1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Oko na Maroko. Jacy są Marokańczycy?

Oko na Maroko. Jacy są Marokańczycy?

W Maroku ludzie może mają niewiele, ale mają czas: na rozmowę, na spotkanie, na nieprzewidzianą przerwę w podróży. Na zdjęciu: stragan w pobliżu placu Dżemaa El Fna. (Fot. Getty Images)
Yves Saint Laurent powiedział, że Marrakesz nauczył go kolorów. I faktycznie, są tu bajeczne, jak zresztą w całym kraju. Z kolei Marokańczycy słyną z serdeczności, szacunku dla tradycji oraz awersji do pośpiechu. O tym, czego jeszcze możemy się od nich nauczyć, pisze autorka bloga Hiszpańskie Smaki Monika Bień-Königsman.

Pierwszy raz do Maroka dotarłam drogą morską z Hiszpanii. Ogromny prom z Almerii przez osiem godzin kołysał nami w kierunku portu w Nadorze. Na promie byli głównie Marokańczycy wracający z pracy w Hiszpanii do swoich domów. Mężczyźni w grubych kurtkach i swetrach, kobiety w chustach zasłaniających włosy, mnóstwo dzieci. Wydali mi się wtedy obcym tłumem: głośnym i trochę strasznym. Cóż, lęk przed tymi, których nie znamy, jest w nas głęboko zakorzeniony. Jednak wkrótce to się zmieniło. Przed wyjazdem dostałam garść cennych informacji – dowiedziałam się między innymi, by nie jechać zwykłą linią. I zrobiłam dokładnie wbrew przestrogom, więc do Marrakeszu dotarłam o drugiej w nocy – zamiast poprzedniego wieczora klimatyzowanym pospiesznym autobusem. I bardzo słusznie, bo ta podróż była pierwszą z wielu lekcji powolności, które odebrałam w tym kraju.

Na kolejną nie musiałam czekać długo: wcześnie rano obudziły mnie nawoływania muezinów z minaretów rozsianych po różnych częściach miasta. Głosy przeplatały się, nakładały na siebie, wdzierały gdzieś głęboko pod skórę. Były jak zaproszenie do zatrzymania się i oddania się chwili refleksji. Czas na pierwszą modlitwę, potem będą jeszcze cztery. Ich pory są święte, jak mogłam przekonać się pewnego razu w drodze, gdy autobus, którym jechałam, zatrzymał się, by wszyscy, razem z kierowcą, mogli się pomodlić.

Maroko to barwne domy i równie barwni ludzie. (Fot. Getty Images)

Gość w dom

Marokańczycy słyną z gościnności. Owszem, duże turystyczne miasta tę bezinteresowną gościnność trochę zagubiły, wystarczy jednak zejść z wycieczkowego szlaku, by wciąż jej doświadczyć. Mieszkańcy chętnie pomogą odnaleźć drogę, porozmawiają, a nawet ugoszczą przyjezdnego słodyczami i słodką herbatą. Kiedy podczas pierwszej podróży autobusem przyglądałam się ukradkiem innym pasażerom – a raczej wydawało mi, że tak to robię – w pewnym momencie wyciągnęła się do mnie ręka z czekoladą. Zjadłam kawałek, bo wiem, że poczęstunku się tu nie odmawia – to rzecz święta, ukłon w stronę osoby, którą chce się nim obdarować, okazanie jej szacunku oraz przyjaźni. Zwłaszcza jeśli częstują cię ich narodowym napojem.

Zielona herbata w połączeniu z marokańską miętą i bardzo dużą ilością cukru, postrzeganego jako symbol dobrobytu, pita jest tutaj bez ustanku. Mieszkańcy kraju żartobliwie nazywają ją marokańską whisky. Znaczenie ma również jej kolor: zieleń, która jest także kolorem proroka, przynosi według nich szczęście, a do tego symbolizuje płodność. A to w Maroku najbardziej cenione błogosławieństwo. Rodzina i spędzanie czasu w jej gronie to jeden z najważniejszych elementów życia. Dlatego, kiedy dają ci tu herbatę, wiedz, że dobrze ci życzą.

Ceremoniał nalewania słynnej słodkiej marokańskiej herbaty. (Fot. Getty Images)

Opowiem ci bajkę

Opowiadacze baśni to część długiej tradycji w Maroku. W kraju, gdzie odsetek ludzi niepiśmiennych jest ciągle wysoki, pełnią oni funkcję encyklopedii i skarbnicy wiedzy o świecie. Pomagają go zrozumieć, przetłumaczyć jego skomplikowane zasady, wyjaśnić to, co się nam przytrafia i co nas otacza. A czasami po prostu opowiedzieć zabawną i barwną historię, bo każdy potrzebuje rozrywki. Cokolwiek mówią, zawsze hipnotyzują i wciągają w swoją opowieść.

Na pierwszego z nich trafiłam w ciepły wieczór na marrakeskim placu Dżemaa El Fna. Popularny wśród turystów, przyciąga też tłumy mieszkańców, bo wieczorem wielu Marokańczyków wychodzi z domów, idzie na zakupy i coś zjeść. Na placu pojawiają się wróżbici, akrobaci, tancerze, połykacze ognia, sprzedawcy afrodyzjaków i preparatów do odprawiania tajemniczych rytuałów. Nieopisany gwar, śmiech i muzyka, a w powietrzu zapach dymu z przenośnych kuchni i woń przypraw. Moją uwagę przyciągnęła grupa osób, głównie mężczyzn, którzy stali lub kucali. Kiedy podeszłam bliżej, w środku kręgu zobaczyłam starszego człowieka. Siedział i coś opowiadał. Choć nie rozumiałam ani słowa, nie mogłam się oderwać od jego ekspresyjnych gestów i twarzy wyrażającej kalejdoskop emocji. Dla nas, ludzi Zachodu, to piękny dowód na to, jak ważna jest opowieść przekazywana ustnie. Ze smutkiem pomyślałam, jak rzadko – poza dzieciństwem – mamy szansę jej posłuchać.

Musee Yves Saint Laurent w Marrakeszu. (Fot. Getty Images)

Kultura zakupów

Z placu Dżemaa El Fna krok na lokalny bazar, suk. Można tu stracić głowę, a już na pewno się zgubić. Ale wszystkie suki wyglądają podobnie – to gęsta sieć uliczek, które skręcają, plączą się nawzajem, przechodzą jedne w drugie. Uliczki wypełnione są po brzegi straganami: kolorowe przyprawy, suszone owoce. W wyglądających skromnie warsztatach rzemieślniczych powstają przepiękne przedmioty. Skórzane wyroby – osobne stoiska z torbami, osobne z babooshami, czyli butami z charakterystycznym, zadartym do góry noskiem. Tkaniny, ceramika, ręcznie tkane dywany. Lampiony i lampy z barwnymi szkiełkami, pachnidła i tajemnicze mikstury. Metalowe dzbanki do herbaty i małe szklaneczki z barwnymi rysunkami. Na suku co chwilę jest się zaczepianym przez handlarzy, zwłaszcza jeśli człowiek zatrzymuje się przy jakimś stoisku. Odbierane jest to jako chęć kupienia towaru, poprzedzonego długim targowaniem. Bywa, że przy herbacie, którą sprzedawca nieraz częstuje zainteresowanego klienta. Jeśli nie chcemy czegoś kupić, lepiej nie pytajmy o cenę. Ignorowanie sprzedawców również nie jest dobrze widziane. To ludzie bardzo towarzyscy, którzy lubią nawiązywać kontakty. Są ciekawi innych, a że wielu z nich nigdy nie było poza Marokiem, a często nawet poza swoim miastem, warto się zatrzymać i poświęcić im chwilę na rozmowę. Tak, zwyczajna chwila uważności jest kluczem do serca każdego Marokańczyka.

Na lokalnym bazarze można stracić głowę, a już na pewno się zgubić. (Fot. iStock)

Towarzyska kąpiel

Nie poznał Maroka, kto nie był w hammamie. Publiczna łaźnia to niezwykle ważna część codziennego życia. Hammam łączy w sobie funkcje praktyczne i towarzyskie. A do tego element duchowy, bo czystość ciała jest niezwykle ważna przed przystąpieniem do modlitwy. Łaźnie znajdują się w medinach, czyli odpowiednikach naszego starego miasta, a Marokańczycy chętnie z nich korzystają – nawet ci, którzy mają w domu nowoczesną łazienkę. Dlaczego? Bo to świetne miejsce na oderwanie się od codzienności i – kolejna – okazja do pogawędki. Kobiety z dziećmi mają czas na spotkanie i rozmowę w swoim gronie. Do łaźni zabierają ze sobą ciemne mydło z oliwek i hennę w proszku. W tych położonych dalej od meczetów przyjezdni są mile widziani.

Hammam, czyli publiczna łaźnia, łączy w sobie funkcje praktyczne i towarzyskie. (Fot. iStock)

Niewidoczne dla oczu

Dom dla Marokańczyka jest ostoją prywatności i miejscem dla rodziny. Świadczy o tym już jego specyficzna architektura. Surowa ściana elewacji z drewnianymi drzwiami i małym okienkiem wygląda zawsze podobnie. Wszak Koran mówi, że nie należy się chwalić swoim bogactwem. Do tego dochodzi jeszcze chęć uchronienia się przed złym okiem, które powodowane jest zazdrością. Dlatego w rogu drzwi można dojrzeć talizman – poza urokiem chroni domowników przed złymi duchami. Z zewnątrz nic nie zapowiada tego, co jest w środku. A tam kryją się oaza spokoju i całe bogactwo. Tradycyjne domy, riady, mają wewnętrzny dziedziniec, na który wychodzą wszystkie okna i drzwi. O tym, jak prywatność i intymność są ważne dla Marokańczyków, świadczy jeszcze jeden szczegół, a mianowicie dwie kołatki na drzwiach: dolna dla członków rodziny i górna dla gości. Każda ma inne brzmienie. Wyższe usytuowanie kołatki dla odwiedzających wynika z tego, że kiedyś często przyjeżdżali oni na mułach. Nie musieli więc z nich zsiadać, aby zastukać.

Afgańskie powiedzenie: „Wy macie zegarki, my mamy czas”, można w pełni odnieść także do Maroka. Tu ludzie może mają niewiele, ale mają czas: na rozmowę, na spotkanie, na nieprzewidzianą przerwę w podróży. Pociąg spóźnia się trzy godziny, autobus zatrzymuje co kilkanaście kilometrów, bo a to patrol lokalnej policji, a to zatrzymujący go na skraju pasażerowie... Rozmowy toczą się swoim tempem, ktoś je, ktoś inny drzemie – nikt się nie denerwuje. Poza turystami. A ci też tylko na początku, bo i ja szybko przestałam myśleć, że nie dotrę na czas. Zdenerwowanie ustąpiło spokojowi. Tego niewymuszonego mindfulness brakuje mi teraz po każdym powrocie do Europy.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze