1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Dziś Światowy Dzień Oceanów

Dziś Światowy Dzień Oceanów

Morze Bałtyckie (Fot. Wojciech Radwan/ Program Naturalnie Bałtyckie)
Morze Bałtyckie (Fot. Wojciech Radwan/ Program Naturalnie Bałtyckie)
8 czerwca to doskonała okazja, by przypomnieć o konieczności ochrony mórz i oceanów, bo ich kondycja w dużej mierze zależy od działalności człowieka. Organizator akcji społecznej Naturalnie Bałtyckie podpowiada co każdy z nas może robić, byśmy mogli cieszyć się ich naturą i w pełni korzystać z dobrodziejstw ich zasobów.

Jak mogę chronić wody i zasoby mórz i oceanów?

Morza i oceany zajmują ponad 70% powierzchni naszej Planety. Produkują większość dostępnego tlenu, regulują klimat oraz stanowią ważne źródło pożywienia dla ponad 3 mld ludzi na Ziemi. Dziś z powodu nieodpowiedzialnej działalności człowieka ekosystemy morskie są zagrożone. Żeby zahamować i odwrócić ten proces potrzebne są zdecydowane działania, te odgórne, systemowe, ale także i nasze codzienne nawyki mogą wspierać i chronić wody mórz i oceanów.

Wszechobecny plastik

Jednym z największych, globalnych problemów mórz i oceanów są ogromne ilości plastikowych śmieci. Co roku blisko 10 milionów ton plastiku dostają się do wód. Z powodu plastikowych odpadów rocznie ginie ponad milion morskich ptaków i sto tysięcy morskich ssaków, a mikroplastik staje się wszechobecny także w naszym pożywieniu. Dla dobra środowiska i nas samych musimy ograniczyć zużycie plastiku na rzecz tworzyw biodegradowalnych. Dlatego nie kupujmy wody w plastikowych butelkach, tylko pijmy tę z kranu, korzystajmy z bardziej ekologicznych wielorazowych opakowań, a na zakupy zabierajmy ze sobą woreczki wielorazowe na warzywa i owoce, czy torbę bawełnianą zamiast plastikowej reklamówki. Segregujmy także odpady – w szczególności te, które mogą być poddane recyklingowi.

Morze Bałtyckie (Fot. Wojciech Radwan/ Program Naturalnie Bałtyckie)Morze Bałtyckie (Fot. Wojciech Radwan/ Program Naturalnie Bałtyckie)

Ocieplenie klimatu

Olbrzymim zagrożeniem dla ekosystemów morskich są zmieniający się klimat i rosnące temperatury, wynikające z działalności człowieka. Cieplejsze wody oceanów to coraz mniej tlenu, mniej składników odżywczych i zmieniający się skład chemiczny wody. To powoduje, że wiele organizmów morskich zmuszonych jest do migracji, porzuca swoje dotychczasowe siedliska, co zaburza funkcjonowanie łańcuchów pokarmowych. Zmieniają się typowe rozmieszczenia populacji dzikich ryb, co także pogarsza warunki życia lokalnych społeczności związanych z rybołówstwem. Każdy stopień wyżej średniej temperatury atmosferycznej to blisko 3 mln ton ryb mniej. Według ekspertów z powodu zmian klimatycznych roczne połowy mogą zmniejszyć się nawet o 50 %. Dlatego jednym z podstawowych zadań współczesnego człowieka jest zmniejszenie emisji dwutlenku węgla. Każdy z nas może zmniejszyć jego emisję wybierając komunikację miejską lub rower, zamiast samochodu, czy zmniejszając spożycie mięsa, bo przemysłowa produkcja mięsa jest odpowiedzialna za emisję 18% gazów cieplarnianych, to więcej niż wszystkie środki transportu (statki, samochody, samoloty itp.)

Chrońmy Morze Bałtyckie

Przy okazji Światowego Dnia Oceanów warto także pochylić się nad problemami naszego dobra narodowego, jakim jest Morze Bałtyckie. Bałtyk jest zbiornikiem półzamkniętym. Wymiana jego wód zachodzi jedynie z Morzem Północnym, za pośrednictwem wąskich i płytkich Cieśnin Duńskich. Pełna wymiana wód trwa do 30 lat. Dlatego wszelkie zanieczyszczenia będą zalegały w nim przez lata.

Jednym z najpoważniejszych negatywnych zjawisk Bałtyku jest eutrofizacja oznaczająca przeżyźnienie środowiska wodnego, które zachodzi na skutek zbyt dużych ilości związków azotu i fosforu (biogeny) w wodzie powodujących masowy zakwit glonów i sinic. Obumierające glony opadają na dno zbiornika, gdzie ulegają rozkładowi tworząc pustynie beztlenowe tzw. martwe strefy, w których zamiera życie. Biogeny pochodzą ze ścieków, z przemysłu, ale aż w 50% z rolnictwa. Rolnictwo masowo wykorzystuje w swojej działalności nawozy sztuczne, które wodami gruntowymi, wpływają do rzek, a następnie do Bałtyku. Dlatego kupując warzywa i owoce wybierajmy te uprawiane naturalnie, bez użycia nawozów sztucznych, co będzie zdrowsze nie tylko dla nas samych, ale także korzystniejsze dla wód Morza Bałtyckiego.

Morza i oceany możemy chronić także podejmując właściwe decyzje przy zakupie ryb do konsumpcji. Kupując ryby, wybierajmy te, które wyławiane są w naszym kraju. Wspieramy w ten sposób rodzime rybołówstwo, ale także przyczyniamy się do zmniejszenia śladu węglowego. Ryby łowione poza Bałtykiem, muszą być transportowane tysiące kilometrów, a to wiąże się ze znacznie większym zużyciem paliwa.

Aby mieć pewność, iż sposób połowu ryb nie ma wpływu na stan dzikich populacji stawiajmy na mniej popularne gatunki. Wysoki popyt na niektóre ryby może prowadzić do przetrzebienia stad. Dlatego spróbujmy mniej popularnych ryb bałtyckich i do tego takich, których populacja nie jest zagrożona np.: storni (popularnie zwanej flądrą), czy szprota.

9 nawyków, które chronią morza i oceany

  1. używaj mniej plastiku
  2. pij wodę z kranu
  3. segreguj śmieci
  4. nie śmieć na ziemię, bo każdy odpad kanalizacją, a potem rzekami może trafić do morza
  5. przesiądź się na rower lub korzystaj z transportu publicznego,
  6. jedz mniej mięsa
  7. kupuj naturalne warzywa i owoce
  8. używaj naturalnych środków czyszczących, detergentów i kosmetyków
  9. kupując ryby wybieraj te ze zrównoważonych łowisk

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Nowy dokument z udziałem Davida Attenborougha już niedługo trafi na Netflix

Kadr z filmu dokumentalnego
Kadr z filmu dokumentalnego "Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców". (Fot. materiały prasowe Netflix)
"To właśnie teraz jest dekada decydująca o przyszłości ludzkości na Ziemi" - słyszymy w zwiastunie filmu dokumentalnego "Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców". David Attenborough i naukowiec Johan Rockström badają w nim degradację bioróżnorodności Ziemi i sprawdzają, czy możemy jeszcze zapobiec kryzysowi.

„Świat na granicy” opowiada o ustaleniach naukowych profesora Johana Rockströma, który cieszy się uznaniem na całym świecie. To historia o najważniejszym odkryciu naukowym naszych czasów — o tym, że ludzkość maksymalnie przesunęła granice zapewniające stabilność życia na Ziemi przez 10 000 lat, od zarania cywilizacji.

Podczas 75 minut filmu wybierzemy się w podróż, podczas której dowiemy się, jakich granic absolutnie nie wolno nam przekroczyć, nie tylko ze względu na stabilność naszej planety, ale przede wszystkich z uwagi na przyszłość ludzkości. Poznamy rozwiązania, które możemy i musimy wdrożyć już teraz, jeżeli chcemy chronić mechanizmy utrzymujące życie na Ziemi.

Narratorem filmu dokumentalnego „Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców” jest sir David Attenborough. Za produkcję odpowiada uhonorowany wieloma nagrodami zespół z wytwórni Silverback Films, która stworzyła przełomowy serial „Nasza planeta” oraz dokument „David Attenborough: Życie na naszej planecie”. Film przedstawia podstawy naukowe obu tych wpływowych produkcji.

„Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców” będzie można obejrzeć od 4. czerwca na platformie Netflix.

(Fot. materiały prasowe Netflix)(Fot. materiały prasowe Netflix)
  1. Psychologia

Jak wypoczywać, żeby wypocząć? W otoczeniu natury

Najbliżej natury jesteśmy wtedy, gdy nie interesuje nas podbijanie świata, tylko jesteśmy w stanie fascynacji nim. (Fot. iStock)
Najbliżej natury jesteśmy wtedy, gdy nie interesuje nas podbijanie świata, tylko jesteśmy w stanie fascynacji nim. (Fot. iStock)
Rezygnując z kontaktu z naturą, tracimy wolność – przestrzega filozof Marcin Fabjański. Podpowiada, jak rozwijać w sobie wrażliwość na przyrodę i jaki rodzaj bliskości z nią przynosi nam najwięcej pożytku.

Ostatnio słyszymy o wielu nowych trendach, w których natura gra główną rolę. Skąd wziął się ten dzisiejszy zwrot ku naturze?
Jesteśmy związani z naturą od początku istnienia człowieka jako gatunku. Na to, co się dzieje teraz, patrzę nie jak na coś nowego, jakieś odkrycie, tylko jak na powrót. Możemy się tylko dziwić, dlaczego musimy wracać do czegoś, co jest tak oczywiste.

Według naukowców w latach 50. XX wieku rozpoczął się antropocen, czyli nowa era geologiczna, którą charakteryzuje niszczycielski wpływ człowieka na Ziemię. Czy to wtedy odwróciliśmy się od natury?
To stało się dużo wcześniej. Kiedy spojrzymy na to, jak się toczyły nasze dzieje, zobaczymy, że zawsze było napięcie i konflikt między czymś, co można nazwać zbiorczo naturalizmem, a personalizmem, który stawia jednostki ponad naturę. Elementy odrywania się od natury widać już na początku naszej cywilizacji, np. w filozofii Platona. Potem było jeszcze kilka zdarzeń, które nas stopniowo od natury odsuwały. Jednym z nich są narodziny chrześcijaństwa, które, karmiąc się Platonem, stworzyło pojęcie niezależnej duszy. A dla niej rozgrywka o szczęście ma miejsce nie tylko w przyrodzie, ale też w pewnej opowieści toczącej się w innym świecie. Trudno oczekiwać od formacji kulturowej, która przyjęła taki pogląd za podstawowy, żeby żyła w harmonii z naturą. W obrębie filozofii chrześcijańskiej mamy też św. Franciszka, który dostrzegał jedność człowieka i natury, ale on jest wyjątkiem. Potem był Kartezjusz, który podzielił świat na substancję myślącą, czyli istotę ludzką, i substancję rozciągłą: drzewa, kwiaty, noc, dzień, słońce czy cień. Według zapoczątkowanej przez niego filozofii nowożytnej nie dość, że substancja myśląca nie styka się w ogóle z substancją rozciągłą, to nie styka się nawet z ciałem. I tak oto mamy współczesnego człowieka z technologią, która zupełnie odcięła go od naturalnych procesów. Na szczęście zreflektowaliśmy się, że ponieważ tak odeszliśmy od natury, to nie przetrwamy jako cywilizacja. I stąd pewnie ten powrót.

Wracamy ze strachu?
To najlepszy nauczyciel.

Mam wrażenie, że nasz stosunek do natury zależy też od tego, ile mamy lat. Wczesne dzieciństwo i późna dojrzałość to dwa okresy, w których jesteśmy chyba najbardziej otwarci na przyrodę.
Najbliżej natury jesteśmy wtedy, gdy nie interesuje nas podbijanie świata, tylko jesteśmy w stanie fascynacji nim. Dziecko może się w pełni jej oddać, bo ma ten komfort, że przez pierwsze lata życia jest chronione. Potem zostaje wessane przez system edukacji, który tę fascynację zabija. Zaczyna podbijać świat, serca rówieśników i rynek pracy. Do momentu, gdy orientuje się, że ta ekspansja nie jest źródłem szczęścia. Podboje przestają być atrakcyjne. Czasem dzieje się to w starszym wieku, ale niekoniecznie – na przykład ekolodzy rekrutują się głównie z młodych ludzi. I dobrze, bo młodzi mają więcej energii, żeby dajmy na to tygodniami blokować wycinkę drzew w Puszczy Białowieskiej.

Sądzi pan, że niektórzy z nas mają większą inteligencję przyrodniczą, zdolność dostrajania się do natury?
Ja nazywam to „inteligencją otwartego źródła”, która bierze się z pełnego połączenia ze środowiskiem. Jej wyrazem są na przykład tamy budowane przez bobry. Kiedyś zastanawiałem się, skąd one wiedzą, jak zrealizować tak skomplikowany projekt, jak potrafią przewidzieć, kiedy rzeka będzie wzbierać, a kiedy wysychać... Człowiek do tego celu musiałby stworzyć plan techniczny wielkości grubej książki. Ale jeśli te bobry poobserwujemy, to zrozumiemy, że ich inteligencja bierze się ze współistnienia ze środowiskiem. Pochodzi z zewnątrz, jest wynikiem interakcji z naturą. Jeśli wysłalibyśmy bobry na Marsa – załóżmy, że miałyby tam czym oddychać – to one stałyby się tam zupełnie głupie, bo Mars nie jest ich naturalnym środowiskiem. Po iluś pokoleniach pewnie rozwinęłyby w sobie inteligencję nowego środowiska, ale wtedy nie byłyby już bobrami.

Czy tę inteligencję otwartego źródła możemy w sobie wykształcić?
Oczywiście. Człowiek ma w sobie ogromny potencjał, tyle że jest trenowany w innym kierunku, dlatego tę inteligencję w sobie zatraca. Rozwijanie jej polega na nauce obdarzania natury uwagą w określony sposób. Chodzi o to, by zainteresować się przebiegiem różnych procesów, które w niej zachodzą, ale nie po to, by wykorzystać je do jakiegoś celu, tylko by być obecnym. Konieczna jest też zmiana hierarchii wartości. Teraz na jej szczycie u większości z nas są ludzie, zwłaszcza ci, którzy mogą nam coś dać. Zwierzęta, jeśli są gdzieś wyżej, to głównie w roli pieszczochów z Facebooka, a już rośliny znajdują się bardzo nisko. Są jakimś poślednim bytem. Nie chodzi o to, by postawić przyrodę na szczycie nowej hierarchii, ale by w ogóle ją dostrzegać. Zrozumieć, że życie na naszej planecie opiera się na współistnieniu.

Jak się przebudowuje taką hierarchię?
Za pomocą refleksji, introspekcji, lektury, wyeksponowania swojego ciała na przyrodę i obserwacji tego, co się potem stanie. W Apenińskiej Szkole Żywej Filozofii odnajdujemy różne perełki historyczne i próbujemy spojrzeć na świat w taki sposób jak wielcy myśliciele. Leonardo da Vinci uważał planetę za żywy organizm. Woda była jej krwią, ziemia – mięśniami, a łańcuchy górskie – kośćcem. Na podstawie średniowiecznych traktatów medytacyjnych zaprojektowałem serię ćwiczeń poświęconych czterem pierwiastkom, żywiołom: wodzie, ziemi, ogniowi i powietrzu. Najciekawsza z perspektywy pedagogicznej jest dla mnie woda – bardzo dobry pośrednik między nami a środowiskiem. Jej obserwacja jest w stanie sprawić, że będziemy spokojniejsi, cierpliwsi, łagodniejsi.

Mnie obserwowanie wody kojarzy się głównie z siedzeniem nad morzem i patrzeniem na fale.
Chodzi o coś zupełnie innego. Kiedy siedzimy nad morzem i obserwujemy fale rozbijające się o brzeg, to cały czas jesteśmy w świecie koncepcji: plaża, my, morze i poszczególne fale. Natomiast nasze ćwiczenia polegają na śledzeniu pierwiastka wody w ciele. Według wspomnianych traktatów ma ona różne cechy: płynność, wilgotność, łagodność, zdolność dostosowania się czy wiązania – na przykład piasku. Właśnie ich szukamy w ciele – płynności pod językiem czy wokół gałki ocznej. Chodzi o uwagę, uczymy się pewnego doznania. Skanujemy całe ciało i odkrywamy swoje hydroterytorium. To pozwala uzyskać wewnętrzny spokój już po dwóch minutach, jeśli wykona się ćwiczenie prawidłowo. W celu medytacji pierwiastków jedziemy też nad wodospad. Siadamy w miejscu, w którym unoszą się drobinki wody. Obserwujemy, jak to wilgotne powietrze oddziałuje na naszą skórę. W pewnym momencie dociera do nas, że woda na zewnątrz i wewnątrz nas jest tym samym. Pojawia się silne poczucie współistnienia z krajobrazem. Podobnie postępujemy z kolejnymi pierwiastkami. Na przykład z ogniem związane jest ciepło i zimno, z powietrzem – nacisk, ciśnienie, a z ziemią – miękkość i twardość…

Co tracimy, rezygnując z kontaktu z naturą?
Mówienie o tym, że „coś tracimy”, jest zdecydowanie zbyt delikatne.

To może „odcinamy kawałek siebie”?
Jeśli założę, że „ja” to jest ten, który siedzi za biurkiem 10 czy 12 godzin i tylko czasem ma kontakt z przyrodą, to z tej perspektywy można mówić o odcinaniu kawałka siebie. Ale moim zdaniem „ja” to ten, który jest częścią naturalnego procesu życia i z tego punktu widzenia nie tyle odcinamy kawałek siebie, co stajemy się patologią. Jesteśmy coraz głupsi. Tracimy wolność. Młodzi ludzie, którzy całe godziny spędzają wpatrzeni w ekran, zapędzają się w ślepą uliczkę. Wszystko zmierza do tego, by jednym przyciskiem sterować człowiekiem. Wyobraźmy sobie, że dajemy hasło „idź, zabijaj!” osobie, która jest osadzona w naturze i dzieciakowi, który godzinami wpatruje się w ekran. Kto będzie bardziej odporny na wpływ?

Mamy jakieś szanse na realny powrót do natury?
Wiem, że najlepiej by było powiedzieć: „Drodzy czytelnicy, medytujcie 10 minut dziennie i oddychajcie głęboko, a będziecie prowadzić szczęśliwe życie”, ale, niestety, tu nie ma prostych rozwiązań i łatwych wyborów. Zwykle potrzebny jest jakiś impuls, żeby się przebudzić, czasem tragedia, która odziera nas ze złudzenia, że można sobie szczęście skumulować, gromadząc przedmioty, będąc ponad innymi, zdobywając władzę. Warto zrobić taki eksperyment: zakwestionować znane prawdy, stwierdzić „nic nie wiem” i spojrzeć świeżym okiem na życie. Zastanowić się nad przyczynami swoich działań i wyborami, których dokonujemy mechanicznie. Pomyśleć o konsekwencjach dla nas, natury, innych ludzi, naszych dzieci. Zawsze też jest jakaś możliwość przeorganizowania życia. Można świadomie zwiększać kontakt z przyrodą: wyjeżdżać za miasto, wybierać drogę do pracy, która wiedzie przez park, nawet jeśli zabetonowaną ulicą byłoby szybciej.

Naukowcy zbadali, że natura ma na nas dobry wpływ, nie tylko kiedy jesteśmy w lesie, ale też gdy uprawiamy ogródek czy nawet patrzymy na namalowany pejzaż.
Ten wpływ jest jednak najbardziej korzystny, gdy jesteśmy w naturze i nie mamy do wykonania żadnych zadań. Gdy przyroda nie jest dla nas środkiem do żadnego celu. Tak wynika z badań nad flow, czyli stanem przepływu.

A hodowanie roślin? Możemy przecież dbać o roślinkę, obserwować, jak rozwija się, uczyć się jej.
Wszystko zależy od podejścia, bo mogę rośliny hodować, żeby je sprzedać, a mogę je uprawiać, żeby obserwować różne procesy i naszą wzajemną relację. Tak samo jak mogę iść do lasu, by pobiegać i budować Twoje ego albo by kontemplować przyrodę. Uważam, że im mniej ingerencji w naturę, tym lepiej. Las sadzony przez człowieka niewiele nauczy nas o procesie życia. Co innego puszcza. W niej jesteśmy świadkami ciągłej transformacji. Z gnijących drzew wyrastają pędy i nie da się określić, które ich części są młode, a które stare.

W jaki sposób pan stara się zbliżyć do natury?
Wyniosłem się z miasta, staram się wyjść na tyle, na ile się da z obrotu kapitalistycznego. Przestałem latać do Azji, bo wiem, jak transport lotniczy szkodzi naszej planecie. Próbuję nie pracować zbyt ciężko.

Widzi pan w sobie jakąś zmianę?
Zdecydowanie tak. Mam większą wrażliwość, widzę szczegóły, intensywniej odczuwam bodźce, mam lepszą intuicję. Kiedyś, gdy szedłem do lasu, w głowie kłębiły mi się różne myśli. Dziś jestem nastawiony na dostrzeganie.

Źródło deficytu natury

To termin stworzony przez dziennikarza i reportera Richarda Louva jako nazwa dla zaburzenia, które się pojawia, gdy ludzie, a przede wszystkim dzieci, spędzają zbyt mało czasu na świeżym powietrzu. Brak kontaktu z naturą powoduje problemy fizyczne i psychiczne, z lękami i dystrakcjami włącznie. Wśród najczęstszych konsekwencji wymienia się:

  • choroby cywilizacyjne wynikające z braku ruchu i nieodpowiedniej diety, pojawiające się na coraz wcześniejszych etapach życia;
  • trudności w koncentracji uwagi;
  • utratę umiejętności radzenia sobie w warunkach odbiegających od tych sztucznie wykreowanych przez cywilizację;
  • przewlekły stres, którego nie potrafimy w zdrowy sposób odreagować, popadając w pracoholizm, nałogi i zaburzenia psychiczne;
  • zmniejszenie kreatywności i produktywności.
  1. Moda i uroda

Krok w Dobrą Stronę. Marka CCC wprowadziła szereg proekologicznych działań

Daria Biedrzycka, Nat Budzyńska. (Fot. materiały prasowe)
Daria Biedrzycka, Nat Budzyńska. (Fot. materiały prasowe)
Marce CCC proekologiczne działania nie są obce już od dawna. Tym razem premierze najnowszej kolekcji "Go For Nature" na sezon wiosna-lato 2021 towarzyszyły akcje pod hasłem #LetsCareWithCCC: panele dyskusyjne o ochronie środowiska, powstanie muralu w Warszawie i filmiki o ekologicznym życiu.

Działania CCC to bez wątpienia krok w dobrą, ekologiczną stronę. Firma od dawna wdraża proekologiczne działania. Wszyscy dostawcy przestrzegają kodeksu postępowania zgodnego z prawami człowieka, poszanowaniem środowiska naturalnego i zakazem wykorzystania szkodliwych substancji. 90 proc. odpadów z produkcji poddawanych jest recyklingowi. Zamiast plastikowych toreb używane są papierowe i ekologiczne opakowania, a w tegorocznej akcji „Daj swoim butom drugie życie” zebrano 10 ton obuwia. Najnowsza kolekcja „Go For Nature” oraz towarzyszące jej premierze akcje specjalne promowane były pod hasłem #Let’sCareWithCCC.

Kolekcja Go For Nature w sprzedaży pojawiła się w sezonie wiosna-lato 2021. Powstała z wykorzystaniem materiałów z recyklingu oraz z dbałością o optymalizację zużycia energii i wody. Zostały oznaczone trzema etykietami: Leather Working Group (wytwórcy dochowują najwyższej staranności w całym procesie produkcji), Water Based Pu oraz Recycled Plastic Bottles. Niektóre modele sneakersów Sprandi w 50 proc. wykonano z butelek PET poddanych recyklingowi.

Kuba Kulesza. (Fot. materiały prasowe)Kuba Kulesza. (Fot. materiały prasowe)

Marta Siniło. (Fot. materiały prasowe)Marta Siniło. (Fot. materiały prasowe)

Natalia Kusiak. (Fot. materiały prasowe)Natalia Kusiak. (Fot. materiały prasowe)

Premierze towarzyszyły akcje wspierające. W mediach społecznościowych CCC pojawiły się filmiki z udziałem influencerów. Dominika Rejestruje nagrała wideo z przepisem na ekologiczne środki czystości. Rozkoszny podał przepis zero waste na zielony koktajl z bananem, a następnie curry ze skórkami z banana pozostałe z koktajlu oraz risotto ze szparagami na bulionie z końcówek szparagów. Krzysiek Rzyman, Natalia Kusiak i Jagna Niedzielska podzielili się sposobami na ekologiczne działania na co dzień, a Kuba Kulesza pokazał, jak segreguje śmieci.

W inicjatywie Sprzątanie lasu nad Wisłą w Warszawie uczestniczyli, m.in. joginka Karolina Erdmann, modelka Gosia Guzowska, stylistka Daria Biedrzycka i model Mariusz Jakubowski.

Inicjatywa sprzątanie lasu nad Wisłą w Warszawie. (Fot. materiały prasowe)Inicjatywa sprzątanie lasu nad Wisłą w Warszawie. (Fot. materiały prasowe)

W centrum Warszawy powstał też mural stworzony przez Beatę „Barrakuz” Śliwińską z wykorzystaniem farb fotokatalitycznych, które oczyszczają powietrze. Obok umieszczono recyklomat na butelki PET – wrzucenie butelki uaktywnia iluminację LED. Po recyklingu z butelek powstają, m.in. długopisy, zabawki, namioty, czy meble ogrodowe, a także poliester do produkcji czapek, szalików i toreb z linii Go For Nature CCC.

Działania zwieńczył panel dyskusyjny o zrównoważonym rozwoju z udziałem Jagny Niedzielskiej (#bezresztek), Krzyśka Rzymana, zajmującego się ideą less waste, i aktywistki klimatycznej Arety Szpury.

  1. Zdrowie

O czym szumią zioła

Ruta Kowalska:
Ruta Kowalska: "Moją misją jest wielki powrót ziołolecznictwa. Marzę, aby każdy/a z nas posiadł/a podstawową wiedzę o roślinach, aby samodzielnie i bezpiecznie stosować je we własnym domu."(Fot. archiwum prywatne)
Ruta Kowalska, dyplomowana zielarka, autorka podręcznika „O czym szumią zioła” i kajetu wielkiej urody „Receptariusz ziołowy” zaprasza do magicznego świata roślin i odkrywania ich niezwykłych właściwości. Na swoim blogu oraz Instagramie „Zioła w pełni” dzieli się zielarską wiedzą, pokazuje innym jak zaprzyjaźnić się z roślinami i korzystać z ich dobrodziejstwa.

W jeszcze nie tak odległych czasach nieomal każda roślina była otoczona nimbem boskości i darzona szacunkiem. Wraz z rozwojem nauki i technologii zaczęłyśmy tracić przekazywaną z pokolenia na pokolenie wiedzę, a dziś dla wielu osób zioła to po prostu popularne przyprawy jak oregano czy tymianek. Czym dla ciebie są zioła i czy były obecne w twoim życiu już wcześniej?
Od dziecka jestem zafascynowana roślinami. Trudno zliczyć ile czasu spędziłam w towarzystwie tych milczących, zielonych istot. Poznawanie ich wszystkimi zmysłami, dzielenie z nimi czasu ma w sobie coś z wtajemniczenia, inicjacji. Spotkanie twarzą w kwiat. Twarzą w liść. Twarzą w owoc.

Zioła są dla mnie czymś doskonałym samym w sobie. To dużo więcej niż potencjalne lekarstwo, chociaż to, że nas leczą jest dla mnie czymś niesamowitym. Nie chcę patrzeć na nie jedynie w sposób użytkowy. Tak jak w Twoim przykładzie o torebce z przyprawami. Nie wystarczy mi dodać suszu do potrawy, aby polepszyć jej smak. Chcę zobaczyć daną roślinę na żywo, poczuć fakturę jej liści, dowiedzieć się jakie ma wymagania glebowe – co mogę zrobić, aby było jej dobrze np. w moim ogrodzie. Sięgam też głębiej, dociekam jak rośliny troszczą się o siebie nawzajem i komunikują między sobą. Dlatego kiedy nauka, która w naszej zachodniej kulturze jest bogiem, potwierdza to, co czułam intuicyjnie od dziecka odczuwam wielką radość. I mimo, że burzy to skrupulatnie budowaną od wieków hierarchię świata, to czuję, że nadejdzie czas, kiedy rośliny będą miały własne prawa. Podobnie jak zwierzęta, o czym przecież naszym przodkom nawet się nie śniło.

Codziennie jestem w bliskim kontakcie z roślinami. Czuję ogromną wdzięczność za to, że mieszkam na odludziu i wystarczy wyjść z domu, aby zanurzyć się w zielonym świecie. Rośliny są dla mnie jak bliscy przyjaciele. Bo jeśli od kilkunastu lat codziennie głaszczę korę rosnących wokół mojego domu drzew, obserwuję ich zmagania się z mrozami czy wiatrem, patrzę jak zmieniają się w rytmie pór roku, to czuję więź. Tak samo w ogrodzie, gdzie doglądam rosnących ziół, czy na łąkach wokół domu, gdzie znam każdy spłachetek ziemi. Mam tylko wątpliwości czy ta więź jest obopólna. Rośliny znakomicie mogą się bez nas obyć. Dzięki fotosyntezie są autonomicznymi, samowystarczalnymi istotami. To my ich potrzebujemy, a nasze życie nie mogłoby bez nich istnieć.

Zioła wykorzystywano nie tylko w obrzędach religijnych i magicznych rytuałach, pełniły one bardzo ważną funkcję w codziennym życiu. Znajomość ich właściwości mogła ratować albo odbierać życie, dlatego wiedza na ich temat była tak cenna. Gdzie ty zaczęłaś swoje poszukiwania na temat ziół oraz ich magicznych i leczniczych właściwości? I kiedy poczułaś, że chcesz dzielić się swoją wiedzą z innymi?
Jako dziecko mogłam godzinami obserwować przyrodę zachwycając się całym tym bogactwem. Dopiero potem poczułam potrzebę nazywania, porządkowania, przypisywania roślinom określonych właściwości. Chciałam wiedzieć jakim zielonym bandażem można opatrzyć ranę podczas leśnych wędrówek, co można zjeść, a czego lepiej unikać, jak wspomóc się przy niestrawności czy w przeziębieniu. Na moim regale pojawiało się coraz więcej książek o ziołach. Nieustannemu czytaniu towarzyszyły częste wyprawy w teren, bo odczuwam jakąś pierwotną, ciągłą potrzebę bycia na świeżym powietrzu, w ruchu, chodzenia po chaszczach.

Zawsze byłam mocno ukierunkowana i zdaję sobie sprawę, że dla niektórych osób może to być zaskakujące, ale już jako 6-letnie dziecko wiedziałam, że chcę mieszkać na wsi i żyć blisko ziemi.

Cała moja formalna edukacja związana jest z przyrodą. Ukończyłam studia magisterskie na kierunku biologia na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. W ostatnich latach, bo wcześniej niestety nie było takich możliwości, ukończyłam roczny kurs zawodowy „Zielarz-Fitoterapeuta”, studia podyplomowe „Zioła w profilaktyce i terapii” na Uniwersytecie Medycznym w Poznaniu oraz „Zioła i nutraceutyki – ich znaczenie dla gospodarki i zdrowia” na Uniwersytecie Przyrodniczym we Wrocławiu. Obecnie uczestniczę w rocznym kursie „Fitoterapia szczegółowa” prowadzonym przez dr. H. Różańskiego.

Ziołolecznictwo to nauka ścisła i takie podwaliny, szeroka wiedza biologiczna i chemiczna są bardzo istotne. Równolegle wciąż uczę się sztuki zielarskiej na najlepszym uniwersytecie. Stworzonym ręką Natury. Na łąkach, polach, w lasach.

Pierwsze warsztaty przyrodnicze zaczęłam robić jeszcze podczas studiów, potem skupiłam się na ziołowych. Bardzo wierzę w moc edukacji. W to, że kropla drąży skałę.

Moją misją jest wielki powrót ziołolecznictwa. Marzę, aby każdy/a z nas posiadł/a podstawową wiedzę o roślinach, aby samodzielnie i bezpiecznie stosować je we własnym domu.

„Zioła w pełni” to nazwa nieprzypadkowa, oprócz istotnych w twoim życiu roślin pojawia się też element lunarny. Jaka jest rola księżyca w tym, czym zajmujesz się na co dzień?
„Zioła w Pełni” to nie tylko nazwa mojej firmy i bloga na którym snuję ziołowe opowieści, ale również odzwierciedlenie tego, co jest dla mnie ważne. Pełnia to dla mnie stan, w którym niczego nie brakuje. Całkowitej harmonii i poczucia obfitości na każdym poziomie życia.

Księżyc odgrywa w moim życiu dużą rolę. Zarówno ja, jak i uprawiane przeze mnie rośliny żyjemy w jego rytmie. Bardzo bliska jest mi idea rolnictwa biodynamicznego, a kalendarz księżycowy autorstwa Marie Thun to mój zaufany doradca. Zawsze mam go na podorędziu. Podpowiada mi jak pielęgnować rośliny, kiedy najlepiej siać, przycinać je, zbierać plon.

Księżyc kiedyś nazywany był miesiącem, a stąd już tylko krok do miesiączki. Od kilkunastu lat przyglądam się temu jak pięknie mój cykl menstruacyjny współgra się z rytmem Księżyca. Opowiadam o tym na warsztatach na temat zdrowia kobiet, kiedy pierwszego dnia zasiadamy w Ziołowym Kręgu Kobiet. Okazuje się, że większość kobiet odkrywa wtedy tę niesamowitą synchroniczność.

Z fascynacją obserwuję jak wpływają na mnie poszczególne fazy Księżyca. Jeżeli Księżyc ma tak potężny wpływ na oceany, to musi mieć też wpływ na nasze ciała, które w większości są zbudowane z wody. Nów to czas skupienia się na sobie, wejścia w ciemność, zasiewania ziaren. Pełnia to moment spełnienia, celebrowania życia i dziękczynienia. Zdaję sobie sprawę, że część ludzi, szczególnie w miastach, zamkniętych w blokach zapomina o spoglądaniu w niebo, dlatego mój ziołowy newsletter wysyłam w nów i pełnię. Czasem czytelniczki piszą mi, że przypominam im przy okazji o tym, co dzieje się na niebie.

Kolejnym księżycowym motywem jest to, że dawniej niektóre zioła zbierano przy pełni ufając, że w tym czasie ich lecznicza moc jest najpotężniejsza. Idea ta mocno mnie porywa, dlatego wzorem naszych przodkiń zdarza mi się wykopywać korzenie ziół w srebrnym blasku Księżyca. Ogarnia mnie wtedy poczucie wspólnoty, zielarskiego siostrzeństwa z tymi, które były przede mną, a z którymi łączy mnie zielona nić porozumienia.

Zioła od początku pełniły ważną funkcję w różnego rodzaju rytuałach. Które rośliny i jakie rytuały są dla ciebie szczególnie ważne?
Nie mogłoby w moim życiu obyć się bez rytuałów związanych z Księżycem. Każdego miesiąca celebruję pełnię sporządzając eliksir księżycowy. Ruszam na łąki, do lasu i zbieram sezonowe zioła. Zimą są to szyszki, kawałki kory, jakieś zapomniane przez ptaki owoce np. berberysu, dzikiej róży. Kryształową karafkę, schedę do mojej babci wypełniam ziołami, zalewam zimną wodą i zostawiam na całą noc. Rano wypijam chłodny, delikatny macerat czemu zawsze towarzyszy jakaś intencja, ale i wdzięczność za wszystko co w życiu otrzymuję. To ostatnie jest bardzo ważne, bo w wirze codziennych zajęć często zapominam o docenianiu tego, co się wydarza, o celebracji każdego dnia, tak jakby był ostatnim. Marzy mi się, aby sporządzanie eliksirów księżycowych stało się powszechne. Wyobraź sobie, że przed pełnią na okiennych parapetach, jak kraj długi i szeroki królują buteleczki, flakoniki i fiolki z ziołami.

Podczas nowiu palę ognisko, aby rozświetlić ciemność nocy, ale również tę w sobie. Spotykają się wtedy wszystkie żywioły – woda, bo miejsce na ognisko jest nad stawem, powietrze bez którego ogień nie mógłby zapłonąć, ziemia.

Bardzo ważny jest też dla mnie rytuał wdzięczności wobec roślin. Proszenia o możliwość skorzystania z ich leczniczych mocy. Zauważyłaś, że w większości przypadków, aby zebrać jakąś roślinę, trzeba przed nią przyklęknąć, pokłonić się? Czuję, że nie bez powodu. Mam taką zasadę i tego uczę na moich warsztatach: Najpierw zaprzyjaźnij się z rośliną, a dopiero potem poproś o coś dla siebie. Weź jedynie tyle, ile potrzebujesz i nie zapomnij podziękować ziołom, że możesz czerpać z ich dobrodziejstw.

Głęboki szacunek do roślin to dla mnie podstawa. Musi istnieć równowaga między braniem a dawaniem. Korzystam z ziół, ścinam je, ale w ramach zadośćuczynienia co roku sadzę drzewa, pielęgnuję łąkę kwietną, nie stosuję żadnych pestycydów w ogrodzie, dbam o bioróżnorodność w moim najbliższym sąsiedztwie.

Ruta Kowalska (Fot. archiwum prywatne)Ruta Kowalska (Fot. archiwum prywatne)

Ziołolecznictwem od zarania wieków zajmowały się kobiety, matki przekazywały córkom wiedzę, którą otrzymały od swoich przodkiń. Dzisiaj ty pełnisz rolę takiej przewodniczki po świecie roślin i zapraszasz kobiety na prowadzone przez siebie warsztaty. Czy możesz opowiedzieć jak wyglądają takie spotkania, czego uczysz i jak na czym polega poznawanie ziół od podstaw?
Wierzę, że ziołolecznictwo to nasza kobieca spuścizna, że w naszych sercach, krwi i kościach zapisana jest wiedza przodkiń. Nasza herstoria mocno splata się z pędami roślin. Dawniej większość kobiet, szczególnie tych mieszkających daleko od miast posiadała jakąś podstawową wiedzę na temat roślin leczniczych.

Moje warsztaty robię w duchu głębokiego poszanowania i wrażliwości na to, co daje nam natura. Na warsztatach „O czym szumią zioła” przekazuję wiedzę na temat podstaw ziołolecznictwa, prawidłowego sporządzania preparatów galenowych: naparów, wywarów, odwarów, nalewek, intraktów, maści, wyciągów na winie, wyciągów glicerynowych czy olejowych. Użycie prawidłowego rozpuszczalnika ma kolosalne znaczenie, tylko mając odpowiednia wiedzę fitochemiczną może przygotować skuteczny preparat ziołowy. Mówię o etyce zbioru, uczę jak prawidłowo zbierać i suszyć zioła, opowiadam dużo o substancjach czynnych w roślinach, bezpieczeństwie stosowania ziół, lokalności i sezonowości. Nie może się oczywiście obyć bez zajęć terenowych. Spotkania z roślinami na żywo są niezmiernie ważne. Po zajęciach często uczestniczki opowiadają mi, że przypomniały sobie, że przecież w dzieciństwie babcia pokazywała im kwitnące podbiały czy świetliki, albo jak sporządzić syrop ziołowy.

Warsztaty „Po zioła. Po moc” dedykowane są zdrowiu kobiet. Podoba mi się to określenie „po moc” - tylko jeśli jesteś w swojej mocy możesz sobie pomóc. Te warsztaty zaczynamy Ziołowym Kręgiem Kobiet. To otwiera uczestniczkom serca i buduje poczucie wspólnoty, które będzie nam już towarzyszyło do końca warsztatów. Rozmawiamy o trzech etapach życia kobiety – Białej Bogini (dojrzewanie), Czerwonej Bogini (kobieta płodna, matka) oraz Czarnej Bogini (kobieta po menopauzie, mądra). Oczywiście wszystko w kontekście ziół.

Dzielę się naukową wiedzą m.in. o tym jak możemy wesprzeć się ziołami w zespole napięcia przedmiesiączkowego, przy bolesnych, obfitych lub skąpych miesiączkach, stanach zapalnych narządów płciowych, przy mięśniakach, torbielach, podczas połogi i laktacji, czy w okresie klimakterium. Te spotkania są bardzo intensywne, chcę przekazać jak najwięcej wiedzy, ale teorii towarzyszy też praktyka – każda z uczestniczek przygotowuje dla siebie po kilkanaście różnych ziołowych remediów. Ich sporządzaniu zawsze towarzyszy dużo radości i poczucia wspólnoty.

Wiosna to czas nowego początku, nowego cyklu życia. To na pewno również bardzo ważny moment w życiu zielarki. Na jakie zioła warto zwrócić szczególną uwagę w tym czasie?
Uwielbiam wczesną wiosnę, kiedy przyroda, ale i moje ciało budzą się do życia. To doskonały czas na zbiór ziołowych korzeni i kłączy, które najlepiej wykopać jeszcze przed rozpoczęciem wegetacji. W tym czasie ilość nagromadzonych w nich substancji leczniczych jest największa.

O tej porze możemy też zbierać korę i gałązki z drzew. Najlepiej zrobić to, wraz z ruszeniem wegetacji. Kiedy rozpoczyna się intensywny wzrost roślin między korą a drewnem tworzy się warstwa młodych komórek twórczych, luźno z nimi złączona, co ułatwia oderwanie kory. Najlepiej zbierać ją podczas przecinek z młodych, gładkich, kilkuletnich gałązek o grubości około 3-4 cm, a nie z żywego drzewa.

Wiosna to też doskonały czas na zbieranie pączków drzew i krzewów. W fitoterapii wyodrębniono nawet specjalny dział im poświęcony - gemmoterapię. Pączki pozyskuje się w różnych fazach wzrostu: od całkowicie zamkniętych po częściowo otwarte z widocznymi rozchylającymi się listkami, ale wciąż jeszcze u dołu otulonymi brązowymi łuskami. Wczesną wiosną możemy też zbierać pierwsze kwiatostany np. olchy, leszczyny czy żółto kwitnącego podbiału.

Bardzo popularny jest też zbiór soku z brzozy zwanego oskołą. Ja osobiście go nie pozyskuję. Czuję, że ten cenny w substancje odżywcze płyn należy do drzewa, jest niczym życiodajna krew, której dopływ zapewnia mu dobry start na wiosnę, witalność i doskonałą kondycję. Nierozważnie i rabunkowo prowadzony zbiór soku naraża zdrowie drzew, może prowadzić do infekcji grzybowych, osłabienia, a nawet obumarcia drzewa.

Wczesne zapisy o zastosowaniu ziół pojawiły się już na babilońskich glinianych tabliczkach pochodzących z 3000 r. p.n.e. Ty również postanowiłaś usystematyzować i skatalogować posiadaną wiedzę o ziołach i tak powstały twoje dwie książki „O czym szumią zioła” i „Receptariusz ziołowy”. Od której warto zacząć i co w nich znajdziemy?
W pierwszej kolejności mocno zachęcam do przeczytania liczącej 416-stronic książki „O czym szumią zioła”. Ta książka pęczniała we mnie jak nasiono na długo zanim ujrzała światło dziennie. Na jej pisanie i wydanie w modelu selfpublishingu poświęciłam dwa lata. Nazwałam ją podręcznikiem, bo wierzę, że jest to książka, którą zawsze warto mieć pod ręką. To esencja mojej wiedzy i kilkudziesięcioletniego doświadczenia w zakresie ziołolecznictwa. Książka, którą sama chciałabym przeczytać wiele lat temu, bo zaoszczędziłaby mi wielu poszukiwań i sporo czasu.

„O czym szumią zioła” to szczodra dawka naukowej wiedzy na temat roślin leczniczych doprawiona szczyptą historii ziół, etnobotaniki i moich własnych doświadczeń w pracy z roślinami. Zawiera niemal 300 pozycji bibliograficznych, a konsultację naukową wykonała prof. dr hab. n. farm. Irena Matławska, z Katedry i Zakładu Farmakognozji Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu. Oprócz rzetelności merytorycznej zależało mi, aby książka była napisana z poziomu serca, głębokiego szacunku do roślin. Przyjaznym, przystępnym językiem. To taki mój miłosny hołd dla Zielonego Świata Roślin. Niektóre czytelniczki piszą mi, że stworzyłam nowy styl – ziołowa proza poetycka.

W książce przeprowadzam przez najważniejsze tajniki ziołolecznictwa. Dużo miejsca poświęcam temu jak prawidłowo przygotowywać ziołowe remedia. Wyjaśniam na jakiej zasadzie zioła działają na nasz organizm, piszę o prawidłowym zbiorze, suszeniu ziół, o zielarskiej etyce, idei lokalności i sezonowości w pracy z roślinami, o tym dlaczego zioła świeże są bardziej skuteczne od suszonych, o bezpieczeństwie stosowania ziół. Opisuję też 25 gatunków roślin leczniczych, każdej z nich poświęcam kilkanaście stron. O kolejnych roślinach napiszę w następnych tomach, bo planuję stworzyć ziołową trylogię.

Liczący 216 stronic „Receptariusz ziołowy” to kajet wielkiej urody nie tylko do czytania, ale i samodzielnego zapisywania. Zrodzony z miłości do starych przepisów. Czułości, jaką budzą we mnie ręcznie zapisywane zeszyty z przepisami pochowane w szafkach naszych babek i mam. Można znaleźć w nim receptury na ziołowe remedia pochodzące z XIX i początków XX wieku, dowiedzieć się czym były m.in. morsele, cukrosmażki, krążki, kołaczki, zachowki. Zależało mi, aby „Receptariusz” przypominał stary kajet i aby trzymając go w dłoniach mocno czuło się ducha dawnych czasów. Czasem sobie myślę, że powinnam sprzedawać go w zestawie z gęsim piórem.

Od jakiegoś czasu zaczynamy poznawać zioła na nowo. Obserwujemy wielkie zainteresowanie naturalnymi kosmetykami, ludową medycyną, uprawiamy rośliny w przydomowych ogródkach i na balkonach. Chcemy też wiedzieć o nich coraz więcej. Jak zacząć swoją przygodę z ziołami?

Przygodę z ziołami proponuję zacząć z poziomu serca – wybrać się do lasu, na łąki, nad rzekę i po prostu pobyć z roślinami, nawiązać z nimi emocjonalną relację. Dzięki temu nie będziesz traktować ich jedynie w sposób użytkowy. Zawsze powtarzam jak mantrę, że zioła są darem, a nie towarem, a przyroda to sanktuarium a nie darmowy supermarket, gdzie można iść i zrywać bez opamiętania. Mamy teraz wiosnę i słyszę z każdej strony jak ludzie ściągają sok z drzew, często bez jakiejkolwiek refleksji nad tym, że mogą zaszkodzić drzewu, osłabić je. Przyświeca im jedynie myśl – oskoła jest zdrowa, więc wyduszę jej z drzewa dla siebie jak najwięcej.

Bardzo nie chciałabym aby powrót zainteresowania ziołami poszedł w tym kierunku - kolejnej mody, gadżetów, konsumpcji i rabunkowego podejścia do przyrody.

Następnym krokiem jest zapoznanie się z rzetelnymi opracowaniami na temat ziół, fitoterapia to nauka ścisła i ważne, aby dobrze poznać jej podstawy. Nauka rozpoznawania gatunków roślin również będzie bardzo przydatna, aby podczas zbioru nie dochodziło do pomyłek.

Ważna jest również praktyka w sporządzaniu ziołowych remediów, w dobieraniu ziół do mieszanek leczniczych itd., bo od suchej teorii jeszcze nikt zielarzem nie został.

  1. Styl Życia

Ekomisja Bartka Jędrzejaka

Bartek Jędrzejak, dziennikarz, prezenter. Autor reportaży, felietonów i cykli telewizyjnych. Laureat plebiscytu Telekamery 2021 w kategorii: prognoza pogody. Współautor serii książek edukacyjnych dla dzieci „Pogoda dla puchaczy”. (Fot. materiały prasowe)
Bartek Jędrzejak, dziennikarz, prezenter. Autor reportaży, felietonów i cykli telewizyjnych. Laureat plebiscytu Telekamery 2021 w kategorii: prognoza pogody. Współautor serii książek edukacyjnych dla dzieci „Pogoda dla puchaczy”. (Fot. materiały prasowe)
Zanim pojawiły się zdjęcia satelitarne, którymi dziś posługują się synoptycy, aurę prognozowano na podstawie obserwacji przyrody – wyjaśnia prezenter pogody Bartek Jędrzejak. To stąd wzięły się ludowe powiedzenia: „w marcu jak w garncu” czy „kwiecień plecień”.

Zauważyłem, że dzieci w mojej rodzinie wraz z wiekiem zadają coraz bardziej skomplikowane pytania o pogodę i nie zadowalają ich informacje typu, że słońce jest żołte i mocno świeci... Chcą raczej wiedzieć, czy naprawdę może kiedyś zgasnąć. Pomyślałem więc o napisaniu książki edukacyjnej i kiedy opowiedziałem o tym Marcinowi Koziołowi, który od dawna pisze dla dzieci i ma na koncie lekturę dla szkół podstawowych, postanowiliśmy napisać ją razem. Zależało nam na wyborze zwierzęcia, które jest w Polsce aktywne przez cały rok. A że mam w domu abstrakcyjny obraz ptaka, którego nazywam puchaczem, wybór padł na niego.

Polecamy książkę: Marcin Kozioł, Bartek Jędrzejak, 'Pogoda dla puchaczy'. (Fot. materiały prasowe)Polecamy książkę: Marcin Kozioł, Bartek Jędrzejak, "Pogoda dla puchaczy". (Fot. materiały prasowe)

W rytm natury

Zwracając uwagę na przyrodę, zawsze można ocenić stan pór roku, wystarczy rozejrzeć się wokół. Kiedy na przykład zobaczymy bociany, pierwsze kwiaty, budzące się ze snu pszczoły – to znaczy, że nadeszła wiosna. Regularne obserwacje pogody prowadzi się od początku XVIII wieku i kiedy nie było sputników oblatujących ziemię ani zdjęć satelitarnych, z których dziś korzystają synoptycy, pogodę prognozowano właśnie na podstawie zachowania przyrody.

Ciepło, coraz cieplej

Polska leży w strefie klimatu umiarkowanego przejściowego, dość blisko zimnej Skandynawii, ale i niedaleko basenu Morza Środziemnego, a nawet (bo dzieli nas tylko Gibraltar) – północnej Afryki. Fronty powietrza z obu stron często ścierają się nad Europą Środkową, dlatego trudniej u nas prognozować pogodę. Jednak w skali globalnej klimat się ociepla. Tegoroczny luty przejdzie do historii klimatologii, bo pod koniec miesiąca w Makowie Podhalańskim zanotowano 21,7 °C !

Inteligencja natury

Około 70 proc. miejsca na kuli ziemskiej zajmują morza i oceany, które wydzielają ogromną ilość dwutlenku węgla, podobnie wulkany. W porównaniu z tym to, co produkuje organizm ludzki, jest minimalne. To zanieczyszczenie naturalne, z którym przyroda nauczyła się sobie radzić, wystarczy zostawić ją w spokoju. Nawet po tak poważnym skażeniu promieniotwórczym, do jakiego doszło 35 lat temu po wybuchu elektrowni w Czarnobylu, w okolicy wyrosły drzewa, powróciły zwierzęta. Problem leży w tym, że jako ludzie dodajemy niebezpieczne zanieczyszczenie w postaci materiałów, które bardzo długo się rozkładają. Dlatego bardzo zwracam uwagę na segregowanie śmieci i na recykling. Nie wyobrażam sobie, że można zostawić śmieci w lesie czy na plaży i kiedy idę na spacer, zwykle noszę ze sobą torbę, do której zbieram wyrzucone butelki, puszki, papiery... To nie wymaga wielkiego wysiłku, a w dobie pandemii, gdy często nosimy jednorazowe rękawiczki, tym bardziej warto to robić. Narzekamy na maseczki, lockdown, ale być może powinniśmy się przyzwyczajać do tego. Co kilka milionów lat Ziemia się oczyszcza przez zlodowacenie, a dziś wraz z topnieniem lodowców nie tylko podwyższa się poziom wód, ale jak – przestrzagają naukowcy – rośnie również ryzyko rozprzestrzenienia się tego, co zostało kiedyś w lodzie zamrożone: bakterii, wirusów, organizmów czy związków, których nie znamy i nie wiemy, jak mogą na nas wpłynąć.

Bartek Jędrzejak, dziennikarz, prezenter. Autor reportaży, felietonów i cykli telewizyjnych. Laureat plebiscytu Telekamery 2021 w kategorii: prognoza pogody. Współautor serii książek edukacyjnych dla dzieci „Pogoda dla puchaczy”.