1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Radość to nasze wewnętrzne paliwo. Rozmowa z Piotrem Bielskim -  instruktorem jogi śmiechu

Radość to nasze wewnętrzne paliwo. Rozmowa z Piotrem Bielskim -  instruktorem jogi śmiechu

Piotr Bielski: „Śmiech jest środkiem, a nie celem. Środkiem do tego, by się rozluźnić, poprawić zdrowie, poprawić myślenie o sobie, zmienić swoje zakorzenione przekonania, przestawić na bardziej pozytywne.”
Piotr Bielski: „Śmiech jest środkiem, a nie celem. Środkiem do tego, by się rozluźnić, poprawić zdrowie, poprawić myślenie o sobie, zmienić swoje zakorzenione przekonania, przestawić na bardziej pozytywne.”

Książka ma tytuł „Życie na lekko. O tym, jak radośnie być sobą!”. To właściwie zbiór przypowieści. Obrazków z codzienności, ukazujących sprawy wielkie, poważne, głębokie – i te zwykłe, prozaiczne. A z każdej wynika… radość. Piotr Bielski, który wprowadzał do Polski jogę śmiechu, pokazuje nam, jak z każdej sytuacji wyłuskać ziarenko pogody ducha. Jak znaleźć w sobie optymizm.

Czy dla pana szklanka była zawsze do połowy pełna? Nie wiem, czy znaleźlibyśmy takiego człowieka na Ziemi, dla którego szklanka zawsze jest tylko pełna, nigdy pusta. Ja na pewno nim nie jestem. Urodziłem się w Polsce, tu odebrałem normalną edukację ze wszystkimi jej „mądrościami”: że z motyką na słońce nie ma co, nie wychylaj się, siedź w kącie, a znajdą cię itd. Dostałem cały pakiet polskiego DNA, w którym szklanka jest raczej pusta. Ale coś we mnie mówiło, że to nie do końca tak, że dużo zależy ode mnie, że mamy moc decydowania, jak to nasze życie będzie wyglądać, czy będzie szczęśliwe czy nie – i że da się rozpocząć z nim radosny taniec, cieszyć się tym, co się pojawia, robić jak najlepszy użytek z tego, co nas spotka. A jak się trafi bezsenna noc, a mnie się takie trafiają, bo czasem jestem tak nakręcony pisaniem i moimi projektami, że nie idzie zasnąć, to robię coś fajnego, na przykład piszę tekst do nowej książki. Miałem w życiu taki okres, że robiłem z tego dramat. Nie mogę zasnąć, jej, co to będzie, jutro będę nieprzytomny. Ale nauczyłem się nie wchodzić w to koło natrętnych myśli, które tylko pogłębiają negatywny stan emocjonalny. Dziś mam świadomość, że jedyne, nad czym mamy kontrolę, to nasz stosunek emocjonalny do różnych spraw – i to jest bardzo dużo. Naprawdę się tym bawię. Staram się robić najlepszy użytek z tego, co przychodzi. Nawet jak się pojawi jakiś duży rachunek do zapłacenia, to znaczy, że zaraz na pewno pojawi się jakiś duży przelew, który to wyrówna. W mojej książce jest na przykład opowieść o tym, jak zepsuł mi się samochód. To nigdy nie jest specjalnie przyjemne. Ale zepsuł mi się w najlepszym możliwym miejscu, bo blisko warsztatu – o, i to już jest super!

Mówi pan, że miał pan zawsze poczucie, że można patrzeć na świat inaczej. A czy zdarzyło się coś, co zdecydowanie pchnęło pana na drogę jogi śmiechu? Myślę, że, paradoksalnie, przełomowe było odejście mojego ojca. Choroba nowotworowa, operacje przerzuty – nie było to łatwe. Ale kiedy tata odszedł, pojawił się we mnie spokój, poczucie, że jest ze mną, że mnie wspiera, że pojawia się jakaś nowa przestrzeń, nowy rodzaj myślenia i bycia. Niedługo potem spotkałem moją żonę Anetę – wtedy przyszła do mnie ogromna porcja optymizmu. I zaraz, na początku 2013 roku, była podróż do Indii – tam się oświadczyłem i zrobiłem kurs instruktorski jogi śmiechu, która jest dla mnie bardzo ważna w tym myśleniu pozytywnym, w śmianiu się z wyzwań, z którymi się na co dzień spotykamy, typu rachunki czy uliczne korki. A jednocześnie same Indie i joga śmiechu dały mi wielką przestrzeń spokoju i zaufania. Czasem wydaje się, że nie widać nadziei, że będzie ciężko, ale ja teraz wiem, że to tylko moja myśl, nie coś, co nieuchronnie mnie spotka. To, że w ciągu tych ośmiu lat spędziłem tysiące godzin śmiejąc się z ludźmi z całej Polski – od top menedżerów z korporacji, przez dzieciaki, seniorów, pacjentów onkologicznych, sprawiło, że zmieniła się nie tylko moja psychologia, ale i chemia mojego organizmu, więcej jest teraz tych pozytywnych hormonów, hormonów radości.

Samo to, że wybrał pan jogę śmiechu oznacza, że gdzieś głęboko był pan na to gotowy. Bo to chyba nie dla każdego… Myślę, że mój wybór był efektem umiejętności słuchania siebie, swoich wewnętrznych mikroradości. Przed wyprawą do Indii szukałem ciekawych inspiracji, co tam można zobaczyć, o czym zrobić reportaż (wtedy byłem jeszcze dziennikarzem). I znajomy powiedział mi o jodze śmiechu. Pamiętam, jaka radość się we mnie wtedy pojawiła, chciałem wstać od biurka, biegać, skakać, cieszyć się jak dziecko. I tego posłuchałem. Potem oczywiście pojawił się we mnie głosik dorosłego: kurczę, to jednak daleko, drogo, sama podróż kosztuje, a jeszcze koszt kursu, nie stać cię, zrobiłeś już sto kursów i zobacz, w jakim miejscu życia jesteś… Bo akurat musiałem pożegnać się z pracą. Ale szybko okazało się, że to wszystko było potrzebne, bo ta praca była niby w porządku, ale nie do końca, nie zachwycała, pojawiło się więc więcej czasu, mogłem zostać dłużej w Indiach, odwiedzić twórcę jogi śmiechu, dr Madana Katarię, zrobić z nim wywiad, kurs, odwiedzić liczne kluby jogi śmiechu.

Warto słuchać siebie. Warto. Dziś na przykład ogłosiłem na Facebooku start mojego i mojego przyjaciela projektu „Męska przestrzeń braterska”. To też coś, co do mnie przyszło: że chciałbym wspierać mężczyzn, bo im jest trudniej mówić o emocjach, widzę to na moich warsztatach, tam 80 procent uczestników to kobiety. A dziś w nocy przyśnił mi się mój przyjaciel Robert Ruszkiewicz, również autor pięknych książek, uznałem to za znak, że nie ma co dłużej czekać, napisałem więc, że zaczynamy. Są ludzie, którzy pukają się w głowę, jak tak można, wszystko musi być dopięte, wpisane w kalendarz i Excel. A ja kiedy czuję, że jest energia, że uwaga mojej świadomej i nieświadomej części jest na coś skierowana, to za tym idę. I nigdy decyzji podjętych z zaufania sobie samemu nie żałowałem.

Medycyna dziś nie ma wątpliwości, że śmiech jest nam potrzebny. Że człowiek smutny czuje się gorzej, gorzej walczy z chorobami, z kolei ludzie nastawieni optymistycznie do życia są zdrowsi i odporniejsi. Ale czy wesołość wywołana „na rozkaz”, sztucznie, niepochodząca z naszego wnętrza, jest, mówiąc kolokwialnie, „tyle samo warta” jak ta, którą w sobie nosimy? Fajnie, że pani zapytała, bo mam szansę rozwiać pani i może czytelników wątpliwości. Żaden człowiek nie lubi sztuczności. Ja też nie – może z wyjątkiem sztucznych futer, bo oszczędzają cierpienia zwierzętom, choć sam ich nie noszę, jako mors nie muszę. W mojej książce pewnie też to widać – nie można mi zarzucić sztuczności, raczej może nadmierne obnażanie się, pokazywanie mojego intymnego świata. Faktycznie dr Madan Kataria rzuca hasło: fake it until you make it!, czyli wydobywaj z siebie śmiech, może nawet sztuczny, w pewnym momencie to zatrybi i zacznie działać. Ja osiem lat się zajmuję tą metodą i dużo rzeczy pozmieniałem. Dążę na moich zajęciach do tego, żeby ludzie poczuli się dobrze, bezpiecznie, robię, co mogę, żeby iść w stronę spontaniczności, naturalnej radości.  Sztuczności i wszelkiego rodzaju „fejków” mamy dość chyba wszyscy. Czasami myślimy, że nie widać w naszym życiu powodów do radości, ale spróbujmy, dajmy sobie szansę. Może nawet śmiech wywołany na zasadzie ćwiczenia będzie znakiem, że chcę walczyć o swoje życie. Korzystam z tego, co może dać terapia śmiechem, joga śmiechu, choć w tej chwili mam poczucie, że jestem w trakcie tworzenia nowej metody, która z tradycyjnej jogi śmiechu korzysta, ale jest w niej więcej spontaniczności i radości naturalnej.

Śmiech działa na mózg – ale kiedy zrobiono badania, okazało się, że obraz mózgu podczas śmiechu spontanicznego wygląda inaczej niż w trakcie tego wymuszonego, inne obszary są aktywne. Czy to ma znaczenie? Odpowiem porównaniem motoryzacyjnym. Teraz popularne są u nas samochody na gaz. Ale żeby samochód ruszył, potrzebny jest zapłon benzynowy, dopiero wtedy auto przechodzi na gaz. I ja dążę do tego, żeby ten śmiech sztuczny, wywoływany, był tylko zapłonem, żebyśmy zaraz przeskakiwali na ten naturalny, płynący ze środka. Radość, lekkość, naturalny śmiech to nasze wewnętrzne paliwo, ale faktycznie trzeba najpierw iskry, żeby wejść na te obroty. Tu pomaga praktyka, grupa, doświadczony instruktor, jest już nas trochę.

Czyli kiedy pracuje pan z ludźmi, dąży pan do tego, żeby czuli radość naprawdę, a nie jedynie wykonywali gesty, które o radości świadczą? Oczywiście! Chcę, żebyśmy byli sobą, byli naturalni. Niedawno prowadziłem warsztaty online dla dużej firmy. Ponad sto osób, ale ja ich nie widzę. Kamerki wyłączone. Pewnie, to z jednej strony fajne, możemy być w piżamach, bez makijażu, nie musimy się pokazywać kolegom i koleżankom z pracy, szefowie nas nie oglądają, online – wielka zdobycz ludzkości. Tak do tego podchodzę. Ale z drugiej strony –  jakby tak się wczuć w rolę prowadzącego, który chce nawiązać kontakt z grupą, to nie ma on lekko. Powiedziałem im: macie taki komfort, żeby się schować, ja jestem przygotowany, mogę robić teraz one man show, będę pokazywał ćwiczenia, gadał, rozbawiał was, ale będzie mi raźniej, jeśli choć część z was się otworzy, pokaże. I może innych to ośmieli – że nie tylko taki jeden pozytywny wariat się produkuje, ale że ludzie, których znają, też to robią. I faktycznie – najpierw kilka osób włączyło kamerki, potem dołączali inni, poczuli, że to bezpieczna przestrzeń, zaczęli zapraszać swoje dzieci, sadzać je sobie na kolanach. Ja też zawołałem moją córkę przedszkolaczkę, Rozalka pokazała parę ćwiczeń, atmosfera zrobiła się super, ludzie mówili, że po raz pierwszy od dawna mogą odetchnąć. Powiedziałem, że może to czas, żebyśmy docenili to, co mamy – jest poniedziałek, 11 rano, a tylu ojców i matek może trzymać swoje dzieciaki na kolanach i razem z nimi coś fajnego robić, będąc jednocześnie w pracy. Wcześniej nie było to możliwe. Oczywiście wszyscy wiemy, jakie są uciążliwości tych obostrzeń, ale to taki mój dar: pokazywanie pełnej szklanki.

Kiedyś pod hasłem „joga śmiechu” wyobrażałam sobie ludzi siedzących w kręgu i na rozkaz prowadzącego wybuchających śmiechem… No nie, to byłaby tortura!

Czyli nie o sam śmiech chodzi, ale i o odnajdywanie w codzienności powodów do zadowolenia, wewnętrznej akceptacji? Śmiech jest środkiem, a nie celem. Środkiem do tego, by się rozluźnić, poprawić zdrowie, poprawić myślenie o sobie, zmienić swoje zakorzenione przekonania, zaktualizować je, przestawić na bardziej pozytywne. Ale to metoda wielopoziomowa, chodzi o szeroko rozumiany rozwój osobisty, o lepsze samopoczucie i przez to większą skuteczność w życiu, kreatywność, radość. Mamy też ćwiczenia oddechowe, trochę ruchu, tańca, przyjaznego nawet dla tych, którzy nie mają wielkiego doświadczenia na parkiecie. To też przestrzeń na szukanie różnych dróg do śmiechu, radości, eksploracji siebie.

Praca z nawykami jest trudna. A sposób myślenia o życiu jest też przecież pewnego rodzaju nawykiem. Kiedy patrzę rano przez okno i widzę, że pada deszcz, myślę: o nie, to będzie okropny dzień. A pan pewnie raczej: dobrze, że pada, bo ziemia potrzebuje deszczu, a poza tym może po południu wyjrzy słońce? Zdecydowanie! Nawet idę dalej. Teraz mieszkam sobie w pięknej miejscowości w lesie sosnowym – i kiedy pada deszcz, a nawet leje, zdarza mi się wyjść z dzieciakami, chłonąć go, cieszyć się nim, dać się całemu zmoczyć, mieć radość z mokrych włosów, mokrych ubrań, potem w domu wrzucić te ubrania do pralki i czuć cudowne odświeżenie.

Takie nawykowe myślenie o życiu można zmienić, wypracować? Tak, a najlepsze jest doświadczenie. Nie tylko książki i nawet nie tylko warsztaty. Bo jest duża różnica między myśleniem o deszczu a odczuciem tego deszczu na własnej, dosłownie, skórze. I doświadczeniem płynącej z tego radości.

Kiedy zaczęłam czytać pana książkę, przyznam, że po paru rozdziałach byłam zirytowana tym optymizmem. Ale czytałam dalej i w końcu zaczęłam żałować, że się skończyło. Bo jest w tym coś, co się udziela. Fajnie, że dała mi pani szansę. Wiele osób by się zniechęciło, bo pierwsze wrażenie często decyduje. Ja jestem daleki od bycia kaznodzieją, który mówi ludziom, jak mają żyć. Opowiadam tylko o swoich doświadczeniach, o tym, co mi pomogło, czasem tylko na końcu stawiam pytanie: a jak u ciebie? Mam głęboki szacunek do świata, do drugiego człowieka, wiadomo, że pewne rzeczy nie są dla wszystkich, każdy musi znaleźć swoją drogę. Ale mam poczucie, że jeśli pokażę, co mi pomogło, to będzie wspierające, pokaże innym, jak sięgać po radość.

Prowadzi pan warsztaty, spotykacie się, na żywo albo online, potem kolejna grupa, i następna. Czy dostaje pan informację zwrotną? Odzywają się ludzie: wtedy mi pan pomógł, coś się zmieniło, jest inaczej, lepiej? Oczywiście. Nawet dziś rano rozmawiałem online z dziewczynami, które skończyły mój kurs, są ze sobą w kontakcie, ze mną też. Widzę, że u nich to „pracuje”, rozwijają się, idą dalej.

Chciałbym też rozbić mit, że joga śmiechu jest tylko dla „smutasów”, dla ludzi w ekstremalnym stresie itd. Mój typowy klient, a właściwie klientka, to kobieta około czterdziestki lub trochę starsza, która uśmiecha się częściej niż średnia krajowa, próbowała już różnych rzeczy, często pracy w korporacji, wie, czego nie chce, szuka nowego pomysłu na siebie. Joga śmiechu to często doskonałe uzupełnienie, można w ten sposób pracować z ludźmi, prowadzić kursy i warsztaty i na tym zarabiać. Ale można też po prostu ładować swoje akumulatory, mieć ciekawość dziecka w odkrywaniu świata. Teraz, kiedy z panią rozmawiam, siedzę sobie nad rzeką i zastanawiam się, co jest za zakrętem. Kiedy skończymy, pójdę sprawdzić. Oczywiście nie chodzi o to, żeby się bezrefleksyjnie ze wszystkiego cieszyć, nie zawsze też jest idealnie, zdarzają się kryzysy, mnie raz na jakiś czas też, ale te kryzysy już mnie nie przewracają, szybko z nich wychodzę – wzmocniony.

W rodzinie też praktykujecie jogę śmiechu? Jasne. Moja żona tak jak ja zapaliła się do tego pomysłu. Ma też dar naturalnego śmiechu i wielką charyzmę. Pojechała ze mną do Indii, ma międzynarodowe instruktorskie uprawnienia. I dzieciaki to łapią, widzą, że rodzice się tym zajmują, więc automatycznie uznały, że to ciekawe i fajne. Rozalka, moja pięcioletnia córeczka, po raz pierwszy była na warsztatach jeszcze w brzuchu mamy, potem znowu, kiedy miała ledwie parę miesięcy, w nosidełku, aż zaczęła bywać na własnych nogach. Dla niej słowo „praca” znaczyło „śmiech”. Jak tata idzie do pracy, to znaczy, że będzie się śmiał. Mówiła: „czas na pracę” i pokazywała ćwiczenia jogi śmiechu. Tak w naturalny sposób buduje się w dziecku pozytywne skojarzenia.

Piotr Bielski www.joginsmiechu.pl, Facebook: Jogin Śmiechu,

Książka „Życie na lekko. O tym, jak radośnie być sobą”, Wyd. Sensus Książka „Życie na lekko. O tym, jak radośnie być sobą”, Wyd. Sensus

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Codziennie dobre życie - praktyki, które pomogą być w harmonii ze swoim ciałem i emocjami

Wszystko, czego potrzebujemy, by być w harmonii ze swoim ciałem i emocjami, mamy w sobie i zawsze przy sobie. (Fot. iStock)
Wszystko, czego potrzebujemy, by być w harmonii ze swoim ciałem i emocjami, mamy w sobie i zawsze przy sobie. (Fot. iStock)
Wszystko, czego potrzebujemy, by być w harmonii ze swoim ciałem i emocjami, mamy w sobie i zawsze przy sobie – twierdzi Diana Poteralska-Łyżnik, założycielka Good Life Academy. Katarzyna Droga wybrała się do niej po praktyki, które można wprowadzić do swojej codzienności bez długotrwałych sesji i treningów. Może skorzystasz?

Wszystko, czego potrzebujemy, by być w harmonii ze swoim ciałem i emocjami, mamy w sobie i zawsze przy sobie – twierdzi Diana Poteralska-Łyżnik, założycielka Good Life Academy. Katarzyna Droga wybrała się do niej po praktyki, które można wprowadzić do swojej codzienności bez długotrwałych sesji i treningów. Może skorzystasz?

Przyznaję, że odkąd przeniosłam się na wieś, jestem o wiele bliżej życiowej harmonii, niż kiedy mieszkałam, pracowałam, a głównie stałam w korkach w wielkim mieście. A jednak: stresy i lęki, ale też napięcia w ciele i inne dolegliwości najwyraźniej nie zależą od miejsca zamieszkania. Na szczęście na wszystko są sposoby – jak uspokaja mnie Diana Poteralska-Łyżnik, założycielka centrum terapii holistycznych Good Life Academy w Warszawie.

Diana pracowała wiele lat w korporacjach, ale już wówczas pociągały ją zdrowy styl życia, wschodnie filozofie i szamanizm. Teraz inspiruje do rozwoju inne kobiety. W Good Life Academy można znaleźć wiele aktywności: jogę, TRE, masaże, gimnastykę słowiańską, warsztaty czy kręgi kobiet. Ja przyszłam tu po zastrzyk energii i sporą dawkę spokoju. Wszystkie techniki, które poznałam, działają szybko, a zajmują kilka minut.

Po pierwsze: Pauza dla umysłu

Dowiaduję się, że aby uspokoić galopujące myśli o sprawach bieżących, wcale nie muszę odcinać się od świata. Że medytacja, której rygoru się obawiam, niekoniecznie jest tak wymagająca. – Na przykład mindfulness polega na tym, że właśnie jesteśmy zanurzeni w świecie zewnętrznym, dostrzegamy wszystkie odgłosy, jakie z niego płyną – mówi Diana. Sama przez lata medytowała 20 minut rano i wieczorem, bo tak jest przyjęte w medytacji transcendentalnej. Teraz wykorzystuje każdą wolną chwilę. Siada i wchodzi w siebie. – Kiedy pracowałam w korporacji, szłam do toalety, zamykałam oczy i spędzałam dwie minuty, oddychając i wracając do siebie. Wychodziłam jako nowy, odświeżony człowiek.
  • Myśli galopują? Poobserwuj je, po czym zadaj sobie pytanie: „Jaka będzie moja następna myśl?”. To spowoduje, że umysł na chwilę się zatrzyma, zawaha. Niech to będą dwie, trzy sekundy – wystarczy. Jeśli będziesz praktykować regularnie, te chwile wydłużą się i umysł naprawdę odpocznie.
  • „20 oddechów” – to ukochana technika Diany. Jak sama nazwa wskazuje, robisz 20 oddechów. Zaczynasz od oddechów o silnym rytmie, potem spokojniejszych, podczas których skanujesz swoje ciało, emocje, myśli. Całość zajmuje dwie minuty. Diana nazywa to ćwiczenie „powrotem do siebie”, bo spotykasz się ze sobą, świadomie sprawdzasz, w jakim jesteś stanie i co odczuwasz. Rozluźniasz mięśnie i rozpuszczasz napięcia w ciele.
  • Dopadł cię stres? To teraz ty go dopadnij z donośnym: „Haaaa!”. Minitechnika „Haaaa!” polega na uniesieniu wysoko ramion, opuszczeniu ich i wypowiedzeniu właśnie tego dźwięku. „Haaaa!” przynosi relaks i ulgę, bo często przez stres mamy spięte barki.
  • Ululanie pomaga na stres i chwilową melancholię. Diana demonstruje: głaszcze się po głowie, poklepuje po ramionach, wykonuje gest „ulu ulu”, czyli obejmuje się ramionami i kołysze jak dziecko. – To, czego oczekujemy od innych, możemy dać sobie sami.
  • Masz zaciśnięte dłonie? Możesz je strzepywać, potrząsać nimi… Okazuje się, że znakomitym narzędziem, które mamy zawsze przy sobie, jest własny palec wskazujący. Przykładamy palec do czoła, w punkcie między brwiami. Skupiamy uwagę tylko na tym punkcie. Mija w ciszy 20 sekund, istnieje tylko ten punkt, nic innego. Gonitwa myśli, ból głowy znikają.
  • Lekka dekoncentracja? Świetną rzeczą na koncentrację, zamiast picia piątej kawy, jest mocne natarcie uszu. – Bierzemy małżowiny między palce i mocno pocieramy. Od razu wraca nam energia – pokazuje Diana. Pocieram uszy i rzeczywiście to czuję.
  • „Skreślam, skreślam” – genialny sposób na negatywne myśli i obrazy. Na przykład kiedy boisz się, że stanie się coś okropnego, łapiesz tę myśl, skreślasz ją i zastępujesz wizualizacją pozytywną. Tym, co chcesz, żeby się zdarzyło. – To ćwiczenie działa zawsze, bo naprawdę mamy wybór w sprawie tego, co myślimy – mówi Diana.
– Bardzo polecam zatrzymanie się na chwilę, by zobaczyć, co mam w głowie i czy to jest w ogóle moje. Skąd mi się wzięło, może ja tak w ogóle nie myślę? Jeśli widzę, że negatywne myśli przyszły „skądś” – to tam je odsyłam. Wybieram rzeczywistość, jakiej chcę, a czy nadejdzie – to inna sprawa. Przychodzą czasem rzeczy, które według nas nie są najlepsze. Pozornie, bo wszechświat działa zawsze na naszą korzyść.

Po drugie: Zbawienny śmiech

Jest jeszcze coś, co mamy zawsze przy sobie. Śmiech. Na przykład na początek dnia, przydatny zwłaszcza dla tych, co jak ja – rano nie tryskają humorem. – Zacznij dzień od tego, by się roześmiać – radzi Diana, która jest też instruktorką jogi śmiechu. Tę technikę opracował hinduski lekarz Madan Kataria. Zauważył, że śmiech niesie wiele dobrodziejstw, a mózg nie odróżnia śmiechu naturalnego od wywoływanego sztucznie. – Sprawdziłam to wielokrotnie na sobie – opowiada Diana. – Jestem sową, czyli późno się kładę, a rano nie jestem w stanie zwlec się z łóżka. Odkąd praktykuję jogę śmiechu, gdy dzwoni budzik, nastaje godzina śmiechu.
  • Zacznij się śmiać, wykonując mocne „ha ha ha ha”, wydychając powietrze harmonijnie tak jak przy naturalnym śmiechu. Potem sam popłynie. – W minutę ożyjesz – zapewnia Diana. Śmiech na zawołanie? Tak, bo każdy może się śmiać i nie musi się dziać akurat nic śmiesznego. By praktykować jogę śmiechu, nie musimy nawet mieć poczucia humoru.
  • Śmiech do lustra – kolejne bardzo proste ćwiczenie. Stajesz przed lustrem, patrzysz na siebie z miłością. Widzisz, że to jest twoja najukochańsza, najdroższa twarz, cudownie, że jest właśnie taka. Jeśli potrafisz się zaśmiać do takiej siebie w lustrze, momentalnie otwierasz swoje serce.
Diana zaprasza mnie do próby śmiechu. – Po prostu podejmujesz taką decyzję: chcę się śmiać – tłumaczy, widząc moją sceptyczną minę. – Ja liczę: raz, dwa, trzy i na cztery śmiejemy się obie, OK?

Raz dwa, trzy, cztery! Diana odchyla się w tył i wybucha głośnym, silnym śmiechem. Kilkakrotnie nabiera powietrza, i... kolejna kaskada śmiechu. Ja niepewnie podążam za nią. Na początku to niełatwe, okazuje się, że nie tylko dla mnie. – Robię te sesje także w korporacjach, żeby zespoły lepiej ze sobą współpracowały. Bo ludzie, którzy się ze sobą śmieją, lepiej ze sobą pracują, wzrasta kreatywność, możliwość rozwiązywania problemów. Po olbrzymim oporze uczestnicy wchodzą w to jak w masło i poważni panowie w garniturach, zaśmiewając się, robią pozycję „sikającego psa”.

Główną mantrą jogi śmiechu jest: „świetnie, świetnie, świetnie, hej!”. Diana przy każdym „świetnie” energicznie klaszcze w otwarte dłonie, a przy „hej” wyrzuca ramiona w górę. Zwłaszcza to „hej” podnosi energię. – Powinno się w szkołach wprowadzać taką jogę śmiechu – stwierdzamy zgodnie. To byłoby świetne antidotum na narodowe narzekanie. Tym bardziej że joga śmiechu pomaga na życiowe problemy.

– Kiedy mój syn po wypadku znalazł się w szpitalu, odwiedzałyśmy go z córką i zaśmiewałyśmy się w głos. Pacjenci początkowo patrzyli na nas z przerażeniem, ale pomagało – opowiada Diana. Dodaje: – Szczerze polecam śmiech na kłopoty, dzięki niemu zyskasz dystans. Jeśli się czymś bardzo przejmujesz, przede wszystkim zacznij się śmiać. To w pewnym sensie twój wybór: czy w tym, co cię spotkało, widzisz tragedię i się załamujesz, czy szukasz rozwiązania i pytasz, co może wyniknąć z niej dobrego, bo może.

Śmiech przełamuje tabu, pomaga też pokonać nasz największy lęk.

  •  „Umieranie ze śmiechem” – to jedno z trudniejszych ćwiczeń Diany. Polega na tym, że wyobrażamy sobie siebie na łożu śmierci. Widzimy dookoła naszych bliskich i ich smutne miny, a nasz przekaz jest inny: „miałam cudowne spełnione życie, umieram ze śmiechem i chcę, żebyście się mogli cieszyć ze mną”. – Ta wizualizacja sprawia, że ludzie zaczynają inaczej patrzeć na śmierć – przekonuje Diana.

Po trzecie: Szczypta szamanizmu

Diana od lat zasiada w kręgu szamańskim Joanny Rus, jest także uczennicą szamanów z USA. – Szamanizm to bliski kontakt z naturą i czerpanie z jej energii, z ziemi, ze słońca, z żywiołów – twierdzi. – Nie chodzi tylko o ceremonie i rytuały, lecz o inne spojrzenie na to, co nas otacza. Kiedy zaczniemy patrzeć na świat w sposób szamański, zobaczymy, że on cały czas do nas mówi. Robiłam takie eksperymenty: miałam problem, więc szłam w teren z otwartymi oczami i wszystko dawało mi odpowiedź. Cały czas dostajesz jakieś informacje, wsparcie czy ostrzeżenie. To mogą być słowa, wiatr, ptaki.

Esencją szamanizmu jest kontakt ze światem, z wykorzystaniem nie tylko umysłu, ale emocji i zmysłów. Tu chodzi o ciągłą wymianę energii, o dawanie i branie, o wdzięczność. Ale uwaga – nie oczekuj, że jeśli coś komuś dajesz, to dostaniesz zwrot z tego samego źródła. Często odpowiedź przychodzi z zupełnie innej strony.

  • Obejmij drzewo – pomaga, kiedy czujesz się źle.
  • Weź do ręki kamień – w Himalajach w chwilach zmęczenia przykładałam dłonie do kamieni i energia wracała – opowiada Diana. – Kamienie nie są martwe, zawierają historię ziemi i kosmosu, możemy doświadczać z nimi wymiany energetycznej
  • „Kotwica” – czyli codzienna praktyka wdzięczności. Polega na tym, że przypominasz sobie dwie, trzy dobre rzeczy, które ci się dziś przydarzyły. Smak, twarz, spotkanie, cokolwiek, co wprowadziło cię do tzw. happy place, czyli szczęśliwego miejsca. Zakotwicz się w tym miejscu. – Wibracje się podnoszą, uśmiech wraca, radość wchodzi do serca, jakbyś się przeniósł na plażę, pod palmę – zapewnia Diana.
Diana Poteralska-Łyżnik, coach, trenerka rozwoju osobistego, arteterapeutka, liderka jogi śmiechu, instruktorka gimnastyki słowiańskiej, doula, prowadzi kręgi i warsztaty dla kobiet.

  1. Psychologia

Daj się sprowokować. Dlaczego warto spróbować terapii prowokatywnej?

Podczas terapii prowokatywnej zalecane, a wręcz wymagane jest, by pacjent się śmiał. To pozwala zwiększyć dystans do cierpienia i powiększonego przez nie własnego ego. (Fot. iStock)
Podczas terapii prowokatywnej zalecane, a wręcz wymagane jest, by pacjent się śmiał. To pozwala zwiększyć dystans do cierpienia i powiększonego przez nie własnego ego. (Fot. iStock)
Jeśli korzystałeś  już z różnych warsztatów, szkoleń, treningów i terapii, ale nie przynosiły oczekiwanego efektu – pomyśl jeszcze o terapii prowokatywnej. To świeże, rewolucyjne i radykalne doświadczenie, które czasami przekracza granice etyki. Dlaczego jednak warto spróbować – wyjaśnia dziennikarz i trener Robert Rient.

Artykuł archiwalny 

Podczas terapii w tym nurcie zalecane, a wręcz wymagane jest, by pacjent się śmiał. To pozwala zwiększyć dystans do cierpienia i powiększonego przez nie własnego ego. Dopuszczalne jest wyśmiewanie, ignorowanie, obrażanie pacjenta, a nawet siadanie mu na kolanach jakby był krzesłem.

Beznadziejny pacjent

Frank Farrelly, psychoterapeuta i twórca terapii prowokatywnej, urodził się w 1931 roku jako dziewiąte z dwanaściorga dzieci. Planował zostać księdzem, ale musiał odejść z seminarium z powodu złamania ślubu posłuszeństwa. Nie poradził sobie również jako sprzedawca w domu towarowym, bo polecał klientom tylko to, czego naprawdę potrzebowali. W końcu zaczął pracę w szpitalu stanowym Mendota w Madison w stanie Wisconsin u boku wybitnego psychoterapeuty Carla Rogersa. Początkowy zapał zmienił się jednak we frustrację, gdy zrozumiał, że leczenie osób chorujących na schizofrenię albo ciągnęło się latami, albo nie przynosiło korzyści. Punktem zwrotnym stał się jego 91. wywiad, który prowadził z chronicznym schizofrenikiem. Pacjent miał 33 lata i jego stan się nie poprawiał. Farrelly robił to, czego od niego oczekiwano i czego nauczył się jako terapeuta: wspierał chorego, tłumaczył mu, że może wyzdrowieć, zmienić się, że jest wartościową osobą, a życie ma sens. Zgarbiony i siedzący na skraju krzesła pacjent z uporem powtarzał, że jest nic nie wart i nigdy się nie zmieni. Nagle Farrelly mu przytaknął, zaczął zgadzać się ze wszystkim, co słyszał. Co więcej, dodał, że  mężczyzna jest beznadziejny i męczy go jako terapeutę. W reakcji pacjent zaczął trząść się ze śmiechu. Wcześniejsze komunikaty psychoterapeuty dobrze znał, a ten, absolutnie szczery, mocno go poruszył. Wraz ze śmiechem do jego ciała wróciło życie, pierwsze poczucie autentycznego spotkania z drugim człowiekiem. To był przełom. Po kilku kolejnych sesjach pacjent opuścił szpital, a Farrelly stworzył podwaliny nowej metody.

Od wyzwania do wyzwolenia

Większość klasycznych nurtów terapeutycznych w centrum zainteresowania stawia przeszłość i zamknięte w niej traumy, konflikty czy trudności. Terapia prowokatywna zakłada, że teraźniejszość jest tak samo lub nawet bardziej istotna od przeszłości, a ludzie wokół mogą mieć na nas taki sam wpływ, jak mieli nasi rodzice lub wychowawcy, gdy byliśmy dziećmi. Twierdzi też, że nadmierne skupienie się na smutku może go jedynie pogłębiać oraz usprawiedliwiać stan niemocy, bezradności czy apatii.

Pierwszym i podstawowym jej zadaniem jest stawianie przed pacjentami wyzwań, które będą głównym przyczynkiem do wprowadzenia zmiany. Z pozoru okrutne słowa, jakie padają podczas tej terapii, to tylko nieznaczna część komunikacji. Ważny jest bowiem kontakt wzrokowy, intonacja, mimika, mowa ciała, atmosfera, w której odbywa się rozmowa. Absurdalne porady, anegdoty i żarty służą wyłącznie wybiciu pacjenta z pozycji choroby, w której uparcie tkwi – często obwiniając za swoje położenie rodziców lub cały świat. Terapeuta staje się kimś w rodzaju dobrego przyjaciela – nie owija w bawełnę, ale wali prosto z mostu.

Gdy Farrelly leczył pacjentkę z dużą nadwagą, wyraził obawę, czy w gabinecie jest mebel, który nie rozpadnie się pod jej ciężarem. Później powiedział jej, że jeśli dalej będzie tak jadła, to umrze i nikt nie uniesie trumny. A następnie uznał, że pewnie i tak nie schudnie, bo nie zechce jej się niczego zmienić. Jego celem nie było obrażenie kobiety, ale obnażenie jej sposobu myślenia i umożliwienie swobodnej i szczerej rozmowy. Okazało się to wystarczającym wyzwaniem. Pacjentka czuła, że jest akceptowana i może mówić otwarcie. Miała też pewność, że jej dotychczasowe strategie odgrywania roli ofiary są skazane na niepowodzenie.

Do kluczowych elementów terapii prowokatywnej należy wyrażenie tzw. terapeutycznej nienawiści.

Farrelly uważał, że wszyscy terapeuci czasami czują niechęć czy złość wobec pacjentów, którzy domagają się wsparcia, ale niczego w swoim życiu nie zmieniają. Większość tłumi je jednak albo wyraża podczas superwizji. Farrelly dzielił się nimi wprost z pacjentami: „nudzisz mnie”, „męczysz”, „obrażasz”, „jesteś niedojrzała”, „na twoim miejscu nie ufałbym sobie”... Robił to jednak w sposób lekki i radosny, a jego słowa dotyczyły zachowań pacjenta, roli, którą gra, a nie jego samego. W efekcie stawał się pierwszą osobą, która bez ogródek informowała chorego o tym, jak czuje się w jego towarzystwie.

Terapeuta prowokatywny, używając mocnych słów, jedynie nazywa to, co pacjent myśli o sobie samym. Zostaje to ujawnione, nazwane i obśmiane. Pacjent widzi, że może zmienić swoje podejście, dokonać wyboru. Terapia prowokatywna opiera się na założeniu, że mamy znacznie większe możliwości wpływu na swoje zdrowie niż zakładamy. Skupianie się na niemożliwej do uchwycenia nieświadomości jest zaproszeniem do poszukiwania winnych. Skupianie się na wyborach, których możemy dokonać („chcę być zdrowy” versus „chcę być chory”), przyśpiesza proces żegnania się z chorobą. Terapeuci koncentrujący się na neurozach i kryzysach pacjenta – mogą je, paradoksalnie, rozwijać. Farrelly woli je obśmiać, przez co odbiera im powagę, siłę, ale również wskazuje, że większość z nich jest wynikiem naszego sposobu myślenia i traktowania siebie z przesadą.

Od krzesła do człowieka

Farrelly wyleczył kiedyś kobietę pozostającą w katatonii. Przez pół roku nie odzywała się do nikogo i nie reagowała na komunikaty. Groziło jej osunięcie się w katatonię stałą, a nawet śmierć. Farrelly zdecydował się na zastosowanie narzędzi sprzecznych z szeroko pojętą etyką terapeutyczną. Założył, że w ciągu tygodnia doprowadzi do sytuacji, w której pacjentka wypowie pełne zdanie. Sanitariuszy i wszystkich terapeutów pracujących z nią pouczył, by traktowali ją jak powietrze, patrzyli jakby przez nią i siadali jej na kolanach dokładnie tak jak siada się na krześle. Mogli się przy tym przeciągać i wyginać. Pacjentka na początku ignorowała takie traktowanie, po kilku dniach zaczęła wydawać odgłosy, a w końcu po tygodniu wypowiedziała zdanie, w dodatku ze śmiechem: „Zejdź, do cholery, z moich kolan!”. Od tego momentu rozpoczął się jej powrót do zdrowia.

Jak widać, nurt ten czasami balansuje na granicy etyki, przyzwoitości i z pewnością z takiego rozwiązania nie skorzysta spore grono osób – zwłaszcza tych, którzy potrzebują być traktowani z czułością, i tych, których ego wymaga, by inni się nad nimi pochylali z wyrozumiałością. Wiemy jednak dobrze z codziennego życia i przyjacielskich relacji, że wyolbrzymienie, przerysowanie, szok czy zaskoczenie bywają momentem trzeźwiącym, ułatwiającym wybicie się z rutyny myśli czy zachowań. Samo słowo „prowokacja” oznacza wszak wyłanianie się, wywoływanie, wyciąganie bądź też wydobywanie tego, co ukryte. Celem jest dostrzeżenie destrukcyjnych zachowań oraz toksycznego sposobu myślenia. Ale też wzbudzenie w pacjencie odruchu chronienia i kochania tego, kim jest, a nie roli, którą gra.

Farrelly zawsze powtarzał, że najlepsza terapia to skuteczna terapia. Twierdził, że w stosowanym przez niego prowokatywnym nurcie wyleczalność dochodzi do 90 proc., a proces terapeutyczny czasami zamyka się w kilku sesjach. Przyznacie, to już nie brzmi tak absurdalnie.

Robert Rient, trener interpersonalny, dziennikarz, autor książek „Przebłysk. Dookoła świata – dookoła siebie" „Świadek”, „Duchy Jeremiego”.

  1. Styl Życia

Cytrynowe Królowe i konfitury wolności

Cytrynowe Królowe w swoim królestwie. (Fot. archiwum domowe)
Cytrynowe Królowe w swoim królestwie. (Fot. archiwum domowe)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Dwie piękne, dojrzałe kobiety w cytrynowych kreacjach i kapeluszach z szerokim rondem przyciągają uwagę wszędzie tam, gdzie się pojawią. Produkują i sprzedają konfitury z cytryn. Nie są to jednak zwykłe „dżemiki”. Pachną cytrusami i smakują… wolnością.

Dwie piękne, dojrzałe kobiety w cytrynowych kreacjach i kapeluszach z szerokim rondem przyciągają uwagę wszędzie tam, gdzie się pojawią. Produkują i sprzedają konfitury z cytryn. Nie są to jednak zwykłe „dżemiki”. Pachną cytrusami i smakują… wolnością.

Stworzyły raj na ziemi – swoje Cytrynowe Królestwo. Panują w nim radość życia, dobra energia i one dwie – siostry: Bogusia i Karolina Schubert. Od 6 lat produkują konfitury z cytryn. Warzą je w kuchni swojego palazzo, jak mówią o swoim domu w podwarszawskim Brwinowie. Najpierw sprzedawały je na targach zdrowej żywności. Teraz konfitury z cytryn z różnymi dodatkami można kupić w delikatesach i sklepach z najlepszymi specjałami w całej Polsce.

Droga do Cytrynowego Królestwa nie była jednak usłana różami. Wiodła przez wyboistą ścieżkę życia i koleiny rozczarowań. Aby tam dotrzeć, obie siostry musiały dokonać w życiu prawdziwej rewolucji.

Dlaczego cytryny? Bogusia: Cytryna jest niekwestionowaną królową owoców, ma w sobie nieprawdopodobną intensywność smaku i niesamowity zapach, który zawdzięcza olejkom eterycznym. No i można stosować ją niemal do wszystkiego: robi się z niej drinki, dodaje do wielu potraw - nóżek, śmiużek, kotlecików i innych pyszności. Na początku naszej przygody z konfiturami robiłyśmy konfiturę z mirabelek z pieprzem i rozmarynem. Była genialna! Mirabelka jest niestety zupełnie niedoceniona. Jedyne miejsce, gdzie ma swoje miejsce w kuchni to Alzacja -  robi się tam z niej cudowne wody życia i nalewki, ale też wspaniałe tarty i konfitury.

Karolina: Robiłyśmy też wcześniej hummus i ciasta, ale w końcu musiałyśmy się na coś zdecydować. I wyspecjalizowałyśmy się w cytrynach.

Jesteście aktywne na fejsbuku, a w waszych postach często pojawia się określenie cytrynowe – cytrynowe jest nie tylko królestwo, ale także cytrynowe są święta, jest cytrynowy czas, ludzie bywają cytrynowi... Co kryje się pod tym słowem? Bogusia: Cytrynowym mianem określamy to, co niesie w sobie piękno i radość życia.

Karolina: To nasze umami – umami duchowe.

Bogusia: Smak życia jest smakiem umami, a dla nas to smak cytrynowy, który zawiera radość, energię życia, czystość, pragnienie, pasję, twórczość, i to nie tylko tę przez duże T. Każdy z nas jest twórcą w swoim życiu i każdy z nas coś pięknego tworzy. Robienie pierniczków czy konfitur jest tak samo wielkim dziełem jak skomponowanie symfonii.

Mówi się, że królowa jest tylko jedna, ale w waszym królestwie są dwie. Która rządzi? Bogusia: My się do tego troniku przepychamy (śmiech). A tak naprawdę w naszym królestwie postanowiłyśmy ustawić dwa troniki, bo inaczej musiałybyśmy się tłuc od rana do wieczora, co jako siostry lat temu milion robiłyśmy, jak uczciwe rodzeństwo. Ale teraz w Królestwie Cytrynowym są dwie królowe, które rządzą demokratycznie. Ważne decyzje zawsze podejmujemy wspólnie, począwszy od wymyślania smaku konfitur, dobierania składników, przez to, gdzie i czy w ogóle się wystawiamy. Przez wiele lat jeździłyśmy z konfiturami na różne targi. To było ciężkie życie – 5 dni nad garami w kuchni, a 2 dni w tak zwanym gdziesiu, bliżej nieokreślonym. Raz w Warszawie, raz w Gdańsku, raz w Sandomierzu. To się wiązało z dalekim podróżami, noszeniem paczek – taki raczej hardkorowy styl życia. W końcu pewnego dnia podjęłyśmy decyzję o tym, że już się nie będziemy wystawiać, bo po prostu nie mamy siły ani ochoty po raz milionowy powtarzać: „Niech Pani spróbuje tej konfitury, bo ona jest kurna, bardzo dobra, proszę pani!”.

Cierpliwość Cytrynowych Królowych się skończyła i trzeba było zacząć nowe życie. Teraz jest luksusowo – wystawiamy się okazjonalnie. Świadomie wybieramy miejsca, gdzie chcemy pokazać się z naszymi konfiturami. Gdyby nie covid na pewno byłybyśmy w Lidzbarku Warmińskim, gdzie jest Święto Sera, które uwielbiamy. Polscy serowarzy, przepiękna klientela - to jest piękny event, w pięknym miejscu, z fajnymi ludźmi. Niestety w tym roku Lidzbark został odwołany.

Karolina: Od kiedy zaczęłyśmy działać razem, to rozpoczęłyśmy nowe życie, taki new life. A w nowym życiu nie ma przepychanek kto jest ważniejszy, kto mniej ważny, obie jesteśmy Królowymi. Tak jak każda kobieta jest królową.

A wracając do tych imprez, na których się wystawiałyśmy. Pierwsze godziny z tych 12 godzin stania to wielka przyjemność, ale potem zaczyna się męką - chcesz usiąść, odpocząć, ale nie masz na czym …I po całym dniu takiego stania wracasz po nocy do domu z odległych zakątków Polski. Więc kiedy pojawiły się oferty współpracy ze sklepami, doszłyśmy do wniosku, że pora zacząć o siebie dbać.

'Przez prawie 3 lata siedziałyśmy zamknięte, każda na swoim piętrze, same ze sobą, żeby siebie poznać i zrobić ze sobą porządek'. (Fot. A.Herman) "Przez prawie 3 lata siedziałyśmy zamknięte, każda na swoim piętrze, same ze sobą, żeby siebie poznać i zrobić ze sobą porządek". (Fot. A.Herman)

Zaczęłyście prowadzić wasz biznes przed sześcioma laty. Udowodniłyście sobie i innym, że można zacząć robić coś zupełnie nowego w dojrzałym wieku i, co więcej, odnieść sukces. Bogusia: Tak i jesteśmy z tego niezmiernie dumne. Nie przewidywałyśmy, że uda nam się stworzyć Cytrynowe Królestwo. Te sześć lat temu zrobiłyśmy „coś” i pobiegłyśmy z tym „cosiem” na bazarek w Milanówku, bo musiałyśmy natychmiast zarobić jakiekolwiek grosze na życie, bo się okazało, że ich nie mamy w ogóle. W ogóle to znaczy w ogóle. Ani grosza.

Karolina: Zanim do tego doszło obie dokonałyśmy w naszym życiu rewolucji…

Bogusia: Nastąpił taki moment, że każda z nas zatrzymała się w swoim życiu: zawodowym, społecznym… każdym. Ja skończyłam z aktorstwem, zerwałam kontakty z moimi znajomymi ze środowiska artystycznego, aby odciąć się od poprzedniego życia. Moja siostra zrobiła to samo w swojej działce. Przedtem prowadziła sklep ze zdrową żywnością.

Przed prawie trzy lata mieszkałyśmy w wielkim domu pod lasem, każda miała swoje oddzielne mieszkanie. Żyłyśmy jak pustelniczki. Nie widywałyśmy nikogo, no może oprócz przypadkowych osób, które spotykałyśmy w wiejskim sklepiku, jak szłyśmy po chleb czy włoszczyznę. Nie widywałyśmy znajomych ani przyjaciół. Oczywiście ta decyzja o odcięciu się od poprzedniego życia nie zapadła z dnia na dzień, ona dojrzewała po trochu, aż do chwili, kiedy powiedziałyśmy sobie: „Dość, więcej nie! Więcej tego nie zrobię, bo już nie chcę”.

Czego miałyście dość? Tego, co widziałyśmy wokół siebie i czego częścią, chcąc nie chcąc byłyśmy. Świata, który gnał za czymś, nie wiadomo za czym. Gdzie rządził pieniądz, gdzie panowało zło. Wiesz, mnie na przykład zawsze zależało na aktorstwie, walczyłam o to, by być aktorką. Miałam wrażenie, że mam ludziom coś bardzo ważnego do powiedzenia. I wydawało mi się, że jak wyjdę na scenę, to może ich wzruszę, może ich rozśmieszę, może dotknę ich serca, może dam im coś do myślenia … I że to będzie ważne, że to nie będzie byle co. I w pewnym momencie dotarło do mnie, że ja się nie podpisuję pod tym, co do nich z tej sceny mówię. Że ja się z tym nie zgadzam, że ja nie chcę mówić o tym, że życie jest do dupy, że wszyscy niesiemy krzyż, że się mordujemy. Na przykład w takich „Szczęśliwych dniach” Becketta, wielki tekst skąd inąd, gdzie dwie godziny zakopana w piachu, mówiłam kwestię o śmierci, o umieraniu… To w ogóle nie było śmieszne, w ogóle! Próbowałam to nawet grać na kontrapunkcie, było dużo zabawnych momentów, ale ludzie wychodzili z tej sztuki porażeni. Wtedy zdałam sobie sprawę, że nie chcę już tego mówić. Że wolałabym śpiewać, że życie jest piękne.

Jak długo trwał ten proces przechodzenia z jednego życia do drugiego? Bogusia: Bardzo długo. Tto nie było takie hop siup: teraz przestaję być aktorką i od dziś będę, kurna, robić konfitury cytrynowe. Czasem jak czytałam o sobie wywiady to wychodzi, że od zawsze marzyłam o tym, żeby robić konfitury, tylko że jakoś tak całe życie byłam aktorką! I wreszcie jak dorosłam i skończyłam lat sześćdziesiąt i trochę, to nagle poszłam po rozum do głowy, rzuciłam aktorstwo o ziemię i poszłam robić konfitury. No na Boga jedynego, nie!

Karolina: Przez prawie 3 lata siedziałyśmy zamknięte, każda na swoim piętrze, same ze sobą, żeby siebie poznać i zrobić ze sobą porządek.

To doświadczenie odosobnienia, bycia samej ze sobą, to było wyrzeczenie się wolności, czy wręcz przeciwnie - czas, w którym dałyście sobie wolność do tego, żeby zrobić to, czego w danym momencie życia potrzebowałyście? Bogusia: To nie było łatwe doświadczenie, wymagało od nas wielkiej odwagi. W głowie kłębiło się mnóstwo pytań: Co ja teraz będę robić? Wszyscy coś robię, a ja nic nie będę robić? Ja, wielka aktorka, nie będę już grać? Ale po to siadasz sama ze sobą, aby to kłębowisko myśli uspokoić i odpowiedzieć sobie na fundamentalne pytania: co ja robię na tej ziemi, po co tu przyszłam, co chcę powiedzieć światu, kosmosowi, Bogu, ludziom, Ziemi… I nie ważne, czy dochodzisz do tego przez modlitwę, medytację, spotkanie z własną duszą, pracę ze swoim sercem. Do mnie koniec końców dotarło: Ja się nie boję! Nie boję się! Ja się po prostu nie boję! Usunęłam strach z mojego życia.

Karolina: To odosobnienie to było przekierowanie wolności, którą dają pieniądze, przyjaciele, znajomi, na siebie. Do wewnątrz. Wolność trzeba odnaleźć w sobie niezależnie od warunków zewnętrznych, niezależnie od tego, czy się ma pieniądze, czy nie ma, czy wokół są ludzie, czy pustka. Ją trzeba poczuć, zakorzenić w sobie, a potem pilnować, żeby nie zniknęła.

Bogusia: Jak na co dzień jest się zanurzonym w wirze życia, to trudno jest wejść tak głęboko w siebie i odpowiedzieć sobie na te pytania. Stąd było to nasze pustelnictwo, aby każda z nas pojęła, dokąd w tym życiu wędruje.

Zmartwiłam się trochę, że postanowiłyście już więcej nie wystawiać się na targach, bo tworzycie niepowtarzalną atmosferę, powietrze wokół was aż wibruje od pozytywnej energii… Bogusia: Zmęczyła nas powtarzalność. Ale wiesz, cytrynowe konfitury to jest tylko maleńka część Cytrynowego Królestwa. Cytrynowe Królowe dalej będą wędrowały, będą mówiły o życiu, o kobietach, może nieco mniej o konfiturach, choć i one będą odgrywać swoją rolę. Ostatnio okazało się na przykład, że można robić z nimi pyszne czekoladki.

Życie weryfikuje teraz wiele planów. Gdyby nie pandemia, już by nas tutaj nie było. Chciałyśmy wyjechać w kilkumiesięczną podróż do Tajlandii i do Wietnamu. A potem dookoła świata, przemierzając kontynenty w poszukiwaniu cytrynowego czasu. Cytryna rośnie w wielu miejscach: we Włoszech, w Hiszpanii, w Portugalii, ale też w Chinach, w Ameryce Południowej, w Afryce. Chciałyśmy, jako te Cytrynowe Królowe, wędrować z cytrynami, gadać z ludźmi, spisywać stare przepisy z cytryną w roli głównej. I z tego stworzyć książkę, reportaż, a może film…

Cytrynowe Królowe nie znikną, wręcz przeciwnie, ona są gotowe do nowego tańca.
Ten kawałek drogi postanowiłyśmy przemierzyć razem, tak się złożyło. Ale przyjdzie czas, że się rozstaniemy i każda powędruje w swoją stronę i zacznie tworzyć swój kolejny nowy świat. Nie ma końca na tworzenie życia, robisz co chcesz, robisz o czym marzysz i dajesz sobie ze wszech miar przestrzeń, aby to się wydarzyło. Takie życie jest takie, jakie je sobie stworzysz.

Karolina: Jeżeli podejmujesz jakąś decyzję, patrz czy twoje serce się uśmiecha. Jeśli się uśmiecha, to jest to dobra decyzja. My nigdy nie działałyśmy według jakiegoś biznes planu, mimo, że nam to wielokrotnie doradzano, a ja jestem niby po ekonomii.

Bogusia: To co nas teraz cieszy i napędza do działania, to krótkie „wypady na wolność”. Ostatnio pojechałyśmy do Białegostoku, pohuśtać się w chustach na aerial jodze. Tam, wśród tych kobiet w hamakach, dotarło do mnie, jak bardzo jesteśmy wszyscy spragnieni wolności. Nie można jej ludziom odbierać. Teraz cały świat jest zamknięty w więzieniu, a to się może skończyć wielką rewolucją.

'Nawet jak mówią, że jesteśmy zwariowane, to niech sobie mówią, to jest ich brocha. I inne kobiety patrzą na nas i mówią: „Jak super, ja też tak chcę. One tak mogą, to i ja też tak mogę!' (Fot. Eliza Kos) "Nawet jak mówią, że jesteśmy zwariowane, to niech sobie mówią, to jest ich brocha. I inne kobiety patrzą na nas i mówią: „Jak super, ja też tak chcę. One tak mogą, to i ja też tak mogę!" (Fot. Eliza Kos)

No proszę, próbujecie aerial jogi? Można byłoby powiedzieć: „Coś takiego! W Waszym wieku?!” Bogusia: No właśnie…To ja Ci opowiem jeszcze inną historię: 3 lata temu zapisałam się na bębny afrykańskie. Strasznie chciałam bębnić. Pojechałam do Warszawy na pierwsze zajęcia, troszkę się spóźniłam, no więc uchylam drzwi, wsadzam głowę, widzę, że wszyscy siedzą w kręgu z tymi wielkimi bębnami między nogami, średnia wieku jakieś 22 lata. No i patrzą na mnie z takim niezrozumieniem w oczach, jakby chcieli powiedzieć: „Wie Pani, Kościół jest naprzeciwko”. Ale ja wchodzę, rozsiadam się, biorę bęben i jestem Królową Bębniącą! I już po chwili cała ta grupa mówi do mnie „Królowo”, ale nie Królowo Staruszko, tylko kurna, Królowo Królowo. To jest drobna różnica.

Teraz wymyśliłam, że nauczymy się fly jogi. A ja zacznę jeszcze tańczyć flamenco, bo jestem w odpowiednim wieku, żeby tym flamenco powiedzieć to, co chcę powiedzieć. Flamenco jest tańcem kobiet w tak zwanym pewnym wieku, które - jak wiedźmy - już wiedzą…

Karolina: Kobiety w pewnym wieku zostają wyrzucone poza nawias.

Bogusia: Kobieta jest kobietą czy ma lat 5 czy 100! Jest ciągle kobietą. Po pierwsze jest kobietą, po drugie jest kobietą, po trzecie jest kobietą! I proszę się jej kłaniać. Dopiero potem jest matką, żoną kochanką, babcią, prababcią… Tymczasem zdarza się, że widzisz spojrzenia ludzi, które odbierają ci prawo do bycia kobietą. Jesteś staruszką, babcią, panią w pewnym wieku, ale na pewno nie kobietą. Ja nie udaję, że jestem młodsza - tu mnie boli, tam mnie śmioli... mam lat 67, moje ciało ma lat 67, ale jestem kobietą, kurna, jestem królową, wkładam koronę na głowę i proszę się na mnie patrzyć jak na kobietę, a nie jak na seniorkę, śmiorkę, trzeci wiek…

No patrząc na Was trudno nazwać was seniorkami, macie w sobie witalność dwudziestolatek… Bogusia: No popatrz, a bywa, że ludzie, patrząc na nas, mówią: Wesołe emerytki, co robią dżemiki, zwariowane staruszki… I w tym jednym zdaniu zamykają wszystko, co może cię zdeprecjonować,  odebrać godność i wartość. Jakieś dżemiki, jakieś staruszki, jakieś emerytki i takie radosne... A my po pierwsze nie robimy dżemików, tylko robimy KONFITURY i nie życzymy sobie, żeby nas traktowano jak emerytki, które nie mają co robić i dziubają jakieś dżemiki, bo to w ogóle nie o to chodzi.

Macie pomysł, jak przywrócić dojrzałym kobietom godność? Trzeba się nie bać. Nie bać się życia, nie bać się śmieszności. A ludzie bardzo się jej boją, zwłaszcza kobiety. Czasem jednak wystarczy spojrzeć na kogoś i powiedzieć: WOW! Ona tak robi, to ja też umiem, to ja też mogę. I po to jesteśmy my - Cytrynowe Królowe. Wkładamy żółte sukienki, wielkie pióropusze jak korony i stajemy tak przed ludźmi, nie bojąc się śmieszności. I nawet jak mówią, że jesteśmy zwariowane, to niech sobie mówią, to jest ich brocha. I inne kobiety patrzą na nas i mówią: „Jak super, ja też tak chcę. One tak mogą, to i ja też tak mogę!

Karolina: To co my robimy to jest taka mała prowokacja: zobacz, tak można żyć, można się śmiać, nie trzeba bronić się przed radością życia. Na naszym Fb obserwujemy jednak dużo równolatek, które niby patrzą na nas z podziwem, ale same nie mają odwagi.

Jak zdobyć się na odwagę do bycia sobą, do cieszenia się życiem w każdym wieku? Co poradziłybyście innym kobietom? Bogusia: Stań naprzeciwko innych ludzi, naprzeciwko świata, naprzeciwko kosmosu, ale najpierw naprzeciwko siebie. Spójrz sobie w oczy i powiedz: „Patrz! Nie boję się! Ja się nie boję!"

  1. Styl Życia

Tak jak jest… Buddyjska mniszka Pema Chödrön uczy, jak kochać życie, takim jakie jest

Pema Chödrön, mniszka buddyjska, należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy. (Fot. materiały prasowe)
Pema Chödrön, mniszka buddyjska, należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy. (Fot. materiały prasowe)
Idea doceniania rzeczy takich, jakie są, jest prosta i możliwa do zrealizowania, ale również bardzo głęboka. To klucz do tego, by czuć życzliwość i miłość do innych i do siebie samych. Ta zdolność do otwierania się, do świeżego doświadczania rzeczy jest zawsze obecna w naszym umyśle. Jak odkryć tę umiejętność?

Wszyscy przeżywamy chwile, kiedy doceniamy widoki, smaki, zapachy takie, jakie są. Rozluźniamy się i nagle, nie wiadomo dlaczego, akceptujemy nasze doświadczenie, nie chcąc, aby czegoś było mniej czy więcej, lub żeby było inaczej. Czujemy, że wszystko, przynajmniej w tej chwili, jest kompletne.

Kiedy nasz umysł jest otwarty i świeży, widzimy piękno wszędzie, także w nas samych. To poczucie delektowania się wyjątkowością każdej chwili. Nigdy nie było tak, jak teraz. I nigdy więcej nie będzie tak, jak teraz. Żyjemy w zgodzie z przemijalnością świata, z siłą jego oddziaływania i głębią jego bogactwa.

Pierwszym krokiem jest uświadomienie sobie, jak ważne jest nasze nastawienie. Może się okazać, że nawykowo skupiamy się na braku kompletności. Mamy takie myśli jak: „Jestem niegodny, ciągle mi czegoś brakuje, świat to same problemy”. Z takim nastawieniem zobaczymy niedoskonałość, gdziekolwiek spojrzymy, i zawsze będziemy czuć niezadowolenie.

Sposobem na zmianę negatywnego nastawienia jest zapisywanie wszystkiego, za co jesteśmy wdzięczni. Możemy zapisywać najzwyklejsze rzeczy, takie jak sposób, w jaki światło rozjaśnia czyjąś twarz lub odbija się od ściany budynku. Może to być smak zwykłego lunchu, z różnymi odcieniami słodyczy, słoności, kwaśności lub goryczy. Może to być jakiś utwór muzyczny lub obraz albo sposób, w jaki ktoś się porusza. Może to być głos, który usłyszysz. Może obca osoba właśnie coś powiedziała i ku twojemu zaskoczeniu odkrywasz, że ma piękny akcent. Docenianie ludzi i rzeczy w ten sposób nie wymaga wielkiego wysiłku, ale rozgrzewa nasze serca i sprawia, że czujemy się połączeni ze światem. To o wiele przyjemniejsze niż kolekcjonowanie pretensji od rana do nocy, co może się łatwo zdarzyć, jeśli tylko ulegniemy sile napędowej naszych przyzwyczajeń.

Możemy również pamiętać o odczuwaniu wdzięczności za wszystko, co mamy. W moim przypadku teraz, gdy skończyłam osiemdziesiąt lat, mogłabym mówić o fizycznym bólu, zmarszczkach, problemach z zębami – różne rzeczy przychodzą mi do głowy. Oczywiście, zdarza mi się narzekać! Ale praktykując wdzięczność, mogę myśleć o tym, że nadal jestem w stanie chodzić na długie spacery. Moja starsza siostra, która kiedyś była wielką miłośniczką wędrówek, cierpi na artretyzm i nie może już chodzić daleko, jednak nie traci ducha i nie narzeka. Ale jej artretyzm uświadamia mi za każdym razem, gdy idę na spacer, jak bardzo jestem wdzięczna za moje nogi, stopy i biodra. Jak cudowne jest to, że są sprawne a ja mogę zażywać spacerów, które mnie orzeźwiają i dodają wigoru, zamiast kończyć się takim bólem, że więcej nie chciałbym już tego robić.

Możemy stracić te możliwości w każdej chwili. Ale ja wciąż widzę i nawet jeśli nie tak dobrze jak kiedyś i potrzebuję okularów do czytania, nadal mogę zobaczyć wszystkie kolory tęczy. Obserwuję zmiany pór roku, wilgoć na liściach, wiatr poruszający drzewami. I nadal całkiem dobrze słyszę. Jeden z moich przyjaciół stracił słuch w takim stopniu, że aparaty słuchowe nie pomagają. Pewnego dnia położył rękę na mojej i powiedział: „Oddałbym wszystko, aby móc po prostu siedzieć i słuchać ptaków”. Pomyślałam wtedy, że ja nadal mogę słuchać ptaków. Naprawdę muszę skupić się na tym, że jest to wciąż możliwe i być za to wdzięczna.

Kolejną praktyką, z której często korzystam, jest zwracanie szczególnej uwagi na obcych ludzi, których spotykam na co dzień. Po raz pierwszy wypróbowałam to z kasjerką w banku. Podczas gdy ona dokonywała obliczeń, ja starałam się patrzeć na nią jak na żywą istotę ludzką. Jakimś cudem ta anonimowa kasjerka, której jedynym zadaniem, wydawać by się mogło, jest liczenie moich pieniędzy, zaczęła stawać się kobietą, która ma swoje życie, pracę, przyjaciół, zajęcia, rzeczy, które lubi i których nie lubi. Zauważyłam jej ubranie, włosy, sposób, w jaki poruszała rękami. Wyobrażałam sobie, co robiła przed przyjściem do pracy tego dnia: jak wybrała swój strój, nałożyła makijaż i – tuż przed wyjściem z domu – podjęła spontaniczną decyzję, aby założyć kolczyki, które niedawno dostała od swojego przyjaciela. To ćwiczenie wywołało uczucie naturalnego zainteresowania tą anonimową kobietą. Poczułam ciepło w stosunku do niej po prostu dlatego, że była człowiekiem, który ma swoje życie.

Kiedy staramy się dostrzec ludzi i w ten sposób wykorzystać naszą wyobraźnię, zaczynamy odczuwać naszą jedność z innymi. Każdy jest centrum własnego wszechświata, a jednocześnie jesteśmy anonimowymi ludźmi, których inni nawet nie zauważają. Wszyscy mamy pełne życie z naszymi własnymi wersjami radości i smutku, nadziei i strachu. Jeśli poświęcimy czas, aby docenić innych w ten sposób, obcy ludzie, których spotykamy, stają się lustrami pokazującymi nam nasze własne człowieczeństwo i naszą wrażliwość. Wtedy możemy zamienić naturalną życzliwość, która pojawia się w stosunku do innych, w naturalną życzliwość w stosunku do nas samych.

Możemy odczuwać życzliwość nie tylko w odniesieniu do rzeczy, które łatwo w sobie polubić, ale także w odniesieniu do tego, co nas denerwuje lub rozczarowuje. Nasze złe nawyki, nasze lęki, powracające myśli, że coś jest z nami zasadniczo nie tak – niezależnie od tego, czy musimy poradzić sobie z przejściową czy przewlekłą nerwicą – to tylko część tego, kim jesteśmy, przynajmniej chwilowo. Możemy zostawić miejsce dla tych niełatwych myśli i emocji, nie odrzucając ich, ale też nie ulegając im. Dzięki takiej nieosądzającej postawie, możemy odczuwać wdzięczność za to, jacy jesteśmy. Pomoże nam to poznać i zaufać naszej podstawowej dobroci, która jest kompletna, bez żadnych braków.

Mówienie o docenianiu świata „takiego, jaki jest” i nas samych „takich, jacy jesteśmy” jest kolejnym sposobem mówienia o ścieżcen nieodrzucania. Idąc tą drogą, możemy stosować aktywne praktyki, takie jak dawanie i branie. Innym razem jednak możemy eksperymentować z prostszym podejściem. Możemy spróbować po prostu siedzieć z tym wszystkim – z naszymi myślami, uczuciami, odczuciami – i pozwolić, aby wszystko było takie, jakie jest.

Anam Thubten w nauczaniu o lotosie i błocie mówi: „Wszystkie wady, jakie istnieją, są częścią nas samych. Proces samouzdrowienia zaczyna się wtedy, gdy przyjmujemy je takie, jakie są. Mogą być pożywką dla naszego wewnętrznego wzrostu. Uznanie ich, bez zaprzeczania i manipulowania, jest punktem zwrotnym”. W pewnym sensie praktyka akceptowania i pozwalania jest jeszcze bardziej radykalnym podejściem niż tonglen. Czy to rzeczywiście możliwe, że nasze neurotyczne nawyki i dysfunkcjonalne wzorce zaczną same się leczyć, jeśli tylko pozostaniemy z nimi, zamiast im ulegać lub uciekać przed nimi? Jest to coś, nad czym warto się głęboko zastanowić i wypróbować najlepiej, jak w danej chwili potrafimy.

Anam Thubten podkreśla, że odwaga w przyznaniu się do naszych „wad” nie polega na pogrążeniu się w poczuciu wstydu lub winy. Chodzi o to, żeby „nie ukrywać niczego przed świadomością”. Zamiast reagować w ten czy inny sposób, możemy po prostu nie ukrywać niczego przed własnym umysłem. Wszystko, co obserwujemy, możemy po prostu uznać za dojrzewanie nasion karmicznych. To, co pojawia się w naszym umyśle i sercu, jest ni mniej, ni więcej tylko naszym obecnym doświadczeniem. Nawet nasze dobre i złe cechy są tymczasowe i nieistotne, nie są ostatecznym dowodem naszej wartości lub jej braku. Nie są one nieodłącznie związane z zasadniczym charakterem naszej podstawowej dobroci; są po prostu tym, czym są. Jeśli nauczymy się pracować w ten sposób z naszymi doświadczeniami, to zamiast ulegać pokusie starych nawyków, możemy pozostać z nimi, dopóki samoistnie nie znikną.

Kiedy czujesz, że zamykasz się w sobie, spinasz się i nastawiasz przeciwko temu cennemu światu lub swojemu drogiemu staremu „ja”, możesz użyć „tak, jak jest” jako antidotum. Jest to mantra, którą możesz zastosować od razu, gdy tylko zajdzie taka potrzeba. Proste powiedzenie: „To doświadczenie jest kompletne takie, jakie jest” lub „Jestem kompletny taki, jaki jestem” jest sposobem na złapanie siebie w momencie, gdy zaczynasz dzielić swoje doświadczenie na pół, na to przeciwko temu, lub ja przeciwko tobie. Jest to sposób na złapanie siebie, gdy zaczynasz utrwalać dualistyczny sposób postrzegania, który zawsze przynosi walkę i niezadowolenie.

Trungpa Rinpocze opisał podstawową dobroć jako „blask nie do powstrzymania”. Oznacza to, że prędzej czy później – bez względu na to, jak bardzo jesteśmy uparci, leniwi czy wątpiący – dotrze do nas zaufanie do naszej podstawowej dobroci i podstawowej dobroci świata. Będziemy rozwijać pełne zaufanie do naszego doświadczenia „takiego, jakie jest”. Jest to nieuniknione.

Cudowna ironia tej duchowej podróży polega na tym, że odkrywamy, iż prowadzi nas ona do tego, abyśmy stali się tym, kim jesteśmy. Podniosły stan oświecenia to nic innego jak pełne poznanie naszego świata i nas samych takich, jacy jesteśmy.

Innymi słowy, ostatecznym rezultatem tej drogi jest bycie w pełni człowiekiem. A ostateczną korzyścią, jaką możemy przynieść innym, jest uświadomienie im, że oni również osiągają pełne człowieczeństwo, gdy są tym, kim są.

Fragment książki „Twoje wspaniałe życie. Jak przyjąć to, czego nie chcemy otrzymać." 

Pema Chödrön - buddyjska mniszka amerykańskiego pochodzenia, którą pokochały gwiazdy Holllywood. Po rozstaniu z mężem znalazła ukojenie w buddyzmie. Autorka wielu popularnych poradników, w tym bestsellerowej książki "Nigdy nie jest za późno" polecanej przez wiele gwiazd, m.in.: Oprah Winfrey, Gwyneth Paltrow oraz Jeffa Bridgesa.
 

  1. Psychologia

Terapia śmiechem - antidotum na stres w czasie pandemii

Badania nad terapią śmiechem rozpoczęły się w latach 60. XX wieku, ale potencjał śmiechu w zwalczaniu stresu jest dobrze znany od wieków. (Fot. iStock)
Badania nad terapią śmiechem rozpoczęły się w latach 60. XX wieku, ale potencjał śmiechu w zwalczaniu stresu jest dobrze znany od wieków. (Fot. iStock)
Pandemia nie odpuszcza i choć mamy w zasięgu wiele narzędzi i technik relaksacyjnych, to co z tego, skoro napięcie nie pozwala nam się na nich skoncentrować? Może więc jedynym, co nam pozostaje, jest śmiech? Psycholożka Hanna Samson na własnej skórze sprawdziła, jak to działa, i przekonuje, że w każdej sytuacji można znaleźć coś zabawnego.

Wiele osób od lat skarżyło się na to, że żyją w stresie. No a teraz? Nie lubię mówić „wszyscy”, bo zawsze mogą się znaleźć wyjątki, jednak z pewnością większość z nas doświadcza mocniej napięcia i lęku w czasie pandemii. Nie musimy być tego świadomi, ale nasze ciało zwykle wie, że nie jest dobrze.

– Wstyd się przyznać, ale kiedy wprowadzono lockdown, to najpierw się ucieszyłam – wyznaje 47-letnia Iwona, matka dorosłej córki mieszkającej w Londynie, rozwiedziona. – Myślałam, że wreszcie odpocznę, nadrobię różne zaległości, będę miała trochę spokoju. Jestem fizjoterapeutką, bałam się utraty zarobków, ale korzyści wydawały mi się większe. W końcu zrobię porządek w dokumentach, będę praktykować jogę, jeść zdrowe rzeczy, które sama sobie ugotuję, a nie na szybko byle co. Chciałam jeszcze wrócić do nauki angielskiego, bo mój zięć jest Anglikiem, przeczytać kilka książek, nawiązać kontakt telefoniczny z przyjaciółmi, bo od dawna ich zaniedbywałam. Trochę się niepokoiłam o córkę, ale jest zdrowa i rozsądna, więc nie za bardzo. No po prostu takie wakacje od życia i czas na wszystko. Miałam naprawdę dużo planów. – I udało się pani te plany zrealizować? – pytam, choć czuję, że były to jedynie miłe początki tego, co przyszło potem. – Właśnie nie! Ciągle myślałam, że mogę zacząć jutro, bo przecież nigdzie się nie spieszę. I jutro myślałam tak samo i całe dnie mi się rozłaziły, chodziłam po domu w piżamie i właściwie nie wiem, co robiłam. Coś zaczęłam sprzątać, ale mi się odechciało, zrobiłam przegląd ubrań, a potem wszystko znów upchnęłam w szafie. Wstawałam wcześnie, bo nie umiem wylegiwać się w łóżku, i snułam się po domu bez sensu. Byłam coraz bardziej zła na siebie, myślałam, że inni potrafią ten darowany czas wykorzystać, a mnie się wszystko rozłaziło. Jeden dzień był podobny do drugiego, jakaś magma, w której się przewalałam. – Może potrzebny był pani taki czas na odpoczynek od wszystkiego? – próbuję znaleźć jasną stronę tej sytuacji. – Też myślałam, że odpoczywam, ale nie! Nie mogłam się na niczym skupić, nic przeczytać, nawet obejrzeć serialu. Nic mnie nie wciągało, cały czas jakieś myśli przelatywały mi przez głowę i odwracały uwagę, ale nie myślałam o niczym konkretnym. Dopiero kiedy stłukłam trzeci talerz, zdałam sobie sprawę, jak jestem napięta. Dokładnie czuję napięcie innych, gdy ich masuję, a na swoje ciało nie zwracałam uwagi. I dopiero ten trzeci talerz, który wypadł mi z rąk, sprawił, że zobaczyłam, jak się boję. A teraz gdy nadeszła druga fala pandemii, boję się jeszcze bardziej. Jeśli nie będę mogła pracować, to zwariuję!

Terapia jednej minuty

Czy widzieliście już bobra jedzącego kapustę? Taki filmik krąży w Internecie wraz z informacją, że oglądanie bobra jedzącego kapustę zmniejsza nasz poziom stresu o 17 procent. Nawet jeśli nie stoją za tym poważne badania, to i tak bobra warto zobaczyć, a nawet wziąć z niego przykład, bo COVID-19 to bardzo silny czynnik stresujący. I chyba jednak użyję słowa „wszyscy”... Wszyscy żyjemy w stresie. Nawet ci, którzy jak Iwona nie od razu są tego świadomi i chyba nawet antycovidowcy, którzy walczą o wolność od maseczek. Boimy się o zdrowie i życie swoje i bliskich. Boimy się utraty pracy i braku pieniędzy. Nawet jeśli w naszym otoczeniu nikt nie jest zakażony koronawirusem i praca wydaje się stabilna, to jako społeczeństwo jesteśmy świadkami śmierci, chorób i strat, a nasze życie jest inne niż było. Izolacja społeczna dodatkowo pogłębia stres, w którym żyjemy, samotność sama w sobie to potężny stresor.

Wiadomo, że długotrwałe napięcie ma złe konsekwencje dla psychiki, może prowadzić do depresji, ataków lęku, trudności z koncentracją uwagi i podejmowaniem decyzji, problemów ze snem, zaburza również funkcje poznawcze. Stres ma także konsekwencje biologiczne: przyspiesza proces starzenia się organizmu, zmniejsza odporność i nasila stany zapalne. Może prowadzić do zaostrzenia chorób serca, astmy, cukrzycy. Te informacje są powszechnie znane i nie chcę nimi nikogo stresować. Wręcz przeciwnie – zamiast stresować się stresem, który przeżywamy, weźmy się do jego rozbrajania, bo inaczej, gdy pandemia się skończy, nadal będziemy chorować.

Wróćmy do bobra jedzącego kapustę. Kontakt z miłym zwierzęciem, nawet za pośrednictwem ekranu komputera, zwykle nas rozczula i poprawia samopoczucie. W dodatku oglądanie bobra może rozśmieszać, a śmiech to ważny czynnik antystresowy. Gelotologia, czyli badania nad terapią śmiechem, została zapoczątkowana w latach 60. ubiegłego wieku przez Normana Cousinsa, ale potencjał śmiechu w zwalczaniu stresu jest dobrze znany od wieków. Stare chińskie przysłowie mówi, że minuta śmiechu przedłuża życie o godzinę. Dziesięć minut śmiechu daje podobno taki sam efekt relaksacyjny jak dwie godziny odpoczynku. Śmiech pozwala rozładować napięcie, wpływa zarówno na psychikę, jak i na ciało. Śmiejąc się, oddychamy głębiej, krew krąży szybciej, organizm jest lepiej dotleniony, wzmaga się metabolizm komórek. Śmiech stymuluje układ odpornościowy do produkcji limfocytów, wydzielają się również endorfiny, które działają rozluźniająco i przeciwbólowo. Zwiększa się stężenie immunoglobuliny A – przeciwciała, które chroni przed chorobami górnych dróg oddechowych. Obniża się wyraźnie poziom kortyzolu – hormonu stresu.

Co w tym śmiesznego?

No dobrze, ale z czego tu się śmiać w czasie pandemii? Jeden bóbr nie udźwignie naszego samopoczucia na dłuższą metę. Pozostają komedie, zabawne książki i… lekka zmiana spojrzenia na świat. W wielu codziennych wydarzeniach są obecne aspekty komiczne, które warto dostrzegać. Opowiadałam już kiedyś o sytuacji, którą widziałam we Francji, ale znów ją przypomnę, bo wiele mnie nauczyła. Rzecz działa się w miejscowości narciarskiej, cały dzień padał lepki śnieg. Mężczyzna zszedł ze stoku, schował narty do samochodu i długo go odśnieżał, szczotka, skrobaczka, szczotka, w końcu wsiadł i chciał ruszyć, ale zza rogu wyjechał pług śnieżny, więc czekał, aż przejedzie. Pług zgarniał śnieg z ulicy, tworząc zaspy po bokach. Jedna z nich powstała tuż przed samochodem mężczyzny, blokując mu wyjazd. Facet wysiadł z samochodu, patrzył w osłupieniu, a w końcu wybuchnął śmiechem.

– Nie jest pan zły na tego kierowcę? – zapytałam. – Taką ma robotę. Pewnie nie zauważył, że chcę wyjechać – odpowiedział, a ja nie mogłam wyjść ze zdziwienia, że nie zareagował złością, że umiał dostrzec komizm tej sytuacji i głośno się śmiać! Wyobrażałam sobie, jak by to wyglądało w Polsce. Ile padłoby przekleństw, które dobrze znamy z naszych ulic! Jak on mógł! Już odśnieżyłem samochód, a ten myśli, że wszystko mu wolno?! Ja mu pokażę!!!

Przesadzam? Nie sądzę. Od dawna mam poczucie, że jesteśmy raczej ponurym narodem i warto sobie przepisać terapię śmiechem. Nie chodzi mi o lekceważenie powagi sytuacji, ale o dostrzeganie zabawnych stron życia, co może pomóc zredukować stres i frustrację. Sama też łatwo się stresuję i dzwonię wtedy do przyjaciółki. Rozmawiamy o poważnych sprawach, ale co jakiś czas któraś rzuci zabawną uwagę, skojarzenie, żarcik słowny i wybuchamy śmiechem. I jakoś tak się dzieje, że po tej rozmowie zawsze czuję się lepiej.

Daj się zarazić

Alina ma 43 lata, obydwoje z mężem pracują zdalnie, dwójka dzieci też się uczy zdalnie, a to wszystko dzieje w 60-metrowym mieszkaniu, w którym są jeszcze dwa koty.

– Jestem perfekcjonistką i na początku miotałam się między pracą, pomaganiem w lekcjach, gotowaniem obiadów a pieczeniem ciasta. Chciałam, żeby wszystkim było miło i żeby wszystko było dobrze zrobione – opowiada o pierwszych tygodniach pandemii. – A potem okazało się, że rodzina ma mnie dość. Wnosiłam napięcie i nawet koty się przede mną chowały. W końcu do mnie dotarło, że lepiej dbać o atmosferę niż o wykonanie wszystkich zadań na piątkę. – I udało się? – pytam. – Tak! Nauczyłam się odpuszczać i to jest cudowne. Dzieciom pomagam tylko wtedy, kiedy tego naprawdę potrzebują i to nie zawsze, bo podzieliliśmy się z mężem opieką i w jego dni się nie wtrącam. Stworzyliśmy razem z dziećmi plan dnia, który wprowadził dużo spokoju. A do tego dwa razy w tygodniu urządzamy sobie zabawne wieczory. Każdy przygotowuje coś śmiesznego: skecz, powiedzonko, historyjkę, dowcip i razem się z tego śmiejemy! Śmiech ma coś wspólnego z koronawirusem: jest zaraźliwy i warto z tego korzystać. Śmiać się z innymi dla zdrowia i dla radości życia, którą można odczuwać, nawet gdy jest trudno.

W historii Aliny ważny jest także plan dnia, który wprowadził spokój. Pamiętacie z obozów i kolonii? 7.00 – pobudka, mycie się, ścielenie łóżek, 8.00 – śniadanie, i tak dalej aż do ciszy nocnej. Ale nie tylko dzieci potrzebują rytmu, rutyny i powtarzalności. Wszystkim nam to pomaga czuć się bezpiecznie i mieć namiastkę normalności.

Dla siebie

I jeszcze raz wrócę do bobra, który je kapustę. Je metodycznie, z zaangażowaniem, póki nie zje ostatniego listka, nic innego nie ma dla niego znaczenia. Cały jest w „tu i teraz” i tego warto się od niego uczyć. Skupić się na tym, co właśnie robimy. Nie chodzi mi o to, żeby odcinać się od informacji o świecie, bo one są nam potrzebne. Ale nie karmić się tylko nimi. Zadbać w głowie o miejsce na zwykłe życie, które nawet jeśli w nieco innej formie, to przecież nadal prowadzimy.

A co z najbliższymi świętami? Co roku rozmyślałam, czemu tak strasznie się staramy, zamiast odpocząć. W tym roku myślę inaczej. Nie wiem jeszcze, czy będziemy mogli spotykać się w szerszym gronie, ale nawet dla samego siebie warto się postarać. Święta dają poczucie ciągłości, trwałości, porządku, więc niech będą takie, jak trzeba, nawet jeśli z bliskimi spotkamy się jedynie na Skypie!

Hanna Samson, psycholożka, terapeutka, pisarka. W Fundacji CEL prowadzi grupy terapeutyczne dla kobiet. Autorka takich książek, jak „Dom wzajemnych rozkoszy” i „Sensownik”.