1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Obserwacja ptaków poprawia nasz dobrostan i samopoczucie

Obserwacja ptaków poprawia nasz dobrostan i samopoczucie

Obserwacje ptaków pozwalają osiągnąć stan flow, czyli taki, w którym tracimy poczucie czasu, ale w pozytywnym sensie. Można je też porównać z medytacją mindfulness, czyli stanem uważności, który na tyle wyostrza zmysły, że jesteśmy w stanie doświadczać tego, co dzieje się wokół. (Fot. iStock)
Obserwacje ptaków pozwalają osiągnąć stan flow, czyli taki, w którym tracimy poczucie czasu, ale w pozytywnym sensie. Można je też porównać z medytacją mindfulness, czyli stanem uważności, który na tyle wyostrza zmysły, że jesteśmy w stanie doświadczać tego, co dzieje się wokół. (Fot. iStock)
Nie ma wątpliwości, że kontakt z przyrodą jest korzystny dla naszego zdrowia i psychiki. I nie ma co usprawiedliwiać się brakiem czasu na wyprawę za miasto. Wystarczy pójść do najbliższego parku na bezpłatną sesję ptakoterapii.

Na początku marca na stronie PAP pojawiła się depesza o czterech bocianach z okolic Siedlec, które zmierzają w stronę Polski. Dzięki nadajnikom GPS ich trasę monitorują przyrodnicy z Grupy Ekologicznej. (Kiedy oddajemy ten numer do druku, ptaki nadal są w podróży). Informację przekazałam wielu znajomym i każdego z nich ucieszyła w równym stopniu jak mnie. Czy tylko dlatego, że w zalewie doniesień o pandemii i wobec wynikającej z niej niepewności, daje namiastkę normalnego funkcjonowania? Rzeczywiście jesteśmy dziś spragnieni poczucia, że nie wszystko zależy od wprowadzania (lub nie) lockdownu, ale – jak przekonują Piotr Tryjanowski i Sławomir Murawiec w książce „Ornitologia terapeutyczna” – obserwacja ptaków poprawia nasz dobrostan w każdych okolicznościach, nawet praktykowana na balkonie!

Autorzy przywołują wyniki badań na temat znaczenia kontaktu z ptakami dla samopoczucia mieszkańców miast, przeprowadzonych na kilku uniwersytetach w Szwecji, z których wynika, że już samo słuchanie śpiewu ptaków może stymulować tworzenie dobrych wspomnień i zmniejszać poziom odczuwalnego stresu. Bez trudu przychodzi mi w to uwierzyć, skoro samo doniesienie o lecących tysiące kilometrów boćkach nie mnie jedną podniosło na duchu.

Ptasie sesje

„Początki bywają trudne. Coś przeleciało, zaświszczało, zaśpiewało. Co? Miało być tak pięknie i może nawet pięknie jest, ale nie bardzo wiadomo, co i jak. By poznać źródło dźwięku, trzeba się nieco namęczyć” – czytamy w przywołanej książce. Jeden z autorów, dr Sławomir Murawiec, psychiatra i psychoterapeuta, postrzega jednak w początkowych trudnościach pozytywy, bo satysfakcja, której doświadczymy po znalezieniu odpowiedzi, zwykle zachęca do bardziej uważnej obserwacji przyrody.

Przygodę z ptasiarstwem warto zacząć od niespiesznych spacerów po okolicy. Nawet w dużym mieście mamy szansę dostrzec kilkanaście gatunków ptaków, choć dla niewprawnego oka wszystkie mogą wydawać się podobne. Wróbel czy mazurek? Sikorka bogatka czy modraszka? Dostrzeżenie różnic to dobre zadanie na początek.

Dla niektórych przebywanie sam na sam z przyrodą może być sporym wyzwaniem, na przykład wzmagać poczucie osamotnienia (badania wskazują, że z czasem przebywanie w naturze przyczynia się do osiągnięcia stabilności emocjonalnej). Ptasiarstwo nie wyklucza jednak bycia w towarzystwie – wprost przeciwnie. Miłośników ptaków jest więcej niż może nam się wydawać (a w trakcie pandemii pewnie ich jeszcze przybyło). A więzi społeczne w grupie osób mających wspólne zainteresowania łatwiej się rodzą.

Obserwacje ptaków pozwalają też osiągnąć stan flow, czyli taki, w którym tracimy poczucie czasu, w pozytywnym sensie tego określenia. Doktor Murawiec uważa, że można je porównać z medytacją mindfulness, czyli stanem uważności, który jakby przenosi nas w inny wymiar, ale jednocześnie na tyle wyostrza zmysły, że jesteśmy w stanie doświadczać tego, co dzieje się wokół.

Ornitolodzy wskazują, że ptaki żyjące w miastach nasiliły głośność śpiewu, żeby mimo rosnącego hałasu w dalszym ciągu były słyszalne gołym uchem. Tym bardziej warto odpowiedzieć na ich wysiłek i skorzystać z prowadzonych przez nie bezpłatnych sesji mindfulness – zachęcam, powtarzając apel autorów „Ornitologii terapeutycznej”.

Ptasia autoterapia dla początkujących

  • Idź do najbliższego parku albo skupiska drzew. Wycisz się i spójrz na ptaki. Nawet najpospolitsze gatunki dostarczają wiele radości podczas ich obserwowania.
  • Zapamiętaj szczególne cechy ptaków, a potem porównaj je z opisem w Internecie lub przewodniku. Ile z nich dostrzegłeś w naturze? Ile z nich potrafisz wymienić z pamięci po upływie kwadransa?
  • Które z zaobserwowanych gatunków są twoimi ulubionymi? W jakich warunkach je widziałeś? Dlaczego właśnie te spodobały cię się najbardziej?
  • Czy pamiętasz śpiew ulubionego ptaka? Postaraj się wyobrazić go sobie, naucz się rozróżniać ten dźwięk. Słuchaj go z nagrań, szukając tego, co wyróżnia go spośród innych.
  • Włącz Symfonię „Pastoralną” Beethovena i spróbuj wychwycić ptasie dźwięki. Pamiętaj, że utwór trwa ok. 40 min, więc zarezerwuj sobie dość czasu, by go uważnie wysłuchać, wracając w razie potrzeby do wybranych fragmentów.

Więcej w książce: „Ornitologia terapeutyczna”, Piotr Tryjanowski i Sławomir Murawiec, wyd. Bugucki Wydawnictwo Naukowe.

„Ornitologia terapeutyczna”, Piotr Tryjanowski i Sławomir Murawiec, wyd. Bugucki Wydawnictwo Naukowe„Ornitologia terapeutyczna”, Piotr Tryjanowski i Sławomir Murawiec, wyd. Bugucki Wydawnictwo Naukowe

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Szpital dla chorych i osieroconych nietoperzy

Kiedy osierocone dzieci rudawek trafiają do szpitala Tolga, mają kilka tygodni i ważą nie więcej niż 200 g. Wolontariusze karmią je za pomocą strzykawki, dopóki nie nauczą się ssać samodzielnie. Potem przechodzą na smoczki z butelek dla niemowląt. Małe rudawki są opatulane w miękkie szmatki. Taki becik ma zastąpić mamine skrzydła. W naturze przez pierwsze tygodnie po narodzinach żyją wczepione w futerko matek, żywiąc się ich mlekiem (Zdjęcie: JÜRGEN FREUND/NATURE PL/BE&W)
Kiedy osierocone dzieci rudawek trafiają do szpitala Tolga, mają kilka tygodni i ważą nie więcej niż 200 g. Wolontariusze karmią je za pomocą strzykawki, dopóki nie nauczą się ssać samodzielnie. Potem przechodzą na smoczki z butelek dla niemowląt. Małe rudawki są opatulane w miękkie szmatki. Taki becik ma zastąpić mamine skrzydła. W naturze przez pierwsze tygodnie po narodzinach żyją wczepione w futerko matek, żywiąc się ich mlekiem (Zdjęcie: JÜRGEN FREUND/NATURE PL/BE&W)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Nie piją krwi, nie są nawet drapieżnikami – jedzą owoce. Rudawki okularowe to nietoperze, ale są pozbawione zmysłu echolokacji, więc nie potrafią latać w zupełnej ciemności. Mają za to całkiem niezły wzrok i słuch. Żyją w koloniach, dzień spędzają, wisząc głową w dół. Są pożyteczne, bo tak jak pszczoły zapylają rośliny. Chyba że na swojej drodze spotkają kleszcza.

W połowie lat 80. na płaskowyżu Atherton Tablelands, w australijskim stanie Queensland, ogromne liczby rudawek okularowych, zwanych potocznie latającymi lisami, zaczęły wymierać w tajemniczych okolicznościach. Przyczynę udało się odkryć dopiero w 1990 roku Bruce’owi i Ann Johnsonom.

Winowajcą okazał się najniebezpieczniejszy ze znanych kleszczy Ixodes holocyclus. Jego ukąszenie może spowodować paraliż ciała. I tak działo się w przypadku rudawek. Sparaliżowane – nie mogły już swoim zwyczajem wczepiać się stopami w gałęzie, spadały w leśne poszycie, by tam skonać. Dramatyzmu sytuacji dodawał fakt, że w ich ciała bardzo często wczepione były młode. Po śmierci matki próbowały o własnych siłach wspinać się na drzewa, nawołując żałośnie, jednak czekała je pewna śmierć. W 1997 roku grupa wolontariuszy w odpowiedzi na dużą skalę tego zjawiska stworzyła medyczny oddział ratunkowy, który z czasem przekształcił się w regularny szpital dla nietoperzy Tolga.

Sezon na kleszcza

Zmniejszanie się powierzchni lasów zniszczyło naturalne środowisko rudawek i znacznie ograniczyło im dostęp do głównego źródła pożywienia – miejscowych owoców i kwiatów. Nietoperze nie miały wyboru – w poszukiwaniu jedzenia musiały wypuszczać się poza obszar tropikalnego lasu, gdzie natknęły się na mordercze owady. Kleszcze wspinają się na rośliny takie jak dziki tytoń – który owocuje akurat w czasie sezonu rozrodczego latających lisów – by spokojnie czekać na nosiciela. Zainfekowane nietoperze zanoszą je potem do swojej kolonii.

Każdego roku szpital otrzymuje przeciętnie 800 zakażonych dorosłych osobników i 400 małych sierot. Zwierzęta są transportowane samolotem w specjalnie skonstruowanych pojemnikach, w których mogą wisieć sobie głową w dół tak jak na gałęzi. Wolontariusze i obsługa rezydują w Tolga od października do lutego, czyli w czasie gdy grozi ugryzienie kleszcza, zbiega się to z okresem narodzin rudawek (to dlatego sierot jest tak dużo).

Żłobek nietoperza

Maluchy są regularnie czyszczone, opiekunowie starają się im zastąpić nieobecne matki, wszyscy pacjenci są też ważeni, mierzeni i karmieni. Na końcu instaluje im się mikroczipy, żeby można było śledzić ich dalsze losy.

Kiedy osierocone dzieci latających lisów trafiają do szpitala, mają kilka tygodni i ważą nie więcej niż 200 g. Wolontariusze karmią je za pomocą strzykawki, dopóki nie nauczą się pić samodzielnie. Potem przechodzą na smoczki z butelek dla niemowląt. Następnym etapem jest przejście na owocową dietę, bo to właśnie owoce stanowią podstawę diety rudawek. Zanim to jednak nastąpi, małe nietoperze lądują w żłobku, gdzie przez większość czasu śpią okutane w miękkie szmatki, co ma imitować opiekuńcze skrzydła ich matek. Przy okazji beciki chronią skrzydełka i stopy maluchów, wyposażone już w pazury – dzięki temu nie kaleczą się nimi nawzajem. Jak tylko podrosną i stają się nieco bardziej energiczne, instynktownie wczepiają się w T-shirty opiekunów, tak jak wczepiłyby się w futra swoich matek, żyjąc z nimi w dziczy.

Ciężki los zapylacza

Drut kolczasty i siatki na drzewach owocowych to kolejna przyczyna obrażeń i wzrostu śmiertelności owocowych nietoperzy. Poza rudawką okularową do szpitala trafiają też inne gatunki, takie jak rurkonos i wiele małych nietoperzy. Jenny Maclean, założycielka Tolga, i jej wolontariusze opiekują się swoimi niezwykłymi pacjentami 24 godziny na dobę, siedem dni w tygodniu. Poza szpitalem dla nietoperzy Jenny rozwinęła także uznane na świecie centrum badawcze oraz edukacyjne, żeby ludzie dzięki dostarczanym przez nie informacjom mogli poznać te zwierzaki i koegzystować z nimi bez strachu.

Powrót małych nietoperzy do naturalnego środowiska odbywa się stopniowo. Kiedy osiągają cztery miesiące, są umieszczane w lesie w klatce. Pozostaje zamknięta przez trzy dni, tak żeby mogły się zaaklimatyzować w nowym miejscu. Czwartego dnia drzwi klatki zostają otwarte, w nocy mogą więc dołączyć do żyjących na wolności nietoperzy. Jednak wciąż jeszcze wracają do swojego schronienia – przez pięć miesięcy znajdują tam pozostawiane dla nich owoce.

Rudawki okularowe pełnią funkcję zapylaczy i roznosicieli nasion wielu gatunków drzew rosnących w lasach tropikalnych, a to znaczy, że są niezbędne dla australijskiego ekosystemu. Pyłki przyczepiają się do ich futerka, gdy przenoszą się z kwiatu na kwiat i z drzewa na drzewo. Szacuje się, że jedna rudawka może rozdystrybuować aż 60 tysięcy ziaren pyłku jednej nocy. Niestety, nietoperze mają opinię szkodników niszczących uprawy, dlatego nie zapewniono im prawnej ochrony. Oddolne inicjatywy takie jak szpital Tolga to poruszający przejaw troski o ochronę tego gatunku. Dzięki efektywności programu ratunkowego do życia na wolności w lasach tropikalnych wróciły już setki nietoperzych sierot.

  1. Styl Życia

Florystka królowej Elżbiety i jej skandaliczne bukiety

Constance Spry i bukiet inspirowany jej twórczością z wiosennych ogrodowych kwiatów – zawilców, tulipanów, hiacyntów. Mocnym akcentem są zielone dzwonki irlandzkie, lekkości dodają drobne kwiatki wawrzynka wilczełyko. (Fot. Forum; kwiatyimiut.pl)
Constance Spry i bukiet inspirowany jej twórczością z wiosennych ogrodowych kwiatów – zawilców, tulipanów, hiacyntów. Mocnym akcentem są zielone dzwonki irlandzkie, lekkości dodają drobne kwiatki wawrzynka wilczełyko. (Fot. Forum; kwiatyimiut.pl)
Życie Constance Spry – florystycznej rewolucjonistki – było tak malownicze i kolorowe, jak jej bukiety. Choć nie zawsze usłane różami, które tak kochała.

Bukiet z kapusty, orchidee w słoikach, pompony dalii obok truskawek... Dzisiaj nie dziwią takie pomysły, ale 100 lat temu mogły się zrodzić tylko w głowie Constance Spry – florystki, której zasadą był brak zasad, przynajmniej we florystyce. Connie zachęcała do improwizacji, łamała schematy, łączyła kwiaty, których wcześniej nie wolno było łączyć, bawiła się ich kolorami, kształtami i fakturą tak, jak nie ośmielił się nikt wcześniej. To ona wprowadziła do bukietów ogrodowe i polne kwiaty, siejąc sensację i zgorszenie nie tylko we florystycznym światku. A obecność w aranżacjach chwastów, owoców i bezlistnych gałązek niejednego florystę przyprawiła o palpitacje serca.

Ta miłośniczka naturalnego piękna w pojedynkę zrewolucjonizowała sztukę układania kwiatów na wszystkich kontynentach. Dlatego dzisiaj, widząc „odlotowy” bukiet lub pomysłową florystyczną aranżację, powinniśmy dziękować właśnie Constance Spry, która doradzała: „Róbcie, co wam się podoba, podążajcie za swoją gwiazdą… Otwórzcie umysły na każdą formę piękna”.

Korek na Old Bond Street

Przyjaciółka Connie, pisarka i ogrodniczka Beverley Nichols, dzieliła sztukę układania kwiatów na erę „przed-Spry” oraz „po Spry” – i to nadal jest prawdą. Era „po Spray” rozpoczęła się pewnego jesiennego ranka 1929 roku, przed ekskluzywną perfumerią Atkinson’s na londyńskiej Old Bond Street. Zebrane tam tłumy zatamowały ruch uliczny i trzeba było wzywać policję. Powodem zbiegowiska okazała się dekoracja w witrynie perfumerii, stworzona z chmielu, porostów, jesiennych liści, owoców i zielonych orchidei. Jej autorką była Constance Spray – wówczas nieznana florystyka. Jak do tego doszło, że bukiety z pospolitych roślin i ich skromna autorka przyciągnęły takie tłumy?
Connie była wówczas dyrektorką szkoły dla slumsów na East Endzie. Zauważyła, że jej uczniom – małoletnim robotnikom fabrycznym – najwięcej radości sprawiają proste bukiety z fiołków, piwonii i innych roślin, które przynosiła na lekcje ze swojego ogrodu. Nic dziwnego, na cięte kwiaty mało kogo było wówczas stać. Connie postanowiła to zmienić. Przekonała uczniów, że kwiaty mogą zdobić nawet biedne domy – wystarczy wyobraźnia. Wszak bukiet łatwo zrobić samemu z przydrożnych roślin i wstawić do dowolnego naczynia, choćby do… słoika po dżemie.
Florystyczna pasja szybko zjednała jej przyjaciół w świecie sztuki i teatru. To właśnie jeden z nich – scenograf Norman Wilkinson, zlecił jej udekorowanie witryny perfumerii, uruchamiając lawinę dalszych zamówień, m.in. z salonów Elizabeth Arden. 43-letnia Connie stała się sławna i znana w snobistycznych kręgach. Postanowiła iść za ciosem, zrezygnowała z nauczania i otworzyła kwiaciarnię Flower Decorations w londyńskiej dzielnicy Pimlico.

Bukiet z peoniami w towarzystwie delikatnej ptasiej wyki inspirowany twórczością Constance Spry. (Fot. anothermag.com)Bukiet z peoniami w towarzystwie delikatnej ptasiej wyki inspirowany twórczością Constance Spry. (Fot. anothermag.com)

Bukiety pod strzechy

Historia Connie to opowieść o Kopciuszku, który zawędrował z robotniczego miasta Derby do perfumowanych i bogatych salonów Londynu, by stać się jedną z najpopularniejszych i najbardziej wpływowych kobiet swych czasów. Zdemokratyzowała florystykę – dzięki niej kwiaty zaczęły trafiać „pod strzechy” i stały się dostępne nie tylko dla bogaczy, ale i mieszkańców slumsów. Traktowała na równi szlachetną różę i skromny chaber, przetrząsała strychy i szafki kuchenne w poszukiwaniu blach do pieczenia, waz, słoików i innych naczyń, które mogły służyć za wazony… Nienawidziła sztywnych wiązanek z goździków i popularnych chryzantem. Namawiała gospodynie domowe, by nie stylizowały bukietów według dotychczasowych sztywnych reguł. „Nie akceptuj żadnych zasad, traktuj kwiaty jak paletę z farbami, która ubarwi twój świat” – powtarzała.

Życie jak serial Netflixa

Na pozór Constance była konwencjonalna jak pączek róży: kwiaciarka z towarzystwa, szanowana kobieta prowadząca własną firmę... W rzeczywistości jednak rozwiodła się, zostawiając męża i dziecko w Irlandii – co wówczas było skandaliczne. Do tego doświadczyła przemocy małżeńskiej, a po rozwodzie żyła w pozornym małżeństwie oraz w lesbijskim romansie. Ale po kolei…
Urodzona w Derby w 1886 roku Constance była najstarszym dzieckiem urzędnika kolejowego. Wkrótce rodzina przeniosła się do Irlandii, gdzie dziewczyna studiowała higienę, fizjologię i pielęgniarstwo. Kiedy poślubiła miejscowego kierownika kopalni, przeniosła się do miasteczka Coolbawn, gdzie po raz pierwszy w życiu miała swój ogród i okazję do rozwijania florystycznej pasji. W czasie I wojny światowej była sekretarzem Czerwonego Krzyża w Dublinie. Po dwóch latach przerwała swe nieszczęśliwe małżeństwo, w którym dochodziło do przemocy, i razem z synem Antonim wyjechała do Anglii, by pracować w opiece społecznej. Tu została dyrektorką wspomnianej już szkoły…. W Londynie poznała i pokochała z wzajemnością urzędnika służby cywilnej Henry'ego Spry'ego, znanego jako Shaw, który zachęcał ją do rozwijania florystycznej pasji. Jej wybraniec niestety był żonaty, aż do śmierci mieszkali więc razem udając, że są małżeństwem. Bywało różnie – on miał długotrwały romans z jedną z pracownic kwiaciarni założonej przez Connie, a ona czteroletni lesbijski związek z pewną malarką.
Kiedy Spry otworzyła własną kwiaciarnię, niewielu wróżyło jej powodzenie w biznesie. „Daję jej dwa tygodnie”, powiedział jeden z menedżerów giełdy kwiatowej w Covent Garden, gdzie przyjeżdżała po towar. Wkrótce przekonał się, jak bardzo się mylił!

Nowoczesne podejście Constance do kwiatów jednych odpychało, a innych przyciągało jak magnes. (Fot. Wikipedia)Nowoczesne podejście Constance do kwiatów jednych odpychało, a innych przyciągało jak magnes. (Fot. Wikipedia)

Bukiety skandalu

Connie coraz bardziej szokowała swoimi pracami. Bo kto słyszał, żeby robić bukiety z jarmużu czy rabarbaru i wstawiać je do słoików? Spry sięgała po rośliny, na które profesjonalista nawet by nie spojrzał – wykwintne orchidee łączyła z liśćmi kapusty, szklarniowe róże z gałązkami jeżyn, pomarańczowe lilie z koprem włoskim, a dalie z liśćmi truskawek. Wierzyła, że przy odrobinie inwencji można wyczarować piękno „za pensa”. I takie były jej aranżacje. Jedna z nich – roślinna oprawa ślubu lady Violet Bonham Carter i Jo Grimonda – wywołała prawdziwą florystyczną wojnę. Connie ozdobiła bowiem kościelną nawę trybulą leśną – przydrożnym chwastem o pierzastych liściach i drobnych białych kwiatkach. Osiągnęła zjawiskowy efekt, jednak dla wielu jej pomysł był zbyt ekscentryczny.
Floryści i dziennikarze nie szczędzili Connie złośliwości. Pisali: „Nie zdziwcie się, jeśli na przyjęciu ślubnym z wazonu spośród róż wyjrzy rzepa”. Nowoczesne podejście Constance do kwiatów jednych odpychało, a innych przyciągało jak magnes. Spry szybko stała się ulubioną florystyką angielskiej society. A kwiaciarnia Flower Decorations odniosła niemały sukces – po kilku latach zatrudniała 70 osób!

Florystka królowej Elżbiety

Connie, tworząc kompozycje, szukała natchnienia nie tylko w naturze, ale też w… muzeach. Inspirowały ją zwłaszcza XVII-wieczne martwe natury pędzla malarzy holenderskich, pełne gry światła i cienia. Starała się podobne klimaty przenosić do swych dekoracji, które trafiły w gusta samej rodziny królewskiej i coraz częściej trafiały do rezydencji m. in. księcia Kentu Jerzego i księcia Walii - przyszłego króla Edwarda VIII. Constance wzięła nawet udział w królewskim skandalu, komponując kwiatową oprawę ślubu księcia Walii z Wallis Simpson – Amerykanką i w dodatku dwukrotną rozwódką! Wszyscy odwrócili się od tej pary – wszyscy oprócz Connie, zaprzyjaźnionej z panną młodą.
Gest ten kosztował ją kilka lat przerwy w kontaktach z dworem, ale nadal przyciągała szykowne klientki i rozwijała florystyczną pasję. Podczas II wojny światowej prowadziła wykłady dla kobiet jeżdżąc po całym kraju, zachęcając do uprawy w przydomowych ogrodach jadalnych roślin. Po wojnie wraz z przyjaciółką i świetną kucharką Rosemary Hume otworzyła szkołę kulinarną w Winkfield Place, niedaleko Ascot w hrabstwie Berkshire, w której uczyła gotowania, zdrowego odżywiania i wielu innych praktycznych umiejętności. Wkrótce wraz z Hume opublikowała bestseller „książka kulinarna Konstance Spry”, rozpoczynając rewolucję również w sztuce kulinarnej.
Dopiero w 1952 roku Constance ponownie dostała zlecenie z Pałacu Buckingham - na kwiatową oprawę koronacji królowej Elżbiety II. Studentów szkoły w Winkfield poproszono zaś o przygotowanie obiadu dla delegatów z zagranicy. Hume wymyśliła dla nich nowe słynne danie – Coronation Chicken (połączenie gotowanego na zimno mięsa z kurczaka, ziół i przypraw oraz sosu na bazie majonezu).

Piękno za kilka pensów

Connie napisała 13 książek o układaniu kwiatów i pielęgnacji roślin, pełnych praktycznych wskazówek typu: jak przedłużyć trwałość kwiatów w bukiecie? Radziła na przykład, by końce gałązek bzu i drzew owocowych miażdżyć wałkiem przed wstawieniem do wody, paprociom fundować chłodną kąpiel, a końce łodyg maków przypalać nad ogniem. Rady te florystyczny świat stosuje do dziś. Florystka zaprojektowała też własną kolekcję płytkich wazonów w stylu Art Deco (dla marki Fulham Pottery), które teraz mają status kolekcjonerski.
Constance z upodobaniem oddawała się w Winkfield swej kolejnej pasji – uprawie zapomnianych odmian róż, które wyszły z mody. Nic dziwnego więc, że ceniony hodowca tych kwiatów David Austin nazwał pierwszą uzyskaną przez siebie odmianę „Constance Spry”. To jedna z najsłynniejszych róż świata – silna i odporna na przeciwności jak jej imienniczka.

Róża odmiany Constance Spry. (Fot. dzięki uprzejmości Davida Austin Roses)Róża odmiany Constance Spry. (Fot. dzięki uprzejmości Davida Austin Roses)



Twórczość Spray wywoływała kontrowersje również po śmierci florystyki, która na początku 1960 roku w wieku 74 lat spadła ze schodów i zmarła godzinę później.

W 2004 r. w londyńskim Muzeum Designu zorganizowano retrospektywną wystawę jej florystycznej twórczości. Jednak założyciele muzeum – Sir Terence Conran i James Dyson – poddali w wątpliwość artystyczną wartość prac Spry i zagrozili rezygnacją, jeśli wydarzenie będzie kontynuowane. Ich groźby zostały zignorowane, a wystawa odniosła ogromny sukces.

Bukiet inspirowany twórczością Constance Spry - zrób to sam

  1. Styl Życia

Człowiek i pies – więź inna niż wszystkie

– Pies wie, że uprawiałaś seks, paliłaś papierosa, właśnie coś przekąsiłaś albo przebiegłaś milę – twierdzi Alexandra Horowitz, psycholog i behawiorystka, autorka książki „Oczami psa”. – Zwierzę może również wywąchać twoje emocje. (Fot. iStock)
– Pies wie, że uprawiałaś seks, paliłaś papierosa, właśnie coś przekąsiłaś albo przebiegłaś milę – twierdzi Alexandra Horowitz, psycholog i behawiorystka, autorka książki „Oczami psa”. – Zwierzę może również wywąchać twoje emocje. (Fot. iStock)
Odkąd pies związał swój los z człowiekiem, mamy szansę nie tylko stworzyć wyjątkową przyjaźń, ale też poszerzyć horyzonty. I dowiedzieć się sporo o sobie.

Jakby tak się nad tym zastanowić, to właściwie po co nam więź z innymi niż nasz gatunek ssakami? Otóż, w jakiś niewytłumaczalny sposób, zwierzęta budzą w nas chęć kontaktu. Edward O. Wilson, przyrodnik i socjobiolog, po wieloletnich badaniach nad populacjami mrówek wysnuł nawet teorię mówiącą o tym, że mamy wrodzoną, typową dla naszego gatunku tendencję do nawiązywania relacji ze zwierzętami, swoisty rodzaj biofilii. Alexandra Horowitz, psycholog i behawiorystka, autorka książki „Oczami psa”, twierdzi z kolei, że najbardziej fascynującą więzią, jaką człowiek może wytworzyć z przedstawicielem świata zwierząt, jest więź z psem. Nie dorówna jej nawet relacja z największym konkurentem psa o względy człowieka – kotem.

– Pies to gatunek, który zrobił największą karierę w historii świata, dzięki temu, że złączył swój los z naszym – twierdzi Patricia McConnell, biolog, hodowczyni owiec oraz znawczyni psich zachowań. Wystarczy spojrzeć na stale rosnącą liczbę klinik weterynaryjnych, salonów psiej piękności czy takie zawody, jak treser, trener, psi psycholog, groomer czy psi masażysta. Skąd siła tej więzi?

Dlaczego tak wyjątkowa?

– Gdy popatrzymy na bogaty świat zwierząt, od drobnych żuków po ogromne niedźwiedzie, od razu rzuci się nam w oczy to, że człowieka i psa znacznie więcej łączy, niż dzieli. Tak samo jak psy, karmimy mlekiem swoje młode i wychowujemy je w grupach, a nasze dzieci muszą się wiele nauczyć, zanim dorosną i staną się samodzielne. Polujemy w grupach, nawet jako dorośli mamy skłonność do głupawych zabaw, chrapiemy, drapiemy się, ziewamy i mrugamy oczami w leniwe słoneczne popołudnia – twierdzi Patricia McConnell. – Oczywiście, są też między nami różnice. My, ludzie, nie tarzamy się z upodobaniem w krowich plackach. Nie mamy także zwyczaju zjadać łożysk naszych nowo narodzonych młodych. Nie witamy się też, dzięki Bogu, ze znajomymi, obwąchując ich od strony zadka.

Nasze gatunki łączy bardzo wiele, a to podstawa do budowania więzi. Wzmacniają ją trzy czynniki. Pierwszy to kontakt – pies odbiera nasze sygnały i odpowiada na nie, lubi też się o nas ocierać, doprasza się o pieszczoty. Drugi to synchronizacja – pies podąża za człowiekiem, śledzi jego ruchy zarówno w domu, jak i poza nim, dostosowuje się do jego trybu życia (gdy człowiek śpi – pies również, gdy je – on też domaga się jedzenia, gdy na niego patrzysz – odwzajemnia spojrzenie). Trzeci to ceremonia powitania – żaden inny gatunek nie wkłada tyle energii w powitanie swojego właściciela. Na ten ceremoniał składają się: ocieranie, machanie ogonem, kładzenie na podłodze, popiskiwanie lub szczekanie, oblizywanie rąk i twarzy człowieka, a nawet popuszczanie odrobiny moczu.

Wiele psich cech sprawia, że są idealnymi kompanami człowieka: są istotami dziennymi (w przeciwieństwie do części gryzoni, które ożywają dopiero po zmierzchu), mają też odpowiednią wielkość (poza nielicznymi wyjątkami), można więc zabierać je ze sobą w wiele miejsc (nie możemy tego niestety zrobić z ukochanym koniem). Mają budowę podobną do człowieka i analogiczne części ciała, poruszają się podobnie do nas, lubią te same zachowania i czynności: spacery, zabawy, relaks. Jedzą prawie to samo co my, starają się do nas dostosować i być posłuszne (czego nie można powiedzieć o żółwiu, jaszczurce czy kocie). Ich długość życia (średnio od 10 do 15 lat) sprawia, że mogą nam towarzyszyć np. od dzieciństwa do dorosłości. Poza tym psy są niesamowicie urocze. Słodki pyszczek, głowa niewspółmiernie duża w stosunku do reszty ciała, duże oczy i nosy – tymi tzw. cechami neotenicznymi, podobnie jak niemowlęta, wzbudzają w nas potrzebę opieki.

Domowi lekarze

Zwykłe głaskanie psiej sierści potrafi w ciągu kilku minut uspokoić nadmiernie pobudzony układ współczulny: szybko bijące serce, podwyższone ciśnienie, potliwość. W towarzystwie psów wzrasta poziom endorfin (hormonów odpowiedzialnych za dobre samopoczucie) oraz oksytocyny i prolaktyny (hormonów sprzyjających więziom społecznym), opada zaś poziom kortyzolu (hormonu stresu). Są także powody, by przypuszczać, że wspólne mieszkanie z psem zapewnia dodatkowe wsparcie społeczne, co powoduje obniżenie ryzyka niektórych chorób – schorzeń układu naczyniowego, cukrzycy, zapalenia płuc, a także szybsze leczenie w przypadku chorób, na które już zapadliśmy. Więź ze zwierzęciem przynosi czasem korzyści porównywalne z długim leczeniem farmakologicznym czy terapią poznawczo-behawioralną.

Badania wskazują, że psy potrafią też wywąchać u człowieka chorobę. Czują jej zapach i – odpowiednio szkolone – potrafią o tym informować. Nie znaczy to wprawdzie, że pies da znać, gdy u właściciela będzie się rozwijał nowotwór (musieliby obaj przejść odpowiednie szkolenie, w którym pies nauczyłby się informować o zmianie zapachu, a człowiek – reagować na jego znaki), ale jest do tego zdolny. Aż strach pomyśleć, co jeszcze na podstawie zapachu potrafi powiedzieć o nas pies. – Pies wie, że uprawiałaś seks, paliłaś papierosa, właśnie coś przekąsiłaś albo przebiegłaś milę – twierdzi Alexandra Horowitz. – Zwierzę może również wywąchać twoje emocje.

Najczęściej strach, gdyż towarzyszą mu zmiany fizjologiczne, w tym nadmierne wydzielanie potu. Psy potrafią wyczuć stan emocjonalny także na podstawie naszego chodu, postawy ciała, wyrazu twarzy. Są po prostu świetnymi obserwatorami.

Na dodatek komunikują się z nami na wiele sposobów. Wystarczy obserwować ich postawę, ułożenie uszu, ogona, chód. Psy wydają z siebie także mnóstwo dźwięków: nie tylko szczekanie, także warczenie, piszczenie, postękiwanie, sapanie czy wycie. Większość właścicieli potrafi wyłapać nawet subtelne różnice w ich nasileniu, częstotliwości i wysokości dźwięków. Dlaczego więc nie zawsze dochodzi między nami do porozumienia? Bo zwykle nie słuchamy, co pies nam chce powiedzieć i czego potrzebuje, ale skupiamy się na tym, czego my od niego oczekujemy.

Przede wszystkim zwierzę

Psy były kiedyś dzikimi stworzeniami, z czasem stały się naszymi najlepszymi towarzyszami. Choć wiele nauczyły się od człowieka, nadal należą do królestwa zwierząt i mają wiele cech, którymi się od nas różnią i zawsze będą różnić. Zbyt często, analizując ich psychikę czy zachowanie, odwołujemy się do antropomorfizacji. Owszem, nasze psy, tak jak my, mają przyjaciół, czują się winne, bywają zazdrosne, kochają zabawę, tęsknią, smucą się, pragną… Ale czy psia tęsknota jest takim samym uczuciem jak tęsknota człowieka? Alexandra Horowitz uważa, że fakt, iż psy zachowują się i czują podobnie do ludzi, nie oznacza, że powinniśmy je traktować JAK ludzi. – Pies, którego kąpiemy, ubieramy, fetujemy w dniu urodzin, nie jest już psem w stanie czystym. Może wydawać się to nieszkodliwe, ale jest częścią procesu radykalnego odzwierzęcania psów – pisze w „Okiem psa”. O tym, że pies jest zwierzęciem, świadczy to, że nie zawsze zachowuje się tak, jak byśmy tego od niego oczekiwali – nie przychodzi na komendę, potrafi ugryźć w rękę, nagle obsikać jakiś przedmiot w domu czy zjeść padlinę w parku. Nasza frustracja z tego powodu wynika właśnie z prób uczłowieczenia.

Dorota Sumińska, weterynarz i psycholog zwierzęcy, dodaje: – Zamiast poznać psychikę naszych czworonożnych przyjaciół, wolimy zakładać, że niczym nie różni się od naszej. W związku z tym nadal jest dla nas zagadką.

Pies, zżyty z człowiekiem, przejmuje jego pewne cechy, w tym także schorzenia. Coraz więcej psów cierpi na choroby cywilizacyjne: nadpobudliwość, lęki czy fobie to też ich problem. Dlatego, jeśli chcemy pomóc naszym psom, powinniśmy starać się lepiej je poznać lub zwrócić się w tej sprawie do specjalisty.

Co powie behawiorysta?

Każdy właściciel może zabrać swojego psa na konsultacje z psychologiem czy behawiorystą, który zwykle jest także trenerem psów, a czasem i coachem ludzi, co ma o tyle znaczenie, że podczas takich konsultacji obserwuje się nie tylko psa, ale też człowieka.

Agnieszka Nojszewska, trenerka, założycielka Akademii Porozumiewania się ze Zwierzętami – Dobry Pies, w której prowadzi szkolenia, konsultacje oraz warsztaty dla psów i ich opiekunów, twierdzi, że jako właściciele zbyt mocno skupiamy się na uczeniu psa posłuszeństwa, zamiast budować z nim więź zaufania. – Przywykliśmy do tego, że zwierzęta mają po prostu nas słuchać, narzucamy im własny tryb życia i własne potrzeby. Psy, niestety, nie są w stanie sprostać takim wymaganiom.

Tak zwane „nieposłuszeństwo” psa to po prostu naturalne zachowanie, wywołane chęcią zaspokojenia potrzeb, których człowiek nie chce lub nie umie spełnić – mówi.

Na konsultację behawioralną dojeżdża do domu klienta. Zwykle najpierw wychodzi razem z właścicielem i jego psem na spacer, podczas którego obserwuje ich zachowanie. Często nagrywa to na kamerę, a nagranie można analizować potem klatka po klatce:

w zbliżeniu, zatrzymaniu, można zaobserwować postawę ciała psa, minimalne gesty czy napięcie mięśni, które świadczą o jego stanie emocjonalnym i za pomocą których wysyła komunikaty innym psom, a także właścicielowi. Nagranie spaceru jest także świetną okazją dla właściciela, by spojrzał na siebie i swoje zachowania.

Agnieszka podkreśla, że niezwykle ważne jest nie tylko rozumienie psychiki psa jako przedstawiciela konkretnego gatunku czy rasy, ale też psychiki konkretnego psa, z którym mamy do czynienia. Co ciekawe, ogromny wpływ na charakter i zachowanie psa mają nie tylko geny, ale przede wszystkim wychowanie psa. Jeden z najważniejszych dla niego okresów, tworzących fundamenty psiej osobowości, to okres szczenięcy, czyli, jak w przypadku człowieka – dzieciństwo.

– Dużo psich problemów bierze się z braku socjalizacji – wyrokuje Agnieszka. – Psy nie mają szansy od urodzenia żyć w takiej grupie rodzinnej, która ich czegoś nauczy. Rzadko który pies zna swojego tatę, owszem, jest mama, ale najczęściej nie ma innych dorosłych psów, które pomogłyby jej w wychowaniu gromadki szczeniąt. Szczenię najwięcej uczy się, obserwując dorosłe psy. Widzi, jak one nawiązują ze sobą więzi, jak unikają konfliktów, jak okazują sobie szacunek – Agnieszka zaznacza, że u podłoża wszystkich psich problemów, także agresji, leży strach, który swoje korzenie ma właśnie we wczesnych doświadczeniach psa.

Z szacunkiem

Kim powinniśmy być dla swojego psa? – Przyjacielem – odpowiada Agnieszka. Co to znaczy? – Starać się go zrozumieć, znać jego potrzeby: ile powinien spać i odpoczywać, co lubi jeść

i robić, pomagać mu rozwiązywać jego problemy. Musisz być dla psa kimś, komu warto zaufać – dodaje.

Ale nie będziesz stanowić dla niego całego świata, on musi mieć innych ludzkich, ale i psich znajomych, swoje psie sprawy, których pewnie nie zrozumiesz. I dobrze, on też nie rozumie twoich, ale je szanuje. Choć tyle jesteś winna mu w zamian.

  1. Moda i uroda

#cottagecore – Maria Antonina z Instagrama 

Erdem, lato 2021 (Fot. Imaxtree)
Erdem, lato 2021 (Fot. Imaxtree)
Zobacz galerię 8 Zdjęć
Modna od kilku sezonów estetyka lat 70. XX w., inspiracja folklorem, docenianie rękodzieła oraz zwrot ku modzie odpowiedzialnej sprawiły, że niszowy cottagecore, o którym do niedawna wiedziały jedynie młode użytkowniczki mediów społecznościowych, stał się jednym z najgorętszych trendów sezonu.  

Długie sukienki z bufkami i kwadratowym dekoltem, wyplatane koszyki, kapelusze z szerokim rondem oraz drewniaki, a to wszystko na tle leśnej polany, łanów zboża, świeżo wypieczonego chleba i truskawek zebranych z przydomowego ogródka…

Cottagecore - pragnienie spokojnego i prostego życia

Cottagecore (znany również pod nazwami Farmcore i Countrycore) to prężnie rozwijający się w social mediach trend, którego estetyka została zainspirowana romantyczną interpretacją wiejskiego stylu życia, harmonią z naturą, baśniowymi podaniami i ludowymi wierzeniami. Wielu ekspertów zajmujących się analizą trendów zauważyło, że popularność cottagecore jest z jednej strony spowodowana rosnącym sprzeciwem wobec zasad kapitalistyczno-konsumpcyjnego społeczeństwa, z drugiej związana jest ze wzrostem zainteresowania zrównoważonym rozwojem i wellness. Koncepcja cottagecore odzwierciedla pragnienie spokojnego i prostego życia z dala od technologii i zgiełku wielkich miast, choć życie cottagecore toczy się przede wszystkim w mediach społecznościowych. Trend, który zachęca do powrotu do bardziej tradycyjnych aktywności i cyfrowego detoksu największą popularnością cieszy się na na platformach społecznościowych takich jak TikTok czy Instagram (tag #cottagecore został użyty ponad dwa miliony razy).

Rodarte, lato 2021 (Fot. Imaxtree)Rodarte, lato 2021 (Fot. Imaxtree)

Beccaria, lato 2021 (Fot. Imaxtree)Beccaria, lato 2021 (Fot. Imaxtree)

Wygląda na to, że cottagecore wyraża tęsknotę za prostym życiem i powrotem do korzeni, niż faktyczną chęć odcięcia się od nowoczesnej technologii i udogodnień. Nic dziwnego, że cottagecore zaczął zdobywać ogromną popularność w 2020 roku, gdy w trakcie globalnego lockdownu tempo życia nagle zwolniło, a większość chciała przenieść się do świata, w którym jedynymi obowiązkami były pielęgnacja ogrodu czy pieczenie ciasta. Wielu miłośnikom trendu spodobał się przede wszystkim ekologiczny aspekt cottagecore: popularyzowanie zakupów z drugiego obiegu, własnoręczne wytwarzanie kosmetyków, uprawa przydomowego ogródka, pieczenie chleba, wspieranie rękodzielników i rzemieślników, etyczna moda i lokalna produkcja.

Cottagecore - z Instagrama na wybiegi

Jak w przypadku każdego innego trendu, wykreowanego przez ulice, czy media społecznościowe, cottagecore został zauważony przez znane domy mody i szybko zagościł na wybiegach wiosna/lato 2021. Aby przekonać się, że cottagecore przestał być niszowym trendem popularnym wśród młodych użytkowniczek TikTok czy Instagrama, wystarczy spojrzeć na ostatnie kolekcje takich projektantów jak Ann Sui, Batsheva, Ulla Johnson, Molly Godard czy Erdem. W ostatnim czasie powstało też wiele nowych marek, które doskonale wpisują się w kategorię cottagecore i oferują sukienki - zwiewne, baśniowe, uszyte z naturalnych tkanin, z bufiastymi rękawami, marszczonymi kwadratowymi dekoltami i falbanami, inspirowane modą regencyjną i serialem “Bridgerton”. Modne są sukienki gładkie i proste, przypominające XIX-wieczne koszule nocne oraz sukienki wzorzyste (najbardziej pożądane wzory to oczywiście motywy roślinne, ale także kratka Vichy i groszki). Nieodłącznym elementem estetyki cottagecore są wyplatane dodatki - słomkowe kapelusze z szerokim rondem i koszyki w stylu Jane Birkin, barwne chusty wiązane na włosach tak, jak robiła to Michalina Wisłocka i aksamitne kokardy, wianki wyplatane z kwiatów, sznurowane trzewiki albo drewniaki. Najpopularniejszymi markami cottagecore są między innymi Hill House Home, Doen, Cia Lucia, Christy Dawn, Mie, Sea New York i Campo Collection.

Za pierwszą ikonę trendu cottagecore uważana jest dziś Maria Antonina, która pod koniec XVIII w. zleciła budowę Hameau de la Reine, rustykalnej posiadłości na terenie parku pałacowym Wersalu, inspirowanej naturalizmem w sztuce i architekturze oraz filozoficznym trendom ukształtowanym pod wpływem hasła "powrotu do natury" głoszonego przez szwajcarskiego filozofa Jean-Jacques Rousseau. Kompleks budynków inspirowanych flamandzką i normańską architekturą oraz przylegająca do niego łąka z jeziorem, zaprojektowany został przez ulubionego architekta królowej, Richarda Mique'a oraz malarza Huberta Roberta. Na terenie Hameau de la Reine znajdowały się budynek gospodarczy, (gospodarstwo miało produkować jajka dla królowej), mleczarnia, gołębnik, buduar, stodoła, młyn i wieża w kształcie latarni morskiej. Dziś brakuje dowodów, które jednoznacznie wskazywałyby, że Maria Antonina czy jej dworzanie przebywający na terenie Hameau de la Reine, przebierali się w stroje chłopów, pasterzy czy rolników. Wiadomo na pewno, że rustykalna i idylliczna posiadłość stała się ulubionym miejscem królowej, w której organizowane były kameralne przyjęcia.

  1. Styl Życia

Halina Mlynkova: "Nic tak nie ładuje akumulatorów jak kontakt z naturą"

Halina Mlynkova, piosenkarka, autorka tekstów i muzyki. W latach 1998–2003 wokalistka zespołu Brathanki. Od 2003 roku występuje solowo, wydała trzy albumy studyjne. (Fot. Ula Koska)
Halina Mlynkova, piosenkarka, autorka tekstów i muzyki. W latach 1998–2003 wokalistka zespołu Brathanki. Od 2003 roku występuje solowo, wydała trzy albumy studyjne. (Fot. Ula Koska)
Wokalistka Halina Mlynkova jako nastolatka zamieszkała w wielkim mieście, ale ostatnio uciekła stamtąd do domu pod lasem. Już wie, że nic innego nie daje jej więcej siły niż życie w otoczeniu zielonego.

Wychowałam się na Zaolziu, szacunek do natury miałam wdrukowany od samego początku. Choć jako nastolatka z radością „uciekłam” do szumu i gwaru miasta, potrzeba kontaktu z naturą gdzieś głęboko we mnie siedzi i właśnie się odezwała. Po latach życia w dużych miastach zatoczyłam koło – poczułam, że znów muszę „uciekać”, ale tym razem już na dobre do zielonego. Niedawno zamieszkałam na skraju lasu, z dala od zgiełku. Nic nie ładuje akumulatorów i nie koi tak jak kontakt z naturą, jak możliwość obserwowania zmieniających się pór roku. Wśród szklanych budynków nie da się tego doświadczyć. Z natury, jeśli tylko zechcemy, można czerpać na wiele nieinwazyjnych sposobów. Na przykład żeby wiedzieć, jaka będzie zima, uczę się obserwować pszczoły. Natura jest też dla mnie genialną inspiracją do tworzenia muzyki. Przecież cały gatunek muzyki etno to właśnie zapatrzenie się, wsłuchanie się w naturę, w korzenie. Pamiętam moją cudowną współpracę z Joszkiem Brodą. On na liściu, który spadł z drzewa, potrafi wyczarować dźwięki, które pobudzają wyobraźnię do kreatywności.

Ekomama

Moja mama zawsze szanowała Ziemię, długo przed tym, zanim zaczęło się mówić o ekologii. Śmieci segreguje wręcz obsesyjnie. Kiedy jestem u niej w domu, nie pozwala mi posprzątać w kuchni, mówi: „Ja to zrobię, ty mi źle powyrzucasz”. Mojego syna, który spędzał u babci każde lato, też od początku nauczyła dbałości o naturę. Pamiętam, że kiedy miał trzy–cztery lata, zgniatał wielkie dla niego wtedy plastikowe butelki z całych sił; byłam z niego dumna. Od małego oglądaliśmy też razem – być może ktoś powie, że zbyt poważne na jego wiek – dokumenty pokazujące to, co człowiek robi z planetą. Był bardzo przejęty, kiedy patrzył na ginące ryby czy ptaki. Dziś ma 17 lat i temat ekologii nie jest mu obojętny. Wie, co robić, by nie szkodzić, a to już dużo!

Na co dzień

Przestałam gromadzić ciuchy, już nie kupuję bezsensownie tego, co wpadnie mi w oko lub jest w promocji albo widziałam na koleżance i mi się spodobało… Muszę przyznać, że miałam niechlubny moment – w mojej szafie wisiało sporo rzeczy z metkami, których nigdy nie założyłam, a jednak robiłam kolejne zakupy. Ten czas dawno mam za sobą. Dziś kupuję ubrania w second-handach, a potem przekazuję je dalej.

W naszym domu nie kupuje się wody mineralnej, korzystamy z filtra. Sama piekę chleb. Nie używam oleju palmowego ani konserwantów. Owoce i warzywa, które jemy, pochodzą z ekologicznych upraw. Wspieram lokalnych rolników. Zresztą jestem genialnym testerem – mam tak silne uczulenie na pestycydy, że kiedy tylko ugryzę coś pryskanego, natychmiast to czuję. Nie mam więc problemu z odróżnieniem, czy jabłko na pewno jest ekologiczne, czy jednak spotkało się z chemią… Nie mam też problemu z tym, że ono nie wygląda ładnie albo że zamieszkiwał je robak. Jako dziecko w malinach i czereśniach zjadłam dziesiątki robaków, pamiętam, że mama wtedy mówiła: „Trochę białka ci nie zaszkodzi!”. I nie zaszkodziło.

Halina Mlynkova, piosenkarka, autorka tekstów i muzyki. W latach 1998–2003 wokalistka zespołu Brathanki. Od 2003 roku występuje solowo, wydała trzy albumy studyjne.