1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Rower dla ciała, ducha i środowiska - poznaj zalety jazdy na rowerze

Rower dla ciała, ducha i środowiska - poznaj zalety jazdy na rowerze

Fot. materiał partnera
Fot. materiał partnera
Jazda na rowerze cieszy się szczególnie wielką popularnością w okresie wiosny i lata. Od dawna dostrzegane są niewątpliwe zalety spędzania wolnego czasu i odpoczynku właśnie na tym dwukołowych pojeździe. Choć słyszy się o tym, jak jazda na rowerze pomaga spalać kalorie, często nie zdajemy sobie sprawy, że wybór tego pojazdu jest niezwykle cenny dla organizmu. Jazda na rowerze jest coraz częściej wybierana jako środek transportu przyjazny środowisku. Co więc powinniście wiedzieć o zaletach, jakie płyną z przerzucenia się na rower?

Jazda na rowerze a odchudzanie i wzmacnianie ciała

Ogromny wpływ jazdy na rowerze na wasz organizm dostrzec możecie przy wspomnianym spalaniu kalorii. Co za tym idzie, rower przyczynia się do zrzucenia zbędnych kilogramów. Jednak nie jest to jedyny powód, dla którego warto usiąść za kierownicą roweru. Regularna jazda na rowerze pozwala na znaczącą poprawę wydajności pracy serca. Niezależnie od tego, czy wybierzecie rower damski, czy jakikolwiek inny, z pewnością przekonacie się o tym, wzmocnicie zarówno swoje serce, jak i cały organizm oraz mięśnie. Co więcej, damka sprawdzi się w przypadku osób mających problemy ze stawami. Dzięki spokojnej, nieprzeciążającej jeździe na rowerze możliwe jest włączenie stawów do ruchu w sposób absolutnie nieinwazyjny. W ten sposób będziecie aktywni, a nie dość, że nie obciążycie swojego organizmu, wręcz zaczniecie go wzmacniać. Dzięki jeździe na rowerze jesteście w stanie znacząco zwiększyć pojemność płuc, a także zadbacie o lepsze dotlenienie krwi.

Jazda na rowerze pomaga przy redukcji stresu

Wyraźny wpływ na zdrowie, jaki gwarantuje wam jazda na rowerze, dostrzec możecie nie tylko w kontekście poprawy kondycji naszego organizmu. Przede wszystkim to właśnie jazda na rowerze traktowana jest jako znakomite panaceum na wiele dolegliwości dotykających waszego ducha i psychiki. Mowa oczywiście o walce ze stresem i napięciem. Oba te czynniki wyraźnie potrafią przeciążyć organizm, a to sprawia, że nie tylko czujecie się źle wewnętrznie, ale i wewnętrznie. Wielu ludzi właśnie dlatego sięga po rower, ponieważ chce zaradzić temu problemowi. Co więcej, faktycznie są w stanie to robić. Faktem jest, że regularna jazda na rowerze potrafi długotrwale poprawiać humor, a także przyczyniać się do większego zrelaksowania się osób uprawiających ten właśnie sport.

Oszczędność pieniędzy, czasu i środowiska

Niewątpliwe wartości, jakie płyną z jazdy na rowerze, dostrzec można w przestrzeni miejskiej. Różnego rodzaju opłaty parkingowe, a także opłaty na paliwo to nieraz niekończące się źródło, w które wrzucacie swoje ciężko zarobione pieniądze. Rower w mieście jest znakomitym rozwiązaniem, co docenią również ci, którym zbrzydły już długie postoje w korkach. Rower to rozwiązanie, które z powodzeniem możecie wybrać, aby zaoszczędzić swój czas. Nie dość, że zazwyczaj szybciej dostaniecie się do pracy, jednocześnie zagwarantujecie sobie lekki, a jednocześnie dobrze wpływający na organizm wysiłek. Jeśli zależy wam na dbaniu o środowisko, rower będzie idealną opcją. Dzięki ograniczeniu emisji dwutlenku węgla nie tylko zaoszczędzicie tlen, ale i ochronicie środowisko przed pojawieniem się szkodliwych spalin, które samochody i tak wydzielają w nadmiarze. Jeśli szukacie dobrych jakościowo rowerów, sprawdźcie ofertę sklepu sportowego decathlon.pl.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Europejczycy na rowerach - pieniądze dla rowerzystów we Włoszech i Anglii

W zatłoczonych miastach jazda rowerem może być najlepszym rozwiązaniem. (fot. iStock)
W zatłoczonych miastach jazda rowerem może być najlepszym rozwiązaniem. (fot. iStock)
Jazda na rowerze sprzyja odchudzaniu, poprawia kondycję, a przede wszystkim przyczynia się do poprawy jakości powietrza. Nic więc dziwnego, że rządy niektórych państw chcą wesprzeć ten rodzaj transportu. W ostatnich miesiącach nowe rozwiązania wprowadzają Włosi, Anglicy i Francuzi. Politycy podkreślają, że propagowanie zdrowego stylu życia ma też pośrednio pomóc w walce z koronawirusem.

Z miłości do jednośladów słynie przede wszystkim Holandia. W państwie, gdzie propagowany jest ekologiczny sposób przemieszczania się, wiele firm wypłaca zatrudnionym osobom dodatek (fietsenvergoeding) za dojazd do pracy rowerem. Profitem dla pracodawców są nie tylko wydajniejsi pracownicy (zdrowsi i bardziej dotlenieni), ale również zniżki podatkowe za wypłacany dodatek.

Nie trzeba jednak aspirować do bycia rowerowym eldorado. Najważniejsza jest odpowiednia infrastruktura, przystępne ceny rowerów i dobre chęci mieszkańców, aby zmienić sposób poruszania się po mieście. Z tym ostatnim nie jest najgorzej. Coraz więcej Europejczyków, w tym też Polaków, przesiada się na rower. Sprzedaż rowerów wzrosła w ostatnich miesiącach w Kanadzie, w Australii, w Stanach Zjednoczonych i w wielu krajach Europy. Jazda rowerem pomaga uniknąć przemieszczania się zatłoczonymi autobusami i tramwajami.

Włosi na rowerach

Najwięcej rowerzystów przybywa we Włoszech. Po zakończonym lockdown Włosi kupują więcej rowerów i coraz chętniej z nich korzystają. Jak podaje ANCMA, związek zawodowy producentów rowerów i motocykli, w maju różnica z poprzednim rokiem wynosiła 60 % - o tyle zwiększyła się sprzedaż rowerów.

Trudno się zresztą dziwić. Jazda na rowerze to dla Włochów nie tylko sposób na odreagowanie trzymiesięcznej izolacji i braku możliwości uprawiania sportów na świeżym powietrzu, ale również oszczędność czasu i pieniędzy. Znalezienie miejsca parkingowego w nadmorskich miejscowościach lub z centrach miast graniczy z cudem. Nieraz na szukanie miejsca trzeba poświęcić do godziny czasu. Poza tym w wielu miejscach płaci się za parking także wieczorem oraz w weekendy.

Włoski rząd zapowiedział, że dofinansuje obywatelom zakup rowerów i hulajnóg. Projekt ma ruszyć we wrześniu. Dofinansowanie ma wynieść do 500 euro na osobę. O dofinansowanie będą mogły ubiegać się osoby zameldowane w dużych miastach (powyżej 50 tys. mieszkańców) lub w miastach powiatowych. Kolejne włoskie inicjatywy to utworzenie nowych ścieżek rowerowych. Prezydent Rzymu obiecał utworzenie 150 km nowych ścieżek. Z kolei w Mediolanie planuje się utworzenie 60 km nowych ścieżek rowerowych. Ponadto Mediolan ma być „miastem 30”, czyli aglomeracją miejską, w której obowiązywać będzie ograniczenie prędkości do 30 km/h zamiast 50. Ograniczenie ma dotyczyć 60% całej sieci dróg miejskich.

Zdrowsi Anglicy

W Wielkiej Brytanii jest jeden z najwyższych odsetków ludzi otyłych (około 28% społeczeństwa). Dlatego też brytyjski rząd chce zachęcić Anglików do zdrowszego stylu życia i tym samym do korzystania z rowerów. Na ten cel planuje wydać dwa miliardy funtów. Planowana jest m.in. rozbudowa sieci ścieżek rowerowych, lekcje jazdy na rowerze, dopłaty do napraw rowerów do kwoty 50 funtów, zwiększenie liczby parkingów ulicznych. Program zapowiedziany przez Borisa Johnsona ma przede wszystkim wspomóc odchudzanie Anglików.

W Londynie badają też możliwość realizowania „bike tube”, czyli sieci ścieżek rowerowych przebiegających dokładnie nad liniami metra.

Projekt dotowania napraw rowerów powstał również we Francji. Naprawy muszą być wykonywane w zarejestrowanych zakładach, aby można było ubiegać się o dofinansowanie w wysokości 50 euro. Prezydent Paryża Anna Hidalgo proponowała też, żeby do roku 2024 Paryż stał się miastem rowerowym w 100%.

Ciekawostką może być fakt, że poprzednia „rewolucja” w transporcie odbyła się również na fali kryzysu globalnego: kryzys energetyczny w 1973 r. zmienił właśnie takie kraje jak Holandia, która wówczas zainwestowała w ścieżki rowerowe. Dzięki temu dzisiaj 30% przemieszczeń w Holandii wykonuje się na rowerach.

  1. Styl Życia

Jazda na rowerze - moda czy styl życia?

Rower to nie tylko świetny sposób na aktywny wypoczynek, ale też zdrowy i ekologiczny środek transportu. (Fot. iStock)
Rower to nie tylko świetny sposób na aktywny wypoczynek, ale też zdrowy i ekologiczny środek transportu. (Fot. iStock)
Jazda na rowerze to coś więcej niż wysiłek fizyczny. To przyjemność podróży, swobodnego przemieszczania się, pracy wielu mięśni. Są tacy, którzy nie wyobrażają sobie bez tego życia.

Od czasu, gdy w miastach pojawiła się moda na rowery, nie dziwi już pedałujący mężczyzna w garniturze ani kobieta w sukience i na szpilkach. Bo czemu ma dziwić? Rower to nie tylko świetny sposób na aktywny wypoczynek, ale też zdrowy i ekologiczny środek transportu.

Rowerem przez miasto

Kasię Bąkowicz, logopedkę medialną, przekonała trochę moda, a trochę znajomi. Po 10 latach przerwy w jeżdżeniu kupiła rower. Ale nie byle jaki, tylko rower swoich marzeń – wygodny, stylowy, miejski. Zrobiła go na zamówienie i okazało się, że wcale nie był to duży wydatek. Odtąd jeździ na nim, gdy tylko pozwala na to pogoda. – Odstawiam rower w październiku i wystawiam, gdy dni robią się cieplejsze – opowiada. – Jeżdżę rowerem do pracy, na spotkania ze znajomymi albo po prostu dla relaksu. Rower to dla mnie środek transportu, sport, ale też styl życia.

Jazda na rowerze ma same plusy – spędzasz dużo czasu na świeżym powietrzu, omijasz korki, a na dodatek dbasz o swoją kondycję. Coraz więcej pracodawców pozwala swoim pracownikom na zostawianie dwóch kółek w firmowych garażach, a właściciele miejskich knajp zgadzają się, by trzymać je nawet przy ogródkowych stolikach. Kasia przyznaje, że dla niej i znajomych często taka knajpa jest miejscem startowym do całodziennych wycieczek rowerowych po mieście. – Ostatnio w ten sposób spędziliśmy majówkę i to był niesamowicie integrujący i ciekawy czas – dodaje.

Stefan Bobrowski, urzędnik, jest jednym z tych, co także w garniturze wsiadają na rower. Po przeprowadzce w dalsze zakątki miasta odkrył, że rower to najszybszy środek codziennego transportu. – Daje mi czas na dopicie porannej kawy i zjedzenie do końca jajecznicy z żoną – mówi. – Nie muszę czekać na tramwaj czy autobus i tłoczyć się w nich, a przy okazji oszczędzam pieniądze, rezygnując z biletu miesięcznego. Obecnie kupuję go tylko przez trzy miesiące – grudzień, styczeń i luty, co daje konkretne oszczędności. Ponieważ wraz ze mną na rower przesiadła się żona, korzyści jest więcej – po pracy odwiedzamy bary mleczne i robimy sobie wyprawy nocne – powietrze jest wtedy inne niż za dnia i jedzie się bardzo lekko. Rowery zabierają też ze sobą na wakacje. Mieli je nawet w czasie podróży poślubnej. – Zjeździliśmy na nich pół Europy – wspomina Stefan. – Zapewniam, że zwiedzanie Paryża, Rzymu czy Barcelony z siodełka jest dużo bardziej przyjemne, wydajne i ciekawe. Stefan od jakiegoś czasu też sam składa rowery. – Pierwszy złożyłem, gdy odkryłem, że mój stary „góral” nie nadaje się na płaski miejski asfalt – opowiada. – U koleżanki w piwnicy znalazłem starą ramę Huragana marki ZZR. Dokupiłem trochę części, resztę znalazłem u znajomych i powstał pierwszy rower. Drugi to by tzw. tall bike, czyli piętrowe połączenie dwóch rowerów.

W Klubie Młodzieżowym na Brzeskiej w Warszawie Stefan zaczął reperować i składać rowery z dzieciakami. – Zrobiłem kurs spawacza – opowiada. – Wyremontowaliśmy cały dół, przy pomocy firmy SAP zakupiliśmy maszyny, dogadałem się ze złomowiskami, żeby odkładały dla nas rowery i części. I przy pomocy szlifierek, spawarki i narzędzi zaczęliśmy tworzyć różne pojazdy. Ponieważ nie mogłem przekonać się do fotelików, na których dzieci widzą tylko plecy rodzica, na swoje potrzeby skonstruowałem rower ze skrzynią, która umożliwia córce oglądanie całego świata i kontakt ze mną. Teraz, ponieważ córki mam już dwie, kończę robić większą skrzynię.

Wyprawy rowerowe

Olę Filińską-Zacharzewską, tłumaczkę i specjalistkę od komunikacji, z racji wolnego zawodu można zobaczyć na rowerze w sukience i na obcasach. Regularnie zaczęła jeździć w czasach liceum, kiedy nie było ścieżek, a rowerzyści stanowili raczej rzadki widok na ulicach. – Potem, kiedy już na studiach uczyłam się hiszpańskiego przed wyjazdem do Chile, obejrzeliśmy w Instytucie Cervantesa film o Camino de Santiago. Kilkaset kilometrów od francuskiej granicy aż do Finisterre. Pomysł na tyle inspirujący, że uznałam, że warto spróbować. Prędzej na rowerze niż na piechotę. To był świetny czas na przemyślenia i wspaniałe wyzwanie, nie tylko fizyczne – opowiada.

Na Camino wracała jeszcze kilkakrotnie – ze znajomymi, z rodzeństwem… Mąż Oli też lubi jeździć, więc gdy ich córka skończyła rok, zamontowali fotelik na ramie jego roweru z przodu, żeby jeździć razem i wspólnie odkrywać świat. – Gdy wraca z pracy, zabiera młodą na „wędrówkę z tatą” – zamiast spaceru jadą wtedy najczęściej na lotnisko, żeby obejrzeć zachód słońca i lądujące samoloty – opowiada Ola. – Rower to niezależność, lepsza forma i piegi na nosie. Poza tym lubię czuć wiatr we włosach i mieć chwilę dla siebie. Często właśnie jadąc na rowerze, śpiewam, myślę, układam poezję, tłumaczę. No i mam lepszą kondycję. Przygody rowerowe mnie hartują, ale cieszę się, że teraz nie muszę już sama „skuwać” łańcucha, choć umiem. Tego się nauczyłam na trasie. Nasza rozbrykana córka ma już swój rower biegowy – my po prostu lubimy jeździć. Nie wyczynowo, rekreacyjnie. Rower generuje dużo pozytywnej energii. W sam raz dla nas.

– Brat namówił mnie na szalone wakacje na rowerze. Na dwóch kółkach zjeździliśmy całą Europę i przy wsparciu kolei, statku i samolotu udało nam się dotrzeć aż za ocean – opowiada Zosia Soltya, nauczycielka. Jej towarzyszem, oprócz brata, był starannie poskładany turystyczny jednoślad z przewieszoną sakwą własnej roboty. Był początek lat 80., wtedy można było liczyć tylko na własną pomysłowość. – Początkowo ja i mój rower nie rozumieliśmy się najlepiej – wspomina Zosia. – Manetka jego przerzutki nie zawsze była mi posłuszna, a wzniesienia Finlandii doprowadzały mnie do płaczu. Ale dotarliśmy się. Gdy go sprzedałam, zaczęłam marzyć o godnym następcy. I pojawiła się piękna pomarańczowa Gazela, która towarzyszyła mi przez lata. Potrafiła unieść na kierownicy koszyk z pierwszym dzieckiem, a gdy pierworodny wylądował z tyłu w foteliku, niosła równocześnie Janka w koszyku na kierownicy i Madzię, jego siostrę bliźniaczkę, na plecach w nosidełku. – Dla mnie to było zupełnie normalne – opowiada Zosia. – Kocham ten wysiłek, wiatr we włosach, zapach traw i kwitnących lip, bliskość z naturą… Jeżdżę rowerem codziennie po Warszawie, a wszystkie wolne dni i wakacje też spędzamy na dwóch kółkach. Dzięki nim znajdujemy puste plaże, pola borówek, polanki maślaków, ustronne leśne jeziorka. Z maluchami przemierzyliśmy wzdłuż i wszerz Kaszuby, Bory Tucholskie i centralne wybrzeże Bałtyku. Gdy dzieci podrosły, na krótszych trasach uczyliśmy się wspólnie przyrody i geografii. I w końcu pierwsza daleka wyprawa z dorosłymi już bliźniętami – rowerami nad morze. Zosia wspomina: – Jechaliśmy bocznymi drogami, czasem szutrami, czasem asfaltem przez równiny, wyżyny i pojezierza. W sumie ryzykowaliśmy co wieczór, szukając noclegu w nieznanej agroturystyce, jedząc pod sklepami spożywczymi po drodze i kryjąc się przed deszczem pod wiatami stacji benzynowych. Czuliśmy się jak odkrywcy nowych lądów. Niezapomniany czas.

W ten sposób „cykloza” Zosi zaczęła się rozwijać w kierunku turystyki. – Każda wyprawa to była przygoda – podsumowuje. – Każda nas sporo nauczyła i o życiu. I ciągle chcemy więcej. Od niedawna mam nową pasję – maratony rowerowe MTB. Marzą mi się też kolejne trasy – etapowy wyścig górski,wyprawa w dzikie i mało cywilizowane tereny Bałkanów, Turcji lub Grecji oraz Izrael. I wiem, że te marzenia w końcu dogonię…

Z mężem jeździ rekreacyjnie, na luzie, z kolegami z grupy kolarskiej – treningowo, ostro, z zaprzyjaźnionymi dzieciakami – tak, by pokazać im, ile radości znaleźć można w rowerze, z własnymi dorosłymi już dziećmi i z przyjaciółmi – by wspólnie doświadczyć tego, co w rowerze cenią najbardziej. – Rower jest moim orężem w walce ze stresem – mówi Zosia. – Fizyczne zmęczenie i czas wypełniony rozważaniem trudnych spraw przynoszą proste rozwiązania. Jest źródłem radości, kiedy mogę się wyrwać w piękną, dziką okolicę. Jest też cudownym środkiem transportu, na którym przemieścić mogę się wszędzie i całkiem szybko. Jest moim psychoterapeutą, dietetykiem, instruktorem fitness, kolegą, który co dzień – nieważne, czy mróz, czy deszcz – podwozi mnie do pracy, a ostatnio jest też współautorem moich sportowych sukcesów. To prawdziwy przyjaciel, na dobre i złe.

  1. Styl Życia

Maja Włoszczowska: na sto procent

Maja Włoszczowska od lat utrzymuje się w czołówce najlepszych kolarek górskich na świecie (Fot. Maria Eriksson)
Maja Włoszczowska od lat utrzymuje się w czołówce najlepszych kolarek górskich na świecie (Fot. Maria Eriksson)
Jest jedną z najlepszych kolarek górskich na świecie i najpopularniejszych sportsmenek w Polsce. W zeszłym roku wydała książkę o tym, jak trenować jej dyscyplinę. Ale też o codziennym życiu zawodniczki. O pasji, nagłych zachwytach, rywalizacji i chwilach, kiedy cały romantyzm znika.

Wyobrażasz sobie, jak wyglądałoby twoje życie, gdyby nie kolarstwo górskie? Skończyłam matematykę finansową i ubezpieczeniową, więc pewnie trafiłabym do jakiejś dużej instytucji finansowej. Biegałabym teraz w żakieciku i butach na wysokim obcasie.

Kiedy zdobywałaś srebro na igrzyskach w Rio de Janeiro, przed telewizorami kibicowało ci pięć milionów Polaków. Niezły ludzki kapitał. Może powinnaś zostać polityczką? Nie, dziękuję. W polityce jednak zawsze trzeba się układać, iść na kompromisy. Nie mówię tego z pogardą, nawet na przykładzie związków sportowych widzę, jaka to sztuka – nie sposób wszystkim dogodzić, środki finansowe są ograniczone, zawsze ktoś jest pokrzywdzony. Już bardziej widzę siebie w biznesie, gdzie są prostsze, bardziej przejrzyste zasady.

Sport jest wolny od kompromisów? Jednoczy, jest ponad podziałami: liczą się udział i zaangażowanie. To ta bardziej romantyczna wizja. Sprawdza się, kiedy uprawiasz jakąś dyscyplinę dla siebie. Inaczej, kiedy pojawiają się duże pieniądze. Sport jest wbrew pozorom bliski biznesowi. Przynajmniej w wydaniu zawodowym. My, zawodnicy, mamy przecież sponsorów, dla których nasze wyniki są wymierną korzyścią z reklamy. Sukcesy mają konkretną wartość. Poza tym sport jest tak samo brutalny i bezwzględny jak biznes. Weźmy ostatnie igrzyska zimowe w Pjongczangu i naszych sportowców. Uważam, że oczekiwania wobec nich były absurdalnie zawyżone i to, z jakim hejtem się spotkali, będąc jeszcze tam, na igrzyskach, i ciągle jeszcze walcząc, było straszne. Te wszystkie komentarze, że pojechali sobie na wycieczkę za publiczne pieniądze… Tam, gdzie wszyscy oczekują wyniku, nikt nie myśli o wzniosłych hasłach, cały romantyzm znika.

Od ciebie też wymaga się wyników, a oczekiwania tylko się zwiększają.  Jak sobie z tym radzisz? Przed ostatnimi igrzyskami w Rio de Janeiro ostro pracowałam nad tym, żeby nie przygniotła mnie presja. Żebym – zamiast myśleć, że na moje przygotowania poszło pół miliona złotych – nie zapominała, dlaczego do sportu w ogóle trafiłam.

Dlaczego? Kierowały mną czysta radość i pasja. O to w końcu chodzi w kolarstwie górskim. No, chociażby ostatnio – byłam na zgrupowaniu w Hiszpanii, niedaleko Alicante. Ptaszki śpiewają. Jadę wąziutką ścieżką, z boku przepaść, ale bezpiecznie jak na moje umiejętności. Z prawej góry, z lewej góry, na wprost morze. Bajka. Nie dość, że miałam za sobą porządny trening i satysfakcję, że wykonałam kawał dobrej roboty, to jeszcze przede mną była ciekawa technicznie trasa. Kiedy widzisz trudny zjazd, pełno kamieni, głazów, poplątanych korzeni i w pierwszej chwili wydaje ci się, że tego się nie da przejechać, a potem odkrywasz, że się da. To jest taki wyrzut endorfin! Uwielbiam to uczucie.

Rzeczywiście można zapomnieć o stresie, punktach w rankingu? Na samym początku kariery nie myślałam o konkretnym wyniku, chciałam po prostu jeździć. Biorę udział w igrzyskach? Super! Potem, jak się pojawiły oczekiwania, sponsorzy, zaczęłam patrzeć na sport jak na pracę, a nawet w pewnym momencie jak na więzienie, do którego trafiłam. Tak, jakbym znalazła się w sytuacji bez wyjścia.

Jak z niej wybrnęłaś? Pamiętam, jak moja mama, kiedy jej w kółko powtarzałam, że muszę jechać na trening, muszę na zawody, w końcu mi powiedziała: „Ale dlaczego ty mówisz: muszę? Przecież nic nie musisz”. Często powtarzam sobie w duchu tamte jej słowa. Pamiętam też, jak zaczęłam pracę z moim trenerem Markiem Galińskim i jak Marek podczas treningów potrafił krzyknąć do mnie: „Zobacz, jaki widok! Patrz!”. On, taki skrupulatny, co do minuty, co do jednego wata – bo monitorujemy treningi miernikami mocy – rozpisywał treningi, a potrafił zwyczajnie się zachwycić, dodać nam te pół godziny wysiłku tylko dla pięknego widoku, fajnej trasy. Cieszył się, że sarna przebiegła, że pięknie. Nigdy tego nie zapomnę. Także na ostatnie igrzyska udało się stworzyć ekipę autentycznych pasjonatów.

Jak smakuje zwycięstwo? Czasem ważniejsze jest to, żeby pokonać własne ograniczenia. Właśnie mam za sobą pierwsze zawody Pucharu Świata. Początek sezonu, wydawało mi się, że zupełnie nie mam formy, że będę walczyć o życie i ledwo dwudziestą lokatę. Bardzo ciężko było mi przekroczyć granicę bólu, bo jechałam w swojej strefie komfortu, zaskoczona i szczęśliwa, że nawiązałam walkę z pierwszą dziesiątką. Aż w końcu pomyślałam sobie: „Jesteś w RPA, przyjechałaś na drugi koniec świata. Daj z siebie wszystko”. Ostatnie kilometry to była niesamowita walka, ta jakość ścigania, te emocje i to, jak mi się udało pokonać ból!

Kiedy zaczyna boleć? Jeśli się walczy na sto procent, boli cały czas. Jedziesz ze świadomością, że cierpienie skończy się na linii mety, ale też satysfakcja, że ten ból pokonujesz, jest nieprawdopodobna.

W twojej karierze były momenty, które wyglądały naprawdę groźnie. Jak wtedy, kiedy sześć lat temu przed igrzyskami w Londynie uległaś poważnej kontuzji nogi. Pojawiły się plotki, że nie będziesz chodzić. Tak, to było trudne, ale psychicznie o wiele trudniejszym dla mnie momentem była nieoczekiwana śmierć Marka Galińskiego. Marek został moim trenerem w 2011 roku, właśnie przed Londynem. A po mojej kontuzji nigdy nie miał wątpliwości, czy moja kariera będzie miała ciąg dalszy. Po tym, jak w 2013 roku zginął, zaczął się dla mnie okres, kiedy bardzo trudno było mi się zmotywować do treningu. Razem z moim ówczesnym trenerem Michałem Krawczykiem postanowiliśmy jednak, że nie możemy odpuścić. Nie tego by chciał Marek. Zawsze nam powtarzał w trudnych momentach: „Po prostu rób swoje”. Zrobiliśmy więc bransoletki z tym hasłem. Do igrzysk w Rio de Janeiro przygotowywaliśmy się zgodnie z jego myślą szkoleniową i ideologią życiową. Mój ostatni olimpijski medal to także jego zasługa.

Medal tym cenniejszy, że zdobyty po takiej przerwie – ośmiu latach od ostatniego olimpijskiego podium. Wróciłaś na igrzyska w wielkim stylu. Mimo że po drodze tu, w kraju, musiałaś o siebie ostro walczyć. Dostałam informację, że nie będę miała finansowania z Polskiego Związku Kolarskiego. Słyszałam, że się mówi, że nie rokuję. Że Włoszczowska się już skończyła. Do dziś nie wiem, czy to dlatego straciłam finansowanie, ale całe życie miałam wsparcie i nagle je straciłam, akurat w momencie, kiedy wychodziłam z kontuzji.

Przyjęłaś to do wiadomości i… I za własne pieniądze pojechałam na zgrupowanie do Sierra Nevada i opłaciłam fizjoterapeutę. Trenowałam. A zaraz po tym, jak zdobyłam drugie miejsce w Pucharze Świata, odebrałam telefon z pytaniem, czy czegoś nie potrzebuję, i finansowanie wróciło.

Nie miałaś żalu? Miałam to gdzieś, chciałam trenować. I umówmy się – nie bez znaczenia było to, że mogłam pozwolić sobie, żeby kupić bilet na zgrupowanie, opłacić fizjoterapeutę. Wiem, że utalentowani sportowcy z wielu dyscyplin nie są w tak uprzywilejowanej pozycji. Już podczas studiów byłam w stanie się utrzymać. Jak miałam ochotę na lody i nie stać mnie było na magnum, kupowałam sobie big milka, ale nigdy nie miałam takiej sytuacji, żeby zostać zupełnie bez pieniędzy i musieć oprócz studiów i intensywnego trenowania jeszcze dodatkowo pracować. Z tej perspektywy łatwiej się mówi, że nie ma się żalu.

(Fot. Maria Eriksson) (Fot. Maria Eriksson)

„Nie podobało mi się to, że taką drogę wybiera. Moje obawy się potwierdziły – kiedy potem patrzyłam na życie sportowca z bliska, widziałam, jakie są jego koszty. Z mojego punktu widzenia bilans zysków i strat przemawiał na niekorzyść. Ale Majki nie dało się zatrzymać”. To słowa twojej mamy, które wyczytałam w twojej książce. To paradoks, bo jednocześnie o mamie mówisz, że wychowała cię na mistrza. Ona ma niesamowitą intuicję. Przed mistrzostwami świata, które wygrałam, wysłała mi SMS: „Możesz spać spokojnie”. Przed Pekinem przepowiedziała mi srebro. Z kolei przed wypadkiem miała niedobre przeczucie. Często jeździ ze mną na zawody, kibicuje. Nie jest typem matki, która się użala. Potrafi mnie pocieszyć, ale częściej słyszałam od niej: „Weź się w garść. Zamiast się mazać, pomyśl, jak rozwiązać problem”. Zresztą nie musiała tego mówić, swoją postawą życiową uczyła mnie takiego podejścia. Wiele jej zawdzięczam. Jej i całej rodzinie. Teraz mam już mojego mężczyznę, który mnie przywozi, zawozi, pomaga, ale przez lata robił to mój brat Michał. Taty było w moim życiu mniej, ponieważ rozstali się z mamą, kiedy byłam dzieckiem, ale mogłam na niego liczyć. Dużo w moje życie wniósł też partner mamy, czyli Krzysiek Zalewski, który teraz jest moim trenerem. Można powiedzieć, że jesteśmy sprawnie funkcjonującą ekipą. Mam szczęście, bo nigdy nie odczuwałam w domu presji. To kompletnie nie ten model, jaki się teraz często widuje. Rodzice zapisują dziecko do klubu i to im bardziej zależy, oni są bardziej zapaleni. Cisną, mają zawyżone ambicje. To ma nawet swoją nazwę – Komitet Oszalałych Rodziców. Mnie to nigdy nie spotkało.

Jaka byłaś w dzieciństwie? Poznałabym cię od razu na zdjęciach? Niekoniecznie. Byłam najpierw pampuchem, potem chudzielcem, potem w podstawówce przez jakiś czas znowu bardziej przy kości. Na pewno zawsze spędzałam dużo czasu na podwórku. Mój brat jest o trzy lata starszy, ganiałam z nim i z jego kolegami. W istotne bójki się może z nimi nie wdawałam, ale swoją szkołę na podwórku dostałam. Pamiętam też, że często zdarzało mi się wywracać. Na rowerze, w płetwach na molo na wakacjach.

Płakałaś? Wstawałam i ruszałam dalej. To może zbyt proste – że nauczyłam się nie poddawać wtedy, w dzieciństwie, jak zdzierałam sobie kolana, ale coś w tym jest. Poza tym lubiłam się uczyć.

Byłaś kujonką? Mogę chyba tak powiedzieć [śmiech]. Trochę to się zmieniło, jak zaczęłam jeździć na rowerze. Był jeden taki trudny moment – stwierdziłam, że nic więcej mnie nie interesuje. Nie idę na porządne studia, stawiam na rower.

To była twoja wersja młodzieńczego buntu? Coś w tym rodzaju. Mama straciła nade mną kontrolę. Nie to, żeby ją zawsze miała, ale miała chociaż poczucie, że ją ma, a wtedy straciła też to poczucie. Natomiast żebym chodziła na wagary albo ciągnęło mnie do używek, to nie. Może właśnie sport mnie przed tym uchronił? Odnalazłam sposób, żeby wyładować energię, która gromadzi się w tak młodym człowieku.

Ile czasu średnio spędzasz na wyjazdach? Gdybym wszystko zsumowała, wyszłoby, że ze dwa miesiące jestem w domu. Teraz nie ma mnie na przykład już od 11 tygodni. Przyjechałam ze zgrupowania prosto do Warszawy i mam ze sobą w walizce tylko ciuchy kolarskie i dresy. Te dżinsy i sweter, które włożyłam, to moje jedyne cywilne ciuchy, a będę tu trzy dni, chciałabym się normalnie ubrać. Poprosiłam Przemka, żeby coś mi przywiózł z Jeleniej Góry, tylko w ogóle zapomniałam, co mam w szafie. Nie byłam mu nawet w stanie wytłumaczyć, co mógłby wziąć.

Ludzie cię podziwiają, ale jednocześnie wielu z nich nie rozumie twojego poświęcenia. Znajomy dziennikarz sportowy powiedział kiedyś, że prowadzę klasztorne życie. Nie obraziłam się, miał rację. Mój typowy dzień wygląda tak, że wstaję, robię rozruch, jem śniadanie, odpisuję na mejle, jadę na trening, wracam, jem obiad, idę na drzemkę, budzę się, drugi trening, kolacja, odpisuję na mejle, czytam książkę, spać. Teoretycznie udałoby się znaleźć w tym grafiku trochę czasu, mogłabym gdzieś iść, ale jestem tak zmęczona po wysiłku fizycznym, że nie mam siły. Albo się boję, że coś złapię. Mam tak słaby układ odpornościowy, że wystarczy, że wyjdę gdzieś, gdzie jest dużo ludzi, i już jestem chora. Muszę na siebie chuchać i dmuchać, żeby utrzymać formę.

Twój partner jest pilotem rajdowym. Wie, co to wyścig, adrenalina. Dzięki temu wasz związek jest możliwy? Przemek [Zawada – przyp. red.] jest przede wszystkim mądrym życiowo człowiekiem, rozumiejącym potrzeby innych, dlatego jesteśmy razem. Karierę pilota rajdowego wyciszył, występuje w rajdach od czasu do czasu, natomiast kiedy zaczął się ze mną spotykać, zaraził się rowerem. Jak na amatora całkiem poważnie trenuje. To też na pewno pozwala mu lepiej mnie zrozumieć.

Kolarstwo to twoje życie? Nie przeraża mnie to stwierdzenie, mogę się pod nim podpisać. Co nie znaczy, że moje życie się skończy, jeśli skończę karierę sportową.

W jakim wieku idą na emeryturę rowerzyści górscy? Norweżka Gunn-Rita Dahle, która cały czas utrzymuje się w światowej czołówce, jest dokładnie dziesięć lat ode mnie starsza. Niemka Sabine Spitz – o 11 lub 12.

Pójdziesz w ich ślady? Nie. Mój deadline to igrzyska w Tokio. Prawdę mówiąc, zastanawiałam się, czy nie skończyć kariery już po tym ostatnim sezonie.

Bo? Jestem w tym wieku… Wróć! Jestem ciągle młoda, silna, więc wielu rzeczy chciałabym jeszcze spróbować. Kitesurfingu, wspinaczki…

Ty znowu o sporcie. A ja chciałabym wiedzieć, co robisz poza nim. Ostatnio wzięłam udział w TVN-owskim „Agencie”. Nagrania do programu wypadły akurat podczas przerwy między sezonami. Napisałam i wydałam właśnie książkę, zajmuję się organizacją wyścigu w Jeleniej Górze. Uprzedzę twoje pytanie, które pada praktycznie w każdym wywiadzie. Mam też w głowie hasło „rodzina”. Co nie znaczy, żebym czuła wielką potrzebę, silny instynkt macierzyński.

W tym kraju to odważna deklaracja. Jestem po prostu realistką. Do tej pory przez tyle lat było tak, że to wokół mnie wszyscy biegają, ułatwiają mi życie. To ja mam być wyspana, najedzona. Dba o to sztab ludzi. Co nie znaczy, że nie chcę mieć dzieci i że ich nie będę miała.

Medale medalami, a w Tour de France nie mogłabyś się ścigać. To kolarstwo szosowe, różni się od górskiego.

No i jesteś kobietą. Tak, to wyścig tylko dla mężczyzn. Zawodniczki szosowe walczą o swoje prawa, w tej chwili są już jakieś zalążki większych wyścigów dla kobiet, ale dysproporcja jest jednak olbrzymia. Inaczej niż w naszej dyscyplinie, gdzie mamy pełne równouprawnienie. Mamy takie same puchary świata – tego samego dnia. Są transmisje, te same nagrody. Świecimy przykładem. Jestem przedstawicielką zawodników w komisji MTB Międzynarodowej Unii Kolarskiej i jeżeli tylko gdzieś widać, że równouprawnienia nie ma, walczę, chociaż w przypadku kolarstwa górskiego do niewielu rzeczy można się przyczepić. Wyższe są tylko stawki kontraktów, ale to już sprawa rynku. Męskie zawody ogląda więcej widzów, więc sponsorzy są hojniejsi.

A dlaczego nie możecie się ścigać z mężczyznami? Mężczyźni podczas zawodów w tym samym czasie co my robią o jedno okrążenie więcej. To realne ograniczenia fizyczne, tego nie przeskoczymy. Nie ma najmniejszych szans, żebyśmy miały takie same osiągi. Mogę porywalizować co najwyżej z 18-letnim juniorem, choć już nie takim z podium. Panowie są szybsi i silniejsi.

Jak to w końcu jest – sport wyczynowy kształtuje charakter czy odwrotnie: musisz mieć mocny charakter, żeby zabrać się do zawodowstwa? Chyba jednak to drugie. Ale mocny charakter niezbędny jest przede wszystkim, żeby wytrwać. Łatwiej osiągnąć jeden dobry wynik niż utrzymywać się na wyższym poziomie przez wiele lat. To jest mój powód do dumy. Że od kilkunastu lat jestem stale w światowej czołówce. W top 5, w gorszych latach w top 10.

Przed tobą dopiero co rozpoczęty sezon, ale trzymam kciuki nie tylko za dobre starty. Czego ty sama byś sobie życzyła? Żeby się nigdy nie zestarzeć.

A z tych realnych marzeń? Żeby się fajnie zestarzeć. I nie poczuć, że coś mnie ominęło.

  1. Styl Życia

Co osłabia naszą witalną energię?

Fot. iStock
Fot. iStock
Czasem czujemy się tak, jakby opuściły nas siły witalne. Energia i chęć życia gdzieś uleciały, a my zostajemy pozbawieni radości i mocy do działania. Dlatego warto dbać o swoje energetyczne zasoby na co dzień.

Żeby móc skutecznie funkcjonować w świecie i jeszcze czerpać z życia przyjemność, potrzeba nam energii witalnej. Co najczęściej okrada nas z sił? Poniżej kilka przykładów.

 

Urazy

One, za sprawą stłumionych uczuć, które za nimi stoją, blokują mnóstwo życiowej energii. Jest ona zużywana na bronienie się przed przeżywaniem trudnych uczuć zamiast na coś konstruktywnego. Uwolnij starą energię na przykład pisząc listy do ludzi, wobec których żywisz urazę. Potraktuj to pisanie jak katharsis.

Bałagan

Chaos, nieporządek w domu, w biurze, w samochodzie, czy nawet komputerze sprawiają, że nasza energia jest rozproszona. Życie w harmonijnej przestrzeni, gdzie panuje ład, wycisza, daje jasność myślenia i pomaga w gromadzeniu witalnej energii.

Toksyczni ludzie

Nic bardziej nie osłabia jak towarzystwo ludzi, którzy ci źle życzą, narzekają, marudzą, krytykują czy są pełni agresji. Bilans takiego spotkania jest zawsze ujemny. Dbaj o dobór towarzystwa.

Telefon komórkowy używany w nadmiarze

Zwłaszcza wieczorem staraj się nie rozmawiać przez telefon komórkowy. Obniża on fale alfa w mózgu, które są potrzebne, żebyśmy się zrelaksowali. A najlepiej w ogóle używaj go tylko wtedy, kiedy jest to konieczne.

Niewystarczająca ilość snu

Siedem do ośmiu godzin snu w nocy jest nam potrzebne, żeby dobrze funkcjonować. Jedna źle przespana noc to ubytek energii, którą trzeba odbudowywać przez 3 dni.

Życie w stresie

To nasz wróg numer jeden. Jeśli nie nauczysz się go rozładowywać ćwiczeniami fizycznymi, medytacją, jogą czy innym dobrym dla ciebie sposobem, większość twojej energii życiowej będzie zaangażowana w niwelowanie jego skutków. A ty będziesz tracić siły i zdrowie.

Samokrytyka

Zwróć uwagę na swój wewnętrzny dialog, na to, jakie słowa do siebie wypowiadasz. Jeśli są one krytyczne, ranisz siebie a twoja energia potrzebna, by realizować swój potencjał, maleje.

Niedokończone sprawy

Zwłaszcza te, które ciągną się miesiącami albo nawet latami. Niewygodne, nieprzyjemne, budzące lęk. To może być trudna rozmowa, porządki w garażu, ostateczne rozstanie się z kimś, sprawy urzędowe. Gdy się nie mierzysz z tematem, więzisz energię, którą mogłabyś wykorzystać na coś bardziej kreatywnego i przyjemnego. Na krok do przodu.

  1. Styl Życia

Dobra energia w domu - jak ją wprowadzić?

Materialne przedmioty, którymi się otaczamy, mogą wywoływać niematerialne poczucie radości. Ich widok może sprawiać nam estetyczną przyjemność, a filozofowie i psychologowie od wieków uczą, że prawdziwego szczęścia szukać należy we własnym wnętrzu. (Fot. iStock)
Materialne przedmioty, którymi się otaczamy, mogą wywoływać niematerialne poczucie radości. Ich widok może sprawiać nam estetyczną przyjemność, a filozofowie i psychologowie od wieków uczą, że prawdziwego szczęścia szukać należy we własnym wnętrzu. (Fot. iStock)
Kiedy patrzymy na coś, co nam się podoba, otwieramy szerzej oczy, nasze rysy łagodnieją, pojawia się też rodzaj przyjemnego zaciekawienia. A to tylko jeden ze sposobów, w jaki rzeczy, którymi się otaczamy, są w stanie oddziaływać na nasz stan ducha.

Czy materialne przedmioty, którymi się otaczamy, mogą wywoływać niematerialne poczucie radości? Oczywiście, ich widok może sprawiać nam czysto estetyczną przyjemność, ale przecież filozofowie i psychologowie od wieków uczą, że prawdziwego szczęścia szukać należy we własnym wnętrzu. Jak przekonuje jednak Ingrid Fetell Lee, projektantka wnętrz i autorka książki „Joyful. Zaprojektuj radość w swoim otoczeniu”, za pomocą przedmiotów warto kreować sytuacje, w których możemy tę radość łatwiej w sobie odnaleźć – tak jak wtedy, gdy patrzymy na bukiet świeżo zerwanych kwiatów, gdy siedzimy przy kawiarnianym stoliku skąpanym w ciepłych słonecznych promieniach lub wieszamy na choince migoczące świąteczne ozdoby. W sposób szczególny powinniśmy zaś przyjrzeć się przedmiotom w najbliższym otoczeniu, czyli w domu. Doskonałą okazją ku temu jest remont bądź przemeblowanie.

Z całą pewnością znasz remontowe porzekadło, wedle którego pierwszy dom buduje się dla wroga, drugi – dla przyjaciela, a trzeci – dla siebie. Na urządzanie wnętrz w sposób niedający nam radości szkoda jednak czasu i pieniędzy. Przystępując do ich projektowania, warto przyjrzeć się kilku prostym mechanizmom, których znajomość pozwoli wpuścić do codziennego życia więcej wesołości i beztroski. Obok długotrwałego efektu w najbliższym otoczeniu dodatkową przyjemność da nam poczucie sprawczości, które stanie się naszym udziałem poprzez świadome zastosowanie pewnych zasad w praktyce. Mechanizmy, którymi rządzi się przestrzeń i zebrane w niej przedmioty, autorka „Joyful” podzieliła na 10 kategorii.

Energia

Energia jest w wielu wypadkach synonimem radości. Kojarzy się ze wszystkim, co żywe, kolorowe, jasne i ciepłe. Nic dziwnego, że jej odczuwanie doskonale stymulują przede wszystkim nasycone barwy. Przypomnij sobie, jak wiele radości daje ci wizyta w galerii sztuki, podziwianie murali w odwiedzanym mieście albo zabawa w paintball! Intensywne, jaskrawe kolory warto wprowadzić także do naszej codziennej przestrzeni – jeśli nie na dużych powierzchniach, to przynajmniej w formie niewielkich plam i akcentów (idealnie nadają się do tego wszelkie dekoracyjne dodatki, jak poduszki, kapy, obrazy). Szczególnie polecana jest kojarzona ze słońcem barwa żółta, zaś dobrym tłem dla innych kolorów będzie czysta biel. Lepiej natomiast unikać beżów i szarości.

Kolejnym istotnym elementem dodającym energii jest naturalne światło oraz, w wypadku jego braku, dynamiczne sztuczne oświetlenie jak najlepiej imitujące promienie słoneczne.

Obfitość

Nasze zamiłowanie do obfitości odziedziczyliśmy po dalekich przodkach. Miejsca pełne bujnej roślinności, z żyzną glebą, odpowiednio nawodnione i zamieszkane przez rozmaite gatunki zwierząt – kojarzyły im się z poczuciem bezpieczeństwa i dawały perspektywę łatwiejszego przetrwania. Dziś obfitość kojarzymy raczej z nadmiarem. Jak w rozmowie z SENSem podkreślała jednak Katarzyna Kędzierska, propagatorka minimalizmu, wyrzeczenie się nadmiaru nie oznacza zgody na „zbyt mało”, a raczej na „tyle, ile trzeba”. Podobnie interpretuje obfitość Ingrid Fetell Lee, dla której nie stanowi ona synonimu przesytu, a raczej różnorodności i pobudzenia wszystkich zmysłów. Jak poczuć obfitość w kreowanej przez siebie przestrzeni? Przede wszystkim przez warstwowość, którą stosować można w doborze tkanin (modne szczególnie w stylu boho układanie na sobie kilku dywanów czy narzut) oraz przez wykorzystanie rozmaitych faktur i wzorów. Aby zapewnić sobie prawdziwą stymulację sensoryczną, wybierajmy sprzęty o ciekawych teksturach, wykonane z użyciem rzemieślniczych materiałów (puchate dywany, nieszlifowane drewno, naturalny kamień, tkaniny o nietypowym splocie).

Wolność i odnowa

Beztroska w działaniu, otwarta przestrzeń, brak ograniczeń, swoboda ruchu i oddechu – oto najważniejsze skojarzenia z wolnością. Odczuwamy ją, przebywając na plaży, rozległej łące, w dzikich górach, ale także wtedy, kiedy nosimy luźną, wygodną odzież, biegamy boso po piasku i uprawiamy sport na świeżym powietrzu. Odczucia, które stają się wówczas naszym udziałem, możemy odtworzyć także w przestrzeni mieszkalnej: unikając dużych, ciężkich i ciemnych mebli oraz syntetycznych materiałów; instalując w domu huśtawki, hamaki i zjeżdżalnie, dające przyjemne wrażenie powrotu do beztroski dzieciństwa; wprowadzając do wnętrz naturalną roślinność w postaci kwiatów doniczkowych lub, jeśli to tylko możliwe, uprawiając chociaż niewielki ogródek, na przykład na balkonie. Kontakt z przyrodą, który sobie w ten sposób zapewnimy, jest też ważną składową kolejnej stworzonej przez Lee kategorii: odnowy, kojarzonej z odrodzeniem, przywróceniem sił i naturalną witalnością.

Harmonia

Wielu z nas, a szczególnie osoby wysoko wrażliwe, ma problemy ze skupieniem, relaksem i odczuwaniem szeroko pojętego dobrostanu w miejscach zabałaganionych. Znacznie lepiej czują się w przestrzeniach dobrze zorganizowanych, funkcjonalnych, opartych na symetrii, nieprzeładowanych przedmiotami, które ułożone są zgodnie ze swoim przeznaczeniem lub w przemyślanych konfiguracjach geometrycznych. Z tego właśnie powodu, bez względu na stosunek do religii i historycznych zawieruch, zwykle uspokajają nas wizyty w antycznych świątyniach, kościołach i klasycznych willach; najwięksi sceptycy nie odmawiają racji bytu wiekowym chińskim praktykom feng shui, a poradniki specjalistki od sprzątania Marie Kondo biją rekordy popularności. Wprowadzanie harmonii do wnętrza oznacza przede wszystkim symetrię.

Podobne przedmioty warto łączyć w grupy lub multiplikować przy użyciu luster; kolory i wzory – koordynować tak, aby połączyć je w zbiory. Dobrym pomysłem jest też zadbanie o jednolitość szczegółów – czy będą to jednakowe wieszaki w szafach, jednokolorowe pinezki na korkowej tablicy czy jeden kolor metalu, z którego wykonane są uchwyty do szaf w całym mieszkaniu.

Zabawa i zaskoczenie

Okrywanie wewnętrznego dziecka w sobie to od wielu lat jeden z głównych postulatów wysuwanych przez psychologów. Wśród inspirujących do zabawy elementów jest nostalgia: przywołanie poczucia bezpieczeństwa i niefrasobliwości odczuwanej w dzieciństwie. Kształtem, który najpełniej symbolizuje ten okres, jest koło. Od karuzeli po hula-hoop, od balonu po piłkę, kręgi i kuliste formy zdają się być wpisane w historię beztroskiej zabawy od tysiącleci. Ich przeciwieństwem są „dorosłe” kąty i kanty, kojarzone z dyscypliną i rygorem – jak pisze Lee, na kanciaste przedmioty podświadomie reagujemy niepokojem. Projektując przestrzeń, warto wprowadzić do niej formy koliste i faliste, a także inne elementy kojarzone z zabawą, jak frędzle, pompony, tkaniny w grochy. Można także rozważyć komponenty humorystyczne: zaskakujące rzeźby czy grafiki albo pojedyncze dodatki na pierwszy rzut oka niepasujące do reszty, stanowiące swego rodzaju puszczenie oka do naszych gości oraz do nas samych.

Blisko stąd do kolejnej kategorii, bezpośrednio związanej z ludycznością, mianowicie do zaskoczenia. Większość z nas bardzo lubi przyjemne niespodzianki. Dlaczego nie wprowadzić ich do własnego domu? Co powiesz na piękny, kolorowy i pachnący papier do wykładania zupełnie zwykłych szuflad, który cieszy zmysły przy każdym sięgnięciu po parę skarpetek?  Rolę niespodzianki spełniać może też kontrast formy czy koloru, zabawa proporcją i skalą, ale także np. element niedoskonały, jak specjalnie postarzona ściana czy widoczne ślady po naprawie jakiegoś przedmiotu, znane doskonale miłośnikom filozofii wabi-sabi.

Transcendencja

Słowo „lekkość”, którego Lee używa poniekąd zamiennie z transcendencją, stało się ostatnio niezwykle modne. Używa się go wszędzie tam, gdzie mowa o szczęściu i szeroko pojmowanym odnoszeniu sukcesu. Lekkie jest to, co przychodzi nam naturalnie, w sposób niewymuszony, nie jest okupione nadmiernym wysiłkiem i dodaje poczucia radości i zadowolenia. Co ciekawe, sposób, w jaki odczuwamy i pojmujemy emocje, związany jest z osią pionową. Przykładowo, uśmiech wygina nasze usta ku górze, a wysokie poczucie własnej wartości każe nosić uniesioną głowę; brwi marszczymy zaś ku dołowi i w ten sam sposób załamujemy ręce. W większości przypadków – co widać także w naszym języku – kierunek ku górze jest synonimem tego, co pozytywne. Dobro podnosi nas na duchu, dodaje skrzydeł, sprawia, że czujemy się wniebowzięci albo w siódmym niebie. W przestrzeni lekkość i transcendencję symbolizują jasne kolory w tonacji nieba, duże wolne płaszczyzny pionowe (np. ściany pomalowane na ulubiony kolor, ale pozbawione obrazów czy plakatów), elementy przezroczyste, dekoracje mocowane na suficie (np. wiszące doniczki z kwiatami, ozdobne żyrandole), powietrze i naturalne światło.

Magia

Światło pojawia się w wielu kategoriach wyodrębnionych przez autorkę „Joyful”. Jest również podstawą przestrzennej magii, wyrażanej przez wszystko to, co błyszczące, fluorescencyjne, pryzmatyczne, nieuchwytne. Także w jej wypadku po raz kolejny dostarczamy bodźców naszemu wewnętrznemu dziecku oraz tej części naszego jestestwa, które tęskni za zjawiskami przyrody uważanymi kiedyś za tajemnicze, jak mgła, wiatr czy energia geotermalna. Element magii wprowadzą do przestrzeni opalizujące tkaniny, lustra, fantazyjne przedmioty szklane i wydające kojące dźwięki wietrzne dzwonki.

Świętowanie

Jednym z momentów, podczas których większość osób odczuwa radość i przyjemne podekscytowanie, są święta i rodzinne uroczystości, łączące się ze sferą sacrum – przestrzenią wyjątkową, odmienną od codziennej, przepełnioną podniosłą atmosferą, ale także bliskością drugiego człowieka. Aby w jakimś wymiarze odwzorować świąteczny nastrój we wnętrzu, warto zadbać o jego kameralność i przytulność, a także łatwość międzyludzkiej komunikacji – czy to przy wygodnym stole, wręcz stworzonym do gromadnego biesiadowania, czy poprzez wprowadzenie tzw. punktu centralnego, wokół którego skupiać się będzie uwaga wchodzących, jak np. kominek, otoczony fotelami stolik kawowy w salonie albo szemrząca fontanna w ogrodzie.

Zmiana w pięciu krokach

  1. Wybierz maksymalnie trzy kategorie, które najbardziej do ciebie przemawiają, np. obfitość (tapety, warstwy tkanin), wolność (rośliny, huśtawka), harmonia (symetria, grupy podobnych przedmiotów).
  2. Wypisz kategorie dodatkowe, które również chciałbyś zawrzeć we wnętrzu – dlatego, że ci się podobają, albo dlatego, że już je masz, np. okrągły stolik kawowy (zabawa) czy plamy kolorów (energia).
  3. Zastanów się, jak połączyć je w unikatowy, tylko tobie właściwy sposób. Spróbuj wypisać około pięciu pomysłów, np. tapeta + motywy roślinne = tapeta z motywem dżungli; plamy kolorów + huśtawka = huśtawka pomalowana na jaskrawą czerwień.
  4. Z wypisanych kombinacji spróbuj wyciągnąć wspólne hasło – łączący je temat, który określisz jednym lub dwoma zdaniami, np. „Radość w dżungli”.
  5. Sporządź listę przedmiotów, które musisz dodać do wnętrza – wypisz, co musisz w nim zmienić, aby dostosować je do swojej nowej wizji, oraz co powinno je opuścić.
Więcej w książce: „Joyful. Zaprojektuj radość w swoim otoczeniu” I.F. Lee, wyd. Feeria

„Joyful. Zaprojektuj radość w swoim otoczeniu” I.F. Lee, wyd. Feeria„Joyful. Zaprojektuj radość w swoim otoczeniu” I.F. Lee, wyd. Feeria