1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Wyprawka dla psa – tych elementów nie możesz pominąć

Wyprawka dla psa – tych elementów nie możesz pominąć

Fot. materiał partnera
Fot. materiał partnera
Zanim w Twoim domu pojawi się pies, warto zaopatrzyć się w wyprawkę dla psa. Pierwsze dni z nowym zwierzakiem są zawsze ekscytujące, dlatego najlepiej zaopatrzyć się w niezbędne rzeczy wcześniej. Lista z elementami wyprawki będzie różnić się w zależności od wieku i wielkości pupila - więcej akcesoriów będziesz potrzebować dla szczeniaka niż dorosłego adopciaka. Niektóre rzeczy będą potrzebne zawsze - takie podstawowe psie musthave. Sprawdź, jak dobrze przygotować wyprawkę dla czworonoga.

Miska dla psa - jak wybrać idealną

Miska na jedzenie i wodę to coś, czego po prostu nie może zabraknąć . Jej wielkość dobierz do wielkości Twojego psa. Do wyboru masz miski plastikowe, metalowe i ceramiczne. Każda z nich ma swoje wady i zalety. Jeżeli masz zmywarkę, wybieraj produkty, których nie będziesz musiała myć ręcznie. Dobrym pomysłem będzie miska antypoślizgowa. Jeżeli zdecydujesz się na miski bez warstwy antypoślizgowej, dodaj do listy matę antypoślizgową - przyda się zwłaszcza dla pupila łakomczucha.

Pamiętaj, by do miski trafiała dobrej jakości, wysokomięsna karma. Niezależnie od rasy, wszystkie psy potrzebują karmy z dużą ilością mięsa, najlepiej bezzbożową. Niektóre psy potrzebują karmy bez kurczaka, czy pszenicy - alergie pokarmowe są teraz u psów coraz częstsze. Na początek kup karmę, do której Twój pies jest przyzwyczajony, unikniesz ewentualnych przygód gastrycznych na początku wspólnej drogi. Pamiętaj, że duże opakowania karmy są bardziej ekonomicznym rozwiązaniem.

Legowisko, które Twój pies pokocha

Nawet jeśli nie masz nic przeciwko spaniu ze swoim nowym zwierzakiem, Twój pies potrzebuje legowiska, który będzie jego azylem, miejscem wypoczynku i swobodnego wylegiwania się. Dopasuj jego rozmiar do wielkości psa - wybierając legowisko dla szczeniaka zwróć uwagę, że maluch szybko urośnie. Do wyboru masz różnego rodzaju materace, pufy, czy kanapy - niezależnie od rodzaju powinno być dobrej jakości i trwałe. Zwróć uwagę na modele, które łatwo będzie wyczyścić z sierści. Wygodne są też modele z możliwością zdejmowania pokrycia. Poza tym, legowisko to też wyposażenie domu, element wystroju - wybierz takie, które będzie miękkie, wygodne i po prostu ładne. Jeżeli masz kota, pamiętaj, by legowisko nowego pupila umieścić w pewnej odległości od starszego rezydenta.

Smycz - niezbędna podczas spacerów małych i dużych

Trudno wyobrazić sobie, by na Twojej liście mogło zabraknąć smyczy - bez niej wyprawka dla psa będzie niepełna. Smycz spacerowa i szelki lub obroża to absolutnie niezbędne psie akcesoria.

Smycz dla psa to element, który będzie często używany - ma zapewnić bezpieczeństwo spacerów, więc kluczowa jest jej niezawodność. Tutaj nie ma co oszczędzać na jakości. Smycz podpięta do obroży zapewnia większą kontrolę nad pupilem, co jest szczególnie ważne, jeśli planujesz większego psiaka. Szelki są za to dla psa wygodniejsze - pamiętaj jednak, by dobrze dobrać ich rozmiar. Choć bardzo popularne są smycze typu flexi, behawioryści polecają ją dopiero na etapie, kiedy Twój piesek nauczy się chodzić na luźnej smyczy. Zanim to nastąpi, dużo lepsza będzie tradycyjna smycz przepinana.

Wyprawka dla psa - pozostałe elementy

Akcesoria, których nie może zabraknąć w wyprawce dla każdego psiaka:

  • Zabawki - gryzaki, szarpaki, przytulanki, maty węchowe - wbrew pozorom są nie tylko dla szczeniąt. Psy w każdym wieku potrzebują zabawy. Bez nich wyprawka dla psa będzie niepełna. Ulubiona zabawka jest dla niektórych psów jak ulubiony miś dla dziecka.
  • Maty do nauki czystości - niezbędne dla szczeniaka.
  • Szczotka, furminator, psi szampon - dobierz akcesoria do rodzaju sierści
  • Obroże na kleszcze, krople spot-on, spreye, tabletki - dla każdego psa optymalna ochrona przed kleszczami będzie inna, ważne, by zwierzę było bezpieczne. Pamiętaj, że bezpośrednio z Twojego psa kleszcze mogą przejść także na niewychodzącego kota, dlatego dobrym pomysłem będzie zabezpieczenie przed kleszczami także mruczka.
  • Woreczki na odchody - korzystanie z nich ułatwia dyspenser, który pozwala na wyciągnięcie szybko pojedynczego woreczka.
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Materiał partnera

Prawidłowe karmienie psa - wiesz, jak powinno wyglądać?

(Fot. materiały partnera)
(Fot. materiały partnera)
Troska o zdrowie ukochanego czworonoga to podstawa, a niezbędnym tego elementem jest odpowiednie karmienie psa. Co to właściwie oznacza? Sprawdź, co powinien jeść pies, o jakich porach najlepiej podawać mu posiłki oraz w jaki sposób powinno to przebiegać!

Pies to najlepszy przyjaciel człowieka, który jest pełnoprawnym członkiem rodziny. Czy oznacza to, że we wszystkich sferach funkcjonujemy podobnie? Zdecydowanie nie! Układ trawienny oraz zapotrzebowanie na składniki odżywcze są u zwierzęcia inne niż u nas. Stąd też podawanie psu ludzkich posiłków - tego, co jemy na co dzień - nie będzie dobrym pomysłem. Karmienie psa powinno być dostosowane do jego potrzeb, a wpływ na nie ma co najmniej kilka elementów - wśród nich wymienia się:

  • masę ciała psa,
  • rasę,
  • aktywność zwierzęcia,
  • generalny stan jego zdrowia, w tym np. ewentualne alergie czy inne choroby,
  • wiek - odmienne karmy powinno podawać się szczeniętom (są one oznaczone napisem Junior, jak np. PEDIGREE® Vital Protection™ Junior), inne zaś psom dorosłym (Adult) oraz starszym (Senior),
  • stan fizjologiczny np. ciążę lub laktację,
  • rodzaj sierści - być może będzie to zaskoczeniem, lecz okazuje się, że czworonogi mające gęstszą i dłuższą sierść potrzebują dostawać posiłki z większą ilością białka.

Karmienie psa - składniki odżywcze pod lupą

Eksperci podkreślają, że psia dieta powinna zawierać w sobie około 40 różnych, niezbędnych dla prawidłowego funkcjonowania zwierzęcych organizmów, składników odżywczych. Mowa o makroskładnikach, witaminach oraz składnikach mineralnych. Co warto wiedzieć o niektórych z nich?
  • Białko - to makroskładnik, który pomaga utrzymać masę ciała zwierzęcia. Proteiny wykorzystywane są także na bieżące potrzeby energetyczne oraz wpływają na liczne funkcje, w tym odpornościowe czy regulacyjne.
  • Witamina D - to składnik, którego psi organizm nie może wytworzyć samodzielnie. Troszcząc się o swoje zwierzę, musimy więc dostarczyć go właśnie wraz z odpowiednią dietą. Dlaczego jest to tak istotna witamina? Wpływa m.in. na układ kostny naszych czworonogów, nerwowy, sercowo-naczyniowy, odpornościowy, a nawet rozrodczy.
  • Cynk - to przykład pierwiastka, bez którego nie mogłoby obyć się liczne procesy metaboliczne, jakie na bieżąco zachodzą w organizmach naszych psów. Jest on także niezwykle ważny dla skóry zwierząt - jego niedobory mogą znacznie utrudniać m.in. gojenie się ran.
Biorąc pod uwagę fakt, że wymienione tu składniki są tylko niewielkim procentem tego, czego nasze psy potrzebują, warto postawić na profesjonalne karmy. Choć byśmy bardzo chcieli, możemy mieć dużą trudność z samodzielnym komponowaniem posiłków dla naszych czworonogów, a muszą one dostawać odpowiednio zbilansowane i kompletne dania. Pełnoporcjowe karmy są w stanie to zapewnić - oddajmy więc ich przygotowanie w ręce ekspertów!

O jakiej porze dnia powinno odbywać się karmienie psa?

Ogólna wskazówka mówi, że karmienie psa powinno odbywać się dwa razy dziennie - rano oraz w godzinach popołudniowych lub wieczornych. Powinno mieć to miejsce o stałych porach, a wielkości posiłków powinny być porównywalne. Pamiętajmy jednak, że podstawą jest indywidualne podejście do naszych ukochanych psich towarzyszy. Niektóre zwierzęta mogą bowiem potrzebować częstszego karmienia, co może dziać się np. w przypadku problemów z układem trawiennym (posiłki będą wtedy mniejsze, lecz częstsze).

O czym jeszcze warto pamiętać? Karmienie psa nie powinno mieć miejsca przed spacerem, lecz minimum 20 minut po nim. Do tego nasz czworonożny towarzysz powinien mieć stały dostęp do świeżej i czystej wody. By miał siłę, energię i frajdę z codziennego odkrywania świata - a my wraz z nim!

  1. Styl Życia

Tresować czy wychować - jak postępować z psem

Pomiędzy psem a właścicielem często występuje niemal metafizyczna więź. (Fot. iStock)
Pomiędzy psem a właścicielem często występuje niemal metafizyczna więź. (Fot. iStock)
Gryzie, niszczy, szczeka, boi się? A kiedy się z nim bawisz, czym go karmisz? Jak ty radzisz sobie z własnym lękiem czy złością – pyta psia psycholożka Anna Gadomska.

W okolicach parku zepsuł mi się samochód. Podeszłam do grupy ludzi z psami, prosząc o pomoc. Brązowy pitbul rzucił się na mnie, a ja poczułam, że to nie on, ale mężczyzna trzymający smycz czuje złość. Czy to możliwe, że pies przejmuje emocje właściciela?
Pies bywa reprezentantem właściciela i może wręcz czuć się do agresji zobowiązany, bo wyczuwa bezbłędnie to, co my czujemy. Emocje zmieniają nasz zapach, oddech, rytm serca, a psy mają węch i słuch doskonały. Pies musi mieć jednak predyspozycje, aby przejmować agresywne emocje. Pitbule są miłe dla ludzi, ale mogą być takim medium. Bonzo, także pitbul, był agresywny nawet w stosunku do podrastającej córki swoich opiekunów i dlatego zostałam przez nich poproszona o pomoc. Dom na uboczu, gdzie mieszkał, wszyscy omijali, jak się wydawało, z jego powodu. Tymczasem Bonzo był tylko delegatem problemów rodziny. Jego państwo byli niechętni bliźnim, choć sobie tego nie uświadamiali. Bonzo łapał zębami, ale nie przebijał skóry, tylko unieruchamiał człowieka – kontrolował tak otoczenie. Tak robią psy niepewne siebie i agresywne. Stąd te mity o psach, które wpuszczają gości, ale już nie wypuszczą. Jak ktoś siedzi w bezruchu, czują się pewnie, ale kiedy ktoś się poruszy, odczuwają to jako zaburzenie swojej przestrzeni i atakują. Bałam się tego psa i, powiem szczerze, tych ludzi też. Pies podchodził do mnie co chwila cały nabuzowany. Sprawdzał, prowokował wzrokiem, a domownicy patrzyli na mnie z niechęcią. Czasem ci, którzy mają konfliktowego psa, tylko po to wzywają psiego psychologa, żeby dostać potwierdzenie: „Nic się nie da zrobić”. Nie chcą refleksji: „Może warto zmienić coś w państwa zachowaniu i nastawieniu wobec Bonzo?”. I kiedy zaproponowałam konkretną pracę, stracili zainteresowanie.

Ale są chyba psy agresywne, choć ich właściciele tacy nie są?
Mam w terapii psy agresywne mające cudnych właścicieli. Czasem muszą brać leki, bo w sytuacji stresowej wpadają w amok i nie można im pomóc metodami psychologicznymi czy behawioralnymi. W wypadku agresji psa liczą się rasa, geny i przeżycia, a nawet jego dieta. Pobudliwość wzrasta na diecie wysokobiałkowej, np. suchej karmie dla psów sportowców. Jeśli je ją pies kanapowiec, to energia go roznosi. Kiedyś uważano, że pies je raz dziennie. Tak, jeśli ma w misce surowe mięso i warzywa, które długo się trawią. Jeśli to sucha karma, może czuć rozdrażnienie, kiedy spada mu poziom cukru. Niedobrze też, jeśli pies za dużo biega za piłką. Po dziesięciu godzinach w domu ma w parku sto razy pobiec za nią? To go pobudza. Bieganie to zachowanie z sekwencji łowieckiej. Pies po powrocie do domu pada wyczerpany, ale nie uspokojony.

Rzucać więc czy nie rzucać?
Rzucać, ale nie sto razy. Psy się uzależniają od piłki, mam takich pacjentów. Ważne też jest to, jak się z psem bawimy w przeciąganie, które nawiązuje do wspólnego rozszarpywania ofiary, czyli przyjemności, zapowiedzi jedzenia. Dlatego nie wyrywajmy psom na siłę zabawki. Różnica między zabawą a rywalizacją tkwi w nastawieniu właściciela. Jeśli ten nie pozwala psu zabrać piłki, to pies uczy się, że ona jest cenna. Gdy nigdy nie może jej zdobyć, staje się psem niepewnym siebie. Tłamsi w sobie negatywne emocje. Im częściej będziemy psu pozwalali zabrać zabawkę, tym szybciej się zorientuje, że sama zabawka jest nudna i służy tylko do wspólnej zabawy.

Psy przejmują od właścicieli tylko agresję czy także inne emocje?
Pomagałam właścicielce pudelka, który miał lęk separacyjny. Gdy za jego panią zamykały się drzwi, strasznie rozpaczał i niszczył wszystko. Podczas wywiadu okazało się, że wychodząc z domu, kobieta miała w sobie wiele lęku: jak ten mój piesek ma sam zostać!? To ona, a nie on, nie przecięła pępowiny. Świadomie chciała zostawiać psa i iść, ale nieświadomie cieszyła się, że ją tak kocha, że tak rozpacza. Chciała, żeby pies miał lęk separacyjny, bo jej mąż, który był w ciągłych rozjazdach, nie przeżywał rozłąki z nią. Proponuję w takiej sytuacji właścicielom: jeśli nie dacie rady sami siebie przekonać, że ani wam, ani waszemu psu nie dzieje się krzywda, kiedy zostaje sam, skorzystajcie z pomocy psychoterapeuty, tak jak korzysta z niej wasz pies.

Czy zawsze pies wyraża lęk właściciela, gdy rozpacza i niszczy, czy bywają też psy, które po prostu mają lęk separacyjny?
Psy mają problem separacyjny. Przyczyn jest wiele, jedną z nich może być zbyt wczesne zabranie szczeniaka od suki, co zaburza poczucie bezpieczeństwa. Mam klientów, którzy mają yorka z takim problemem. Udało się nam przyzwyczaić go do tego, że wychodzą do pracy. Ale jeśli wieczorem chcieliby jeszcze iść do kina, to dla tego psiaka już za dużo. Nie ma sensu próbować z nim pracować, bo on nie da rady dłużej zostawać sam. Na szczęście oni to zaakceptowali i gdy chcą wyjść wieczorem, prowadzą go do teściowej. Nadal też pracują nad jego pewnością siebie, m.in. ucząc go tropić. Ten piesek, jeśli uda mu się odnaleźć „zaginioną osobę”, jest taki dumny: uśmiechnięty pysk, ogonek do góry, rozgląda się na boki, czy wszyscy widzą, jaki jest świetny. Właścicielom psów separacyjnych proponuję, aby zrobili też budkę, zgromadzili w niej zabawki, żeby pies miał w domu miejsce, w którym czuje się super. Proponuję także masaże relaksacyjne, kojarzone z muzyką i olejkiem zapachowym. Po krótkim czasie sam zapach i muzyka koją psa.

Bajka, owczarek niemiecki, niszczyła nawet tapety. Próbowałam ją wybiegać, ganiałam za rowerem godzinami...
Próbujemy spożytkować energię psa, zamiast ją wyciszać. Pies po biegu jest na tak wysokich emocjach, że dużo trudniej mu zostać samemu. Gdyby był na spokojnym spacerze, na którym węszyłby, spotkał psiego kolegę, odniósł jakiś sukces, na przykład znalazł schowaną zabawkę, byłoby to łatwiejsze. W wypadku niszczenia ważne, czy przyczyną jest lęk, nuda, a może rygoryzm. Pamiętam boston teriera, który imprezował pod nieobecność właścicieli. Na nagraniu widać było, że piesek cieszy się, że poszli. „Wreszcie nikt mi nic nie każe i porobię fajne rzeczy”. Chłopak się realizował, kiedy zostawał sam. Potrzebna mu była podpowiedź: w co się bawić? Zabawki, z których pies musi wydobyć jedzenie, smakołyki ukryte w rolce po papierze toaletowym, gryzak w kartonie. Psy uwielbiają zdobywanie pożywienia. To dużo ciekawsze niż pełna micha.

Mówisz o psach jak o ludziach, jakby miały takie same emocje, ambicje i lęki jak my. Mają nawet potrzebę bycia sobą. Nauczyła mnie tego Tosia, pies rasy pierwotnej, a więc zwierzak niezależny. Chciałam, żeby Tosia była karnym owczarkiem. Nic z tego. Pamiętam pierwszy raz, kiedy nawiązałam z nią relację. Znalazłam ślimaka i pokazałam palcem: „Tosia, zobacz, co to jest?”. Podeszła, powąchała i po raz pierwszy spojrzała na mnie z uznaniem: „Nie jest taka głupia, umie znaleźć ślimaka. No, może się jakoś dogadamy”. To była dla mnie lekcja, że są psy, którym trzeba pozwolić być sobą i tylko tak można z nimi zbudować relację – pokazując, że ze mną może być fajnie. Psychoterapeuta ludzi musi przejść swoją terapię, by pomagać innym. Moja psychoterapia pomaga mi lepiej rozumieć zwierzaki, bo one czują i mają potrzeby jak my i mówią nam o nich na swój sposób. Tosia na przykład przyszła kiedyś podczas imprezy do salonu i położyła się na środku parkietu, jakby mówiła: „Koniec zabawy”. Ja jestem panią od psich emocji, a nie tylko od psich zachowań, czym zajmuje się trener behawiorysta. Jeśli pies szczeka, on go posadzi i będzie nagradzać dobre zachowanie. A ja skupię się na ugładzeniu jego emocji, bo wtedy zmieni się zachowanie psa, i to trwale. Jeśli szanujemy przestrzeń psa, nie narzucamy mu obecności ludzi, zacznie być spokojniejszy. I wtedy dopiero będzie czas na relacje z psami i ludźmi.

Powoli. Nic na siłę. Jeśli pracujemy tylko nad zachowaniem, to mamy bombę zegarową. Pies kontroluje zachowanie, ale wewnątrz emocje buzują.
Po co zajmować się emocjami psów? Psy się tresuje – tak powie wielu.
Żeby pies był szczęśliwy, a skoro jest członkiem naszej rodziny, to mu się należy. Bywa to niemożliwe, jeśli nie zastanowimy się nad jego emocjami. Brudzi w domu, a tresura nie pomaga? Kama została przywieziona ze wsi i kiedy nowi właściciele stawiali ją na trawniku przy Marszałkowskiej, robiła pod siebie ze strachu albo nie mogła zrobić i załatwiała się w domu. Panicznie bała się miasta, a oni tego nie rozumieli, bo atakowała psy i ludzi, więc nie wyglądała na przerażoną. Zaczęliśmy pracować nad tym, żeby poczuła się pewniej i przyzwyczaiła do hałasu. Po kilku miesiącach dostałam zdjęcie: właścicielka na rowerze w parku, a za nią biegnie Kama. I podpis: „Wreszcie jest taka, o jakiej marzyłam”.

Wolno spać w jednym łóżku z psem? Czy nie zacznie wtedy nad nami dominować?
Pies pierwszy nie powinien wchodzić do mieszkania ani jeść... Słyszę te i podobne obiegowe opinie, wynikające z teorii dominacji, która zdaje się nie mieć podstaw – jak uznał jeden z jej prekursorów, behawiorysta John Fisher. Ta teoria wzięła się z obserwacji wilków, i to w sztucznie stworzonych grupach. Od kiedy jednak obserwujemy wilki w naturze, wiemy, że stado tworzą samiec i samica alfa (choć odchodzi się już od nazwy alfa, zastępując wyrażeniem „para rodzicielska”). Pozostali to ich dzieci. Nikt się więc poza parą alfa nie rozmnaża, bo to rodzina. Co więcej, samiec wcale nie zawsze przewodzi i nie zawsze pierwszy je upolowaną zwierzynę. A więc gdzie tu dominacja? Pies jednak jak każda istota potrzebuje schematu, rutyny i albo śpi w łóżku z właścicielem, albo nie. Zasady są po to, by czuł się bezpiecznie.

Ale pies uważa, że jest szefem, skoro nie chce zejść z mojego fotela i jeszcze na mnie warczy?
A dlaczego chcesz go zgonić? Gdyby tam siedział człowiek, też byś próbowała? Możemy nauczyć psa: zejdź, albo: na miejsce. Jeśli nie słucha, może wyczuwa słabość właściciela i instynkt każe mu przejąć kontrolę. Jeśli jest agresywny, warczy, to nie rozumie, dlaczego go spychasz. Nie chce być tak traktowany. Jesteśmy tym, kto psa wychowuje, a nie tresuje. Nauczyłam się respektować zachowanie psa i jak warknie, myślę: „Nie chcesz w tej chwili kontaktu”, i próbuję ten kontakt nawiązać później, inaczej. Miałam kiedyś psa z meliny, kiedy go przytulałam, warczał. Dałam mu przestrzeń, a potem znów go tuliłam. Nic nie było złego w jego warczeniu. Nie wiadomo, kto i co mu zrobił. Po prostu ostrzegał: „Oj, nie mam ochoty na kontakt”, a ja to respektowałam i dzięki temu po kilku miesiącach pozwalał mi na wszystko.

Konflikty z rezydentem, czyli jak wprowadzić nowego psa do domu. Znam taki sposób – podajemy każdemu z psów miskę z żarciem w jednej chwili.
Ja aranżuję spotkanie na neutralnym gruncie, najlepiej, kiedy psy mogą same chcieć podejść do siebie. Potem kilka spacerów, żeby pomyślały: „Aha! Tego to znam. Jest OK”, a potem dopiero wspólnie idziemy do domu. Można też, jeśli chcemy, iść do schroniska i wybrać kilka psiaków, a potem przyjechać ze swoim i iść na spacer. Który piesek najbardziej przypadnie mu do serca, tego weźmy.

Wiedza książkowa czy intuicja decyduje o komunikacji z psem?
Tosia nie przychodziła z ogrodu, kiedy ją wołałam. Miała ważniejsze sprawy. Zaczęłam robić tak, jak poradziła Alexa Capra, włoska trenerka. Wołałam Tosię, a potem wyobrażałam sobie, że wraca z ogrodu. I tak się zaczęło dziać. Jest coś między nami i psami metafizycznego, ja to czuję, ale nie mam na to argumentów naukowych.

Anna Gadomska psycholożka zwierzęca, behawiorystka; współpracuje z Fundacją Azylu pod Psim Aniołem i Wolontariatem na rzecz Zwierząt Dotkniętych Bezdomnością „Pies na Zakręcie”. Najbardziej w zachowaniu psów interesuje ją sposób, w jaki potrafią komunikować się z ludźmi. Prowadzi konsultacje behawiorystyczne, zajęcia z tropienia i zajęcia dla psów z problemami.  

 

  1. Styl Życia

Czego możemy nauczyć się od natury?

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Wsparcie, solidarność, empatia – rośliny i zwierzęta mogą nie znać tych pojęć, ale wiedzą, jak to się robi oraz, że ma to sens. Potrafią również myśleć przyszłościowo, rozwiązywać problemy, mają poczucie czasu i śnią. Czego jeszcze o nich nie wiemy? Czego możemy się od nich nauczyć?

Książki niemieckiego leśnika Petera Wohllebena, „Sekretne życie drzew” i „Duchowe życie zwierząt” to pełne naukowych faktów opowieści o uczuciach. Pokazujące, że człowiek nie jest w tej materii wyjątkowy, a czasem bywa i ułomny oraz, że warto nie tylko dbać o przyrodę, ale też brać z niej przykład.

Kwestia sympatii

Na przykład przyjaźń. Drzewa są w stanie okazywać sobie troskę, oferować pomoc i wsparcie – przekonuje Wohlleben. Kiedy któryś z ich towarzyszy słabnie, dożywiają go, pompując korzeniami roztwór cukrów. Zdarza się nawet, że w ten sposób utrzymują przy życiu prastare pniaki, które bez zasilania dawno by już zmurszały. Zaprzyjaźnione drzewa starają się też nie wytwarzać od strony sprzymierzeńca zbyt grubych konarów. Takie bliskie relacje da się jednak zaobserwować głównie w lasach naturalnych. Niektóre osobniki są tak mocno splecione pod ziemią, że nawet umierają razem.

Te zależności szczególnie widać wśród buków. W lasach bukowych, w które się nie ingeruje, drzewa wyraźnie dostrajają się do siebie. Osiągają tę samą produktywność, wyrównują swoje słabe i mocne strony. Wszystko poprzez korzenie. To tam zachodzi wymiana. Dawanie i branie. Drzewa w lasach gospodarczych raczej nie łączą się w sieci – sadzenie uszkadza ich system korzeniowy. Zwykle zostają samotnikami, ich życie jest dużo trudniejsze. W lasach przerzedzanych (często w dobrej wierze) drzewa gubią się, zaczynają działać chaotycznie. Tak już mają – są istotami społecznymi, dbają o całość, o ekosystem. Wiedzą, że nikt nie jest samowystarczalny, a różnorodność to gwarancja większej stabilizacji. Wiedzą, że lepiej trzymać się razem.

Lasy, podobnie jak mrowiska, to swoiste superorganizmy, rządzące się swoimi prawami. Każdy członek takiej społeczności jest cenny, zasługuje na szacunek i pomoc. Podobnie rzecz przedstawia się chociażby w stadzie słoni. Wsparcie, solidarność, empatia – rośliny i zwierzęta mogą nie znać tych pojęć. Ale wiedzą, jak to się robi. I że ma to sens. Peter Wohlleben idzie krok dalej, mówi o altruizmie zwierząt. Takie sikorki bogatki na przykład. Kiedy zbliża się wróg, pierwsza, która zauważy niebezpieczeństwo, wydaje okrzyk – ostrzega towarzyszki. W ten sposób ściąga na siebie uwagę napastnika, naraża się więc na szczególne niebezpieczeństwo. Południowoamerykańskie nietoperze, choć z trudem zdobywają pożywienie, dokarmiają wyssaną krwią inne, niekoniecznie spokrewnione, osobniki. Skąd ta wspaniałomyślność? Prawdopodobnie liczą na odwzajemnienie przysługi w trudnych chwilach – można więc uznać, że jest w tym odrobina egoizmu. Ale również, że są zorientowane przyszłościowo (podobnie jak wiewiórki, robiące zapasy na zimę) i mają pewną świadomość, wolność wyboru. A nawet charakter.

Ten ostatni da się zaobserwować również u drzew. I to on – zdaniem Wohllebena – decyduje o tym, że z dwóch sąsiadujących ze sobą roślin jedna decyduje się zrzucić liście, a druga przedłuża okres wegetacji. To drzewo, które się spieszy, jest bardziej bojaźliwe albo: rozsądniejsze. Drugie ryzykuje i zieleni się dłużej, by po brzegi napełnić swoje zbiorniki.

Mądre bestie

Kolejne odkrycie – rośliny się komunikują. Najczęściej za pomocą sygnałów chemicznych i drgań, zapachów, trzasków. Ale to nie wszystko, zdaniem Petera Wohllebena drzewa potrafią liczyć! Gdy nadchodzi wiosna, dopiero po upływie określonej liczby ciepłych dni uznają, że sytuacja jest bezpieczna i można wypuszczać nowe liście. Biorą też pod uwagę długość dnia, co oznacza, że dysponują czymś w rodzaju wzroku. Włoski neurobiolog roślinny, Stefano Mancuso, potwierdza: rośliny widzą. – Weźmy przypadek boquili, rosnącej w Chile i mającej niezwykłe umiejętności mimetyczne. Jej liście upodabniają się do drzewa, po którym się wspina, zmieniają morfologię, kolor, konsystencję. A żeby coś naśladować, trzeba to najpierw poznać. Włoch porównuje zakończenia korzeni z neuronami. Roślina może mieć takich neuronów miliony – wygląda na to, że korzeń stanowi coś w rodzaju jej umysłu. Wzrastając, eksplorując teren, te roślinne „nerwy” omijają przeszkody, co oznacza, że muszą je „dostrzegać”.

Zarówno rośliny, jak i zwierzęta uczą się na błędach, wyciągają wnioski. Mają więc coś w rodzaju pamięci. Podczas przeprowadzonego w Bochum szkolenia gołębi okazało się, że są one w stanie rozróżnić 725 obrazów z abstrakcyjnymi wzorami! Zmysły? U roślin odkryto ich kilkanaście (o ile za zmysły uznać można zdolność mierzenia wilgotności czy pola elektromagnetycznego). Drzewa mają zmysł smaku– potrafią rozpoznać ślinę nieproszonego gościa (i wydzielać specjalnie dobrane substancje zapachowe, żeby go odstraszyć). W przypadku zwierząt mówi się nawet o szóstym zmyśle. Nadajniki GPS, w jakie w 2011 roku badacz Martin Wikelski wyposażył stado kóz pod Etną, odnotowały, że w niektóre dni kozy biegały nerwowo i próbowały się ukryć. Kilka godzin później następował większy wybuch wulkanu. Zwierzęta potrafią też przewidzieć (krótkoterminowo) pogodę, a nawet własną śmierć. Wreszcie: mają samoświadomość. Skąd to wiemy? Z testu lustra. Swój obraz rozpoznają w nim małpy człekokształtne, delfiny, słonie, ptaki z rodziny krukowatych, ale też świnie.

Bogate życie wewnętrzne zwierząt

Wohlleben zwraca uwagę, że niektóre zwierzęta mają umiejętność uczenia się języka ludzi. Najbardziej spektakularny przykład to gorylica imieniem Koko, która po przejściu odpowiedniego szkolenia przyswoiła ponad tysiąc znaków i ponad dwa tysiące słów w języku angielskim. Inne małpy poddane szkoleniu dowiodły, że Koko nie jest wyjątkiem. Czy jednak nie byłoby prościej, gdybyśmy to my zaczęli uczyć się języka zwierząt? pyta przyrodnik. Może. Ale i bez tego widzimy, co przeżywają. Jesteśmy w stanie rozpoznać ich emocje. Bo mają znacznie bogatsze życie wewnętrzne, niż mogłoby się wydawać.

Strach – to oczywiste, działa na poziomie instynktu. Ale trudno nie zauważyć, że zwierzęta potrafią odczuwać radość, wdzięczność, zazdrość. Przeżywać żałobę. Nieobce są im też współczucie, wstyd, żal i skrucha. A nawet takie „pojęcie” jak poczucie sprawiedliwości. Spróbuj oszukać psa, złamać reguły gry, których go wcześniej nauczysz – możesz być pewna, że się oburzy, obrazi, odmówi współpracy.

Porządek rzeczy jest niepodważalny: ze wszystkimi swoimi zdolnościami i zasobami zarówno rośliny, jak i zwierzęta są nam podporządkowane. Służą nam. Co nie znaczy, że nie mogą nas czegoś nauczyć. A przynajmniej zasługują na szacunek z naszej strony. Na początek wystarczyłoby, gdybyśmy częściej okazywali im niektóre z wyżej wymienionych uczuć, na przykład wdzięczność i empatię, i nie przeszkadzali im żyć i być sobą.

Czego uczą nas zwierzęta?

Miłości - zwierzę nie jest zainteresowane, kim jesteś i co osiągnęłaś. Kocha cię i już. Jest wierne, wdzięczne, oddane. Nie chowa urazy, natychmiast wybacza.

Pozytywnego nastawienia
- zwierzęta odznaczają się dużymi zasobami energii i optymizmu. Nie popadają w przygnębienie z powodu brzydkiej pogody czy popełnionych błędów.

Autentyczności
- swobodnie wyrażają swoją osobowość, nie próbują być kimś innym, niż są. Działają instynktownie, nie przejmując się, czy dobrze wypadną.

Życia w teraźniejszości
- zwierzęta nie roztrząsają przeszłości i nie martwią się o przyszłość. Są skupione na tym, co robią w danej chwili.

Zabawy
- nie tracą z wiekiem chęci do zabawy, w ich świecie z tego się nie wyrasta. Lubią się bawić i nie wstydzą się tego.

Akceptacji
- zwierzęta nie przejmują się tym, jak wyglądają, akceptują swoje ciało, siebie i innych. Nie oceniają.

Relaksu
- rzadko przeżywają stres, a jeśli już go doświadczą, potrafią się szybko otrząsnąć. Chyba, że doznają okrucieństw ze strony człowieka...

Wolności
- zwierzęta wolne są od uwarunkowań, przekonań i etykietek. Nie przejmują się tym, co wypada i co ludzie powiedzą.

Współpracy
- weźmy mrówki i pszczoły: potrafią pracować z zapałem przez cały dzień dla dobra wspólnoty.

Wytrwałości
- kiedy zwierzę czegoś chce, zabiega o to, aż dopnie swego. Nie przejmuje się porażką i odmową. Wystarczy przyjrzeć się pająkowi, który odbudowuje pajęczynę po tym, jak została zniszczona.

Prostoty
- zwierzęta nie potrzebują wiele do szczęścia. Możemy nauczyć się od nich doceniać to, co mamy.

Miłości i szacunku wobec natury
- wszystkie zwierzęta są głęboko związane ze środowiskiem, w którym się rodzą. Człowiek to jedyny gatunek występujący przeciwko planecie, która oferuje mu gościnność.

 

  1. Psychologia

Czego możesz nauczyć się od swojego psa? Przede wszystkim okazywania miłości

Żyjemy w błogim przekonaniu, że jesteśmy mądrzejsi od zwierząt... A jednak tak wiele możemy się od nich nauczyć. (fot. iStock)
Żyjemy w błogim przekonaniu, że jesteśmy mądrzejsi od zwierząt... A jednak tak wiele możemy się od nich nauczyć. (fot. iStock)
Żyjemy w błogim przekonaniu, że jesteśmy mądrzejsi od zwierząt... A jednak tak wiele możemy się od nich nauczyć. Choćby życia bez fochów i umiejętności wybaczania. Nade wszystko jednak, jak pisze psycholożka Hanna Samson, powinniśmy brać przykład z tego, jak okazują nam miłość. 

Wracasz do domu, pies cieszy się na twój widok, i to jak! Merda ogonem, wydaje najróżniejsze dźwięki, podskakuje, często skacze na ciebie, to nieco utrudnia życie, jeśli masz ciężkie torby, więc go karcisz, ale tak naprawdę jest to bardzo przyjemna chwila. Nastrój ci się poprawia, czujesz, że jesteś kochana, ważna, wspaniała, potrzebna! Jak często czujesz to w kontaktach z ludźmi? Gdy dzieci są małe, też się cieszą, kiedy wracasz, potem nawet nie wychodzą ze swojego pokoju. Mąż albo partner lub partnerka? Pewnie się trochę ucieszy, jeśli akurat jest w domu, ale żeby aż tak? Nie będzie żadnego merdania czy podskoków, miło, jeśli wyjdzie do przedpokoju, by cię przywitać. Czy wiesz, że szympansy całują się na powitanie? Mają taki obyczaj jak my. Ale i im, i nam daleko do psa, który cieszy się całym sobą.

Czysta radość

Rozmawiałam niedawno z koleżanką o jej problemach w relacji z synem. Syn jest już dorosły, ale nadal zbuntowany, ma jej za złe, że nie czuł się kochany jako dziecko. Ona ma wciąż poczucie winy i próbuje go jakoś przebłagać. – Co takiego zrobiłaś, że czujesz się winna? – zapytałam. – Sęk w tym, czego nie zrobiłam. Nie okazywałam mu miłości, choć dbałam o niego. Byłam surowa, krytyczna, wymagająca, a on ciągle robił coś nie tak. Rzadko kiedy byłam z niego zadowolona, bo nie spełniał moich oczekiwań, nawet rzadko się do niego uśmiechałam. Jak chciałam go przytulić, to mnie odpychał, więc przestałam próbować, a on coraz bardziej się oddalał. Nie wiem, co mogę zrobić, żeby to zmienić.

W gruncie rzeczy wystarczy tak niewiele, żeby okazać komuś miłość. Ucieszyć się na jego widok jak pies, jeszcze zanim zapytamy, czemu tak późno, czy kupił to, co miał kupić, czy pamiętał o tym czy tamtym. To wielkie szczęście mieć bliską osobę, z której powrotu możemy się cieszyć, nie warto sobie i jej tego żałować! Jeśli nasza radość działa na innych tak jak psia, nasi bliscy pewnie też trochę jej z siebie wykrzeszą. Po latach nie będzie trzeba szukać ścieżek dojścia do siebie nawzajem, będą przetarte.

Chyba wszyscy marzymy jak Bridget Jones, żeby ktoś kochał nas takimi, jacy jesteśmy. Nie oceniał, nie krytykował, nie porównywał z innymi, wspierał nas nawet wtedy, gdy damy plamę, a może przede wszystkim wtedy. Aby wybaczał nam, kiedy zrobimy coś nie tak, nie obrażał się, nie wypominał, żeby rozumiał nas i akceptował z tym wszystkim, co w nas fajne i nie. Marzymy o tym, ale zwykle skąpimy innym takiej postawy. I tu znów warto spojrzeć na psa. Psia miłość jest absolutna i bezwarunkowa, okazywana nam przy każdej okazji. Żadnych fochów, obrażania się (no może czasem, gdy na zbyt długo wyjedziesz), żadnego wypominania, że spacer za krótki, że znowu nie chcesz grać w piłkę, bo pracujesz.

Fajnie, że jesteś

Pies kocha nas z naszymi ograniczeniami albo mimo nich i nie próbuje nas zmieniać. Owszem, próbuje zachęcać do wyjścia na spacer, do zabawy, ale rozumie, gdy powiemy „nie”. Próbuje skłonić, byśmy spojrzeli mu w oczy, bo wtedy szybciej zrozumiemy, o co chodzi. „Spójrz, tu leży piłka, czy możesz ją kopnąć? Nie? Dobrze, poczekam, może później będziesz miał ochotę”. Pies godzi się z tym, że nie wszystkie jego życzenia są spełnione i niezmiennie nas kocha. Wybacza nam nasze zaniechania i zły humor. Nam też zwykle łatwo przychodzi kochać psy miłością bezwarunkową, ale ludzi? I tego warto się uczyć od psów. Rzecz nie w tym, żeby nie krytykować, ale w tym, żeby okazywać akceptację.

Z dzieciństwa pamiętam dowcip o chłopcu, który nie mówił. Jego rodzice się bardzo martwili, bo miał już siedem lat i nie powiedział słowa. Pewnego dnia cała rodzina siedziała przy obiedzie i nagle chłopiec przemówił, nie pamiętam dokładnie, co powiedział, ale umówmy się, że: „Ziemniaki są rozgotowane”. Wszyscy zerwali się od stołu, zadziwieni, wzruszeni, szczęśliwi, mama wykrzyknęła: „Synku, ty mówisz?” „Tak”. „Dlaczego do tej pory nie mówiłeś?” „Bo dotąd wszystko było w porządku”.

Ten dowcip przypomina mi się czasem, gdy słucham rodzinnych rozmów. Nieważne, kto z kim rozmawia, mama z dzieckiem, tata z mamą, dziecko z tatą, często więcej tam komunikatów krytycznych, pouczeń, strofowań, niezadowolenia niż zwyczajnej akceptacji. Kiedy dzieje się dobrze, zwykle nie mówimy nic. Jasne, że nie dotyczy to wszystkich, ale co jakiś czas warto posłuchać samego siebie. Co najczęściej mówię swoim bliskim? Jakie uczucia im przekazuję? Jak często się do nich uśmiecham? Pies wiele razy dziennie przekazuje nam informację: „Fajnie, że jesteś!”. Gdybyśmy wzorem psa częściej przekazywali ją sobie nawzajem, życie byłoby przyjemniejsze.

– Dlaczego ja mam być dla niego miła, skoro on jest dla mnie niemiły? – zapytała mnie niedawno kobieta, która nie jest zadowolona ze swojego związku, a właściwie stylu komunikacji z mężem. Mało rozmawiają, nie zwracają nawzajem uwagi na swoje potrzeby, głównie ustalają, co kto ma zrobić, i rozliczają się z tego. Mąż zapomniał o jej urodzinach, więc ona też „zapomniała” o jego, mąż robi sobie herbatę i nie zapyta, czy ona też by chciała, więc ona też nie pyta i tak dalej. – Po to, żeby coś zmienić. Rozumiem, że ten sposób komunikacji ci nie odpowiada? –  Jemu pewnie też nie odpowiada! Niech on się trochę wysili! – rzuca bez wahania.

Pies nie czeka, aż będziemy mieć dobry humor i zwrócimy na niego uwagę, często sam inicjuje 
interakcję. Podchodzi, merdając ogonem, sprawdza, czy mamy ochotę go pogłaskać. Nie? Jeszcze raz próbuje. „Naprawdę nie masz ochoty na kontakt ze mną?” Jeśli naprawdę nie masz, to odchodzi, za jakiś czas spróbuje znowu. My wolimy unosić się honorem, jak on tak, to ja też tak, żeby sobie nie pomyślał… nie wiem czego? Że zależy ci na tym związku i dobrej atmosferze? Ale przecież ci zależy i nic w tym złego. Często wystarczy zacząć od siebie, żeby zmieniły się nasze relacje z bliskimi, ale rzadko chcemy to sprawdzać.

– A jeśli się nie wysili? – dopytuję. – Ja się nie będę przełamywać, niech będzie tak, jak jest! – pada odpowiedź. Szkoda. Czasem warto uwolnić w sobie psa, który potrafi dbać o dobry kontakt z ludźmi. Wierzę, że wszyscy mamy w sobie taki psi kawałek, który bez sensu ukrywamy przed bliskimi.

Uważność wcielona

A skoro mowa o uwalnianiu psa, spójrzmy na psa spuszczonego ze smyczy. Biega, tarza się, zaczepia inne psy, a przede wszystkim cieszy! W tym czasie zdaje się myśleć tylko o tym, jak dobrze jest żyć! Jest cały w „tu i teraz”. A my co robimy na spacerze? Dobrze, jeśli nie grzebiemy w komórce i w ogóle widzimy, co jest wokół. Ale nasze myśli rzadko są tylko tu, gdzie jesteśmy. Rozpamiętujemy przeszłe zdarzenia, myślimy o tym, co musimy zrobić, bierzemy przeszłość i przyszłość na spacer, zamiast jak pies ucieszyć się tym, co jest. A gdyby tak spróbować pobiegać z nim razem, poturlać się z górki, powyrywać patyk? Biegamy na rozmaite zajęcia relaksacyjne, nie mówię, że to źle, ale gdybyśmy potrafili uwalniać w sobie psa, nie bylibyśmy wiecznie tacy spięci.

Psy cieszą się, ale i martwią razem z nami, gdy jesteśmy smutni, biorą na siebie nasze stresy. Badania wykazały, że poziom kortyzolu u psa jest taki sam jak u człowieka, którego kocha. Stresujesz się? Twój pies też. Więc nie rób mu tego! Lepiej poganiajcie się razem po parku! Uczmy się od psa spontaniczności, zamiast kontrolować każdy krok. Na spacerze pies także bada świat, chodzi i węszy, podąża za różnymi zapachami, wbiega w różne alejki i krzaki, chętnie poznaje nowy teren. Od psa warto się uczyć ciekawości świata, która z wiekiem zwykle u nas słabnie. A przecież ci, którzy są ciekawi świata, mają większe poczucie sensu życia, mniej rzeczy budzi ich lęk i opór, mają szansę ciągle się rozwijać, zamiast zastygać w sztywnych przekonaniach.

A po spacerze pies pije wodę i kładzie się spać. W tym też warto go naśladować, bo osoby, które ucinają sobie drzemki w ciągu dnia, są o 37 proc. mniej narażone na śmierć z powodu chorób serca, mają lepszą koncentrację i wyższą wydajność w pracy. A kiedy pies już się obudzi, przeciąga się kilka razy, najpierw w łóżku, leżąc na plecach, potem już na podłodze robi psa z głową w górę i w dół, i znowu w górę, nim pójdzie biegać. Psy w ogóle potrafią dbać o siebie, to nie jest tak, że chcą się nam przymilać, zapominając o własnym komforcie. Skąd! Pies zwykle kładzie się na środku łóżka, trzeba go prosić, żeby się przesunął, jeśli nie chce, to musisz zmieścić się obok. Pies pojawia się zawsze tam, gdzie jemy, licząc na to, że i on dostanie. Domaga się pieszczot i zabawy, kiedy ma na to ochotę, nie czeka biernie na łaskę pańską, i tego też warto się od niego uczyć.

Wiele z nas boi się stawiania granic, bo innym będzie przykro, nie będą nas lubić i tak dalej. Spójrzcie na koty – słyną z umiejętności stawiania granic, co budzi nasz szacunek i nie zmniejsza sympatii do nich. Pies też potrafi stawiać granice, robi to jednak inaczej. Na przykład większe psy nie lubią być brane na ręce i jasno to komunikują. Zbliżasz się do takiego, on wyczuwa twoje intencje i odskakuje o krok, merdając ogonem. Ten ogon to jego zadbanie o relację – „Bardzo cię lubię, nie chcę jedynie, żebyś mnie brał na ręce” – zgodnie z zasadami asertywności. Psy potrafią cieszyć się drobiazgami. Warto się od nich uczyć doceniać to, co jest, każdą chwilę.

Mogłabym tak pisać i pisać, ale przecież wszystkiego możesz się sam nauczyć od swojego psa. Nie masz psa? Nic straconego. Wiele zwierząt czeka w schroniskach, żeby podzielić się z tobą sztuką życia.

  1. Styl Życia

Kompulsywne zbieractwo. Niezwykła opowieść o najsłynniejszych syllogomanach w historii

Langley Collyer (od lewej) oraz inspektor ds. budownictwa i mieszkalnictwa John O'Connor pośród tunelu pudeł i gazet w domu braci Collyer. (Fot. BEW Photo)
Langley Collyer (od lewej) oraz inspektor ds. budownictwa i mieszkalnictwa John O'Connor pośród tunelu pudeł i gazet w domu braci Collyer. (Fot. BEW Photo)
Niczego nie wyrzucą. Żyją i umierają w stertach swoich skarbów. Syllogomaniacy.

21 marca 1947 roku o godzinie 8:53 na posterunek policji w Nowym Jorku zadzwonił niejaki Charles Smith, donosząc, że w budynku przy ulicy Fifth Avenue w Harlemie znajduje się ciało mężczyzny w stanie zaawansowanego rozkładu. Funkcjonariusze pojawili się we wskazanym miejscu o 10 rano i otoczyli dom kordonem, by nie dopuścić zbyt blisko gromadzących się już gapiów. Wyważono zabezpieczone kratą drzwi, prowadzące do piwnic. Dalszą drogę zagradzało zwarte rumowisko cuchnących odpadów wylewających się z wnętrza. Policja nowojorska stanęła twarzą w twarz z jednym z najbardziej dramatycznych i tragicznych przypadków syllogomanii, czyli zbieractwa kompulsywnego. Kilkupiętrowy budynek wypełniony szczelnie, po ostatnią kondygnację, makulaturą, śmieciami, odpadkami był własnością braci Homera i Langleya Collyerów, należących do jednego z najznamienitszych nowojorskich rodów.

Zamożni odludkowie

Dotknięci kompulsywnym zbieractwem gromadzą wszystko – stare gazety i pojemniczki po jogurcie. W ich mieszkaniach nie znajdziesz skrawka wolnej przestrzeni. Syllogomania atakuje więcej osób niż bylibyśmy skłonni podejrzewać. Jedyne do tej pory badania epidemiologiczne przeprowadzono w amerykańskim stanie Massachussets wykazały, że syndromem zbieractwa dotkniętych okazało się 26 na 1000 mieszkańców.

Jednym z nich jest Olga – profesor literatury, emerytowana nauczycielka akademicka z Bostonu. Kiedy przestała panować nad sytuacją i zadzwoniła po pomoc, drzwi do jej apartamentu nie sposób już było otworzyć. Blokowało je ponad sto ogromnych plastikowych worków wypełnionych notatkami, materiałami do wykładów z ostatnich 10 lat. Sterty ubrań, większość jeszcze z metką, po 10 sztuk takich samych – różniły się tylko kolorami. Mnóstwo butelek, spakowanych w torby i pudła. Starych listów, słoików, plastikowych toreb po zakupach, zepsutych zegarków... Rzeczy pokrywały podłogę grubą, ponadmetrową warstwą. W sypialni sięgały sufitu. Od kilku lat nie używała łóżka, bo nie można było się do niego dostać. Sypiała więc w kuchennym kąciku – jedynym wolnym jeszcze miejscu w jej mieszkaniu. Wiedziała, że nie sposób tak żyć, ale nie potrafiła niczego wyrzucić. Jej pasja gromadzenia nie wynikała ani z biedy, ani traumatycznych przeżyć młodości. Podobnie jak legendarne już zbieractwo braci Collyerów.

Homerowi i Langleyowi nigdy niczego nie brakowało. Obaj odebrali znakomite wykształcenie. Starszy, Homer, był prawnikiem. Młodszy ukończył studia na kierunkach mechanika stosowana oraz chemia, ale nie podjął pracy w zawodzie. Oddawał się swojej pasji muzycznej, wygrał nawet kilka prestiżowych konkursów pianistycznych. Bracia byli nieśmiali, uprzejmi i bardzo kulturalni. Ubierali się zwykle z wyszukaną, XIX-wieczną elegancją i przypominali dżentelmenów z epoki wiktoriańskiej. Nie mieli bliskich przyjaciół. Nie znano też nikogo, kto by kiedykolwiek przekroczył drzwi ich domu. „Zamożni odludkowie, ot co” – kwitowali sprawę sąsiedzi.

W 1933 roku Homer przeszedł udar, po którym stracił wzrok i został częściowo sparaliżowany. Langley porzucił koncertowanie i oddał się opiece nad bratem. Przekonał go, że jego oczy powinny być stale zamknięte, by mogły odpocząć, i że dla pokonania ślepoty trzeba jeść 100 pomarańczy dziennie. Po ojcu bracia odziedziczyli ogromną bibliotekę ksiąg medycznych, Langley zadecydował więc, że sam zajmie się rehabilitacją Homera.

Skarby śmietników

„Tajemniczy faceci z Harlemu” budzili niezdrową ciekawość i stali się tematem najbardziej niezwykłych opowieści. Wierzono, że ich dom kryje nieprzebrane skarby, a bracia sypiają na materacach wypchanych pieniędzmi. Ludzie usiłowali za wszelką cenę zajrzeć do środka, a okoliczne dzieci zabawiały się wybijaniem okien kamieniami. Langley nie wstawiał nowych szyb, a tylko zabijał kolejne otwory deskami i tekturą. W ten sposób izolacja braci pogłębiała się. Przestali płacić rachunki i podatki. Odłączono im gaz i elektryczność. Choć mieli spore oszczędności i nie cierpieli biedy, Langley całymi nocami przeszukiwał ulice miasta, wyciągając ze śmietników żywność i najprzeróżniejsze „skarby”, które gromadził w swojej posiadłości.

Typowe objawy syllogomanii obejmują nie tylko zbieranie wszystkich możliwych śmieci, ale również obsesyjne robienie zapasów. Niektórzy chorzy kupują niewiarygodne wręcz ilości dóbr wszelakich, w tym tony żywności. Zasoby ich spiżarek pozwoliłyby wykarmić kilka rodzin przez wiele lat. Zbieracz wykupuje na wyprzedaży „wyjątkowe okazje” – rzadko jednak zadowala się pojedynczą sztuką jakiegoś produktu, bierze od razu 30 czy 40. Nigdy niczego nie używa. Trzyma swoje skarby „na przyszłość”. Ma kłopoty z wyrzuceniem czegokolwiek, bo przecież zawsze kiedyś komuś do czegoś może się przydać. A nie daj Boże do śmieci trafi coś niezwykłego... Zbieractwo bywa też ściśle wyspecjalizowane. Jedni gromadzą zapasy jedzenia, inni otaczają się na przykład stadem zwierząt.

Ogólnie rzecz biorąc, ludzie dotknięci syllogomanią mają trudności z podejmowaniem decyzji i realizacją zamierzeń. Choroba może towarzyszyć zespołowi Diogenesa, czyli zaburzeniu osobowości, polegającym na skrajnym zaniedbywaniu higieny osobistej i stanu sanitarnego w mieszkaniu. Także unikaniu kontaktów z najbliższymi i towarzystwa innych ludzi. Ofiara zespołu Diogenesa przypomina niekiedy zaniedbanego, bezdomnego nędzarza, choć jej status materialny może być całkiem wysoki.

Pułapki na włamywaczy

Kiedy oficerowie policji wyważyli drzwi domu Collyerów, gromadzone latami śmieci dosłownie wylały się na ulicę. Wejście do środka było niemożliwe. Po kilku godzinach, za pomocą drabiny straży pożarnej, udało się sforsować jedno z okien. Funkcjonariusze z ogromnym trudem poruszali się w labiryncie wąskich korytarzy pomiędzy zwałami odpadków. W jednym z pokojów natknęli się na ciało siwego mężczyzny, który został zidentyfikowany jako Homer Collyer. Lekarz sądowy stwierdził, że śmierć nastąpiła około 10 godzin wcześniej – najprawdopodobniej na skutek odwodnienia i ogólnego wyniszczenia organizmu. Nikt nie miał pojęcia, gdzie był i co robił jego brat. Podejrzewano, że wyruszył na kolejną wyprawę zbieraczy. Nie było jasne, jakim sposobem wydostał się z domu, zważywszy kompletnie zawalony korytarz prowadzący do wyjścia.

Policjanci wyważyli jeszcze kilka okien na ostatniej kondygnacji i rozpoczęli odgruzowywanie posesji. Wyciągnięto stamtąd setki żyrandoli, kompletny szkielet wozu konnego, kozły do piłowania drewna, ramy materacy z uszkodzonymi sprężynami, wózki dziecięce, stołki, zepsute rowery, pudła z pocztówkami świątecznymi, kilka tysięcy książek i niezliczone ilości gazet. Wyniesiono z domu pięć pianin, mahoniowy kominek z ogromnym pękniętym lustrem, zielony zabawkowy autobus, skrzynkę pełną kółek z żabkami do wieszania zasłon, starą lodówkę i pudło połamanych zabawek. Labirynt tuneli wyryty w śmieciowisku Collyerów był naszpikowany licznymi pułapkami i przemyślnymi zapadniami, które miały ustrzec przed włamywaczami. 27 marca, po tygodniu sprzątania, natknięto się na skrzynkę po cygarach, a w niej cztery rewolwery, karabiny kalibru 22 i 30, bagnety, trzy szable, dubeltówkę i skrzyneczkę rozmaitej amunicji. Ogółem z 12 pokoi domu Collyerów wydobyto ponad 120 ton odpadków, śmieci i odchodów, 11 pianin i tyle części do samochodu, że można by z nich złożyć kompletnego Forda T.

To mój dom!

Zorganizowane akcje sprzątania podejmowane od czasu do czasu przez najbliższych, instytucje opieki czy służby miejskie na wiele się nie zdają. Wyczyszczona do cna posiadłość w ciągu kilku miesięcy znów obrasta w rozmaite dobra. Wystarczy pół roku, by sytuacja powróciła do poprzedniego stanu. Wszelkie próby pomocy w sprzątaniu są zresztą zwykle torpedowane przez zbieracza już w zarodku. Gazety? „Proszę ich nie wyrzucać. Mam zamiar w najbliższym czasie przejrzeć wszystkie i zachować tylko najważniejsze dla mnie wycinki”. Chory potrafi wytłumaczyć przydatność każdej rzeczy. Wszystko jest potrzebne i nie wolno uzbieranego zmarnować.

Bałagan? „No, mnie on nie przeszkadza, nie rozumiem więc, czemu by miał przeszkadzać tobie. W końcu to mój dom, a nie twój, nieprawdaż?” – słyszą niejednokrotnie dorosłe dzieci usiłujące zaprowadzić ład w mieszkaniu rodziców. Z powodu nałogowego zbieractwa cierpią nie tyle sami „kolekcjonerzy”, co członkowie ich rodzin. „Ojciec załatwiał się do nocnika, bo zbiory matki uniemożliwiały wejście do łazienki” – skarżyła się Angela na forum dla krewnych osób uzależnionych.

Podobnie było w przypadku Collyerów. Syllogomania dotyka często osoby bardzo inteligentne i wrażliwe, a to dlatego, że – jak próbują tłumaczyć psychologowie – widzą one więcej niż inni powiązań między rzeczami i to każe im bardziej je doceniać. Co charakterystyczne, nałogowi zbieracze kategoryzują swoje skarby wedle mocno niekonwencjonalnych kryteriów. Ot, na przykład rachunek za prąd szybciej wyląduje na stercie różnych kartek niż w szufladzie z innymi rachunkami.

Choć nie potrafimy jeszcze wyjaśnić mechanizmu narodzin tej obsesji, obserwacja braci Collyerów pozwala wierzyć, że źródło problemu przynajmniej częściowo tkwi w genach. Jeśli jedno z rodzeństwa odczuwa chorobliwą potrzebę kolekcjonowania, prawdopodobieństwo, że przymus ten dotknie również brata czy siostrę wynosi ok. 27 proc. U bliźniąt jednojajowych, które wyposażone są w ten sam garnitur genetyczny –ryzyko choroby rośnie dwukrotnie.

Leczenie osób dotkniętych syllogomanią jest trudne przede wszystkim dlatego, że sami chorzy nie wyrażają chęci podejmowania prób walki z tym problemem. Najczęściej stosuje się psychoterapię wspomaganą podawaniem antydepresantów, na przykład fluwoksaminy.

Zamknięcie królestwa

1 kwietnia odbył się pogrzeb Homera Collyera. Jego brat wciąż był nieobecny i stało się jasne, że najprawdopodobniej nie żyje. Jego ciało znaleziono tydzień później – o ironio! – w tym samym pokoju, w którym umarł Homer. Zginął przygnieciony przez stertę ciężkich przedmiotów. Medycy sądowi ustalili, że śmierć Langleya nastąpiła około miesiąca wcześniej niż zgon brata, którym się opiekował.