1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Czuła ogrodniczka i jej ogród na Kaszubach

Czuła ogrodniczka i jej ogród na Kaszubach

Agnieszka Hubeny -Żukowska, projektantka ogrodów, dziennikarka, absolwentka Hadlow College w Wielkiej Brytanii, Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu, SGGW w Warszawie i ASP w Gdańsku, gdzie wykłada projektowanie ogrodów na kierunku Architektura Przestrzeni Kulturowych. (Fot.archiwum prywatne)
Agnieszka Hubeny -Żukowska, projektantka ogrodów, dziennikarka, absolwentka Hadlow College w Wielkiej Brytanii, Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu, SGGW w Warszawie i ASP w Gdańsku, gdzie wykłada projektowanie ogrodów na kierunku Architektura Przestrzeni Kulturowych. (Fot.archiwum prywatne)
Dobrze jest mieć swój osobisty mały raj, dający radość i swobodę nie tylko nam, ale i roślinom. Jak stworzyć takie miejsce na własnej działce, a przy okazji zanadto się nie napracować – radzi Agnieszka Hubeny-Żukowska, projektantka ogrodów z długim stażem i międzynarodowymi nagrodami na koncie, a przede wszystkim czuła ogrodniczka, rozmawiająca z roślinami i trzmielami, kochająca nawet „wstrętne chwasty”.

Jej motto to ogród funkcjonalny, będący wytchnieniem, a nie miejscem pracy. Jeśli rośliny będą się w nim dobrze czuły, my z pewnością też. Agnieszka wie, co mówi, gdyż wraz z mężem Rafałem tchnęła życie w prawie trzysta ogrodowych przestrzeni w kraju i za granicą. Wcześniej wiele lat spędzili w ogrodach na Wyspach i uczyli się od najlepszych, m. in. guru angielskich ogrodników Johna Brookesa, mistrza naturalistycznych nasadzeń Pieta Oudolfa czy u ogrodnika samego Winstona Churchila. Teraz prowadzą własną Pracownię Sztuki Ogrodowej, tworząc ogrody będące mieszanką miłości do roślin, angielskiej precyzji, nowojorskiej nowoczesności i tak modnej ostatnio swobody łąk kwietnych. Przede wszystkim jednak pielęgnują swój osobisty raj na działce w Blizinach na Kaszubach, gdzie przenieśli się z Gdańska.

Czy wszędzie można stworzyć swój własny mały raj?
Oczywiście! Wystarczy spojrzeć na mój ogród, położony w kaszubskim trójkącie bermudzkim (śmiech). Zdarza się, że w ciągu roku różnica temperatur wynosi tu 72ºC: w zimie - 36º, latem + 36º. Stałym mieszkańcem, oprócz nas, psów i kotów, jest porywisty wiatr. Smagane nim rośliny mają „grubą skórę”. Do tego trudna kaszubska ziemia… A zresztą ogród na nowojorskim Bronksie też zakładałam w ekstremalnych warunkach, w dniu zamachu na wieże World Trade Center. Konieczna była ewakuacja, ale ogród pozostał i do dzisiaj jest w dobrej kondycji.

O ewakuacji z Blizin jednak nie myślisz? Mieszkasz tu już od 10 lat.
Przecież z raju się nie ucieka! Mój ogród jest dowodem na to, że krainę marzeń można stworzyć wszędzie. I pocieszeniem dla milionów właścicieli działek, przekopujących grządki i Internet w poszukiwaniu recept na zielony sukces, toczących nierówną walkę z mrozem i perzem, który rozrasta się szybciej niż irys, czy jeżówka. Ogród to obraz 10D, działający na wszystkie zmysły, pełen barw, kształtów, zapachów, dźwięków… Nie można zaplanować go w sekundę, rządzą nim bowiem pory roku, kaprysy aury, trendy.

No właśnie, porozmawiajmy o zielonych trendach. Jakie obowiązują w tym roku?
O tym, co jest modne, wyrokują słynni kreatorzy ogrodów (np. Chris Beardshaw, Cleve West, Juliet Sargeant), zjeżdżający rokrocznie na wystawę ogrodniczą Chelsea Flower Show w Londynie. Prezentowane tam pokazowe ogrody są podziwiane przez miliony i… rodzinę królewską. Ten rok upływa pod hasłem ekologii, swobody i wygody. Równo przystrzyżony trawnik otoczony iglakami jest passé. Zastąpiła go malownicza łąka kwietna.
Hitem są swobodne kształty, malownicze kępy roślin, potargane trawy i falujące łąki, kontrastujące z mocnymi sylwetkami drzew i krzewów. Ogrody są naturalne i często… jadalne, kuszą sałatą, pietruszką, rzodkiewką. Nawet Michelle Obama zamieniła część trawnika przy Białym Domu w warzywnik. Zasługi w propagowaniu upraw ekologicznych ma też książę Karol.

fot. Agnieszka Hubeny -Żukowskafot. Agnieszka Hubeny -Żukowska

Ponoć ogrodowy świat oszalał na punkcie równowagi biologicznej. O co tu chodzi?
Chodzi o stworzenie tzw. zrównoważonego ogrodu, który sam o siebie zadba. Jest pełen różnorodnych roślin dobranych tak, żeby dobrze się czuły i by cały czas coś kwitło. Sadzimy je gęsto, piętrowo – wówczas ograniczą wzrost chwastów i ochronią grunt przed wysychaniem. Taki ogród tętni życiem, gdyż jest pełen roślin miododajnych, nie zgrabionych jesienią liści, nie ściętych przed zimą suchych pędów bylin, w których zimują owady i drobne ssaki.
Tymczasem nasze sterylne ogrody z regularnie koszonym trawnikiem nie są dobrym miejscem do życia dla pożytecznych żyjątek. A jak one znikną, pojawią się szkodniki, wraz z nimi chemiczne preparaty. Nie róbmy więc jesiennych porządków – poczekajmy wiosny! I pamiętajmy, że aksamitki posadzone obok róży odstraszą mszyce, a ozdobne czosnki – nornice.
W ogrodzie, w którym ustali się równowaga biologiczna, zużywamy mniej chemii, wody i… sił. Pracę w zasadzie można ograniczyć do wiosennego usuwania suchych pędów i cięcia krzewów. Warto mieć w ogrodzie taki eko-balans.

Ogrody są pełne jeżówek, floksów, paproci i bylin, ale także naturalnie rozsiewających się kwiatów sezonowych.
Modny ogród to mozaika roślin o różnych kształtach i barwach. Teraz na przykład mieni się kwiatami roślin cebulowych – tulipany, hiacynty, czosnki dają magiczny efekt wiosną. Wystarczy wyjrzeć przez okno, sadzę ich w ogrodzie tysiące! Wszystko to swobodnie się rozrasta, wzajemnie przenika, kwitnie, pachnie. Modne są też kwiaty sezonowe, często pięknie się rozsiewające: łubiny, niezapominajki, malwy... . Niesłusznie kojarzymy je jedynie z „babcinymi ogródkami”.

fot. Agnieszka Hubeny -Żukowskafot. Agnieszka Hubeny -Żukowska

Łany bylin kołyszą się i szumią niczym morze. Nie przez przypadek trend zainicjowany przez słynnego projektanta Pieta Oudolfa nazywa się holenderską falą.
Koncepcja ta niczym fala zalewa ogrodowy świat – od dwóch dekad święci triumfy w Europie (zwłaszcza w Anglii, Holandii, Niemczech) i w USA. Do nas praktycznie jeszcze nie dotarła, co najwyżej musnęła prywatne ogrody projektantów i zieleń miejską. Jej znakiem firmowym są bylinowe łąki kwietne, aranżowane wokół drzew i krzewów wynurzających się z morza roślin. Ogrody takie mają wyglądać naturalnie, ale nie kopiują natury – są dokładnie zaplanowane, a rośliny tworzą piękne obrazy. Projektujemy je tak, by żyły własnym życiem, były przyjazne dla wszystkich stworzeń i wymagały jak najmniejszej ingerencji z naszej strony. Dopuszczalne jest lekkie zachwaszczenie, akceptowane są samosiejki.

fot. Agnieszka Hubeny -Żukowskafot. Agnieszka Hubeny -Żukowska

Z czego według Ciebie wynika popularność bylin? Może w tych niepewnych czasach mamy dosyć jednorazowości, a wraz z nią kwiatów sezonowych?
To również efekt mody na łąki kwietne, które w angielskim wydaniu – w przeciwieństwie do tych pojawiających się już w Polsce – składają się z bylin. Sadząc je trzeba pamiętać, że pożyją dłużej niż "kolor roku", którym właśnie okrzyknięto barwę… szarą. Wbrew pozorom to ona, wraz z odcieniami brązów, dominuje na bylinowych łąkach – wszystkie jej odcienie znajdziemy w liściach i pędach roślin. Barwne kwiaty są tylko dodatkiem. Na topie jest też biel, a wraz z nią białe ogrody.

W tej dziedzinie wyprzedziłaś modę i już dwa lata temu założyłaś w Blizinach biały ogród?
On w zasadzie nie jest biały, w naturze trudno o śnieżną biel. Mieni się odcieniami bieli, różu, limonki i światłocieniami na płatkach złocieni, szałwii, bratków, na srebrzystych lub pstrych liściach funkii, firletek czy brunner. Białe ogrody wcale nie są nowością. Pierwszy powstał w latach 30. XX w. przy zamku Sissinghurst w Wielkiej Brytanii. Biel ma wiele zalet: rozjaśnia cieniste zakątki, w upały daje wrażenie chłodu. Optycznie powiększa, a wieczorami odbija światło księżyca. Białe kwiaty świecą wtedy jak latarenki. Ale wcale nie jest moją ulubioną barwą, lubię wszystkie kolory. Tuż obok zakładam właśnie ogród czerwony, a łąka bylinowa nieopodal aż kipi kolorami. Unikam jednak sztucznych, ostrych barw, może dlatego nie uprawiam dalii. Nie lubię też udziwnionych odmian – wolę na przykład tradycyjne pojedyncze jeżówki od tych pełnych, pierzastych, które nie dają owadom tyle pyłku.

fot. Agnieszka Hubeny -Żukowskafot. Agnieszka Hubeny -Żukowska

Dobrze wiedzieć, co w światowej trawie piszczy. Może jednak lepiej przyjrzeć się życiu za płotem?
I zaprosić do ogrodu lokalne rośliny, często traktowane jak chwasty, np. osty, kępę pokrzyw, dziką marchew, w której wychowują się gąsienice pazia królowej i innych pięknych motyli. Te rośliny często same się do nas wpraszają. Do mnie na przykład przywędrowały śliczne firletki o drobnych fioletowych kwiatkach, rosnące dalej na naturalnej łące. Wędrują po ogrodzie, kwitną tu i tam i jest ich coraz więcej, co bardzo mnie cieszy. Zmienia się pojęcie chwastu, za które do niedawna uważane były nawet lilaki, kaliny, jaśminowce czy klony jesionolistne. Dzisiaj powróciły do łask, nie są już wycinane jak niepotrzebne „śmieciuchy”.

Jakie drzewa i krzewy królują na ogrodowych wybiegach?
Graby, klony, cisy i bukszpany, przycinane w geometryczne kształty oraz drzewa o ładnej korze, na przykład brzoza pożyteczna ‘Doorenbos’, z śnieżno białym pniem. Ukochane przez Polaków tuje na światowych wybiegach nie występują (śmiech). Chociaż nie mam nic przeciwko tym krzewom. To piękne rośliny, ale nieumiejętnie przez nas stosowane. Nie sadźmy ich w karnych szeregach. I nie wierzmy w to, że są niepotrzebne, czy nawet trujące. Gniazdują w nich ptaki, zimują owady, mogą tworzyć piękną strukturę ogrodu.

Polski ogrodnik często sam tworzy swój ogród. Takim Zosiom Samosiom udzielasz porad na antenie Radio Gdańsk. Czy zdradzisz, jak założyć ogród bez pomocy projektanta?
Najpierw trzeba przyjrzeć się działce i ocenić, co i gdzie będziemy robić: tu boisko, tam plaża, tu garden party, tam poranna kawa. Oceńmy warunki świetlne, włączmy do kompozycji drzewa. Nie można ich wycinać! A jeśli drzew na działce nie ma, to je posadźmy, będą nam dawać cień i schronienie ptakom. Nie tłumaczmy, że działka jest dla nich za mała. Jest tyle odmian małych drzew lub dużych krzewów. Preferuję te o naturalnych pokrojach np. jabłonie rajskie, jarzębiny, derenie jadalne, świdośliwy.
Tam, gdzie to konieczne, połóżmy nawierzchnie, najlepiej przepuszczające wodę, by deszczówka mogła wsiąkać z ziemię. Trawnik też się przydaje, zwłaszcza w okolicy domu. Ograniczmy go jednak do minimum i nadajmy mu w miarę prosty kształt – łatwiej będzie manewrować kosiarką. Pamiętajmy też o elementach małej architektury: murkach, schodach, ekranach, u nas niesłusznie traktowanych po macoszemu. I posadźmy rośliny. Początkującym ogrodnikom radzę wybrać te łatwe w uprawie, np. jeżówki, rozchodniki, funkie, liliowce, floksy, a z krzewów m.in. tawuły, hortensje bukietowe, forsycje. Eksperymentujmy – rośliny czasami pięknie rosną tam, gdzie – zgodnie z informacjami producentów – nie powinny. U mnie na przykład kochające słońce jeżówki ślicznie kwitną w półcieniu, pod brzozami. Domowe i ogrodowe wnętrza powinny się przenikać. Stosujmy w nich więc podobne materiały, barwy i faktury. Jeśli posadzkę w domowym salonie wykończyliśmy deskami, połóżmy podobne na tarasie, najlepiej ułożone w tym samym kierunku. Ustawmy meble i donice stylem nawiązujące do domowych sprzętów. Dodajmy miękkie poduchy, pled, latarenki, kilka bibelotów… I gotowe!

Łatwo powiedzieć, wykonać trudniej. Zwłaszcza, gdy ogród jest zacieniony, o złych proporcjach czy w rozmiarze przysłowiowej chustki do nosa?
Cień łatwo oszukać sadząc rośliny o jasnych, srebrzystych czy pstrych liściach, np. brunery, funkie, miodunki i stosując odbijające światło materiały, np. polerowaną stal, szkło, pleksi. Rośliny o jasnych liściach i kwiatach dają wrażenie lekkości i optycznie powiększają przestrzeń. Jeśli ogród jest długi i wąski poprawimy jego proporcje, prowadząc ścieżkę zygzakiem (prosta, niknąca w oddali optycznie go wydłuża), montując lustra na dłuższych bokach – pozornie poszerzą przestrzeń. W miniogrodach sprawdzą się przejrzyste i ażurowe elementy, na przykład ścianki i meble, nie przytłaczające przestrzeni. Można też zainstalować lustra, w których będą się odbijać fragmenty aranżacji, dając złudzenie większego ogrodu.

fot. Agnieszka Hubeny -Żukowskafot. Agnieszka Hubeny -Żukowska

A detale? One też są ważne…
Są jak przysłowiowa wisienka na torcie. W wolnych chwilach sama je tworzę z Rafałem, właściwie wszystkie elementy małej architektury i rzeźby w ogrodzie to nasze dzieło. Ukończyłam kurs wikliniarski i ceramiczny, ozdabiam więc ogród własnym rękodziełem - wiklinowymi kulami, ozdobami z gliny. Mąż pomaga w cięższych pracach i montażu ozdób w ogrodzie. W zeszłym roku skończyliśmy ceramicznego anioła ze skrzydłami ze stali kortenowskiej. Nazywamy go duszą białego ogrodu. Właśnie został zakwalifikowany do LICC 2020 (Londyńskiego Międzynarodowego Konkursu Twórczego) w kategorii Sztuka.

Słyszałam, że rozmawiasz z roślinami. O czym można z nimi pogawędzić?
Trochę ze mnie nawiedzona ogrodniczka (śmiech). Często rozmawiam z roślinami, chwalę je, że są takie piękne i dzielne. To element zielonej terapii – wszystkim polecam! Dyskutuję też z owadami. Zdarza mi się na przykład przenosić trzmiela na kwiat z pyłkiem. Wtedy proszę go, żeby mnie nie dziabnął – to działa!

fot. Agnieszka Hubeny -Żukowskafot. Agnieszka Hubeny -Żukowska

Od czasu do czasu warto też pogawędzić z sąsiadem?
Dlatego pozostawmy w ogrodzeniu czy w żywopłocie prześwit lub małe okienko – do pogawędek z sąsiadem, z widokiem na okolicę. Pamiętajmy też, że żywopłot to nie mur obronny, może być kolorowy i kwitnący. Jest wiele liściastych krzewów nadających się na żywopłoty: graby, ligustry, forsycje, pęcherznice.

Twój zrównoważony ogród radzi sobie sam. Czasami jednak musisz wkroczyć z sekatorem czy szpadlem?
Oczywiście, i niektóre prace bardzo lubię. Chyba najbardziej przycinanie – zwłaszcza formowanie „chmurek” z ligustru. Zawsze mam w kieszeni lub w torebce osobisty, własnoręcznie naostrzony sekator. Najbardziej nie lubię pielenia. Na szczęście rzadko to robię – usuwam tylko skrzypy i perz, dla nich jestem bezwzględna! Odchwaszczanie kłóci się z moim światopoglądem, nie uznaję pojęcia chwastu. Wystarczy spojrzeć na dziką marchew – kiedy zakwita na biało, jest piękna! Nigdy nie wyrzucam samosiejek, przesadzam je albo daję w prezencie.

fot. Agnieszka Hubeny -Żukowskafot. Agnieszka Hubeny -Żukowska

Pięknie to brzmi, pora więc trochę ponarzekać. Zakładając i pielęgnując ogrody popełniamy wiele grzechów...
W naszych ogrodach wciąż króluje schemat – trawnik pośrodku, rabaty na obrzeżach. Marnuje się tyle miejsca! Na trawniku sadzimy pojedyncze rośliny, które nie czują się najlepiej w trawie i utrudniają koszenie. Kochamy iglaki, bo nie śmiecą. Dzięki nim ogród jest ładny zimą, ale poza tym tchnie nudą. Boimy się innych roślin, bo stale się zmieniają, zanikają i przekwitają. Trudniej więc tworzyć z nich kompozycje. Nie rozumiem też mody na różaneczniki, które lubią zaciszne miejsca w półcieniu. Na nowych osiedlach pozbawionych drzew często czują się po prostu źle.
Polacy panicznie boją się chwastów! Żeby nie rosły, często powierzchnie kwietników wykładają włókniną lub czarną matą. A przecież wystarczy sadzić rośliny gęściej – nie tylko utrudnią wzrost chwastom i je zamaskują, ale będą też lepiej wyglądać. Mata jest również barierą dla dżdżownic i tlenu, bez którego giną w glebie wszystkie organizmy. W takiej ziemi nic potem nie wyrośnie.
Wysypujemy, zwłaszcza małe ogrody, kamieniami i żwirem. Powstaje kamienna pustynia. Posadzone na niej pojedyncze rośliny męczą się w upały pod warstwą rozgrzanych kamieni, na których dodatkowo osiada pył. A to koszmar dla alergików. W takim ogrodzie nie znajdzie pokarmu ani kryjówki żaden ptak czy owad.
Zamęczamy rośliny nadopiekuńczością, stale je dokarmiamy, podlewamy. I hodujemy wychuchane „dzieciaczki”, nie radzące sobie w ogrodowym życiu. One muszą się hartować, walczyć o pokarm, wodę, światło. Wtedy są silniejsze, niższe, bardziej zwarte i odporne.

Jednym słowem chuchamy i dmuchamy na nasz mały raj, a potem narzekamy na brak czasu i ból kręgosłupa?
No właśnie. Czas zmienić podejście do ogrodu. Powinien być on źródłem radości i miejscem do relaksu, a nie ciężkiej pracy. Nie obciążajmy się niepotrzebnymi czynnościami! Ja tak robię i każde wyjście do ogrodu jest dla mnie przyjemnością.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Czy zabraknie nam wody?

My oszczędzając wodę, jesteśmy kroplą w oceanie. Pamiętajmy jednak, ze ocean składa się właśnie z tych kropli. Ilość wody na kuli ziemskiej się nie zmienia, ale zmniejsza ilość wody słodkiej. (Fot. iStock)
My oszczędzając wodę, jesteśmy kroplą w oceanie. Pamiętajmy jednak, ze ocean składa się właśnie z tych kropli. Ilość wody na kuli ziemskiej się nie zmienia, ale zmniejsza ilość wody słodkiej. (Fot. iStock)
Odkręcasz kran… i nic. Sucho. To na razie, przynajmniej w Polsce, nam nie grozi, ale istotne jest sformułowanie „na razie”. Bo klimat się ociepla, a ilość słodkiej wody na kuli ziemskiej zmniejsza. Co możemy zrobić, żeby nie dopuścić do katastrofy? Warto o tym pomyśleć. 17 czerwca obchodzimy Światowy Dzień Walki z Pustynnieniem i Suszą. Rozmawiamy z dr Jarosławem Suchożebrskim z Katedry Geografii Fizycznej Uniwersytetu Warszawskiego.

Co jakiś czas namawiają nas, żebyśmy pomagali budować studnie w Sudanie. I wiele osób się w to angażuje, wpłaca jakąś sumę – w poczuciu komfortu. Ratujemy Sudan, ale przecież nasze studnie nigdy nie wyschną, a w kranie zawsze będzie woda. Nawet jeśli jest susza, to przyjdzie deszcz, rzeki wzbiorą i będzie dobrze. Czy rzeczywiście będzie dobrze?
W tym roku mieliśmy sytuację wyjątkową, a właściwie taką, która powinna być normą. Czyli po długim okresie suchych wiosen wreszcie wiosna była mokra, więc na chwilę zażegnało to groźbę suszy. Ale już znowu zaczęło się robić sucho, opada poziom wody, zaraz znowu będzie problem.

Na czym właściwie polega ten problem? Przecież w końcu przyjdzie deszcz, żyjemy w takim klimacie, że deszcze u nas padają, częściej niż w Sudanie.
Problem polega na tym, że w naszym kraju pomimo mniej więcej stałej sumy opadu w ciągu roku, zmienia się ich rozkład w czasie i przestrzeni. Coraz częściej zdarza się tak, że mamy miesiąc czy dwa prawie bez deszczu i pojawia się problem suszy, a potem w ciągu kilku dni spadnie tyle opadu, ile powinno pojawić się w sumie w danym miesiącu. I nagle po suszy pojawiają się powodzie. A jeżeli mamy gwałtowne opady deszczu, to woda – głównie na obszarach miejskich, gdzie jest gęsta zabudowa, a podłoże jest uszczelnione – bardzo szybko spływa. Szybko spływająca woda nie zdąży wsiąknąć i zasilić wód podziemnych, czyli nie podniesie ich poziomu. A głównie właśnie z wód podziemnych korzystamy, by zaspokajać nasze potrzeby komunalne, szczególnie w mniejszych miejscowościach i na wsiach. Czyli nawet jeśli są opady, ale gwałtowne, to poziom wód podziemnych może cały czas opadać. To jedna sprawa. A druga – z roku na rok powtarzają się bezśnieżne zimy. To, co w dużej mierze zasila wody podziemne, to woda z topniejącego śniegu. Roztopy odgrywają bardzo dużą rolę w zapewnieniu odpowiedniej ilości wody w glebie na wiosnę, dla roślinności. Jeśli mamy bezśnieżną i bezdeszczową zimę, to te zasoby ulegają uszczupleniu i pojawia się problem suszy w rolnictwie.

I ma to związek ze zmianami klimatu, o których w ostatnim czasie dużo i głośno mówimy?
Tak, do tego dochodzi coraz wyższa średnia temperatura w ciągu roku. Chłodna wiosna w tym roku może być dla niektórych argumentem, że nic się nie dzieje, że żadnych zmian klimatu nie ma. Tylko pamiętajmy o tym, że mieliśmy bardzo ciepłą zimę. W kolejnych miesiącach średnia temperatura była wyższa niż w ciągu wielu lat. Chłodna i dość mokra wiosna nas uspokoiła, myślimy, że nie ma problemu, ale on jest. Narasta od wielu lat. Nawet jak się zdarzy rok czy dwa lata „normalne”, to nie załatwia sprawy, bo w skali kuli ziemskiej, ale też i naszego kraju, średnia temperatura rośnie.

A gdyby zabawił się pan w proroka: co nas czeka w najbliższym czasie?
Zawsze najtrudniej jest być prorokiem i to jeszcze wieszczącym nie najlepiej. Ale to, co można powiedzieć z dużą pewnością, tu hydrolodzy i klimatolodzy są zgodni: czeka nas nasilenie zjawisk ekstremalnych. Czyli burze z gwałtownymi opadami powodującymi powodzie, a potem długie okresy z suszą. Na to musimy być przygotowani i w miastach, i na wsi.

Ale możemy chyba liczyć na to, że w końcu wielkie mocarstwa się dogadają i wdrożą energiczny program naprawczy, żeby przeciwdziałać ocieplaniu się klimatu skuteczniej niż do tej pory?
Powiem szczerze, że ja tu jestem sceptykiem. Ta kula śnieżna już nabrała tempa, już się toczy i naprawdę trudno będzie ją teraz zatrzymać. Musiałoby to być jakieś rzeczywiście radykalne działanie, żeby zahamować wzrost średniej temperatury na kuli ziemskiej. Spójrzmy na to, co dzieje się z pokrywą lodową na morzach i oceanach. Lody Arktyki czy Grenlandii topią się coraz szybciej. Znikają lodowce górskie. To proces, który nabiera tempa i chyba nie da się go już powstrzymać. Raczej musimy się przyzwyczajać i adaptować do zmian klimatu. Bo ich nie zatrzymamy. Możemy co najwyżej próbować je spowalniać.

A co możemy zrobić my, zwykli ludzie, żeby w codziennym życiu jakoś ratować sytuację? Nauczyliśmy się już, żeby zakręcać kran podczas mycia zębów. Robimy to i często do tego sprowadza się nasza „pro-hydrologiczna” działalność.
To jest najprostsze i bardzo skuteczne! Oszczędzamy w ten sposób wodę słodką, a to z nią jest problem. My oszczędzając wodę, jesteśmy kroplą w oceanie. Pamiętajmy jednak, ze ocean składa się właśnie z tych kropli. Ilość wody na kuli ziemskiej się nie zmienia, ale zmniejsza ilość wody słodkiej.

Która jest nam niezbędna do życia.
Tak, to prawda. Oszczędzanie wody to jedno. Drugie to próba magazynowania tej wody, czyli jej retencjonowania. Najprostszy zaś sposób na jej magazynowanie, to pozwolić wodzie swobodnie wsiąkać. Zawsze mówię – ze smutkiem – że Polacy są fanami kostki bauma. Wszystko jest nią wykładane albo zalewane asfaltem. Sami niejako w ten sposób napędzamy problem, bo pozwalamy, żeby woda szybko odpływała z naszego otoczenia. Nie chcemy, żeby nas zalewało. Ale w ten sposób przesuwamy jedynie problem gdzie indziej. Czyli nas nie zaleje, woda odpłynie do kanalizacji i kłopot będzie gdzieś dalej, zaleje sąsiadów.

Z drugiej strony każdy chce dojść do domu suchą nogą, nie po błocie.
Zgadza się, ale są rozwiązania pośrednie. Nie musimy całej działki wykładać kostką bauma. Dla mnie kompletna zgroza to budowane teraz te osiedla, które nazywam kurnikami – betonowa kostka wszędzie i trzy metry kwadratowe wybiegu gdzieś za domami. A potem ludzie na tym betonie ustawiają rośliny w donicach i to ich jedyna zieleń. Woda, która spadnie podczas deszczu, nie ma gdzie wsiąkać, odpływa więc po powierzchni, zalewa garaże, powoduje powstanie powodzi miejskich.
Czyli kolejna rzecz to rozszczelnianie tych zabetonowanych powierzchni – dla miast to najlepszy sposób na radzenie sobie nie tylko z powodziami, ale i z suszami. Bo jeśli uda nam się skierować wodę do gleby, do wód podziemnych, to rośliny będą dłużej miały z czego czerpać i w ten sposób łagodzimy skutki suszy.
No i pieśń przyszłości – recykling wody, czyli wykorzystanie wody zużytej. Przykład: większość wody w naszym gospodarstwie domowym zużywana jest w toalecie, pod prysznicem, do mycia naczyń i prania. Ale woda z pralki czy zmywarki, szczególnie z procesów płukania, mogłaby być wykorzystywana do spłukiwania toalety. Do tego celu nie potrzebujemy przecież wody o jakości wody pitnej. Tak się gdzieniegdzie już dzieje.

Gdzie?
To na razie rozwiązania drogie, więc stosunkowo rzadko stosowane.

Rozumiem, że to jest kierunek, którym będziemy iść w przyszłości?
Tak. Kolejny i dużo łatwiejszy sposób to gromadzenie i wykorzystywanie deszczówki. Ona też może być używana nie tylko do podlewania ogródków, ale też np. do spłukiwania toalet. Powinniśmy dążyć do tego, żeby tego typu rozwiązania stały się powszechne.

Woda jest nam niezbędna do życia. Teoretycznie wszyscy to wiemy. Nikt nie wyobraża sobie, żeby mogło jej zabraknąć – a to przecież całkiem realne. Nie chcę nikogo straszyć, ale warto mieć tego świadomość. Troszczmy się więc o wodę!

  1. Styl Życia

Ewa Pajor – drobna, ale waleczna

Ewa Pajor często za plecami słyszała: „Babochłopy!”. Złośliwych komentarzy w sieci dotyczących kobiecej piłki stara się nie czytać w ogóle. (Fot. Paula Duda/PZPN)
Ewa Pajor często za plecami słyszała: „Babochłopy!”. Złośliwych komentarzy w sieci dotyczących kobiecej piłki stara się nie czytać w ogóle. (Fot. Paula Duda/PZPN)
Jest jedną z najbardziej cenionych piłkarek na świecie. Gra w ataku i na boisku potrafi zdziałać cuda. Ale też poza nim, bo historia 24-letniej dziś Ewy Pajor to świetny przykład na to, jak niemożliwe staje się możliwe. 

Artykuł pochodzi z archiwalnego wydania miesięcznika „Zwierciadło” (numer 8/2020).

Pod koniec kwietnia, w czasie izolacji, doszło do historycznego wydarzenia. Media donosiły, że Ewa Pajor, od kilku lat grająca w kobiecej Bundeslidze, przedłuża kontrakt z klubem VfL Wolfsburg na warunkach, których nie zaproponowano dotąd żadnej innej zawodniczce na świecie. W kontrakt wpisano klauzulę odstępnego w wysokości miliona euro. Gdyby Ewę chciał odkupić inny klub, właśnie tyle musiałby za nią zapłacić. To najwyższy transfer w historii kobiecej piłki nożnej. Przed Polką rekordzistką była Francuzka Kadidiatou Diani ze… 150 tys. euro odstępnego. Ktoś mógłby zaoponować, że milion euro to i tak śmieszna kwota w porównaniu z transferami gwiazd męskiego futbolu, gdzie już parę lat temu przekroczono trudną do wyobrażenia granicę 200 mln. Tak, historia sukcesu Ewy to po części opowieść o tym, jak bardzo różni się sytuacja zawodowych piłkarek i piłkarzy, o przepaści trudnej do przeskoczenia. Ale to jednocześnie opowieść dająca sporo nadziei, symbol zmian, których właśnie jesteśmy świadkami. A w oderwaniu od potężnej napędzanej przez astronomiczne zyski machiny, jaką jest dziś piłka nożna, po ludzku dowód na to, ile zdziałać mogą marzenia w połączeniu z talentem i ciężką pracą.

Siła sióstr

Za bramkę służyły im albo kołki wbite w ziemię, albo ramka zbita z deszczułek oparta o ścianę obory u kolegi Patryka, który był szczęśliwym posiadaczem piłki, więc to od niego zależało, kiedy będą grać. Czasu wolnego nie było zresztą bardzo dużo, przy tak dużym gospodarstwie, jakie prowadzili rodzice Ewy. Trzeba było pomagać przy krowach i na polu. Ich rodzinna miejscowość Pęgów, między Łodzią a Koninem, to w sumie kilkanaście gospodarstw. Wokoło łąki, pola: mnóstwo miejsca na uprawianie sportów. Zimą urządzali sobie z dzieciakami mecze hokeja na zamarzniętym stawie (kije wycięli sami z kawałków drewna, do dzisiaj zostały w domu na pamiątkę), ale piłka nożna była szczególnie ważna. W ich rodzinie najbardziej wkręcone były w futbol dziewczyny, ona i trzy siostry, jedynego z piątki rodzeństwa brata bardziej interesowało gospodarstwo. A one nie przepuszczały w telewizji żadnego ważnego meczu. Oglądały wyłącznie męskie drużyny, bo zwyczajnie innych w telewizji nie pokazywano. Grać lubiły wszystkie, ale złożyło się tak, że to Ewa straciła dla piłki głowę. Można jej było powtarzać: „Wracaj ze szkoły pierwszym autobusem do domu!”, a i tak, kiedy biegała po boisku, zapominała o wszystkim innym. O kurtce, czapce. Pamięta, że spodnie praktycznie zawsze miała brudne na kolanach. Już wtedy było widać, jaka jest szybka. Dziś różni ludzie, którzy pamiętają ją z tamtego okresu, wspominają, że niektóre jej akcje na boisku wyglądały wręcz komicznie. Że kiedy dorywała się do piłki, zostawiała wszystkich w tyle.

Ewa jest w trzeciej, może nawet drugiej klasie podstawówki. Grają akurat przeciwko szóstoklasistom, wielu z nich jest od niej – dosłownie – dwa razy większych. W pewnym momencie piłka z całą siłą uderza ją prosto w twarz. Trener zerka z niepokojem, podchodzi: „W porządku? Jesteś cała? Schodzisz?”. Decyzja zajmuje jej tylko chwilę. Ewa wyciera twarz: „Nie, gram dalej”.

– Drobna, ale waleczna – śmieje się dzisiaj. – Nigdy nie odpuszczałam.

I podkreśla, jak wiele zawdzięcza trenerowi Piotrowi Kozłowskiemu. Człowiekowi, dzięki któremu dzieciaki ze szkoły w maleńkim Wieleninie nie tylko lubiły lekcje WF-u, ale i wygrywały – w różnych dziedzinach – w turniejach na poziomie wojewódzkim, a nawet ogólnokrajowym. I który słowem się nie zająknął, kiedy drobna dziewczynka oznajmiła, że chce grać w nogę z samymi chłopakami. Po prostu dał jej szansę, a potem, kiedy dziesięcioletnią Ewą zainteresował się Medyk Konin, jeden z najmocniejszych i najsłynniejszych kobiecych klubów w naszym kraju, woził ją cierpliwie do Konina na treningi, mecze, zgrupowania. Drugą z osób, które miały na Ewę ogromny wpływ, jest Nina Patalon. Znana postać kobiecego futbolu. Trenerka Medyka, selekcjonerka reprezentacji Polski, jedyna kobieta w naszym kraju z licencją UEFA Pro, Koordynatorka Szkolenia Piłki Nożnej Kobiet PZPN. Walcząca o polskie piłkarki jak lwica.

Relacja Ewy z nią jest wyjątkowa, bo też Nina Patalon jest świetna nie tylko w wyłuskiwaniu i szlifowaniu talentów. Wiele z jej podopiecznych, żeby grać w klubie, musi opuścić rodzinne strony, a słynna trenerka je wychowuje i się nimi opiekuje.

Ewa Pajor wierzy, że mentalność da się zmienić. Nawet z dnia na dzień. (Fot. Ewa-Pajor.com)Ewa Pajor wierzy, że mentalność da się zmienić. Nawet z dnia na dzień. (Fot. Ewa-Pajor.com)

Skok w dorosłość

Przepłakały całą drogę do Konina. 12-letnia Ewa razem ze starszą o rok siostrą Pauliną umówiły się, że przeprowadzają się i zamieszkają w bursie we dwie, tak będzie raźniej. Paulina specjalnie dla Ewy zmieniła szkołę. Kolejne lata spędzone w Medyku Konin to także sporo łez, ale i spektakularne sukcesy. Pajor – znowu rekord – miała 15 lat i 133 dni, kiedy zadebiutowała w ekstralidze. Strzelała bramki, będąc w jednej drużynie z trzydziestoparoletnimi, doświadczonymi zawodniczkami. Po dwóch mistrzostwach i trzech pucharach Polski dostała z Niemiec propozycję, żeby przejść do Bundesligi. Szansa nie tylko na granie z największymi gwiazdami kobiecego futbolu, ale też w warunkach, na jakie piłkarki w Polsce nie mogą liczyć. Kilkukrotnie większy zespół trenerów, fizjoterapeutów, obsługi technicznej, opieka lekarska, cała infrastruktura. Nie mówiąc już o tym, że w naszym kraju zawodniczki w zdecydowanej większości klubów nie mają szans, żeby utrzymać się z grania.

Ewa wiedziała, że takim klubom jak Wolfsburg się nie odmawia, ale też miesiącami zbierała się do decyzji o kolejnej przeprowadzce, jeszcze dalej od bliskich. Wyjechała, mając 18 lat, w środku lata. Z Pauliną. Umówiły się tak samo, jak wtedy, kiedy jechały do bursy. Że się wspierają, razem będzie łatwiej. Ewa mówi, że dzięki Paulinie zdołała w ogóle przetrwać ten początkowy czas.

Poziom był niesamowicie wysoki, na boisku wciąż słyszała, że ma grać mocniej. Tymczasem dopadł ją kryzys zdrowotny. Badania wykazały, że ma poważną anemię. To ten moment, kiedy postanowiła zrewolucjonizować dietę, przekonała się, jaki ma wpływ na formę. I jeszcze oczy – sama się dziwi, najwyraźniej grała „na pamięć”, bo widziała naprawdę słabo, nie pomagały już żadne soczewki. Klub skierował ją do specjalistów, okazało się, że ma poważne problemy ze stożkiem rogówki, do tej pory przeszła dwie operacje. Po drodze, mimo tych przeszkód, z zawodniczki, która adaptowała się do nowych warunków, Pajor wyrosła na bohaterkę. W ubiegłym sezonie zdobyła 24 bramki w 19 meczach. Od pięciu lat mieszka w żyjącym piłką i motoryzacją (ze względu na fabrykę Volkswagena) Wolfsburgu, ale jest też gwiazdą polskiego futbolu. Gra w reprezentacji kraju, ich cel to awansować do najbliższych mistrzostw Europy.

Jak najszybciej

Przyznaje, że kiedy trafiła do Niemiec, marzyła tylko o tym, żeby nie zwracać na siebie uwagi. Koleżanki w dobrej wierze dopytywały, jak się ma, a ona robiła wszystko, żeby jak najpóźniej wejść do szatni i jak najszybciej się z niej potem ulotnić. Nie miała odwagi się odezwać. Dzisiaj potrafi z tego żartować. Do Pęgowa tęsknić będzie zawsze („Cała nasza rodzina jest bardzo emocjonalna. Do tej pory, jak wyjeżdżam od rodziców, jest płacz, tacie jeszcze trudniej się powstrzymać od łez niż mamie”), ale też życie weszło na odpowiednie tory. Jej siostra w Niemczech ułożyła sobie życie, nadal lubią ze sobą spędzać wolny czas. Ewa podziwia słynne piłkarki, kibicuje im w walce o lepsze warunki w kobiecym futbolu. To wspaniale, że wykrzykują głośno, co myślą. Ona sama, zgodnie ze swoją naturą, mówi niewiele, ale uważa, że walka na boisku robi swoje. Bywało, że jeszcze w Polsce za plecami słyszała: „Babochłopy z Medyka!”. Złośliwych komentarzy w sieci dotyczących kobiecej piłki stara się nie czytać w ogóle. Wierzy, że mentalność da się zmienić nawet z dnia na dzień. Wystarczy spojrzeć, jaką popularnością cieszą się mecze ekstraklasy. Na kobiecym mundialu to, jak Brazylijki grały z reprezentacją Francji w samej Brazylii, oglądało ponad 35 mln kibiców. Ludzie chcą po prostu oglądać dobry sport.

Ewa: – Mężczyźni mają więcej siły, ale tak naprawdę niczym innym się ich piłka nie różni. My też potrafimy świetnie grać technicznie, strzelić piękną bramkę. Trzeba nas tylko zacząć oglądać.

Wie doskonale, jak potężna jest siła przykładu. W pierwszej klasie podstawówki była w szkole jedyną piłkarką. To było ważne doświadczenie, bo w mieszanych składach dziewczynki dobrze się rozwijają, mniej więcej do 15. roku życia mogą konkurować z kolegami. Ale kiedy Pajor podstawówkę kończyła, uzbierała się cała drużyna dziewczyn. Jej szkolny trener Piotr Kozłowski dzisiaj szkoli również piłkarki.

Ostatnio odezwała się do niej na Instagramie pięciolatka. Pytała, co robić, żeby być taka jak Ewa.

  1. Styl Życia

Rafting – adrenalina i kontemplacja

Jest akcja, zabawa, ale są też chwile kontemplacji - pisze dziennikarka Jolanta Maria Berent, która na własnej skórze sprawdziła na czym polega wyjątkowość raftingu. (Fot. iStock)
Jest akcja, zabawa, ale są też chwile kontemplacji - pisze dziennikarka Jolanta Maria Berent, która na własnej skórze sprawdziła na czym polega wyjątkowość raftingu. (Fot. iStock)
Adrenalina i kontemplacja. Praca zespołowa i rywalizacja. Okazja do wyjścia poza strefę komfortu. To tylko kilka powodów, dla których warto spróbować raftingu. Dziennikarka Jolanta Maria Berent sprawdziła to na własnej skórze w Słowenii.

Na rynku rozwojowym znajdziesz kilka sposobów na to, żeby zmierzyć się z tym, co cię blokuje, powstrzymuje przed sięganiem po więcej. Chodzenie po rozżarzonych węglach, łamanie strzały grdyką czy deski ciosem karate. To ćwiczenia obliczone na wykonanie pewnego kroku – nie tyle ku przepaści, co w stronę własnej siły, pewności siebie. Sygnał dla podświadomości, że otwierasz się na nowe. Że – owszem, możesz odczuwać lęk, ale gotowa jesteś go przekroczyć.

Mimo to kiedy podczas wyjazdu z grupą dziennikarzy do Słowenii zaproponowano nam rafting – spływ pontonem po rwącej, górskiej rzece (piękna, szmaragdowa Socza plus Alpy Julijskie) – początkowo nie paliłam się do tego pomysłu. Woda nie jest moim ulubionym żywiołem, a do tego lało jak z cebra. Sam koordynator wyjazdu odradzał przedsięwzięcie. I wtedy zapaliła mi się lampka: cóż za wspaniała okazja, żeby spotkać się z tym żywiołem! Jak mogłabym ją zmarnować?

Jakoś to będzie

Z naszej pięcioosobowej grupy na udział w wyprawie decyduje się poza mną tylko jedna osoba. Wsiadamy do busa podstawionego przez organizatorów spływu, jedziemy do miejsca, gdzie dostajemy niezbędne wyposażenie: gumowe buty, dwie części kombinezonu, kask, kapok. Gdzie się przebrać? Jak to gdzie? Na brzegu rzeki! Zaczynam się zastanawiać, czy to był dobry pomysł. Próbuję porozumieć się z sąsiadem – okazuje się, że to nauczyciel grupy młodych uczniów szkoły ogrodniczej z Belgii. Są lepiej przygotowani niż ja: mają ręczniki i stroje kąpielowe. Ktoś uprzedził ich, że pod kombinezonem może zostać tylko dolna część bielizny. Nas nie. OK, dodatkowa bariera do przekroczenia. Jakoś to będzie.

I jakoś jest – na polanie, do której dojeżdżamy, nawet się specjalnie nie zasłaniamy. W końcu każdy jest zajęty sobą i rozpracowywaniem poszczególnych części ekwipunku. Koleżanka przekonuje mnie, że zamek w kombinezonie powinien się zasuwać od spodu. Rezultat: zakładamy strój na lewą stronę. Jakoś to będzie – uczepiłam się tej mantry.

Przewodnik woła grupę do pontonu, udziela niezbędnych instrukcji. Jak siedzieć, gdzie trzymać nogi, jak operować ciałem. Jak chwycić wiosło, jak nim poruszać. Co zrobić, kiedy wpadnie do wody. Wreszcie: jak postępować, kiedy trafi tam któryś z członków załogi. Jeśli to twój sąsiad, wciągasz go z powrotem za kapok. Jeśli ty, układasz się stopami w stronę nurtu – mówiąc bardziej obrazowo, „nogami do przodu”. W szeregach wyczuwa się lekki niepokój. Zaczynamy zdawać sobie sprawę z powagi sytuacji. Podejrzewam, że to część przedstawienia, że Theo (prosi, żeby koniecznie podać jego imię) celowo podkręca atmosferę. Tak czy inaczej adrenalina jest już na odpowiednim poziomie – możemy wyjść z pontonu i znieść go po stromej skarpie na brzeg rzeki. Pierwszy kontakt z wodą robi wrażenie. Jest zimna, jest wzburzona. Jest mokra. Szarpie pontonem, rzuca nim w górę i w dół, obraca. Pokazuje, kto tu rządzi.

Z wodą nie przelewki

Sprawdzamy, jak wprawki „na sucho” przekładają się na prawdziwe wiosłowanie. Czy my w ogóle mamy wpływ na cokolwiek. Okazuje się, jak ważne jest utrzymanie odpowiedniego rytmu, synchronizacja z towarzyszami podróży. Niezłe ćwiczenie dla zespołu – uczy zgodnego działania we wspólnym celu. Każda ręka się liczy, każdy ma swój wkład. Uczymy się figury zwanej piramidą: wszystkie wiosła piórami do góry, łączymy je nad głowami, wydajemy okrzyk bojowy. Kiedy zaczynamy się czuć nieco pewniej, pojawia się element rywalizacji – wyścigi z innymi załogami. Inna konkurencja: kto kogo skuteczniej ochlapie, wzbijając wiosłem fontanny. Nie ma gdzie się schować, woda z każdej strony! I jeszcze fotograf, podążający w kajaku naszym tropem, w poszukiwaniu co bardziej atrakcyjnych ujęć...

Jest akcja, zabawa, ale są też chwile kontemplacji. Co jakiś czas przewodnik prosi, żeby oprzeć wiosła na kolanach. Milknie. To te odcinki rzeki, na których nie trzeba z nią walczyć. Rozluźniamy się, pozwalamy, by nas niosła. Podziwiamy potęgę gór wokół, nasycenie kolorów. Zwłaszcza że wyszło słońce. Theo opowiada o okolicznych wodospadach i jaskiniach, o wydarzeniach związanych z tym miejscem. Podczas I wojny światowej przez dolinę Soczy przechodziła linia frontu, armie włoska i austriacko-węgierska stoczyły tu dwanaście krwawych bitew. Do tych miejsc i wydarzeń nawiązuje Hemingway w „Pożegnaniu z bronią”. Jest też wątek kinematograficzny – okazuje się, że w okolicy kręcono zdjęcia do drugiej części „Opowieści z Narnii”. Przypominam sobie dreszczowiec „Dzika rzeka”, w którym Kevin Bacon prześladował płynącą pontonem po Kolorado Meryl Streep. Theo potakuje: zawsze jakiś psychopata może się czaić za krzakiem. Zdaje się, że już nawet nastolatkowie mu nie wierzą.

Skacz i nie myśl

Tymczasem największe dreszcze dopiero przed nami. Właściwie była to typowa cisza przed burzą. Przewodnik zapowiada kolejny punkt programu: za chwilę będzie odliczał, na „trzy” wszyscy mamy wyskoczyć. Nie wierzę własnym uszom, to musi być kolejny żart! Ale nie: wygląda na to, że oczekuje się od nas skoku na głęboką wodę. No, chyba że nie jest tu zbyt głęboka. Na hasło „trzy” wciąż siedzę w pontonie, zajęta wewnętrzną walką. Jakaś część mnie mówi, że po co, że to głupie: nie muszę ryzykować, udowadniać czegokolwiek komukolwiek. Ale jest i inna, która twierdzi: „Nie jesteś gorsza. Co ci zależy. Masz kapok. Jeśli tego nie zrobisz, pożałujesz. Doświadczenie będzie niepełne. Teraz albo nigdy!”. Skaczę i... nie jest zbyt miło. Uwierzyłam, że – skoro jesteśmy blisko brzegu – woda będzie płytka. Nie jest. No ale od tego między innymi jest przewodnik – żeby wciągnąć wszystkich za kapoki z powrotem do środka.

Z czym zostajesz? To może być duma i ulga. Przypływ energii. Poczucie świeżości (nie tylko z powodu wody w butach). Na pewno satysfakcja: że spróbowałaś czegoś nowego, że dzieliłaś z innymi to doświadczenie, dołożyłaś swoje wiosło (czyli poczucie sprawczości). Ale też, że zaufałaś. Wodzie, przygodzie, innym ludziom. Sobie. Że dałaś radę. Z ręcznikiem czy bez. Właściwie to mogłabyś teraz przenosić góry. Tylko po co? Wygląda na to, że są na swoim miejscu.