1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Nieodkryty Dolny Śląsk. Niezwykłe miejsca na weekendowy wypad, niezapomniane wakacje

Nieodkryty Dolny Śląsk. Niezwykłe miejsca na weekendowy wypad, niezapomniane wakacje

(Fot. Paweł Zasada)
(Fot. Paweł Zasada)
Zobacz galerię 9 Zdjęć
Jeśli zastanawiacie się, dokąd wyruszyć tej wiosny, by na szlakach nie spotykać uciążliwych tłumów, uciec od miejskiego zgiełku i poznać wciąż nieodkryty na masową skalę region Polski, podpowiadamy – jedźcie na Dolny Śląsk.

Średniowieczne zamki, pałace jak z bajki, tajemnicze sztolnie, dawne kopalnie, jaskinie, ruiny, wygasłe wulkany i góry jak z opowieści fantasy. Rozległe wrzosowiska,  malownicze wodospady i setki kilometrów szlaków – narciarskich, rowerowych i pieszych. Dolny Śląsk to miejsce niezwykłe. Wszystko tutaj jest trochę inne. Architektura, jedzenie, ludzie, przyroda. Nie opuszczając granic kraju, można poczuć się jak na zagranicznej wycieczce.

Dla miłośników gór nie lada gratka, to właśnie tutaj, w województwie dolnośląskim, znajduje się aż 15 z 28 szczytów Korony Gór Polskich. To także w tych okolicach – w Kotlinie Kłodzkiej i położonych wokół niej górach – poprowadzono najbardziej rozbudowaną w Polsce sieć rowerowych tras typu singletrack, prowadzących pętlami różnej długości i pozwalających na zwiedzanie regionu z perspektywy dwóch kółek. Ale na tym oczywiście atrakcje tych okolic się nie kończą.

 

Pałac w Gorzanowie. (Fot. Paweł Zasada) Pałac w Gorzanowie. (Fot. Paweł Zasada)

Zainteresowanych odkrywaniem Dolnego Ślaska i poszukujących nieoczywistych i wyjątkowych noclegów w tej okolicy powinna zainteresować najnowsza książka z serii „Odetchnij od miasta”. Jej autorka, Sylwia Kawalerowicz, rozmawia z gospodarzami domów gościnnych, poznaje lokalne targi, słucha miejscowych opowieści i odkrywa niesamowite miejsca. Każdy znaleźć tu może miejsce dla siebie. Nic, tylko ruszać w drogę.

Chociaż na Dolnym Śląsku nie brakuje typowo turystycznych miejscówek chętnie odwiedzanych przez grupowe wycieczki, znaleźć tu można miejsca odludne, niezadeptane, a przy tym piękne, ciekawe i co ważne – gościnne. Prężnie rozwija się tutaj coś, co można określić mianem turystyki w stylu „slow”, w której liczy się doświadczenie, przeżycie, dobre jedzenie, spotkanie z wyjątkowymi ludźmi, nocleg w miejscu z historią, nieoczywistym, ciekawym. Zanocować można tu m.in. w salach wyremontowanego XVI-wiecznego pałacu, przytulnych pokojach stuletniego poniemieckiego domostwa z widokiem na wygasły przed kilku milionami lat wulkan, w nowoczesnej jurcie, prawdziwym ekologicznym gospodarstwie rolnym, starej kaszarni albo designerskim bungalowie pośrodku dzikiej łąki.

Casa Mila (Fot. Paweł Zasada) Casa Mila (Fot. Paweł Zasada)

Casa Mila (Fot. Paweł Zasada) Casa Mila (Fot. Paweł Zasada)

Tartak w Dolinie Bobru (Fot. Paweł Zasada) Tartak w Dolinie Bobru (Fot. Paweł Zasada)

Vegan House (Fot. Paweł Zasada) Vegan House (Fot. Paweł Zasada)

Dolina Harmonii (Fot. Paweł Zasada) Dolina Harmonii (Fot. Paweł Zasada)

Dolina Harmonii (Fot. Paweł Zasada) Dolina Harmonii (Fot. Paweł Zasada)

Oprócz propozycji noclegowych w książce czytelnik znajdzie też informacje o tym, gdzie dobrze zjeść, dokąd wybrać się po lokalne specjały, jakie serowarnie, winiarnie czy gospodarstwa odwiedzić. Wyprawy na Dolny Śląsk były dla mnie wielką przygodą. Odkryłam świat fascynujący, nieoczywisty, czasami intrygująco szkaradny, a czasami obłędnie piękny. Pisząc tę książkę, poznałam ludzi, którzy pozwolili mi zrozumieć, czym są te krainy, odkryć ich trudną historię – często zapisaną w rodzinnych opowieściach, zaszytą w ścianach tutejszych domostw” pisze we wstępie autorka.

„Odetchnij od miasta” to bogaty w zdjęcia poradnik, w którym praktyczne wskazówki dotyczące podróżowania po Polsce przeplatają się z opisami niezwykłych domów gościnnych oraz inspirującymi opowieściami ich gospodarzy. Każde z polecanych noclegów został przez autorkę sprawdzony. Każde miejsce jest nietuzinkowe i przepełnione duchem regionu.

Sylwia Kawalerowicz „Odetchnij od miasta. Dolny Śląsk”, Wydawnictwo Buchmann

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Potęga nicnierobienia - zamiast liczyć minuty, delektuj się nimi

Najlepszym pierwszym krokiem do powolnego, leniwego życia jest zmiana przekonań. Zrozumienie, że życie to nie wyścig, a czas to nie pieniądz. (Fot. iStock)
Najlepszym pierwszym krokiem do powolnego, leniwego życia jest zmiana przekonań. Zrozumienie, że życie to nie wyścig, a czas to nie pieniądz. (Fot. iStock)
Próżnowanie – szczególnie w promieniach słońca i na łonie natury – ma swoje dobre strony. Pozwala doładować baterie, co ma ogromne znaczenie dla zdrowia psychicznego i fizycznego. Na czym polega „zdrowe” lenistwo?

Carl Honoré – dziennikarz, pisarz, jeden z twórców ruchu Slow i jego rzecznik na całym świecie

Lenistwo czy nicnierobienie w naszym szybkim, uprzemysłowionym świecie jest postrzegane jako grzech. „Powolny” to pejoratywne określenie, synonim do „gnuśny”, „bezwolny”, a także... „głupi”. Dlatego nawet jeśli głęboko w kościach czujemy, że mocne przyhamowanie wyszłoby nam na dobre, boimy się to zrobić. A jeśli się już to zdarzy, zwykle mamy poczucie winy. Tymczasem próżnowanie ma swoje dobre strony. Jest okazją do odreagowania, uspokojenia myśli. Gdy zwalniamy, nasz umysł może swobodnie wędrować, a to jest warunkiem wszelkiej kreatywności. Leniuchując, zapominamy o troskach dnia codziennego i możemy udać się na poszukiwanie odpowiedzi na tak ważne pytania, jak „Kim jestem?” czy „Jaki sens ma moje życie?”. W takich pozornie mało znaczących momentach docieramy do sedna swojej istoty.

Ruch Slow nie nawołuje do robienia wszystkiego w zwolnionym tempie, tylko do robienia wszystkiego z odpowiednią prędkością. Namawia raczej do delektowania się godzinami i minutami zamiast ich liczenia. Do robienia wszystkiego tak dobrze, jak to możliwe, a nie tak szybko, jak to możliwe. Do przedkładania jakości nad ilość. Innymi słowy – jest zarówno „zdrowa”, jak i „niezdrowa” powolność. Podobnie jak jest „zdrowe” i „niezdrowe” lenistwo.

Najlepszym pierwszym krokiem do powolnego, leniwego życia jest zmiana przekonań. Zrozumienie, że życie to nie wyścig, a czas to nie pieniądz. Potem musisz zdobyć się na odwagę – by zgodnie ze zmianą przekonań zmienić swoje życie – oraz samodyscyplinę, by nie zejść z obranej drogi. I ćwiczyć, dużo ćwiczyć. Dobrze też brać przykład z ludzi, którzy robią wszystko w swoim czasie i nie mają z tego powodu wyrzutów sumienia.

Nie musisz nic robić

Większość konwencjonalnych metod psychologicznych i duchowych ścieżek przyjmuje, że uwolnienie negatywnych emocji, które powodują, że życie jest niesatysfakcjonujące, wymaga pracy i wysiłku: głębokiego wglądu w rodzinną przeszłość, przeżycia jej na nowo, przebaczenia i wyzwolenia przez katharsis (albo pewnych kombinacji wszystkich tych elementów). W kontraście do nich podejście niedualne, wywodzące się z dzogczen (buddyzmu tybetańskiego) i zen (buddyzmu, który swą rozwiniętą formę uzyskał w Chinach, Korei, Japonii), zakłada, że spod władzy zakłócających spokój emocji można wyzwolić się przez nierobienie niczego.

Naucz się kontemplować

Praktyka ta jest odpowiednia dla każdego niezależnie od tego, czy kiedykolwiek medytował. Kontemplacja, zwana także „samym siedzeniem”, polega na: odcięciu się od silnych zewnętrznych stymulacji, takich jak towarzystwo innych ludzi, telewizja, książki czy komputer, siedzeniu lub leżeniu we względnie nieruchomej pozycji, pozostawaniu w ciszy i byciu świadomym, codziennie około 20 minut. Przede wszystkim zapewnij sobie spokój – to najważniejsze. Możesz siedzieć na krześle, kanapie albo poduszce medytacyjnej. Możesz nawet leżeć na plecach. Jedynym wymogiem jest pozostawanie w jednym miejscu około 20 minut. Wybierz wygodną pozycję i bądź przytomna. Stosując się do tych wymogów, po prostu rób to, co zwykle robisz. Myśl, co myślisz, odczuwaj, co odczuwasz, doświadczaj tego, czego doświadczasz. Możesz obserwować oddech, mówić mantrę czy modlitwę, ale nie musisz. Nie jest też konieczne, abyś swoją percepcją podążała za myślami. Oczy możesz mieć zamknięte lub otwarte. Nie ma też znaczenia, czy jesteś skoncentrowana, czy rozproszona. Nie ma możliwości popełnienia błędu.

  1. Styl Życia

Planeta Rosja oczami Barbary Włodarczyk

Barbara Włodarczyk:
Barbara Włodarczyk: "Dzielę dziennikarzy na „salonowych” i „plebejskich”. Pierwsi bywają na salonach i zajmują się wielką polityką. Drudzy, do których zaliczam się ja, odwiedzają mieszkania i wiejskie chaty, rozmawiają z prostymi ludźmi".(Fot. archiwum prywatne)
Prawosławie, islam, szamanizm. Wielka bieda i obłędne bogactwo. Jedenaście stref czasowych, od Kaliningradu po Chiny. Nie znam drugiego tak różnorodnego kraju - mówi Barbara Włodarczyk, która od ponad 30 lat opowiada nam Rosję.

Właśnie wydała pani książkę „Szalona miłość. Chcę takiego jak Putin. Reportaże z Rosji”. Putin powinien ją przeczytać?
O Putinie powstało mnóstwo książek, a moja jest nie tyle o nim, ile o Rosjanach. Zwłaszcza o tych, którzy go popierają i stanowią większość. Zainspirował mnie dowcip, który usłyszałam kiedyś w Moskwie: „Francuz ma żonę i kochankę. Kocha kochankę. Żyd ma żonę i kochankę. Kocha mamę. Rosjanin ma żonę i kochankę. Kocha Putina”.
Chciałam zrozumieć, jak to jest z tą miłością. Na prowincji głównym źródłem informacji wciąż jest telewizja podporządkowana Kremlowi. To ona kształtuje obraz groźnego Zachodu, który chce zniszczyć Rosję. No i oczywiście obraz Putina jako cara ojczulka. Ale współczesna Rosja to nie Związek Radziecki odcięty od świata żelazną kurtyną. Dziś sprawnie działa tam Internet, jest opozycyjna prasa, jak „Nowaja Gazieta”. Moja książka pokazuje przede wszystkim ludzi, którzy mieszkają z dala od Moskwy czy Petersburga. Zawsze powtarzam, że spotkania z mieszkańcami tak zwanej głubinki dają więcej wiedzy o Rosji niż nawet nieoficjalne rozmowy z politykami i ekspertami.

Głubinka, czyli prowincja.
Staruszka w syberyjskiej wiosce powiedziała mi tak: „Do Putina już przywykliśmy, a jak przyjdzie ktoś inny, to zacznie wprowadzać nowe porządki”. Kobieta mieszka w starej chacie bez wody i gazu, ale jak mówi: „Najważniejsze, żeby nie było gorzej. I żadnych więcej rewolucji!”. Rosjanie przeżyli ich kilka i każda źle się kończyła. Bolszewicka – spustoszyła Rosję carską i doprowadziła do przelewu krwi. Gorbaczowowska – spowodowała upadek Związku Radzieckiego, który dla dużej części oznaczał zubożenie. Jelcynowska – przyniosła dziki kapitalizm i bandycką prywatyzację. Genialnie opisuje to noblistka Swiatłana Aleksijewicz. W „Czasach secondhand” opowiada traumatyczne historie z lat 90., kiedy panowała trzycyfrowa inflacja, a ludzie wysprzedawali, co tylko się dało, bo miesiącami nie dostawali pensji. Kiedy przyszedł Putin, zaczęła się koniunktura na ropę i gaz, a realne dochody Rosjan poszybowały w górę. W tych „złotych czasach” mieszkałam w Moskwie, byłam korespondentką TVP. Widziałam, jak w sklepach pojawiły się najlepsze towary, a na ulicach – najlepsze samochody. Widziałam też, jak wielu ludzi szybko przechodziło do porządku dziennego nad zabójstwem dziennikarki Anny Politkowskiej i obrońcy praw człowieka Borysa Niemcowa, którzy krytykowali Kreml. Wtedy padła słynna wypowiedź jednego z wysokich urzędników: „Jest Putin, jest Rosja. Nie ma Putina, nie ma Rosji”.

Spotkania z mieszkańcami głubinki, czyli prowincji, dają więcej wiedzy o Rosji niż rozmowy z ekspertami - wioska pod Petersburgiem. (Fot. materiały prasowe TVP)Spotkania z mieszkańcami głubinki, czyli prowincji, dają więcej wiedzy o Rosji niż rozmowy z ekspertami - wioska pod Petersburgiem. (Fot. materiały prasowe TVP)

A chór folklorystyczny Dziarskie Babcie śpiewa: „Wszystkie chcemy wyjść za mąż za Putina”?
Tak, Władimir Władimirowicz stał się przedmiotem westchnień milionów Rosjanek. Mieszkanka wioski na Syberii opowiadała mi z błyskiem w oku, jak to prezydent zanurzył się w lodowatej wodzie podczas styczniowego święta Chrztu Pańskiego. „Widziała pani, jaki on ma płaski brzuch?”. Rosyjska telewizja stale pokazuje niezwykłe umiejętności Putina. Jak śpiewa, nurkuje, prowadzi na motolotni sznur żurawi, jeździ konno, szusuje na nartach, gra w hokeja, powala czempionów dżudo. A na dodatek nie pije! Dla Rosjanek, zwłaszcza na wsi, to bardzo ważne, bo wokół siebie widzą głównie zgnuśniałych mużyków, którzy stale śmierdzą piwem albo gorzałką. A Putina nikt pijanego nie widział. „Chcę takiego jak Putin, pełnego sił. Chcę takiego jak Putin, żeby nie pił” – to z piosenki śpiewanej w Rosji od blisko 20 lat! Kiedy pytałam moje rozmówczynie, czy nie przeszkadza im, że prezydent się rozwiódł i według plotek związał z kobietą w wieku ich córek, odpowiadały: „No i co z tego? To przecież mężczyzna w sile wieku”. Putin ma już prawie 70 lat, ale wygląda coraz młodziej…

Rosjanie wybaczą wszystko wszechstronnemu macho?
To, co jest nie do przyjęcia w Europie Zachodniej, w Rosji nie wywołuje powszechnego oburzenia. Kiedy prezydenta Izraela Moszego Kacawa oskarżono o gwałt, Putin sobie z tego żartował. „Dziesięć kobiet zgwałcił. Wszyscy mu zazdrościmy!” – powiedział. Na Zachodzie zagrzmiało, tymczasem rosyjskie internautki pisały: „Putin, dzięki Bogu, nie jest mięczakiem”. Zachodnie standardy nie przystają ani do mentalności Rosjan, ani do systemu politycznego. W ogromnej Rosji dobro ogółu zawsze liczyło się bardziej niż dobro jednostki. Zwolennicy Putina chwalą go za stanowczość wobec Zachodu i za to, że ich dowartościowuje, mówiąc: „Mamy ropę, gaz i broń atomową. Nikt nas nie będzie pouczał!”. „Putin jest jak niedźwiedź. Srogi, silny, odważny i nikomu nie odda tajgi” – powiedział mi aktywista prokremlowskiej młodzieżówki.

Skąd przekonanie Zachodu, że Rosja może być „europejska”?
Zachód nie chce uwierzyć, że Putin wciąż ma poparcie większości. Jak powiedział mi socjolog z niezależnej od władz sondażowni Centrum Lewady, jest to zaklinanie rzeczywistości. Zachodnie media już nieraz ogłaszały, że dni Władimira Władimirowicza są policzone – po zabójstwie Niemcowa czy po tym, jak w 2011 i 2012 roku przez Rosję przetoczyła się fala protestów związanych z ujawnieniem fałszerstw podczas wyborów. Rychły koniec wróżono mu też po otruciu Aleksieja Nawalnego. Tymczasem badania Centrum Lewady przeprowadzone już po aresztowaniu opozycjonisty pokazały, że Putin cieszy się poparciem 64 proc. Rosjan. Że jest on, a potem długo, długo nikt. Nawalnego pozytywnie ocenia około 19 proc. Być może zmieni się to, kiedy w dorosłe życie wejdzie nowe pokolenie, czerpiące wiedzę z Internetu, a nie z telewizji podporządkowanej Kremlowi.

Nawalny kontra Putin?
Nawalny to bez wątpienia wróg numer jeden Putina. Symbolizuje rewolucyjne zmiany, które wśród starszego i średniego pokolenia budzą postrach. Może się natomiast podobać ludziom młodym. Bo jest odważny, wygadany i po mistrzowsku wykorzystuje Internet. Widziałam go z bliska na wiecach opozycji w 2012 roku. Górował nad innymi, ponieważ ma prawie 190 centymetrów wzrostu. Nawalny tak samo jak Putin dba o formę i tak samo jak on nie pije! W odróżnieniu od prezydenta ma jednak udaną rodzinę i publicznie hołubi żonę. Putin rzadko pokazywał się ze swoją małżonką.

Zastanawia się pani czasem, co dzieje się z Waśką, bohaterem pani moskiewskiego reportażu z 2000 roku? Był wtedy 12-letnim bezdomnym.
Wasieńka to mój najukochańszy bohater cyklu „Szerokie tory”. Nigdy go nie zapomnę. Dziś jest już dorosłym mężczyzną. Jeśli przeżył. Dyrektor moskiewskiego sierocińca powiedział mi, że bezdomne dzieci kończą zwykle tragicznie. Czeka je więzienie lub przedwczesna śmierć, na przykład z powodu przedawkowania narkotyków. W tym środowisku nie ma aniołów. Wasia klął jak szewc, palił i doskonale wiedział, jak szybko okraść kiosk. Mimo to był wrażliwy i honorowy. Nagrywaliśmy go późną jesienią. Kupiłam mu rękawiczki, bo zimno dawało w kość i nie mogłam patrzeć na jego gołe rączki. Nie założył ich jednak. „Mówiłaś, że chcesz pokazać, jak jest. Ja nie chodzę w rękawiczkach, bo ich nie mam”. Mimo że nie chodził do szkoły, rozmawialiśmy na bardzo poważne tematy – o demokracji, alkoholizmie, uczciwości. Wiedział, kim są Lenin, Gorbaczow i Putin. Tylko o Polsce nigdy nie słyszał. Przez Waśkę dręczą mnie wyrzuty sumienia. Bo kiedy się rozstawaliśmy, obiecałam mu, że jak kolejny raz przyjadę do Moskwy, to go odnajdę. Niestety, nie udało mi się. Przepadł jak kamień w wodę, a moja obietnica została niespełniona. W książce „Nie ma jednej Rosji” zakończyłam rozdział o nim słowami: „Przepraszam cię, Wasia”.

W jaki sposób zdobywa pani zaufanie takich bohaterów?
Nie ma jednej recepty. Jedni godzili się dlatego, że wreszcie mieli się komu wyżalić, a inni traktowali zdjęcia jak przygodę. W zdobywaniu zaufania bardzo pomagała mi formuła cyklu „Szerokie tory”. A to dlatego, że spędzałam z bohaterem dużo czasu i robiłam wszystko, co on. Z górnikiem zjeżdżałam do kopalni, ze zbieraczem bursztynów wspinałam się na niebezpieczne urwiska, a z dzielnicowym wchodziłam do melin. Wspólne przeżycia zbliżały nas do siebie i pod koniec zdjęć byliśmy już w pełnej komitywie.

Nawet z Tasakiem, bohaterem pani reportażu o rosyjskich neofaszystach?
Są pewne granice, których nie przekraczam. Tasak jest tego przykładem. Jego przezwisko wzięło się stąd, że zawsze nosił przy sobie nóż. Niedawno popełnił samobójstwo w więzieniu, dokąd trafił za pobicia imigrantów i podżeganie do nienawiści. To był jeden z moich najtrudniejszych reportaży, który miał uzmysłowić grozę zjawiska neofaszyzmu. Do dziś mam przed oczami ostatnią scenę, którą nagrywaliśmy w windzie. Na koniec zostawiłam pytanie: „Czy zabiłeś kiedyś człowieka?”. „Jestem tego prawie pewien” – odpowiedział z cynicznym uśmieszkiem. Bo jeśli przez kilka minut skacze się komuś po głowie, to chyba tego nie przeżyje…
Ale nie rozmawiajmy tylko o mrocznych sprawach, bo podejmowałam wiele tematów radosnych. Na przykład w filmie „Żyć nie umierać” o długowiecznych na Kaukazie, gdzie żyje blisko 40 proc. najstarszych ludzi świata, moi bohaterowie mają po sto kilka, a nawet po sto kilkanaście lat! Przeżyli rewolucję, wojny i deportacje, ale dużo się śmieją i bardzo dbają o swój wygląd. Stusiedmiolatka z Czeczenii wciąż używa perfum, a studziesięciolatek z Dagestanu ma całą szafę nowych koszul.
Jeden z moich bohaterów powiedział tak: „Na Zachodzie długowieczność to zasługa medycyny, a u nas – przyrody, zdrowego jedzenia i stosunku do starszych”. Na widok seniora wszyscy wstają, a młodzież nawet się nie odezwie bez jego zgody. W Czeczenii i Dagestanie do dziś działają rady starszyzny, które mają decydujący głos we wszystkich sporach rodzinnych i sąsiedzkich. Długowieczności na Kaukazie sprzyjają też wielopokoleniowe domy. Dzięki temu seniorzy nie czują się samotni, mają kontakt z młodszymi pokoleniami i nowinkami technicznymi. Moja stutrzyletnia bohaterka bez problemu łączy się z wnukiem przez Skype’a.

Nigdy nie chciała pani skręcić z tej Rosji?
Ależ skąd! To tematyczne eldorado. Prawosławie, islam, szamanizm. Wielka bieda i obłędne bogactwo. Jedenaście stref czasowych, terytorium od Kaliningradu do granicy z Chinami. Kontrasty kulturowe, materialne, społeczne. Nie znam drugiego tak różnorodnego kraju. Jako Polce na pewno jest mi łatwiej robić reportaże i filmy o Rosji niż kolegom z Zachodu. Chociażby dlatego, że mamy podobne doświadczenia ustrojowe z czasów, kiedy istniał obóz socjalistyczny. Ani w Polsce, ani w Rosji nie trzeba nikomu tłumaczyć, co to był deficyt towarów albo cenzura.

Dziennikarstwo wzięło się u pani z obserwowania ludzi w autobusie?
Skąd pan to wie? Rzeczywiście jako dziecko lubiłam jeździć „ogórkiem”, pamięta pan takie? Zawsze uważnie przyglądałam się pasażerom i wymyślałam ich historie. A to, że pani ze sztywnym od lakieru kokiem na pewno jedzie w gości, bo ma odświętną sukienkę i tort. A pan z pomarańczami w ażurowej siatce – jak nic ma znajomości w warzywniaku. Zawsze dostrzegałam więcej niż inni. W Moskwie mnóstwa ciekawych rzeczy można dowiedzieć się w metrze. O, choćby tego, jakie książki są na czasie, ponieważ Rosjanie wciąż dużo czytają. Albo jakie marki telefonów komórkowych uchodzą za najbardziej pożądane. Od razu zdradzę, że iPhone’y.

Rozmowa z żołnierzami w Donbasie. (Fot. materiały prasowe TVP)Rozmowa z żołnierzami w Donbasie. (Fot. materiały prasowe TVP)

Zaczynała pani studia na Uniwersytecie Warszawskim w specyficznym dla Polski momencie, był rok 1980. Wpadła pani w środek historii?
Najbardziej burzliwe były dwa pierwsze lata studiów. Czyli okres tuż przed wprowadzeniem stanu wojennego i po nim. Miałam znajomych po jednej i po drugiej stronie, bo wśród studentów, tak jak w całym społeczeństwie, były różne poglądy. Ale zdecydowana większość z nas kibicowała przemianom. Historia rozgrywała się pod oknami mojego Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych na Krakowskim Przedmieściu. Tamtędy przechodziły demonstracje opozycji. Rozganiali je zomowcy. Pałkami, armatkami wodnymi i gazem łzawiącym. Niektórzy chronili się przed nimi w budynku naszego wydziału.

Kiedy kończyła pani studia, Rosjanie żegnali marzenia, śpiewając „Goodbye, America!” [właśc. „Ostatni list” – przyp. red.], hit grupy Nautilus Pompilius. „Żegnaj, Ameryko, gdzie nigdy nie byłem (…) Tak długo nas uczono kochać twoje zakazane owoce/Żegnaj, Ameryko, gdzie nigdy nie będę (…) Zagraj mi na pożegnanie”. Jakie pani miała marzenia?
Nie miałam wielkich marzeń. Na pewno chciałam swobodnie podróżować po świecie, który zawsze mnie ciekawił. Wtedy wyjazdy bez ograniczeń wydawały się mało realne. Zwłaszcza na Zachód, który był dla nas wciąż niedostępny, choć i tak bardziej osiągalny niż dla Rosjan. W ramach praktyk trafiłam do telewizji, do redakcji „programów o państwach socjalistycznych”. Tematy wschodnie spodobały mi się, choć w drugiej połowie lat 80. było jeszcze wiele tabu. Jeden z moich pierwszych materiałów dotyczył słynnego rosyjskiego barda Włodzimierza Wysockiego. Wielbicielem jego twórczości był Jacek Kaczmarski. On w tym czasie mieszkał w Monachium i pracował dla Radia Wolna Europa. Wszyscy znaliśmy słynną „Obławę”, którą napisał na kanwie piosenki Wysockiego. Wyciągnęłam ją więc z archiwum i zamieściłam w swoim materiale. Po montażu, późnym wieczorem w przeddzień emisji, wezwał mnie szef. „Baśka, co ty zrobiłaś? Tego nie przepuści cenzura! Nie wiesz, że nie gra się Kaczmarskiego?”.

Nie rozumiała pani?
Byłam naiwna. „Weźmiesz scenariusz i pobiegniesz na górę do cenzora” – wykrzyczał szef. „Jeżeli wrócisz bez stempla i przez to program jutro się nie ukaże, to więcej się nie pokazuj!”. Nie miałam wyjścia. Od razu powiedziałam cenzorowi, że mój los leży w jego rękach. Uważnie przeczytał scenariusz i ku mojemu zaskoczeniu postawił pieczątkę. Być może miał lepszy dzień. Ale bardzo dużo mówię. Zdecydowanie wolę słuchać innych.

W pani domu były tradycje dziennikarskie?
Nie, moi rodzice skończyli prawo. A mnie zawsze ciągnęło do podróży i poznawania świata. Na studiach zaczytywałam się w Ryszardzie Kapuścińskim. To mój guru. Staram się postępować zgodnie z jego dewizą, że reporter powinien być przede wszystkim dobrym człowiekiem. Bo tylko dobry człowiek usiłuje zrozumieć innych ludzi. Na swój użytek dzielę dziennikarzy na „salonowych” i „plebejskich”, nie oceniając, która z tych kategorii jest lepsza. Ci pierwsi bywają na salonach i zajmują się wielką polityką. Ci drudzy, do których zaliczam się ja, odwiedzają mieszkania i wiejskie chaty, rozmawiają z prostymi ludźmi. Przyglądanie się z bliska życiu innych ludzi to przywilej. 

Barbara Włodarczyk, reporterka, komentatorka. Zajmuje się tematem Wschodu od 1986 roku. W ramach telewizyjnego cyklu „Szerokie tory” zrealizowała ponad 100 reportaży o byłym Związku Radzieckim, nagrodzono go Grand Press i The International Chicago Television Award. W latach 2004–2009 była korespondentką TVP w Moskwie. Autorka filmów dokumentalnych i książek „Nie ma jednej Rosji” i „Szalona miłość. Chcę takiego jak Putin. Reportaże z Rosji”.(Fot. archiwum prywatne)Barbara Włodarczyk, reporterka, komentatorka. Zajmuje się tematem Wschodu od 1986 roku. W ramach telewizyjnego cyklu „Szerokie tory” zrealizowała ponad 100 reportaży o byłym Związku Radzieckim, nagrodzono go Grand Press i The International Chicago Television Award. W latach 2004–2009 była korespondentką TVP w Moskwie. Autorka filmów dokumentalnych i książek „Nie ma jednej Rosji” i „Szalona miłość. Chcę takiego jak Putin. Reportaże z Rosji”.(Fot. archiwum prywatne)

  1. Styl Życia

Lekarstwo i choroba są w nas – co mówi buddyzm na temat samouzdrawiania?

Kiedy jesteś całkowicie sobą, nic nie może cię dotknąć, wpłynąć na ciebie. Ale kiedy próbujesz być kimś innym, wtedy to wymaga od ciebie ogromnego nakładu energii i pracy nad utrzymaniem tej innej tożsamości. (Fot. iStock)
Kiedy jesteś całkowicie sobą, nic nie może cię dotknąć, wpłynąć na ciebie. Ale kiedy próbujesz być kimś innym, wtedy to wymaga od ciebie ogromnego nakładu energii i pracy nad utrzymaniem tej innej tożsamości. (Fot. iStock)
Chorujemy, kiedy tracimy prawdziwy kontakt z samym sobą – tłumaczy Tenzin Wangyal Rinpocze, mistrz tradycji bon, rdzennej religii Tybetu, założyciel i duchowy przewodnik Instytutu Ligmincza, autor książki „Prawdziwe źródło uzdrowienia”. W rozmowie z Katarzyną Kazimierowską wyjaśnia, że lekarstwo na ból, tak jak i sam ból, jest już w nas.

Jak pan rozumie ból, cierpienie? Bo to o cierpieniu jest właśnie pana książka.
Ból może być objawem fizycznej choroby, a może być też reakcją na to, że nasze uczucia są zablokowane, bo nie mamy szansy siebie wyrazić. Z perspektywy filozofii, ale też religii – ból to manifestacja braku połączenia z samym sobą. Jeśli jesteśmy w pełni świadomi siebie, mamy poczucie wewnętrznej realizacji, to ból nie pojawi się, nie uderzy.

Co to znaczy, że możemy zerwać połączenie z samym sobą, utracić kontakt? W czym to się przejawia?
Jako ludzie stoimy wszyscy przed jednym pytaniem, a przynajmniej wydaje nam się, że przed nim stoimy. To pytanie dotyczy szczęścia, bo przecież wszyscy go szukamy. Ludzie próbują znaleźć je w związkach, w bogactwie, w pięknie, w przedmiotach – nigdy w sobie samych, zawsze gdzie indziej. Zapominają, że równowaga nie płynie z zewnątrz, tylko ze środka. To wewnętrzne piękno, bogactwo nazywam wewnętrznym źródłem. Kiedy nie korzystamy z naszych zasobów, kiedy o nich zapominamy, wtedy tracimy kontakt ze sobą, z naszą duszą. W efekcie nie czujemy się pewnie sami ze sobą, nie mamy poczucia stałości i bezpieczeństwa w pracy czy relacji z drugą osobą. Jeśli ponownie połączymy się z naszą duszą, odzyskamy siebie, naszą stabilność.

Co odciąga nas od tego wewnętrznego źródła?
Na pewno kultura, w jakiej żyjemy, która bardzo koncentruje się na świecie materialnym. Nawet duchowość stała się bardzo materialistyczna, wiąże się z siłą, władzą, kontrolą i bogactwem. Nie tylko na Zachodzie tak się dzieje. Także na Wschodzie rozumienie duchowości, jej waga zmieniły się na niekorzyść. Wiąże się to z tym, że coraz rzadziej korzystamy z tradycyjnego wsparcia, jakie zawsze dawali nam mentorzy, nauczyciele, przyjaciele, ludzie, których obdarzaliśmy zaufaniem.

Pisze pan, że to również wina fałszywych tożsamości, jakie często nieświadomie przyjmujemy. Jak odróżnić fałszywą tożsamość od prawdziwej?
To głęboki filozoficzny koncept, który spróbuję wyjaśnić w jak najprostszy sposób. Kiedy jesteś całkowicie sobą, nic nie może cię dotknąć, wpłynąć na ciebie. Ale kiedy próbujesz być kimś innym, wtedy to wymaga od ciebie ogromnego nakładu energii i pracy nad utrzymaniem tej innej tożsamości. Jedno kłamstwo pociąga kolejne, bo musisz wkładać wiele wysiłku w to, by utrzymać, obronić i uwiarygodnić to pierwsze. A te kłamstwa nie tyle dotykają ciebie, co wszystkich dookoła.

Dziś mówi się o epidemii depresji. Jakie są jej źródła według pana?
Myślę, że depresja historycznie zawsze była obecna w społeczeństwie i w jednostkach, z różnych powodów, ale dziś poziom jej intensywności jest dużo wyższy. Jedną z przyczyn może być to, że ludzie są bardziej zagubieni i zmęczeni – nie tylko szukaniem drogi wyjścia, ale też niewiedzą o tym, czego szukają. Są także zmęczeni różnymi bodźcami, które non stop wysyła świat zewnętrzny. Kolorowe magazyny bez przerwy podpowiadają, jaką markę samochodu kupić, żeby poczuć się lepiej, jak wyglądać, kogo przypominać, jak żyć i w jakim otoczeniu. Ale nikt nie mówi, że to ty sam jesteś bogactwem, ty jesteś pięknem. Kiedy spojrzymy trzeźwym okiem na nasze wyimaginowane potrzeby, to okaże się, że nie stać nas na taki samochód czy dom i nie możemy wyglądać jak ktoś inny, bo przecież jesteśmy sobą. Ci wszyscy, którzy próbują mieć to co inni, wyglądać jak inni, być jak inni, byle być lepszymi, są w beznadziejnej sytuacji.

Jak się uleczyć? Wspomina pan, że ważne jest otwarcie na ból, na trudne emocje, także na cierpienie.
Trudno jest zaprosić do siebie ból, ale przecież on już w nas jest, po prostu ignorujemy jego obecność. Dlatego zawsze powtarzam: jeśli masz z kimś trudną relację, nie ignoruj tego, działaj, bo to może być ostatnia szansa na rozwiązanie czegoś, naprawienie. Zaakceptuj ten problem, dostrzeż go, pogódź się z tym, bo wtedy właśnie go uwalniasz. Wyzwalasz się z tego.

Namawia pan do bliższego i częstszego kontaktu z przyrodą. Mieszkańcy dużych miast mają trochę utrudnione zadanie.
Jeśli dla kogoś priorytetem jest kontakt z naturą, to nie będzie szukał wymówki. Gdy byłem kiedyś w Arizonie, spotkałem człowieka z Szanghaju. Przebył długą drogę tylko po to, by zobaczyć Wielki Kanion i przez pięć dni wędrować po okolicy. Czyli można. Natura jest święta, drzewa są święte, ziemia jest święta. Mój przyjaciel zawsze opiera swój rower o drzewo, zamiast przypinać go do barierki – mówi, że drzewa lepiej zadbają o jego rower, bardziej im ufa.

Jest pan też zwolennikiem... nicnierobienia.
Kiedy ktoś nas pyta, co robimy, a my odpowiadamy: „nic” – zwykle spotykamy się z ogromnym zaskoczeniem. Za to jeśli mówimy, że jesteśmy bardzo zajęci, odpowiedź spotyka się z aprobatą – wszyscy zgadzają się, że kiedy coś robimy, możemy uznać swoje życie za dobre i wartościowe. Ludzie nie doceniają prawdziwej wartości nicnierobienia. Mówiąc „nicnierobienie”, mam na myśli bycie spokojnym, wyciszonym, ale też niewykonywanie żadnej aktywności. Chodzi o to, żeby nic nie robić i naprawdę się tym cieszyć, dać sobie prawo do wyciszenia, ucieczki od szumu, który nas otacza. Dopiero wtedy mamy szansę usłyszeć siebie. Pójdźmy do kawiarni i napijmy się kawy w samotności, w spokoju, i po prostu przeżyjmy dobry dzień.

Ludzie nie cenią zwykłych rzeczy, bo uważają, że istnieją jedynie poprzez innych, są widzialni tylko poprzez uwarunkowania towarzyskie. A nasze prawdziwe „ja” objawia się w ciszy i spokoju, dopiero wtedy jesteśmy w stanie wejść w to bycie, kiedy nasz umysł jest otwarty, ale niebodźcowany w sytuacjach towarzyskich czy społecznych. A tak wygląda na co dzień nasze życie. Ludzie jadą na wakacje, by nic nie robić i odpocząć, ale są tak zestresowani tą sytuacją, że zachowują się tak jak zawsze, czyli gonią od jednej atrakcji do drugiej.

W swojej książce pisze pan o tzw. trzech cennych pigułkach. To cisza, przestrzeń i bezruch.
Odczucie bezruchu ciała to drzwi do wewnętrznej przestrzeni. Dzięki połączeniu się z ciszą łączymy się z głębszym odczuciem spokoju i spełnienia. A poprzez doświadczenie przestrzeni otwieramy drzwi wewnętrznego ciepła i radości, wewnętrznego schronienia, czyli schronienia bezwarunkowego. Nie jesteśmy naszym ciałem. Gdy dotyka nas ból, to dotyka on naszego ciała, nie przestrzeni w środku nas. A właśnie tej przestrzeni w nas każdy potrzebuje i każdy ją ma. Na pewno warto jak najczęściej zażywać trzy pigułki, ale wystarczy też po prostu usiąść na 10–15 minut, zwłaszcza wtedy, kiedy czujemy, że się zgubiliśmy i potrzebujemy pomocy. Pamiętajmy, że zawsze możemy sami sobie pomóc, bo wszystko, czego potrzebujemy, jest już w nas.

Fot. materiały prasowe z Kursu organizowanego w Polsce w 2016 roku przez Ośrodek Cziamma Ling.Fot. materiały prasowe z Kursu organizowanego w Polsce w 2016 roku przez Ośrodek Cziamma Ling.

Tenzin Wangyal Rinpocze, mistrz tradycji bon, rdzennej religii Tybetu. Założyciel i dyrektor Instytutu Ligmincza. W Polsce jego uczniowie skupieni są w Związku Garuda. Autor m.in. „Cudów naturalnego umysłu“, „Przebudzenia świętego ciała“ i „Prawdziwego źródła uzdrowienia”.

Poniżej wykład mistrza Rinpocze na temat spontanicznej kreatywności:

  1. Styl Życia

Najpiękniejsze polskie skanseny: 10 muzeów na wolnym powietrzu, które warto odwiedzić 

Sanok. Zagroda jednobudynkowa ze wsi Posada Olchowska z ok. 1880 r. (Fot. M. Zatorska/Skanseny.net)
Sanok. Zagroda jednobudynkowa ze wsi Posada Olchowska z ok. 1880 r. (Fot. M. Zatorska/Skanseny.net)
W Muzeum Wsi Mazowieckiej kupimy warzywa i owoce pochodzące ze skansenowskich upraw, w Maurzycach nauczymy się robić łowickie wycinanki, w Kadzidle spróbujemy regionalnych kurpiowskich potraw, a w Dziekanowicach pomożemy gospodarzom przy młóceniu zboża. Skanseny to nie tylko miejsca, które otaczają opieką zabytki kultury materialnej i starają się przekazywać o nich wiedzę. To przede wszystkim instytucje, które pokazują świat, którego już nie ma. 

W minionym roku popularność mikropodróży oraz zainteresowanie regionalną turystyką były wypadkową szczególnych okoliczności. Odcięci od zagranicznych destynacji zaczęliśmy bardziej wnikliwie przyglądać się najbliższej okolicy, odkrywaliśmy niezwykłe miejsca, które przed pandemią nie wydawały się atrakcyjne. W te wakacje warto zaplanować wycieczki śladami najpiękniejszych polskich skansenów, których w Polsce jest kilkadziesiąt.

Wdzydze Kiszewskie: Kaszubski Park Etnograficzny

Naszą podróż rozpoczynamy na Kaszubach, w malowniczej wsi położonej nad jeziorem Gołuń, około 75 km na południowy-zachód od Gdańska. Skansen we Wdzydzach Kiszewskich to nie tylko jeden z największych obiektów tego typu w Polsce (zajmuje powierzchnię 22 hektarów), ale przede wszystkim pierwsze muzeum na wolnym powietrzu założone na ziemiach polskich. Historia skansenu sięga 1906 r., a jego twórcy, Teodora i Izydor Gulgowscy, urządzili je w osiemnastowiecznej chacie mieszkalnej (checzy gburskiej), odkupionej od miejscowego gospodarza. W jej wnętrzu zgromadzili sprzęty domowe i gospodarskie, typowe dla tego okresu, oraz cenną kolekcję haftowanych złotą nicią czepców, ceramiki i obrazów malowanych na szkle. Dziś na skansen we Wdzydzach składa się ponad 50 obiektów z Kaszub i Kociewia - chałup, dworu, karczmy, kuźni, szkoły, kościoła, warsztatów rzemieślniczych i budynków gospodarczych, których wnętrza odtworzono ze szczególnym pietyzmem. Oryginalne wyposażenie oraz urządzenia gospodarcze uzupełnia wystawa stała poświęcona twórcom skansenu, na której można obejrzeć bazujące na tradycyjnym wzornictwie wyroby rękodzieła i sztuki ludowej lokalnych twórców. Skansen organizuje również wydarzenia poświęcone zwyczajom i obrzędom nawiązującym np. do obchodów nocy świętojańskiej czy święta Matki Boskiej Zielnej, warsztaty dla dzieci z lepienia garnków, kręcenia powrozów czy nauki języka kaszubskiego. W drugiej połowie lipca odbywa się tutaj największy na Kaszubach jarmark sztuki ludowej i rękodzieła.

Dziekanowice: Wielkopolski Park Etnograficzny - Oddział Muzeum Pierwszych Piastów na Lednicy

Dziekanowice. Kościół  ze wsi Wartkowice (koło Uniejewa) z XVIII wieku, o konstrukcji zrębowej pokrytej szalunkiem. Dach dwuspadowy kryty gontem. (Fot. Katarzyna Paszkiewicz/Skanseny.net)Dziekanowice. Kościół ze wsi Wartkowice (koło Uniejewa) z XVIII wieku, o konstrukcji zrębowej pokrytej szalunkiem. Dach dwuspadowy kryty gontem. (Fot. Katarzyna Paszkiewicz/Skanseny.net)

Piętnaście kilometrów od Gniezna (do którego można podjechać, aby obejrzeć zbiory zgromadzone w Muzeum Początków Państwa Polskiego oraz zobaczyć najnowszą wystawę “Sztukosłowiańskość. Słowiańszczyzna w polskim malarstwie, rysunku i grafice od XIX w.”), we wsi Dziekanowice, funkcjonuje powołane w 1962 r. Muzeum Pierwszych Piastów na Lednicy, jedyny w Polsce skansen o charakterze archeologicznym, etnograficznym i przyrodniczym, w którym znajdują się pozostałości grodu Piastów oraz Wielkopolski Park Etnograficzny. Na terenie tzw. Dużego Skansenu znajduje się aż 49 oryginalnych obiektów nieruchomych - w tym najstarsza chałupa z 1602 r., karczma, spichlerze, dom podcieniowy, owczarnia, młyn wodny, kościół i kaplica oraz siedem wiatraków różnego typu. We wnętrzach chałup oraz pozostałych budynków oglądać można meble, bogate zbiory obrazów, wyrobów ceramicznych, narzędzia i maszyny z warsztatów rzemieślniczych oraz charakterystyczne dla Wielkopolski kobiece nakrycia głowy tzw. czepce. Najciekawszym wydarzeniem jest organizowana we wrześniu cykliczna impreza “Pożegnanie lata”, w trakcie której można podejrzeć jak wyglądała obróbka lnu albo młócenie żyta.

Dziekanowice. Widok ogólny na teren skansenu. Od lewej widać szulcową stodołę.(Fot. Katarzyna Paszkiewicz/Skanseny.net)Dziekanowice. Widok ogólny na teren skansenu. Od lewej widać szulcową stodołę.(Fot. Katarzyna Paszkiewicz/Skanseny.net)

Sierpc: Muzeum Wsi Mazowieckiej

Kierując się na Warszawę trafiamy do Sierpca, niespełna 20 tys. miasteczka położonego 40 km od Płocka. W powołanym w latach 70. XX w., z inicjatywy okolicznych rzeźbiarzy ludowych, Muzeum Wsi Mazowieckiej, znajduje się grupa 72 obiektów mieszkalnych, gospodarczych, przemysłowych i sakralnych, uzupełnionych o elementy tzw. małej architektury (kapliczki, studnie czy piwnice). We wnętrzach udało się zgromadzić ponad 15 tys. różnego rodzaju większych i mniejszych przedmiotów - mebli, tkanin, zabawek, narzędzi i maszyn rolniczych. Muzeum Wsi Mazowieckiej może pochwalić się również kolekcją ok.1000 rzeźb ludowych twórców z tzw. sierpeckiego ośrodka rzeźby. Na terenie skansenu odbywają się cykliczne wydarzenia, takie jak żniwa czy wykopki, w trakcie których można podejrzeć jak wyglądała praca wiejskich rzemieślników, wziąć udział w warsztatach i kupić ekologiczne warzywa pochodzące ze skansenowskich upraw.

Sierpc. Chałupa z Ligawka z 1905 r.(Fot. P. Kierzniewski/Skanseny.net)Sierpc. Chałupa z Ligawka z 1905 r.(Fot. P. Kierzniewski/Skanseny.net)

Sierpc. Wejście do chałupy ze wsi Ligowo. (Fot. P. Kierzniewski/Skanseny.net)Sierpc. Wejście do chałupy ze wsi Ligowo. (Fot. P. Kierzniewski/Skanseny.net)

Maurzyce: Łowicki Park Etnograficzny

Maurzyce. Malowana ściana szczytowa chałupy z drugiej połowy XIX w. ozdobiona fiorami.(Fot. A. Wiklak/Skanseny.net)Maurzyce. Malowana ściana szczytowa chałupy z drugiej połowy XIX w. ozdobiona fiorami.(Fot. A. Wiklak/Skanseny.net)

Z Sierpca ruszamy na południe Polski w stronę Łowicza, miasta i regionu posiadającego najbardziej rozpoznawalny w Polsce i w Europie folklor, którego charakterystycznymi elementami są wycinanki, ludowe pająki tworzone ze słomy i papieru oraz oryginalny strój łowicki. W Maurzycach, wsi położonej niecałe 7 km od Łowicza, znajduje się skansen, który gromadzi zabytki architektury z terenu dawnego Księstwa Łowickiego. Na terenie muzeum znajduje się około 40 obiektów nieruchomych, które ukazują dwa historyczne układy wsi łowickiej. W obrębie tzw. starej wsi można zobaczyć m.in. chałupę i bogato dekorowane wnętrze z zaaranżowanym miejscem pracy słynnej wycinankarki, Justyny Grzegory, a w trakcie warsztatów organizowanych pod okiem artystek ludowych, nauczyć się robić łowickie wycinanki (tradycyjną metodą, czyli za pomocą ciężkich nożyc, które kiedyś służyły do strzyżenia owiec). Łowickie chałupy zachwycają nie tylko wnętrzami pełnymi ludowych zdobień (oprócz wycinanek, słynne kieraty, czyli ludowe pająki), ale również bogatymi ornamentami kwiatowymi przypominającymi wycinanki, które ozdabiają pomalowane w odcieniach ultramaryny, deski.

Maurzyce. Izba świąteczna, wyposażenie z przełomu XIX i XX w. zamieszkiwana przez sławną łowicką wycinarkę Justynę Grzegory. (Fot. A. Wiklak/Skanseny.net)Maurzyce. Izba świąteczna, wyposażenie z przełomu XIX i XX w. zamieszkiwana przez sławną łowicką wycinarkę Justynę Grzegory. (Fot. A. Wiklak/Skanseny.net)

Łódź: Łódzki Park Kultury Miejskiej

Łódź Widok na budynki skansenu i Białą Fabrykę. (Fot. Marcin M. Mierzejewski/Skanseny.net)Łódź Widok na budynki skansenu i Białą Fabrykę. (Fot. Marcin M. Mierzejewski/Skanseny.net)

Choć większość polskich skansenów umiejscowiona została poza obrębem dużych aglomeracji, jednym z nielicznych wyjątków jest Łódzki Park Kultury Miejskiej (dawniej Skansen Łódzkiej Architektury Drewnianej), który znajduje się w samym centrum miasta, tuż obok Centralnego Muzeum Włókiennictwa w Łodzi. Choć skansen jest dużo skromniejszy od wcześniej opisanych, a na jego terenie znajduje się zaledwie osiem historycznych obiektów, to są one typowe dla zabudowy Łodzi w XIX. i na początku XX w. Drewniane domy przeniesiono z kilku łódzkich ulic, a ich pieczołowicie odtworzone wnętrza opowiadają wielokulturową historię włókienniczego miasta z perspektywy codziennego życia jego mieszkańców. Wystawa “Łódzkie mikrohistorie. Ludzkie historie” przenosi zwiedzających do domów żyjących od końca XIX w. do lat 80 XX. w. - rodzin niemieckich przemysłowców, ubogich robotników, żydowskiej rodziny czy pracowników wielkich łódzkich fabryk. Na terenie skansenu znajdują się również przepiękna drewniana letnia willa oraz drewniany kościół.

Skansen w Łodzi. Mieszkanie Ganterów 20-lecie międzywojenne (Fot. D. Łacny/Skanseny.net)Skansen w Łodzi. Mieszkanie Ganterów 20-lecie międzywojenne (Fot. D. Łacny/Skanseny.net)

Skansen w Łodzi. Wnętrze izby rodziny żydowskiej (Fot. D. Łacny/Skanseny.net)Skansen w Łodzi. Wnętrze izby rodziny żydowskiej (Fot. D. Łacny/Skanseny.net)

Kadzidło: Zagroda Kurpiowska

Jedno z najmniejszych muzeów na wolnym powietrzu w Polsce znajduje się w Kadzidle, niewielkiej wsi w powiecie ostrołęckim, która jest znaczącym ośrodkiem regionalnej sztuki na Kurpiach. Na obszarze niespełna 1,5 ha zgromadzono trzy chałupy, spichlerz, drewutnię, stodołę oraz warsztaty stolarskie. Na szczególną uwagę tego niewielkiego skansenu zasługuje tradycyjne kurpiowskie budownictwo z dekoracyjnymi zwieńczeniami belek dachowych, w kształcie rogów, toporów lub z chorągiewkami. We wnętrzach chałup, w których znajdują się kilimy i malowane skrzynie, podziwiać można charakterystyczne dla tego regionu kurpiowskie wycinanki i wyklejanki, którymi ozdabiano ściany izby. Odwiedzając skansen w Kadzidle warto spróbować regionalnych potraw, takich jak fafernuchy, rejbak wolkowski czy piwo jałowcowe.

Kadzidlo. Wnętrze chałupy kurpiowskiej ze wsi Golanka. Duża izba z widocznym świętym kątem, kurpiowską palmą wielkanocną i wycinkami na ścianach. (Fot. A Wolszczak/Skanseny.net)Kadzidlo. Wnętrze chałupy kurpiowskiej ze wsi Golanka. Duża izba z widocznym świętym kątem, kurpiowską palmą wielkanocną i wycinkami na ścianach. (Fot. A Wolszczak/Skanseny.net)

Kadzidlo. Chałupa kurpiowska ze wsi Tatary, zbudowana w 1948. (Fot. A. Wolszczak/Skanseny.net)Kadzidlo. Chałupa kurpiowska ze wsi Tatary, zbudowana w 1948. (Fot. A. Wolszczak/Skanseny.net)

Zalipie: Zagroda Felicji Curyłowej

Najsłynniejsza w Polsce “malowana wieś” Zalipie znajduje się województwie małopolskim, półtorej godziny jazdy samochodem na wschód od Krakowa. Zagroda słynnej zalipianki, artystki Felicji Curyłowej, od końca lat 70. działa jako oddział Muzeum Okręgowego w Tarnowie. Curyłowa zajmowała się malowaniem ścian budynków, mebli oraz zdobieniem sufitów, tworzyła ozdoby z bibuły, barwne wycinanki czy pergaminowe zazdrostki. Ścienne malarstwo, które pod koniec XIX w. zaczęło “wychodzić” z chat, jest dziś najbardziej charakterystycznym zdobniczym elementem skansenu w Zalipiu. Dekoracyjne motywy zdobią dziś we wsi także budynki gospodarskie, stajnie, piwnice, studnie, a nawet budy dla psów. Do skansenu warto przyjechać w weekend po Bożym Ciele, kiedy odbywa się tutaj konkurs “Malowana Chata”.

Zalipie. Izba czarna w chałupie Felicji Curyłowej. (Fot. Pola Rożek/Skanseny.net)Zalipie. Izba czarna w chałupie Felicji Curyłowej. (Fot. Pola Rożek/Skanseny.net)

Zalipie.  Kuchnia z paleniskiem zamkniętym pod płytą i kapturem wspartym na pręcie w chałupie Felicji Curyłowej. (Fot. Pola Rożek/Skanseny.net)Zalipie. Kuchnia z paleniskiem zamkniętym pod płytą i kapturem wspartym na pręcie w chałupie Felicji Curyłowej. (Fot. Pola Rożek/Skanseny.net)

Tarnów: Skansen Taboru Cygańskiego

W położonym trzydzieści kilometrów od Zalipia Tarnowie znajduje się niezwykłe muzeum na wolnym powietrzu - Skansen Taboru Cygańskiego - będące częścią Muzeum Okręgowego w Tarnowie. Od 1996 r. pod koniec sierpnia, na terenie skansenu organizowany jest “Międzynarodowy Tabor Pamięci Romów”, upamiętniający dwa tragiczne wydarzenia: Zagładę Romów, znaną pod nazwą “Porrajmos” (w trakcie II wojny światowej zamordowano od 200 tys. do 2 mln osób pochodzenia romskiego) oraz akcję “zatrzymania taborów” z 1964 r., kiedy Romowie zostali zmuszeni do porzucenia swojego koczowniczego trybu życia. Na dziedzińcu skansenu stoją pięknie zdobione, stare wozy cygańskie, które budowali i dekorowali także polscy rzemieślnicy. Raz w roku tabor wyrusza do Stadniny Koni Klikowa, a uroczysty przejazd kończy się ogniskiem, wokół którego ustawione są namioty.

Tarnów. Wóz cygański. (Fot. A. Czyżewska/Skanseny.net)Tarnów. Wóz cygański. (Fot. A. Czyżewska/Skanseny.net)

Sanok: Muzeum Budownictwa Ludowego

Z Tarnowa wyruszamy do malowniczego Sanoka, a konkretnie do pierwszego i największego pod względem liczby zgromadzonych tu obiektów, muzeum etnograficznego w Polsce. Muzeum Budownictwa Ludowego, które zajmuje obszar 38 hektarów, zostało założone po II wojnie światowej, prezentuje zabytki polsko-ruskiego pogranicza. Znajduje się tutaj ponad 150 obiektów budownictwa drewnianego, z okresu od XVII do XX w., rozmieszczonych w sektorach poświęconych odrębnym grupom etnograficznym: Doliniakom i Podgórzanom (Zachodnim i Wschodnim) oraz grupom etnicznym: Bojkom i Łemkom. Oprócz budynków mieszkalnych, gospodarczych, obiektom przemysłowym i warsztatów, na terenie skansenu szczególnie wyróżniają się obiekty sakralne - drewniana Cerkiew pw. św. Onufrego Pustelnika z 1750 r. oraz drewniana, orientowana i pokryta gontem Cerkiew pw. Narodzenia Bogurodzicy z Ropek z 1801 r. Kolejnym ważnym punktem muzeum jest Galicyjski Rynek, czyli dokładna rekonstrukcja zagospodarowania domów, wiernie oddająca wygląd i klimat typowego miasteczka tej części Polski, określanej od czasów zaborów mianem Galicji. W obiektach mieszczących się na terenie skansenu odbywają się wydarzenia dostosowane do świąt wypadających w ciągu roku: zabawy karnawałowe i ludowe obrzędy, którym towarzyszą lekcje garncarstwa czy nauka tworzenia bibułowych kwiatów.

Sanok. Grecko-katolicka cerkiew Narodzenia Bogurodzicy ze wsi Ropkowa z 1801 r. (Fot. M. Zatorska/Skanseny.net)Sanok. Grecko-katolicka cerkiew Narodzenia Bogurodzicy ze wsi Ropkowa z 1801 r. (Fot. M. Zatorska/Skanseny.net)

Sanok. Zagroda jednobudynkowa ze wsi Posada Olchowska z ok. 1880 r. (Fot. M. Zatorska/Skanseny.net)Sanok. Zagroda jednobudynkowa ze wsi Posada Olchowska z ok. 1880 r. (Fot. M. Zatorska/Skanseny.net)

Zyndranowa: Muzeum Kultury Łemkowskiej

Ostatnim przystankiem śladami polskich skansenów jest wieś Zyndranowa, położona w samym sercu Beskidu Niskiego, na terenie Jaśliskiego Parku Krajobrazowego. Izba Pamiątek Kultury Łemkowskiej została powołana w 1968 r. z inicjatywy Teodora Gocza, który powrócił do rodzinnej wsi pod koniec lat 50. i postanowił gromadzić łemkowskie eksponaty. Wieś Zyndranowa, z której w latach 1945-1947 wysiedlono na tereny byłego ZSRR albo deportowano na ziemie zachodnie w ramach akcji “Wisła” ludność łemkowską, jest dziś miejscem, które prezentuje zabytki kultury materialnej Łemków oraz oryginalne meble, narzędzia gospodarskie, naczynia i stroje, które udało się odzyskać. W skład ekspozycji wchodzą: tradycyjna “chyża”, czyli łemkowska chałupa kurna, pod której dachem mieściły się pomieszczenia mieszkalne, gospodarskie i inwentarskie; koniusznia, kuźnia, karczma, mały wiatrak i charakterystyczna, typowo łemkowska, kaplica. W ostatni weekend czerwca w Zyndranowej odbywa się święto kultury łemkowskiej "Od Rusal do Jana", którego korzenie (święto Rusala) swoimi początkami sięga okresu sprzed Chrztu Rusi.

Zyndranowa. Łemkowska chyża z 1860 r. (Fot. A. Chlebicka/Skanseny.net)Zyndranowa. Łemkowska chyża z 1860 r. (Fot. A. Chlebicka/Skanseny.net)

Zyndranowa. Muzeum Kultury Łemskowiej. Widok na chelwik oraz rzeźby powstałe podczas jednego z plenerów. (Fot. A. Chlebicka/Skanseny.net)Zyndranowa. Muzeum Kultury Łemskowiej. Widok na chelwik oraz rzeźby powstałe podczas jednego z plenerów. (Fot. A. Chlebicka/Skanseny.net)

To oczywiście tylko niewielka część z listy kilkudziesięciu skansenów rozsianych na terenie całego kraju. Wszystkich lokalnych podróżników, krajoznawców i miłośnikom polskiej kultury ludowej, zainteresowanych poznaniem muzeów na wolnym powietrzu zachęcam do odwiedzenia serwisu www.skanseny.net, cyfrowego projektu Stowarzyszenia Pracownia Etnograficzna im. Witolda Dynowskiego (z którego pochodzą wykorzystane do zilustrowania publikacji zdjęcia).

  1. Psychologia

Aloha znaczy miłość. Kilka słów o filozofii huna i masażu lomi lomi nui

W filozofii huny, czyli starożytnej wiedzy polinezyjskich kahunów, tył ciała symbolizuje przyszłość, czyli coś, czego nie jesteśmy w stanie zobaczyć, natomiast przód to przeszłość. (Fot. iStock)
W filozofii huny, czyli starożytnej wiedzy polinezyjskich kahunów, tył ciała symbolizuje przyszłość, czyli coś, czego nie jesteśmy w stanie zobaczyć, natomiast przód to przeszłość. (Fot. iStock)
Ta ceremonia to coś więcej niż relaks i przyjemność. To czułość w najczystszej postaci. Jedni porównują ją do bycia łagodnie obmywanym przez wody oceanu, inni – do troskliwego dotyku matki lub zmysłowych objęć kochanka. Joanna Przybyła, która specjalizuje się w hawajskim masażu lomi lomi nui, wyjaśnia, jaka filozofia stoi za tymi wszystkimi doznaniami.

Ja po prostu stwarzam przestrzeń akceptacji i czułości. Chcę, by osoba masowana czuła się bezpieczna, zrelaksowana i otoczona miłością – to esencja ceremonii lomi lomi nui – mówi terapeutka holistyczna Joanna Przybyła. Celem jest lekkość, miękkość, przepływ. W miękkim ciele może bowiem płynąć swobodnie MANA, czyli energia życiowa, w innych systemach nazywana praną, qi lub czi. Sam masaż też jest płynny, z dużą ilością olejków i posuwistymi, niemalże tanecznymi ruchami osoby masującej. – Niektórzy mówią, że ten dotyk jest jak fale oceanu, ja widzę w nim ruchy żółwia oceanicznego, który w majestatyczny sposób rozgarnia wodę swoimi wielkimi płetwami – wyznaje. To bardzo intensywna praca mięśniowo-powięziowa. Pracuje się przedramionami i dłońmi na dużych partiach mięśni oraz na stawach, wykonując właściwie jeden podstawowy ruch, ale w różnych konfiguracjach. – W przekładzie „lomi lomi nui” można rozumieć jako „dotyk miękką łapą zadowolonego kota” – śmieje się terapeutka.

W ten właśnie łagodny, niespieszny sposób (ceremonia masażu trwa zwykle około dwóch godzin) rozpuszcza się zastoje, zlokalizowane w napiętych mięśniach czy zastygłych stawach. Miękkość ma się pojawić we wszystkich strukturach – bo jeśli puścimy kontrolę ciała, to i umysł będzie mógł się uwolnić. Rytuał jest płynny i lekki także dlatego, by łatwiej mogła się podczas niego ujawnić intencja, z jaką przychodzimy.

Bo lomi lomi nui to masaż intencyjny. Zaczyna się go od małej ceremonii, sam na sam ze sobą, w pokoju do masażu. Swoją intencję trzeba poczuć i ją wyrazić. A wcześniej dobrać ją z myślą o naszym najwyższym dobru – to może być na przykład intencja większej harmonii w naszym życiu, uzdrowienia, zamknięcia tego, co złe, spokoju ducha, większej radości, nowej miłości... Joanna Przybyła prosi, by z tą intencją zapalić świeczkę, która będzie się paliła podczas całego masażu. – Chodzi o to, by to puścić, by poszło to z lekkością. Poczuć w ciele, jak się już manifestuje – temu też służy masaż – tłumaczy.

Na początku terapeutka pyta masowanego, czy życzy sobie, żeby zaintonowała dwie modlitwy, obie po hawajsku. Pierwsza to „Aumakua”. Samo słowo znaczy: wyższe „ja”. W modlitwie prosi się je, by zesłało na masowaną osobę wodę życia i żeby jej intencja mogła się zamanifestować. AUMAKUA to nasz duch opiekuńczy, który potrafi uzdrawiać i ma wielką moc, ma też kontakt z Bogiem, naturą, wszechświatem, źródłem – jakkolwiek ten byt chcemy nazwać. Akurat Hawajczycy są mocno związani z naturą, ona dla nich jest bogiem, można więc uznać, że to prośba skierowana do niej.

Druga modlitwa to „Noho ane ke akua”, w której Joanna odwołuje się do bogini Laka, opiekunki tancerzy hula. Bo osoba, która masuje, jest tak naprawdę tancerzem hula. Taniec hula ma specyficzne kroki i sposób poruszania się. Osadzenie nisko na kolanach i rozbujane biodra symbolizują połączenie z energią ziemi. W tańcu i podczas masażu kroki są te same. – Dlatego dla mnie lomi lomi nui to rodzaj medytacji w ruchu – mówi terapeutka.

Ceremonii towarzyszy też hawajski klimat – muzyka, olejki, wyższa temperatura powietrza. Osoba masowana leży na gumowanym prześcieradle, ułatwiającym wykonywanie ruchów masujących pod ciałem. Jest bez bielizny, pareo przykrywa jedynie miejsca intymne, które nie są dotykane. Joanna omija też piersi – skupiając się jedynie na przestrzeni pomiędzy nimi. Zaczyna od pleców, karku i tyłu nóg, masuje łagodnymi, ale zdecydowanymi ruchami. Po chwili podnosi rękę, jedną i drugą, oraz nogi, trzeba nimi bardzo delikatnie poruszyć w stawach, tak jakby masowany płynął żabką.– Najlepiej, gdy w żaden sposób nie pomaga mi podczas podnoszenia jego ręki czy nogi, bo w ten sposób całkowicie poddaje się masażowi – mówi terapeutka. – To uczy tego, jak zaufać drugiej osobie na tyle, by przestać kontrolować to, co robi z naszym ciałem. Im bardziej odpuścimy tę kontrolę, tym więcej skorzystamy. Ale kiedy czuję, że ciało wyhamowuje, że nie ma jeszcze tego pełnego poddania, traktuję to z szacunkiem. Widocznie nie jest jeszcze na to gotowe, ale może ta lekkość za jakiś czas się pojawi. Może ciało odnajdzie wreszcie przyjemność w odpuszczeniu kontroli.

Nowa przestrzeń życia

Zgodnie z nurtem Aloha International, organizacji, w której kształciła się Joanna Przybyła i z ramienia której jest też nauczycielką, masaż lomi lomi nui łączy filozofię huny, czyli starożytnej wiedzy polinezyjskich kahunów z tańcem hula oraz kinomaną, czyli pracą poprzez ciało. – Ciało jest bramą do naszej świadomości, ale jest też domem dla myśli, jak mówi huna. Ono jest naszym drogowskazem, przewodnikiem. Tym bardziej powinniśmy o nie dbać – tłumaczy terapeutka. Musimy je nakarmić, ubrać, zadbać, by było mu ciepło – tylko wtedy jesteśmy w stanie funkcjonować. Dopiero kiedy zadbamy o swoją przestrzeń fizyczną, będziemy w stanie pomyśleć o czymkolwiek innym. Dlatego szanujmy nasze ciało, słuchajmy, co do nas mówi, żeby nie musiało krzyczeć.

Co ciekawe, w masażu i filozofii huny tył ciała symbolizuje przyszłość, czyli coś, czego nie jesteśmy w stanie zobaczyć, natomiast przód to przeszłość. – Kiedy mówię o tym ludziom przed masażem, to potem wyznają, że podczas ceremonii mocno tego doświadczali. Plecy, pośladki, łydki, kark – te rejony mamy zwykle najbardziej spięte. Niektórzy mówią, że kiedy podczas masażu stopniowo się rozluźniały, czuli, jakby się wreszcie otwierali na swoją przyszłość. Na to, że może być piękna i służąca – opowiada Joanna. – Czasem dla kobiet trudny jest moment, kiedy z brzucha obracam je na plecy i widać ich piersi. Na poziomie bardzo intuicyjnym, płynącym z serca, czuję, jakby wstydziły się swojej przeszłości. Ale w trakcie masażu to się zmienia. Słyszę, że robią głęboki wdech i wydech, jakby odpuszczały to, co było. Chciałabym, by zrozumiały, że nasza przeszłość, jakakolwiek była, jest do uznania, czułego spojrzenia na nią, zaopiekowania się nią. To już minęło, nie zmienimy tego, nasze przeszłe doświadczenia, nawet jeśli wymagające, pozwalają po przetransformowaniu osadzić się w mądrości i mocy.

W trakcie masażu często pojawiają się łzy wzruszenia. Poczucie, że był to bardzo osobisty moment. – Kobiety mówią, że nigdy nie okazały sobie tyle czułości, ile dostały ode mnie. Mężczyźni wyznają, że nie pamiętają, by ich matka była dla nich kiedykolwiek tak dobra jak ja. Też odczuwam to wzruszenie. Dla mnie to piękny taniec duszy z duszą, ciała z ciałem – mówi Joanna Przybyła.

I dodaje, że ważny jest też moment, w którym schodzi się ze stołu do masażu. Warto zwrócić wtedy baczną uwagę na swoje kroki, bo w tym momencie wchodzi się w zupełnie nową przestrzeń swojego życia.

Joanna Przybyła, terapeutka holistyczna, praktyk i nauczycielka masażu lomi lomi nui. Specjalizuje się też w terapiach dźwiękiem. Więcej informacji na www.kalejdoskopth.pl.