1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Jak budować odporność psychiczną i pewność siebie dziecka? Najlepiej poprzez zabawę!

Jak budować odporność psychiczną i pewność siebie dziecka? Najlepiej poprzez zabawę!

Fot. materiał partnera
Fot. materiał partnera
Dzieci od najmłodszych lat uczą się poprzez zabawę wielu rzeczy, dlatego warto wybierać takie zabawki, które umożliwią im rozwój umiejętności przydatnych w późniejszym życiu. Pomóc w tym może marka LEGO® DUPLO®, której misją jest wspieranie rozwoju dzieci za pomocą prostych zabaw, tak aby były jak najlepiej przygotowane do dorosłego życia.

Beztroska zabawa to naturalny sposób nauki dla najmłodszych. To właśnie wtedy uczą się kolorów, kształtów, cyfr czy poszerzają słownictwo. Dzięki odpowiednio dobranym zabawkom dzieci mogą także rozwijać wiele innych przydanych umiejętności miękkich związanych z inteligencją emocjonalną, takich jak autoekspresję, pewność siebie i odporność psychiczną, czyli zdolność radzenia sobie w trudnych emocjonalnie sytuacjach i niepoddawania się. To właśnie dzięki nim dzieci stają się szczęśliwsze i lepiej radzą sobie w dorosłym życiu. Klocki LEGO DUPLO to doskonała zabawka na wielki start, gdyż daje maluchom możliwości do odkrywania świata i rozwijania wszystkich niezbędnych kompetencji.

Fot. materiały prasowe LEGO DUPLOFot. materiały prasowe LEGO DUPLO

Według Doroty Maciejec, psycholożki dziecięcej, zabawki wspierające rozwój można wykorzystać w zabawie na wiele sposobów. – Klocki LEGO DUPLO pobudzają kreatywność i rozwijają wyobraźnię, dzięki czemu dziecko może realizować swoje najbardziej niesamowite pomysły. Zabawa nimi wspiera zdolności umysłowe, takie jak spostrzegawczość, koncentrację uwagi, rozwój myślenia logicznego i przyczynowo-skutkowego oraz pomaga ćwiczyć pamięć. Umiejętności te są niezwykle istotne, szczególnie w chwili rozpoczęcia nauki w szkole podstawowej. Jeśli myślimy o zabawkach rozwojowych, to warto kupować te, które pozytywnie oddziałują na kompetencje społeczno-emocjonalne i są odpowiedzią na potrzeby z tego obszaru – dodaje.

Niezbędne umiejętności

Rodzice często zastanawiają się, jakie będzie ich dziecko i kim zostanie w przyszłości. Jeśli chcemy, aby nasza pociecha miała poczucie własnej wartości, co przełoży się na zdolność radzenia sobie w dorosłym życiu, warto już teraz podsuwać dziecku zabawki, które nie tylko zapewnią mu radośnie spędzony czas, ale również pozwolą na wyrażanie siebie, budowanie odporności psychicznej i pewności siebie.

Fot. materiały prasowe LEGO DUPLOFot. materiały prasowe LEGO DUPLO

Podczas zabawy dzieci napotykają różne przeszkody i nie zawsze wszystko od razu idzie po ich myśli. Podczas budowania z zestawem LEGO DUPLO Pociąg ze zwierzątkami może się okazać, że wagoniki nie chcą się ze sobą połączyć i pociąg nie jeździ albo zbudowana wieża przewraca się w połowie i rozsypuje. W takich sytuacjach warto dopingować dziecko, by nie poddawało się i spróbowało jeszcze raz. Za którymś razem w końcu mu się uda zbudować wysoką wieżę lub wymarzoną ciuchcię, którą zabierze zwierzątka na wycieczkę. Takie sytuacje uczą dziecko cierpliwości, samodzielności, wytrwałości w dążeniu do osiągnięcia upragnionego celu oraz wzmacniają jego odporność psychiczną na niepowodzenia, którym będzie musiało stawić czoła w przyszłości.

Rodzice również mogą wspierać pewność siebie dziecka poprzez chwalenie go za to, co zbudowało - nawet prostego domku czy samochodu. Uznanie w oczach mamy czy taty spowoduje, że maluch następnym razem bez obaw spróbuje ułożyć bardziej skomplikowaną budowlę. Chwalenie bardzo wzmacnia w maluchu wiarę we własne umiejętności i pewność siebie, a w przyszłości przełoży się na umiejętność lepszego radzenia sobie z obowiązkami, wyzwaniami, presją rówieśników i emocjami, które towarzyszą porażkom.

Fot. materiały prasowe LEGO DUPLOFot. materiały prasowe LEGO DUPLO

Wspólnie spędzony czas

Dzieci bardzo często naśladują podpatrzone zachowania rodziców. Wspólnie spędzany czas jest dla nich niezwykle wartościowy, dlatego zabawę warto wykorzystać na pokazywanie i tłumaczenie otaczającego świata. Zabawa z rodzicami pozwala maluchom dostrzegać emocje, nazywać oraz rozumieć przyczyny ich powstawania. - W trakcie codziennych aktywności nazywajmy emocje, jakie nam towarzyszą. Powiedzmy dziecku, że jesteśmy szczęśliwi, gdy się razem bawimy, albo jesteśmy niezadowoleni, gdy dziecko nie chce się ubrać. Zapytajmy jak ono się czuje w danej sytuacji. Dzięki naszemu zaangażowaniu pomagamy maluchom rozwijać świadomość dotyczącą emocji, wzbogacamy ich język o nowe słownictwo i pomagamy wypracować strategie radzenia sobie w różnych społecznych sytuacjach – dodaje Dorota Maciejec.

Dobrym pomysłem jest wykorzystanie różnego rodzaju zabawek. Podczas wspólnego odgrywania scenek np. z zestawem LEGO DUPLO Stadnina i kucyki, możemy rozwijać empatię opiekując się zwierzętami. Pytajmy dziecko: „jak myślisz, co twój kucyk chciałby zjeść na śniadanie? dlaczego jest smutny? czy boli go noga? może pojedźmy z nim do weterynarza”. Taka zabawa rozwija u dzieci poczucie odpowiedzialności, ale również pozwala im na doskonalenie zdolności twórczych poprzez wymyślane historyjek. Za pomocą minifigurek możemy także dowiedzieć się, co nasze dziecko czuje, jakie ma marzenia i potrzeby lub z czym się boryka. Wczuwając się w rolę kucyka dziecku będzie łatwiej powiedzieć, że inne kucyki nie chcą się z nim bawić lub zabierają zabawki. Podczas zabawy łatwo przećwiczyć trudne emocjonalnie sytuacje z podwórka czy przedszkola i pomóc dziecku sobie z nimi poradzić.

Fot. materiały prasowe LEGO DUPLOFot. materiały prasowe LEGO DUPLO

Wspólna zabawa LEGO DUPLO to także idealne pole do rozwoju kreatywności i autoekspresji. Budując domek dla kucyka, pytajmy dziecko, jak ma wyglądać, jaki ma mieć dach i jakie okna. Pozwólmy maluchowi budować wedle własnego uznania. Domek własnego projektu spowoduje, że dziecko poczuje się twórcze, akceptowane i dumne z siebie.

W ten sposób, podczas zwykłej, codziennej zabawy, rodzice mają okazję poznać lepiej pociechy, a najmłodsi odkryć swoje mocne i słabe strony. Poza tym wspólna zabawa LEGO DUPLO pomoże najmłodszym kontrolować i wyrażać emocje, a dodatkowa interakcja z rodzicami lub rówieśnikami uczy współpracy w zespole.

Rozwój z LEGO DUPLO

Nie od dziś wiadomo, że każdy rodzic chce jak najlepiej dla swojego dziecka, dlatego warto już od najmłodszych lat rozwijać inteligencję emocjonalną, która pozwoli lepiej radzić sobie w dorosłym życiu. Misja ta przyświeca również marce LEGO DUPLO, która poprzez zabawę wspiera zarówno dzieci, jak i ich rodziców w dążeniu do tego, aby wyrosły na szczęśliwych i pewnych siebie dorosłych.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Współpraca nie wyklucza zdrowej rywalizacji. Jak przekazać to dzieciom?

Odkrycie talentów dziecka to dla rodziców trudne zadanie, bo muszą za nim podążać, dawać emocjonalne wsparcie. Najlepiej pomóc dziecku samemu odkryć swoje mocne strony. (fot. iStock)
Odkrycie talentów dziecka to dla rodziców trudne zadanie, bo muszą za nim podążać, dawać emocjonalne wsparcie. Najlepiej pomóc dziecku samemu odkryć swoje mocne strony. (fot. iStock)
Zachęcajmy dziecko do samopoznania, pomagajmy mu zrozumieć siebie oraz to, dlaczego powinno podążać w tym, a nie w innym kierunku – mówi pedagożka dr Marta Majorczyk.

Rodzice z jednej strony widzą, że współczesny świat nastawiony jest na konkurencję, szkoła na rywalizację, a z drugiej – coraz częściej słyszą, że powinni wychowywać do współpracy. To czego powinni uczyć?
Powinni przygotowywać dziecko na obydwie opcje. Przy czym warto rozróżnić rywalizację pozytywną od negatywnej. Pozytywna opiera się na zdolnościach, talentach, cechach, umiejętnościach, kompetencjach, wiedzy, czyli przymiotach, które mamy w sobie i z których korzystamy, chcąc osiągnąć sukces.

A rywalizacja negatywna?
Odwołuje się do elementów, których nie mamy w sobie, które znajdują się na zewnątrz. Na przykład do tego, że rodzice są majętni, więc dziecko ma najdroższe ubrania, gadżety, wyjazdy. Innym przykładem rywalizacji negatywnej są wybory miss czy mistera szkoły, gdzie ocenia się wygląd, czyli coś, na co dziecko nie ma wpływu. Zadanie rodziców powinno polegać nie na stymulowaniu takiej rywalizacji, ale na jej osłabianiu.

Czyli na czym konkretnie?
Na przykład na podkreślaniu: co z tego, że masz lepsze ubrania, skoro to nie zależy od ciebie, tylko od tego, że akurat mamy pieniądze. Warto uczyć skromności, a nie eksponowania dóbr materialnych, markowych ciuchów, większych możliwości, niż mają inne dzieci. Skutkiem negatywnej rywalizacji jest osłabienie poczucia wartości dziecka, które bierze udział w rywalizacji, bo jeżeli uważa, że jest brzydsze, źle ubrane, to czuje się gorsze. A ponieważ nie jest w stanie tego zmienić, to może w pewnym momencie przestać podejmować jakiekolwiek działania.

Jakie są skutki rywalizacji pozytywnej?
Bardzo ważną rolę odgrywają tu rodzice – powinni rozmawiać z dzieckiem i wyjaśniać mu, że rywalizacja nie przynosi tylko sukcesów, że na pewno kiedyś trzeba zmierzyć się z porażką. Ale to, że dziecko przegra, nie znaczy, że jest do niczego, tylko że powinno ćwiczyć dalej i pogodzić się z tym, że ktoś jest lepszy. Koniecznie trzeba budować w dziecku poczucie wartości.

Jak reagować, jeżeli to poczucie zmieni się w poczucie wyższości? Bo osiągając sukcesy, można wpaść w pułapkę wysokiego mniemania o sobie. Dziecko uzdolnione w jakiejś dziedzinie ma łatwiej niejako z definicji, niezdolne może łatwo się zniechęcić.
Poruszyła pani ważną kwestię. Weźmy taki przykład: dziewczynka bardzo chce tańczyć tak jak utalentowana w tej dziedzinie koleżanka. Natomiast ja, mama, widzę, że z poczuciem rytmu nie jest u córki za dobrze. Proponuję więc: świetnie radzisz sobie językowo, jesteś komunikatywna, masz bogaty zasób słownictwa, możesz pisać opowiadania, współpracować ze szkolnym radiem itp. Trzeba córkę umiejętnie pokierować w inną stronę. Odkrycie talentów dziecka to dla rodziców trudne zadanie, bo muszą za nim podążać, dawać emocjonalne wsparcie. Najlepiej pomóc dziecku samemu odkryć swoje mocne strony.

Jak to robić?
Można zadawać pytania coachingowe: „Co sprawia ci radość?”; „Jak sądzisz, czy wystarczy więcej popracować, czy może powinieneś szukać innej dziedziny, w której mógłbyś się spełniać?”. Zamiast podsycać rywalizację, lepiej zachęcać dziecko do samopoznania, pomagać mu zrozumieć siebie oraz to, dlaczego powinno podążać w tym, a nie innym kierunku.

I podkreślać, że każdy jest inny?
Tak. Badacz inteligencji wielorakiej Howard Gardner wykazał, że nie ma jednej inteligencji, tylko jest cały zespół inteligencji. Tłumaczmy dziecku, że niemożliwe, aby było świetne we wszystkim, natomiast na pewno jest w czymś dobre i musi to coś znaleźć. Zarówno rodzicom, jak i nauczycielom polecam książkę Aldony Kopik i Moniki Zatorskiej „Wielorakie podróże – edukacja dla dziecka”, która zawiera kwestionariusz do badania inteligencji wielorakiej. Pomaga na podstawie obserwacji dziecka wykreślić jego profil inteligencji.

Gdy już poznamy ten potencjał, łatwiej nam będzie zachęcać je do rywalizacji z samym sobą, a nie z innymi?
Oczywiście, dobrze motywować je do tego, żeby ćwiczyło, uczyło się, pracowało. Ale warto zwracać też uwagę, że skoro jest dobre na przykład w pisaniu, a koleżanka w mówieniu, to mogą, uzupełniając się, zrealizować wspólnie jakiś projekt na lekcję polskiego. Istnieje pojęcie nauczania kooperatywnego, które polega między innymi na tym, że nauczyciel dzieli materiał między uczniów w taki sposób, żeby każdy stał się specjalistą w innym obszarze wiedzy. Potem wszyscy nawzajem się od siebie uczą. Na przykład na lekcji biologii jeden uczeń zajmuje się budową komórki, drugi – jej procesami, trzeci – odżywianiem komórkowym, potem wymieniają się informacjami i w ten sposób poznają całość wiedzy na ten temat. Przy okazji dzieci przekonują się, że zrozumienie całości nie jest możliwe bez współpracy.

Jak jeszcze zachęcać do kooperacji?
Na początku wystarczy wykorzystywać naturalne potrzeby dziecka, czyli chęć zabawy, kontaktu z rówieśnikami. One ujawniają się już w wieku wczesno­szkolnym. Dzieci wtedy lgną do siebie, przy czym dziewczynki bardziej stawiają na zabawę, bliskość, a chłopcy na rywalizację, bo to chłopięcy sposób budowania relacji z kolegami.

Szkoła często zabija te naturalne odruchy.
Wszystko w rękach nauczyciela. Jego rolą jest poznanie dzieci, rozdzielenie zadań zgodnie z ich talentami, a potem zmotywowanie ich do wymiany. Na przykład Jaś to nasz klasowy Lewandowski, więc zachęcam go, żeby pokazał swoim kolegom, jak strzela gole. W ten sposób nauczyciel upiecze dwie pieczenie na jednym ogniu – zbuduje w Jasiu poczucie kompetencji, własnej wartości, wiary w siebie, a także uruchomi tutoring rówieśniczy, który polega na tym, że dziecko dobre w jakiejś dziedzinie może uczyć inne dzieci i dzięki temu przyczyniać się do budowania zgranej paczki.

W jaki sposób rodzice mogą zachęcać rodzeństwo do wspólnego działania?
Powinni pamiętać, żeby nie porównywać dzieci, nie krytykować jednego przy drugim, nie zawstydzać, ale chwalić za to, co każdy robi dobrze. I pokazywać, że wspólnie możemy więcej niż każdy osobno. Kiedy w sobotę trzeba posprzątać mieszkanie, a dzieci chcą iść do kina, zaproponujmy, że sprzątamy wspólnie – tata łazienkę, mama sypialnię, dzieci swoje pokoje. Potem razem gotujemy obiad i takim sposobem całe popołudnie mamy wolne, możemy iść nie tylko do kina, ale i na rowery. I tak oto mimochodem uczymy współpracy, która bardzo przyda się dzieciom w życiu dorosłym.

Jednak górą współpraca.
Nie należy całkowicie eliminować rywalizacji, to naturalna potrzeba. Człowiek od zawsze rywalizował z innymi. Trzeba tylko kształtować pozytywną wersję, a eliminować tę negatywną.

Co dobrego wynika z rywalizacji?
Rozwija talent (najbardziej widać to w sporcie, bo żeby wygrać, trzeba się starać, pracować, ćwiczyć). Uczy znosić porażki, a tym samym przygotowuje do adaptacji w różnych sytuacjach, bo w życiu też trzeba będzie przecież przegrywać.

Najskuteczniejsze ćwiczenie na pozytywną rywalizację?
Gry planszowe, tu rywalizacja jest niezbędna, bo każdy chce pierwszy dotrzeć do mety. Czasem wygrywam ja, czasem córka. Jeżeli przegrywam, to prezentuję swoją postawą, jak to znosić: „OK, przegrałam”, więc gratuluję córce zwycięstwa i chcę zmierzyć się z nią raz jeszcze. Ale rzucając kostką, mówię, że los czasem sprzyja mnie, a czasem jej, tak jak w życiu. Trzeba uczyć wyciągać wnioski z porażek: dostałam złą ocenę, bo się nie nauczyłam, przegrałam mecz, bo się nie zaangażowałam.

Można rywalizować i zarazem współpracować?
Tak, na przykład wtedy, gdy jako klasa walczymy o zwycięstwo w jakiejś dziedzinie z inną klasą. Wynik meczu czy konkursu zależy od tego, czy uczniowie potrafią się porozumiewać, kooperować. Takie formy rywalizacji bardzo sprawdzają się w grupach powyżej 12 lat.

Współdziałanie pozostaje w Polsce umiejętnością mocno zaniedbaną, zwłaszcza w szkołach. Nawet jeśli wypisuje się ją na sztandarach, to potem promuje się indywidualne osiągnięcia – jak w pewnym renomowanym warszawskim gimnazjum, szczycącym się społecznym profilem, w którym na zakończenie roku szkolnego nagradzano za indywidualne wyniki w olimpiadach i konkursach.
W organizowaniu wszelkiego typu konkursów nie ma nic złego, pod warunkiem że dzieci same decydują o udziale, bo to oznacza de facto, że biorą za nie odpowiedzialność. A poza tym – ich sukcesy mogą przynieść pożytek wszystkim, cieszyć się nimi może cała społeczność szkolna. Wszystko zależy od tego, jak te sukcesy „sprzeda” nauczyciel. Według mnie współpracy i rywalizacji nie trzeba rozdzielać, tylko umiejętnie łączyć. Najlepszym przykładem takiego połączenia są sporty zespołowe, które z jednej strony wzmacniają współpracę, a z drugiej – stawiają na zwycięstwo w rywalizacji. Większą satysfakcję sprawia jednak wspólne działanie. Pamiętam doskonale, jak podczas meczów siatkówki (należałam do szkolnej drużyny) wzajemnie się wspierałyśmy, co sprawiało nam większą radość niż wygrana.

Warto więc w szkole nastawionej na rywalizację zachęcać do gier zespołowych?
Na pewno. Ale w szkołach duży nacisk kładzie się też na współpracę. Już w nauczaniu początkowym obowiązuje kształcenie metodą projektu. Polega ono na tym, że cała klasa robi coś wspólnie, czyli nauczyciel dzieli zadania między uczniów, a oni dyskutują, pracują, a potem prezentują owoce wspólnego działania. I znowu – wszystko zależy od nauczyciela. Jeżeli zna i rozumie sens takich metod aktywizujących całą klasę, to przyjemność płynąca z nauki zdecydowanie staje się większa. Wiadomo, że najskuteczniej uczymy się poprzez doświadczanie, więc takie metody efektywnie pomagają w nauce, no a poza tym kształtują społeczne postawy.

Jak motywować do współpracy?
Istnieje wiele strategii motywacyjnych. W sukurs nauczycielom przychodzi neurodydaktyka – wiadomo, że dzieci chętniej uczą się poprzez zabawę, dlatego najlepiej aranżować ciekawe zadania w miłej atmosferze. Dobre efekty przynoszą pozytywne wzmocnienia, pochwały, bazowanie na mocnych stronach dziecka, natomiast nad słabymi stronami pracujemy, korzystając z tutoringu rówieśniczego, czyli poprzez tworzenie zespołów, w których lepsi uczniowie dzielą się swoją wiedzą ze słabszymi. Warto dążyć do wzbudzenia najskuteczniejszej formy motywacji – wewnętrznej, czyli takiej, kiedy dziecko samo chce pracować i samo siebie nagradza: „Udało mi się, będę działać dalej, bo mnie to ciekawi, bo chcę wiedzieć więcej”.

To trudne do osiągnięcia.
Niestety, taką motywację zabija rywalizacja negatywna. I tak oto zamknęliśmy się w błędnym kole. Trzeba jednak zaznaczyć, że nie wszystkie dzieci reagują jednakowo. Jedne rywalizacja pobudza do działania, inne odwrotnie – w obliczu konkurencji się wycofują. Jedne dzieci wolą pracować w grupie, inne bardziej sprawdzają się w pracy indywidualnej. Kłania się tu psychologia różnic indywidualnych. Nic zatem na siłę, wiele zależy od dziecka.

Rodzice na ogół nie mają wiedzy psychologicznej.
To prawda, dlatego mogą skorzystać z coachingu rodzicielskiego – metody pracy, której można się nauczyć podczas specjalnych warsztatów organizowanych przez coachów. Ale – uwaga – wyposażeni w te metody nie rozwiązujemy za dziecko problemów, tylko uczymy je, jak ma sobie samo z nimi radzić. Zadajemy pytania, ćwiczymy koncentrację, nazywanie emocji, uczuć. Coaching rodzicielski to sprawdzona metoda pracy z dzieckiem.

Wydaje mi się, że w Polsce nadal musimy bardziej uczyć współpracy niż rywalizacji, bo tę ostatnią mamy opanowaną.
Podobnie uważa profesor Janusz Czapiński. Powiedział, że przez lata dzięki rywalizacji dużo osiągnęliśmy: wysoki poziom życia, sukcesy zawodowe, natomiast teraz stoimy przed następnym wyzwaniem – jak ze sobą współpracować. Wystarczy rozejrzeć się dokoła siebie, żeby zobaczyć, że profesor ma rację – zazdrościmy sobie nawzajem, konkurujemy, rzadko skrzykujemy się, żeby zrobić coś wspólnie dla naszej ulicy. Samorządność nadal u nas kuleje, choć powoli to się zmienia.

Marta Majorczyk: doktor nauk humanistycznych, pedagożka, doradczyni rodzinna. Pracuje z Collegium Da Vinci w Poznaniu. Pracuje w poradni psychologiczno-pedagogicznej przy Uniwersytecie SWPS w Poznaniu. Mama Patrycji i Piotra.

  1. Psychologia

Jak zapanować nad emocjami wobec dziecka?

Niełatwo jest panować nad złością, szczególnie gdy jesteśmy przemęczeni i mamy nadmiar obowiązków. Jednak te wybuchy emocji na długo pozostają w pamięci, szczególnie u dziecka. (fot. iStock)
Niełatwo jest panować nad złością, szczególnie gdy jesteśmy przemęczeni i mamy nadmiar obowiązków. Jednak te wybuchy emocji na długo pozostają w pamięci, szczególnie u dziecka. (fot. iStock)
Metod na zapanowanie nad swoimi negatywnymi i nadmiernymi emocjami w stosunku do dziecka jest wiele, ale ani jednej idealnie pasującej do każdej mamy.

Jak zwykle w wychowaniu nie dostaniesz gotowej recepty. Sprawdź doświadczalnie, co na ciebie działa najlepiej i tę metodę systematycznie praktykuj.

Zdobądź się na refleksję

Gdy złość ci minie, pomyśl, kiedy ostatnio byłaś taka zła. W jakich okolicznościach to było? Najczęściej w negatywnych emocjach mamy jest powielony schemat: dziecko cię złości przy stole, przed snem, na zakupach, rano przed wyjściem. Określ, kiedy ono cię szczególnie irytuje, a będziesz wiedziała, że to w sytuacji jest coś, co cię męczy. Może nie zabieraj go na zakupy? Może poproś kogoś o pomoc albo sceduj ten obowiązek, który cię najbardziej drażni, na kogoś innego. Unikaj sytuacji, które zawsze prowadzą do awantury.

Zastanów się, czy dana sytuacja cię nie przerasta

Negatywne emocje wymusza zawsze sytuacja, która nas przerasta. W wychowaniu dziecka jest to najczęściej wykonywanie zbyt wielu rzeczy jednocześnie. Szykujesz się do pracy, wstawiasz zupę, sprawdzasz, czy dziecko dobrze się ubrało, sprzątasz klatkę chomika, zbierasz rzeczy dziecka na basen, prasujesz, piszesz zaległy raport, odpowiadasz na pytania w rodzaju: „Skąd się biorą małe krety”. Nic dziwnego, że odczuwasz silne emocje. Mówi się, że kobiety mają zdolność wykonywania wielu czynności jednocześnie. To prawda, ale niekiedy płaci się za to rozstrojem nerwowym. Nie warto. Jedna czynność na raz. Nie rozmawiaj przez telefon, gdy zakładasz dziecku buty w przedszkolu, i nie wieszaj prania, jednocześnie czytając mu bajkę. Każde dziecko wydaje się zachowywać skandalicznie, gdy mamy oprócz niego jeszcze cztery-pięć czynności na głowie.

Ustal sobie wytyczne

Jeśli jesteś osobowością, która potrzebuje kontroli zewnętrznej (nic w tym złego, to tylko jedna z cech osobowości) – rozgłoś, że ciebie nie da się wyprowadzić z równowagi. Taki sztandar niesiony nad swoim życiem pomoże ci zapanować na utratą kontroli nad emocjami. Wytyczysz sobie jasny, konkretny cel: Mnie nikt nie zdenerwuje. To da się zrobić.

Pomyśl: co zapamięta moje dziecko?

Inna metoda to myślenie, że dziecko tę właśnie chwilę twojej utraty kontroli zapamięta najlepiej z całego dzieciństwa. Wypracuj w sobie nawyk myślenia: „Czy chcę, żeby dziecko taką mnie zapamiętało?”. Dlatego nie w momentach złości, ale „na spokojnie” (na przykład codziennie rano przy myciu zębów, gdy nie zajmujesz się niczym innym) powtórz sobie, że ono będzie dokładnie pamiętać twoje wybuchy wściekłości.

Zadbaj o poczucie humoru w waszej relacji

Gdy masz z dzieckiem dobry kontakt – wasza relacja jest mocna, oparta na poczuciu humoru, wspólnych zabawach i różnorodnych formach spędzania wspólnie czasu – jest ci trudnej na nie krzyknąć. Śmiej się, oglądaj z dzieckiem komedie, wygłupiaj się w kuchni, graj w piłkę. Warto. Dzieci najlepiej współpracują, starają się, kontrolują swoje zachowanie nie dla tych, których się boją, ale dla tych, za którymi przepadają. A roześmianej wesołej mamy nie da się nie lubić.

Pamiętaj, że emocje powinny być adekwatne do sytuacji

Gdy tracisz panowanie nad sobą i urządzasz awanturę, kiedy dziecko przeszło w zabłoconych butach przez wysprzątane mieszkanie, pomyśl, skąd weźmiesz adekwatne emocje, gdy cię uderzy, obrazi, świadomie przekroczy normy zachowania?

Czy nigdy nie powinnaś okazywać negatywnych emocji?

Gdy czujesz złość, wściekłość, rozczarowanie, nie kłam sama przed sobą, że tego nie czujesz. Zawsze o tym mów: „Martwi mnie to, czuję się niedoceniana, boli mnie, jest mi przykro”. Wypowiedz się, sformułuj jasny komunikat. Pamiętaj jednak, że reakcja zdrowej psychicznie osoby jest adekwatna do sytuacji. Masz prawo krzyczeć i rwać włosy z głowy, ale w sytuacjach ostatecznej straty czy cierpienia, a nie, gdy dziecko umaże ci garsonkę dżemem.

  1. Psychologia

Jak rozwijać kreatywność u dzieci?

Dziecko wychowywane w duchu kreatywności nie boi się niczego. Nie przerazi go zmiana szkoły, nowy nauczyciel, przeprowadzka, utrata przyjaciela czy trudna lekcja w szkole. (Fot. Getty Images)
Dziecko wychowywane w duchu kreatywności nie boi się niczego. Nie przerazi go zmiana szkoły, nowy nauczyciel, przeprowadzka, utrata przyjaciela czy trudna lekcja w szkole. (Fot. Getty Images)
Rozwijanie dziecięcej kreatywności ma same plusy. Maluch uczy się radzić sobie w każdej sytuacji, nabiera doświadczenia i nigdy się nie nudzi. Rodzice cieszą się za to szczęśliwym, choć nie zawsze czystym, domem. 

Wiele maluchów, które stają przed problemem typu „w hulajnodze odpadło mi kółeczko”, „jestem głodny” czy „nie wiem, jak to wyjąć”, z góry zakłada, że sobie nie poradzi. Dziecko wychowywane w duchu kreatywności, nie boi się niczego. Nie przerazi go zmiana szkoły, nowy nauczyciel, przeprowadzka, utrata przyjaciela czy trudna lekcja w szkole.

Ludzie kreatywni są optymistami, wierzą, że wszystko da się jakoś zrobić – wystarczy chwilę pomyśleć. Są też zauważalni. To oni wygrywają konkursy, olimpiady, do nich należy wszelkie nowatorstwo. Społeczeństwo czerpie ogromne korzyści z posiadania kreatywnych obywateli. Co więcej, im samym żyje się lepiej i radośniej. Dlatego kreatywność to dobre wyposażenie psychiczne dziecka. Na niej zbuduje wysoką samoocenę i będzie niezależne od opinii oraz wpływów innych ludzi.

Kreatywny maluch umie satysfakcjonująco spędzać czas, nie nudzi się we własnym towarzystwie (ogromna zaleta!), nie jest uzależniony od bodźców wygenerowanych przez innych (telewizja, gry, życie towarzyskie). Dobra wiadomość jest taka, że wychowanie człowieka kreatywnego jest proste – wystarczy nie tłamsić w nim naturalnej zdolności do kreacji, czyli radzenia sobie z wyzwaniami po swojemu.

Licz na siebie

Jedna uwaga: niekreatywni rodzice na pewno nie wychowają kreatywnego dziecka. Dlaczego? Ponieważ boją się nowatorstwa, odmienności i szukania własnych rozwiązań. Ludzie kreatywni przerażają niekreatywnych i to stąd tak silnie jako społeczeństwo (w którym przeważają jednostki bierne, nastawione wyłącznie na branie) dążymy do tego, żeby nasze dzieci jak najszybciej opanowały zasady postępowania zgodnie z narzuconymi normami. Mimo że dużo mówi się o prawie do indywidualności i wartości, jaką jest życie w zgodzie z własnymi przekonaniami, nadal wychowujemy dzieci wbrew tej idei, od najmłodszych lat narzucając i nagradzając zachowania standardowe.

Jeśli chcesz wychować człowieka kreatywnego, musisz zacząć od siebie. Zrób rachunek sumienia. Czy jesteś kreatywna? Czy imponują ci ludzie kreatywni? Czy to dla ciebie ważna i ceniona cecha u dzieci? Czy umiesz uniezależnić się od powszechnie przyjętych ścieżek postępowania? Jeśli tak, bawcie się razem, pokaż dziecku, że cudownie jest wymyślać nowe, zwłaszcza trudne rzeczy. Nie otaczaj się rzeczami gotowymi, sztampowymi, nie kupuj na urodziny gotowych ramek i kubeczków, ale zrób coś sama. Dom to idealna przestrzeń do rozsmakowania się w poczuciu satysfakcji z samodzielnie i po swojemu wykonanego zadania. W dziedzinie rozwijania kreatywności dziecka nie licz na system edukacji, ale przede wszystkim na siebie.

Niezbędna baza

Równolegle do pracy nad sobą i pokazania dziecku, jak ogromne poczucie zadowolenia i satysfakcji z życia daje wymyślanie czegoś zupełnie nowego (ciasta, prezentu, ubrania, zabawki, słowa itp.), zajmij się budowaniem zaplecza dla jego pomysłów w postaci rzetelnej wiedzy. Żeby zbudować nowy samolot, trzeba znać podstawy jego konstrukcji.

„Jak mam to zrobić?” – to często zadawane przez dzieci pytanie. Już kilkuletnie dziecko jest przyzwyczajone do tego, że oczekujemy od niego konkretnych efektów. Dlatego wzmacnianie kreatywności malucha warto rozpocząć od uporczywego nieodpowiadania na to pytanie lub odpowiadania w duchu: „Nie wiem, sam to musisz odkryć”. W ten naturalny sposób zmuszamy go, żeby problemy rozwiązywał po swojemu.

Jedno z najskuteczniejszych narzędzi do tłumienia kreatywności dzieci to wymaganie od nich wykonywania prac plastycznych czy pisania wypracowań według jedynego słusznego wzorca. Dziecko dostaje gotowy szablon („idealny” motylek czy dom, „wzorowo” napisane opowiadanie czy bajka) i ma go jedynie starannie odtworzyć. To może być dobre na początek, by poznało zasady sztuki tworzenia, ale na dłuższą metę liczy się to, jakie zasady ono samo ustali (może – dla odmiany – motylek będzie cały czarny, a nie kolorowy, a opowiadanie nie będzie miało morału lub tylko jednego głównego bohatera). Pilnując, by dzieci wykonywały swoje prace „tak jak wszyscy”, uczymy je, że ich własne pomysły są nieatrakcyjne i nieinteresujące dla świata dorosłych.

Jako rodzic nie stawiaj też na czystość, ciszę i porządek za wszelką cenę. Dziecko generuje chaos i hałas – to jego przyrodzona cecha. Nie da się eksperymentować, wymyślać i próbować w ciszy i porządku. Musisz się na coś zdecydować. Kogo wychowujesz – dziecko kreatywne czy wzorowe?

Zabawy na kreatywność

Kreatywność już jest w twoim dziecku. Ono się urodziło jako kreator przyszłości, ale nie zostanie nim, jeśli ten dar zablokujesz. Oto przykłady zabaw, które służą rozwijaniu twórczego myślenia:

„Wszyscy to samo, każdy inaczej”

Rzuć rodzinie pomysł: robimy podstawkę pod doniczkę. Niech każdy zrobi ją, jak chce i z czego chce. To znakomity sposób na uświadomienie dziecku, że są różne drogi rozwiązania tego samego zadania.

„Co można zrobić z…?”

…szyszką, słoikiem, spinaczem? Niech przedmiot przechodzi z rąk do rąk i niech każdy wymyśla, co mu tylko przyjdzie do głowy. Początkowo dziecko, w obawie przed brakiem nagrody, będzie naśladować wasze pomysły, ale szybko odrzuci cudze tory myślowe i najpierw spenetruje, a następnie poszerzy własną wyobraźnię.

„W nowej roli”

Twoje dziecko ma zapewne dziesiątki gotowych zabawek. Przez kilka dni bawcie się nimi, ale zmieniajcie reguły. Niech Barbie będzie szpiegiem międzyplanetarnym, a RoboCop fanatykiem pieczenia ciasteczek. Takie odrzucenie utartych ról daje dzieciom nie tylko masę radości, ale też odblokowuje na ich własne niesztampowe pomysły, co do różnorodnego wykorzystania zabawek.

„Domowy teleturniej”

Jeśli w ten weekend zamierzacie wybrać się do zoo, niech ta tematyka wypełni cały tydzień. Jeszcze przez kilka dni bawcie się, czytajcie, rozmawiajcie, oglądajcie zdjęcia i budujcie z klocków tylko i wyłącznie zoo. A na koniec urządźcie mały teleturniej wiedzy o poszczególnych zwierzętach. Niech ktoś mówi, co niesie do jedzenia, a reszta rodziny zgaduje, dla jakiego to zwierzęcia. Bawcie się w odgadywanie zwierzęcych głosów, wymyślajcie kalambury, nazywajcie części ciała zwierząt. Takie zabawy utrwalają słownictwo, dają swobodę poruszania się w temacie. Poza tym już czterolatek chętnie się dowie i zapamięta, gdzie ptak ma lotki, a gdzie sterówki. Przyda się też piosenka o zoo, najlepiej z trudnymi słowami w rodzaju „mięsożerny”, „płaz”, „owady”, „odwłok”. I oczywiście nauczony na pamięć wierszyk Brzechwy „Zoo na wesoło”.

„Zapomnieliśmy zabawek”

Dzieci mają zdecydowanie za dużo rzeczy do zabawy. A gdyby tak raz wyjechać gdzieś w głuszę i o nich „przypadkiem” zapomnieć? Stanąć przed koniecznością zastąpienia robotów szyszkami? Niebagatelnym plusem takich wyjazdów „w głuszę” jest też ograniczony dostęp do telewizora i Internetu, które w nadmiarze hamują kreatywność i młodych, i dorosłych.

  1. Styl Życia

Najlepsze gry planszowe na długie wieczory

fot. iStock
fot. iStock
Zobacz galerię 10 Zdjęć
Co robić, co oglądać, co czytać? A może w co grać? Codziennie zadajemy sobie te pytania z nadzieją na odnalezienie kolejnej wciągającej, domowej rozrywki. Tym razem przyglądamy się najciekawszym planszówkom, w które z powodzeniem możecie zagrać w domu. Gry rozwijają wyobraźnię, uczą logicznego myślenia i pomagają wartościowo spędzić czas wolny. 

1. "Patchwork"

Gra przeznaczona jest dla dwójki graczy, więc te opcję mogą wybrać osoby, które spędzają domową kwarantanne przynajmniej w parze. "Patchwork" to gra logiczna (ale spokojnie, nie za trudna!), polegająca na tym, aby... stworzyć największą kołdrę z kawałków materiału. Wygra ten gracz, który zapełni kawałkami materiału największą część swojego pola i zbierze największą liczbę guzików, które są w tej grze walutą. Gracz, który uszyje największą kołderkę, zbierze dużą ilość guzików i odpowiednio dobrze przemyśli taktykę, zostanie zwycięzcą. Twórcą gry jest bardzo znany w planszówkowym świecie Uwe Rosenberg - projektant gier planszowych, autor bardzo popularnych tytułów, takich jak Fasolki, Agricola czy Le Havre.

fot. livro.pl fot. livro.pl

2. "Splendor"

Gra roku 2015, która potrafi niewyobrażalnie wciągnąć. W "Splendorze" podejmujesz strategiczne decyzje dotyczące inwestycji w konkretne surowce, po to, aby zdobywać kolejne karty rozwoju, które jeszcze bardziej pozwolą rozbudować twoje imperium i pozwolą na jeszcze cenniejsze inwestycje. Choć gra na pierwszy rzut oka wygląda i brzmi skomplikowanie - nic bardziej mylnego! Celem gry jest zdobycie 15 punktów wynikających z posiadania kart oraz żetonów arystokratów. Aby to osiągnąć, gracze pozyskują klejnoty, które następnie wymieniają na karty zapewniające dopływ surowców. Zebrane karty umożliwiają następnie zakup coraz lepszych, droższych kart premiowanych wyższymi punktami. W to trzeba zagrać choć raz, żeby nie móc przestać przez najbliższe tygodnie!

fot. rebel.pl fot. rebel.pl

3. "Carcassonne"

Strategiczna gra planszowa, w którą można zagrać już w dwie osoby, choć najciekawiej jest, gdy jest nas nieco więcej (tę opcję zostawiamy na czasy pokwarantannowe). Carcassonne to już gra-legenda. Miliony sprzedanych egzemplarzy na całym świecie to jeden z dowodów na to, że budowanie swojego królestwa za pomocą podwładnych - zbójców, rycerzy, mnichów lub chłopów to rozrywka dla każdego, niezależnie od wieku. W tej grze gracze kolejno losują i wykładają na stół kwadratowe karty-kafelki z fragmentem terenu, dokładając je do już wyłożonych. Karty-kafelki przedstawiają różne elementy geograficzne - fragmenty łąk, dróg, rzek, miast, a w ich ramach także klasztorów. Zwycięzcą gry zostaje posiadacz największej liczby punktów, zdobywanych w chwili ukończenia fragmentów terenu. Do gry można dokupić wiele różnych dodatków, które urozmaicają rozgrywkę!

fot. empik.com fot. empik.com

4. "7 cudów świata. Pojedynek"

Oryginalna wersja gry "7 cudów świata" przeznaczona jest dla większej liczby graczy, natomiast w "Pojedynek" zagramy wyłącznie w parze. Gracze rywalizują ze sobą o karty rozmaitych budowli, próbując blokować ich dostępność przeciwnikowi i dobierając te, które zapewnią im największe korzyści. Gra korzysta z wielu założeń pierwotnej wersji, która uchodzi za jedną z najlepszych gier planszowych wszech czasów. W tym pojedynku ciekawe i rozwijające jest to, że trzeba obserwować drugiego gracza - jego ruchy, decyzje i odpowiednio je kontrować. Absolutny majstersztyk na wieczory długie i monotonne!

fot. rebel.pl fot. rebel.pl

5. "Dixit"

Chyba jedna z najpopularniejszych gier, której nie trzeba nikomu przedstawiać, ale warto przypomnieć. Uchodzi za jedną z lepszych gier karcianych, które rozwijają wyobraźnię i skojarzenia. Każdy gracz w swojej turze staje się osobą wymyślającą historię, i który wybiera spośród swoich 6 obrazków jeden wymyślając do niego skojarzenie. Zdanie może być pojedynczym słowem, dźwiękiem, cytatem - nie ma tu żadnych ograniczeń. W grę należy grać jednak w więcej osób, więc jak na razie mogą po nią sięgnąć tylko ci, którzy spędzają czas w domu w większym gronie.

fot. rebel.pl fot. rebel.pl

6. "Pędzące żółwie"

Może na pierwszy rzut oka wygląda to na grę dla dzieci, ale wcale tak nie jest. Rodzinny bestseller, który rozluźnia nawet najbardziej spiętych graczy. Choć żółwie do najszybszych zwierząt nie należą, w tej grze poznacie zupełnie inne ich wcielenie. W czasie gry żaden z graczy nie wie, jakiego koloru żółwie należą do przeciwników, a zadaniem każdego gracza jest doprowadzenie swojego żółwia jako pierwszego do grządki z sałatą. Gracz decyduje, którą z pięciu trzymanych w ręku kart wyłoży na stół, a następnie wykonuje ruch żółwiem widocznym na karcie zgodnie ze znajdującymi się na niej oznaczeniami. Podczas gry, gracze poruszają się nie tylko swoimi żółwiami, ale także żółwiami w innych kolorach. To naprawdę świetny sposób na szybką, poprawiającą humor rozgrywkę!

fot. rebel.pl fot. rebel.pl

7. "Scrabble", "Monopoly", "Jenga"

Nie zapominajmy o klasykach. Te planszówki na pewno każdy z was zna, ale warto przypomnieć sobie radość z zakupu Nowego Światu i Krakowskiego Przedmieścia albo ułożenia wysoko punktowanego słowa na potrójnej premii słownej. Warto dodać, że zarówno "Scrabble" jak i "Monopoly" doczekały się wielu reedycji, a "Monopoly" to obecnie nie tylko gra polegająca na zakupie największych ulic w Warszawie. Do wyboru mamy chociażby takie opcje jak: "Bing Bang Theory", "Friends", "Rick i Morty", czy ulubiony zespół piłkarski.

  1. Styl Życia

Kompulsywne zbieractwo. Niezwykła opowieść o najsłynniejszych syllogomanach w historii

Langley Collyer (od lewej) oraz inspektor ds. budownictwa i mieszkalnictwa John O'Connor pośród tunelu pudeł i gazet w domu braci Collyer. (Fot. BEW Photo)
Langley Collyer (od lewej) oraz inspektor ds. budownictwa i mieszkalnictwa John O'Connor pośród tunelu pudeł i gazet w domu braci Collyer. (Fot. BEW Photo)
Niczego nie wyrzucą. Żyją i umierają w stertach swoich skarbów. Syllogomaniacy.

21 marca 1947 roku o godzinie 8:53 na posterunek policji w Nowym Jorku zadzwonił niejaki Charles Smith, donosząc, że w budynku przy ulicy Fifth Avenue w Harlemie znajduje się ciało mężczyzny w stanie zaawansowanego rozkładu. Funkcjonariusze pojawili się we wskazanym miejscu o 10 rano i otoczyli dom kordonem, by nie dopuścić zbyt blisko gromadzących się już gapiów. Wyważono zabezpieczone kratą drzwi, prowadzące do piwnic. Dalszą drogę zagradzało zwarte rumowisko cuchnących odpadów wylewających się z wnętrza. Policja nowojorska stanęła twarzą w twarz z jednym z najbardziej dramatycznych i tragicznych przypadków syllogomanii, czyli zbieractwa kompulsywnego. Kilkupiętrowy budynek wypełniony szczelnie, po ostatnią kondygnację, makulaturą, śmieciami, odpadkami był własnością braci Homera i Langleya Collyerów, należących do jednego z najznamienitszych nowojorskich rodów.

Zamożni odludkowie

Dotknięci kompulsywnym zbieractwem gromadzą wszystko – stare gazety i pojemniczki po jogurcie. W ich mieszkaniach nie znajdziesz skrawka wolnej przestrzeni. Syllogomania atakuje więcej osób niż bylibyśmy skłonni podejrzewać. Jedyne do tej pory badania epidemiologiczne przeprowadzono w amerykańskim stanie Massachussets wykazały, że syndromem zbieractwa dotkniętych okazało się 26 na 1000 mieszkańców.

Jednym z nich jest Olga – profesor literatury, emerytowana nauczycielka akademicka z Bostonu. Kiedy przestała panować nad sytuacją i zadzwoniła po pomoc, drzwi do jej apartamentu nie sposób już było otworzyć. Blokowało je ponad sto ogromnych plastikowych worków wypełnionych notatkami, materiałami do wykładów z ostatnich 10 lat. Sterty ubrań, większość jeszcze z metką, po 10 sztuk takich samych – różniły się tylko kolorami. Mnóstwo butelek, spakowanych w torby i pudła. Starych listów, słoików, plastikowych toreb po zakupach, zepsutych zegarków... Rzeczy pokrywały podłogę grubą, ponadmetrową warstwą. W sypialni sięgały sufitu. Od kilku lat nie używała łóżka, bo nie można było się do niego dostać. Sypiała więc w kuchennym kąciku – jedynym wolnym jeszcze miejscu w jej mieszkaniu. Wiedziała, że nie sposób tak żyć, ale nie potrafiła niczego wyrzucić. Jej pasja gromadzenia nie wynikała ani z biedy, ani traumatycznych przeżyć młodości. Podobnie jak legendarne już zbieractwo braci Collyerów.

Homerowi i Langleyowi nigdy niczego nie brakowało. Obaj odebrali znakomite wykształcenie. Starszy, Homer, był prawnikiem. Młodszy ukończył studia na kierunkach mechanika stosowana oraz chemia, ale nie podjął pracy w zawodzie. Oddawał się swojej pasji muzycznej, wygrał nawet kilka prestiżowych konkursów pianistycznych. Bracia byli nieśmiali, uprzejmi i bardzo kulturalni. Ubierali się zwykle z wyszukaną, XIX-wieczną elegancją i przypominali dżentelmenów z epoki wiktoriańskiej. Nie mieli bliskich przyjaciół. Nie znano też nikogo, kto by kiedykolwiek przekroczył drzwi ich domu. „Zamożni odludkowie, ot co” – kwitowali sprawę sąsiedzi.

W 1933 roku Homer przeszedł udar, po którym stracił wzrok i został częściowo sparaliżowany. Langley porzucił koncertowanie i oddał się opiece nad bratem. Przekonał go, że jego oczy powinny być stale zamknięte, by mogły odpocząć, i że dla pokonania ślepoty trzeba jeść 100 pomarańczy dziennie. Po ojcu bracia odziedziczyli ogromną bibliotekę ksiąg medycznych, Langley zadecydował więc, że sam zajmie się rehabilitacją Homera.

Skarby śmietników

„Tajemniczy faceci z Harlemu” budzili niezdrową ciekawość i stali się tematem najbardziej niezwykłych opowieści. Wierzono, że ich dom kryje nieprzebrane skarby, a bracia sypiają na materacach wypchanych pieniędzmi. Ludzie usiłowali za wszelką cenę zajrzeć do środka, a okoliczne dzieci zabawiały się wybijaniem okien kamieniami. Langley nie wstawiał nowych szyb, a tylko zabijał kolejne otwory deskami i tekturą. W ten sposób izolacja braci pogłębiała się. Przestali płacić rachunki i podatki. Odłączono im gaz i elektryczność. Choć mieli spore oszczędności i nie cierpieli biedy, Langley całymi nocami przeszukiwał ulice miasta, wyciągając ze śmietników żywność i najprzeróżniejsze „skarby”, które gromadził w swojej posiadłości.

Typowe objawy syllogomanii obejmują nie tylko zbieranie wszystkich możliwych śmieci, ale również obsesyjne robienie zapasów. Niektórzy chorzy kupują niewiarygodne wręcz ilości dóbr wszelakich, w tym tony żywności. Zasoby ich spiżarek pozwoliłyby wykarmić kilka rodzin przez wiele lat. Zbieracz wykupuje na wyprzedaży „wyjątkowe okazje” – rzadko jednak zadowala się pojedynczą sztuką jakiegoś produktu, bierze od razu 30 czy 40. Nigdy niczego nie używa. Trzyma swoje skarby „na przyszłość”. Ma kłopoty z wyrzuceniem czegokolwiek, bo przecież zawsze kiedyś komuś do czegoś może się przydać. A nie daj Boże do śmieci trafi coś niezwykłego... Zbieractwo bywa też ściśle wyspecjalizowane. Jedni gromadzą zapasy jedzenia, inni otaczają się na przykład stadem zwierząt.

Ogólnie rzecz biorąc, ludzie dotknięci syllogomanią mają trudności z podejmowaniem decyzji i realizacją zamierzeń. Choroba może towarzyszyć zespołowi Diogenesa, czyli zaburzeniu osobowości, polegającym na skrajnym zaniedbywaniu higieny osobistej i stanu sanitarnego w mieszkaniu. Także unikaniu kontaktów z najbliższymi i towarzystwa innych ludzi. Ofiara zespołu Diogenesa przypomina niekiedy zaniedbanego, bezdomnego nędzarza, choć jej status materialny może być całkiem wysoki.

Pułapki na włamywaczy

Kiedy oficerowie policji wyważyli drzwi domu Collyerów, gromadzone latami śmieci dosłownie wylały się na ulicę. Wejście do środka było niemożliwe. Po kilku godzinach, za pomocą drabiny straży pożarnej, udało się sforsować jedno z okien. Funkcjonariusze z ogromnym trudem poruszali się w labiryncie wąskich korytarzy pomiędzy zwałami odpadków. W jednym z pokojów natknęli się na ciało siwego mężczyzny, który został zidentyfikowany jako Homer Collyer. Lekarz sądowy stwierdził, że śmierć nastąpiła około 10 godzin wcześniej – najprawdopodobniej na skutek odwodnienia i ogólnego wyniszczenia organizmu. Nikt nie miał pojęcia, gdzie był i co robił jego brat. Podejrzewano, że wyruszył na kolejną wyprawę zbieraczy. Nie było jasne, jakim sposobem wydostał się z domu, zważywszy kompletnie zawalony korytarz prowadzący do wyjścia.

Policjanci wyważyli jeszcze kilka okien na ostatniej kondygnacji i rozpoczęli odgruzowywanie posesji. Wyciągnięto stamtąd setki żyrandoli, kompletny szkielet wozu konnego, kozły do piłowania drewna, ramy materacy z uszkodzonymi sprężynami, wózki dziecięce, stołki, zepsute rowery, pudła z pocztówkami świątecznymi, kilka tysięcy książek i niezliczone ilości gazet. Wyniesiono z domu pięć pianin, mahoniowy kominek z ogromnym pękniętym lustrem, zielony zabawkowy autobus, skrzynkę pełną kółek z żabkami do wieszania zasłon, starą lodówkę i pudło połamanych zabawek. Labirynt tuneli wyryty w śmieciowisku Collyerów był naszpikowany licznymi pułapkami i przemyślnymi zapadniami, które miały ustrzec przed włamywaczami. 27 marca, po tygodniu sprzątania, natknięto się na skrzynkę po cygarach, a w niej cztery rewolwery, karabiny kalibru 22 i 30, bagnety, trzy szable, dubeltówkę i skrzyneczkę rozmaitej amunicji. Ogółem z 12 pokoi domu Collyerów wydobyto ponad 120 ton odpadków, śmieci i odchodów, 11 pianin i tyle części do samochodu, że można by z nich złożyć kompletnego Forda T.

To mój dom!

Zorganizowane akcje sprzątania podejmowane od czasu do czasu przez najbliższych, instytucje opieki czy służby miejskie na wiele się nie zdają. Wyczyszczona do cna posiadłość w ciągu kilku miesięcy znów obrasta w rozmaite dobra. Wystarczy pół roku, by sytuacja powróciła do poprzedniego stanu. Wszelkie próby pomocy w sprzątaniu są zresztą zwykle torpedowane przez zbieracza już w zarodku. Gazety? „Proszę ich nie wyrzucać. Mam zamiar w najbliższym czasie przejrzeć wszystkie i zachować tylko najważniejsze dla mnie wycinki”. Chory potrafi wytłumaczyć przydatność każdej rzeczy. Wszystko jest potrzebne i nie wolno uzbieranego zmarnować.

Bałagan? „No, mnie on nie przeszkadza, nie rozumiem więc, czemu by miał przeszkadzać tobie. W końcu to mój dom, a nie twój, nieprawdaż?” – słyszą niejednokrotnie dorosłe dzieci usiłujące zaprowadzić ład w mieszkaniu rodziców. Z powodu nałogowego zbieractwa cierpią nie tyle sami „kolekcjonerzy”, co członkowie ich rodzin. „Ojciec załatwiał się do nocnika, bo zbiory matki uniemożliwiały wejście do łazienki” – skarżyła się Angela na forum dla krewnych osób uzależnionych.

Podobnie było w przypadku Collyerów. Syllogomania dotyka często osoby bardzo inteligentne i wrażliwe, a to dlatego, że – jak próbują tłumaczyć psychologowie – widzą one więcej niż inni powiązań między rzeczami i to każe im bardziej je doceniać. Co charakterystyczne, nałogowi zbieracze kategoryzują swoje skarby wedle mocno niekonwencjonalnych kryteriów. Ot, na przykład rachunek za prąd szybciej wyląduje na stercie różnych kartek niż w szufladzie z innymi rachunkami.

Choć nie potrafimy jeszcze wyjaśnić mechanizmu narodzin tej obsesji, obserwacja braci Collyerów pozwala wierzyć, że źródło problemu przynajmniej częściowo tkwi w genach. Jeśli jedno z rodzeństwa odczuwa chorobliwą potrzebę kolekcjonowania, prawdopodobieństwo, że przymus ten dotknie również brata czy siostrę wynosi ok. 27 proc. U bliźniąt jednojajowych, które wyposażone są w ten sam garnitur genetyczny –ryzyko choroby rośnie dwukrotnie.

Leczenie osób dotkniętych syllogomanią jest trudne przede wszystkim dlatego, że sami chorzy nie wyrażają chęci podejmowania prób walki z tym problemem. Najczęściej stosuje się psychoterapię wspomaganą podawaniem antydepresantów, na przykład fluwoksaminy.

Zamknięcie królestwa

1 kwietnia odbył się pogrzeb Homera Collyera. Jego brat wciąż był nieobecny i stało się jasne, że najprawdopodobniej nie żyje. Jego ciało znaleziono tydzień później – o ironio! – w tym samym pokoju, w którym umarł Homer. Zginął przygnieciony przez stertę ciężkich przedmiotów. Medycy sądowi ustalili, że śmierć Langleya nastąpiła około miesiąca wcześniej niż zgon brata, którym się opiekował.