1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Kwiaty jadalne – przepisy Kasi Bellingham, propagatorki ekoogrodnictwa

Kwiaty jadalne – przepisy Kasi Bellingham, propagatorki ekoogrodnictwa

Kasia Bellingham, projektantka ogrodów, propagatorka ekoogrodnictwa, autorka podcastów „Naturalnie o ogrodach” i programu „Grunt to ogród” w Domo+. (Fot. Agnieszka MAjewska)
Kasia Bellingham, projektantka ogrodów, propagatorka ekoogrodnictwa, autorka podcastów „Naturalnie o ogrodach” i programu „Grunt to ogród” w Domo+. (Fot. Agnieszka MAjewska)
Stokrotki na kanapki, bratki do sałatki, a róże w konfiturze! Na kwiaty jest wiele kulinarnych sposobów – mówi Kasia Bellingham, projektantka ogrodów, propagatorka ekoogrodnictwa, autorka podcastów „Naturalnie o ogrodach” i programu „Grunt to ogród” w Domo+.

Kasia chętnie jada kwiaty. W jej kuchni bratek, róża, nasturcja czy pysznogłówka to codzienność. Inni szukają kulinarnej egzotyki na krańcach świata, a ona znajduje ją w ogrodzie, na łące pełnej chwastów, pod płotem...

Czy zdarza Ci się, że patrząc na piękną rabatę szukasz na niej kwiatów dobrych na sałatkę?
Na ozdobnych rabatach raczej nie uprawiam kwiatów, które zamierzam jeść. Sadzę je lub wysiewam pomiędzy warzywami, w ogródku kuchennym. Po prostu chcę, żeby mój warzywnik był piękny. Poza tym wolę nie ogałacać ogrodu z kwiatów. Oczywiście często, patrząc na nie, planuję jakąś sałatkę. Z kwiatów można przecież przyrządzać przeróżne rzeczy. Najprościej jeść je na surowo w sałatce lub po prostu położyć stokrotki na kanapce.

Dziś dania z kwiatami można znaleźć w menu restauracji. Czy to nowy trend czy powrót do korzeni zarezerwowany dla pasjonatów?
W Polsce floks czy bratek na talerzu to wciąż kulinarne przeżycie. A gdy już się na nim znajdą, często ich nie jemy, traktując jak ekscentryczną dekorację (śmiech). Z drugiej jednak strony kiedyś smażyło się kwiaty akacji i ponadczasową konfiturę z róży, piło się wino z chabrów i syrop z kwiatów mniszka (tzw. majowy miodek). A za czasów cesarza Franciszka Józefa zajadano się naleśnikami z kwiatami czarnego bzu. We Włoszech zaś smażono kwiaty cukinii w panierce, dodawano je do risotto. Wojny sprawiły, że trochę o jadalnych kwiatach zapomniano. Dopiero od niedawna zaczęły się pojawiać w restauracjach i na wypiekach w cukierniach. Na domowych talerzach wciąż są jednak rzadkością.

Ale zajadamy się pączkami z różanym nadzieniem, i to nie tylko w tłusty czwartek
Kwiaty rzeczywiście są w naszej diecie, ale nie zawsze zdajemy sobie sprawę, że są nimi kalafiory czy karczochy. A w Niemczech lawendę je się w ziołach prowansalskich.

Dlaczego kwiaty wyszły z kulinarnego obiegu?
Bo prawdę mówiąc są postrzegane jako fanaberia, ich konsumpcja po prostu nie przychodzi nam do głowy. Poza tym wciąż niewiele wiemy o ich smakowych walorach, skupiamy się na warzywach i owocach. No i są mało kaloryczne, trzeba ich naprawdę dużo zebrać, żeby się najeść. Zdecydowanie inaczej jest z ukochanym schabowym (śmiech).

Może problem leży też w trudnym dostępie do zdrowych, nie pryskanych kwiatków? Nie każdy ma ogród, czy choćby balkon.
Zawsze można się wybrać na działkę przyjaciół, na spacer na łąkę czy do lasu. I wrócić z bukietem kwiatów. Byleby rosły 100 metrów od ulicy. Można też umówić się na dostawy z lokalnym rolnikiem. A najlepiej zaplanować sobie w ogrodzie rabatę, skrzynię czy kilka donic z jadalnymi kwiatami – będziemy mieć pewność, że są bez chemicznych dodatków w bonusie.

Przez lata pracowałaś w angielskich ogrodach, a Twoim pracodawcą był sam książę Karol. W Anglii kwiatowe dania są bardziej popularne?
Anglicy kochają ogrody. Tam każdy ma większy lub mniejszy ogródek, a programy ogrodnicze są emitowane w piątkowe wieczory, w porze najwyższej oglądalności. W Anglii więcej osób uprawia „jedzenie”, a po kolację wybiega do ogródka, nie do Biedronki. Nic dziwnego - u nas większość ogrodów kuchennych zniknęła przez wojny, a w Anglii niektóre mają po 500 lat! W kilku z nich pracowałam, m. in. u księcia Karola w Highgrove. A on jest patronem ekologicznych angielskich ogrodów, w których uprawia się to, co się je – również kwiaty. Groszki pachnące, goździki brodate, nasturcje, ogóreczniki były dostępne na wyciągnięcie ręki, ale tylko na użytkowych grządkach, gdzie rosły obok warzyw. Rabat ozdobnych się w Anglii nie rusza – one są święte. Anglicy uprawiają jadalne kwiaty w miejscach, z których nie szkoda ich zrywać.

Jakie kwiaty były przysmakiem księcia Karola?
Kwiaty nasturcji, w liściowych sałatkach. One są bardzo popularne w Anglii i w Kanadzie. Mają bardzo wyrazisty smak, zbliżony do rzodkiewki czy rzeżuchy. A pracownicy ogrodu, łącznie ze mną, zajadali się ogórecznikami.

Czy pamiętasz swój pierwszy schrupany kwiat?
Był nim właśnie ogórecznik w Highgrove. Byłam w szoku, że ta pospolita roślina, rozsiewająca się jak chwast, ma tak mocny, orzeźwiający smak podobny do ogórka. Poza tym jego błękitne kwiatki są prześliczne! Zrywaliśmy je, wsypywaliśmy do butelek i zalewaliśmy zmrożoną wodą. Wychodził z tego orzeźwiający napój – lemoniada ogórecznikowa. W wersji ekskluzywnej kwiatki można mrozić w kostkach lodu.

Teraz ogórecznik niestety jeszcze nie kwitnie. Jakie smaczne kwiatki można zrywać w maju w ogrodzie?
Bratki, fiołki, mniszki lekarskie… Tulipanów nie próbowałam, ale słyszałam, że z ich płatków można robić sałatkę Festa di Tulipani, popularną w miasteczku Praformo nieopodal Turynu. Płatki tulipana są jadalne, w przeciwieństwie do cebuli, której konsumpcja może się skończyć płukaniem żołądka. Z mniszków robię syrop, ale raczej dla zdrowia, nie dla smaku. Choć z dodatkiem cukru może służyć za słodzik do herbaty.
Maj to zbyt wczesna pora dla ogórecznika, ale nie dla farbownika lekarskiego, o równie ładnych (nawet bardziej niebieskich) i smacznych kwiatkach. Mogę się założyć, że niewiele osób go zna. W Polsce dziko rośnie, ale można kupić nasiona i wysiać go w ogrodzie.

Który kwiat najbardziej spodobał się Twoim kubkom smakowym?
Zdecydowanie kwiat czarnego bzu! To według mnie najsmaczniejszy kwiat na świecie! Zresztą niedługo zakwitnie. Można go panierować w cieście naleśnikowym i smażyć jak kwiaty cukinii. Ale najpyszniejszy jest bzowy kordiał (syrop) z cytryną i pomarańczami. Gdy go pijesz, nawet zimą masz przed oczami lato. Zaraz podam przepis. Czarny bez to najbardziej niedoceniana roślina - ludzie wycinają go na działkach i traktują jak chwast.

A który kwiat był największym rozczarowaniem?
Liliowiec. Nie należy do małych, jest więc na czym zawiesić ząb (śmiech). I chrupie jak sałata. Ale kompletnie nie ma smaku. Dodaje sałatkom urody i koloru, ale kusi mnie tylko efektem chrupania.

Czy smak idzie w parze z zapachem? Jak coś ładnie pachnie, to i dobrze smakuje?
Gdy wąchamy pięknie pachnący kwiat budzą się nasze kubki smakowe. Przecież słodko pachnący kwiat powinien też słodko smakować! To się sprawdza u róż, fiołków wonnych i wielu innych kwiatów. Ale u czarnego bzu niekoniecznie - jego kwiaty pachną… kocimi siuśkami (śmiech). Za to aksamitka pachnie tak, jak smakuje – czyli ostro. Ja akurat bardzo lubię jej woń, bo przypomina mi dzieciństwo.

Nie zdajemy sobie sprawy, jak wiele kwiatów można jeść…
W ogrodzie codziennie przechodzi się obok pysznych kwiatów – począwszy od róż, dalii, cynii, floksów, poprzez malwy i prawoślazy, a skończywszy na funkiach i jukkach ogrodowych. Jadalne i smaczne są kwiaty cykorii, bobu i wielu innych roślin uprawianych w tunelach foliowych dla liści. Również kwiaty roślin dyniowatych (np. cukinii, kabaczka) i niektórych drzew (np. akacji, klonu) idealnie nadają się do smażenia – wcześniej zanurza się je w roztrzepanym białku, obtacza w bułce tartej czy parmezanie. Śmiało można powiedzieć, że większość kwiatów jest jadalna.

Czy kwiatami można się zatruć? To się często zdarza?
Raczej nie. Kwiaty manifestują swe niecne zamiary szczypaniem w język, gorzkim smakiem. Trujących kwiatów jest naprawdę mało. Stokrotki, ogórecznik, bratki, nasturcje, róże, fiołki możemy wcinać jak krowy na łące. I nic nam nie będzie. Poza tym nawet jeśli liście, łodyga czy korzeń zawierają toksyczne substancje, nie znajdziemy ich w płatkach. Tak jest u tulipana, ale konwalia cała jest trująca!

W kwiatach tkwi duży kulinarny potencjał. Jak je przyrządzać?
Można nimi dekorować potrawy, dodawać je do sałatek, aromatyzować dania (np. różą, bergamotką, fiołkiem), przyrządzać soki, syropy, nalewki, konfitury. Kto nie zna smaku konfitury z róż, ręka w górę! A te o mocnym zapachu, jak lawenda, aksamitki, róże można suszyć – zachowają swój aromat. Większość (np. nasturcje, bratki, fiołki) najlepiej spożywać na surowo, zaraz po zbiorze. Są tak delikatne, że prawie zanikają po przetworzeniu.

Kwiatowa rabata to bukiet pełen nie tylko słodkich, ale i ostrych smaków.
Pikantne są fioletowe kwiaty czosnku szczypiorku, białe czosnku bulwiastego i czosnku niedźwiedziego. Te ostatnie są łagodniejsze w smaku i bardzo zdrowe. Czosnek niedźwiedzi kwitnie wiosną, kiedy najbardziej potrzebujemy witamin. Jego kwiaty dają nam kopa po zimie. Wiedzą o tym misie i zajadają się nimi dla odzyskania formy po śnie zimowym. Jedzmy więc jego kwiatki i listki, siekajmy je i surowe dorzucajmy do sałatki. Często robię z nich omlet - dodaję do jajka przed wrzuceniem na patelnię.

Większość kwiatów służy jednak głównie do ozdoby?
T
ak, zwłaszcza te ładne, ale bez smaku, np. fiołki, bratki, nagietki, liliowce. Ale z niektórymi (np. nasturcji, aksamitki) trzeba uważać, bo naprawdę są wyraziste w smaku. Do pikantnych należą też kwiaty rukoli, musztardowca, roślin kapustnych. Warto je mieszać z kwiatami ogórecznika, które, podobnie jak ogórek, łagodzą ostrość. Wszystkie kwiaty dają efekt odświeżający – są dobre na upały.

A lawenda? Moja siostrzenica kocha lawendowe muffiny.
Ja za nimi nie przepadam. Owszem, lawenda jest w kuchni bardzo uniwersalna, można nią przyprawiać desery i mięsa, można ją znaleźć w ziołach prowansalskich. Ale dla mnie jest zbyt aromatyczna. Kiedyś piekłam z nią ciasta, piłam lawendową herbatę. Ale przestałam. Jej mentolowy smak i zapach bardziej pasuje do kosmetyków, niż do potraw.

Czy kwiaty są zdrowe?
Dla mnie one są czymś pośrednim pomiędzy warzywem a ziołem, skrywają w sobie wiele cennych składników, np. przeciwutleniaczy, glikozydów, soli mineralnych, olejków eterycznych.. Róża jest świetnym przeciwutleniaczem i zwalcza wolne rodniki. O czosnku niedźwiedzim już mówiłam. A aksamitka świetnie wpływa na wzrok. Pod warunkiem, że jest świeżutka, prosto z krzaczka. Można ją dodać do sałatki lub przerobić na macerat z olejem lub z octem.

Zjadłabyś bukiet kupiony w kwiaciarni?
To zależy w jakiej. Niektóre zaopatrują się w gospodarstwach ekologicznych, u lokalnych dostawców. Ale jest ich niewiele, więc raczej nie zjadłabym takiego bukietu, nawet z róż. Bałabym się, że pochodzą z Argentyny, a ich w życiu nie wzięłabym ich do ust, bo nie pachną. Zdecydowanie wolę te zebrane w ogrodzie lub kupione na targu u pana Mietka.

Kiedy zbierać kwiaty, żeby były najsmaczniejsze?
Ja wychodzę po nie do ogrodu w słoneczne dni, między godziną 11 a 15. Często zabieram ze sobą ogromną michę, oprócz kwiatów wrzucam do niej liście sałaty i innych warzyw liściowych. Z takiej mieszanki zwykle robię surówki. To, co zostanie przechowuję w lodówce - w torebce foliowej lub w spinerze do sałaty. Bratki, róże, stokrotki przechowuję nawet przez tydzień. Czasami robię z kwiatów smaczne bukiety i wstawiam je do wazonu.

Który kwiat polecisz początkującemu smakoszowi?
Na pewno nasturcję. Jest łatwa w uprawie, wyrazista w smaku. Trzeba tylko pamiętać, żeby ją wysiać dopiero po Zimnej Zośce, bo inaczej może przemarznąć. Oprócz kwiatów i liści ma też jadalne nasiona – można je zamarynować, smakują jak „kapary”.

A kwiatowe pesto? Z czego je zrobić?
Na pewno z kwiatów nasturcji. Mieszam je z natką pietruszki, czosnkiem i zmielonymi orzechami włoskimi zamiast pinii. Dolewam oliwy, doprawiam solą, pieprzem i gotowe. Takie pesto jest pyszne, ale nie jest zielone.

Czy słyszałaś o konfiturze z maków, mizerii z tulipanów, pasztecie z aksamitek czy o schabowym lawendowym?
Owszem, można eksperymentować. Ale na niektóre dania i kwiaty wolę popatrzeć, nie wszystkie bym zjadła. No, może jako rozbitek na bezludnej wyspie? (śmiech). Wydaje mi się, że warto być wiernym tradycyjnym jadalnym kwiatom, rodem z babcinego ogródka. Róża, nasturcja, fiołek, nagietek, ogórecznik, bez czarny… To dla mnie najpyszniejszy zestaw.

Potrawy z kwiatów - przepisy Kasi Bellingham

Kordiał z kwiatów czarnego bzu (przesłałam zdjęcie krok po korku)

  • 24 kwiatostanów czarnego bzu
  • 4 pomarańcze umyte i pokrojone w plastry
  • 2 cytryny umyte i pokrojone w plastry
  • 50 gr cukru
  • 1,5 l przegotowanej wody

Fot. iStockFot. iStock

Wkładamy wszystkie składniki do dużej miski i mieszamy aż do rozpuszczenia się cukru i kwasku cytrynowego. Zostawiamy pod przykryciem na 48 godzin – raz na dzień mieszamy. Całość przelewamy (przez drobne sitko) do butelek i bardzo szczelnie (!) zakręcamy. Syrop najlepiej smakuje rozcieńczony z niegazowaną lub gazowaną wodą mineralna z dodatkiem

Placki akacjowe z ricottą i smażonymi truskawkami

  • 1 szklanka mleka,
  • 1,5 szklanki mąki,
  • 250 g sera ricotta
  • ¼ łyżeczki proszku do pieczenia,
  • 1,5 łyżki cukru,
  • sok z ½ limonki
  • 1 jajko
  • około 10-15 „kiści kwiatowych’ akacji
  • cukier puder do posypania

Miksujemy mleko, mąkę, cukier, jajko, ser, proszek do pieczenia, dodajemy sok z limonki. W gotowym cieśnie maczamy liście akacji i układamy na rozgrzanym oleju. Placuszki smażymy z obu stron do zrumienienia. Na wierzch kładziemy konfiturę truskawkową, można posypać cukrem pudrem.

Sałatka kwiatowa z tulipanami i fiołkami

  • kilka płatków tulipanów i fiołków
  • ogórek
  • kostka sera pleśniowego
  • sałata
  • szpinak
  • sos vinaigrette
  • sól

Fot. iStockFot. iStock


Ogórek kroimy, sałatę rwiemy w palcach. Skrapiamy sosem, oprószamy solą. Ser rozdrabniamy rękami i dodajemy pozostałe składniki. Podajemy z pieczywem.

Napój fiołkowo-lawendowy

  • 4 litry wody gazowanej
  • 2 cytryny
  • 1 szklanka cukru
  • 2 laski wanilii
  • 4 łyżki suszonej lawendy
  • 400 ml syropu fiołkowego

Fot. StockFot. Stock

Gotujemy półtorej szklanki wody z 1 szklanką cukru, dodajemy wanilię przekrojoną wzdłuż na pół. Gorącym syropem zalewamy 4 łyżki lawendy i odstawiamy pod przykryciem do wystudzenia. Wyciskamy sok z cytryn, dodajemy syrop fiołkowy. Całość zalewamy wodą mineralną. W wersji dla dorosłych połowę wody mineralnej można zastąpić białym winem.

Kruche ciasteczka pomarańczowe z kwiatami czarnego bzu

  • 2,5 szklanki mąki
  • 4 łyżki cukru
  • 1 kostka margaryny lub masła
  • 1 łyżka oliwy (lub 1 żółtko)
  • 1 łyżka soku z pomarańczy
  • 1 łyżeczka startej skórki pomarańczowej
  • 4 kwiatostany dzikiego bzu (bzu czarnego) lub 4 łyżki suszonych kwiatów bzu (do kupienia w sklepach zielarskich)


Ze świeżych kwiatostanów czarnego odrywamy same kwiatuszki. Wszystkie składniki szybko zagniatamy w gładkie ciasto. Rozwałkowujemy raczej cienko podsypując mąką i wycinamy ciasteczka. Pieczemy w 200°C przez 10-12 minut.

Sałatka z ogórecznikiem

  • 200 g mieszanych sałat
  • 3 pomidory
  • 2 łyżki posiekanych liści ogórecznika
  • 5 kwiatków ogórecznika
  • sos winegret

Fot. iStockFot. iStock

Liście sałat dzielimy na kawałki, wsypujemy do miski. Dodajemy pokrojone w cząstki pomidory. Wrzucamy liście i kwiaty ogórecznika. Dodajemy sos winegret. Sałatka świetnie smakuje z plackami z cukinii.

Muffiny z lawendą

  • 1,5 szklanki mąki (375 ml)
  • 2/3 szklanki cukru (160 ml)
  • 4 g kwiatów lawendy
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka cukru waniliowego
  • 1/2 szklanki mleka (125 ml)
  • 1/3 szklanki oleju (82 ml)
  • 1 jajko

Fot. iStockFot. iStock

Piekarnik nagrzewamy do 180 st. C. Kwiaty lawendy rozcieramy z cukrem w moździerzu. Miksujemy mokre składniki, dodajemy suche i nadal miksujemy, aż się połączą. Formy do muffinów wyścielone papilotkami wypełniamy uzyskaną masą na wysokość 2/3 foremki. Pieczemy przez około 20-25 minut.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kuchnia

Sielskie smaki – 3 przepisy Olii Hercules na dania kuchni ukraińskiej

Naleśniki „rokendrolowe” - wyjątkowości dodaje im trik, który polega na tym, by na świeżo usmażony naleśnik położyć całą kostkę masła i trzymać ją tam do momentu usmażenia następnego. (Fot. materiały prasowe)
Naleśniki „rokendrolowe” - wyjątkowości dodaje im trik, który polega na tym, by na świeżo usmażony naleśnik położyć całą kostkę masła i trzymać ją tam do momentu usmażenia następnego. (Fot. materiały prasowe)
Olia Hercules, Ukrainka, autorka nagradzanych książek kulinarnych z przepisami z różnych regionów Europy Wschodniej, zabiera nas w cudowną, nostalgiczną podróż śladami smaków jej dzieciństwa. "Sielskie smaki" to jej najnowsza książka, w której znajdziemy 100 doskonałych przepisów kojarzących się ze szczęściem, latem, beztroską i wakacjami. Z kuchnią mamy i babuszki. Oto 3 z nich.

Gołąbki z wieprzowiną i kaszą perłową

Moja babcia Lusia przyrządzała gołąbki, kiedy moja mama była małą dziewczynką, ale z jakichś przyczyn zarzuciła ich gotowanie, gdy ja pojawiłam się na świecie, więc dla mnie to danie zawsze otaczała aura tajemnicy. W pierwotnej wersji farsz, przyrządzony z drobno posiekanego ręcznie boczku wymieszanego z cebulą i ryżem, zawijany był w liście kiszonej kapusty i gotowany w sosie śmietanowym. Odtworzyłam kiedyś to danie na podstawie opisów mamy, a potem opracowałam ten wariant, z farszem z siekanego mięsa, czosnku i kaszy perłowej. To doskonały sposób, by zużyć resztki wolno pieczonej wieprzowiny (lub innego bardzo miękkiego mięsa, takiego jak konfitowana kaczka). Jeszcze lepiej, jeśli mamy też w lodówce resztki kaszy lub ryżu – wtedy musimy jedynie wymieszać wszystkie resztki, by uzyskać farsz.

Kobiety sprzedające kiszonki na targu zawsze miały całe liście kiszonej kapusty, które wyciągały z dna beczki z szatkowaną kiszoną kapustą. Gdy wyprzedały tę drugą, całe liście zużywano przyrządzenia gołąbków. Pamiętajmy, by użyć dobrze ukiszonych liści, bo tylko takie są na tyle miękkie, by łatwo było zawinąć w nie nadzienie. Jeśli jednak nie możemy ich zdobyć, lepiej użyć zblanszowanych liści świeżej kapusty.

(Fot. materiały prasowe)(Fot. materiały prasowe)

Porcja dla 4 osób

  • 80 g kaszy jęczmiennej,
  • 200 g wolno pieczonej wieprzowiny, rozdzielonej na włókna lub drobno pokrojonej,
  • 200 g upieczonych kasztanów, drobno posiekanych,
  • 1 łyżka oleju,
  • 50 g masła,
  • 10 dużych ząbki czosnku, pokrojonych w cienkie plasterki,
  • 250 g crème fraîche,
  • 200 ml wywaru z kurczaka, wywaru grzybowego lub wody,
  • 8 całych kiszonych liści kapusty (s. 28), przekrojonych na pół,
  • Sól morska i czarny pieprz,
  • Świeży chleb, do podania.

Sposób przygotowania:

Wsypać kaszę perłową do rondla z zimną osoloną wodą i doprowadzić do wrzenia, po czym gotować na małym ogniu przez 20‒30 minut. Odcedzić, nałożyć do miski i odstawić do ostygnięcia. Wrzucić do niej mięso i kasztany, doprawić solą i pieprzem, a następnie utłuc na jednolitą masę.

Przyrządzić sos. Nie należy obawiać się dużej ilości czosnku – dzięki długiemu gotowaniu nabierze łagodnego smaku. W dużym rondlu żeliwnym rozgrzać olej i masło na małym ogniu. Kiedy masło zacznie się pienić, wrzucić czosnek. Smażyć, od czasu do czasu mieszając, aż poczujemy silną woń konfitowanego czosnku. Uważnie pilnować, by się nie przypalił. W małej misce utrzeć crème fraîche z wywarem lub wodą i wlać do rondla, po czym zestawić z ognia.

Rozgrzać piekarnik do temperatury 200°C (180°C z termoobiegiem). Odkroić z liści kapusty twarde fragmenty ogonków. Umieścić liść na desce do krojenia i nałożyć na niego 1 łyżkę farszu w pobliżu ogonka. Zawinąć spód liścia na farsz, następnie zawinąć boki do środka i ściśle zrolować gołąbek. Pozostawić go na desce złączeniem do dołu. Podobnie zwinąć pozostałe gołąbki.

Ostrożnie ułożyć gołąbki jedną warstwą w naczyniu żaroodpornym, złączeniem do dołu. Polać sosem, przykryć i zapiekać przez 15 minut. Następnie zdjąć pokrywkę naczynia i zapiekać jeszcze przez 10 minut. Podawać z chlebem.

Pulpeciki rybne w sosie pomidorowym

W dzieciństwie jadałam mnóstwo ryb słodkowodnych. W owym czasie uważałam, że ich smak jest zbyt intensywny. Jednak te same ryby były znacznie lepsze w postaci pulpecików, które przyrządzała moja mama. Dziś te pyszności o magicznym smaku dzieciństwa uwielbia mój syn, zwłaszcza gdy podaję je z purée ziemniaczanym. Doskonale nadają się do pudełka z lunchem, w temperaturze pokojowej, z kuskusem.

Zawsze uważałam, że w pulpecikach rybnych jest coś nordyckiego – być może rybne frikadellen są wspomniane w powieściach Tove Jansson o Muminkach lub w książce Astrid Lindgren „Karlsson z dachu”. Nie pamiętam, ale ilekroć je jem, zawsze wspominam mój dom rodzinny z czasów dzieciństwa, czytanie i jedzenie – czyli to, co wciąż należy do moich ulubionych zajęć.

(Fot. materiały prasowe)(Fot. materiały prasowe)

Porcja dla 2 osób (10 pulpecików)

  • 1 mała cebula, grubo posiekana,
  • 1 ząbek czosnku, grubo posiekany,
  • 300 g filetu z czarniaka lub podobnej ryby,
  • 1‒2 łyżki semoliny,
  • Roztrzepane jajko (opcjonalnie),
  • 2 łyżki oleju rzepakowego lub innego,
  • Sól morska i czarny pieprz.

Sos pomidorowy:

  • 1 łyżka oleju rzepakowego,
  • 1 mała cebula, pokrojona w drobną kostkę,
  • 1 liść laurowy,
  • 2 łyżki koncentratu pomidorowego,
  • Puszka pomidorów 400 g,
  • 2 łyżki crème fraîche.

Najpierw przyrządzić sos pomidorowy. W rondlu rozgrzać olej na średnim ogniu. Wrzucić cebulę i dodać szczyptę soli. Smażyć, cały czas mieszając, aż się zeszkli i zacznie rumienić na złocisty kolor. Dodać liść laurowy i koncentrat pomidorowy. Smażyć jeszcze przez około minutę, po czym dodać pomidory z puszki oraz sól i pieprz do smaku (moja mama dodaje jeszcze szczyptę cukru, ja tego nie robię). Zredukować lekko sos, dodać crème fraîche i zestawić z ognia. Skosztować i w razie potrzeby doprawić.

A teraz pulpeciki. Mój syn i ja uwielbiamy tę kojącą wersję dla dzieci: starannie zmiksować cebulę, czosnek, dużą szczyptę soli i pieprzu. Dodać rybę i semolinę. Miksować przez chwilę. Powinniśmy w ten sposób otrzymać jednolitą kleistą papkę, która jednak nie może być zbyt rozdrobniona. W wersji dla dorosłych cebulę, czosnek i rybę sieka się ręcznie, następnie dodaje semolinę i trochę roztrzepanego jajka, by zlepić masę. Zwilżyć dłonie i uformować 10 pulpecików po około 40 g. Ułożyć je na talerzu.

Na patelni teflonowej rozgrzać olej na średnim ogniu. Obrumienić pulpeciki ze wszystkich stron, partiami. Są delikatne, dlatego należy bardzo ostrożnie przewracać je na drugą stronę.

Przełożyć obrumienione pulpeciki do sosu pomidorowego – powinny całe się w nim zanurzyć. Gotować na małym ogniu przez 10‒15 minut, aż będą gotowe.

Naleśniki „rokendrolowe”

Wychowałam się na tych naleśnikach – słodkich, pływających w maśle i cukrze lub też nadzianych waniliowym twarogiem z rodzynkami. Często jadałam je też na słono, z grzybami, a nawet z kurczakiem z pieczarkami, jeśli zostało go trochę z poprzedniego obiadu. Są cienkie, ale miękkie i sprężyste, a przy okazji wyjątkowo smakowite. Od mamy nauczyłam się, by do ciasta dodawać odrobinę wrzątku – w ten sposób mąka zostaje zaparzona, dzięki czemu naleśnik jest niemal ażurowy i rozpływa się w ustach. Jej inny trik polega na tym, by na świeżo usmażony naleśnik położyć całą kostkę masła i trzymać ją tam do momentu usmażenia następnego.

Mój syn Sasza nazywa je „naleśnikami rokendrolowymi” ze względu na sposób, w jaki zwijam je w rulony, by były łatwiejsze do zjedzenia i by nie wypływało z niego cenne masło z syropem.

Sasza jest największym fanem tych naleśników. Uwielbia je do tego stopnia, że ma na ich punkcie obsesję – którą prawdopodobnie odziedziczył po mnie. Pewnego paskudnego deszczowego dnia w kwietniu 2012 roku, tuż przed rozwiązaniem, obudziłam się o dziewiątej rano (pod koniec ciąży to nie grzech!), czując przemożną potrzebę zjedzenia takich naleśników. Zwlekłam się z łóżka i poszłam do kuchni. Pewnie mój organizm wydzielał tyle oksytocyny, kiedy myślałam o zbliżającej się uczcie naleśnikowej, że zaczęłam rodzić, a Sasza przyszedł na świat pięć godzin później.

Naleśniki „rokendrolowe” - wyjątkowości dodaje im trik, który polega na tym, by na świeżo usmażony naleśnik położyć całą kostkę masła i trzymać ją tam do momentu usmażenia następnego. (Fot. materiały prasowe)Naleśniki „rokendrolowe” - wyjątkowości dodaje im trik, który polega na tym, by na świeżo usmażony naleśnik położyć całą kostkę masła i trzymać ją tam do momentu usmażenia następnego. (Fot. materiały prasowe)

Porcja dla 7-8 osób (14-16 naleśników)

  • 2 jajka,
  • 500 ml tłustego mleka,
  • ½łyżeczki soli morskiej,
  • 1 łyżka cukru do wypieków,
  • 1‒2 łyżki oleju,
  • 250 g mąki,
  • 70 ml wrzątku,
  • Cała kostka masła oraz syrop klonowy, miód lub dżem do podania.

W misce lekko ubić jajka z mlekiem, solą, cukrem i 1 łyżką oleju. Stopniowo dodawać mąkę, cały czas ubijając, aż ciasto będzie gładkie, o konsystencji nieco gęstszej od śmietany. Szybko wlać gorącą wodę, i energicznie wymieszać.

Przygotować dwa duże talerze – jeden do nasączania naleśników masłem, a drugi by je zwijać w rulon, nim wpadną w małe rączki (i duże też). Wyjąć kostkę masła z opakowania.

Na średnim ogniu rozgrzać 18-centymetrową patelnię teflonową. Ponieważ w cieście jest już olej, w zasadzie nie ma potrzeby wlewać go na patelnię, jednak w razie potrzeby można nasączyć nim papier kuchenny i posmarować dno.

Wlać chochlę (około 60 ml) ciasta na środek gorącej patelni, poruszając nią tak, by rozlało się cienką warstwą po całym dnie. Pozostawić na około 1 minutę, aż na powierzchni naleśnika pojawią się drobne bąbelki, a jego brzegi zaczną się rumienić.

Delikatnie podważyć szpatułką i palcami, by przewrócić na drugą stronę. Naleśnik powinien być delikatny i cienki, a to wymaga nieco wprawy. Smażyć jeszcze przez 10‒15 sekund, ale nie dłużej. Przesmażony naleśnik zrobi się suchy.

Przełożyć naleśnik na jeden z talerzy, ułożyć na nim kostkę masła i pozostawić ją tam do czasu, kiedy usmażymy następny. Wtedy nałożyć go na drugi talerz i przykryć kostką masła. Pierwszy posmarować odrobiną syropu klonowego, miodu lub dżemu, zawinąć boki do środka i zwinąć w kierunku od siebie.

Tak samo przyrządzić resztę naleśników. Warto przygotować dwa razy więcej ciasta i zostawić połowę w lodówce na następny dzień. Możemy też nasączyć masłem kilka pierwszych placków.

Przepisy pochodzą z książki 'Sielskie smaki. Nostalgiczna podróż kulinarna' Olii Hercules, Wyd. Prószyński S-ka, premiera 20 lipca. (Fot. materiały prasowe)Przepisy pochodzą z książki "Sielskie smaki. Nostalgiczna podróż kulinarna" Olii Hercules, Wyd. Prószyński S-ka, premiera 20 lipca. (Fot. materiały prasowe)

  1. Styl Życia

Halina Mlynkova: "Nic tak nie ładuje akumulatorów jak kontakt z naturą"

Halina Mlynkova, piosenkarka, autorka tekstów i muzyki. W latach 1998–2003 wokalistka zespołu Brathanki. Od 2003 roku występuje solowo, wydała trzy albumy studyjne. (Fot. Ula Koska)
Halina Mlynkova, piosenkarka, autorka tekstów i muzyki. W latach 1998–2003 wokalistka zespołu Brathanki. Od 2003 roku występuje solowo, wydała trzy albumy studyjne. (Fot. Ula Koska)
Wokalistka Halina Mlynkova jako nastolatka zamieszkała w wielkim mieście, ale ostatnio uciekła stamtąd do domu pod lasem. Już wie, że nic innego nie daje jej więcej siły niż życie w otoczeniu zielonego.

Wychowałam się na Zaolziu, szacunek do natury miałam wdrukowany od samego początku. Choć jako nastolatka z radością „uciekłam” do szumu i gwaru miasta, potrzeba kontaktu z naturą gdzieś głęboko we mnie siedzi i właśnie się odezwała. Po latach życia w dużych miastach zatoczyłam koło – poczułam, że znów muszę „uciekać”, ale tym razem już na dobre do zielonego. Niedawno zamieszkałam na skraju lasu, z dala od zgiełku. Nic nie ładuje akumulatorów i nie koi tak jak kontakt z naturą, jak możliwość obserwowania zmieniających się pór roku. Wśród szklanych budynków nie da się tego doświadczyć. Z natury, jeśli tylko zechcemy, można czerpać na wiele nieinwazyjnych sposobów. Na przykład żeby wiedzieć, jaka będzie zima, uczę się obserwować pszczoły. Natura jest też dla mnie genialną inspiracją do tworzenia muzyki. Przecież cały gatunek muzyki etno to właśnie zapatrzenie się, wsłuchanie się w naturę, w korzenie. Pamiętam moją cudowną współpracę z Joszkiem Brodą. On na liściu, który spadł z drzewa, potrafi wyczarować dźwięki, które pobudzają wyobraźnię do kreatywności.

Ekomama

Moja mama zawsze szanowała Ziemię, długo przed tym, zanim zaczęło się mówić o ekologii. Śmieci segreguje wręcz obsesyjnie. Kiedy jestem u niej w domu, nie pozwala mi posprzątać w kuchni, mówi: „Ja to zrobię, ty mi źle powyrzucasz”. Mojego syna, który spędzał u babci każde lato, też od początku nauczyła dbałości o naturę. Pamiętam, że kiedy miał trzy–cztery lata, zgniatał wielkie dla niego wtedy plastikowe butelki z całych sił; byłam z niego dumna. Od małego oglądaliśmy też razem – być może ktoś powie, że zbyt poważne na jego wiek – dokumenty pokazujące to, co człowiek robi z planetą. Był bardzo przejęty, kiedy patrzył na ginące ryby czy ptaki. Dziś ma 17 lat i temat ekologii nie jest mu obojętny. Wie, co robić, by nie szkodzić, a to już dużo!

Na co dzień

Przestałam gromadzić ciuchy, już nie kupuję bezsensownie tego, co wpadnie mi w oko lub jest w promocji albo widziałam na koleżance i mi się spodobało… Muszę przyznać, że miałam niechlubny moment – w mojej szafie wisiało sporo rzeczy z metkami, których nigdy nie założyłam, a jednak robiłam kolejne zakupy. Ten czas dawno mam za sobą. Dziś kupuję ubrania w second-handach, a potem przekazuję je dalej.

W naszym domu nie kupuje się wody mineralnej, korzystamy z filtra. Sama piekę chleb. Nie używam oleju palmowego ani konserwantów. Owoce i warzywa, które jemy, pochodzą z ekologicznych upraw. Wspieram lokalnych rolników. Zresztą jestem genialnym testerem – mam tak silne uczulenie na pestycydy, że kiedy tylko ugryzę coś pryskanego, natychmiast to czuję. Nie mam więc problemu z odróżnieniem, czy jabłko na pewno jest ekologiczne, czy jednak spotkało się z chemią… Nie mam też problemu z tym, że ono nie wygląda ładnie albo że zamieszkiwał je robak. Jako dziecko w malinach i czereśniach zjadłam dziesiątki robaków, pamiętam, że mama wtedy mówiła: „Trochę białka ci nie zaszkodzi!”. I nie zaszkodziło.

Halina Mlynkova, piosenkarka, autorka tekstów i muzyki. W latach 1998–2003 wokalistka zespołu Brathanki. Od 2003 roku występuje solowo, wydała trzy albumy studyjne.

  1. Seks

Seks na łonie natury – dlaczego warto spróbować?

- Seks w lesie jest częścią życia, wszystkiego, co robimy. Możemy iść, zbierając jagody, poziomki, a potem położyć się gdzieś i tylko pocałować. Zjeść te poziomki i iść dalej. Potem usiąść na zwalonym pniu i zacząć się kochać, słuchając jednocześnie śpiewu ptaków - mówi botanik Łukasz Łuczaj. (Fot. iStock)
- Seks w lesie jest częścią życia, wszystkiego, co robimy. Możemy iść, zbierając jagody, poziomki, a potem położyć się gdzieś i tylko pocałować. Zjeść te poziomki i iść dalej. Potem usiąść na zwalonym pniu i zacząć się kochać, słuchając jednocześnie śpiewu ptaków - mówi botanik Łukasz Łuczaj. (Fot. iStock)
Nie kochałaś się nigdy pod drzewami? Może warto spróbować. Las wpływa na inną dynamikę miłości, wynikającą z tego, że seks jest tu elementem życia – mówi doktor Łukasz Łuczaj, biolog, autor książki „Seks w wielkim lesie”.

Czy kobiety wychowane w miastach, pracujące w korpo mają fantazje o seksie w lesie? A jeśli tak, to czy zrobiłyby to na mchu pod drzewami, na zwalonym pniu czy pochylonym drzewie, jak podpowiada pan w książce?
Kiedy składałem manuskrypt do kilku wydawnictw, pojawiły się właśnie takie obawy, że to nie jest książka dla kobiet, że to taka męska fantazja. Pamiętnik skauta. Ale ja zapewniłem Piotra Mareckiego z wydawnictwa Ha!art, który zdecydował się wydać tę książkę, że to są marzenia także kobiet i że przede wszystkim kobiety będą ją czytać. No i miałem rację.

Tak dobrze pan nas zna?
Po prostu lubię spotykać się z ludźmi i z nimi rozmawiać. Na przykład uczestnicy moich warsztatów dotyczących polskich roślin jadalnych wieczorami przy ognisku, przy jedzeniu i nalewkach, dużo opowiadają właśnie o fantazjach. Książkę też zaczynam od wspomnienia pewnej randki z byłą uczestniczką moich warsztatów. Zakończyła się tak, że kiedy zaproponowałem jej, żeby została u mnie na noc, usłyszałem: „Nie zostanę teraz u ciebie, ale mógłbyś mnie kiedyś zerż…ć na swojej łące kwietnej”.

Skończyło się tylko na propozycji?
Właśnie. Kobiety lubią fantazjować o tym, że są w lesie z atrakcyjnym samcem, który je do tego lasu porwał właśnie po to, żeby był seks. Ponieważ myślą o tym, zawsze można zaproponować: „Chodź, zabiorę cię do lasu!”. Kobiety to kręci, choć niewiele się na ten spacer zdecyduje. Znam jednak takie, które same chcą zabrać mężczyznę do lasu! Kobiety, które spotykam często w środowisku survivalowym, zaskakują swoją dzikością, jednością z naturą i otwartością. Nie mówię tylko o seksie, ale także o przyjaźni, o tym, jakimi są ludźmi. Znajomy lekarz medycyny chińskiej stwierdził, że kobieta różni się od mężczyzny tym, że mężczyzna jest twardy z wierzchu, ale miękki w środku, a kobieta odwrotnie. Dlatego gdy mężczyzna się złamie, to się złamie. Kobiety złamać do końca nie można. Mówię o tym, choć wolę podkreślać podobieństwa między płciami, po to, żeby kobiety nie myślały, że są słabe. Jesteście silne, choć inaczej niż mężczyźni.

I żebyśmy się nie bały kochać pod dębem na środku polany?
Zwłaszcza gdy możecie iść na tę polanę, pod to drzewo z kimś, kto ma doświadczenie w życiu. Komu ufacie i z kim macie więź emocjonalną. Taka osoba może bezpiecznie wprowadzić kobietę, która całe życie spędziła w mieście, w świat erotycznych doznań w naturze. Bo też obawy kogoś, kto nie zna lasu, są zawsze większe niż rzeczywistość. Najgorsze, co może nas spotkać, to ten kleszcz, meszki czy komary.

A jeśli odważymy się spróbować, to jaki las wybrać do miłości?
Jeśli chodzi o prawdziwy wielki las, to wybierajmy taki, który nie jest porośnięty jeżynami, gdzie nie ma pokrzyw, tarniny czy innych kolczastych roślin w miejscu, gdzie akurat się rozłożymy. Nie ma podrostu, czyli młodych drzewek. No i nie rośnie robinia akacjowa, która ma kolczaste gałęzie. Odpadają zakrzaczone, zaśmiecone lasy. To nie miejsca do miłości. Polecam Mazury! Znajdziemy tam często sosnowe lasy bez podszytu, otwarte. No, ale nie dają schronienia. I te komary… Kłopot będzie na Dolnym Śląsku, są tam przyjazne lasy świerkowe, ale ciemne i zimne. Uprawiałem seks w Sudetach, było fajnie, ale na randkę trzeba iść w swetrze. Najlepiej w słoneczny dzień. Najlepsze do miłości są lasy bukowe. Takie znajdziemy w Bieszczadach, w Beskidzie Niskim, na Pomorzu i na Śląsku.

Buk, robinia… Klucz do oznaczania roślin jako element gry wstępnej?
Klucze obrazkowe są proste w użyciu, a więc wędrowanie z nimi do miejsca, gdzie się pokochamy, może być edukacyjną zabawą. A tak ogólnie to preferuję lasy liściaste. Liście buka są miękkie, liście dębu pachną jak herbata. Pod drzewami nie ma ostrych szyszek, a wiosną, kiedy jeszcze nie ma liści, jest tam dużo cieplej niż na zewnątrz. Nawet nisko jeszcze wiszące nad horyzontem słońce ogrzewa pnie tak intensywnie, że między nimi gromadzi się ciepłe powietrze. Takie lasy to tak zwane pułapki cieplne. No i te kwiaty! W marcu lub kwietniu kwitną tam zawilce, przylaszczki, miodunki, kokorycze. Dlatego wiosenne lasy liściaste są idealnym miejscem do miłości. W terenie pagórkowatym warto wybrać południowy stok. Nawet jak będzie zacieniony akurat wtedy, kiedy tam dotrzemy, to i tak ściółka będzie tam suchsza niż gdzie indziej. Słońce tam intensywniej i dłużej pracuje.

Czyli od marca już możemy ruszać.
Tak – ciepły marzec, kwiecień, maj to są superterminy. W maju robi się już często wilgotno i deszczowo, kwiatów też już nie ma, ale jest zielono, bo pojawia się trawa. W maju zaczyna się więc kolejny piękny okres dla miłości w lesie. Dlatego warto mieć swoje miejscówki. Przyznam się pani, że mam takie intymne, tajemne miejsca w pobliżu Rzeszowa, Krakowa, Warszawy…

Opisuje pan w książce, jak po pewnym ważnym spotkaniu od razu pojechaliście ze znajomą do lasu.
Urwaliśmy się wtedy z konferencji naukowej i w tych białych koszulach znaleźliśmy się w złoto-purpurowym lesie. Była jesień. Cali w liściach wyglądaliśmy jak na prerafaelickim obrazie. I nie czuliśmy się brudni! Lasy naturalne nie brudzą. Bakterie, które tam żyją, które żyją w glebie, są dla nas przyjazne. To, co groźne, mamy w domu, w dywanie, w pościeli. Tam są te wszystkie roztocza i inne pasożyty przygotowane na atakowanie człowieka. W lesie żyją mikroorganizmy zajmujące się rozkładaniem ściółki, a jeśli zainteresowane są organizmami żywymi, to zwierząt, a nie ludzi.

Nadzy w lesie jesteśmy bezpieczniejsi niż we własnym łóżku?
Powiem tak: potrzebujemy kontaktu z tym, co żyje w glebie w lesie. Są nawet hipotezy, że jedną z przyczyn depresji jest brak kontaktu z promieniowcami, bakteriami glebowymi. Obcowanie z glebą, z gliną, kopanie w ziemi powoduje, że wdychamy te bakterie – i to poprawia nam nastrój.

Co jeszcze zyskamy, kochając się w lesie?
Na pewno zadrapania. Jestem intuicjonistą i po prostu wiem, że to jest dobre: wdychanie olejków eterycznych drzew, zapachu kwiatów, zapachu ciała partnerki lub partnera. Dobrze jest leżeć sobie w trawce i widzieć macierzankę, która rośnie w kępach i przypomina kobiecy wzgórek łonowy. Albo patrzeć na żółto-fioletowe bratki czy pszeńca gajowego, które w naszej kulturze ludowej uznano za rodzeństwo zaklęte w kwiaty za niedozwoloną miłość. Kiedyś ludzie osobiście odbierali przyrodę, a teraz my, kochając się na łące czy w lesie, możemy poczuć jedność z naturą, z tym miejscem, w którym jesteśmy. To niezwykłe odczucie. Czasem mnie nawet przeraża, jak potężna jest natura i jak potężną siłą jest seksualność człowieka. W lesie czujemy się bardziej gatunkiem biologicznym niż wytworem kultury, ale nie powinno nas to zniechęcać do dostrzeżenia duchowej strony jedności człowieka z przyrodą.

Mistyczny seks w polskim lesie?
W książce piszę często o tym, co sam przeżyłem, na przykład: seks na polanie w noc świętojańską. Leżałem nago razem z moją partnerką, obserwując zachód słońca, kiedy nagle zobaczyłem patrzącego na nas wilka. Przez moment miałem poczucie, że patrzyliśmy sobie z wilkiem w oczy. To był chyba najbardziej duchowy moment mojego kontaktu z naturą.

Pisze pan, że seks w lesie to seks przed grzechem pierworodnym.
Chciałem pokazać seksualność w sposób atrakcyjny, ale tak, jakbym malował akwarelą. Piękny kwiat bez detali. Tylko jego energia, jaką daje seks w lesie. Są ludzie, którzy czują się rozczarowani opisami w mojej książce, bo nie znaleźli w niej orgii pod drzewami po zjedzeniu psychoaktywnych roślin. Ale z tego też powodu moja książka wielu innym osobom się podoba.

Energia natury i seksualności w pana książce się przenikają.
W powieści Zbigniewa Nienackiego „Wielki las” jest ukryty wątek, wiara w to, że aby młodnik mógł rosnąć, musi się w nim odbyć seks. No więc leśniczy, któremu młody las nie rośnie, chce iść tam z żoną, ale ona odmawia. Rozgląda się więc za jakimś ratunkiem i znajduje ochotniczkę, koleżankę z pracy w Lasach Państwowych. Odbywają więc w młodym lesie parę stosunków i drzewa wreszcie zaczynają rosnąć. Ta opowieść to echa starych wierzeń i obrzędów magicznych. Co z nich zostało? Dziś wiem, że jeśli kobieta trafi do lasu z mężczyzną obeznanym z naturą, to jego męskość w jej oczach skoczy w górę. Dla niej on już zawsze będzie bardziej dziki, niezależny.

Seks w lesie to także urozmaicenie samej techniki.
Las wymusza oczywiście inne pozycje niż te, jakie ćwiczymy w sypialni. Nie mamy tu łóżka ani krzesła. Las to nie tylko seks na ziemi, ale też leżenie na zwalonym pniu drzewa, pokrytym mchem albo o gładkiej korze, jaką ma osika, brzoza czy buk. Ważniejsze jest jednak to, że seks w lesie jest częścią życia, wszystkiego, co robimy. Możemy iść, zbierając jagody, poziomki, a potem położyć się gdzieś i tylko pocałować. Zjeść te poziomki i iść dalej. Potem usiąść na zwalonym pniu i zacząć się kochać, słuchając jednocześnie śpiewu ptaków.

Potrzebne są nam jeszcze nasięźrzał i podejźrzon!
Mówi pani o kwiatach paproci. A więc o staropolskim folklorze. Nasięźrzał kwitnie w okolicach nocy świętojańskiej. Wytwarza dziwny, tajemniczy, inny niż pozostałe paprocie kłos zarodnionośny, brany dawniej za kwiat. Wygląda jak mała kalla, a więc budzi skojarzenia waginalne, erotyczne. Zapewne dlatego ta roślina trafiła do magii miłosnej w kilku regionach Polski. No, ale prawdziwe miłosne działanie ma inna roślina, przywrotnik. Znany w całej Europie jako sposób na zamaskowanie braku dziewictwa. Gęsty ekstrakt z tej rośliny powoduje obrzmienie ścian pochwy i robi się ciasno przy wejściu do niej. Stąd nazwa.

W pana książce znajdziemy także receptę na oziębłość: 40-minutowy spacer po lesie, a potem na zwalonym pniu drzewa usiąść i oprzeć się o jego ramię…
Nigdy nie można wszystkiego zaplanować, każda sytuacja jest inna, ale są pewne wzorce zachowań, które generalnie się sprawdzają. I ja sam zauważyłem, że jak się dużo chodzi, to potem się człowiekowi nic nie chce. Najwyżej zjeść coś albo napić. Ale też jak się chodzi po lesie za krótko, to się atmosfera nie zbuduje. Myślę więc, że 40 minut to akurat, aby znaleźć się w jakimś miejscu właśnie ze zwalonym pniem. Czyli trzeba wiedzieć, gdzie to będzie, znaleźć swoje miejsca.

Jest też coś dla singli, pisze pan o ekoseksualizmie, czyli o samotnej wyprawie do lasu i do sfery seksualnej.
Spotkałem wielu ludzi, którzy odczuwają podniecenie, kiedy znajdą się w przyrodzie, od tego, że twardnieją im sutki, po orgazm. Czasem podnieca sam śpiew ptaków. Prowadzi to często do masturbacji na szczytach gór czy w innych pięknych miejscach. Człowiek ociera się o drzewo i dodaje swoje nasienie naturze, nie poczynając nowego życia. I chwała mu za to, bo ludzi na Ziemi jest zbyt wielu.

Możemy sami stworzyć łąkę miłości?
Trzeba dodać do niej trochę drzew, bo my jesteśmy istotami sawanny. Kochać możemy się wtedy na skraju lasu. To taka atawistyczna tendencja, bo przed oczami mamy wtedy otwartą świetlistą przestrzeń, a siedzimy bezpiecznie na skraju lasu. Do orgazmu estetycznego potrzebujemy dużych połaci kwiatów, najlepiej niewysokich, poniżej kolan. Złocień zwyczajny, czyli margerytka, taki idylliczny kwiatek. Firletka poszarpana, robiono z niej eliksir miłości w średniowieczu. Potrzebne są też jaskry i świerzbnica polna. Dobrze, żeby na takiej łące był jeden rozłożysty dąb.

Po lekturze pana książki, kiedy zobaczę wzgórze porośnięte drzewami, pomyślę, że jakaś para się tam kocha…
I może tak być, sądząc po gigantycznym zainteresowaniu moją książką. Może wpłynie ona na miłosne zachowania Polaków?

Polecamy książkę: „Seks w wielkim lesie”, Łukasz Łuczaj, wyd. Korporacja Ha!art.Polecamy książkę: „Seks w wielkim lesie”, Łukasz Łuczaj, wyd. Korporacja Ha!art.

Dr Łukasz Łuczaj - biolog, popularyzator przyrody i działacz na rzecz jej ochrony, autor książek o dzikich roślinach jadalnych i „Seksu w wielkim lesie”.

  1. Styl Życia

W poszukiwaniu kwiatu paproci

Pogańskie święto Iwana Kupała. „Wróżby na wieńce”. Namalował Simon Kojin z Rosji (źródło zdjęcia: Wikimedia)
Pogańskie święto Iwana Kupała. „Wróżby na wieńce”. Namalował Simon Kojin z Rosji (źródło zdjęcia: Wikimedia)
Żar spływa z nieba, pachną zioła, noce robią się coraz krótsze – to znak, że nadciąga letnie przesilenie. Przed nami magiczna noc, najkrótsza w roku. Pora poszukać kwiatu paproci…

Nie jest to proste, gdyż „Paproć w każdym lesie tylko jedna zakwita, a i to w takim zakątku, tak ukryta, że nadzwyczajnego trzeba szczęścia, aby na nią natrafić” – przekonywał Józef Ignacy Kraszewski w bajce „Kwiat paproci”.
Znaleźć kwitnącą paproć to prawdziwa sztuka. A może nie umiemy jej szukać lub taki kwiat po prostu nie istnieje?

Noc Kupały i cuda wianki

Najpierw jednak warto wprowadzić się w klimat Sobótki, bo tak też nazywana jest najkrótsza noc w roku - pełna wianków, ognia, wody i miłości na łonie natury. To nasze słowiańskie Walentynki, obchodzone na wsiach jeszcze w przedchrześcijańskich czasach. W tę noc ludzie spotykali się nad wodą przy ogniskach, aby czcić boga Kupałę. Niewiasty przywdziewały białe, zwiewne suknie, przepasywały je bylicą. Tańcząc wokół ognia wrzucały do niego zioła, śpiewały pieśni przywołujące bóstwa płodności. Plotły wianki z ziół i polnych kwiatów, ozdabiały nimi głowy - według tradycji każda panna powinna upleść chociaż jeden. Nie mogło w nim zabraknąć dziurawca - sprzyjającego miłości, piołunu i bylicy, chroniących przed złymi mocami, paproci - przyciągającej spojrzenia, krwawnika - dającego szczęście w małżeństwie. Były też rumianki i chabry - przywołujące miłość, ruta - chroniąca przed złem oraz inne barwne kwiaty.

O zmierzchu dziewczęta zanurzały się w wodzie i puszczały na nią wianki z wstawioną w nie płonącą świeczką. Ten, kto wyłowił wianek, okazywał się wymarzonym wybrańcem. Jeśli jednak wianek zaplątał się w sitowie lub zatonął - kłopoty miłosne i staropanieństwo czaiły się tuż za rogiem.

Perunowy kwiat

Przede wszystkim jednak w noc Kupały rozkwitał o północy perunowy kwiat, czyli kwiat paproci. Trzeba było odważnie ruszyć nocą w ciemny las, znaleźć go i zerwać. Wieść niosła, że ten, kto tego dokona, wkrótce znajdzie miłość i bezcenny skarb. W dodatku pozna język zwierząt, będzie wszystko widział i słyszał, a w razie potrzeby stanie się niewidzialny. Śmiałka czeka wspaniałe długie życie w zdrowiu i dobrobycie. Tylko z nikim nie będzie się mógł swym szczęściem dzielić...

Zerwany kwiat trzeba było nosić za pazuchą i strzec jak oka w głowie – gdy się zgubił, bogactwo i szczęście przepadały. Również liściom paproci przypisywano magiczne cechy – wrzucone do ognia dawały dym odstraszający węże i złe duchy, wyciśnięty z nich sok dawał wieczną młodość, a osoba, która pierwsza zerwała wiosenny liść paproci miała farta do końca życia.
Dziś wiemy, że paproć nie wydaje kwiatu… Skąd więc wzięła się legenda o jej kwitnieniu? Być może chodzi o to, że nasi przodkowie paprociami nazywali też inne rośliny, nie tylko z rodziny paprociowatych, ale również storczykowatych, np. podkolan, parolist, gnieźniki, karlik. Wiele z nich rozkwitało właśnie w czerwcu i tylko na jedną noc.

Podejźrzon księżycowy i nasięźrzał

Wszystko jednak wskazuje na to, że w wierzeniach ludowych perunowymi kwiatami były dwie paprocie o staropolskich nazwach: podejźrzon księżycowy i nasięźrzał pospolity. Obie nie kwitną, a rozmnażają się za pomocą zarodników wytwarzanych na czubkach kłosów zarodnionośnych, wyglądających trochę jak kwiaty na łodyżkach.

Podejźrzon księżycowy (źródło zdjęcia: Wikimedia)Podejźrzon księżycowy (źródło zdjęcia: Wikimedia)

Niełatwo było je znaleźć w ciemnym lesie, bo są rzadko spotykane, niepozorne i trudne do odnalezienia w trawie (obie rosną na łąkach i leśnych polanach). Widać je tylko od czerwca do połowy lipca, a podczas nocy Kupały są w pełnym „rozkwicie”. Po wysypaniu zarodników szybko obumierają. W ziemi pozostaje tylko zimujące kłącze, by w następnym roku wydać nową roślinę. Oba gatunki są pod ścisłą ochroną. Legenda głosi, że aby je odnaleźć, trzeba było iść nocą (najlepiej nago) do lasu, poruszać się tyłem, nie oglądając się za siebie. Zrywając „kwiat” należało wypowiedzieć magiczną formułę:

„Nasięźrzale, nasięźrzale,
Rwę cię śmiale,
Pięcia palcy, szóstą dłonią,
Niech się chłopcy za mną gonią;
Po stodole, po oborze,
Dopomagaj, Panie Boże.”
Gdy spełnione były wszystkie powyższe warunki, nasz był i „kwiat”, i upatrzony chłopak.

Nasięźrzał (źródło zdjęcia: Wikimedia)Nasięźrzał (źródło zdjęcia: Wikimedia)

Miłosne wróżby

Kto nie znalazł kwiatu paproci, mógł skorzystać z magicznej mocy innych roślin i odprawić wróżby, często związane z miłością. A wróżyło się z zerwanych w całkowitym milczeniu ziół i kwiatów, zwłaszcza z rumianku, dzikiego bzu, czeremchy, cząbru, szczypiorku, piołunu, bylicy i z… wody w studniach (opis takich wróżb znajduje się w jednej z bajek o Muminkach). Podczas zrywania rumianku wystarczyło zadać pytanie: czy czeka mnie udana miłość w przyszłym roku? Gdy kwiatek zachował świeżość i nie zwiądł do następnego dnia, odpowiedź brzmiała tak. Ziołowy bukiet można też było wsadzić pod poduszkę – we śnie ukazywał się przyszły życiowy partner.

Należało też podczas spaceru po zachodzie słońca wyrwać upatrzoną roślinę i przyjrzeć się korzeniom – oblepione ziemią wróżyły majętnego oblubieńca, zaś wyrwanie rośliny bez korzeni oznaczało brak miłosnych uniesień. Zioła pomagały też mężatkom sprawdzić wierność męża – wystarczyło włożyć do słoiczka dwie gałązki cząbru i postawić na noc obok łóżka. Jeśli uschły, mężczyzna odejdzie, a świeże do rana wróżyły udane małżeństwo.

Ognie w noc Kupały (źródło zdjęcia: Wikimedia)Ognie w noc Kupały (źródło zdjęcia: Wikimedia)

Czasy się zmieniły – dziś zamiast śledzić losy cząbru wynajmujemy raczej … prywatnego detektywa. Nikt też nie szuka kwiatu paproci. Ale noc Kupały wciąż jest pełna radości, bo przecież - jak przed wiekami - właśnie zaczyna się lato!

  1. Kuchnia

Zdrowe, pożywne śniadania. Nie tylko dla dzieci

Domowa granola (fot. Karolina i Maciej Szaciłło)
Domowa granola (fot. Karolina i Maciej Szaciłło)
Czy może być smacznie i zdrowo? - Jak najbardziej! Dzieci są otwarte na nowe smaki, dlatego warto zaszczepić w nich dobre nawyki żywieniowe już od najmłodszych lat. Karolina i Maciej Szaciłło w książce „Zdrowe dziecko w zgodzie z naturą” podają nie tylko całą masę przepisów kulinarnych, ale również dzielą się wiedzą z dziedziny medycyny ajurwedyjskiej i praktycznymi poradami, dotyczącymi diety oraz naturalnych metod leczenia.

Śniadanie to podstawa zdrowej diety. Zacznijmy więc od posiłków, które z pewnością zasmakują dzieciom i dorosłym. Poniżej kilka wybranych przepisów:

Domowa granola z owocami i mlekiem owsianym

Ta porcja granoli wystarczy na kilka śniadań. Dobrze jest przełożyć ją po wystygnięciu do słoika. Z dodatkami można „eksperymentować” według uznania.

Składniki:

• 150 g płatków owsianych
• 2 łyżki masła sklarowanego dobrej jakości (najlepiej domowej roboty)
• 50 ml syropu klonowego

Dodatki:

• 1 łyżka jagód goji
• garść orzechów włoskich
• 1 łyżka pestek słonecznika
• 1 łyżka nasion chia

Do podania:

• napój owsiany (letni lub lekko ciepły)
• owoce sezonowe (np. maliny, borówki, ekologiczny banan pokrojony w plasterki)

Płatki owsiane mieszamy z masłem sklarowanym i syropem klonowym. Rozkładamy równomiernie na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Pieczemy w piekarniku rozgrzanym do 200°C z termoobiegiem, aż staną się przypieczone i chrupiące. Łączymy z pozostałymi składnikami suchymi. Podajemy z mlekiem owsianym w temperaturze pokojowej i owocami.

Grzanki francuskie z cynamonem i owocami

Fot. Karolina i Maciej SzaciłłoFot. Karolina i Maciej Szaciłło

Są boskie! Na dodatek stanowią pełnowartościową propozycję śniadaniową. Węglowodanów złożonych dostarczy pieczywo na zakwasie, białka – mąka z ciecierzycy. Do tego poprawiający trawienie i cyrkulację cynamon cejloński oraz po brzegi wypełnione witaminami owoce jagodowe.

Składniki:

• 50 g mąki z ciecierzycy
• 50 g mąki z brązowego ryżu (można zmielić brązowy ryż na mąkę, np. w młynku do kawy)
• 1/2 łyżeczki mielonego cynamonu cejlońskiego
• 1/4 łyżeczki kurkumy
• napój owsiany (my użyliśmy 150 ml)
• kromki dobrej jakości orkiszowego, żytniego lub gryczanego pieczywa na zakwasie
• dobrej jakości masło sklarowane (najlepiej domowej roboty) lub zimno tłoczony olej kokosowy do smażenia

Dodatki:

• mielony cynamon cejloński do posypania
• owoce sezonowe, jak np. truskawki, borówki, maliny, jeżyny
• syrop klonowy (niewielka ilość) lub melasa buraczana/jęczmienna

Suche składniki mieszamy z taką ilością napoju owsianego, aby powstało ciasto o konsystencji ciasta naleśnikowego. Kromki chleba maczamy w cieście i smażymy z dwóch stron na rozgrzanym tłuszczu. Posypujemy cynamonem cejlońskim. Polewamy niewielką ilością syropu klonowego. Podajemy z owocami.

Tofucznica ze szczypiorkiem

Fot. Karolina i Maciej SzaciłłoFot. Karolina i Maciej Szaciłło

Poniższe śniadanie to letnia klasyka gatunku. Kto z lat dzieciństwa nie pamięta jajecznicy ze szczypiorkiem? Jednak ajurweda, zarówno w przypadku dorosłych, jak i dzieci, zaleca dietę laktowegetariańską (w skrócie: bez jaj). Dlatego my już od lat naszą poranną jajecznicę ze szczypiorkiem przyrządzamy z dobrego jakościowo tofu. Ostatnio kupujemy wyłącznie tofu ekologiczne, przyrządzone z soi bez GMO.

Składniki:

  • 2 łyżki dobrej jakości masła sklarowanego (najlepiej domowej roboty)
  • 2 poszatkowane szalotki
  • 150 g rozkruszonego, naturalnego tofu (bez GMO)
  • 2–3 łyżki dobrej jakości sosu sojowego (najlepiej tamari; bez dodatku m.in. syntetycznego glutaminianu sodu)
  • 30 ml napoju owsianego
  • garść poszatkowanego szczypiorku

Do podania:

  • kromki dobrej jakości orkiszowego, żytniego lub gryczanego pieczywa na zakwasie
  • plasterki ogórka i/lub rzodkiewki i/lub pomidora
  • listki sałaty rzymskiej
  • garść ulubionych kiełków dziecka, np. lucerny lub rzodkiewki

Na tłuszczu podsmażamy szalotkę, aż się zeszkli. Dodajemy rozkruszone tofu. Podsmażamy jeszcze 2–3 minuty. Dodajemy sos sojowy i napój owsiany. Dokładnie mieszamy. Zdejmujemy z ognia. Przed podaniem posypujemy szczypiorkiem. Podajemy z chlebem i warzywami.

Orkiszowe naleśniki z tahini i owocami

Fot. Karolina i Maciej SzaciłłoFot. Karolina i Maciej Szaciłło

Z samopszy, płaskurki, mąki gryczanej czy orkiszu – przerobiliśmy już mnóstwo wersji porannych naleśników. Kilka lat temu, znudzeni jaglankami, gryczankami, owsiankami i komosiankami, zaczęliśmy przyrządzać odżywcze wersje wspomnianych racuchów, naleśników i gofrów. Ku naszemu wielkiemu zadowoleniu racuszki z mąki atta (stara, indyjska odmiana pszenicy) są jednym ze śniadań serwowanych dla dzieci w indyjskiej panchakarmie, z której co roku prowadzimy warsztaty. Ostatnio naleśniki uwielbiamy jeść z ciemną pastą tahini (z niełuskanego sezamu). Ta ostatnia, w przeciwieństwie do jasnej, jest produktem nieoczyszczonym, pełnym błonnika, który wspiera m.in. perystaltykę jelit. Dostarczy dzieciom m.in. tak potrzebnego w ich diecie wapnia i żelaza.

Ciasto na naleśniki:

750 ml mleka sojowego (bez cukru)
200 g mąki orkiszowej typ 750
150 g mąki drobno mielonej typ 2000 orkiszowej lub z płaskurki
2 łyżki dobrej jakości masła sklarowanego (najlepiej domowej roboty)

Dodatki:

ciemna pasta tahini
truskawki i/lub borówki i/lub maliny
melasa buraczana lub syrop klonowy do polania

Wszystkie składniki naleśników miksujemy ręcznym blenderem do uzyskania jednolitej masy. Naleśniki smażymy na oleju (niewielką ilość oleju rozprowadzamy na patelni pędzelkiem lub papierową chusteczką). Ciasto rozprowadzamy tak, aby było jak najcieńsze. Po przewróceniu smażymy dosłownie chwilkę. Naleśniki smarujemy tahini. Składamy. Polewamy syropem klonowym i podajemy z dużą ilością owoców.

Kanapki z „pastą serową”

Fot. Karolina i Maciej SzaciłłoFot. Karolina i Maciej Szaciłło
  • 100 g uprażonych na suchej patelni pestek słonecznika
  • 2 łyżki jasnego miso
  • 2 łyżki zimno tłoczonego oleju rzepakowego
  • 100 ml wody
  • 1 szczypta pieprzu

Do podania:

  • kromki dobrej jakości orkiszowego, żytniego lub gryczanego pieczywa na zakwasi
  • plasterki rzodkiewki
  • plasterki zielonego ogórka lub ogórka małosolnego
  • liść sałaty, np. rzymskiej

Składniki pasty miksujemy do uzyskania jednolitej konsystencji. Pastą smarujemy kromki dobrej jakości pieczywa na zakwasie. Podajemy z dodatkami.

Przepisy pochodzą z książki Karoliny i Macieja Szaciłło „Zdrowe dziecko w zgodzie z naturą. Dieta, ajurweda i praktyczne porady.”