1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Rynek e-papierosów w Polsce a COVID-19

Rynek e-papierosów w Polsce a COVID-19

Fot. materiał partnera
Fot. materiał partnera
Lockdown i obostrzenia – te słowa mocno wpłynęły na wiele branż, które praktycznie z dnia na dzień zostały zmuszone do stawienia czoła nie tylko nowym restrykcjom oraz wytycznym, ale także zamknięciom galerii handlowych. Zarówno małe jak i duże przedsiębiorstwa zdecydowały się na podjęcie wszelkich możliwych kroków, których celem było zapewnienie im utrzymania ciągłości finansowej, ale także kontaktu z pracownikami. Na jakie rozwiązania zdecydowały się działające w Polsce firmy?

Internet – klucz do sukcesu

Związana z pojawieniem się koronawirusa i wszelkich zagrożeń z nim związanych, potrzeba zapewnienia pracownikom bezpieczeństwa sprawiła, że charakter pracy wielu osób zmienił się w znaczący sposób. Pandemia w licznych firmach utrudniła przeprowadzanie spotkań oraz szkoleń – zarówno dla nowozatrudnionych pracowników, jak i dla tych obecnych już w strukturach przedsiębiorstw.

Międzynarodowe przedsiębiorstwo tytoniowe British American Tobacco Poland oraz zajmująca się sprzedażą papierosów elektronicznych spółka CHIC, chcąc poradzić sobie z zaistniałą sytuacją, zdecydowała się na organizację spotkań i szkoleń w trybie on-line. Rozwiązanie to okazało się być możliwością pozwalającą na skuteczne przeprowadzanie onboardingu oraz na efektywne przeprowadzanie spotkań i szkoleń.

Jednym z większych projektów zorganizowanych przez obie firmy był cykl szkoleń – CEN Academy. Organizowane w ramach cyklu kursy pozwoliły pracownikom na podniesienie kwalifikacji w wielu obszarach – tematy obejmowały między innymi zarządzanie projektami, kreatywne myślenie oraz efektywne wystąpienia i prezentacje.

Nie zapomniano także o nowych pracownikach – bez problemu odnaleźli się na nowych stanowiskach dzięki szkoleniom stworzonym specjalnie z myślą o nowopowstałej strukturze managerskiej „Akademia Managera”.

Kiedy więcej znaczy lepiej

Wspomniane już wcześniej wprowadzone na czas pandemii ograniczenia w handlu, a co za tym idzie spadek odpowiedzialności galerii handlowych, zmusiły część przedsiębiorców do rozszerzenia zakresu działalności. Na takie rozwiązanie zdecydowała się między innymi jedna z firm zajmująca się sprzedażą detaliczną – w jednym z polskich miast otworzyli miejsce stanowiące połączenie showroomu, kawiarni oraz strefy warsztatowej.

Frontem do Klienta

Zamknięcie centrów handlowych zmusiło przedsiębiorców do poszukiwania niestandardowych i tymczasowych rozwiązań umożliwiających klientom dostęp do ich produktów. Skuteczną metodą okazały się być mobilne punkty sprzedaży ustawiane przed galeriami. Na skorzystanie z tego rozwiązania zdecydowały się między innymi mająca w swojej ofercie e-papierosy sieć sklepów eSmokingWorld.

Wirtualne zakupy

Przedsiębiorcy z różnych branż zauważyli, że otwarcie kanału sprzedaży internetowej jest dla wielu z nich odpowiednim krokiem podczas zamknięć galerii handlowych oraz izolacji. Prowadzenie sklepu internetowego pozwoliło im na nieprzerwane pozyskiwanie konsumentów oraz na zapewnienie ciągłości sprzedaży oferowanych produktów. Choć jak wiadomo, prowadzenie działań z zakresu handlu elektronicznego wiąże się z dodatkowymi kosztami, to wiele firm, które już wcześniej prowadziły sklepy internetowe, odnotowało ogromne wzrosty w tym modelu sprzedaży.

Patrząc na powyższe przykłady, można odnieść wrażenie, że prokonsumenckie podejście przynosi korzyści. Pozwala również na budowanie pozytywnych skojarzeń z marką. Aprobatę przedsiębiorstwom przynosi także pamiętanie i dbanie o swoich pracowników. W końcu co może lepiej świadczyć o firmie niż zadowoleni klienci i szczęśliwi podwładni?

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

I że cię opuszczę, gdy będziesz się niszczyć. Broń się przed współuzależnieniem

Współuzależnienie to branie odpowiedzialności za dorosłą osobę, otaczanie jej opieką, robienie rzeczy, które pozornie mają pomóc, ale w efekcie szkodzą. (Fot. iStock)
Współuzależnienie to branie odpowiedzialności za dorosłą osobę, otaczanie jej opieką, robienie rzeczy, które pozornie mają pomóc, ale w efekcie szkodzą. (Fot. iStock)
Współuzależnieni partnerzy są odpowiedzialni, perfekcjonistyczni i nadopiekuńczy. Ale przede wszystkim łączy ich wstyd i lęk. O to, co powie rodzina, znajomi, co będzie dalej. Wierzą, że może bliski pójdzie po rozum do głowy, nie chcą wstrząsu.

A wstrząs jest jedynym rozwiązaniem – mówi psycholożka Ewa Woydyłło-Osiatyńska.

Ludzie szybko orientują się, że są współuzależnieni?
Najczęściej zauważają to dopiero na terapii, po rozmowie z kimś bliskim albo gdy zaczynają szukać książek i artykułów na temat uzależnienia partnera. Bo z tym uświadomieniem sobie, że bliski choruje, różnie bywa.

To znaczy?
Ludzie miesiącami, czasem latami, potrafią nie zauważyć, że partner jest uzależniony. Bo przecież to fajnie lubić seks, wszyscy piją albo fajni ludzie palą haszysz. Ciężej jest to pewnie też dostrzec osobie, która nigdy nie miała podobnych doświadczeń. Jeżeli już kiedyś byliśmy w relacji, w której druga osoba czegoś nadużywała, albo doświadczyliśmy tego w dzieciństwie, będziemy czujniejsi. Zauważymy nalewanie sobie kolejnej szklanki whisky, pobudzenie poalkoholowe. Wiele też zależy od typu człowieka. Jesteśmy szczerzy wobec siebie czy wolimy problemy zamiatać pod dywan? Mamy odwagę konfrontować się z drugą osobą czy raczej uciekamy? Związek z uzależnionym bywa prawdziwym teatrem. Jedno z partnerów udaje, że nie ma ze sobą problemu, drugie udaje, że w to wierzy.

Chyba alkoholizm partnera najłatwiej dostrzec?
Niekoniecznie. Tak jak mówiłam, w naszej kulturze mnóstwo ludzi uważa, że alkohol jest wspaniały. Upijanie się też nie budzi kontrowersji. To normalny sposób odreagowania dla zmęczonych pracoholików, dla rodzin, które spędzają wspólnie święta, czy osób, które organizują imprezy. Na ilu była pani imprezach, gdzie nie było alkoholu? Szybciej czasem da się dostrzec uzależnienie od hazardu czy zakupoholizm. Mamy konkretne dowody – wypływy pieniędzy z konta.

Ale prędzej czy później zaczynamy widzieć, że coś jest nie tak?
Najczęściej wtedy, gdy bliska osoba zaczyna zawodzić. Mąż miał odebrać dzieci, ale nie odbierze, bo wypił. Rano miał gdzieś pojechać, a o czwartej rano skończył imprezę z kumplem. Nałóg wpływa na życie. Chemiczne używki powodują również to, że człowiek dłużej śpi, choruje, ma kaca. Powoli też zmniejsza się jego motywacja i zdolność konstruktywnego działania. Na to można przymykać oczy tylko do pewnego momentu. Przebudzeniem bywa wstrząs. Miałam pacjentkę, której mąż lubił sobie wypić wieczorem kilka piw. W pewnym momencie zachorowało dziecko, musieli jechać do szpitala. Ale on nie mógł prowadzić, w środku tygodnia był nieprzytomny, śmierdział. Ona wściekła się z powodu tego, że ją zawiódł. Dopiero potem zaczęła analizować i rozumieć, że to już długo trwa.

Dużo osób chyba też ukrywa swój nałóg?
Nałogowiec patrzy partnerce w oczy i mówi: „Ja piłem? Ty chyba zwariowałaś!”. Ciężko mu wziąć odpowiedzialność za swoje zachowanie. Jeśliby przyznał, że na przykład pije, musiałby się leczyć, zrezygnować z tego, co to daje. A daje mnóstwo. Alkohol, haszysz, seks, zakupy – to dla niektórych jedyna deska ratunku, ucieczka przed smutkiem, nudą, samotnością, stresem. Dlatego tak trudno się przyznać.

Gdyby miała pani pomóc i powiedzieć, czym jest współuzależnienie – żebyśmy się już nie oszukiwali?
Współuzależnienie to branie odpowiedzialności za dorosłą osobę, otaczanie jej opieką, robienie rzeczy, które pozornie mają pomóc, ale w efekcie szkodzą. Bo tworzą warunki, w których nałogowiec żyje sobie jak pączek w maśle. On nie idzie na sanki z dziećmi, a potem na rodzinny obiad, choć obiecał, bo zapił. Ona mówi więc dzieciom i teściowej, że męża boli główka. Albo on nieustannie spłaca jej kartę kredytową, którą ona co chwilę czyści, choć sam ciężko pracuje. Współuzależniony nieustannie chroni partnera przed światem zewnętrznym. Jednocześnie w domu go kontroluje. Zagląda do barku, ile wypił. Każe mu robić testy antynarkotykowe, sprawdza, gdzie i po co chodzi. Uzależniony staje się bezwolny, złości go ta kontrola, ale ma też wygodnie. Ktoś inny zajmuje się całą tą męczącą codziennością.

Ale przecież mówi się, że tak ważne jest w związku wsparcie?
Wsparcie tak, ale przecież nie za wszelką cenę. Poza tym wsparcie dotyczy dwóch osób, a nałogowiec nie umie nic dać, choć oczywiście zdarzają się partnerzy, którzy mówią: „Na początku mi to nie przeszkadzało, był po alkoholu weselszy, była po alkoholu bardziej otwarta”.

Współuzależniony cierpi?
Bardzo. Ale często nie zdaje sobie z tego sprawy. On musi dać radę. Nie zauważa, że jego życie powoli zaczyna toczyć się tylko wokół tej drugiej osoby. O tym często mówią żony alkoholików. Czekanie w domu i sprawdzanie, w jakim stanie wróci mąż. Sięgnie na imprezie po alkohol czy nie? Usiądzie wieczorem bez piwa? To jest ogromne napięcie.

Dlaczego jedni od razu potrafią zostawić partnera nałogowca, inni tkwią z nim latami w związku?
Współuzależnienie jest ściśle związane z podejściem do miłości. Jeśli ktoś rozumie miłość jako stopienie się, będzie chciał być z kimś za wszelką cenę, bo potrzeba bycia jest ponad innymi potrzebami. I nawet jeśli ktoś widzi, że ta druga osoba się niszczy, przy okazji niszczy też jego – oszukuje się. I pozwala też siebie oszukiwać. Są natomiast osoby o zdrowych granicach, które kochają na zasadzie „Jestem z tobą, zależy mi, ale jeśli nie traktujesz mnie poważnie, pakuję się i odchodzę”.

Czy osoby współuzależnione – poza kochaniem za bardzo – mają jakieś wspólne cechy?
Mają dużo wspólnych cech. Często są bardzo odpowiedzialne, perfekcjonistyczne, nadopiekuńcze. Poza tym współuzależnienie to jest nie tylko uzależnienie od osoby, która ma problem, ale też uzależnienie od bardzo wielu rzeczy. Od ludzi, bo co powiedzą, od wyobrażeń o własnej przyszłości, od lęku, co będzie dalej. I te lęki nie zawsze są paranoją, do tej pory są w Polsce środowiska, gdzie po rozwodzie, który wynikał z jego problemu z alkoholem, ona przestaje być zapraszana, zostaje uznana za dziwaczkę, jej własne przyjaciółki ją odrzucają, bo co to za fanaberie, wszyscy przecież piją.

Zna pani takie kobiety?
Oczywiście. I to właśnie kobiety. Bo przecież to one głównie zostają z partnerem. Średnio dziewięciu na dziesięciu mężów alkoholiczek odejdzie, jeden zostanie. W przypadku współuzależnionych żon: jedna odejdzie, dziewięć zostanie. To wynika z naszej kultury. Mężczyźni nie są przygotowywani do tego, żeby się kimś opiekować. A uzależniony tej opieki potrzebuje, bo jego życie jest chaotyczne. Tu przyjedzie pijany taksówką, tam zapomni portfela. Który mąż zejdzie zapłacić kolejny raz za pijaną żonę? A kobieta to zrobi, jeszcze pójdzie od sąsiadki pożyczyć. Bo dla niej najważniejsze jest, żeby mąż wrócił do domu. Rodzina zresztą często wspiera tę nadopiekuńczość.

Miałam pacjentkę, której partner robił po alkoholu afery, zdarzyło się, że ją szturchał, wyzywał. Poradziłam jej, żeby powiedziała o tym mamie, teściowej, bratu męża. I co się okazało? Jej własna matka, która ją kocha i pomaga jej przy dzieciach, na hasło: „Musimy coś zrobić, chyba go zostawię”, zacisnęła usta i powiedziała: „No, moja droga, ty sobie wyobrażasz, że życie jest usłane różami. Ja 50 lat przeżyłam z twoim ojcem, dałam radę. Dlaczego ty masz nie dać? A dzieci? Pozbawisz ich ojca?”.

Dzieci cierpią chyba bardziej, gdy żyją w takiej rodzinie?
Oczywiście. Ile ja znam takich historii! Żona poszukuje męża, wyciąga go z baru, kasyna, śledzi. Dzieci siedzą same w domu. Współuzależniony nie chce tego widzieć. Zamiast oddać energię dzieciom, skupia ją na chorym człowieku. Czyli dzieci nie mają żadnego obecnego, uważnego rodzica. Argument „bo dzieci” jest absurdalny. One potrzebują przede wszystkim stabilnego domu, nawet jeśli jest w nim tylko samotna matka. Ale my, kobiety, byłyśmy uczone trwania za wszelką cenę. To się dopiero teraz zmienia. Jak żona ma się uwolnić od męża, gdy jej własna matka jest przeciwko?

Współuzależnienie u młodych osób zdarza się rzadziej. Kobiety koło trzydziestki, które były na studiach za granicą albo dużo podróżowały, znają swoją wartość i dużo szybciej reagują. One realizują plan swojego życia – jeśli po drodze trafi się człowiek uzależniony, szybko go usuwają. „Okej, podobał mi się ktoś, potem okazał się nieodpowiedzialny. Pali haszysz, bierze kokainę, cokolwiek, nie chce mu się pracować. Jest hultajem i wałkoniem, nie bawię się w to”.

Co robić, gdy, dajmy na to, mam dwoje dzieci i brak możliwości wyprowadzki z dnia na dzień?
Pierwsza rzecz: przestać robić z tego tabu. Zdarza się, że oferuję jako psycholog pomoc, bo rozumiem, że ktoś nie chce od razu odsłaniać się przed znajomymi. Na przykład umówiłam się z pewną dziewczyną, że zadzwonię do niej koło 20.00, gdy będzie z mężem. I ona będzie rozmawiać ze mną jak z kimś bliskim. Zaproszę ją na urodziny, spacer. A ona powie głośno: „Chętnie bym się spotkała, ale nie mogę, bo Jurek pije”. I dalej będziemy odgrywać rozmowę, w której ona pierwszy raz zacznie opowiadać o tym, co się w domu dzieje. Tak zrobiłyśmy. Mąż wpadł w szał: „Co ty wygadujesz?! Kto to był?”. „Moja przyjaciółka, zapraszała mnie, żebym z nią wyjechała” – odrzekła ona. „Ale jaka przyjaciółka?!”. „To nie ma znaczenia”. „Jak ty możesz o mnie tak mówić?!” – atakował ją. A ona, trzymając się faktów, spokojnie odpowiadała: „A co? Nieprawdę mówiłam? Nie pamiętasz, jak leżałeś na klatce schodowej, zwymiotowałeś na dywan, jechałeś po pijaku?”. On się wścieknie, trzaśnie drzwiami, ale już nigdy nie będzie mógł powiedzieć: „Wymyślasz, nie ma problemu”, bo już wie, że komuś o tym powiedziałyśmy.

Następnym razem już jest łatwiej. Przychodzi teściowa, zachwyca się mieszkaniem, a my mówimy: „Mama nie wie, co się dzieje, gdy nie ma gości. Przecież Jurek codziennie pije. Bez piwa nie spędzi wieczoru. Prawda, Jurek, powiedz mamie, pijesz co wieczór cztery piwa?”. Trzeba rozkłuć ten balon. Oczywiście teściowa się obrazi, Jurek się obrazi, ale już nikt nigdy nie powie: „Wymyślasz”. Następuje konfrontacja. Nałogowiec udaje też, że nie ma problemów. Trzeba mu więc pokazywać te problemy: wywalili cię z pracy z powodu picia, zasnąłeś na urodzinach naszej córki, przeleżałeś całą niedzielę. I nie dawać przerzucać na siebie winy. A nałogowcy mają do tego ogromne tendencje. Winny jest cały świat. Trzymajmy się faktów: „Czy to ja zapomniałam zapłacić rachunek za prąd i nam wyłączyli? Ja się upijam?”. To jest bardzo trudne, ale od tego zależy wszystko. Musimy zacząć głośno o tym mówić.

Współuzależniony mówi: „Robię awantury, to nie działa”.
Ale nie mamy robić awantur. Awantury eskalują problem, druga osoba ma powód, żeby uciec w nałóg. Trzeba tylko trzymać się faktów. My się nie kłócimy, wiemy, że mamy rację. Musimy też przestać cokolwiek załatwiać za partnera. Zrobić rozdzielność finansową, nie spłacać jego długów, nie wyciągać go z taksówki. Niech śpi na klatce schodowej, jego sprawa. Trzeba się uwolnić od tego strasznego wstydu. Sąsiadka mówi, że on leży na schodach? Odpowiadamy, że jest dorosły i co mamy zrobić. Koniec, kropka. Niech on skonfrontuje się ze sobą i sam zacznie się wstydzić.

Wiele osób boi się innego wstydu. Że w oczach ludzi przestaną być idealną rodziną.
Tylko że tu już nie ma idealnej rodziny. Hipokryzja niszczy przede wszystkim nas. Jeżeli nie zrobimy jakoś drastycznego ruchu, to będzie coraz gorzej. Bo uzależnienie partnera będzie postępować. A im dłużej w tym jesteśmy, im więcej rzeczy robimy, żeby przyklepać problem, tym bardziej się pogrążamy.

Mamy siłą zmusić partnera do pójścia do AA albo innej grupy gdzie zajmują się uzależnieniami?
Ależ my nie mamy go do niczego zmuszać! Możemy mu pomóc znaleźć kontakt, dopingować go, ale on sam musi chcieć. Naszym zadaniem jest zadbanie o siebie. Dużo dobrego dają spotkania z kobietami w podobnej sytuacji. Rozmowy z kimś, kto już jest dalej niż my, kto poradził sobie. Długie spacery, siłownia, spotkania z przyjaciółkami. Nie mamy siły? Zmuszajmy się. Osoba współuzależniona też ma ogromną lekcję do przerobienia – nie koncentrować się już na kimś innym, a na sobie.

Życie z kimś, kto wychodzi z nałogu, też jest ciężkie?
Tak, to tak naprawdę egzamin, trudny moment. Bo osoba, która na przykład odstawia używki chemiczne, jest w kiepskim stanie. Ma psychiczne i fizyczne dolegliwości. Jest zmęczona, rozdrażniona. Zaczynamy myśleć: „Już lepiej było, kiedy pił” albo robimy afery. Nie rozumiemy, dlaczego mamy teraz znosić kolejne stany. Potrzeba ogromnej cierpliwości, wyrozumiałości. Tylko wtedy związek ma szansę wrócić na normalne tory. Do tego musimy się liczyć z nawrotami.

Ja poznałam mojego męża (Wiktora Osiatyńskiego – przyp. red.), kiedy miał przerwę w piciu. On potrafił miesiącami nie sięgać po alkohol. Wtedy nie pił siedem miesięcy. Bo kiedy pisał książkę, nie pił. A potem nadrabiał. Gdy zorientowałam się, co się dzieje, powiedziałam wprost: „Kiedy pijesz, nie chcę cię widzieć”. Potrafiliśmy się na Nowym Świecie minąć i nie powiedzieć sobie „dzień dobry”. Ale może to wynikało z tego, że byłam przyzwyczajona do samotności? Moja mama wcześnie umarła, nie miałam rodzeństwa. My wzięliśmy ślub dopiero wtedy, kiedy nasza córka miała osiem lat. Wcześniej nawet nie mieszkaliśmy razem. Dopiero gdy on poszedł na leczenie w Stanach Zjednoczonych, to trzy lata później wzięliśmy ślub.

Udało się wrócić do normalności?
Mój mąż nie pił 32 lata, ale w domu zawsze był alkohol. Gdy wyjeżdżał, przywoził mi dobre wino, swojej mamie nalewkę. Niektórzy wpadają w inne uzależnienia, mój mąż zaczął jeść słodycze – o pierwszej w nocy zrywał się i szedł do lodówki. Trudno, coś za coś.

Czyli jest pani zwolenniczką radykalnych rozwiązań?
Tak. Innego wyjścia nie ma. Tylko wstrząs, a potem długa praca jest w stanie uratować rodzinę czy związek. Ale najpierw oboje musimy uratować siebie.

Ewa Woydyłło-Osiatyńska, psycholożka, terapeutka uzależnień. Pracuje w Ośrodku Terapii Uzależnień Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie, związana z Fundacją im. Stefana Batorego, autorka wielu książek, w tym „Rak duszy. O alkoholizmie”.

  1. Zdrowie

Naturalne sposoby, które pomagają rzucić palenie

Palenie można rzucić pod warunkiem, że taka decyzja zostanie podjęta z przekonaniem i zakodowana w umyśle. Umysł odgrywa tu bowiem najważniejszą rolę. (Fot. iStock)
Palenie można rzucić pod warunkiem, że taka decyzja zostanie podjęta z przekonaniem i zakodowana w umyśle. Umysł odgrywa tu bowiem najważniejszą rolę. (Fot. iStock)
Cudowna metoda, która z dnia na dzień uwolni nas od palenia papierosów? Szkoda, że nie istnieje. Aby zerwać z nałogiem, trzeba determinacji oraz… paru sprawdzonych sposobów, które złagodzą nikotynowy głód.

Dr Marek Bardadyn, naturoterapeuta

Im szybciej rzucimy palenie, tym większa szansa, że unikniemy groźnych chorób, m.in. nadciśnienia, miażdżycy i nowotworów. Z nałogiem powinny się bezwzględnie rozstać kobiety planujące macierzyństwo. Niezłą motywacją może też być dobro bliskich (bierne palenie jest równie groźne jak czynne) oraz perspektywa zachowania młodego wyglądu. Nikotyna to najsilniejszy środek zwężający tętnice, a jej długotrwałe działanie prowadzi do pogorszenia ukrwienia i odżywienia tkanek, a więc przyspieszenia starzenia.

Aby ułatwić sobie walkę z nałogiem, a potem odtruć organizm, warto regularnie pić zioła. Najlepsza będzie mieszanka (po 50 g) korzenia łopianu, korzenia mniszka, liścia babki lancetowatej, ziela krwawnika i ziela lebiodki. 2 łyżki ziół zalewamy 1/2 l wrzątku, po półgodzinie przecedzamy i popijamy w ciągu dnia po kilka łyków. Kuracja powinna trwać 2−3 tygodnie, można ją powtarzać po tygodniu−dwóch przerwy. W tym czasie stosujmy dietę bogatą w przeciwutleniacze: brokuły, marchew, pomarańcze, grejpfruty, pomidory, kaszę gryczaną, czosnek, żurawiny, jagody, orzechy włoskie. Pijmy dużo czerwonej i zielonej herbaty.

Żuj zamiast tytoniu

Kilkanaście ziaren anyżu i sezamu namocz w ciepłej osolonej wodzie. Po 12 godzinach odcedź je. Wysusz i upraż w piekarniku. Kiedy poczujesz nieprzepartą chęć zapalenia papierosa, żuj 1/2 łyżeczki ziaren. Nie lubisz anyżu? Posłuż się inną mieszanką: równą ilość nasion adżwanu (Carum copticum) i kminu indyjskiego namocz w lekko osolonym soku z cytryny. Po wyjęciu nasiona odstaw w gorące miejsce, by wyschły. W awaryjnej sytuacji jedz 1/4 łyżeczki.

Dr Partap S. Chauhan, specjalista medycyny ajurwedyjskiej

Palenie można rzucić pod warunkiem, że taka decyzja zostanie podjęta z przekonaniem i zakodowana w umyśle. Umysł odgrywa tu bowiem najważniejszą rolę. Często nazywam go „mafią”, bo znajduje setki powodów do tkwienia w nałogu. Druga część strategii to cierpliwość potrzebna, by się nie zniechęcić i – gdy wystąpią objawy tzw. zespołu odstawienia (bóle głowy i gardła, płytki oddech, nudności) – przetrwać kryzys. Ponieważ niezbędna jest determinacja, podpowiem, jak wzmocnić umysł.

Nałogowi sprzyja nierównowaga doszy vata, a szczególnie prany vata (rządzi zmysłami, kreatywnością, rozumowaniem, entuzjazmem i siłą woli). Rzucając palenie, musimy więc zrównoważyć pranę vata i wzmocnić system nerwowy. Pomogą w tym joga (wiele osób regularnie ćwiczących rzuca papierosy bez pomocy) i techniki oddechowe (m.in. oddech przeponowy, w którym napełniamy płuca aż po „końce”, tak by przeponą wypchnąć brzuch, a przy wydechu opróżniamy je, „zasysając” brzuch).

Jednocześnie zadbajmy o dietę: jedzmy więcej owoców, warzyw, świeżego nabiału, masła ghee, ziaren zbóż i pestek dyni, słonecznika. Pijmy dziennie przynajmniej 2 l płynów – wody i herbatek ziołowych. Unikajmy alkoholu, kawy, napojów gazowanych i czerwonego mięsa, bo po nich wzrasta chęć palenia.

W programie dnia poza jogą i ćwiczeniami oddechowymi warto uwzględnić także masaż olejem sezamowym, który znakomicie oczyszcza i regeneruje. Zachęcam do przestawienia umysłu na relaks i spędzanie czasu z bliskimi tam, gdzie nie wolno palić.

Wygrany proces

Proces wychodzenia z nałogu wesprą leki homeopatyczne:

  • Drosera zmniejszy przewlekłe podrażnienia dróg oddechowych oraz napady kaszlu.
  • Secale złagodzi zwężenia naczyń spowodowane wpływem nikotyny (pomoże także osobom, które z powodu bólu nóg muszą zatrzymywać się nawet co kilkadziesiąt metrów).
  • Tabacum ułatwi rzucenie palenia, bo podczas jego stosowania palacz coraz gorzej toleruje toksyny zawarte w dymie papierosowym, zaczyna ograniczać liczbę papierosów i w końcu w ogóle z nich rezygnuje.

Dr n. med. Ocz Batyn, specjalista chorób wewnętrznych i medycyny orientalnej

Jeśli chodzi o palenie tytoniu, przychylam się do zdania innych lekarzy medycyny orientalnej − papierosy to choroby i śmierć. Każdy papieros zawiera ponad 4 tysiące trujących substancji (m.in. ołów, rtęć, cyjanek, arszenik, aceton), które z każdym zaciągnięciem się dymem bezpowrotnie niszczą nasze szare komórki i uszkadzają tkanki. Nawet krew palacza zawiera o 10−15 proc. mniej tlenu niż osoby niepalącej. Nie mniej szkodliwe jest przebywanie w zadymionym środowisku.

Oczywiście im szybciej rzucimy nałóg, tym lepiej. Najważniejszą bronią w walce z nim jest motywacja poparta medytacją. Chodzi o skupienie się na osiągnięciu celu i zmotywowanie do jego osiągnięcia. Kilka razy dziennie, zwłaszcza gdy dopadnie nas nikotynowy głód, pomyślmy o sobie, swoim zdrowiu, szacunku i zaufaniu do siebie. Utwierdźmy się w przekonaniu, że podjęliśmy decyzję nie tylko słuszną, ale również jedną z najważniejszych w życiu. Koncentrujmy się na pozytywnych cechach, które dają nam pewność siebie i poczucie własnej wartości. Nie martwmy się wtedy pracą, kłopotami innych, lecz bądźmy w bliskim kontakcie ze sobą. Choć wielu osobom takie podejście może wydawać się mało efektywne, w rzeczywistości potrafi zdziałać cuda.

Pomocna może też okazać się akupunktura − liczba seansów jest dobierana indywidualnie do potrzeb pacjenta. Akupunktura przyniesie oczekiwane efekty, jeśli podczas kuracji będziemy się stosować do zaleceń i m.in. zrezygnujemy z alkoholu, co przyspieszy proces odtruwania organizmu.

Goździki w ustach

Jeśli nie możemy się opędzić od myśli o zapaleniu papierosa, przygotujmy sobie napój ze szklanki przegotowanej ciepłej wody, szczypty imbiru i gałki muszkatołowej. Pijmy go powoli, delektując się smakiem i aromatem. Możemy też pożuć 1−2 goździki. Nie rezygnujmy z tego, mimo uczucia wysychania błony śluzowej w ustach, które może się początkowo pojawić. Goździki wzmacniają układ krążenia, a także przyspieszają detoksykację tkanek.

  1. Psychologia

Kobieta na zakręcie - gdzie szukać pomocy?

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Gdy w domu jest piekło, trzeba działać szybko, a nie zagłębiać się w swoją sytuację i pytać, dlaczego się w niej znalazłam. To jest dobre pytanie, ale na później. Najpierw potrzebne jest określenie problemu i motywacja do zmian – mówi psychoterapeutka Małgorzata Sadurska Pietruszewska.

Artykuł archiwalny

Co dla kobiety „na zakręcie” powinno być alarmującym sygnałem, że nie może biernie czekać, ale musi szukać pomocy?
Jej stan: depresyjny nastrój, wycofanie, unikanie ludzi, niekontrolowane napady złości, choroby psychosomatyczne, a zwłaszcza to, że czuje się całkowicie bezradna. Zwykle jest tak, że kobieta tkwi w hermetycznym układzie, bo ukrywa fakt, że doświadcza przemocy, że mąż pije czy jest hazardzistą. Taka jest specyfika tych rodzin. Kobiety przeżywające osobistą gehennę pozostają więc samotne, nie mają wsparcia przyjaciół. Nie radzą sobie w tej sytuacji, więc starają się ją racjonalizować – usprawiedliwiają męża, obwiniają siebie.

Co powinny robić?
Wychodzić na zewnątrz i o tym mówić. Ale to nie jest łatwe, gdyż kobiety wstydzą się opowiadania o swoim dramacie. Stereotypy funkcjonujące w naszym społeczeństwie każą im z jednej strony czuć się odpowiedzialnymi za swoją rodzinę, a z drugiej – wpędzają je w poczucie winy, bo uważa się, że jeśli kobieta nie potrafi okiełznać swojego męża, to znaczy, że jest słaba. Kobiety czują się odpowiedzialne i winne, takie poczucie też może być sygnałem do szukania pomocy. W organizacjach takich jak OPTA uświadamiają sobie, że nie ponoszą odpowiedzialności za męża, za jego picie, za przemoc, którą stosuje, uczą się, że nie muszą się wstydzić swojej sytuacji.

Pomoc przyjaciółki nie wystarczy? Na czym polega przewaga takich miejsc jak OPTA nad wsparciem bliskich?
Pomoc przyjaciółki zawsze jest cenna, ale to za mało. Przyjaciółka, nawet najlepsza, na ogół nie zna specyfiki tych problemów. W ośrodkach takich jak OPTA kobieta dostaje odpowiednią wiedzę. To niezwykle potrzebne, bo na ogół kobieta ma mętlik w głowie. Docierają do niej przekazy rodzinne, stereotypy, normy społeczne i ona nie wie, jakie ma podejmować kroki. Pod fachowym okiem dowiaduje się, jak postępować, żeby zacząć budować swoją autonomię, żeby wyjść z przemocy czy współuzależnienia.

Ale to długi proces. Od czego się zaczyna?
Bardzo ważny jest początek. Trzeba kobiecie pomóc rozpoznać sytuację i wesprzeć ją w konkretnych działaniach, np. gdy zdecyduje się wystąpić o alimenty, napisać pozew rozwodowy czy alimentacyjny, doniesienie do prokuratury o znęcaniu się nad rodziną. To właśnie powinno się zaoferować kobiecie w pierwszej fazie – konkretne praktyczne działania. W dramatycznych okolicznościach nawet panie z dyplomami wyższych uczelni tracą głowę. Przemoc zdarza się we wszystkich grupach społecznych, niezależnie od poziomu wykształcenia. Nie trzeba mieć siniaków i złamanych kości, aby być jej ofiarą.

Na pomoc psychologiczną przyjdzie czas?
Gdy w domu jest piekło, trzeba działać szybko, a nie zagłębiać się w swoją sytuację i pytać, dlaczego się w niej znalazłam. To jest dobre pytanie, ale na później. Najpierw potrzebne jest rozpoznanie problemu i motywacja do zmian. Człowiek jest zdolny do zmiany swojego życia, jeżeli czuje się silny i widzi nadzieję. Na tym się koncentrujemy. Jeżeli ktoś trwał przez wiele lat w takiej sytuacji, to jego energia została wyczerpana i trzeba ją odzyskać. Na głębszą terapię trzeba poczekać do czasu, gdy kobieta stanie na nogach – uporządkuje swoją sytuację prawną, mieszkaniową, uwolni się od przemocy, uniezależni się materialnie od męża.

Co w tej pierwszej fazie jest dla kobiety najtrudniejsze?
Wyzbycie się lęku przed eskalacją przemocy albo przed tym, żeby mąż jeszcze bardziej nie zaczął pić. To strach podpowiada: „On mnie zabije, jeśli będę próbowała coś zmienić, nie poradzę sobie sama, to moja wina”. W Opcie uczymy kobiety oswajać ten strach, uczymy, że nie należy się cofać.

Co zrobić, gdy pijany partner wpada w furię?
Np. zadzwonić po policję, nie czekać, tylko wyjść z domu, zabrać ze sobą dzieci, zabrać swoje dokumenty. Kobieta musi wiedzieć, co robić. Razem z nią budujemy plan, gdzie powinna udać się po wsparcie i pomoc.

A gdy to wsparcie już otrzyma?
Przede wszystkim zaczyna widzieć nadzieję na zmianę. To niewiarygodne, ale taki promyk nadziei może rozświetlić jej życie na tyle, że ma odwagę wyjść na prostą. Pomagają jej w tym nie tylko liczne treningi, ale także inne kobiety, które też przeszły podobne piekło i przełamały strach.

Jakie jeszcze korzyści czekają na kobietę za tym zakrętem?
Może zacząć normalnie funkcjonować jako niezależna jednostka. Może spełniać swoje marzenia, realizować niezaspokojone dotąd potrzeby. Nowa sytuacja daje jej takie możliwości, ale najpierw musi się spotkać z tymi potrzebami i marzeniami, z przekonaniem, że można żyć inaczej, czerpać radość i przyjemność z bycia kobietą.

Może liczyć na to, że jej metamorfoza wymusi zmiany na mężu?
Zmiana jednego z członków systemu zazwyczaj implikuje zmiany w całym systemie. Kiedy kobieta potrafi powiedzieć „nie”, kiedy nie płacze już po nocach, a częściej się uśmiecha, dzieci widzą tę zmianę i też będą się inaczej zachowywały. Jeżeli mąż, który do tej pory wydzielał żonie pieniądze, widzi, że ona zarabia je sama, nie może już nią manipulować. Ale czy to wpłynie na prawdziwą zmianę jego postępowania? To nie takie proste. Ale możliwe.

Małgorzata Sadurska Pietruszewska, psychoterapeutka związana w przeszłości ze Stowarzyszeniem OPTA, w programie Od NowA prowadziła grupy wsparcia dla kobiet współuzależnionych.

  1. Psychologia

Jak radzić sobie z uzależnieniem? Zamiast odcinać się od zmysłów, zmniejsz ilość bodźców

Praca w leczeniu uzależnienia nigdy nie powinna być skoncentrowana na samym niepiciu czy niebraniu. (Ilustracja: iStock)
Praca w leczeniu uzależnienia nigdy nie powinna być skoncentrowana na samym niepiciu czy niebraniu. (Ilustracja: iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Jako ludzie łakniemy i szukamy przyjemności. Zatraciliśmy jednak umiejętność zarządzania nimi – ten swoisty instynkt zachowawczy, chroniący nas przed autodestrukcją. I to właśnie popycha nas w ramiona nałogu – twierdzi psychoterapeuta Robert Rutkowski, kiedyś sam uzależniony. 

Czy dzisiejsze czasy sprzyjają uzależnieniom? Dowodem na to, jak bardzo, są niedawne amerykańskie badania, w których obliczono, że człowiek w czasach średniowiecza przyjmował w ciągu całego swojego życia tyle informacji, ile współczesny człowiek przyjmuje w ciągu jednego dnia. Na przestrzeni wieków nie zmieniliśmy się wcale, jeśli chodzi o rozmiar i pojemność urządzenia, jakim jest mózg, natomiast ilość bodźców, jaką nim odbieramy, przerażająco się zwiększyła. Mówiąc kolokwialnie, przegrzewają nam się styki. Nie wyrabiamy. Futurysta Alvin Toffler w latach 50. ubiegłego wieku napisał książkę „Szok przyszłości”, w której prorokował, że przyjdą takie czasy, kiedy człowiek przestanie ogarniać te wszystkie nowinki technologiczne, z którymi będzie się stykał. I miał rację.

Czasy są więc podłe i przerażające, a na dodatek ta niemożliwa do ogarnięcia ilość bodźców styka się z naszymi słabościami: lenistwem, niefrasobliwością, brakiem chęci chronienia siebie. Człowiekowi wysiada instynkt samozachowawczy, czyli swoiste zabezpieczenie przed szkodliwym wpływem świata, przejawiające się np. poprzez smak czy wstyd.

W jaki sposób działa to zabezpieczenie? W bardzo prosty. Człowiek, jeśli coś mu nie smakuje, czuje obrzydzenie. To ono pojawia się na twarzy, kiedy pierwszy raz w życiu pije się wódkę czy wypala papierosa. Mogę tu wymieniać jeszcze inne substancje, na przykład heroinę, którą znam, a z którą pierwszy kontakt kończy się zawsze torsjami, czyli szokową reakcją organizmu. To są sygnały wysyłane do nas, żeby zrobić STOP. A czym jest wstyd? Uczuciem, które chroni nas przed rozwiązłością, przed wchodzeniem w niejasne relacje seksualne. A obecnie wstyd jest się wstydzić. Przyszedł do mnie niedawno 20-letni mężczyzna, który wyznał, że ma problem z seksem. „Na czym on polega?” – spytałem. „Na tym, że mam 20 lat i jestem prawiczkiem”. „Chłopie, o czym ty mówisz? Dlaczego uważasz, że to jest problem?”. Ano dlatego, że on się porównuje z innymi. I czyta, że 13-, 14-latki rozpoczynają życie seksualne i że to jest norma, czyli on nie jest w normie. A przecież każdy ma swoją drogę, swoją ścieżkę i późniejsza inicjacja seksualna nie musi być od razu chorobą. Świat naprawdę zwariował! A ci, którzy nie mają barier ochronnych, czyli silnego poczucia własnej wartości, będą wchodzić w różnego rodzaju pęknięcia, jak na przykład uzależnienie.

W definicji uzależnienia często podaje się, że to ucieczka od samego siebie, ale czy w tych – jak pan mówi – „podłych i przerażających” czasach nie jest ono też próbą wypisania się z otaczającej nas rzeczywistości? Czy uzależnienie jest ucieczką od siebie, czy od świata? Moim zdaniem to są kolejne etapy. Cel jest ten sam – żeby było lżej, żeby mniej bolało. Uzależnienie jest zadaniem sobie bólu w innym miejscu, żeby w tamtym przestało boleć. To jak, kiedy boli ząb, wbić sobie igłę w piętę. Ból pięty na chwilę pozwoli zapomnieć o zębie. I podobnie człowiek, którego boli dusza, sięga po narkotyki – a mówiąc „narkotyki“, mam też na myśli alkohol. To jeden z najbardziej niebezpiecznych narkotyków, bardzo silnie uzależniający i bardzo silnie negatywnie działający na cały organizm człowieka. I podstępny, bo występujący w anturażu czegoś miłego.

W filmie „Najlepszy” matka mówi do syna, narkomana: „Jureczku, już lepiej, żebyś pił”. Ludzie mówią, że alkohol to dla nich reset. Tymczasem alhohol nie rozluźnia, on paraliżuje. Ludzie mówią, że alkohol poprawia nastrój. Nie, on go zmienia. Człowiek pod działaniem alkoholu jest zatruty, odurzony, odcina się od zmysłów. Dla mnie semantycznym dowodem na to, jak nie radzimy sobie z traktowaniem naszych zachowań, jest słowo „rausz“. Z czym się pani kojarzy „bycie na rauszu“?

Z czymś w rodzaju miłego pobudzenia, upojenia. A wie pani, co znaczy słowo „rausch“ po niemiecku? Upojenie, ale też otępienie. Albo „napić się dla kurażu“. „Courage” to po francusku odwaga, która też jest odcięciem się od zmysłów. Ale dobrze nam się kojarzy, prawda? W ten sposób oswajamy sobie truciznę. Podobnie jest dziś z paleniem marihuany, które zaczyna się wkradać na salony i być dobrze postrzegane. Ja się kiedyś wstydziłem, że palę marihuanę, teraz to jest trendy. Tak jak kokaina. Trzeźwość nie jest już dziś trzeźwością sensu stricto i można być pozornie trzeźwym człowiekiem, który sobie okazjonalnie wciąga kokainę, pali marihuanę... Ale to nie wszystko.

Miałem niedawno sesję z parą, do życia której wkradła się zdrada i która usłyszała od poprzedniego psychologa, a właściwie usłyszała to zdradzona kobieta: „Ale czym się pani przejmuje? Przecież to naturalne, mężczyzna musi sobie od czasu do czasu na boku coś bzyknąć“. Jak widać, niektórzy przedstawiciele mojego zawodu załapali się na wspomnianą dewaluację pewnych wartości.

Nie mówię, że wszyscy powinniśmy być mnichami zen, ale nazywajmy rzeczy po imieniu. Jeżeli nauczyciel pali papierosy i mówi młodzieży o szkodliwości brania narkotyków, to kim on jest? Hipokrytą. Jest niewiarygodny, dzieciaki od razu to wyczują. Warto mówić prawdę. „Nie radzę sobie z moim nikotynizmem“, „To jest moja słabość“, „Nie jestem z tego dumny, nie popieram tego“, a nie przekonywać, że narkotyki są złe, ale palenie jest w porządku. Jeśli ktoś się decyduje być takim pomagaczem i radzić innym w ich problemach, to musi być spójny. Powinien zastanawiać się nad tym, co mówi, bo jego słowa mogą zdemolować komuś życie.

Są uzależnienia bezsprzecznie postrzegane jako szkodliwe: narkotyki, dopalacze. Alkohol i papierosy też – choć tu pewnie z dużym marginesem przyzwolenia. Ale są także uzależnienia, których nie traktuje się jako niebezpieczne. Na przykład poprawianie urody.

Ono się zawiera w takim ogólnym terminie o nazwie „uzależnienie od własnego wizerunku”. Ten nałóg szczególnie dotyka ludzi z piedestału, eksponowanych. Ludzie w ogóle bardzo szybko przyzwyczajają się do tzw. głasków, do miłych rzeczy. Nie ma w tym nic złego, dopóki nie dzieje się tak, że kiedy tego zabraknie, to następuje utrata sensu życia. Tak jest z politykami, uzależnionymi od wydzielania się neurohormonów, które powoduje już samo bycie na piedestale. Oni celowo generują zamieszanie wokół siebie. I tak się tworzy tzw. szum medialny.

Już Stanisław Lem zauważył w „Bombie Megabitowej“, że znalezienie jakiegoś terminu w Internecie jest poprzedzone setkami tysięcy informacji kompletnie zbędnych. Lepiej iść do zwykłej biblioteki. Sam to robię i widzę, że w bibliotekach jest coraz więcej ludzi. Oni już zrozumieli, że obecnie najważniejsza jest umiejętność selekcji. Jako gatunek ludzki jesteśmy ogromnie podatni na bodźce zewnętrzne, dlatego musimy sami się od nich odgradzać.

Skoro nałogi odcinają nas od zmysłów, trzeba do tych zmysłów powrócić? W rzeczy samej. Istotą jest odcięcie bodźców, nie zmysłów. Uzależnienia odcinają właśnie zmysły, a im więcej bodźców do nas wtedy dociera, tym większy szum powoduje. Jeśli bodźców będzie mniej, to nasze zmysły będą bardziej nastawione na ich odbiór.

W książce „Pułapki przyjemności“ mówi pan: jeżeli jemy obiad, jednocześnie oglądając telewizję, to nie czujemy smaku tego, co mamy na talerzu. Zgadza się. Podsumowując ten kawałek naszej rozmowy, człowiek jest coraz bardziej słaby, pozbawiony wartości, fundamentów, a przez ciągłe porównywanie się – także pewnych barier wewnętrznych, które sam na własne życzenie i własną zgubę likwiduje, by się wpisać w kontekst. Dlatego niezmiernie ważne jest środowisko, w jakim funkcjonujemy. Nic dziwnego, że rodzice tak martwią się, gdy ich dziecko wpada w tzw. złe towarzystwo.

Na ile to, czy popadniemy w uzależnienie, zależy od środowiska, a na ile od naszej wrodzonej podatności? A może człowiek jako gatunek czuły na bodźce jest po prostu z natury podatny na uzależnienia? Jesteśmy urodzonymi poszukiwaczami przyjemności. To atawizm. Gdyby człowiek nie chciał, by było mu przyjemniej, toby nie odkrył ognia. Kiedy pierwszy raz ogrzał się przy ogniu i zjadł mięso z upolowanego zająca, opieczone na tymże ogniu, zrozumiał, że jest to o wiele przyjemniejsze niż siedzenie w ciemności, w zimnie i żucie surowego jedzenia. Cały rozwój naszej cywilizacji był możliwy dzięki wrodzonemu pędowi do szukania przyjemności.

I ułatwiania sobie życia. Kiedyś człowiek, żeby napić się wody, musiał pójść kilometr do wodopoju, zażył trochę ruchu, poobserwował okolicę. Dziś nie ma takiej potrzeby, wszystko jest dostępne na aplikacji. Człowiek się zredukował na własne życzenie. Śmiem twierdzić, podążając za Tofflerem, że osiągnęliśmy czasy zerowe. W tej chwili może nas uratować jedynie świadome odchodzenie od nadmiaru bodźców. Sztuką dobrego życia nie jest robienie trzeciego fakultetu czy szukanie nowych kanałów dostępu do informacji, tylko właśnie nierobienie tego. Nie dodawanie, tylko odejmowanie. Sztuka selekcji. Jako człowiekowi dojrzałemu oczywiście jest mi łatwiej się z tym uporać, bo też osiągnąłem jakieś punkty zerowe. Dlatego świadomie nie chcę być dobrze poinformowany, nie chcę mieć pozornie łatwiej i przyjemniej, nie szukam dwóch rzeczy w cenie jednej, kiedy potrzebuję tylko jednej.

Twierdzi pan, że powinniśmy się nauczyć zarządzać naszymi przyjemnościami? Tak naprawdę musimy się nauczyć zarządzać samym sobą. Wtedy będziemy gotowi na przyjemności. Łatwiej jest radzić sobie z jedzeniem człowiekowi niegłodnemu, który jadł trzy godziny temu posiłek, więc nie czuje histerycznego głodu. Niech pani sobie wyobrazi kogoś, kto jada regularnie w ciągu dnia, i kogoś, kto przez cały dzień nic nie jadł, bo nakręcała go adrenalina, jaką daje praca, i nagle o 19.45 idą obaj do restauracji.

Pierwszy pewnie zamówi to, na co ma ochotę, drugi, cokolwiek, byle szybko i dużo. Albo zrobi tak jak grubas ze słynnej sceny z „Sensu życia według Monty Pythona“, który zamówił wszystko z karty. W czym? W wiadrze. Z kolei pierwszy z uśmiechem na ustach, spokojnie będzie wybierał, selekcjonował, zastanawiając się, na co tym razem ma smak. I tę metaforę można przełożyć na nasze wewnętrzne poukładanie. Jeżeli jesteśmy wewnętrznie wygłodniali, popękani, jeżeli nie mamy bazy w postaci poczucia własnej wartości, będziemy zachłystywać się nowymi bodźcami: co chwila nowa partnerka, nowy samochód, nowe buty. Można tak wymieniać bez końca rzeczy czy zachowania, które mają nas zaspokoić. Jaki jest tego efekt? Głód nie gaśnie. Jest coraz większy.

Człowiek woli albo w ogóle zrezygnować ze wszystkich pokus, czyli nie piję, nie palę, nie uprawiam seksu, nie biegam, nie jem i jestem całkowicie z boku – albo korzystać ze wszystkiego. Wolimy to, niż zadać sobie trud i popracować nad kontekstem, w którym funkcjonujemy. Nie trzeba być od razu abstynentem, można próbować alkoholu, ale być świadomym, co on mi daje, a co zabiera. Ja celowo rezygnuję z alkoholu, ponieważ on nie daje mi nic, a wielu rzeczy pozbawia. I wcale nie jestem wojującym ortodoksem neofitą, który kiedyś pił za dużo, a teraz nie pije wcale...

...tylko nie pije pan dlatego, że panu to już nie służy. Dokładnie tak. Alkohol przestał mi służyć i jest dla mnie stratą czasu. Pod wpływem alkoholu nie jestem sobą, a od kiedy się polubiłem, bycie sobą jest przyjemne. Kiedyś piłem dla swoistego kontekstu, czyli dla towarzystwa. Alkohol służył mi do pokrycia, zatuszowania moich kompleksów. A ponieważ wziąłem się za siebie, poszedłem na jedną terapię i drugą, to zniknęły kompleksy. I nagle alkohol też przestał działać, przestał być potrzebny. Przestałem chcieć kłamać, a alkohol to kwintesencja kłamstwa.

Zauważyłem, że wielu moich pacjentów, ludzi biznesu, pije nie dla samego smaku alkoholu czy jego działania, ale dlatego że piją ich kontrahenci. Czyli mamy coś, co się bardzo często pomija w analizach psychologicznych. Mamy uzależnienie fizyczne, psychiczne i to uzależnienie społeczne, środowiskowe.

Presja społeczna to silne narzędzie wpływu. Często najtrudniejsze do pokonania przez uzależnionych pacjentów.

Pana praca polega na pokazaniu im, jak mogą się uniezależnić od opinii innych zamiast od konkretnej substancji? Praca w leczeniu uzależnienia nigdy nie powinna być skoncentrowana na samym niepiciu czy niebraniu. Czy zaprzestaniu jakiś zachowań, jeśli mówimy o uzależnieniu behawioralnym, jak np. seksoholizm. Nie, tu chodzi o całkowite przeprogramowanie człowieka.

Przychodzimy na ten świat głodni przyjemności. Jak się zachowuje małe dziecko? „Jakiż kontrast między promienną inteligencją dziecka a ograniczoną umysłowością dorosłego“ – napisał gdzieś Zygmunt Freud. To jest kwintesencja naszej rozmowy – wracajmy do naszego wewnętrznego dziecka. Ono dużo lepiej wie, jak żyć. Kiedy jest głodne, to co robi? Płacze, bo chce zaspokoić głód. A co robi dorosły? Gasi go, eliminuje. Bo w tym momencie ma dużo ważniejsze rzeczy do zrobienia. Przestaliśmy o siebie dbać. Nie jemy, nie śpimy, nie odpoczywamy, bo mamy projekt do wykonania. Pogubiliśmy się do tego stopnia, że prawdopodobnie dlatego ludzkość wymiera i tak mało się rodzi dzieci, bo one wzbudzają w nas poczucie winy.

No, takiej teorii jeszcze nie słyszałam... Oczywiście żartuję sobie trochę, ale coś w tym jest. Nie chcemy płodzić dzieci, bo jesteśmy uzależnieni od wygodnego życia. Ja mam teraz w domu 5-miesięcznego bobasa i rozkoszuję się tzw. dojrzałym ojcostwem. Syn jest moim trenerem uważności. Pierwszą rzecz, jaką pod jego wpływem zrobiłem, było skrócenie czasu pracy. Przyjmuję mniej pacjentów. Stwierdziłem, że nie chcę sobie odbierać przyjemności obcowania z nim. Jeśli miałbym zatem na koniec pokusić się o jakąś radę, to brzmiałaby ona tak: uczmy się od swoich dzieci odróżniania rzeczy ważnych od tych nieistotnych.

Robert Rutkowski psychoterapeuta, pedagog, trener umiejętności psychologicznych. Prowadzi prywatny Gabinet Psychoterapii i Rozwoju Osobistego w Warszawie, specjalizuje się w leczeniu uzależnień, depresji, nerwic oraz w zarządzaniu stresem. Współautor książek „Spowiedź narkomana” i „Pułapki przyjemności” (wyd. Muza)

Wywiad archiwalny. 

  1. Psychologia

Czym są tendencje do uzależnień?

„Tendencje do uzależnień” to termin opisujący skłonności, które występują, zanim rozwinie się pełne uzależnienie. Tendencje są powszechne – dotyczą nas wszystkich. (Fot. iStock)
„Tendencje do uzależnień” to termin opisujący skłonności, które występują, zanim rozwinie się pełne uzależnienie. Tendencje są powszechne – dotyczą nas wszystkich. (Fot. iStock)
Uzależnienia to ogromny problem indywidualny, rodzinny i społeczny. Warto nauczyć się zauważać u siebie niepokojące sygnały. Pomocna w tym jest koncepcja „tendencji do uzależnień”, która pozwala dostrzec problem na długo przed tym, zanim rozwinie się w pełnoobjawowe uzależnienie.

Uzależnienia można dzielić na podstawie różnych kryteriów. Obecnie więcej mówi się o uzależnieniach behawioralnych, dotyczących rytuałów i zachowań, takich jak seksoholizm, hazard, zakupoholizm czy objadanie się. Wcześniej większość uwagi poświęcano uzależnieniom od substancji: lekom, narkotykom i alkoholowi. U podstawy tych procesów występują jednak wspólne zjawiska – kiedy czegoś potrzebujesz, ale nie wiesz, jak to w świadomy sposób osiągnąć, zaczynasz działać bezrefleksyjnie i destrukcyjnie. Wszyscy przecież wiemy o szkodliwości palenia dla zdrowia. Ale powiedzmy, że dla kogoś będzie to jedyny znany sposób, by czuć się bezpiecznie, więc pali i stara się nie myśleć o konsekwencjach.

Dwa spojrzenia na uzależniania

Uzależnienie można rozpatrywać z dwóch perspektyw: „przyczynowej” (dlaczego ktoś się uzależnił?) lub „celowej” (po co to robi?).

Traktując uzależnienie jak chorobę, przyjmujemy specyficzny sposób myślenia. Możemy więc „zarazić się” (systemem wartości, stylem życia), oglądając serial o ludziach, którzy kupują całe mnóstwo rzeczy i dzięki temu stają się szczęśliwi. Często też odnosimy się do biochemicznej nierównowagi w mózgu czy innych deficytów warunkujących taki lub inny rodzaj uzależniania. Ten sposób myślenia koncentruje się na pytaniu „dlaczego ktoś jest uzależniony?” w przekonaniu, że odnalezienie i usunięcie przyczyny pozwoli pozbyć się trudności. To dominujące podejście ma ograniczenia, bo nie uwzględnia doświadczenia, które przeżywa osoba dzięki substancji czy zachowaniu, nie poszukuje odpowiedzi na pytania „po co?”, czyli do czego służy uzależnienie, po jaki rodzaj przeżycia sięga osoba uzależniona albo w jaki stan umysłu go wprowadza? I jakiego doświadczenia stara się dzięki uzależnieniu uniknąć?

Czasami świadomość tego, po co na przykład ktoś zażywa substancję, zmienia sytuację i pomaga w podjęciu decyzji o zaprzestaniu. Albo jeszcze szerzej: może pomóc wyjść poza cały kontekst uzależnienia i zająć się innymi aspektami swojego życia. (Uzależnienia są atrakcyjne również dlatego, że zajmują uwagę, wypełniają życie, a inne ważne pytania schodzą na dalszy plan).

Czym są tendencje do uzależnień?

„Tendencje do uzależnień” to termin (stosowany w paradygmacie psychologii procesu) opisujący skłonności, które występują, zanim rozwinie się pełne uzależnienie. Tendencje są powszechne – dotyczą nas wszystkich. Ich charakter to kwestia indywidualna: ktoś może prowadzić uregulowane życie bez ekstatycznych, cielesnych przyjemności, o których zdarza mu się marzyć, i w tym sensie mieć tendencję do używania kokainy (która tę przyjemność miałaby przynieść), choć dotąd tego nie zrobił.

Wspólną cechą uzależnień jest przeżywanie intensywnych emocji oraz ograniczona świadomość. Staramy się nie myśleć i niewiele rozumiemy z tego, co się dzieje. Czasami w stopniu, który uniemożliwia myślenie i podejmowanie decyzji. W tym kontekście poświęcenie uwagi tendencjom – zanim rozwinie się pełne uzależnienie – jest znacznie bardziej skuteczne w rozwiązaniu problemu i pełni funkcję prewencyjną. Poszukiwania mogą być trudne, zaskakujące i ciekawe. Informacje zawarte w uzależnieniach oraz w tendencjach do uzależnień są jedną z dróg poznawania siebie i swoich potrzeb. O wiele łatwiej i bezpieczniej to robić, poświęcając uwagę tendencjom niż rozwiniętym uzależnieniom.

Stosowanie kategorii tendencji do uzależnień jest bardzo przydatne w zmniejszaniu mentalnej „przepaści” dzielącej ludzi zdrowych od uzależnionych. Oczywiście kryteria uzależnienia i diagnoza są ostre: ktoś jest uzależniony albo nie. Ale doświadczenie pokazuje, że ta droga jest bardziej płynna. Wiele osób w różnych okresach życia jest bliżej bądź dalej od uzależnienia.

Myślenie w kategoriach tendencji do uzależnień destygmatyzuje osoby, które spełniają kryteria uzależnienia, oraz te, które tym zagadnieniem chcą się zajmować. Skoro tendencje są powszechne i ludzie widzą je u siebie, to mniej dziwią one u innych. Przestają być tematem tabu, więc można zacząć o nich myśleć, rozmawiać, badać je, poświęcać im uwagę.

Gdzie szukać pomocy?

  • Kiedy rozpoznajesz uzależnienie, obawiasz się o swoje zdrowie, życie, o swoją sytuację, o swoich najbliższych lub inni sygnalizują ci te problemy i chcesz przede wszystkim przestać –  wybierz terapię uzależnień.
  • Kiedy niepokoi cię twoja skłonność, martwisz się tym, że może będziesz uzależniony w przyszłości albo kiedyś byłeś i wciąż myślisz o sobie jako o byłym alkoholiku, byłym zakupoholiku, byłym narkomanie… i to jest ważna część twojej tożsamości, ale chcesz pójść dalej – wybierz psychoterapię.
Mikołaj Czyż jest warszawskim psychoterapeutą prowadzącym swoją praktykę w ramach Instytutu Psychologii Procesu. Poza zagadnieniami dotyczącymi uzależnień zajmuje się m.in. psychologicznymi aspektami kreatywności, nastrojami oraz konfliktami w relacjach. Jest współtwórcą ośrodka terapii par – Centrum Rozwoju dla Par oraz autorem bloga o psychologii związków.