1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Jacek Poniedziałek – po prostu życie

Jacek Poniedziałek – po prostu życie

Jacek Poniedziałek:
Jacek Poniedziałek: "Odnalazłem równowagę. Nie potrzebuję euforii, żeby czuć zadowolenie z każdego dnia. Cieszę się małymi rzeczami". (Fot. Monika Stolarska)
Niespokojny duch. Lubi prowokować i eksperymentować. Jacek Poniedziałek gra w teatrze i kinie, tłumaczy i reżyseruje. W swoim szczerym do granic przyzwoitości, a nawet bardziej, „(nie)dzienniku” opisuje, jak pokonał uzależnienie i odzyskał radość z bycia sobą.

Ile to już dni trzeźwości?
Rok, dwa miesiące i dwa tygodnie.

„(Nie)Dziennik” miał pewnie funkcję auto-terapeutyczną?
Tak, był zamknięciem pewnego etapu w życiu.

Nie boisz się, że uzależnienie od alkoholu i narkotyków to choroba, która wraca?
Pamiętam bardzo dobrze siebie sprzed ponad roku i to, jak się czułem, jak wyglądałem i jak funkcjonowałem wśród ludzi i w pracy. W tej chwili nie mam potrzeby, żeby do tego wrócić. Nauczyłem się też paru skutecznych sposobów, żeby przechytrzyć głody. Na przykład wizualizuję sobie siebie nie w stanie spełnienia i szczęścia, tylko w stanie upadku, kiedy bełkoczę i jestem takim zdechłym wrakiem leżącym w kącie, który budzi tylko uczucie żałości. Nikt nie lubi tak się czuć. To po pierwsze. Po drugie, wiem, że nie jestem od tego wolny i bardzo łatwo mógłbym w to wpaść ponownie. Jestem też w trakcie długoterminowego leczenia. Biorę delikatny antydepresant, który bardzo mi pomaga. Odnalazłem równowagę. Nie potrzebuję euforii, żeby czuć zadowolenie i radość z każdego dnia. Cieszę się małymi rzeczami.

Marek Edelman w jednej z rozmów z Beresiem i Burnetką na pytanie o to, co jest najważniejsze w życiu, odpowiada, że po prostu życie. To brzmi dość makatkowo i można się z tego śmiać, dopóki się tego nie doświadczy. Dla mnie to najtrafniej dotknięty opis fenomenu życia, z jakim się spotkałem.

Jacek Poniedziałek: 'Nasza cywilizacja jest cywilizacją obrazka. Każdy chce być atrakcyjny, ja też. Mój przypadek polega na tym, że się tego nie wstydzę'. (Fot. Monika Stolarska)Jacek Poniedziałek: "Nasza cywilizacja jest cywilizacją obrazka. Każdy chce być atrakcyjny, ja też. Mój przypadek polega na tym, że się tego nie wstydzę". (Fot. Monika Stolarska)

Skąd wziął się pomysł na prowadzenie dziennika?
Reżyser teatralny Krzysztof Garbaczewski poprosił mnie o napisanie wariacji na temat „Tajnego dziennika” Mirona Białoszewskiego, zwłaszcza jego fragmentu nowojorskiego. Robiliśmy wtedy, właśnie w Nowym Jorku, polsko-amerykański projekt oparty na poezji Białoszewskiego i Allana Ginsberga. Moje pisanie chciał wykorzystać w przedstawieniu, ale się z tego wycofał i te zapiski pozostały w moim kompie. Nie miałem zamiaru tego ciągnąć, ale po powrocie ze Stanów skontaktował się ze mną redaktor z wydawnictwa W.A.B. i złożył mi propozycję, żebym kontynuował. Zgodziłem się bez wielkiej wiary, że to wydam i że to będzie interesujące. Na początku nie widziałem w tych notatkach wyraźnego kierunku, wewnętrznego nurtu, który stanowiłby o ich sile, dlatego często porzucałem tę robotę. Po kilku miesiącach, wracając do tekstu, zacząłem z niepokojem obserwować, jak często pojawiają się tam stany nieważkości.

Zorientowałeś się, że jesteś uzależniony, czytając swoje notatki?!
Tak to niestety było. Kilkanaście lat żyłem dosyć ostro, ale też bez przesady, to nie jest tak, że byłem non stop napruty. Bo ja jestem neurotykiem i też histerycznie o siebie dbam. Zdawałem sobie sprawę, że mam problem, ale jednocześnie gdzieś to wypierałem. I skuteczne zapominałem. Tak działa jeden z najważniejszych mechanizmów uzależnienia: mechanizm iluzji i zaprzeczeń. Parę dni jesteś trzeźwy i od razu wydaje ci się, że stany upojenia to są tylko epizody. Dopiero po lekturze moich zapisków dotarło do mnie, że pod wpływem jestem o wiele, wiele za często. My się lubimy oszukiwać i czasami oszukujemy się skutecznie. Mój brat, który umierał na marskość wątroby w strasznych mękach, przez ostatnie dwa, trzy lata życia, mimo że nie był w stanie zerwać z alkoholem, w rozmowach z nami z najświętszym przekonaniem mówił, że kontroluje sytuację.

Jednak dziennik to nie był jedyny powód, dla którego zdecydowałem się na terapię. Drugim było kilka z rzędu stanów urwanego filmu, co mnie przeraziło, bo ja nie lubię tracić kontroli. Nie lubię nie wiedzieć, co się ze mną dzieje, a to były czasem wielogodzinne epizody blekautu. I to mnie przeraziło, że ja sobie albo komuś zrobię krzywdę, nawet o tym nie wiedząc. Funkcjonujesz wśród ludzi, rozmawiasz, pijesz, stawiasz, żartujesz, tańczysz, ale w ogóle o tym nie wiesz, nic potem nie pamiętasz, ani minuty.

Dosyć niesamowite.
Trochę jak lunatyzm. Wtedy zdecydowałem się na terapię w zamkniętym ośrodku. I tam zrozumiałem, że ta książka musi mieć jakiś głębszy sens, nie może być tylko zbiorem historii o imprezach, chłopakach, ćpaniu, piciu czy też o filmach i książkach, które mi się podobają. Interesująca będzie tylko wtedy, jeśli dam w niej świadectwo głębokiego, ale w gruncie rzeczy budującego doświadczenia, którym jest trzeźwienie. Taki problem jak ja mają miliony ludzi w naszym kraju i mogą w mojej historii odnaleźć też siebie. Nie napisałem tego z intencją, żeby innym pomagać, ale jeśli ten dziennik pomoże choć jednej osobie, nie posiadam się ze szczęścia.

Wspomniałeś, że dzięki zapiskom w dzienniku zauważyłeś swoje uzależnienie. A nie miałeś wcześniej sygnałów od przyjaciół, bliskich?
Byłem – choć od kilku lat pracuję nad sobą i to się zmieniło – wybuchowy, impulsywny, niecierpliwy. Nie słuchałem, narzucałem swoje zdanie, często nie mając o tym pojęcia. To się wiązało z emocjami, które w terapii nazywa się stanami głodu. Kiedy pojawia się gniew, to on jest sygnałem podwójnym. Pojawia się po to, żeby się nachlać albo naćpać i żeby się znieczulić, a z drugiej strony jest sygnałem od organizmu, że powinieneś coś zrobić, bo masz jakiś nierozwiązany problem.

W programie 12 kroków AA jest przekaz o odpowiedzialności wobec innych za swój nałóg i wyrządzone przez siebie krzywdy. Czy ty zdobyłeś się na przeprosiny?
To było trudne. Pod koniec odwyku zostałem poproszony przez terapeutów o wybaczenie mamie, o napisanie do niej listu. Mama już wtedy nie żyła, umarła w 2016 roku. Kiedy pisałem ten list, który przybrał formę wiersza, litanii przebaczenia, pojawiły się w nim także kobiety z mojego teatralnego środowiska, które kiedyś zraniłem i którym okazałem brak cierpliwości. Niekontrolowane wybuchy złości itd. Dokonałem ekspiacji i tę litanię wysłałem do wszystkich tych kobiet i innych osób, z którymi pracuję w teatrze.

Jak to przyjęto?
Bardzo pięknie. Napisali do mnie bardzo osobiste i pełne empatii wiadomości. Między innymi o tym, że już dawno temu mi wybaczyli, że widzą i rozumieją moją mękę. Jak dokona się takiego aktu ekspiacyjnego i przeprosi się za swoje błędy z całego serca, to niemal nie zdarza się, żeby ci ktoś nie wybaczył, żeby nie zareagował w sposób, który buduje, otwiera serce i wywołuje łzy. To są łzy ulgi.

Podczas lektury „(Nie)Dziennika” znalazłem kilka fragmentów typu: „Już nie jestem fit and hot, ale tragedii nie ma”, albo: „Patrzę na swoje zdjęcie sprzed kilkunastu, nawet kilku lat i w gardle więźnie mi rozdzierający szloch rozpaczy i żalu”. Dlaczego tak bardzo boisz się upływu czasu?
Wyjęte z kontekstu, tak się nie robi. Jestem po prostu próżny. Widzę, jak się szybko zmieniam, tu nie chodzi tylko o to, że się starzeję, ale też o to, jak widzą mnie inni ludzie. Nasza cywilizacja jest cywilizacją obrazka. Każdy chce być atrakcyjny, ja też. Mój przypadek polega na tym, że się tego nie wstydzę. Jestem seksualnym zwierzakiem, namiętnym, to jest obszar, który przez większość lat mojego życia budził moje największe zainteresowanie i ciekawość i któremu poświęcałem ogromną ilość czasu i energii. Choć teraz podejrzewam, że jak będę miał 70 lat, to już z pewnością nie będzie mi się chciało [śmiech].

Czujesz nadciągającą andropauzę?
Zobaczymy. Doceń to, że szczerze o tym piszę. Kobiety potrafią mówić i pisać o menopauzie, jak choćby Krysia Janda, bez jakiegoś wielkiego wstydu i dramatu. A u mężczyzn ten temat jest tabu. To się wiąże z niewygodnym słowem „libido”. Miałem wielu partnerów, w tym trzech stałych, i wiem, że momenty braku popędu przeżywają wszyscy na każdym etapie życia, z różnych powodów, czasami ze względu na psychiczne obciążenia, lęki, zmęczenie albo stres. A mężczyźni się śmiertelnie boją o tym mówić i uważają, że to ich kompromituje.

Twój ostatni partner był od ciebie znacznie młodszy.
Tak, o 25 lat. To proste, Eros i Tanatos. Ta para w wiecznym, morderczym uścisku. Ucieczka przed śmiercią. Zawsze wybierałem młodszych partnerów. Z jednym, i to zasadniczym, wieloletnim wyjątkiem. Ale on tylko potwierdzał regułę. Ja trochę dorastałem w cieniu śmierci. Ojciec, brat, babcia, potem drugi brat. W przeszłości rodziny też wiele traum, bo to były pokolenia wojenne. To się zawsze przekazuje kolejnym pokoleniom.

Mówi się o traumie transgeneracyjnej, o dziedziczeniu traum.
Myślę, że z tego u mnie wynika ta wielka potrzeba zbliżeń cielesnych, które po prostu dają poczucie, że się żyje. Ja to tak interpretuję, a jak jest naprawdę, nie wiem.

Z tego, co piszesz, wyziera poczucie odrzucenia, nawet ze strony matki. Niby wiesz, że ona cię kocha, ale się jakoś mijacie.
Nie potrafiliśmy rozmawiać. Jak patrzę na młodszych ludzi, którzy nie mogą się dogadać ze swoimi rodzicami, to myślę sobie, że to jest w gruncie rzeczy takie proste i jednocześnie najtrudniejsze. Bo trzeba zejść trochę ze swojego ego, tej źle pojętej niezależności. Często nie dopuszcza się tej matki, która jest prosta, nie rozumie niuansów, nie posługuje się tym samym językiem i cały jej światopogląd jest zlepkiem tego, co usłyszy w telewizji albo jej powie sąsiadka. Ona miała tyle niepokoju związanego ze mną, jak się dowiedziała, że jestem gejem. Jak znikałem z telewizji na jakiś czas, to się martwiła. Ten lęk natychmiast wywoływał we mnie złość. Nie potrafisz wtedy zrezygnować ze swojej upiornej, źle pojętej dumy, to chyba na tym polega. Brakuje nam pokory i dlatego nie potrafimy rozmawiać z rodzicami. Widzimy w nich już tylko sędziów, wrogów, zamiast zobaczyć w nich człowieka, który właśnie w taki sposób wyraża miłość i troskę.

Twój rozwój zawodowy jest dowodem na to, że wciąż chcesz pokazać coś więcej. I nie chodzi tylko o ambitne wyzwania aktorskie, zacząłeś tłumaczyć, reżyserować. Może twoje dzieciństwo jest nie tylko kłębkiem bólu, ale dało ci też napęd?
Może. Ale to nie jest tak, że chciałem coś pokazać czy udowodnić, tylko wyrwać się z paraliżu otoczenia, chodziło o wolność. Jak poznałem Korę, mając 17 lat i będąc jeszcze nieukształtowanym chłopakiem, to zafascynowała mnie kondycja artysty. Tryb dnia, sposób życia, pewnego rodzaju nieregularność, swoboda.

Pamiętam taki obrazek z dzieciństwa. Gdy mama chciała się dobudzić przed pójściem na nocną zmianę do pracy, zawsze prosiła mnie, żebym zmielił jej kawę. Uwielbiałem to robić. Mieliśmy stary, brązowy ręczny młynek do kawy. Do dziś pamiętam ten zapach. Zalewałem jej tę kawę gorącą wodą, robiłem taką plujkę, a ona ją piła i szła do pracy. To ładne wspomnienie, ale wiąże się z tym kieratem fabryki, roboty w określonych godzinach w wielkiej firmie. Nie chciałem tak skończyć. Uciekłem przed tym.

Mówiliśmy o upływie czasu. Czy kiedyś lubiłeś siebie bardziej niż teraz?
Wręcz przeciwnie. Może to jest kwestia pogodzenia ze sobą, zrozumienia swojego miejsca? Większa wiara w to, że jestem silny. Teraz wierzę, kiedy ludzie mówią mi, że mam dużą siłę, osobowość. Jako aktor i jako człowiek. Wcześniej wydawało mi się, że jestem słaby, niedoceniany, nieinteresujący. Że jeżeli mi się coś udaje, to są to fuksy, przypadki. Ambicje zawsze miałem dosyć duże, natomiast ich spełnianie szło trochę opornie. Porównywanie się z innymi przeważnie wychodziło na moją niekorzyść, aż w końcu przestałem się porównywać. Krok po kroku zrzucam z siebie te skorupy lęku i niewiary, te ostatnie lata to mi właśnie przyniosły, radość z bycia sobą.

Nie ukrywasz rozczarowania tym, jak traktuje się w naszym kraju osoby nieheteronormatywne. Masz jeszcze poczucie, że Polska to jest twoje miejsce?
Kocham Polskę i chciałbym, żeby tu było lepiej. Chciałbym zmieniać społeczeństwo u podstaw, jego mentalność, uczyć większej otwartości i empatii wobec drugiego. Takim wzorem, z którym się zetknąłem niedawno i który jest dla mnie fenomenalnym przykładem otwartości i mądrości życiowej, jest Daniel Rycharski. Ostatnio zagrałem w filmie o nim „Wszystkie nasze strachy” w reżyserii Łukasza Rondudy.

Rycharski to gej i artysta wizualny mieszkający na polskiej wsi. Jest otwarcie homoseksualny i jednocześnie bardzo wierzący, należy do ruchu Wiara i Tęcza. Z jakimś rozczulającym, nieprawdopodobnym uporem Syzyfa próbuje budować społeczeństwo otwarte w konserwatywnym środowisku wiejskim. To jest dla mnie w ostatnich latach jedna z najsilniejszych i najjaśniejszych inspiracji, żeby tutaj tkwić i budować, bo kiedy spojrzymy na historię innych krajów europejskich, choćby Irlandii, wszystko wskazuje na to, że wahadło poglądów i sympatii politycznych w końcu przechyli się w drugą stronę.

To, że jest u nas tak, jak jest, wynika z lęku, zresztą nie tylko z lęku konserwatywnej części społeczeństwa przed tą bardziej otwartą, że im coś narzuci. My wszyscy boimy się, że dostaniemy po ryju, jeśli zwrócimy się z wyciągniętą ręką do kogoś o różnym od naszego światopoglądzie. Tymczasem z moich doświadczeń wynika, że kiedy spotykasz się z człowiekiem twarzą w twarz i jesteś otwarty, szczery i nie masz w sobie agresji, a tylko słuchasz, to jest możliwe porozumienie z każdym, naprawdę.

(Fot. materiały prasowe Wydawnictwa W.A.B.)(Fot. materiały prasowe Wydawnictwa W.A.B.)

Jacek Poniedziałek rocznik 1965. Aktor, tłumacz, reżyser teatralny. Od 2008 roku w zespole Nowego Teatru w Warszawie. Grał u: Krzysztofa Warlikowskiego, Jerzego Grzegorzewskiego, Krystiana Lupy, Jerzego Jarockiego, Krzysztofa Garbaczewskiego, Michała Borczucha. Na ekranie występował między innymi w: „Rewersie”, „Ziarnie prawdy”, „Sercu miłości” i „Eterze”. Grywa także w serialach, takich jak „M jak miłość” i „Chyłka – Inwigilacja”. Jego „(Nie)Dziennik” ukazał się w marcu 2021.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Isadora Weiss – płynąć pod prąd

Isadora Weiss:
Isadora Weiss: "Nigdy nie straciłam świeżości i naiwności, że wszystko jest możliwe, że coś potrafię, nie mylę się. Wiem, czego chcę. Tylko tak można zrobić coś naprawdę ważnego". (Fot. Bartosz Bobkowski/Agencja Gazeta)
W swoich spektaklach Izadora Weiss staje po stronie słabszych i odrzuconych. Jest jedyną Polką, która znalazła się w tegorocznym prestiżowym przewodniku prezentującym 50 najważniejszych choreografów świata „Fifty Contemporary Choreographers”.

Nie brakuje pani tańca, wejścia w rolę?
Nie. Od wielu lat jestem choreo­grafem. Decydując się na to, zrezygnowałam z bycia tancerką. Moje choreografie są wielo­warstwowe, to nie tylko kroki, które można powtórzyć i wykonać na scenie, to teatr tańca. Kocham teatr i chcę, aby mnie wyrażał. Jestem w nim szczera. Moja choreografia to zawsze opowieść. Staram się ją opowiadać perfekcyjnie, z szacunkiem dla odbiorcy. Zależy mi, żeby ją rozumiał.

W „Darkness” opowiadała pani o przemocy i o tym, jak na nią reaguje środowisko. Podjęła pani temat, zanim wybuchła fala #MeToo.
Staję zawsze po stronie słabszych. Nie chodzi o moralizowanie, raczej o pokazanie, gdzie jest zło, a gdzie dobro. Życie nie jest czarno-białe, ma wiele odcieni, ale są takie tematy jak przemoc wobec kobiet, której granica jest wyraźna. Miałam potrzebę ponownie wypowiedzieć się na ten temat, podobnie jak w mojej interpretacji „Święta wiosny” Strawińskiego. Myślałam wówczas o eskalacji przemocy, jaka odbywa się, kiedy kobieta mówi: „nie”. Nasza niezgoda często wywołuje agresję i przemoc. Pokazywaliśmy „Święto wiosny” na wielu festiwalach i zawsze była długa cisza po ostatnim, straszliwym dźwięku. W Bangkoku kobiety kuliły się na widowni, były przerażone, zapewne przeżywając coś, co widziały albo czego doświadczyły. Podobnie w Niemczech i w Polsce. Ten spektakl nigdy nie zostawiał ludzi obojętnymi.

Margaret Atwood mówiła, że w „Opowieści podręcznej” nie ma ani jednej zmyślonej sceny. Zrobiła research o agresji wobec kobiet w różnych sektach, miejscach wypaczonych ideologiami, aby nikt nie powiedział: „To fikcja”. Jej książka odgrywa ważną rolę protestu społecznego. Dla pani teatr jest czymś więcej niż spotkaniem z widzem?
Tak było ze „Świętem wiosny” – czytałam o morderstwach i zaginięciach kobiet w meksykańskim Juárez, przymusowych obrzezaniach dziewczynek, samobójstwach dziewczyn blisko mnie, na przykład w Gdańsku. Teraz tabu się przełamało, więcej kobiet zaczyna mówić, walczyć o swoje prawa, bezpieczeństwo, poczucie sprawiedliwości. Ale przemoc się nie kończy. W „Darkness” dotyczyła osób płynących pod prąd powszechnych norm i zachowań. Teatr powinien pozostawiać emocje na dłużej niż tylko na czas spektaklu. Wierzę, że widzowie potrzebują duchowej przemiany.

„Darkness”, autorski projekt Izadory Weiss, na scenie Teatru Wielkiego – Opery Narodowej w Warszawie (Fot. materiały prasowe)„Darkness”, autorski projekt Izadory Weiss, na scenie Teatru Wielkiego – Opery Narodowej w Warszawie (Fot. materiały prasowe)

Coraz głośniej o przemocy w szkołach artystycznych. Jak było w szkole baletowej?
Do szkoły przychodzą dzieci szczęśliwe, pełne pasji, ale często ona zostaje w nich stłamszona. Zaczęłam naukę w szkole baletowej, mając dziesięć lat, i do matury mieszkałam w internacie. W pierwszej klasie w sali 12-osobowej. A byłam właściwie jedynaczką, bo moja siostra dopiero się urodziła. Od razu pobiłam się z jedną dziewczynką, bo zabrała mi ulubioną maskotkę. Nie mogłam tego wytrzymać i walczyłam o swoje, o moje terytorium. To mi zostało do dziś. Pamiętam wspaniałych nauczycieli, ale są też tacy, których chciałabym zapomnieć. Sama miałam taką sytuację: ćwiczyłam lekcję dyplomową na korytarzu, bo pani profesor wyrzuciła mnie z sali za pytania, które zadawałam. Nie wolno było pytać. Tak więc szkoła i internat to podwójna trauma. Zahartowały mnie na zawsze. Nic już nie jest w stanie mnie zniszczyć, zatrzymać ani mi zaszkodzić.

Przemocowi nauczyciele używają takich argumentów jako usprawiedliwienia.
Sama na takiego pedagoga trafiłam, więc nie mogę zaprzeczyć, że problem nie istnieje. Może mają poczucie, że kogoś utwardzają? Ale czasem przeciąga się strunę i robi coś, co niszczy wrażliwego człowieka, bo jest nieukształtowany, nie umie się obronić, łatwo się blokuje.

Pani się buntowała?
Byłam grzeczną, sumienną uczennicą. Lekcje baletu zaczynały się o ósmej, ja przychodziłam często o szóstej, żeby się przygotować. Chciałam być doskonała. Jako dziecko z internatu nagle byłam najlepsza. To dawało mi siłę, chciałam wytrwać, skończyć szkołę, tańczyć. Dorastaliśmy bez Internetu, mogliśmy rozwijać wyobraźnię. Moje najpiękniejsze spotkanie w szkole było z Kaliną Schubert. Nauczyła mnie teatru, mówiła, że to nie tylko kroki, że muszę stworzyć postać. Nie było YouTube’a, nie można było zerknąć, jak to robią inni. Mój styl jest niepowtarzalny, bo sama wszystko wymyśliłam. Tak, chyba szkoła dała mi pewność, że jestem niezniszczalna, co pozwoliło mi przejść tak długą i ciężką drogę od debiutu w Teatrze Wielkim w Poznaniu do miejsca, w którym jestem dzisiaj. Jiří Kylián po obejrzeniu „Święta wiosny” powiedział: „Skoro zrobiłaś taki spektakl, musisz być bardzo silną osobą”.

Kylián, jeden z największych choreografów świata, pani mistrz, nauczyciel.
Posłałam mu nagranie spektaklu „I Koncert skrzypcowy” Pendereckiego. Do dzisiaj mam od niego kartkę z białą kalią. Odpisał, że nie zaprasza choreografów, ale dla mnie zrobi wyjątek, bo zobaczył niezwykłą wrażliwość i muzykalność. Czytałam to parę razy. Pojechałam na kilka tygodni do Nederlands Dans Theater, którego był dyrektorem. Miałam zaszczyt jako jedyna spoza NDT być na próbach mistrza, ćwiczyć z jego tancerzami – najlepszymi na świecie. Tworzyli teatr w przekonaniu, że tańcem wszystko można wyrazić. I ja też zdobyłam tę pewność. Z tym wróciłam do Polski. Potem wielokrotnie jeździłam na ich próby i spektakle, ostatnio ze swoją małą córeczką Weroniką, która wyrosła na wspaniałą skrzypaczkę. Drobnymi krokami dochodziłam do swojego teatru, budowałam swój język choreograficzny.

Kiedy mówi pani o Kyliánie, cała pani twarz się uśmiecha.
Bo jestem szczęśliwa, że dane mi było spotkać go na swojej artystycznej drodze. Po zobaczeniu „Święta wiosny” i „Czekając na…” zgodził się przekazać dwie swoje choreografie i połączyć z moim spektaklem „Windows”, do którego muzykę skomponował Leszek Możdżer. Po tym sukcesie przekazał kolejne choreografie, łącząc je tym razem z moim „Body Master” na jego cześć. Spotkania z nim na pewno mnie ukształtowały. Nauczyłam się od niego szlachetności wypowiedzi. Umiłowałam opowieść i precyzję, dbałość o ludzi, ich relacje i wiarę w to, że mówimy coś ważnego.

Bo to pozwala uratować piękno?
Szkodliwe jest równanie piękna z kiczem. Mówi się: to takie ładne, takie kiczowate. Dzisiaj łatwo wyśmiać piękno. Nie promuje się go w mediach. Ale ja zawsze będę piękna bronić na scenie. Dzisiaj deprecjonuje się zawodowców, artystów, którzy dbają o precyzję i jakość. Panuje zasada, żeby wszystko było brzydkie, destrukcyjne i pozbawione sensu.

Piękno jest wstydliwe?
Każdy pragnie miłości, chce kogoś kochać i być kochanym. A to właśnie jest wstydliwe piękno. Deprecjonowanie tego powoduje, że na scenie mówi się o tym wulgarnie i cynicznie, co daje fałszywe wrażenie, że tylko tak jest między ludźmi.

Pani nie wstydziła się miłości, nawet kiedy plotkowano?
Nie. Mój mąż [Marek Weiss, reżyser – przyp. red.] jest drugim obok Kyliána człowiekiem, który nauczył mnie teatru, wiele mu zawdzięczam. Plotkowano o nas w złej wierze, również z powodu znaczącej różnicy wieku. Ludzie lubią oceniać, nie wiedząc, jak jest naprawdę. A my się zakochaliśmy i musieliśmy być razem. Naprawdę, w czasach, kiedy umierają kultura, szacunek, wartości, powinniśmy zostawić innych ludzi w spokoju. Cudze życie to ciemny las, bo nic o nim nie wiemy.

Pani tańczyła u męża po raz pierwszy, mając 15 lat.
Do szkoły baletowej przyszedł reżyser wybrać dziewczynkę, która zatańczy w „Traviacie”. Stałam przy drążku i w ogóle nie patrzyłam. Reżyser powiedział, że ta, i mnie wybrał. A ja wcale nie chciałam być wybrana. Zatańczyłam w tym spektaklu. Moi rodzice byli na premierze. Bardzo im się podobało. A potem chodziłam do szkoły, skończyłam ją, poszłam do pracy w Teatrze Wielkim [w Warszawie]. Tutaj spotkaliśmy się po raz drugi, już jako ludzie dorośli. Tańczyłam w jego „Salome” z choreografią Emila Wesołowskiego. To w czasie tej realizacji nagle przyszła miłość.

Dlaczego wtedy nie chciała pani być wybrana?
Nigdy nie chciałam być wybrana. Byłam chorobliwie nieśmiała od dziecka.

Tak mówią wszyscy artyści.
Wiem, ale w moim przypadku to autentyk. Zawsze byłam osobna, miałam swój świat, w którym czułam się bezpiecznie, i nie podlegałam żadnym wpływom i trendom.

Spektakl Eurydyka w wykonaniu Białego Teatru Tańca. (Fot. materiały prasowe)Spektakl Eurydyka w wykonaniu Białego Teatru Tańca. (Fot. materiały prasowe)

Franz Kafka mówił, że w imieniu zapisany jest cały los człowieka…
Ludzie podejrzewają, że to pseudonim. Kiedy się urodziłam, tata podał w urzędzie imię Izadora, a urzędnik bez zastanowienia zapisał, chociaż takiego imienia nie było w kalendarzu. Teraz się śmieję, że musiałam pójść drogą Isadory Duncan, niezależnej outsiderki, promotorki tańca.

Artysta ma powinności?
Ja tak uważam. Odpowiedzialnością zawodowców jest potraktowanie widza poważnie, uczciwa z nim rozmowa. Tymczasem często jest kalkulacja – a teraz coś z krwią, a teraz ktoś przejdzie na golasa, dla szybkich emocji, tak pod publiczkę. Staram się za wszelką cenę unikać takich pokus i bronić światła prawdy.

Prospero w pani „Burzy” jest czystym światłem.
Tak, jest parafrazą dzisiejszego artysty, który musi dokonywać wyborów i w pewnym momencie zostaje sam. To konsekwencja jego bezkompromisowości. Rzeczywistość zmusza nas do coraz większych kompromisów, co jest niebezpieczne dla sztuki, dla jakości. Holoubek powtarzał, że gdzieś tam, w ciemności widowni, jest nasz brat, który rozumie, i to wystarczy. Ważne, aby być szczerym w swojej pracy i wierzyć, że jest nas więcej. Jeżeli próbuje się odgadywać, czego chce większość, to już jest się zgubionym, to koniec.

Potwierdzenie światowego uznania dla pani pracy, choćby miejsce w rankingu najważniejszych choreografów, przychodzi w chwili, kiedy nie ma pani już swojego zespołu. Z Bałtyckim Teatrem Tańca żegnała się pani w 2016 roku „Tristanem i Izoldą”. Jacek Marczyński pisał, że to „poruszający spektakl zespołu, który stał się tak dobry, że postanowiono go zlikwidować”. Stworzyła pani Biały Teatr Tańca, musiała go pani zawiesić na początku 2019 roku. Prospero to pani?
Do Opery Bałtyckiej przyszedł nowy dyrektor i powiedział, że chce mieć balet klasyczny. Odpowiedziałam, że się nie zgodzę na klasykę. Bałtycki Teatr Tańca miał konkretny profil, nad którym wiele lat pracowałam i nadal zamierzałam pracować. Całe swoje życie poświęciłam, żeby zbudować zespół, który liczył się na świecie. Pamiętam, jak przyjechała Natalia Metelitsa z International Festival of Arts „Diaghilev. P.S.” z Sankt Petersburga i zobaczyła „Burzę” i „Fedrę”. Od razu nas zaprosiła, mówiąc, że zrzuci z programu inny zespół, bo tak jej zależy na naszym udziale. Dowiedziała się o nas od recenzentów ze świata. Kiedy radziła się, kogo zaprosić, usłyszała, że musi zobaczyć Bałtycki Teatr Tańca.

Myśli pani, że zdecydował styl, a nie fakt, że nowy dyrektor zastąpił na tym stanowisku pani męża?
To typowe w Polsce, że kiedy obejmuje się stanowisko, wszystko, co było wcześniej, uznaje się za złe. Nie chodziło o mojego męża.

Mogła pani na kogoś liczyć?
Planując „Tristana i Izoldę”, wiedziałam, że chcę to zrobić do muzyki Krzysztofa Pendereckiego. Przyjechał z Elżbietą na próby, był zachwycony. Mówił: „Jak tyś to dobrała, przecież to fantastyczne! Ja to napisałem?!”. Potem przyjechał na premierę. Kłanialiśmy się z nim na scenie, nigdy tego nie zapomnę. Po odejściu z Opery Bałtyckiej Pendereccy przygarnęli nas do Lusławic. Myśmy w tej świątyni sztuki przez dwa miesiące ćwiczyli, spali, jedli. Musieliśmy przygotować spektakle na wyjazd do Petersburga. Udało nam się przygotować również „Fedrę” i „Śmierć i dziewczynę”. Tymczasem zadzwoniła Metelitsa, że ściąga do Ermitażu obraz Vermeera „Mleczarka”, o którym wcześniej zrobiłam spektakl, prosiła, żeby go przywieźć. Niezwykłe było pokazanie „Light” na scenie Ermitażu, w takim odrealnionym miejscu. Pozostałe trzy spektakle pokazaliśmy w Teatrze Aleksandryjskim, był również Krzysztof Penderecki. Kwiaty sypały się z nieba w czasie stojącej owacji, ale po tym sukcesie zespół się rozjechał.

Jednak wskrzeszała go pani.
Udało się to przy okazji spektaklu „Eros Thanatos” inspirowanego obrazami Jacka Malczewskiego. Pomógł nam Andrzej Seweryn, goszcząc w Teatrze Polskim. Znowu się rozjechaliśmy. Odwiedziłam chyba wszystkie warszawskie teatry, błagając o jakąś możliwość. Jedyne miejsce, które mogło nas przyjąć, to Teatr Komedia. Tyleż samo nam pomógł, co zaszkodził. Nie da się pogodzić „Śmierci i dziewczyny” z hasłem teatru: „Śmiej się z nami”. Ale przetrwaliśmy dzięki miastu Warszawa dziewięciomiesięczny kontrakt, pokazaliśmy wiele spektakli Białego Teatru Tańca. Byłam technicznym, nosiłam buty, kostiumy, bo wszystko było w mojej piwnicy, robiłam światła, próby, rozgrzewki, byłam inspicjentem i prowadziłam każdy spektakl. Byłam wieloma osobami po to, aby dziesięciu tancerzy miało jak najlepszą pracę i możliwość pokazania się na scenie. Pod koniec roku dyrektor Komedii powiedział, że jednak jest konflikt, bo mamy różne wizje teatru. Zderzyliśmy się ze ścianą biurokracji. W konkursie na dotację zabrakło nam półtora punktu. Nasz dorobek ani uznanie świata się nie liczyły. Byliśmy w środku sezonu, robiliśmy próby, wierząc, że dostaniemy szansę. Tancerze, którzy byli z różnych części świata, mieli powynajmowane mieszkania w Warszawie. Rozmawiałam z władzami. Nic. Musiałam zawiesić działalność zespołu. Zapłaciłam za to zdrowiem.

Jak pani myśli, za co pani zapłaciła?
Zapłaciłam za bycie sobą, za silną osobowość, dążenie do doskonałości, brak kompromisu. Ale mam poczucie, że otacza mnie miłość. Nigdy nie straciłam świeżości i naiwności, że wszystko jest możliwe, że coś potrafię, nie mylę się. Wiem, czego chcę. Tylko tak można zrobić coś naprawdę ważnego. Nie mam poczucia osamotnienia, bo artysta jest sam ze swoją twórczością. Pamiętam rozmowę z Borisem Eifmanem (założyciel i szef St. Petersburg Eifman Ballet). Kiedy wyznałam, że planujemy przenosiny do Warszawy, odpowiedział: „Za dobra jesteś, nie wpuszczą cię”. Kiedy mówiłam, że stanę do konkursu, tylko pokręcił głową, uśmiechnął się, przytulił mnie i tak się rozstaliśmy. Wiedział, co mówi, bo przeszedł taką drogę w Petersburgu. Był zwalczany, ale kiedy osiągnął sukces za granicą i wrócił, to się zmieniło. Zastanawiam się, dlaczego warszawska publiczność nie może mieć takiego teatru tańca jak BTT.

Niedługo zrealizuje pani w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej spektakl „Bieguni – Harnasie”. O czym tym razem pani opowie?
Dyrektor Polskiego Baletu Narodowego Krzysztof Pastor zaproponował mi realizację kolejnego spektaklu autorskiego. Uwielbiam Olgę Tokarczuk, więc nie mogłam nie sięgnąć do jej twórczości. Wybrałam książkę „Bieguni”. Połączyłam ją z „Harnasiami” Szymanowskiego. Bieguni to ludzie, którzy tańcem, ruchem oswajają zło. Czy może być piękniejsza metafora ludzi tańca?

Izadora Weiss, tancerka, choreografka. Zrealizowała choreografie wielu spektakli operowych i blisko 30 spektakli autorskich. Stworzyła i prowadziła Bałtycki Teatr Tańca i Biały Teatr Tańca, sięgając po muzykę między innymi: Bacha, Mozarta, Mahlera, Szymanowskiego, Pendereckiego, Glassa, Hendrixa, Bregovicia, Kennedy’ego.

  1. Styl Życia

Las na receptę

Wszyscy pochodzimy z lasu. Dlatego często, niejako automatycznie, zaczynamy się odprężać, kiedy tylko wchodzimy między drzewa. (Fot. Katarzyna i Kamil Simonienko)
Wszyscy pochodzimy z lasu. Dlatego często, niejako automatycznie, zaczynamy się odprężać, kiedy tylko wchodzimy między drzewa. (Fot. Katarzyna i Kamil Simonienko)
Dawniej podczas zarazy królowie polscy mieli zwyczaj zjeżdżać do Puszczy Białowieskiej. Teraz znów to robimy, wracamy do lasu – mówi Katarzyna Simonienko, doktor psychiatrii, przewodniczka kąpieli leśnych, autorka książki „Lasoterapia”.

Co pani czuje, gdy wchodzi do lasu?
To zależy, z jaką głową tam wchodzę. Kiedy jestem bardzo zapracowana, idę do lasu, by na chwilę się zresetować, odpocząć. Wnoszę więc do niego mnóstwo splątanych myśli, stopniowo robi się ich coraz mniej, aż pojawia się spokój. Innym razem już od początku czuję energię i zaciekawienie, bo mam wolny dzień, dobry humor i wchodzę do lasu z nastawieniem: co mnie dziś zaskoczy? Czasem przepełnia mnie radość, czasem – refleksyjność. Las też się zmienia... Parafrazując – nie można wejść dwa razy do tego samego lasu. Mam wrażenie, że nawet ten sam las i ta sama w nim ścieżka, którą idę, nigdy nie są takie same.

Obręb Ochronny Rezerwat Białowieskiego Parku Narodowego. (Fot. Katarzyna i Kamil Simonienko)Obręb Ochronny Rezerwat Białowieskiego Parku Narodowego. (Fot. Katarzyna i Kamil Simonienko)

Wiele osób boi się lasu. W literaturze i kinie las jawi się jako złowrogi, można się tu zgubić. Z jakimi reakcjami spotyka się pani najczęściej?
Na szczęście wśród osób, z którymi wybieram się na leśne wyprawy w ramach lasoterapii, strach pojawia się najrzadziej, ale się pojawia. Przychodzą na przykład osoby, które mają niewiele wspólnego z lasem, a chciałyby się przełamać i go lepiej poznać. Takie podejście zwykle wiąże się z tym, co nam się wpaja na temat lasu w dzieciństwie lub późniejszym życiu – że to miejsce niebezpieczne i że może nas tam spotkać wiele złego zarówno ze strony przyrody, jak i ludzi. Jeśli najbliższe środowisko nasiąka taką niechęcią do przyrody – że to tylko kleszcze, komary i inne choroby – w dziecku pojawia się opór lub niechęć. Choć niekiedy dzieje się też odwrotnie – na zasadzie buntu i tego, że zakazane pociąga.


Jeżeli las jest czymś, czego nie znamy i nie rozumiemy, to rzeczywiście może przerażać. Nie tylko dzieci. Kiedy byłam na zjeździe International Forrest Therapy Days w Finlandii, pojawił się nawet pomysł, by relaksować się w lesie, rozstawiając namiot z wydrukiem drzew od środka. Wielu uczestników w ogóle nie miało doświadczenia kontaktu z lasem naturalnym, dzikim, jakim jest nasza Puszcza Białowieska. Było dla nich nie do pojęcia, że u nas są żubry i wilki. Moja koleżanka Basia Bańka, też przewodniczka po Białowieskim Parku Narodowym, powiedziała wtedy: „Ale nie da się nauczyć pływać, jeśli człowiek się nie zamoczy”. To nic, że las jest dziki, on ma swoje zasady. Wystarczy je poznać – mam tu na myśli choćby zwyczaje mieszkających w nim zwierząt – i nie ma co bać się ataku wilka czy żubra, przy zachowaniu odpowiedniego dystansu i szacunku są to fantastyczne spotkania. Nie warto też rezygnować z bycia w przyrodzie z powodu obaw przed złapaniem kleszcza, którego spotkać można także w mieście. Lepiej zapoznać się z profilaktyką.

Bory Tucholskie i Zalew Koronowski z lotu ptaka. (Fot. iStock)Bory Tucholskie i Zalew Koronowski z lotu ptaka. (Fot. iStock)

Część z nas wchodzi do lasu jak do świątyni. Część wchodzi do niego jak do siebie, do domu. Dla pani las to dom czy świętość?
Osobiście łączę oba podejścia. Dziś czuję się tu bardzo swobodnie, choć doskonale pamiętam moment, kiedy jako już dorosła osoba po raz pierwszy weszłam do Puszczy Białowieskiej i miałam wrażenie, że nie jestem u siebie. Dobrze znałam lasy hodowlane, w których bioróżnorodność jest skromna i gdzie niewiele mnie mogło zaskoczyć, natomiast w puszczy poczułam ogromny respekt i szacunek do przyrody. Pojawiła się chęć, by zgłębiać ten ekosystem. Im więcej się dowiadywałam na temat puszczy, tym mniej się jej obawiałam i bardziej się zaprzyjaźniałyśmy.

Las iglasty, czyli bór. Wydziela więcej olejków eterycznych niż las liściasty. (Fot. iStock)Las iglasty, czyli bór. Wydziela więcej olejków eterycznych niż las liściasty. (Fot. iStock)

Las to dziś moje miejsce pracy i relaksu, ale też świątynia. Bywa, że nadal czuję się w niej jak mrówka. Dla nas, ludów praindoeuropejskich, symbol drzewa czy gaju zawsze był święty i pojawiał się w bardzo wielu kulturach. U Słowian wierzono w święte drzewo, wokół którego powstał świat. Tak samo było w kulturach nordyckich, gdzie czczono ogromny jesion Yggdrasil, który był osią świata i łączył różne rzeczywistości – ludzi, duchów i istot nadprzyrodzonych. Jest nawet termin axis mundi – „oś świata”, w wielu kulturach wyobrażana przez drzewo, które gałęziami wrasta w niebiosa, a korzeniami w świat podziemny, łącząc je ze sobą oraz z ziemią, czyli światem doczesnym.

Borsuk europejski, występuje w lasach liściastych w całej Polsce. (Fot. iStock)Borsuk europejski, występuje w lasach liściastych w całej Polsce. (Fot. iStock)

W kulturze chrześcijańskiej jest ogród rajski, a w nim drzewo poznania dobra i zła. Słowianie wierzyli, że wśród drzew, w świętych gajach, słuchają nas bogowie, chrześcijanie – że las jest dziełem Stwórcy, czyli jest doskonały taki, jaki jest. W naszym kręgu kulturowym, który jest nie tylko słowiański, lecz także chrześcijański, mamy więc możliwość obcowania z prawdziwym sacrum.

W książce „Lasoterapia” pisze pani, że już jako dziewczynka czuła pani więź z lasem, którą wzmagały opowieści o Robin Hoodzie. Dla niego las był schronieniem, ale i ucieczką. Dziś, w czasach pandemii, las znów pełni te funkcje. Nigdy nie bywałam tak często w lesie jak ostatnio.
Wielokrotnie w różnych kryzysowych sytuacjach uciekaliśmy do lasu. Robin Hood to piękna legenda z czasów średniowiecza, ale przypomnijmy sobie choćby naszych partyzantów w trakcie drugiej wojny światowej. W dawniejszych czasach, kiedy panowała zaraza, królowie polscy mieli zwyczaj zjeżdżać do Puszczy Białowieskiej, żeby nie zachorować. I teraz znów to robimy.

Pióropusznik strusi – tę paproć można spotkać w wielu polskich lasach, między innymi w Puszczy Augustowskiej i Boreckiej. (Fot. iStock)Pióropusznik strusi – tę paproć można spotkać w wielu polskich lasach, między innymi w Puszczy Augustowskiej i Boreckiej. (Fot. iStock)

Las nam daje poczucie bezpieczeństwa, i to są atawistyczne, czyli bardzo pierwotne reakcje, które przypływają do naszej świadomości z przyczyn ewolucyjnych. Jako gatunek wychowaliśmy się na sawannie, potem przenieśliśmy się do lasu i właściwie wyprowadziliśmy się z niego dopiero około 200 lat temu do dużych miast. My wszyscy pochodzimy z lasu. Dlatego kiedy tylko do niego wracamy, pojawiają się w nas sygnały, że nasze podstawowe potrzeby zostaną zaspokojone: od wyżywienia, przez to, że będzie woda, po drewno, które da nam schronienie i ciepło ogniska. Naturalnie gdyby ktoś z nas zmuszony był nagle, z godziny na godzinę, zacząć żyć w lesie, prawdopodobnie nie wiedziałby, jak się do tego zabrać, ale gdzieś głęboko w naszej podświadomości jest informacja, że to jest możliwe. Nic dziwnego, że niejako z automatu zaczynamy się odprężać, gdy tylko wchodzimy między drzewa.

A skoro jesteśmy przy temacie pandemii – las jest bezpiecznym miejscem także dlatego, że jest tu mniejsze ryzyko zakażenia się koronawirusem. Po pierwsze, swobodnie można zachować dystans, nawet mimo tego, że obecnie w lasach są tłumy. Po drugie, jest świeże powietrze, a po trzecie, drzewa i roślinność wydzielają substancje antywirusowe wzmacniające naszą odporność.

Paproć długosz królewski, roślina objęta w Polsce ochroną gatunkową, występuje między innymi w Puszczy Niepołomickiej. (Fot. iStock)Paproć długosz królewski, roślina objęta w Polsce ochroną gatunkową, występuje między innymi w Puszczy Niepołomickiej. (Fot. iStock)

Jest pani lekarzem psychiatrą, przyrodniczką i przewodniczką kąpieli leśnych. Co te perspektywy wnoszą do pani wiedzy na temat wpływu lasu na nasze samopoczucie?
Punktem stycznym tych profesji jest praca ze stresem. Jako psychiatra i jako przyrodnik mam tym większą świadomość tego, jak kojąco przyroda wpływa na nasz system nerwowy. Obecnie to ogólnie dostępna wiedza naukowa, nie tylko intuicyjna.

Dziś, jeśli z różnych przyczyn nie mogę wysłać pacjentów na zorganizowane treningi relaksacyjne, mogę po prostu wysłać ich do lasu, bo wiem, jak wiele dobrego kontakt z przyrodą robi dla odporności, psychiki oraz wielu innych systemów i układów w naszym ciele. Las nigdy nie zastąpi leków, zwłaszcza jeśli mamy do czynienia z kliniczną depresją. Nie wyleczy ze wszystkich chorób, ale może być świetną profilaktyką, uzupełnieniem klasycznego leczenia oraz narzędziem rehabilitacji. W dodatku jest za darmo i nie powoduje żadnych niekorzystnych interakcji. Jeśli traktujemy dziką przyrodę z odpowiednim szacunkiem i wiedzą.

Lasoterapia, Katarzyna Simonienko, doktor nauk medycznych, psychiatra, certyfikowany przewodnik kąpieli leśnych, związana z Puszczą Białowieską. Swoim pacjentom przepisuje las na receptę. (Fot. materiały prasowe)Lasoterapia, Katarzyna Simonienko, doktor nauk medycznych, psychiatra, certyfikowany przewodnik kąpieli leśnych, związana z Puszczą Białowieską. Swoim pacjentom przepisuje las na receptę. (Fot. materiały prasowe)

  1. Psychologia

Jestem DDA i nie potrafię stworzyć dobrego związku

Osoba z syndromem DDA, chcąc zbudować związek, często miota się, rozdarta między „chcę się zaangażować” a „nie chcę się wiązać”, „chcę cię lepiej poznać” a „zostaw mnie w spokoju”. (Fot. iStock)
Osoba z syndromem DDA, chcąc zbudować związek, często miota się, rozdarta między „chcę się zaangażować” a „nie chcę się wiązać”, „chcę cię lepiej poznać” a „zostaw mnie w spokoju”. (Fot. iStock)
DDA i wszystkie inne dzieci, których rodzice zmagali się z uzależnieniem, w bliskie relacje wnoszą specyficzne przekonania, strategie i mity – zwykle nieuświadomione. Amerykańska psycholożka Janet G. Woititz wyciąga je na światło dzienne i mówi: sprawdź. Może dotyczą też ciebie albo bliskiej ci osoby?

Wyobraź sobie, że odbierasz od rodzica lub w ogóle kogoś bliskiego komunikaty w rodzaju: „Kocham cię. Odejdź”, „Nie martw się, wszystko jest w porządku. Jakim cudem mam sobie z tym poradzić?”, „Niczego nie potrafisz zrobić dobrze. Jesteś mi potrzebny”. Jakbyś się czuł? Pewnie zbity z tropu, zakłopotany, pomieszany, sfrustrowany... A może wściekły? Dla Dorosłych Dzieci Alkoholików (DDA) i innych osób, w rodzinach których walczono z uzależnieniem, to codzienność – były karmione takimi przekazami przez lata. I wciąż podświadomie czekają na kogoś, kto rzuci im okruszek (bo więcej to za dużo), przyciągnie i odepchnie, pochwali i upokorzy... Nie wiedzą, na czym polega zdrowy związek.

Zdaniem Janet G. Woititz, pionierki badań nad współuzależnieniem, zdrowy związek to taki, w którym prawdziwe są następujące stwierdzenia:

  1. Mogę być sobą.
  2. Ty możesz być sobą.
  3. My możemy być sobą.
  4. Mogę się rozwijać.
  5. Ty możesz się rozwijać.
  6. Możemy się wspólnie rozwijać.

Krótko, łatwo, przejrzyście. Ale osoba z syndromem DDA widzi to zupełnie inaczej. Miota się, rozdarta między „chcę się zaangażować” a „nie chcę się wiązać”, „chcę cię lepiej poznać” a „zostaw mnie w spokoju”. Dlatego tak ważne jest przyjrzeć się mitom stworzonym i podtrzymywanym przez układy panujące w dysfunkcyjnej rodzinie, które wnieśli w swoje dorosłe życie oraz związki. Woititz opisuje je szczegółowo w książce „Lęk przed bliskością. Jak pokonać dystans w związku”. Oto one – wraz z prawdą, którą przysłaniają.

MIT 1: „Jeśli zwiążę się z tobą, utracę siebie”.

PRAWDA: Zdrowy związek dowartościowuje, a nie tłumi osobowość.

Brak odpowiedniej opieki i troski w dzieciństwie mógł sprawić, że osoby wychowane przez uzależnionego rodzica musiały pełnić wobec siebie rolę opiekuna. Taka osoba ma trudności z określeniem, kim jest. Boi się utraty własnego „ja”; boi się, że partner ją przytłoczy. Że będzie miał na nią większy wpływ, niżby tego chciała. Ale do utraty siebie jeszcze daleko – zapewnia Woititz. Wystarczy obserwacja: to twoja opinia, a to moja; w tym miejscu zgadzam się z tobą, a tu zostanę przy swoim zdaniu. Możliwe jest też przyjęcie nowej postawy, łączącej różne poglądy. Czy to nie ciekawe?

MIT 2: „Gdybyś naprawdę mnie znał, nie zawracałbyś sobie mną głowy”.

PRAWDA: Kochana osoba prawdopodobnie już dobrze cię zna. Mimo to zależy jej na tobie!

Osoby współuzależnione często żyją w napięciu, obawiając się zdemaskowania. Tak naprawdę nie potrafią powiedzieć, jakaż to okropna prawda na ich temat miałaby wyjść na jaw, ale na wszelki wypadek pilnują, by do tego nie doszło. Próbują sprawiać wrażenie osoby idealnej, podczas gdy w dzieciństwie utwierdzane były w przekonaniu, że są przyczyną rodzinnych problemów. Tu – mówi Woititz – należy się posłużyć twardą logiką. „Zastanów się: czy rzeczywiście jako dziecko byłeś w stanie spowodować rodzinne problemy?”.

MIT 3: „Gdy odkryjesz, że nie jestem osobą doskonałą, porzucisz mnie”.

PRAWDA: Nikt nie jest doskonały.

DDA mają silny strach przed porzuceniem, przed utratą ukochanej osoby. Próbując temu zapobiec, starają się zachowywać nienagannie i zaspokajać wszystkie potrzeby partnera. Ileż w tym napięcia! Kiedy coś idzie „nie tak” (na przykład poczują się skrytykowane), potrafią wpaść w panikę. Jakby zapominały (nie wiedziały?), że nieporozumienia, a nawet konflikty to coś całkiem naturalnego. Nieodzowna część życia.

MIT 4: „Jesteśmy jak jedna osoba”.

PRAWDA: Ty jesteś sobą, a ja sobą. Dopiero potem jesteśmy „my”.

Osoby, których potrzeby w domu rodzinnym nie zostały zaspokojone, mają duże deficyty opieki, więzi. Dlatego wchodząc w relację, głęboko angażują się emocjonalnie. Kiedy po początkowym okresie znajomości, w którym uczucia są bardzo intensywne, partner zaczyna poświęcać więcej czasu własnym sprawom, często czują się odrzucone. Ważne, by zrozumieć, że każdy ma własne życie: obowiązki, zainteresowania, cele. „Naciskanie na partnera zmusi go do przyjęcia postawy »Kocham cię, odejdź«, nawet jeśli nadal mu zależy” – ostrzega Woititz.

MIT 5: „Bycie wrażliwym ma zawsze złe skutki”.

PRAWDA: Bycie osobą wrażliwą ma dobre i złe skutki. Jest to jednak jedyna droga do intymności.

Burze emocjonalne w rodzinie, w której rządzi uzależnienie, nadwerężają system nerwowy. Żeby przetrwać, dziecko uczy się kontrolować swoje uczucia. Być zdystansowanym (albo wręcz twardym). Wrażliwość traktowana jest jako zagrożenie. Tyle że, odrzucając własną wrażliwość, trudno jest otworzyć się na drugą osobę. Trudno jest kochać. Jak pisze Janet Woititz, „Nie będziemy się rozwijać, dopóki nie poznamy nowych myśli, uczuć i poglądów. Musimy otworzyć się na nie, co oznacza pozwolenie sobie na wrażliwość”.

MIT 6: „Nigdy nie będziemy się kłócić, ani krytykować się wzajemnie”.

PRAWDA: Pary od czasu do czasu się kłócą i krytycznie oceniają swoje zachowanie.

Dzieci wychowane u boku uzależnionego rodzica wciąż tłumią gniew. A tłumiony gniew jest, jak wiadomo, bardzo niebezpieczny. Może zamienić się w agresję... Nic dziwnego, że złość (cudza i własna) budzi w DDA lęk. A więc też każdy konflikt... Tymczasem nasza złość na partnera nie oznacza wcale, że go nie kochamy. Tak jak złość partnera wobec nas nie świadczy o tym, że nas przekreśla. To tylko emocja – trzeba uświadomić ją sobie, uznać, zrozumieć i wyrazić (co można też zrobić ze spokojem).

MIT 7: „Jeśli coś się nie udało, to na pewno przeze mnie. Jestem okropną osobą”.

PRAWDA: Niektóre niepowodzenia są z twojej winy, inne nie. Zdarzają się okropne rzeczy, ale ty nie jesteś okropną osobą.

Osoby współuzależnione mają głęboko zakorzenione poczucie winy i wstydu. Jako dziecko są bardzo egotyczne – jeśli zidentyfikują jakiś problem w otoczeniu, uważają, że się do niego przyczyniły. W dorosłym życiu powtarzają ten wzorzec: „To moja wina, jestem zły”. Obwiniają się za wszelkie niepowodzenia związku i z lęku przed demaskacją nie podejmują prób wyjaśnienia sytuacji. Tak się nie da – potrzebna jest konfrontacja, komunikacja. Odwaga, żeby powiedzieć „sprawdzam”. Może jednak nie ma tu mojej winy?

MIT 8: „Aby zasługiwać na miłość, muszę być przez cały czas szczęśliwym człowiekiem”.

PRAWDA: Ludzie nie zawsze są szczęśliwi.

Osoby z syndromem DDA mają głębokie poczucie straty. Cóż, straciły coś bardzo cennego – szczęśliwe dzieciństwo. Nie mogły pozwolić sobie na beztroskę. Szybko zaczęły kontrolować własną spontaniczność. Często mają w sobie dużo smutku (Woititz mówi wręcz o „chronicznej depresji”). Starają się go ukryć, być miłe i uśmiechnięte. Zapominają, że wolno im być po prostu sobą. Że i chłopaki, i dziewczyny płaczą.

MIT 9: „Będziemy sobie zawsze bezgranicznie i bezwarunkowo ufać”.

PRAWDA: Zaufanie buduje się powoli.

Zaufanie w relacji to złożony temat, a w wypadku współuzależnionych również bardzo trudny. Mówiąc najprościej, nie mogli oni polegać na najbliższych osobach, od najmłodszych lat przekonywali się, że lepiej nikomu nie ufać. Jednocześnie uważają, że powinni – bo cóż to za związek bez zaufania? Gubią się między lękami a wyobrażeniami. Tak, zaufanie to bardzo ważna składowa związku i warto obdarzyć nim drugą osobę – podkreśla Janet Woititz. Ale nie automatycznie, nie od razu tym najgłębszym. Zaufanie nie pojawia się z dnia na dzień, ale rozwija dzień po dniu.

MIT 10: „Wszystko będziemy robić razem – będziemy jak jedna osoba”.

PRAWDA: Partnerzy spędzają czas po części razem, po części w samotności i po części z przyjaciółmi.

Granice. Dzieci alkoholików i innych uzależnionych mają kłopot z rozpoznaniem ich i respektowaniem. W dzieciństwie role były niejasne, trudne do odróżnienia. Prywatność często naruszana. Znów – łatwo się pogubić. Jakie są normy? Czy wolno mi sprzątnąć pokój partnera? A jego biurko? Czy coś, co wydaje mi się przysługą, na pewno zostanie tak odebrane? Czy żona doceni niespodziankę w postaci biletów na sobotni koncert? A może lepiej ją o to spytać?

MIT 11: „Będziesz instynktownie spełniać wszystkie moje potrzeby, pragnienia i życzenia”.

PRAWDA: Jeśli potrzeby, pragnienia i życzenia nie zostaną jasno wypowiedziane, są małe szanse na ich realizację.

Czy w związku wolno mi mieć oczekiwania? Oto kolejny dylemat DDA! A jeśli tak, to jak je komunikować? Dzieci osób uzależnionych nauczyły się, że lepiej nie mieć oczekiwań, bo łatwo można się rozczarować. Dawane im obietnice często nie były dotrzymywane. „Zdrowy związek wiąże się z oczekiwaniami” – rozwiewa wątpliwości Janet Woititz. Ale należy je też uzgadniać, komunikować. Nie możemy żądać od partnera, by czytał w naszych myślach. Niewyrażanie potrzeb i pragnień przez DDA bierze się często z ich niskiego poczucia wartości i niepewności, co jest właściwe (Czy to rozsądne? Czy mi wolno?). Żeby wypracować w relacji wspólne standardy, potrzebny jest po prostu otwarty dialog.

MIT 12: „Jeśli nie będę przez cały czas panować nad sytuacją, nastąpi anarchia”.

PRAWDA: Każdy ma władzę nad swoim życiem i w razie potrzeby przejmuje kontrolę nad różnymi sytuacjami poprzez świadome decyzje i uzgodnienia. Są także chwile, gdy trzeba się tą władzą podzielić lub w ogóle z niej zrezygnować.

Pod tym mitem kryje się temat kontroli. DDA myślą, że jeśli nie będą cały czas trzymać ręki na pulsie, sprawy przyjmą niewłaściwy obrót. Trudno im prosić o pomoc, zdać się na kogoś. Boją się utraty niezależności. Starają się udowodnić na każdym kroku, że świetnie radzą sobie same (właściwie to nikogo nie potrzebują). Tymczasem, jak zauważa Janet Woititz, zdrowy związek to nie próba sił: „Trzeba dawać i brać oraz dzielić z drugą osobą odpowiedzialność. Nie można wszystkiego robić samemu”.

MIT 13: „Jeśli będziemy się naprawdę kochali, na zawsze zostaniemy razem”.

PRAWDA: Ludzie są razem lub rozstają się z wielu różnych powodów. Można kochać kogoś, a mimo to zniszczyć związek.

Kolejny trudny temat dla DDA: lojalność. Niesłychanie ważna w związku, ma jednak swoje granice. Co często osobom uzależnionym umyka. Nie potrafią odejść od partnera, nawet kiedy relacja ewidentnie im nie służy i nie widać perspektyw poprawy. Trzymają się marzeń z dzieciństwa, wierzą, że ukochana osoba wreszcie się opamięta i nastaną szczęśliwe dni. Muszą w tej kwestii „wytrzeźwieć” i nauczyć się mówić „dość”.

MIT 14: „Mój partner nigdy nie zaakceptuje mnie takiej, jaka jestem, nie otrzymam od niego wsparcia i zawsze będzie mnie krytykował”.

PRAWDA: W związku nie zawsze wszystko dobrze się układa, ale zawsze masz prawo do swoich odczuć.

Dzieci osób uzależnionych wyrosły w przekonaniu, że ich uczucia nie są ważne. Często były one negowane, lekceważone, wyśmiewane. Osoba współuzależniona nie jest pewna, czy powinna się z nimi ujawniać, czy to bezpieczne. Boi się, że mówiąc o tym, co naprawdę czuje, zniechęci do siebie partnera. Cóż, bez dzielenia się swoimi uczuciami z drugą osobą trudno zbudować relację. Trudno o bliskość. A przecież wszyscy, mimo lęków, jej pragniemy.

  1. Kultura

"Boginie" – premiera w Teatrze Słowackiego w Krakowie

Fot. Bartek Barczyk/materiały prasowe Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Fot. Bartek Barczyk/materiały prasowe Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Teatr Słowackiego w Krakowie zaprasza na kolejną premierę, tym razem spektaklu "Boginie" opartego na mitach Orfeusza i Eurydyki oraz Demeter i Kory. – Archetypiczna energia mitów greckich, stwarza przestrzeń do poszukiwań wspólnych płaszczyzn dla antyku i świata dzisiejszego, co wydaje mi się szczególnie fascynujące – wyjaśnia reżyser Jan Jeliński.

„Boginie” to spektakl oparty na mitach Orfeusza i Eurydyki oraz Demeter i Kory, które łączy motyw wędrówki między światami żywych i umarłych. Moment przejścia oraz liczne w kulturze przedstawienia Hadesu zainspirowały twórców do postawienia pytania o kondycję bogów i bogiń. To opowieść o cielesności, bólu, chorobie, ale również o poszukiwaniu tożsamości, wracaniu do zdrowia i nauce rozumienia własnego ciała. Czym jest Hades dla Demeter, bogini urodzaju i opiekunki pięknych narodzin? Czym jest Hades dla jej córki Kory, jedynej żywej wśród umarłych? Czym jest Hades dla Eurydyki nieustannie wyciąganej z zaświatów? Czym jest Hades dla Orfea, w mitologii sławnego poety i argonauty? Czym jest Hades dla Karen Carpenter? Czym i kim jest Hades współcześnie?

– Wybrałem temat czerpiący ze świata mitycznego, ponieważ interesuje mnie badanie kondycji bóstw w kontekście współczesności. Archetypiczna energia mitów greckich, stwarza przestrzeń do poszukiwań wspólnych płaszczyzn dla antyku i świata dzisiejszego, co wydaje mi się szczególnie fascynujące – wyjaśnia Jan Jeliński, reżyser spektaklu, student V roku Wydziału Reżyserii warszawskiej Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza, laureat nagrody głównej Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu podczas 10. Forum Młodej Reżyserii za wrażliwość i autorską drogę w rozczytywaniu i redefiniowaniu archetypów kultury za reżyserię spektaklu „Nimfy 2.0” wyreżyserowanym w Starym Teatrze.

Obsada:
Natalia Strzelecka
Alina Szczegielniak
Magdalena Osińska
Karol Kubasiewicz
Rafał Szumera

Pozostali twórcy:
reżyseria: Jan Jeliński
tekst i dramaturgia: Alicja Kobielerz
scenografia i kostiumy: Rafał Domagała
muzyka: Filip Grzeszczuk
wideo: Adam Zduńczyk
projekty multimedialne: Tomasz Gawroński
inspicjent: Bartłomiej Oskarbski
producentka: Oliwia Kuc

Premierowy set: 4,5,6 czerwca
Spektakle w lipcu: 1,2,3,4 lipca

Bilety i więcej informacji na www.teatrwkrakowie.pl.

  1. Psychologia

Przyjaciółka alkoholiczka? Martwię się, że za dużo pijesz…

Nie pouczaj jej, tylko powiedz o swoich uczuciach w związku z tym. Nie mów, co powinna, a czego nie może, tylko mów, jak ty to widzisz. Za piciem z utratą świadomości zawsze leżą poważne konsekwencje. Porozmawiaj z nią o tym, z czym sama nie daje sobie rady. (Fot. iStock)
Nie pouczaj jej, tylko powiedz o swoich uczuciach w związku z tym. Nie mów, co powinna, a czego nie może, tylko mów, jak ty to widzisz. Za piciem z utratą świadomości zawsze leżą poważne konsekwencje. Porozmawiaj z nią o tym, z czym sama nie daje sobie rady. (Fot. iStock)
Mam przyjaciółkę, którą podejrzewam o alkoholizm. Zaczęła bardzo dużo pić, ale nie jestem pewna, czy stawiam dobrą diagnozę, bo za każdym razem, gdy próbuję z nią o tym rozmawiać, złości się i zaprzecza. Sama nie widzi problemu i twierdzi, że wszystko jest dobrze. Jak mam jej pomóc, jak poznać, czy rzeczywiście jest uzależniona?
  • Bądź szczera.
  • Powiedź koleżance, jak się zachowuje i co cię martwi. Często ludzie nie pamiętają, co robią po alkoholu. Bez osądzania opisz jej, co robiła, co się działo, jak się zachowywała.
  • Nie pouczaj jej, tylko powiedz o swoich uczuciach w związku z tym. Nie mów, co powinna, a czego nie może, tylko mów, jak ty to widzisz. Za piciem z utratą świadomości zawsze leżą poważne konsekwencje. Porozmawiaj z nią o tym, z czym sama nie daje sobie rady.
  • Nigdy nie pij z nią.
  • Nie chodź z nią w miejsca, gdzie zazwyczaj zaczyna się pijaństwo.
  • Jeżeli możesz, to powiadom jej bliskich o problemie. Niestety, to co się dzieje będzie postępować.
  • Z drugiej strony nie bierz odpowiedzialności za to, co ona robi.
  • Jeżeli jesteś bardzo zaangażowana w ratowanie jej, to też nie pomagasz, tylko szkodzisz sobie.
  • Czasami takiej osobie pomaga wstrząs. Może urwanie kontaktu? Może ostre przedstawienie konsekwencji? Zobacz też, czy nie jesteś typem osoby, która zawsze pomaga i wspiera.
  • Może też być tak, że ty wypadasz dobrze w tych aferach, bo nie jesteś pijana i panujesz nad sytuacją. Jesteś lepsza. Czy czujesz się tak?
  • Niestety, w pijaństwie jest tak, że osoba która jest w nałogu, musi chcieć z niego wyjść. Bez chęci nikogo nie można zmusić.
  • Czasem nałóg się powiększa właśnie przez osoby, które chcą pomóc. Wtedy pijący ma kolejne powody, żeby pić. To czyni picie jeszcze bardziej ekscytującym.
  • Musisz coś zrobić, pomóc, ale wycofanie się w odpowiednim momencie jest równie ważne. Tak samo ważne jak współczucie i chęć pomocy.

Katarzyna: Każdy, kto ma wątpliwości co do bliskiej sobie osoby i czuje, że dzieje się z nią coś niedobrego, powinien zaufać swojej intuicji. Skoro coś zauważyłaś, coś cię zmartwiło, coś zmieniło się w zachowaniu, życiu osoby bliskiej, to oznacza, że masz powody do zmartwień. Takie wątpliwości nie pojawiają się znikąd. Człowiek, który wkracza na drogę alkoholizmu lub już na niej jest, ogromnie chroni ten teren, nie chce, by ktokolwiek odkrył jego tajemnicę. Takiej osobie może być z tego powodu wstyd, ale głównie chodzi o to, że po przyznaniu się do alkoholizmu trzeba przestać pić, zacząć się leczyć, zrobić coś ze swoim życiem. Zazwyczaj się tego nie chce.

Alkoholik dąży do tego, aby zmieniać sobie stan świadomości, by nie czuć tego, co czuje. Robi to oczywiście z jakiegoś powodu, nie zaczyna się pić, będąc szczęśliwym i zadowolonym ze swojego życia. Jednak najważniejsze jest w tym przypadku, jak to robi.

Rozpoczyna się podwójna gra, np. wychodzisz z alkoholiczką do knajpy. Mówi ci, że zna świetne miejsce, gdzie serwują pyszne, regionalne piwko. Idziecie tam, ona wypija piwo, po czym kupuje następne i tłumaczy się tym, że już długo go nie wypije. Skoro to się szybko nie powtórzy, to alkoholiczka kupuje jeszcze piwko do domu. Albo kilka.

Tak pije kobieta. Piwo do obiadu. W przeciwieństwie do mężczyzn, kobiety częściej muszą udawać, kombinować, kryć się. Facet po prostu pójdzie na wódę do kumpla, baba nie pójdzie, tylko wypije butelkę wina do obiadu.

Picie wygląda dziś trochę inaczej niż kiedyś, wódki pije się mniej, a jeśli się pije, robią to zwykle mężczyźni. Kobiety piją piwko albo wino.

Suzan: Jakie picie jest lepsze, faceta czy kobiety?

Katarzyna: Żadne. I kobiety, i faceci oszukują i siebie, i rodzinę. I społeczeństwo, czyli cały świat. Jedno i drugie jest uzależnione.

Czynny, pijący alkoholik lub alkoholiczka powie: „Ja wiem, że muszę bardzo uważać. Bardzo się kontroluję” albo: „Nie pozwoliłabym sobie na częste picie, bo wiem jak łatwo się uzależnić”. Oszukują siebie i wszystkich wokół.

Młodsze kobiety coraz częściej wychodzą z koleżankami pić na miasto. Wszystko super, ale jeśli w takim gronie jest alko- holiczka, łatwo ją zidentyfikować. Taka osoba potrzebuje wię- cej i będzie to ukrywać. Żeby koleżanki nie widziały, że pije więcej, wychodzi do toalety i kupuje przy barze kilka szotów.

Suzan: To znaczy, że kobieta pijąca jest przebiegła.

Katarzyna: Ważne jest rozróżnienie, w którym momencie psychiczne uzależnienie zmienia się w czekanie i szukanie. Na początku alkohol powoduje fajny stan psychiczny, od tego

Instrukcja obsługi toksycznych ludzi

się właśnie uzależniamy, picie robi nam dobrze. Dopiero póź- niej zaczyna nas niszczyć. Staje się koniecznością, potrzebu- jemy coraz więcej i mimo widocznych negatywnych konse- kwencji, pijemy dalej. Takie picie nie jest już przyjemne. Jest tragiczne i wyniszczające.

W trakcie kobiecych spotkań z alkoholem, alkoholiczka za- czyna robić rzeczy, które już nie podobają się ludziom. Jest namolna, męcząca, czepia się o wszystko, kłóci się, wyzywa kogoś.

Suzan: Traci kontrolę.

Katarzyna: Tak, rozluźnia się coraz bardziej. Istotą działania każdego alkoholu jest spowolnienie pracy układu nerwowego. Początek jest przyjemny, bo puszczają pierwsze napięcia, ale później już nie jest tak fajnie, bo nie ma kontroli.

Kobieta pijąca bardziej zdaje sobie sprawę ze społecznego odium. Tak jak mówiłam, trochę zmienił się styl picia, jednak nadal alkoholizm kobiet jest traktowany bardzo negatywnie.

Dziewczyny rzadko chodzą pić pojedynczo. Najbardziej to widać w filmach amerykańskich, gdzie stada kobiet idą pić.

Suzan: A w Wielkiej Brytanii puby otwarte są od 10.00 i już od początku przesiadują tam klienci. Na filmach panie wy- chodzą z pracy do baru z koleżankami na kilka drinków.

Katarzyna: Uzależnienie może się zatrzymać na poziomie psychologicznym, jeśli ktoś ma w sobie na tyle siły i pozwalają mu wewnętrzne struktury. Tak można dość długo funkcjonować, ale tylko wtedy, gdy wewnętrzna baza nie jest tak bardzo uszkodzona. Taka osoba myśli rozsądniej, np. „Jutro wstaję wcześniej, więc nie będę dziś pić tak dużo” i przestaje po dwóch lub trzech drinkach.

Suzan: A powstrzymywanie kogoś przed alkoholem w momencie, gdy ta osoba chce pić, ma sens?

Katarzyna: Takie metody nigdy nie będą skuteczne. Tekst: „Nie pij teraz” nie zadziała. Jednak zawsze trzeba próbować rozmowy. Jeśli ktoś jest dla nas ważny i tak samo my jesteśmy ważni dla tej osoby, warto przeprowadzić szczerą rozmowę. Można powiedzieć: „Słuchaj, zauważyłam coś niepokojące- go. Coraz bardziej się martwię, bo widzę, że pijesz więcej niż zwykle” i nawiązać do okoliczności. Może przyjaciółka lub inna bliska, pijąca osoba chodzi do łóżka po alkoholu. Może też zaczęła sypiać z coraz większą liczbą mężczyzn? Może tkwi w relacji, która skłania ją do picia? Może pije coraz więcej, bo ma takiego partnera?

Wiele kobiet, które są z alkoholikami, zaczyna pić razem z nimi, bo boją się, że facet wyjdzie z domu i nie będą wie- działy, co się z nim dzieje. Wolą mieć kontrolę dlatego piją z nim i same wpadają w uzależnienie.

Jeśli osoba uzależniona lub dopiero wchodząca w uzależnienie usłyszy od kogoś bliskiego, że się o nią martwi, może zacząć się zastanawiać. Taka rozmowa może okazać się wstrząsem, szczególnie jeśli trafi się na moment, w którym alkoholik czy alkoholiczka ma gorsze dni, to znaczy odczuwa wyrzuty sumienia z powodu picia.

Najlepiej jest wykorzystać taką sytuację i działać szybko. Jeśli ta bliska nam osoba zapyta, co ma zrobić, nie ma na co czekać. Trzeba zabrać ją do poradni, do ośrodka uzależnień, na odwyk.

U alkoholików chwile, gdy są w stanie zgodzić się na leczenie, są rzadkie.

Takie działanie nazywa się interwencją kryzysową. Zdarza się, że na taką akcję umawia się kilka osób, np. przyjaciele albo rodzina.

Suzan: Jesteś przeciwniczką alkoholu?

Katarzyna: Niekoniecznie. Ja po prostu mam świadomość, jak to wszystko działa, ale nie mówię, że nigdy nie wolno się dzięki alkoholowi rozluźniać.

Po prostu nie lubię zmienionego stanu świadomości. Bardzo mi to przeszkadza i nie używam tego jako pomocy w kontaktach międzyludzkich.

Suzan: Jak autorka listu może pomóc przyjaciółce?

Katarzyna: Przede wszystkim musi liczyć się z tym, że być może nigdy nie uda się jej pomóc. Nie można się za to oczy- wiście obwiniać, ale warto spróbować.

Można skorzystać z rzeczy, o których wspomniałam wyżej. Niekoniecznie musi być to dwudziestu znajomych, którzy biorą dziewczynę na rozmowę, może pani próbować sama. Najlepiej jest wyczuć moment i wykorzystać gorszy dzień osoby uzależnionej.

Musi pani pamiętać, że jeśli przyjaciółka nie dostrzeże problemu, nie uda się jej pomóc. Nikomu nie można wylewać alkoholu, chować przed nim butelek, bo to nie zadziała. Wkurza to pijącego, który ze złości pije jeszcze więcej i ma dobry pretekst.

Miałam kolegę na studiach, który dawał mi swoje pieniądze, gdy wychodziliśmy na miasto, bo bał się, że wyda wszystko na alkohol. Zazwyczaj wydawał, przepijał, co miał ze sobą, a później było mu źle, ale gdy ja trzymałam jego kasę, to go ratowało. Ale to był ratunek chwilowy. I tak umarł z alkoholizmu.

Suzan: Wobec tego najważniejsza rada jest taka, że trzeba liczyć się z faktem, iż mimo dobrych chęci, czasami pomoc jest niemożliwa. Nikogo nie można do niczego zmusić.

Fragment książki „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi”