1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Ubranie jak druga skóra – rozmowa z projektantką Moniką Kamińską

Ubranie jak druga skóra – rozmowa z projektantką Moniką Kamińską

– Ukochanie siebie to zadbanie o siebie z każdej strony. Skoro sprawdzamy skład rzeczy, które jemy, możemy sprawdzać również skład tego, co nosimy – mówi Monika Kamińska, projektantka i właścicielka butiku przy ul. Niecałej 7 w Warszawie. (Fot. Anna Ulanicka)
– Ukochanie siebie to zadbanie o siebie z każdej strony. Skoro sprawdzamy skład rzeczy, które jemy, możemy sprawdzać również skład tego, co nosimy – mówi Monika Kamińska, projektantka i właścicielka butiku przy ul. Niecałej 7 w Warszawie. (Fot. Anna Ulanicka)
Dbanie o swoje ciało to nie tylko zabiegi w SPA, ale również ubieranie je we właściwe rozmiary i materiały, które pozwalają mu oddychać – przekonuje projektantka Monika Kamińska.

Po co, a może też kiedy przychodzą do pani pracowni kobiety?
Zwykle pojawiają się, kiedy mają już dość niedopasowanych ubrań i związanej z tym niewygody. Dość chodzenia w plastikowych ubraniach z poliestru, akrylu czy poliamidu i szukają czegoś, co jest przyjazne dla skóry. A my szyjemy wszystko z naturalnych tkanin.

Dbanie o swoje ciało to nie tylko zabiegi w SPA, ale również ubieranie je w materiały, które pozwalają mu oddychać. Syntetyczne włókna często powodują podrażnienia lub wysypki, dlatego lepiej ich unikać, sprawdzać metki. Wtedy dajemy swojemu ciału naprawdę dużo dobrego.

Czyli podstawa to materiał. A co z tych naturalnych tkanin chcą zwykle szyć klientki?
Wiele kobiet chce podkreślić strojem swoją wypracowaną sylwetkę, jak mówią: nie po to schudły, żeby zakładać na siebie worek. Chociaż sama uwielbiam oversize, to rozumiem takie podejście. Warto jednak pamiętać, żeby nie przeginać w drugą stronę i nie wciskać się na siłę w za małe ubrania. To nie służy ani naszej głowie, ani ciału.

Czy pani klientki dostrzegają swoje atuty czy może widzą tylko wady?
Niestety, przeważa ta druga opcja. Na dodatek w 99 proc. są to jakieś mankamenty kompletnie wyimaginowane. Bardzo przykro tego słuchać. Kobiety chcą czasem nawet ukryć swoje kolana. Choć nie mieszkają w Pałacu Buckingham, żeby musieć je zakrywać. Na drugim miejscu zawsze pojawiają się tzw. pelikany, czyli obwisłe ramiona. Zarzuty mają do każdej części ciała: od za krótkiej szyi, przez za szerokie plecy, aż do zbyt masywnych kostek u nóg, to zresztą podobno był też problem Marilyn Monroe.

W przymierzalni raczej nie słyszę: „Mam pięknie zarysowane kości obojczykowe, więc chciałabym bluzkę z większym dekoltem”. Jest raczej odwrotnie: „Proszę ukryć mi dekolt, bo mam tutaj niesymetrycznie ustawioną kostkę”. Kobiety potrafią wymyślić dosłownie wszystko. Celowo używam tego słowa „wymyślić”, bo patrząc z zewnątrz, tych mankamentów nie dostrzegamy.

A czy wstydzą się swojego ciała? Wstydzą się przed panią rozebrać?
W sklepie oczywiście nie istnieje ten problem, bo korzystamy z przebieralni. Do samego zdjęcia wymiarów nie trzeba się aż tak rozbierać, ponieważ my potrzebujemy wymiarów krawieckich, a nie wymiarów ciała. One zawsze są większe i przewidują pewien zapas. Więc można mierzyć się w dopasowanym ubraniu, nie trzeba stać nago. Ale moje obserwacje z życia pokazują, że jednak się wstydzimy. Kiedy jeszcze można było chodzić na siłownię czy basen, to zaobserwowałam, że wiele kobiet nie przebiera się bezpośrednio na ławce przy szafkach, tylko idzie do przebieralni lub do toalety. Nie wiem, czy to wstyd przed sobą czy przed innymi kobietami, ale jest to dość popularne zjawisko. Zresztą podobnie jest w saunie. W Polsce bardzo dużo osób wchodzi do sauny w kostiumie, czego nie powinno się w ogóle robić, dodatkowo owija się ręcznikiem, na którym powinno się tylko siedzieć. Może jesteśmy dość wstydliwym narodem. Ciągle coś ukrywamy albo przed sobą, albo przed światem.

A przecież coraz więcej mówi się o ciałopozytywności i akceptacji tego, co mamy, dostrzegania siły naszego ciała, jego możliwości...
Od deklaracji do prawdziwego życia jest daleka droga. Na razie nie obserwuję jakiejś zmiany postrzegania siebie u moich klientek. Faktycznie coraz więcej influencerek na Instagramie porusza tę kwestię. Ale zauważyłam też, że ciałopozytywność skręca w jedną stronę. Uczymy się kochać nasze krągłości, kobiece biodra, biusty, całe ciało wraz z jego niedoskonałościami, a z drugiej strony odbiera się szczupłym osobom prawo do bycia ciałopozytywnymi, tak jakby one nie mogły mieć kompleksów. Uwagę na to zwraca influencerka Kate Zach, która mówi o akceptacji swojego ciała, a spada na nią wiele krytyki, ponieważ jest bardzo szczupła... Tak jakby ciałopozytywność funkcjonowała od pewnego rozmiaru.

W Internecie niestety łatwo kogoś skrytykować...
To właśnie komentarze pod zdjęciami lub jakaś rzucona przez kogoś uwaga w dużej mierze przyczyniają się do kompleksów. Pod swoimi zdjęciami znajdowałam wpisy typu: „tyle ćwiczy, a nadal gruba”, a miałam wtedy rozmiar M. Można nawet nie mieć kompleksów, ale się o nich dowiedzieć od „życzliwych” osób.

Ja jeżdżę na rolkach, a w zimę na panczenach. Wrzuciłam zdjęcia panczenistek z olimpiady i dostałam bardzo dużo wiadomości w stylu: „czy widziałaś, jakie one mają uda?!". Pokazałam wysportowane zawodniczki, które w bardzo trudnej dyscyplinie osiągnęły wiele, a i tak najważniejsze były ich uda... Rzeczywiście mnie od treningów też rozrosły się mięśnie i zmienił się rozmiar ubrania, i wiele osób było zaniepokojonych faktem, że jeszcze trochę i będę nosiła XL, tak jakby było w tym coś złego.

No właśnie panuje u nas kult rozmiaru, a dokładnie literki lub cyferki na metce. Dla wielu kobiet bardzo ważne jest, żeby zmieścić się w S.
Niektóre klientki na siłę wciskają się w za małe ubrania, tylko dlatego, że uważają, że skoro całe życie nosiły rozmiar M, to jeśli założą L, będzie to znaczyło, że przyznają się do porażki. Kupują więc ciągle M, ledwo się zapinają i nie mają świadomości, że gorzej wygląda się w za małym rozmiarze, niż w prawidłowo dobranym, nawet większym.

Wiele osób ta rozmiarówka w sklepach wpędza w kompleksy, bo nie pasują do niej. Mają nietypowe wymiary w pewnych miejscach, np. szersze biodra, większy biust lub są bardzo drobne.
To normalne, że możemy mieć inny rozmiar na górze, a inny na dole. Trzeba to zaakceptować. U nas wszelkie garnitury, komplety można kupić oddzielnie (i dół, i górę) i pomieszać rozmiary. Oczywiście zawsze można również uszyć na miarę, ale każde gotowe ubranie można też dopasować do sylwetki. Jak ktoś ma szersze biodra, a wąską talię, to naprawdę wystarczy prosta poprawka krawiecka: złapanie dwóch zaszewek; spodnie też szyjemy z zapasem, więc można je bez problemu wydłużyć. Nie ma nic nienormalnego w tym, że nie pasujemy do uśrednionej rozmiarówki. Takie poprawki wykonamy w każdym punkcie krawieckim, szybko i tanio, a zwiększy to komfort noszenia rzeczy.

Często jednak do tego krawca nie trafiamy, za to latami nosimy „nie swój” rozmiar.
Mamy tendencję do noszenia za dużych rzeczy, by się w nich ukryć, i nie myślę tu o kroju oversize, który jest czymś celowo powiększonym w każdym rozmiarze. Od razu kiedy ktoś wchodzi do butiku na spotkanie, w ciele widać, że czuje się niekomfortowo ze sobą, bo to nie jest prosty, pewny siebie chód. Sylwetka jest zwykle przygarbiona, ramiona pochylone do przodu. Zdarza się też często, że kiedy ktoś ma większy biust i próbuje to zamaskować albo zakłada za małą bluzkę, to nie ma jak normalnie się wyprostować, a nawet oddychać. Zresztą nawet noszenie za wąskich spodni wpływa na nasz oddech, wręcz uniemożliwia normalne oddychanie. Jestem z wykształcenia logopedą i znam ten problem od strony technicznej. Chodzi o to, że nie możemy wziąć poprawnego oddechu brzuszno-żebrowego, więc oddech staje się płytki, a nasz brzuch wzdęty. Ktoś nosi za małe spodnie, żeby ukryć brzuch, a w rezultacie jeszcze go powiększa.

Czy można powiedzieć, że osoby bardziej pewne siebie noszą rzeczy bardziej podkreślające figurę?
Aż tak nie możemy generalizować. Mamy teraz tyle trendów i taką modę, że właściwie codziennie możemy wyglądać inaczej. Ubieramy się zgodnie z naszym nastrojem. Często klientka w poniedziałek przychodzi do nas w dopasowanym garniturze, a w środę – w oversize'owym dresie. Wszystko zależy od jej planu dnia i nastroju.

A kolory? Podobno kiedy zaakceptujemy siebie, to często zaczynamy nosić się bardziej kolorowo. Wiele osób wybiera czarny, żeby się ukryć...
Z tym też różnie bywa, bo często wybiera się to rozwiązanie także wtedy, gdy mamy dość podejmowania decyzji – na przykład w przypadku przedsiębiorców. Nasze klientki stają się coraz bardziej odważne, co zauważyliśmy po przeanalizowaniu sprzedaży w firmie. Jeszcze cztery, pięć lat temu wraz z nadchodzącą jesienią najlepiej sprzedającym się kolorem stawała się szarość, a dziś szary sprzedaje się najgorzej. Wyprzedziły go biały, czerwony, zielony, a nawet pomarańczowy. Jednak nasze ulice jeszcze nie tryskają barwami. Są raczej szarobure, choć też większość Polek, biorąc pod uwagę analizę kolorystyczną, jest latem, więc w tych szarościach po prostu dobrze wygląda.

Czy ubranie uszyte na miarę zmienia podejście do własnego wyglądu? Czy jest formą zadbania o siebie? Ukochania siebie?
Przyznam, że większość zamówień szycia na miarę nie bierze się stąd, że ktoś chce jakoś szczególnie dopasować ubranie do sylwetki, a raczej dlatego, że chce zrealizować swoje wizje modowe. Ale tak, w odpowiednio dobranym stroju czujemy się dobrze, nic nas nie uwiera, nic nam nie przeszkadza.

Ukochanie siebie to zadbanie o siebie z każdej strony. Skoro sprawdzamy skład rzeczy, które jemy, możemy sprawdzać również skład tego, co nosimy. Wybierajmy tkaniny, które są przyjazne dla ciała, w których nasza skóra może oddychać. Ale również bierzmy pod uwagę ilość tego, co jemy – nie głodzimy się, ale też nie przejadamy. Podobnie nie nośmy czegoś za dużego ani za małego.

Monika Kamińska, właścicielka butiku przy ulicy Niecałej 7 w Warszawie, w którym oferuje ubrania, buty i akcesoria ready-to-wear oraz usługę szycia na miarę, www.monikakaminska.pl.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze