcia” z krajobrazu… Przez ten czas nasze życie stanęło na głowie. Jak to wpłynęło na fotografię? Czy także tak mocno się zmieniła?
Diametralnie. Z jednej strony łatwiej fotografować ludzi w publicznych miejscach, bo czują się bezpieczniej za maseczkami, z drugiej strony – dużo trudniej o kameralne spotkania i intymne sytuacje, trudniej zostać zaproszonym do czyjegoś domu.

Odwiedzałeś z aparatem oddziały zakaźne, gdzie leżą chorzy na COVID-19.
Realizowałem zlecenie dla „The Wall Street Journal”. Zwykle nie zadaję sobie pytania „po co?”, bo na tym polega moja praca, ale tym razem musiałem sobie na nie odpowiedzieć, ponieważ kilkakrotnie pytano mnie, czy na pewno jestem gotów ponieść ryzyko, które z tym zleceniem się wiąże. Jednak podejmowanie takich decyzji przychodzi mi dość łatwo, bo wierzę w zdobywanie informacji, w uczenie się o świecie z pierwszej ręki. Epidemia wyniosła falę samozwańczych ekspertów, a robiąc zdjęcia na oddziałach, rozmawiając z chorymi, obserwując lekarzy i personel medyczny, rozumiem znacznie więcej niż wcześniej.

Masz na swoim koncie kilka książek, a ostatnia – „OUT” opowiada historie polskich osób LGBTQIA. Dlaczego wybrałeś ten temat?
To temat wybrał mnie. „OUT” należy do całej serii publikacji o społeczności LGBTQIA w różnych miejscach świata, powstałej z inicjatywy amerykańskiego wydawnictwa „The New Press” przy wsparciu fundacji Arcus. Do projektu zaprosił mnie zaangażowany w niego Jurek Wajdowicz, który prowadzi w Nowym Jorku studio graficzne EWS. W odróżnieniu od dwóch poprzednich „OUT” nie jest dla mnie książką fotograficzną – choć zlecono mi ją jako fotografowi i są w niej też oczywiście zdjęcia – a cyklem spotkań z ludźmi, którzy otwierali się przede mną, dzieląc się często najtrudniejszymi doświadczeniami. Jestem im za to bardzo wdzięczny. Nie potrafię pewnie zrozumieć w pełni tego, jak przeżywają swoje traumy, ale dzięki kilkumiesięcznej pracy wiem, z czym się mierzą, czego się boją i jak bardzo ich życie jest trudniejsze od mojego.

A czego ty się teraz boisz?
Mam wrażenie, że ostatnio pewniej stąpam po ziemi. Nauczyłem się odróżniać lęk, który odziedziczyłem w procesie wychowawczym, od tego, który jest mój, czyli rodzi się z mojej wrażliwości, wiedzy, uczuć. Ten pierwszy konfrontuję do momentu, kiedy spotka się z tym moim. Respektuję granice własnych lęków, bo ufam swojej intuicji, rzadko mnie zawodzi, a aparat i zdjęcia zwykle są świetnym pretekstem do badania tych granic. Ostatnio wiele dotychczasowych doświadczeń nabrało zresztą nowych znaczeń, nawet to zdjęcie, o którym powiedziałem na początku, inaczej mnie dręczy, odkąd jestem tatą. Kwestie relacji, rodziny, pokoleń, poznawania świata nowymi oczami, ale też kruchości życia – zaczynają się jakoś bardziej ze sobą łączyć.

Maciek Nabrdalik, fotograf wielokrotnie nagradzany w polskich i międzynarodowych konkursach fotografii prasowej, w tym World Press Photo, Pictures of the Year International, The Best of Photojournalism. Laureat nagrody za Zdjęcie Roku Grand Press Photo 2007 i nagrody PAP im. Ryszarda Kapuścińskiego.

  1. Moda i uroda

Księżna Diana - jej Wysokość na wysokich obcasach

Lady Diana w słynnych kreacjach. Od lewej: w sukience projektu Jacques’a Azagury’ego na przyjęciu z okazji 36. urodzin (1997); W „sukni zemsty” od Christiny Stambolian (1994); W Versace, Chicago, (1996);w kreacji Victora Edelsteina (1990). (Fot. Getty Images; BEW)
Lady Diana w słynnych kreacjach. Od lewej: w sukience projektu Jacques’a Azagury’ego na przyjęciu z okazji 36. urodzin (1997); W „sukni zemsty” od Christiny Stambolian (1994); W Versace, Chicago, (1996);w kreacji Victora Edelsteina (1990). (Fot. Getty Images; BEW)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Księżna Diana powraca na ekrany w czwartym sezonie „The Crown”, a butikowe wieszaki uginają się pod swetrami, sukienkami i marynarkami w jej stylu. Historia i nieprzemijająca elegancja księżniczki wciąż inspirują twórców, projektantów oraz kolejne pokolenia.

Czy sunęła po parkiecie z Johnem Travoltą, czy odprowadzała synów do szkoły – nieważne, co robiła, Diana miała moc przykuwania uwagi świata. Jak żadna inna gwiazda czy członkini rodziny monarszej. „Była śliczna i bardzo miła. Zawsze twierdziłem, że pokazuje ludzką twarz rodziny królewskiej. Pamiętam tę żywiołowość, którą w sobie miała, kiedy jako młoda dziewczyna poznała swojego księcia. Naprawdę wierzyła w tę bajkę” – wspomina fotograf John Minihan, który jako jeden z pierwszych zrobił jej zdjęcie, kiedy jeszcze pracowała w przedszkolu, a świat dopiero dowiedział się o istnieniu nowej dziewczyny księcia Karola. Od tamtej pory miała już regularnie pojawiać się na pierwszych stronach magazynów, stając się najczęściej fotografowaną kobietą świata.

„To zaskakujące, jak niewiele jest nagrań przedstawiających wypowiadającą się księżniczkę, a jednak wszyscy mamy poczucie, że ją znamy, że wiemy, jaka była. Tę wiedzę czerpiemy z nieruchomych fotografii, czytając wysyłane przez nią i poprzez jej ubrania komunikaty” – mówi Eleri Lynn, kuratorka wystawy „Diana: Her Fashion Story”, zorganizowanej w 2017 roku. Każdy jej wybór miał znaczenie, krył w sobie przekaz, który łączył się z tym, co i gdzie robiła. Diana w rzeczywiście imponujący i intuicyjny sposób korzystała z mody i tkanin. Kiedy miała się spotkać z niewidomymi, zakładała miękki i przyjemny w dotyku aksamit. Gdy odwiedzała dzieci, często wybierała swoją ulubioną niebieską sukienkę w kwiaty od Davida Sassoona – najmłodszym bardzo podobał się kolorowy nadruk – i nie nosiła kapeluszy. Trudno byłoby się wtedy do dzieci przytulić. Ta gra zaczęła się już w 1981 roku, podczas przygotowań do najważniejszego wydarzenia współczesnego świata.

W ulubionej sukience od Davida Sassoona, z dziećmi z sierocińca w São Paolo (1991).(Fot. Getty Images) W ulubionej sukience od Davida Sassoona, z dziećmi z sierocińca w São Paolo (1991).
(Fot. Getty Images)

Najpilniej strzeżona tajemnica

Jak będzie wyglądała jej suknia ślubna? To pytanie zadawało sobie 750 milionów ludzi na całym świecie, którzy 29 lipca 1981 roku przed telewizorami przyglądali się, jak 20-letnia dziewczyna w ciągniętej przez białe rumaki, pozłacanej karocy podjeżdża przed katedrę Świętego Pawła w Londynie. Każda poszlaka była na wagę złota. Ale niełatwo było ją zdobyć. Zlecenie na uszycie sukni dostał duet londyńskich projektantów, małżeństwo Elizabeth i Davida Emanuelów, którzy projekt do ostatniej chwili trzymali w tajemnicy. By zmylić reporterów, zamawiali tkaniny w dwóch odcieniach – bieli i kości słoniowej. Do przeszukiwanych przez dziennikarzy śmieci wyrzucali fałszywe ścinki, a okna ich pracowni przez cały czas pozostawały zasłonięte. Celem projektantów i samej Diany było stworzenie projektu zachwycającego, dramatycznego i w stylu prawdziwej księżniczki. Jak z bajki Disneya.

Szkic sukni ślubnej zaprojektowanej przez Elizabeth i Davida Emanuelów (1981). Szkic sukni ślubnej zaprojektowanej przez Elizabeth i Davida Emanuelów (1981).

Efektem była zjawiskowa suknia ślubna, uszyta z tafty, koronki i jedwabiu, z ośmiometrowym trenem i elementami dekoracyjnymi z 18-karatowego złota, wysadzanym białymi diamentami. Prawdziwie zatopiona w estetyce lat 80., dziś warta około 250 tysięcy dolarów. Diana miała przecież zostać królową Anglii. Wchodząc po wyłożonych czerwoną tkaniną schodach katedry, lady Spencer wyglądała fenomenalnie.

I choć obraz ten do złudzenia przypominał kadr z filmu o Kopciuszku, szybko okazało się, że prawda niewiele ma wspólnego z bajką. Karol kochał inną kobietę (którą matka, królowa Elżbieta II, zabroniła mu poślubić), Camillę Parker-Bowles, i – jak przyznała młoda księżniczka w książce „Diana. Moja historia”, którą Andrew Morton napisał z nią w ścisłej współpracy – od początku nie szczędził jej uszczypliwych uwag. „Trochę jesteśmy pulchni, czyż nie?”, miał powiedzieć, kiedy przytulał ją do jednego ze zdjęć. W rezultacie w parę miesięcy, jak twierdzą Elizabeth i David Emanuelowie, talia Diany zmniejszyła się z 66 do 58 centymetrów. Między innymi to miało później doprowadzić do bulimii, z którą przez lata zmagała się księżna. Szybko bowiem zdała sobie sprawę, że w jej małżeństwie jest trzecia osoba. „Było trochę tłoczno”, mówiła w słynnym wywiadzie dla BBC w 1995 roku, już po separacji. Ale wcześniej chciała walczyć o miłość, chciała się swojemu mężowi podobać, co też było widać w jej strojach.

1. Diana w sukni Victora Edelsteina, Kanada (1986). 2. W kreacji Catherine Walker i perłach zarzuconych na plecy, Londyn (1985). 3. W sukni Catherine Walker i naszyjniku z pereł i szafiru na ceremonii rozdania nagród Fashion Awards, Nowy Jork (1995). (Fot. Getty Images) 1. Diana w sukni Victora Edelsteina, Kanada (1986). 2. W kreacji Catherine Walker i perłach zarzuconych na plecy, Londyn (1985). 3. W sukni Catherine Walker i naszyjniku z pereł i szafiru na ceremonii rozdania nagród Fashion Awards, Nowy Jork (1995). (Fot. Getty Images)

Wpadki czy naturalność?

Od momentu, kiedy stała się księżną Walii i przyszłą królową z dokładnie zaplanowanym kalendarzem, paparazzi nie odstępowali jej na krok. Zaczęła się prawdziwa Di-mania. Cokolwiek zrobiła i jakkolwiek wyglądała, zawsze lądowała na okładkach magazynów, które dzięki niej sprzedawały się w rekordowych nakładach.

Diana była inna, autentyczna, a jej ruchy zdawały się niewystudiowane. To, co dla rodziny królewskiej było wpadką, dla świata stawało się powiewem świeżości. Podczas gdy ona uważała czerń za elegancką, w rodzinie królewskiej na czarno ubierano się jedynie na pogrzeby. Ale Diana była przecież młoda i chciała się modą bawić. I na swój własny sposób interpretowała panujące w niej trendy. Jak na lata 80. przystało, nosiła kolorowe marynarki z mocno zaznaczonymi ramionami, czasem dobierając do nich kapelusze typu bucket hat, czyli rybaka. Na wieczornych galach wyglądała jak gwiazda Hollywoodu, ale i wtedy dodawała do swoich stylizacji nowoczesnego sznytu. Przewiązane perły zarzucała na plecy albo obwiązywała je ciasno wokół szyi, tworząc z nich naszyjnik typu choker, czasem zaczesując przy tym włosy mocno do tyłu. Wkrótce zaczęła się tak nosić ulica, a w telewizji puszczano programy, w których tłumaczono, jak zrobić sobie fryzurę na Lady Di.

„Ilekroć księżniczka rozmawiała ze mną o swoich ubraniach, zawsze się zastanawiała: »Jaki przekaz dam, jeśli to założę?«. Jej ubranie było komunikatem” – wspominał projektant Jasper Conran.

1. Księżna Diana w kurtce bomberce Philadelphia Eagles (1991). 2. W kowbojkach i czapce z daszkiem (1989). (Fot. Getty Images) 1. Księżna Diana w kurtce bomberce Philadelphia Eagles (1991). 2. W kowbojkach i czapce z daszkiem (1989). (Fot. Getty Images)

Kiedy pokazywała się publicznie w kurtkach bejsbolówkach, strojach sportowych, czapkach z daszkiem, bluzach, a nawet dresach – dawała poczucie, że jest jedną z nas. Potwierdzały to opowieści o tym, jak w wytartych dżinsach i boso wpada do kuchni pałacu Buckingham, choć nikt z członków rodziny tego nie robił. „Wyobrażasz sobie, żeby tak ubierała się przyszła królowa?”, miała usłyszeć od teściowej Diana, gdy na wizytę w Her Majesty’s Theatre ubrała się w czerwone skórzane spodnie i satynową kurtkę bomberkę. Niezadowolenie z Londynu napłynęło również wtedy, gdy podczas wizyty w Australii otrzymaną od Elżbiety II szmaragdowo-diamentową kolię założyła niekonwencjonalnie jako przepaskę na czoło.

„CC” i suknia zemsty

Moda służyła jej także jako symbol walki, buntu, a czasem stawała się jej zbroją. W czasach stygmatyzacji osób chorujących na AIDS, przed tym, jak podawała im dłoń, ostentacyjnie zdejmowała rękawiczki. Długo nie mogła i nie chciała nosić ubrań i akcesoriów z logo Chanel. Splecione dwa „C” symbolizowały przecież związek Charlesa i Camilli – takie wyżłobienie miały też spinki Karola, które nosił nawet podczas ich miesiąca miodowego. Im gorzej w ich związku było, tym wyższe obcasy nosiła – nie chciała już udawać, że jest od niego niższa. W końcu byli tego samego wzrostu.

W 1992 roku ogłoszono separację pary. Dwa lata później Karol przyznał się do romansu z Camillą, kobietą, którą kochał od zawsze. W tym samym dniu Diana na gali dobroczynnej w Serpentine Gallery pokazała się światu w seksowej, odsłaniającej ramiona małej czarnej od Christiny Stambolian. Nie tylko chciała pokazać przyszłemu królowi, co stracił – doskonale wiedziała, że znów przyciągnie całą uwagę świata. I to znowu ona, nie Karol ani nie Camilla, trafiła na pierwsze strony gazet. Kreacja nazwana suknią zemsty (revenge dress) została potem sprzedana na aukcji za bagatela 6 milionów dolarów.

Pełna sprzeczności

Królowa ludzkich serc nie przestaje fascynować. Może dlatego, że tak wiele w jej historii sprzeczności. Była ofiarą monarchii, sprytną manipulatorką czy rebeliantką? A może zwykłą, wrażliwą dziewczyną, która nie radziła sobie za murami pałacu Buckingham? Choć lubimy o niej myśleć jako o Kopciuszku, który spotkał swojego księcia, prawdą jest, że należała do jednej z najbardziej wpływowych arystokratycznych rodzin Wielkiej Brytanii ( matką chrzestną jej brata jest sama Elżbieta II). Wiele pytań budzi też jej tragiczna śmierć w 1997 roku, w wypadku samochodowym w Paryżu – wielu twierdzi, że Lady Di po rozwodzie stała się niewygodna dla brytyjskiej monarchii. Wszystko to składa się na jej legendę, która wciąż inspiruje filmowców i projektantów.

Diana w słynnym swetrze w owce od Muir & Osborne, Windsor (1983); Sweter Rowingblazers 1347 zł. (Fot. Getty Images, materiały prasowe) Diana w słynnym swetrze w owce od Muir & Osborne, Windsor (1983); Sweter Rowingblazers 1347 zł. (Fot. Getty Images, materiały prasowe)

Mamy 2021 rok, a w sklepach i na Instagramie znów widzimy wysyp swetrów i pereł w stylu Lady Di. Kolekcję nią inspirowaną, we współpracy z Netflixem, stworzyła między innymi polska marka The Odder Side. Diana jest znów w modzie. A może właściwie nigdy z niej nie wyszła?

  1. Moda i uroda

Łazienkowi super heroes, czyli urządzenia do domowej pielęgnacji

Spa można urządzić we własnej łazience. Miły wystrój sprzyja regularnej pielęgnacji. (Fot iStock)
Spa można urządzić we własnej łazience. Miły wystrój sprzyja regularnej pielęgnacji. (Fot iStock)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Firmy kosmetyczne intensywnie pracują nad tym, żebyśmy nie musiały wychodzić z domu, przynajmniej nie do kosmetyczki. Urządzenia do domowej pielęgnacji to już nie są zwykłe gadżety, ale prawdziwy high-tech. Jedyne, co musisz zrobić, to ich używać, najlepiej codziennie.

Łazienka jest jedynym miejscem w mieszkaniu, gdzie mogę zamknąć drzwi na kluczyk i mieć choć chwilę czasu dla siebie. Dlatego zaczęłam sobie ten czas uprzyjemniać. Świetnie nadają się do tego olejki aromaterapeutyczne. Można w łazience postawić klasyczny kominek ze świeczką, ale moim ostatnim odkryciem jest zestaw olejków aromaterapeutycznych Mind & Mood marki Oriflame, który można kupić wraz z dyfuzorem. Urządzenie to napełniamy wodą, dodajemy kilka kropli olejku, a ono uwalnia mgiełkę zapachową, która szybko wypełnia łazienkę. Dyfuzor emituje też przyjemne miękkie światło, powoli zmieniające kolor i poprawiające nastrój. Same olejki z kolekcji Mind & Mood zostały opracowane na bazie starannie dobranych, naturalnych ekstraktów z roślin. Ich skuteczność potwierdziły badania neurobiologiczne. Do wyboru są cztery mieszanki: Energise Me, Empower Me, Balance Me i Relax Me. Dwie ostatnie należą do moich ulubionych. Równowadze sprzyja zapach olibanum (żywica pozyskiwana z drzewa kadzidłowca) i drzewa cedrowego, a relaks pachnie lawendą i drzewem sandałowym. W tak miłej atmosferze można zająć się urodowymi rytuałami.

Dyfuzor i olejki aromaterapeutyczne Oriflame 79,99 zł  i 169,99 zł za olejek 5 ml. Dyfuzor i olejki aromaterapeutyczne Oriflame 79,99 zł  i 169,99 zł za olejek 5 ml.

Elektryzujący masaż

Od lat obiecuję sobie, że będę codziennie masowała twarz i robiła ćwiczenia wzmacniające mięśnie – fitness czy jogę twarzy. Kończy się na tym, że robię to od święta i nigdy dobrze nie pamiętam sekwencji ruchów. Jakby z myślą o mnie powstał Bear Foreo. „Miś” jest jak domowy trener fitnessu twarzy. Wzmacnia skórę, daje efekt glow i modeluje kontur twarzy. Już po pierwszym użyciu widać różnicę, co motywuje do regularnego stosowania. Jak działa? Stymuluje skórę za pomocą mikroprądów, czyli technologii chętnie wykorzystywanej w gabinetach medycyny estetycznej. Dodatkowo soniczne pulsacje T-Sonic relaksują mięśnie twarzy, działając tam, gdzie pojawia się największe napięcie. Zrelaksowane mięśnie to mniej zmarszczek. Mikroprądy, czyli impulsy elektryczne o bardzo małym natężeniu, stymulują procesy fizjologiczne w skórze, dzięki czemu staje się ona jędrniejsza, a kontur twarzy wysmuklony. Urządzenie jest całkowicie bezpieczne, idealne do domowego użytku. Samo dostosowuje siłę działania do potrzeb twojej skóry. Jak zrobić pełny zabieg, podpowiada aplikacja w telefonie. Jedyna rzecz, o której nie można zapomnieć, to położenie na twarz serum nawilżającego przed użyciem masażera. Może to być Serum Serum Serum Foreo lub inny produkt nawilżający – jego zadaniem jest właściwe przewodzenie mikroprądów.

Bear, urządzenie do modelowania twarzy, FOREO 1299 zł. Bear, urządzenie do modelowania twarzy, FOREO 1299 zł.

Wsparcie dla serum

Dermasonic Artistry jest na rynku od kilku lat. Warto sobie o nim przypomnieć, szczególnie że właśnie pojawiła się nowa nakładka przeznaczona do pielęgnacji okolic oczu. Teraz to urządzenie 3 w 1. Składa się z głowicy z ultradźwiękową szpatułką, głowicy z galwanicznym jonem dermalnym i nowej nakładki Ultimate Eye. Szpatułka ultradźwiękowa służy do gruntownego oczyszczania. Włączamy ją i przykładamy do zwilżonej wodą lub tonikiem skóry. Urządzenie wytwarza wibracje dźwiękowe na poziomie 30 tysięcy herców, które rozbijają wodę na mikroskopijne kropelki. Te z kolei sprawnie oczyszczają pory, usuwając zaskórniki, martwy naskórek, sebum i pozostałości makijażu. Osoby, które mają problem z trądzikiem, mogą używać szpatułki ultradźwiękowej nawet dwa razy dziennie. Już po samym oczyszczaniu skóra jest wygładzona, miękka i wydaje się jaśniejsza. Drugi etap pielęgnacji to użycie głowicy z jonem dermalnym. Pracuje ona w dwóch trybach. W pierwszym wytwarza mikroprądy, które w połączeniu z wibracjami głowicy działają jak stymulujący masaż. Drugi tryb służy do wtłaczania w głąb skóry składników aktywnych serum za pomocą prądu galwanicznego, który zwiększa przepuszczalność błon w tkankach. Dodatkowo w czasie masażu skóra lekko się rozgrzewa, co powoduje otwarcie porów i również sprzyja lepszemu wchłanianiu się kosmetyków. Nakładka do pielęgnacji okolic oczu wykorzystuje te same technologie. Łagodna galwanizacja wspomaga wchłanianie składników kremów pod oczy, delikatna kuracja termiczna poprawia krążenie płynów w skórze, eliminując opuchnięcia, a mikrowibracje stymulują skórę i zapewniają jej witalność. Głowica powleczona jest rodem (pierwiastkiem z rodziny platynowców) i dobrze sprawdza się jako manualny masażer. Choć brzmi to jak bardzo skomplikowany długi zabieg, tak naprawdę zajmuje kilkanaście minut.

Dermasonic ARTISTRY 1369 zł plus nakładka Ultimate Eyse 310 zł (www.amway.pl) Dermasonic ARTISTRY 1369 zł plus nakładka Ultimate Eyse 310 zł (www.amway.pl)

Japoński patent na dobranoc

Marzysz o perfekcyjnej skórze, jaką mają Azjatki? Jeśli tylko możesz zainwestować w Biomimesis Sensai, na pewno zobaczysz poprawę kondycji skóry. To cudo to dyfuzor, który pokrywa skórę cieniutką niewidzialną mgiełką mikrowłókien, otulającą twarz jak kokon. Po co? Żeby składniki pielęgnacji, którą nałożyłaś wcześniej, lepiej się wchłaniały, a woda nie wydostawała się z naskórka. Rano ściągasz z twarzy tę delikatną powłokę jednym pociągnięciem (rób to bez świadków, bo możesz wzbudzić przerażenie wśród osób niezorientowanych, na przykład dzieci) i odkrywasz gładziutką, mięciutką skórę.

 Dyfuzor Biomimesis SENSAI 2790 zł.  Dyfuzor Biomimesis SENSAI 2790 zł.

 

Sprawy przyziemne

Gdy doszłaś już do perfekcji w domowym oczyszczaniu, masowaniu i pielęgnowaniu skóry, pozostaje kwestia spraw praktycznych, jak depilacja. Wąsik bez problemu usuniesz depilatorem do twarzy. Braun FaceSpa Pro 911 poza końcówką, która szybko i delikatnie usuwa włoski wraz z cebulkami, ma szczoteczkę do mycia twarzy i wibrującą głowicę, która służy do wmasowywania w skórę serum czy kremu.

Depilator FaceSpa Pro 911 Braun 499 zł. Depilator FaceSpa Pro 911 Braun 499 zł.

Profesjonalne podejście

Po pierwszej fali epidemii i lockdownu dermatolodzy mieli pełne ręce roboty. Zgłaszało się do nich bardzo dużo pacjentek, które korzystając z wolnego czasu (lub ukrywając się przed domownikami w łazience), kompulsywnie nakładały na twarz dziesiątki warstw kosmetyków. Nadmiar składników aktywnych lub nakładanie ich w niewłaściwej kolejności doprowadziły do tego, że cera, zamiast wyglądać promiennie i zdrowo, była w gorszej kondycji niż wcześniej. Jeśli chcesz zrobić coś dobrego dla swojej skóry i poprawić jej kondycję, możesz się zdecydować na domową pielęgnację opracowaną przez tak zwane marki gabinetowe. Są to zwykle produkty sprzedawane jako uzupełnienie i kontynuacja profesjonalnych zabiegów. Ale można też po prostu umówić się z dermatologiem lub kosmetologiem na konsultację. Specjalista fachowym okiem obejrzy skórę, zada kilka pytań i opracuje optymalny zestaw pielęgnacyjny. Produkty jednej marki, dobrze dobrane i stosowane zgodnie z zaleceniami, dają szybkie i widoczne efekty poprawy wyglądu skóry. Poniżej kilka marek, w których kosmetyki warto zainwestować. Najlepiej w profesjonalnie dobranym pakiecie.

1. Serum peptydowe Bakuchiol Peptides Medik8 30ml/275 zł. 2. Lotion P50W, złuszczający lotion do cery wrażliwej, Biologique Recherche 150 ml/199 zł. 3. SKIN MAP Booster dla zmęczonych oczu diego dalla palma professional 15 ml/216 zł. 4. Radical Night Repair, preparat z retinolem, zo skin Health 60 ml/720 zł (esteva.pl). 1. Serum peptydowe Bakuchiol Peptides Medik8 30ml/275 zł. 2. Lotion P50W, złuszczający lotion do cery wrażliwej, Biologique Recherche 150 ml/199 zł. 3. SKIN MAP Booster dla zmęczonych oczu diego dalla palma professional 15 ml/216 zł. 4. Radical Night Repair, preparat z retinolem, zo skin Health 60 ml/720 zł (esteva.pl).