1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Szwecja – raj dla introwertyków

Szwecja – raj dla introwertyków

Domek sternika na wyspie Vrångö, należącej do Archipelagu Göteborga. (Fot. iStock)
Domek sternika na wyspie Vrångö, należącej do Archipelagu Göteborga. (Fot. iStock)
Uprzejmi, ale raczej zdystansowani; uśmiechnięci, choć niezbyt przystępni. Małomówni. Na dowolne pytanie często odpowiedzą również pytaniem (Ha?), zyskując tym samym czas do namysłu. Lubią być w pojedynkę w otoczeniu natury. Styl życia Szwedów nie każdemu musi pasować, ale każdy może się od nich czegoś nauczyć.

Szwedzi mają do dyspozycji cały pęk kluczy do szczęścia – twierdzi moja koleżanka Maria Bantin, 35-letnia Polka mieszkająca w Malmö. Jest imigrantką z krótkim, bo zaledwie trzyletnim stażem, jednak skalę porównawczą ma całkiem szeroką: jej mąż jest Brytyjczykiem, mieszkała wcześniej w Anglii, studiowała zaś kulturę śródziemnomorską, więc doskonale zna też południowe podejście do życia. – Wymieniłabym chociażby stabilność polityczną (w 2018 roku po raz pierwszy od długiego czasu był tu problem z uformowaniem parlamentu) i bezpieczeństwo międzynarodowe (Szwecja jest krajem neutralnym od czasów napoleońskich). Ale też dobry socjal: szczodry urlop rodzicielski, rozbudowany system ubezpieczeń, powszechność związków zawodowych i szereg praw chroniących pracownika, dość solidna opieka zdrowotna czy wreszcie bezpłatna edukacja na każdym poziomie. Daleka jestem od twierdzenia, że system ten funkcjonuje w sposób idealny, na pewno jednak sprawia, że codzienność w Szwecji jest znacznie mniej stresująca niż w innych krajach – podsumowuje.

Rikard Nilsson, 50-letni szwedzki finansista, mówi krótko: szwedzkie zadowolenie z życia bierze się z poczucia bezpieczeństwa. Jego zdaniem Szwedzi nie są może wybitnie szczęśliwi, ale są... szczęśliwi wystarczająco.

Lagom znaczy: umiarkowanie

Żyj przyjemnie i komfortowo, ale dbaj o środowisko, nie tylko o własną wygodę. Pracuj rzetelnie i z zaangażowaniem, ale zachowaj równowagę i nie zapominaj o odpoczynku. Pamiętaj, że lepsze jest zwykle wrogiem dobrego. Tak zapewne brzmiałyby rady, których przeciętny Szwed mógłby udzielić przedstawicielom innych nacji. Gdyby próbować zamknąć je w jednym słowie, byłoby to lagom – dosłownie „w sam raz”, „akurat”, „tyle, ile trzeba”. Lagom przenika całe szwedzkie życie, każdą jego dziedzinę. W sferze ekonomicznej pozwoliło znaleźć złoty środek między kapitalizmem a socjalizmem, między postępem a człowieczeństwem. Odnosi się do zarobków i ścieżki kariery, ale także liczby sukienek w szafie i porcji spożywanych przy stole. Na co dzień oznacza też odpuszczenie sobie gonitwy za lepszym samochodem, większym mieszkaniem czy kolejnym dobrze wyglądającym punktem w życiorysie.

Helen Russell, autorka „Atlasu szczęścia”, w którym analizuje nastawienie do życia różnych nacji, w rozdziale poświęconym Szwedom sugeruje, by ich wzorem zamiast popularnego „czy tego chcę?”, jak najczęściej zadawać sobie pytanie: „czy tego mi potrzeba?”. Odpowiedź może dać nam wytęsknione poczucie ulgi i wolności.

Inny indywidualizm

Materialne zdobycze i symbole statusu nie robią zresztą na Szwedach większego wrażenia, a jeśli już, to raczej negatywne: zbytnie wyróżnianie się z tłumu nie jest tu w dobrym tonie. Szwecja to kraj indywidualizmu, ale takiego, któremu dość daleko do głośnej manifestacji odmienności, a bliżej do tolerancji, rozumianej przede wszystkim jako niewchodzenie na cudze terytorium czy nienaruszanie czyjejś przestrzeni. – Żyjąc wygodnie w kraju, który o nas dba, możemy skupić się na sobie. Dawno nie było u nas kryzysów, które sprawiają, że ludzie muszą trzymać się razem, a więzi automatycznie się zacieśniają – tłumaczy Henrik Olsson, lekarz ze środkowej Szwecji. Wydaje się jednak, że korzeni tego podejścia szukać należy dużo wcześniej niż w spokojnych ostatnich dziesięcioleciach. Katarzyna Tubylewicz, pisarka, kulturoznawczyni i tłumaczka z języka szwedzkiego, w wydanej niedawno książce „Samotny jak Szwed? O ludziach północy, którzy lubią być sami” podkreśla, że w pierwszej istniejącej na piśmie relacji o Szwecji – wspomnianej jako jedno z germańskich plemion na północy – którą można znaleźć w liczących dwa tysiące lat zapiskach Tacyta, jest mowa o tym, że jej mieszkańcy nie chcą, aby ich domy znajdowały się zbyt blisko siebie, tak jak w Rzymie. Już wtedy szwedzka kultura miała więc rys introwertyczny.

Jak pisze Katarzyna Tubylewicz w 'Samotny jak Szwed?', introwertyczna natura jest swego rodzaju antidotum na współczesne zagonienie, zagubienie w kołowrotku zdarzeń. (Fot. iStock)Jak pisze Katarzyna Tubylewicz w "Samotny jak Szwed?", introwertyczna natura jest swego rodzaju antidotum na współczesne zagonienie, zagubienie w kołowrotku zdarzeń. (Fot. iStock)

Jak tłumaczy autorce profesor medycyny Peter Strang, istnieje coś takiego, jak dobra samotność, czyli samodzielnie wybrane odosobnienie, bardzo człowiekowi potrzebne, szczególnie jeśli mieszka się w dużym mieście. „W wymiarze biologicznym człowiek jest stworzony do przebywania w małych grupach. Ogromna liczba spotkań z nowymi ludźmi wywołuje stres, niekoniecznie w pełni uświadomiony, ale prowadzący do wielkiego zmęczenia. To bardzo przeciąża nasz mózg” – mówi. Paradoksalnie, jak podsumowuje Tubylewicz, czas samotności może nas wręcz otworzyć na kontakt z innymi – pozwala bowiem odnaleźć wewnętrzny spokój i przestrzeń na nowe relacje. Co ciekawe, lagom – przywołane wcześniej szwedzkie słowo klucz – pochodzi od rzeczownika lag, oznaczającego... drużynę. Według legendy laget om, czyli „wśród drużyny” to zwrot używany przez wikingów pijących miód z rogu krążącego wokół stołu – tak, by każdy mógł dostać swój przydział, nie za mało, nie za dużo.

– Szwecja jest najpiękniejszym miejscem na świecie, jeśli jesteś „jedną z nas”. Jeśli nie, możesz się tu poczuć bardzo samotna – mówi z odrobiną przekąsu wychowana w Szwecji Monika, specjalistka od zarządzania. Przywołując głośny film Lukasa Moodyssona „Tylko razem”, stanowiący wnikliwą obserwację blasków i cieni bycia razem, tłumaczy, że wybierający odosobnienie Szwedzi tak naprawdę nigdy nie przestali tęsknić za silnym poczuciem wspólnoty. Dziennikarka Stina Oscarson przyznaje, że jej rodacy z jednej strony cenią indywidualizm, z drugiej zaś są nastawieni mocno kolektywistycznie i chcą za wszelką cenę należeć do jakiejś całości. Cytująca ją Katarzyna Tubylewicz pod koniec książki stwierdza, że ambiwalentny stosunek zarówno do bycia w grupie, jak i bycia w samotności to immanentna cecha każdego człowieka, nie tylko Szweda. Nie każda nacja uczyniła jednak z tej ambiwalencji sposób na życie. W którą zaś stronę ciągnie Szweda najbardziej? Zapewne tam, gdzie, jak pamięta z dzieciństwa, najbujniej rosną poziomki...

Prawo wszystkich ludzi

Spokoju Szwed szuka w przestrzeni określanej mianem smultronställe – dosłownie: na poletku poziomek. Słowo to, używane od początku XX wieku w znaczeniu sielskiego odludzia, odnosi się do miejsca, w którym możemy schronić się przed światem, wyciszyć i odprężyć.

– Gdybym miała wybrać jedną rzecz, której powinniśmy uczyć się od Szwedów, byłby to stosunek do natury – stwierdza Maria Bantin. W Szwecji obowiązuje tzw. Allemansrätten („prawo wszystkich ludzi”) – każdy człowiek ma zagwarantowane prawo do kontaktu z przyrodą, której jako gatunek jesteśmy integralną częścią. Współistniejemy z nią i nie powinniśmy z nią rywalizować. W praktyce oznacza to, że każdy może korzystać z lasów, zarówno państwowych, jak i prywatnych, zbierać w nich owoce, grzyby czy kwiaty, pływać w jeziorach czy rzekach. Namiot rozbić można w zasadzie w dowolnym miejscu, także na terenie prywatnym, pod warunkiem że nasza obecność nikomu nie przeszkadza i nie narusza prywatności właściciela.

– Przyroda w Szwecji jest wspaniała i bardzo zróżnicowana, bo kraj rozciąga się południkowo na około 1,5 tysiąca kilometrów. Rząd promuje przebywanie na łonie natury, a dostęp do niej jest ułatwiany zwłaszcza seniorom, dzieciom i osobom ograniczonym ruchowo. W miastach, parkach i lasach zawsze znajdziemy przynajmniej jedną trasę dla wózków dziecięcych i inwalidzkich – mówi Maria i dodaje, że godny podziwu jest też szacunek dla przyrody. – Nie jest idealnie, toczą się gorące dyskusje na temat wycinania lasów, ale przez trzy lata nie widziałam tu śmieci wyrzuconych wśród drzew, choć przecież mnóstwo ludzi spędza wolny czas na łonie natury – wyjaśnia.

Wydaje się, że nasi sąsiedzi zza morza doskonale wiedzą, jak bardzo przyroda jest im potrzebna do szczęścia – ekologia tutaj to nie pusty frazes, a dbanie o własne dobro. Szwedzi mówią często, że natura leczy ich dusze – podkreśla Katarzyna Tubylewicz. Warto jednak wyjaśnić, że kojące Bergmanowskie smultronstället – dosłownie: podróż do miejsca, w którym rosną poziomki – nie musi oznaczać wycieczki za miasto. Chodzi raczej o poczucie bezpieczeństwa i pogodzenie ze światem, jakie niektórzy z nas pamiętają z dzieciństwa. Może być też po prostu świadomie zaplanowanym czasem spędzonym w odosobnieniu – choćby z ciekawą lekturą na własnej kanapie, jeśli to właśnie tam najbardziej efektywnie regenerujemy siły.

Linus Jonkman, szwedzki autor książek o potrzebie spędzania czasu na osobności, twierdzi, że świat powinien uczyć się podejścia do życia, które przejawiają introwertycy, w tym wielu Szwedów. Bywają oni wprawdzie bardziej pesymistyczni, bardziej podejrzliwi, miewają problemy z podjęciem decyzji i analizują wszystko bez końca, jednak – jak podsumowuje autorka książki „Samotny jak Szwed? O ludziach Północy, którzy lubią być sami” – introwertyczna natura jest swego rodzaju antidotum na współczesne zagonienie. Zgoda na ciszę, „osobność” i niespieszną analizę jest jak zgoda na spokojny, głęboki oddech. A tego coraz bardziej nam wszystkim potrzeba.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Jak być finansowo odpowiedzialnym?

Nie myślmy o tym, co tracimy, oszczędzając (te wszystkie okazje i przyjemności), ale co zyskujemy (stabilność finansową). (Fot. iStock)
Nie myślmy o tym, co tracimy, oszczędzając (te wszystkie okazje i przyjemności), ale co zyskujemy (stabilność finansową). (Fot. iStock)
Nigdy nie będę bogata! Dlaczego? Bo co miesiąc powtarza się ta sama historia. Podobna do poniższych? Jeśli tak – mamy na to radę. Zapytaliśmy ekspertki, jak zaradzić codziennym trudnościom finansowym.

Wśród kobiet, które znam, tylko jedna zasługuje na miano Perfekcyjnej Finansistki. To Ania, moja nauczycielka angielskiego. Nie narzeka na brak pieniędzy, nie zaciska pasa na tydzień przed wypłatą, duże wydatki planuje z wyprzedzeniem, sukcesywnie realizuje swoje marzenia o zagranicznych podróżach, kolejnym kierunku studiów, kupnie nowego samochodu, mieszkania czy nowej sukienki. Do sklepu nie wychodzi bez spisanej listy, wie, co ile kosztuje i nigdy nie przepłaca. Ale Ania to chlubny wyjątek. Reszta moich koleżanek, mnie nie wyłączając, ma większe i mniejsze problemy ze swoim portfelem. I wszystkie chętnie byśmy się ich pozbyły.

Kłopot nr 1: „Jakoś się rozchodzą”

Znasz to? Pod koniec miesiąca zaglądasz na konto i z przerażeniem stwierdzasz, że zostało ci nie tysiąc – jak święcie wierzyłaś – ale sto złotych do pierwszego. Jak?! Skąd?! Przecież byłaś taka oszczędna. Nie jadałaś poza domem i nie miałaś żadnych poważnych wydatków, a tu katastrofa. Otóż, jak w wielu innych, tak i w kwestii pieniędzy, diabeł tkwi w szczegółach.

– Sytuację, w której kobieta mówi: „nie wiem, gdzie mi się rozchodzą pieniądze”, można porównać do takiej, w której kobieta mówi: „znowu mi przybyło dwa kilo, a tak się pilnowałam” – mówi psycholog ekonomiczny Agata Gąsiorowska. – Owszem, nie zjadła dziś obiadu, ale tego, że „w międzyczasie” skubnęła bułkę i poprawiła batonikiem, już nie pamięta. Wprawdzie kupuje w najtańszym sklepie, i to większe opakowania, żeby nie przepłacać, ale nie odnotowuje już takich wydatków jak kolorowe pismo czy kolejna kawa w kawiarni. Dlatego, tak jak chcącym schudnąć zaleca się zapisywanie wszystkiego, co zjedli, tak też dobrym sposobem na niekontrolowane wydatki jest zapisywanie każdego zakupu, albo – jeszcze lepiej – zbieranie każdego paragonu, nawet tego z kawiarni czy kiosku.

Wtedy łatwo wytropić dziedziny, na które wydajemy najwięcej i poczynić stosowne cięcia. Ku naszemu zdziwieniu może się bowiem okazać, że znaczne kwoty co miesiąc przepuszczamy na tak niewinne hobby jak zdrapki, że bardziej będzie się nam opłacało, jak kilka razy wrócimy tramwajem zamiast taksówką, a domowy budżet – i zdrowie – uratuje zerwanie z nałogiem palenia papierosów.

Zdaniem Izabeli Kielczyk, coach i psycholog biznesu, nierozsądnym wydatkom sprzyja używanie... kart płatniczych i kredytowych. Tracimy wtedy namacalny kontakt z pieniędzmi. Posługując się kawałkiem plastiku, stopniowo przestajemy pamiętać, czy chodziło o 50 czy 100 złotych… – Dlatego doradzałabym jak najczęściej płacić gotówką – mówi. – Wtedy naprawdę widzimy pieniądze, które mamy zamiar wydać, znacznie częściej przychodzi refleksja: „300 złotych za takie coś, to chyba jakiś żart!”.

Poleca też pewien eksperyment: – Weź do ręki całą wypłatę, odlicz pieniądze na rachunki i ponownie weź do ręki to, co ci zostało. Zmierz, zważ, możesz nawet policzyć banknoty. Zobaczysz, że trzy razy się zastanowisz, zanim je wydasz. Potem oddziel, ile chcesz przeznaczyć na jedzenie, ubrania i inne wydatki. I też fizycznie to poczuj.

A słynne listy na zakupy? Pomagają w organizowaniu domowego budżetu? – Zależy od intencji, w jakiej je robimy – mówi Agata Gąsiorowska. – Jeżeli po to, by utrwalić w pamięci rzeczy, które musimy kupić, ale poza tym jesteśmy otwarte na zakupy spoza listy – to w niczym to nie pomoże. Jeżeli natomiast robimy listę po to, by się jej trzymać, to taka praktyka ma większy sens. Można sobie też wgrać na komórkę program, który pomaga podliczać zakupy, albo wręcz porównuje ceny w różnych sklepach, ale jedno to wgrać, a drugie to z niego korzystać.

Kłopot nr 2: „Gdzie ja miałam głowę?”

Mechanizm za każdym razem jest podobny. Widzisz w sklepie cudowne buty (kurtkę, torbę, spodnie), takie, o jakich zawsze marzyłaś. W wyobraźni zakładasz je na rodzinne spotkanie, zauważasz, jak idealnie pasują do sukienki, którą ostatnio kupiłaś. Do tego są przecenione! Decyzja zapada w pięć sekund. A potem… W domu okazuje się, że nogi ci puchną po pół godzinie chodzenia w nowym zakupie, a kolor nie jest tak intensywny jak wydawał ci się w sklepie. I buty „jak marzenie” lądują na samym dnie szafy.

– Kobiety zbyt emocjonalnie podchodzą do zakupów – wyrokuje Agata Gąsiorowska. – Oczywiście to podejście nie ujawnia się podczas codziennych zakupów, jak masło i chleb, ale zawsze gdy idziemy kupić sobie „coś ładnego”. Wówczas częściej dokonujemy nieprzemyślanych zakupów, ponieważ wyobrażamy sobie, jak będziemy szczęśliwe, gdy dana rzecz wejdzie w nasze posiadanie. To zupełnie przesłania nam racjonalne myślenie. Odczucia, które pojawiają się, gdy rozpakowujemy zakupy w domu i myślimy: „Gdzie ja miałam głowę?”, porównałabym do kaca.

Jak zatem powstrzymać się przed nierozsądnym wydatkiem? – Zastanowić się, ile musiałabym pracować, żeby kupić daną rzecz – radzi Gąsiorowska. – Jeżeli odpowiedź brzmi: „dwie godziny”, to może rzeczywiście warto, ale jeśli odpowiedź będzie brzmiała: „tydzień” – nasze podejście może się już zmienić.

Izabela Kielczyk radzi, by – zanim podejdziemy do kasy – zadać sobie kilka pytań. „Po co jest ci to potrzebne?”, „Co ci to da?”. – Zapewne padnie odpowiedź: „Będę szczęśliwsza”. Wtedy warto ze sobą ponegocjować. Powiedzieć: „Dobrze, ale ile już razy w tym miesiącu dałaś sobie przyzwolenie na takie przyjemności?”. To dobry pomysł, by określić miesięczną liczbę zachciankowych zakupów lub sumę, jaką na nie możemy przeznaczyć – mówi. I dodaje: – Jeżeli zauważysz, że zbyt często jakiś zakup ma ci sprawiać przyjemność i dawać szczęście, zastanów się, czy nie możesz uzyskać tego w inny, „tańszy” sposób: iść na spacer, przeczytać książkę. A jeśli zdarza ci się to patologicznie – może powinnaś odwiedzić psychologa.

Kłopot nr 3: „Nie umiem odmawiać”

Psychologowie podkreślają, że kobiety mają duży kłopot z tym, by odmówić pożyczki pieniędzy, bo boją się, że przestaną być lubiane. Więc pożyczają wbrew sobie lub stosują milion uników, wijąc się w tłumaczeniach jak piskorz, co powoduje, że rzeczywiście można stracić do nich zaufanie.

– Wystarczy powiedzieć „nie” i nie podawać uzasadnienia – mówi Izabela Kielczyk. – Owszem, jest ryzyko, że ktoś się obrazi, ale może nie warto żałować tej znajomości. Kobiety boją się stracić relację, ale czy o każdą warto w taki sposób walczyć?

– To pokłosie wychowywania dziewczynek na „miłe” kobiety – twierdzi Agata Gąsiorowska. – Mężczyźni mniej się przejmują tym, co inni będą o nich myśleć. Potrafią oddzielić sprawy merytoryczne od spraw interpersonalnych. Powinnyśmy się tego od nich uczyć.

Dlatego, gdy przychodzi do nas ktoś i prosi o pożyczkę, oszacujmy koszty takiej inwestycji i ewentualne ryzyko, na bok odkładając emocje.

– Jeżeli nie masz pieniędzy na to, by je komuś pożyczyć, sytuacja jest prosta – mówisz: „Nie mam”. Dużo trudniej się robi, gdy pieniądze masz, ale nie chcesz ich pożyczyć, bo jest to za duża suma albo nie masz zaufania do drugiej osoby – przyznaje Agata Gąsiorowska. – Ja jestem zwolenniczką mówienia prawdy, nawet jeżeli miałoby to naruszyć relacje. Jeśli ktoś zawiódł twoje zaufanie, dlaczego masz mu znowu pożyczać? Jeśli jednak masz problem z powiedzeniem mu tego prosto w oczy, dobrym sposobem jest „odwrócenie kota ogonem”. Możesz więc powiedzieć, że aby pożyczyć taką sumę, musisz zerwać lokatę i ponieść koszty. Jeśli je pokryje – proszę bardzo. Założę się, że w takiej sytuacji przynajmniej część osób wycofa się z pożyczki.

Często boimy się pożyczać, bo mamy problemy z późniejszym egzekwowaniem długu, zwłaszcza jeśli pożyczka została udzielona bliskiej osobie. Jak asertywnie upominać się o zwrot?

– Niestety takie rzeczy trzeba uzgadniać na samym początku, wyznaczając konkretny termin zwrotu – mówi Agata Gąsiorowska. – My natomiast robimy tak, że pożyczamy i liczymy, że ktoś nam odda w najbliższym czasie, albo rzucamy: „oddasz, kiedy będziesz miała”. To nie daje nam żadnej podstawy do ubiegania się o pieniądze. Dlatego wyznaczajmy terminy, nawet jeśli pożyczamy pieniądze bliskim osobom. A im dalsza relacja, tym częściej powinniśmy zastanowić się, czy nie podpisać obustronnego porozumienia.

Kłopot nr 4: „Nie umiem oszczędzać”

Dlaczego akurat wtedy, gdy człowiek postanowi co miesiąc odkładać określoną kwotę, świat się sprzysięga, by się to nie udało? Nieoczekiwane wydatki, cudowna podróż, którą grzech sobie darować, albo urodzaj urodzin bliskich. I plany oszczędnościowe biorą w łeb.

– My, Polacy, jesteśmy przekonani, że nie stać nas na oszczędzanie w sensie finansowym, natomiast prawda jest taka, że nie stać nas na oszczędzanie w sensie umysłowym – mówi Agata Gąsiorowska. – Oszczędzanie wymaga podejmowania codziennie decyzji: „Nie kupię tego”, a to obciążające. To tak, jakbyśmy siedzieli przed pysznym ciastkiem i non stop sobie mówili, że nie możemy go zjeść. Ale skoro jestem na diecie, to w ogóle nie powinnam myśleć o ciastkach ani ich oglądać. Podobnie jest z pieniędzmi.

Nie myślmy o tym, co tracimy, oszczędzając (te wszystkie okazje i przyjemności), ale co zyskujemy (stabilność finansową).

Izabela Kielczyk, choć przyznaje, że przed niepohamowanymi wydatkami może nas uchronić fizyczny kontakt z pieniędzmi, w kwestii oszczędzania doradza dokładnie odwrotną praktykę.

– Najlepiej ustalić sobie stały przelew na konto oszczędnościowe. I nie obracać realnymi pieniędzmi – radzi. – Bo gdy wypłacimy konkretną sumę z konta, weźmiemy ją do ręki i będziemy chcieli wpłacić na rachunek, to może się zdarzyć, że po drodze będziemy „zmuszeni” jednak uszczknąć parę banknotów. Pieniędzy, które oszczędzamy, lepiej nie dotykać, utrudnić sobie do nich dostęp. Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal.

Opowiada też o ciekawym trendzie. Ostatnio coraz więcej osób organizuje sobie coś w rodzaju alarmów przed zbyt dużymi wydatkami. Funkcję przypominaczy pełnią bransoletki czy zawieszki z napisem „Oszczędzam”. Są też specjalne programy na komórkę, które sygnałem kilka razy dziennie przypominają o tym, że jesteś na finansowej diecie. – To przyjmuje swoistą formę samokontroli: „Pamiętaj, zobowiązałaś się. Nie wydawaj za dużo” – mówi.

Agata Gąsiorowska potwierdza, że kontrola przy oszczędzaniu jest konieczna i że czasem może dziać się ona bez naszej woli albo nawet jej wbrew. – Doskonałym tego przykładem jest tzw. oszczędzanie kontraktowe. Bardzo popularne jest w Wielkiej Brytanii, choć to wcale nie nowa rzecz – mówi.

– Kiedyś biedne rodziny zakładały (zwykle przed świętami) coś w rodzaju kas oszczędnościowych. Każdy się zobowiązywał, że będzie co tydzień wpłacał tam określoną sumę, za którą po jakimś czasie będzie mógł kupić na przykład gęś. Co ważne, były też przewidziane kary za niewpłacenie określonej sumy. Zwykle poległo to na tym, że jeśli zabrakło jednej czy dwóch rat, przepadały całe do tej pory wpłacone pieniądze. I na tym właśnie polega oszczędzanie kontraktowe. Zawieram umowę z jakąś instytucją, na podstawie umowy odkładam pieniądze, ale jeśli nie przestrzegam jej założeń, to jakiś procent tej sumy zostaje mi zabrany. Na tej zasadzie skonstruowane są chociażby indywidualne konta emerytalne. To bardzo skuteczne oszczędzanie, człowiek cztery razy się zastanowi, zanim nie odłoży odpowiedniej sumy.

Wspomina też o drugim sposobie, jakim jest założenie subkonta z utrudnionym dostępem, na przykład rachunku oszczędnościowego i stałego zlecenia przelewu zasilającego takie konto. Tuż po otrzymaniu pensji z konta głównego jest przelewana na rachunek określona suma pieniędzy. Tylko raz w miesiącu można wypłacić dowolną kwotę bez ponoszenia kosztów, a każdy następny jest objęty dużą prowizją. Psycholog doradza, by oszczędzać nawet małe sumy, ale konsekwentnie. – Ich braku nie odczujemy, ale docenimy wysiłek, kiedy po pół roku uzbieramy fajną sumę na wakacyjny wyjazd – przekonuje.

  1. Styl Życia

Kreatywne pisanie – co to jest i na czym polega? Wyjaśnia pisarka Andrea Goldsmith

Andrea Goldsmith urodziła się w 1950 roku w Melbourne w rodzinie australijskich Żydów. Pracowała jako logopedka i przez wiele lat uczyła kreatywnego pisarstwa na Uniwersytecie Deakin. Od lat 90. XX wieku koncentruje się w pełni na karierze pisarskiej. (Fot. archiwum prywatne)
Andrea Goldsmith urodziła się w 1950 roku w Melbourne w rodzinie australijskich Żydów. Pracowała jako logopedka i przez wiele lat uczyła kreatywnego pisarstwa na Uniwersytecie Deakin. Od lat 90. XX wieku koncentruje się w pełni na karierze pisarskiej. (Fot. archiwum prywatne)
Mój sposób na zrozumienie tego, co się dzieje, to odsunięcie tego ode mnie jak najdalej, zbudowanie dystansu – mówi Andrea Goldsmith, australijska pisarka, która debiutuje na polskim rynku. Jakie ma rady dla początkujących pisarzy?

Jak pandemia wpływa na panią jako pisarkę? Dla niektórych to bardzo produktywny czas.
Wiele zależy od tego, gdzie się mieszka. W Melbourne mieliśmy w zeszłym roku najdłuższy, najbardziej surowy lockdown. To były cztery długie, trudne miesiące zamknięcia. Za to dziś praktycznie nie mamy żadnych nowych przypadków zachorowań, żyjemy normalnie, tyle że na dwór wciąż wychodzimy z maską. Ale jest to rzeczywiście dziwny czas.

Niektórzy ze znanych mi autorów spędzają ten czas bardzo produktywnie, nieustannie piszą i wydają, a inni, w tym ja, niekoniecznie. Mam problemy z koncentracją, rozprasza mnie ten wszechobecny niepokój i nadchodzące ze świata ponure wiadomości związane z koronawirusem.

Niektórzy przyznają, że piszą dzienniki pandemiczne, bo to im pozwala zmniejszyć napięcie i dać ujście emocjom.
Odpowiem jako autorka pisząca fikcję. Mój sposób na zrozumienie tego, co się dzieje, to odsunięcie tego ode mnie jak najdalej, zbudowanie dystansu. Dla mnie siła fikcji polega właśnie na tym, że mogę dawać ujście moim emocjom, niepokojom i refleksjom poprzez ludzi, którzy nie są mną, czyli moich bohaterów. Zwłaszcza teraz szczególnie mocno zatopiłam się w fikcji, by odsunąć od siebie lęki i niepokoje. To wygodne: wziąć kilku bohaterów, obdarzyć ich różnymi cechami, doświadczeniami i zawodami, a potem patrzeć, jak sobie radzą na przykład z tematem wygnania i ucieczki. W „Mozaice życia”, która właśnie ukazuje się w Polsce, jest ich kilkoro. Galina, która po śmierci matki decyduje się na zawsze wyjechać z reżimowej Rosji i wybiera Australię, albo Andrew, mozaikarz, który towarzysko odcina się od innych, skoncentrowany na pracy. No i Sylvie, matka Andrew, która odrzuca swój potencjał i możliwości, jakie daje jej życie.

Bohaterowie „Mozaiki życia” wybierają ucieczkę z kraju, od ludzi...
…albo od siebie samych. Tak naprawdę to temat przymusowej migracji wywołał tę książkę. W latach 2012– 2013 Australia wprowadziła surowe i okrutne zasady postępowania z migrantami i uchodźcami. Ludzie przybywający z Afganistanu, Tajlandii i Iraku, wśród nich także przedstawiciele ludu Rohinga, byli demonizowani przez polityków, choć tak naprawdę potrzebowali naszej pomocy. Przecież nikt nie chce uciekać ze swojego kraju, ucieczka jest ostatnią opcją, która ci zostaje. Chciałam zwrócić na to uwagę. Specjalnie usytuowałam fabułę „Mozaiki życia” w latach 80. zeszłego wieku, bo wobec przykładów z przeszłości nabiera się innej perspektywy. Jest tu więc Rosja przed pierestrojką, bo właśnie wtedy Australia otworzyła granice dla uciekinierów ze Związku Radzieckiego. Wtedy przyjęliśmy zupełnie inną postawę.

Ale niewątpliwie jest to także książka o miłości.
Myślę, że nikt nie wie, co właściwie dzieje się za zamkniętymi drzwiami sypialni. Zależało mi, żeby to pokazać. Nie możemy z góry zakładać uczucia, jego braku czy jego końca. Widzę wśród czytelników tendencję, by myśleć, że jeśli ludzie są małżeństwem od wielu lat, to na pewno są najszczęśliwsi na świecie. Albo że jeśli młodzi, jak Galina czy Andrew, nie uprawiają gorącego seksu, to nic z tego nie będzie. Ale prawda jest taka, że ludzi przyciągają do siebie i trzymają razem bardzo różne motywy i potrzeby. Sylvie i Leonard, rodzice Andrew, urodzili się w latach 30., w czasach, gdy wielu gejów wybierało bezpieczne małżeństwo. Ale Sylvie kocha swojego męża, niezależnie od jego orientacji, i chce z nim być. Życie ludzkie nie jest jednowymiarowe, a nasze decyzje oraz intencje często są nieoczywiste i zaskakujące nawet dla nas samych.

Pisanie to także przepisywanie naszego życia, niektórych jego wydarzeń, korzystanie z doświadczenia, zasłyszanych historii. Jak to jest u pani?
Wszyscy moi bohaterowie są wymyśleni, podobnie jak sytuacje, w których się znajdują. Zawsze powtarzam moim studentom: nie piszcie o swoich przyjaciołach i rodzinie, jeśli chcecie, żeby nadal was lubili (śmiech). Autobiograficzne w moich powieściach są pomysły i idee, które chcę rozwijać. Zależy mi, by akcja rozgrywała się w Melbourne, bo tu mieszkam, więc możemy uznać, że miejsce także ma związek ze mną. No i czasem umieszczam w książkach mojego psa, Lottę. Tyle… Choć gdyby się bardziej zastanowić, to jest tego więcej.

Co na przykład?
Moja mama urodziła się w 1928 roku, czyli była niewiele starsza od książkowej Sylvie, i podobnie jak ona była bardzo inteligentną dziewczyną. Na tyle, że gdyby urodziła się chłopcem, wysłano by ją na uniwersytet. Ale jej rodzice nie mieli zbyt wiele pieniędzy, więc uznali, że nie będą w nią inwestować. Chciałam sprawdzić, co to znaczyło być moją matką i innymi kobietami z pokolenia urodzonego na przełomie lat 20. i 30. XX wieku. Dałam też Sylvie moje zamiłowanie do czytania listów, zwłaszcza cudzych, bo to trochę jak podglądanie czyjegoś życia przez dziurkę od klucza. Ale poza tym uwielbiam wymyślać historie, to jest to, co czyni mnie powieściopisarką.

Chciała pani zostać nią już jako ośmiolatka.
Nauczyłam się czytać jako bardzo mała dziewczynka. Moja pozycja w rodzinie była taka, że musiałam się raczej sama sobą zajmować, więc skupiłam się na książkach. Przez pewien czas nawet marzyłam o tym, by żyć w książce, w historii, którą akurat czytam. W końcu zrozumiałam, że opowieść, którą się zachwycam, ma autora, napisał ją jakiś człowiek. Wtedy już wiedziałam, że chcę pisać, że chcę zostać pisarką. Zaczęłam prowadzić pamiętnik, ale przestałam, gdy weszłam w dorosłość.

Poszła pani na studia, wybrała nauki ścisłe i ostatecznie została logopedką. Praca z dziećmi z porażeniem mózgowym musiała być bardzo wymagająca...
I była, dla mnie i dla nich. Wiedziałam, że ich aparat mowy jest na tyle uszkodzony, że już nigdy nie będą mówić, więc moje zadanie polegało na wypracowaniu z nimi innych form komunikacji. To były bardzo inteligentne dzieciaki, ale z powodu trudności z mówieniem chodziły do specjalnych szkół. Tak się złożyło, że moja decyzja o rezygnacji z pracy na rzecz pisania – w tym czasie pisałam już po nocach i w weekendy – zbiegła się ze zmianami w szkolnictwie. Moi podopieczni wreszcie dostali szansę rozwoju i uczenia się w zwykłej szkole. Uznałam, że to znak i ostatni moment, żeby potraktować pisanie jako priorytet, bo jeśli nie zacznę teraz, to potem już tego nie zrobię.

Jedna rzecz chcieć pisać, a druga – umieć. Jaka była pani metoda?
Piszę od dziecka, dla mnie jest to więc po prostu częścią życia. Zaczęłam od opowiadań i choć były dobre, to wiedziałam, że chcę tworzyć powieści. Jeszcze podczas pracy logopedycznej napisałam dwie książki „na próbę”. A potem już jako pełnoetatowa pisarka – swój pełnoprawny debiut, czyli powieść „Gracious Living”.

Coś pani wyznam. Pracy nad pierwszą książką towarzyszy uczucie niesamowitej wolności. Nikt przecież nie wie, kim jesteś, nikt się po tobie niczego nie spodziewa. Można napisać, co się chce, w sposób, w jaki się chce. Ale już przy drugiej powieści było inaczej – czytelnicy mnie znali, pojawiły się oczekiwania, wręcz czułam, że ktoś mi zagląda przez ramię.

Dziś uczy też pani, jak pisać...
Warsztaty kreatywnego pisania przyciągają wielu chętnych, i dobrze. Chciałabym jednak zaznaczyć, że tego typu zajęcia czy programy nie pokazują, jak zostać pisarzem. Jeśli masz być pisarką, to po prostu nią będziesz. Ale za to dzięki takim warsztatom masz szansę, jako początkujący pisarz, poznać osoby, które piszą i utrzymują się z tego, a czasem mają już kilka książek na koncie. Dla mnie to też ciekawe, bo podczas trwania takiego programu lub po nim, mogę zdecydować, czy chcę kogoś prowadzić dłużej, być jego czy jej mentorem. I to jest fascynująca współpraca.

Niektórzy nauczyciele uważają, że każdy powinien pisać. Sądzi pani, że to dobre ćwiczenie, by radzić sobie z emocjami, ale też by lepiej rozumieć siebie?
Uważam, że wszelkie kreatywne ćwiczenia to wspaniały sposób, by spróbować zrozumieć siebie, ale także odkryć swoje miejsce na Ziemi. Takim ćwiczeniem jest pisanie na przykład dziennika.

Moim drugim obszarem zainteresowań i ogromną pasją jest muzyka. Głęboko wierzę, że ona też ma moc ratowania, zwłaszcza tych, którzy przechodzą ciężkie chwile. Główny bohater książki, nad którą teraz pracuję – choć nie jest muzykalny – gdy pewnego dnia słyszy muzykę w restauracji, jest zachwycony, daje się jej porwać. To moment zwrotny w jego życiu.

Co potem się dzieje?
Mogę zdradzić jedynie, że zakochuje się w kobiecie 15 lat od niego starszej. Zawsze chciałam coś takiego napisać! Ale wracając do twórczych ćwiczeń... Znam osoby, które od stresu i napięcia uciekają w czytanie, zwłaszcza w poezję. Czytam właśnie – na potrzeby tej nowej książki – wiersze polskich poetów. Mam tu tomiki Szymborskiej, Zagajewskiego, Miłosza, Herberta, to jest coś wspaniałego!

Oprócz czytania, sposobem na radzenie sobie ze światem są dla wielu osób ćwiczenia fizyczne, choć ja akurat średnio z tego dobrodziejstwa korzystam. Moja siostra na przykład szyje patchworki... Wiem jedno – bez pasji, bez czegoś, co nas napędza i pozwala odpocząć od innych rutynowych czynności, jest nam w życiu o wiele trudniej.

Andrea Goldsmith urodziła się w 1950 roku w Melbourne w rodzinie australijskich Żydów. Pracowała jako logopedka i przez wiele lat uczyła kreatywnego pisarstwa na Uniwersytecie Deakin. Od lat 90. XX wieku koncentruje się w pełni na karierze pisarskiej.

Polecamy książkę: „Mozaika życia”, Andrea Goldsmith, Wydawnictwo Harde